Jak budowaliśmy Solinę - Kazimierz Zarzyka

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Drodzy Czytelnicy.

Przekazuję Wam moją pierwszą książkę, którą dla Was i dla siebie napisałem. Dla Was, aby podzielić się z Wami tym, co ja przeżyłem i ukazać Wam część historii największej wówczas w Polsce budowy, jaką była zapora wodna i hydroelektrownia na Sanie w Solinie, której byłem jednym z budowniczych. Dla siebie, aby odświeżyć i utrwalić te wspomnienia, które są moim pięknym skarbem ukrytym. Miałem szczęście być jednym z wielu budowniczych tej dużej i pożytecznej budowli. Zostawiło to we mnie ślad na całe życie. Mam nadzieję, że czytając, odczujecie atmosferę tamtych lat i trudnej pracy w pięknym bieszczadzkim miejscu. Unikalne archiwalne zdjęcia z czasów jej budowy, dadzą obraz jej etapowego powstawania opisywanego w tej książce. Podnoszą one bardzo wartość tej publikacji. Bywa tak, że jedno zdarzenie lub jedna decyzja, jak przestawienie kolejowej zwrotnicy - spowoduje skierowanie życia człowieka w nowym, niespodzianym kierunku. W moim przypadku była to decyzja podjęcia pracy w Solinie, w nowym, drugim dla mnie zawodzie jako pomocnik wiertacza. To spowodowało, że stałem się jednym z bardzo specyficznej grupy zawodowej - Wiertników. Polubiłem tę trudną, ciężką pracę fizyczną, w każdych warunkach pogodowych, wymagającą ciągłych wyzwań, utwardzania charakteru i tężyzny fizycznej. To mi odpowiadało. Wciągnęło mnie to "cygańskie" życie pełne niebezpieczeństw, częstych zmian miejsca pobytu, środowiska oraz przebywanie raczej poza rodziną. Było to życie pełne uroku, między kolegami przyjaciółmi, ludźmi o prostych jasno określonych charakterach. Byli to raczej "twardziele", lecz szczerzy, otwarci, którym wierzyło się jak sobie. Ludzie bezpośredni, uczynni, prawdomówni, nie pruderyjni i przyjacielscy, - choć bezwzględni, kiedy trzeba. Ludzie toporni, twardzi, prości i silni, lecz z "sercem na dłoni". Byłem szczęśliwy, kiedy z nimi przebywałem. Żyliśmy jak dobrzy bracia. Były przyjaźnie bez słów, koleżeństwo, brak zawiści, czy złości. Przez lata, wspólnie przeżywało się to, co niosło życie. Było wiele wesołych, jak i przykrych zdarzeń. To ukochanie życia, ten rubaszny humor - mam nadzieję, że udzieli się Wam podczas czytania tej książki. Tego bardzo pragnę i Wam życzę! W tej książce chcę ocalić od zapomnienia ówczesne realia pracy szczególnie grupy zawodowej wiertników oraz wszystkich budowniczych. Pragnę złożyć hołd im i ich trudnej pionierskiej, pracy i podziękować za to, że byłem z nimi, a oni ze mną. Ta książka, to moje wspomnienia bardzo mocno oparte na faktach i realiach w tym czasie - jak prości ludzie w niej opisywani. Pisana prostym, niewyszukanym językiem. Chcąc opisać jak najwierniej wydarzenia, używam języka dosadnego, czasem wulgarnego, aby lepiej oddać atmosferę chwili i wyraziściej przedstawić charakterystykę postaci. Najważniejsze - być jak najbliżej prawdy zdarzeń. Książka urozmaicana jest w dużym stopniu wierszami informacyjnymi i opisowymi, co jest mało spotykane w innych książkach. Ze względu na tematykę, jak też opisywane zagadnienia techniczne, książkę polecam mężczyznom. Mam nadzieje, że się spodoba.

Życzę przyjemnej lektury.

Budowniczowie Soliny -

To ludzie z różnych miejsc, środowisk i kultury.

Ludzie twardych charakterów i silnej postury.

Oni z daleka od swoich tu przybyli.

Głęboko w sercach swe historie ukryli.

Byli i tacy, co nie mieli nic do ukrycia -

Oni cieszyli się wolnością i urokami życia.

Tu, przy zaporze codziennie ciężko pracowali,

Lecz w bieszczadzkim klimacie nie chorowali.

Wśród obcych, każdy chciał być szczery.

Na trudnościach doskonalili swe charaktery.

W tajemnicy, na lepsze się przemieniali.

Swe złe przeszłości za sobą zostawiali.

Po nich pomnik - hydroelektrownia została.

Swą dobrą pracą ciągle będzie się spłacała.

Od powodzi będzie chronić pola i zagrody.

Nie straszne jej burze ani wielkie wody.

Budowniczowie zawsze mile będą wspominali

Solińskie miejsce i ludzi, z którymi pracowali.

Po latach, jak budowa - życie ich przeminie.

Trochę siebie zostawili w Bieszczadach

Tu w Solinie...

Stary i inni

Józio przywiózł wszystko z zaopatrzenia, o co go prosiliśmy. Powiedział nam, że stary chyba jutro pojedzie do Ustrzyk Dolnych, choć całkiem pewności nie ma. Pewno pojedzie, bo kilka dni nie był, to go suszy jak cholera istego - stwierdził krótko Franek. On ma przecież gościnne występy, co najmniej dwa razy w tygodniu - dodał Lika. To może jutro zrobię mały poczęstunek na wkupienie do warsztatu - zaproponowałem. Może być - powiedział Władek - tylko musimy dzisiaj trochę nadgonić z robotą, żeby jutro mieć czas i się zbytnio nie brudzić. Dobra, tak zrobimy, zgodzili się wszyscy. Wszystko się dobrze układa - pomyślałem - dobrze, że już jutro. Poupychaliśmy do szafek swoje szkła i inne rzeczy. Wzięliśmy się znów do roboty. Tego dnia wykupiłem jeszcze bloczki żywieniowe i zjadłem obiad w stołówce. Uznałem, że ilościowo i jakościowo był dobry. Do popicia po obiedzie była kawa zbożowa, tzw. jodyna. Prawdziwej kawy nie było w sklepach. Uważano, że jest napojem burżuazyjnym, którego komunistyczne i socjalistyczne społeczeństwo nie powinno używać. Niewielkie ilości sprowadzano tylko dla elit, a w późniejszych latach była dostępna w specjalnych sklepach "Pewex". Może nie byliśmy jeszcze na takim poziomie, żeby pić prawdziwą kawę? Zostałem nieco dłużej w stołówce i obserwowałem ludzi. Ich różnorodność cech anatomicznych, gestykulacji, wypowiedzi i akcentów. Widać było, że jest to różnorodność solińskiej zbiorowości, ludzi przybyłych z prawie całego kraju. Co ich tu przyciągało? Było kilka możliwości. Możliwość zerwania ze swoim środowiskiem (różne powody). Możliwość schowania się (np. przed alimentami). Możliwość dobrych zarobków. Możliwość zmiany własnej osobowości, wśród nieznajomych. Możliwość przeżycia przygody i zahartowania charakteru. Możliwość ułożenia sobie nowego życia i pozostania w tych stronach. Myślę, że każdy wybierał któreś z tych możliwości. Po obiedzie odpoczywałem trochę na łóżku, rozmyślając o jutrzejszej gościnie w warsztacie. Miałem nadzieję, że ze starymi wygami wszystko będzie, jak trzeba. Był piękny poranek. Byłem w drodze do warsztatu. W dobrym nastroju, choć sprawa współlokatorów trochę mi go psuła. Chociaż jak się z nią przespałem, stała się mniej ważna. Nic pilnego myślałem - załatwię w kilka dni. Przecież i tak się prawie nie widujemy. Teraz to nieważne. W warsztacie zaczął się niby zwyczajny dzień. Pilnie obserwowaliśmy wszelkie ruchy w jaskini (tak nazywano biuro i zarazem mieszkanie Starego). Przed godziną ósmą, palił (jak to miał w zwyczaju) papierosa w lufce, oparty łokciami o barierkę ganeczku. Nieco później przyszedł do warsztatu, przywitał się, popytał, jak idzie, czy czegoś nie brakuje i kazał robić dalej, bo "koronek nigdy za wiele". Niczego więcej nie powiedział, ale ci, co go dłużej znali, wiedzieli, że zwykle tak zachowuje się przed wyjazdem. Mieli rację. Chwilę później Józio zaglądnął do nas z wiadomością, że stary pojedzie do Olszanicy i do Ustrzyk.

- To mamy go dzisiaj z głowy - zauważył kolejarz.

- Znów się spije, istego - dodał Franek.

- A niech pije, kiedy zdrów - uzupełnił Władek.

- To może my też się napijemy - zaproponowałem. Ta propozycja została przychylnie przyjęta. Wnet zajęliśmy się organizowaniem stolika i miejsc siedzących wokół. Wszystko w warunkach warsztatowych, po robociarsku. O robocie dziś, nie było już mowy, natomiast gościna zapowiadała się obiecująco. Kiedy już było wszystko przygotowane, przekąski i napitki na stoliku (blat służący zwykle do spawania gazowego) - nalałem wódki do szklanek na pierwsze zapałki i (jako gospodarz tej gościny) wzniosłem toast.

- Za nasze zdrowie!

- Na zdrowie - wtórowali. Tak rozpoczęło się oblewanie mojego przyjęcia do pracy, a właściwie roboty.

To oblewanie taką tendencję miało,

że coraz bardziej się rozkręcało,

w miarę jak butelek ubywało.

Nasze ręce i języki, coraz szybciej pracowały,

bo głowy wciąż więcej do powiedzenia miały.

Wypowiedzi były coraz odważniejsze,

a tematy, coraz ważniejsze i rozleglejsze.

Godziny mijały, my wciąż gadu-gadu,

zbyt szybko nadeszła już pora obiadu.

Wspólnie żeśmy warsztat pozamykali

I do swoich stołówek się udali...

O innych sprawach, też wiedziałem już niemało.

Dobrze, że stary nie wrócił, gdy się balowało.

Na razie inni pracownicy o tym nie wiedzieli,

oni na zmiany robotę na zaporze mieli.

Po obiedzie i powrocie do baraku, jakoś siły mnie opuściły (przecież swój przydział spożyłem), więc położyłem się na wyrku. W głowie wciąż słyszałem głos Franka, który na libacji przybliżał mi wizerunek starego. To by chyba wystarczyło na określenie osoby starego, ale Franek nie szczędził szczegółów i nowych określeń. Zwykle nie bardzo rozmowny, teraz gadał jak najęty, może z powodu alkoholu, a może, dlatego, że miał nowego słuchacza, a może jedno i drugie.

- On często lubi wypić, a jak wypije, to głupi istego.

- On po pijaku, to wszystkie pieniądze, jakie ma - oddał by za dupę istego, a jak rozrabia i jakie draki robi, to kiedyś istego zobaczysz. Lepiej się wtedy istego trzymać jak najdalej od niego. Dziś na pewno dobrze popije istego, bo kilka dni się nie schlał. Jutro zobaczysz, jak będzie Ludwiczek sprzątał u niego istego, ile szczerbaków wyrzuci, a koło południa pojedzie do Leska leczyć kaca istego i zakupić wszystkie naczynia do kuchni istego, bo wszystko wytłucze i nie będzie miał nawet, z czego wypić herbaty istego. Powinien se kupić tylko takie aluminiowe, co się nie stłuką istego i można wiele razy prostować. Radio też rozbije istego, jak zawsze. On ma pierońskie zdrowie istego, bo inny już by się dawno przekręcił istego i kwiatki od spodu wąchał.

- Co na to jego żona?

- Ona nic nie wie istego. Ja nic nie powiem istego, bo by mnie zwolnił, bo on kierownik istego. Szlag mnie trafia, ale muszę cicho siedzieć istego. Na ten temat wysłuchałem oczywiście dużo więcej. Wiedziałem już, że stary bradiaga pracował jeszcze przed drugą wojną w Borysławskiej nafcie. Tam wyrastał wtedy przemysł naftowy. Tam też prawdopodobnie stary ukształtował swe batiarskie nawyki. W każdym razie z tych relacji, stary jawił się jako postać niebanalna, nietuzinkowa i bardzo ciekawa. Był on, jak się to mówi słusznej postawy mężczyzną, około 180 wzrostu, dość barczysty, wiek około 60 lat z dość dużą głową, niezbyt przystojny. Miał dość niską barwę głosu (wódka, papierosy). Po trzeźwemu spokojny, zrównoważony - po pijanemu wręcz odwrotnie. Z tego, co zauważyłem, miał cztery nałogi: Palenie papierosów, picie wódki, rozbijanie wszystkiego po wypiciu i Przy okazji dowiedziałem się trochę o innych pracownikach, ale bez znajomości postaci nie miało to przyporządkowania. Następnego dnia znów spotkaliśmy się w warsztacie. Oczywiście wypytywaliśmy się wzajemnie "jak się masz? "i zrobiliśmy małe podsumowanie imprezki, która zdaniem wszystkich - była udana. Przydałoby się coś na klinka, ale zaczekajmy, zobaczymy i usłyszymy, co się będzie działo w jaskini. Na razie róbmy swoje. Jedno już się Frankowi sprawdziło - Ludwiczek, kręcił się z rana po podwórku i sprzątał ganeczek koło jaskini. Tam na razie było cicho - bradiaga spał, po wczorajszych występach. Ludwiczek posprzątawszy na polu, nie miał za bardzo zajęcia, więc przyszedł do nas pogadać. Tak poznałem Ludwika nazwiskiem Zachwał, którego wszyscy nazywali Ludwiczek. Może z powodu niskiego wzrostu i skromniejszej postury, za to energicznego o szybkich ruchach, ale dość silnego. Był on najstarszy z trzech Zachwałów, byli jeszcze Poldek i Tadek, którzy tu pracowali, jako pomocnicy wiertaczy. On najlepiej znał wszystkie sprawy i sprawki bradiagi, ale nie o wszystkim chciał mówić. Zostawiał trochę w tajemnicy. Ludwiczek mało robił na odwiertach, bo on był u starego od reszty spraw. Pełnił obowiązki magazyniera dobra wszelkiego, jakie było do dyspozycji, dbał o czystość i porządek w biurze - jaskini, w magazynie i na placu. W razie potrzeby, był nawet gońcem, bo pomiędzy wiercącymi na zaporze a bazą, nie było żadnej łączności, poza samochodem Józia, jeżeli był dostępny w danej chwili. Zajmował się tym, czym nie zajmowali się inni pracownicy Hydrokopu. Ludwiczek z rozkazu starego, miał też zapasowe klucze od jaskini, warsztatu i bramy, aby w razie czego, można się było dostać do wewnątrz. On jeden mógł praktycznie zawsze wejść do biura. Wszedł tam około godziny dziesiątej, nie wiadomo, czy na wezwanie, czy po prostu do sprzątania. Niebawem z jaskini zaczęły dochodzić jakieś hałasy. To Bradiaga na kacu, między snem a dniem, między zwidem, a rzeczywistością - wykrzykiwał swoje emocje. Przyjechał Józio zwany Niemyjek (o tym później) i przyszedł do nas do warsztatu. Potwierdził to, co mówił Franek. "Batiar", w restauracji w Ustrzykach, dobrze popijał, podrywał, kogo się dało i częstował. Józio siedział tam w kąciku i czekał, długo czekał aż do zamknięcia restauracji i urwania filmu u batiara. Józio wiedział, że nie ma sensu, aby na drugi dzień przed 11-tą przyjeżdżał, bo Bradiaga będzie odpoczywał po występach, zresztą jemu też się należało wyspać i odpocząć. Ludwiczek, właśnie wynosił w dwu wiadrach stłuczki do paki-śmietnika. - Pewno wnet pojadę do Leska - powiedział Józio. Zadziwiało mnie jak trafnie przepowiedział Franek Istego ten scenariusz. Był to na razie mój ostatni dzień w warsztacie. W poniedziałek mam być pomocnikiem wiertacza.

Technologia betonowania i dźwigi

Opisując budowę betonowej tamy, konieczne jest poświęcić rozdział o wytwarzaniu betonu, jakiego do jej budowy używano. Czego potrzeba, żeby betonować zaporę wodną? Potrzeba odpowiednich materiałów, urządzeń i technologii prac. Najważniejszym materiałem są różne rodzaje kruszywa, żwirów i piasków. Do betonowania solińskiej zapory, pozyskiwane one były z wielu miejsc. Główną ilość kamienia (kruszywa) dostarczał kamieniołom w niedalekiej Bóbrce. Z kamieniołomu kruszywo ciężarówkami wywrotkami przywożone było do Zakładu Eksploatacji Kruszywa w Solinie. Tu kruszywo było jeszcze kruszone na drobniejsze frakcje, w zależności do potrzeb. Część kruszywa (kliniec) była dostarczana pociągami na stację Wygnanka i dowożona ciężarówkami do Z.E.K. w Solinie. Tak samo było z piaskami, które pozyskiwano z innych kopalni odkrywkowych w promieniu do 100 km od Soliny i dowożono tak jak kruszywa. Pozyskiwano też żwiry w korycie Sanu i dostarczano do Z.E.K. Wszystkie kruszywa dostarczone do Z.E.K. były tam płukane i sortowane na frakcje wielkości Parametry betonu, jaki miał być użyty w wyznaczonych miejscach określali technolodzy. Betony używane w poszczególnych miejscach, różniły się znacznie. Najwięcej stosowany beton do wypełniania sekcji, był inny niż beton na styku betonowanych warstw, który był z drobniejszych frakcji kruszywa i zawierał więcej procentów cementu. Do zrobienia betonu potrzeba spoiwa, czyli cementu. Do betonów stosowano cement hutniczy typ - 250. Dostarczany cementowozami ze stacji kolejowej w Wygnance. Urządzeń stosowanych przy produkcji kruszyw i betonu było wiele. Wymienię najważniejsze z nich; Spycharki, kruszarki skał, ładowarki, koparki, sortowniki frakcji, mieszarka betonu, estakada frakcji, pojemniki na cement, taśmociągi, pojemnik do transportu betonu po dźwigu linowym, materiały do odstrzału skał. Ponadto samochody specjalne - cementowozy, ciężarówki wywrotki. W wielu miejscach stosowano zbrojenie betonu prętami stalowymi. Żelbetony występują w masie zapory głównie w fundamencie, przy rurach wlotowych i wylotowych turbin i samych turbinach. Stosowano też druty stalowe do mocowania prefabrykatów i szalunków deskowych. Jaka była technologia prac betoniarskich? Dostarczone kruszywo, cement i woda, pobrane w wyznaczonych przez technologów ilościach wagowych - mieszane było w półautomacie betoniarskim. Zakupiono go w Czechosłowacji i był on w tamtych czasach nowoczesnym urządzeniem. Wytworzona masa betonowa, była następnie wylewana do ładowarek, które wyładowywały ją do kubła(ów) zamontowanych na wózkach linowych dźwigu linowego. Rozwieszony nad Sanem dźwig linowy dostarczał beton w kuble w potrzebne miejsce. Beton wlewano do szalowań z prefabrykatów i desek. Wylany z kubła beton rozgarniał mały spychacz gąsienicowy tzw. Mazurek na warstwę około pół metra. Warstwę tą zagęszczano dużym wibratorem, który obsługiwało trzech silnych mężczyzn. Ubrani byli w wysokie buty gumowe, ubrania drelichowe, rękawice, okulary ochronne i kask na głowie. Proszę sobie wyobrazić ich pracę w temperaturze +32 stopnie. Była to bardzo ciężka praca. Po około tygodniu po zalaniu, powierzchnia górna betonu była skuwana kilofami, by zwiększyć przyczepność do następnego betonu. Dwa dźwigi linowe zakupione w Anglii, dostarczały wszelkie inne materiały, konstrukcje, zbrojenia czy maszyny. Miały swoje wierze stałe na lewym brzegu Sanu. Wierze ruchome (po łuku lin), miały swoje torowiska na prawym brzegu. Ruchomość tych wierz (przejazdy) - umożliwiała obsługę miejsc w poprzek zapory. Same liny na przekroju, na zewnętrznej swej części miały płaskowniki a nie jak z reguły bywa - druty. Do transportu dużych ciężarów oba dźwigi spinano razem. Były to unikalne, nowoczesne dźwigi, które dobrze wypełniły swoje zadania przy budowie zapory solińskiej. Najtrudniejsze warunki pracy, były podczas bieszczadzkich zim. Wylewany beton musiał być podgrzewany. Tory (łukowe) wież ruchomych dźwigów musiały być prawie ciągle odśnieżane z nawiewanego na nie śniegu. Mroźne wiatry były bardzo dokuczliwe, a mróz i śliskość na betonach nie tylko - dopełniały uciążliwości zimowej pracy... Dobrze, że ludzie w letniej pracy (słońce - woda) byli dobrze zdrowotnie "zahartowani".

Nowa praca

W poniedziałek rano podekscytowany żwawo wcześniej wstałem.

Pierwszy raz do pracy przy wierceniach iść miałem.

Wykonawszy O.C. (obsługa codzienna) spakowałem śniadanie

I wnet ruszyłem do bazy - na nieznanego spotkanie.

Po drodze się zastanawiałem,

Czy tak wybierając - dobrze wybrałem.

Uspokoiłem się myśląc o swoim bracie,

Że jak on, mogę też pracować w warsztacie.

Na bazie miałem z wiertaczem i pomocnikiem spotkanie.

Później wyjazd z nimi do roboty na pierwszej zmianie.

Wiertaczem był Staszek Drap, pchełka nazwany.

Pomocnikiem Fredek Duczyński, jako milczek znany.

Jeden pchełką zwany z powodu wyglądu swego, drugi "Milczkiem"

ze sposobu bycia małomównego.

Zaraz załadowaliśmy z placu koło starego chaty

- Wyznaczone przez Staszka do zabrania graty.

Koronki, rdzeniówki, smar, klucze

i wiertnicze przewody.

Wszystko to z warsztatu lub ze składowisk zagrody.

To na Gaz -a (ciężarówka) żeśmy załadowali.

Wskoczyliśmy na pakę i na zaporę pojechali.

To ze sto metrów w dół, do miejsca wiercenia

znieść było trzeba.

Nisko, wśród skał jakoś mniej tu widać było nieba.

Około 30 był numer sekcji betonu, lecz o tym nie wiedziałem.

Teraz całą swą uwagę na swą nową pracę kierowałem.

Wiertacz chyba czuł, że pierwszy takim sprzętem wierciłem.

Przypuszczał raczej, że już wcześniej przy tym robiłem.

Teraz myślenie i uszy musiałem mieć wytężone,

By wykonywać polecenia wiertacza niezliczone.

Podpatrując co robi Fredek, bardzo się starałem,

Ale co jakiś czas i tak przykre uwagi słyszałem.

Z nerwów cały czas żołądek miałem bardzo ściśnięty.

Czasem nie wiedząc, o co chodzi - czułem się jak nierozgarnięty.

Wiertacz woła - "Kazek dawaj faję"!

Coś podobnego do faji zobaczyłem, szczęśliwy podaję.

Jak miałem wiedzieć, że to nie klucz płaski, ale faja.

To swojskie nazewnictwo po prostu mnie rozbraja.

Szczytem tego było, kiedy capka podać miałem.

Przyznam, że z bezradności zupełnie - zgłupiałem.

Później już wiedziałem, że fają przewód wiertniczy skręcano,

Zaś capkiem - klucz hakowy do rur nazywano.

Były też klucze łańcuchowe, mało używane.

Części przewodu wiertniczego, miałem dziś poznane.

Kilka razy z Fredziem przewód podnosiłem i zapuszczałem.

W tych robotach pierwszych doświadczeń nabrałem.

Tą wiedzą z czytelnikami podzielić się wypada,

Więc opiszę krótko, z czego przewód wiertniczy się składa.

Będzie później wiadomo, gdy będę zdarzenia opisywał

I wszystkie rzeczy wiertnicze, ich nazwami nazywał.