1. Poranek, czyli ratunku, tygrys
Tatusz przygotowywał śniadanie. Olej rzepakowy skwierczał na żeliwnej
patelni, a cynamonowe naleśniki napełniały cały dom smakowitym zapachem.
- Powiedziałam, że nie będę tego robić, i koniec tematu - szepnęła
Mamika.
- Oczywiście, tylko że to nie ty chodzisz na zebrania, więc to nie ty
masz problem - odpowiedział Tatusz.
- To niech sobie segreguje.
- Nie "sobie", pani kapitan, tylko planecie. Czy słyszałaś, jakich
piosenek on ich uczy?
- Słyszałam. Nawiedzony ekolog.
Mamika - w białym mundurze, grantowej spódnicy, lśniących rajstopach i kapciach z pomponami - uniosła dzbanek, w którym pływały skórki od
jabłek i goździki.
- Czy w tym kompocie są w ogóle jakieś jabłka, czy ona wrzuciła tu tylko
obierki? Swoją drogą, dobrze, że ten Burza pozwala im jeszcze się myć.
W kuchni rozległy się stłumione chichoty.
- Czasem miałbym ochotę znowu nasłać na niego Fredka...
Rodzice rozmawiali przyciszonymi głosami, ale Jagnę właśnie to obudziło.
Szept w kuchni nigdy nie oznaczał niczego dobrego. Ostatnie szeptanie
skończyło się tym, że chcieli jej zmienić szkołę.
Jagna błyskawicznie zdjęła piżamę, wciągnęła legginsy, zarzuciła
szlafrok w gąski, związała w supeł nierozczesane włosy, wsadziła na nos
okulary i założyła czapkę w kształcie głowy tygrysa, którą Mamika
przywiozła jej z Islandii. Chwyciła też pręgowany szalik i rękawiczki
udające tygrysie łapy.
- Wrrrr! - Stanęła na progu kuchni, udając atakującego tygrysa.
- Ratunku, tygrys!
Tatusz stanął na krześle, trzęsąc się z udawanego przerażenia, za to
Mamika ucałowała Jagnę w tygrysią czapkę i kazała natychmiast siadać i jeść.
- Mam piętnaście minut do wyjścia, a lecę dziś do Montevideo z załogą,
której nie znam, więc proszę mnie nie denerwować.
- Tygrysie, jesteś bengalski, syberyjski, sumatrzański czy... - Tata wciąż
udawał przerażenie.
- Indochiński. Wrr! Jestem indochiński! - Jagna uwielbiała wygłupy z Tatuszem, ale karnie usiadła przy stole. - Megalityczny kompocik mi
wyszedł, prawda?
Drapiąc się po gęstej brązowej brodzie, Tatusz otworzył lodówkę i zaproponował jogurt, mleko z płatkami, jajka, budyń, kanapeczki, sałatkę
owocową albo oczywiście cieplutkie naleśniki.
- Czapek z tygrysem ci chyba nie brakuje? Masz zapas na całe życie. Co
na to powie pan Burza?
- Nie musi o wszystkim wiedzieć - oświadczyła prostolinijnie Jagna,
ocierając puder z chrupiącego naleśnika.
- Tyle czapek, i to prawie jednakowych. - Tatusz popatrzył z udawaną
dezaprobatą. - Starczyłoby dla całego osiedla. Ja mu chyba powiem... -
Uśmiechnął się szelmowsko.
- Ja mogę to zrobić - stwierdziła Mamika. - Jest młody i nie pamięta,
jak to było. Moi rodzice pracowali w fabryce. Dziadek Fredek szył po
nocach płaszcze, żebyśmy z Asizną miały nowe buty, więc niech on mi
dziecka nie faszeruje ekologią. Ciężko na to pracuję.
- Ale my rzeczywiście toniemy w zabawkach i w ubraniach. Proszę: cztery
jogurty są przeterminowane. Ile my jedzenia wyrzucamy...
- Ty też zaczynasz? Wyrzuć i już. Mam kilka minut do wyjścia i chcę się
wami nacieszyć. Świata nie zbawisz.
- Tata dostał od pacjentki książkę - powiedziała Jagna. Podskoczyła do
dębowego parapetu, gdzie na stosie książek i gazet leżała brązowa,
wydrukowana na ekologicznym papierze cieniutka broszurka z zieloną
wstążką.
- Sto kroków do ekologii - przeczytała Mamika i odłożyła ją, nawet nie
zaglądając do środka.
- Mogę ją dać naszemu panu? - zapytała Jagna.
- Możesz. - Mamika wbiła w tatę znaczące spojrzenie.
- A jak tam w szkole? Masz dziś jakiś sprawdzianik?
- Idziemy do więzienia. Dzielimy się na pary i każda para wejdzie do
celi, gdzie siedzą zwyrodnialcy lub mordercy. To taki projekt Serce do
serca.
- Słucham?! - Mamika stanęła nad Jagną. - Do jakiego znowu więzienia?
- Nie wiem. Tam siedzą zwyrodnialcy, zbrodniarze i zboczeńcy. Ja, Hela i Sofia zgłosiłyśmy się do zwyrodnialców - powiedziała Jagna, otrzepując
puder z piżamy.
- Czy ten człowiek zupełnie zwariował? Nie ma na to mojej zgody! -
rzuciła Mamika kapitańskim tonem. - Janusz, zadzwoń...
- Ha, ha, ha - roześmiała się Jagna. - Ale wy jesteście łatwowierni!
Mamy przecież drugi tydzień ekologiczny. Kto idzie ze mną na sprzątanie
świata? Mamika ma lot, a ty, panie ładny?
Rodzicom zrzedły miny. Tatuszowi po nocnym dyżurze powieki same opadały.
- Znowu zapomnieliście, co? - Jagna posłała rodzicom karcące spojrzenie,
chociaż sama za zbieraniem śmieci nie przepadała. - Przecież sto razy
wam mówiłam, że dziś od trzynastej do piętnastej jest sprzątanie świata.
Wszyscy mają przynieść stare torby, worki i rękawiczki, bo pan Burza
powiedział, że śmieci lepiej nie dotykać gołą ręką, mogą być obrzydliwe.
Mamika zerknęła na zegarek.
- Mam trzydzieści sekund do wyjścia. Pa, kochani. Otworzyła drzwi i wyszła na korytarz w mundurze i w kapciach. Tatusz i Jagna popatrzyli na
siebie i zaczęli liczyć:
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
Drzwi się otworzyły i weszła Mamika.
- Bardzo śmieszne - powiedziała, po czym rzuciła kapcie i włożyła
służbowe pantofle.
10. Wigilia klasowa, czyli gdzie są twoi rodzice
Świat wyglądał cudownie. Chociaż nie było szans na śnieg, lampki
imitowały nastrój świąt.
Tłum elegancko ubranych dzieci, rodziców, dziadków, wujków,
przyszywanych cioć oraz rodzonego, ciotecznego albo przyrodniego
rodzeństwa wlewał się do szkoły. Jagna szła między rodzicami, trzymając
ich za ręce.
Hela miała bordową sukienkę z perłowym kołnierzykiem, która pięknie
podkreślała jej piegi. Jagna poczuła zazdrość, ale po wejściu do sali
przestała o tym myśleć, bo pod tablicą stały... dwie choinki.
Jedna była gęsta, wysoka i idealnie zgrabna. Dopiero gdy się podeszło
blisko i wzięło do ręki gałązkę, człowiek widział, że jest sztuczna.
Druga choinka stała w wielkiej plastikowej donicy, była niższa, bardziej
nieregularna, za to prawdziwa. Pachniała, jakby się było w samym środku
lasu.
- Witam wszystkich państwa - zaczął uroczyście pan Burza. - Widzicie,
mamy dwie choinki. - Znacząco popatrzył na tatę Antka i wujka
Aleksandra.
- Jest coś takiego jak tradycja - powiedział tata Antka i potoczył po
klasie wzrokiem.
- Jest coś takiego jak środowisko - powiedział wujek Aleksandra.
"Będzie awantura o choinki?" - przeszło Jagnie przez myśl.
Pan Burza jednak do tego nie dopuścił.
- Dziś jest niezwykły wieczór, wieczór wigilijny. Przybyliście państwo
do szkoły, miejsca, gdzie dzieci zdobywają wiedzę o świecie...
Zaczęła się klasowa wigilia ekologiczna. Wszystkie dania zrobili w domach rodzice z dziećmi. Każdy przyniósł swój własny kubek, talerz i sztućce.
Pan Burza był świetnym organizatorem, więc przez cały czas coś się
działo. Dymitr grał na keyboardzie z takim zapałem, że włosy wpadały mu
do oczu, Sofia zaśpiewała piękną, ale bardzo smutną gruzińską piosenkę o samotnym wietrze, Aleksander odśpiewał Merry Christmas, Hela z córką
nowego taty zatańczyła tango, a Hang pokazał, jak w tai-chi wygląda
pozycja białego żurawia. Potem wszyscy dzielili się upieczonym przez
tatę Hanga chlebem z ekologicznej mąki orkiszowej.
- A teraz gwóźdź programu - powiedział pan Burza, patrząc z niechęcia na
nakryty płótnem kształt.
Rodzice Franka ściągnęli płótno. Gwoździem wieczoru okazała się
fotobudka. Pan Burza nie popierał robienia zdjęć na papierze, ale
rodzice Franka zapłacili za atrakcję, więc nie miał wyjścia.
Dzieci ze swoimi rodzinami kolejno podchodziły do fotobudki. Jagna
rozglądała się za swoimi rodzicami, gdy ktoś dotknął jej ramienia.
- Zrobisz sobie ze mną? - Tymek pokazał brodą w kierunku fotobudki.
Jagna odwróciła się z niedowierzaniem.
"Przecież to ma być z najbliższymi" - pomyślała.
- Ja nie mam tu nikogo bliższego - powiedział Tymek, jakby czytał w jej
myślach.
Jagna pomyślała, że nigdy nie widziała rodziców Tymka, dziadków, ani
nawet wujka czy brata. Nikogo.
- Serio, ty jesteś najbliższa - powiedział Tymek, poprawiając krawat na
białej koszuli.
Jagna aż otworzyła usta. Z kim on tu jest? Gdzie są jego rodzice?
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że Tymek kręci się po sali, ale jest tu
sam. Gdzie jest jego tata, który ma go zabrać w Alpy, do Australii i obierać mu pomarańcze scyzorykiem?
Mamika wyczuła, że Jagna na nią patrzy. Uśmiechnęła się do niej i posłała buziaka.
- To twoja mama? A gdzie tata?
Tatusz zmęczony po dyżurze udawał, że słucha, co pan Burza do niego
mówi, ale Jagna widziała, że kleją mu się powieki. Biała koszula
rozeszła się trochę na brzuchu i między guzikami widać było wąskie
paseczki skóry. Jagnie zrobiło się wstyd. Wolałaby, żeby Tatusz był
chudszy, zwłaszcza że niedawno mieli lekcję na temat skutków nadwagi.
Mamika prosi, żeby zaczął się odchudzać, a on nie dość, że się nie
odchudza, to jeszcze przyszedł na wigilię w za ciasnej koszuli.
- Ale tata Jagny ma bebech - usłyszała za swoimi plecami głos Antka.
- Ten z brodą - odpowiedziała Tymkowi, czerwieniąc się ze wstydu. -
Przecież widziałeś go na sprzątaniu świata.
- Fakt. Długo z nim wtedy rozmawiałem o silnikach hybrydowych. Jest
wesoły i lubi się pośmiać.
- Tak - odpowiedziała Jagna i po raz pierwszy w życiu uświadomiła sobie,
że tak właśnie jest. Jej Tatusz jest wesoły, lubi się pośmiać i ciągle
żartuje. Mamika też, ale tatuś zawsze, po prostu zawsze.
- Myślałem, że pan Burza, ale to twój tata jest tu najfajniejszy -
powiedział Tymek. - Nasza kolej - dodał i ruszył w kierunku podestu. -
Muszę mieć zdjęcie, bo... ja mam tylko cztery zdjęcia w sumie...
Stanął tak, jak stają do zdjęć piłkarze, więc Jagna zrobiła to samo.
- Tylko bez wygłupów - powiedziała pani obsługująca fotobudkę. - A gdzie
wasi rodzice?
I co teraz? Tymek stał bez słowa, ale mina wyraźnie mu zrzedła.
- Gdzie są twoi rodzice? - zapytała pani fotografka.
- Jestem, jestem.
Zanim Jagna zrozumiała, co się dzieje, pan Burza pozował z Tymkiem na
tle ośnieżonego lasu.
11. Opowieść o świętach, czyli czarny pies zrobił kupę
To był ostatni dzień szkoły przed świątecznymi feriami. Nie mieli już
normalnych lekcji. Sofia opowiedziała o świętach prawosławnych w Gruzji,
które odbywają się o trzynaście dni później niż katolickie, ponieważ
liczone są według kalendarza juliańskiego, a Hang o chińskim Roku
Szczura. Potem pan Burza wyświetlił prezentację na temat ekologii
okołoświątecznej.
Każde gospodarstwo domowe wyrzuca około czterech kilogramów jedzenia
tygodniowo. Rocznie w skali kraju jest to prawie pięć milionów ton. Jest
to hałda śmieci wielkości czterdziestopiętrowego budynku. Na śmietnik
trafia najwięcej owoców, warzyw i mięsa. Co roku zabijamy aż milion
karpi, żeby ludzie mogli postawić na stole tradycyjne potrawy, których
większość nie lubi i nie zjada. Po świętach w śmietniku ląduje znacznie
więcej jedzenia niż po zwykłym weekendzie. Wyrzucanie żywności to
marnowanie wody, ropy do transportu, pracy ludzi, którzy ją
wyprodukowali. Mówiąc to, pan Burza pokazywał im slajdy ciągnących się
po horyzont wysypisk śmieci.
- Wiecie już, że prezenty to nie tylko przedmioty. Czy ktoś może
powiedzieć, jakie prezenty niematerialne można dać drugiej osobie?
Jagna przestała słuchać. Znała to na pamięć: napisać wiersz, piosenkę,
zrobić zakupy, posprzątać swój pokój, powiedzieć coś miłego, odwiedzić
kogoś, zadzwonić do kogoś, dostać dobrą ocenę, podziękować, przeprosić
albo powiedzieć, że się kogoś kocha czy też lubi.
"Ciekawe, kiedy wreszcie pan nam powie, że będzie miał dziecko. W ogóle
ciekawe, kiedy to dziecko się urodzi. Żeby tylko nie w środku roku
szkolnego, bo wtedy pan Burza pójdzie na urlop tacierzyński i przyjdzie
do nas ktoś inny. Ojejku, żeby tylko nie ta okropna pani Iza, która była
na zastępstwie".
Spojrzała na Tymka. Siedział w za dużej na niego bluzie z reniferem.
Mimo że właśnie zaczynały się ferie, był smutny.
- Mieliśmy dopisać kolejne zwrotki do naszego hymnu. Czy ktoś ma pomysł?
- zapytał pan Burza.
Hela wyrwała się do odpowiedzi i lekko fałszując, odśpiewała.
W ciemnym borze głuszce,
pod olchą zające,
dżdżownice w kapuście,
rosiczki na łące.
Rak w dzikich szuwarach,
pomrów na tarasie,
szarych wilków para,
Hela w naszej klasie.
Tymek nachylił się do Jagny i wyszeptał:
- Konie na równinie, dwie wszy na dziewczynie, kijanki w kałużach, na
klozecie Burza.
Zachichotał bezgłośnie.
- Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że jest już dwudziesty czwarty
grudnia. - Pan Burza wziął gitarę i delikatnie poruszył struny. - Z kuchni dochodzą wspaniałe zapachy, bo mama upiekła makowiec. Tata z dziećmi wiesza bombki na sztucznej, odziedziczonej po dziadkach choince,
albo na kupionej w ekologicznej leśnej szkółce. Zobaczcie, braciszek
wiesza długą fioletową bombkę w kształcie sopla. Widzicie ją?
- Przepraszam, ale który to jest fioletowy? - zapytał Tymek z błazeńską
miną.
Pan Burza wskazał bluzę Dymitra.
- Co to za hałas? Słyszycie? - spytał pan Burza i szarpnął struny
gitary, jakby ktoś dzwonił do drzwi.
- To mama morduje karpia w łazience. Ciach, ciach - szepnął Tymek.
- Tymeczku - powiedział pan Burza - nie przeszkadzaj. Słyszycie to?
Przyjechali dziadkowie, siostra taty ze swoimi dziećmi i brat mamy ze
swoimi dziećmi i dwoma psami. W domu zrobiło się gwarno, wesoło i rodzinnie.
- Wtedy pies podniósł nogę i nasikał na choinkę. Wszystkie żarówki
wybuchły - rzucił Tymek.
Cała klasa zaczęła się śmiać.
Jagna spojrzała na ścianę, na której wisiało kilka udanych prac Tymka.
Jego kolaże, rysunki, rymowanki. Czy to na pewno ten sam Tymek?
- Możecie się już uspokoić. Wracamy do cieplutkiego mieszkania naszej
szczęśliwej rodzinki. Kolacja była przepyszna. Na żadnym półmisku nie
zostało jedzenie i nic się nie zmarnuje, ale brudne talerze trzeba umyć
ekologicznie, żeby wykorzystać jak najmniej wody.
- To nie mogą jeść na brudnych? - zaśmiał się sztucznie Tymek.
- Cieszę się, że humor ci dopisuje, ale czy możesz mi nie przeszkadzać?
To jest opowieść o rodzinie i pięknych, magicznych świętach...
- Ale ja nie przeszkadzam, po prostu nie rozumiem - błaznował Tymek.
- Rozumiesz doskonale i wiesz dobrze, że mi przeszkadzasz. - Pan Burza
skarcił Tymka wzrokiem. - Za chwilę na stole pojawi się ciasto, a potem
cała rodzina idzie w kierunku choinki. Tata niesie na rękach małą
śliczną córeczkę...
- Ale coś śmierdzi. Czarny pies zrobił kupę pod choinką - powiedział
Tymek.
- Bardzo mi się nie podoba to, co robisz. Wstań, proszę - rzekł pan
Burza spokojnie, ale widać było, że jest zły.
- A żeby pan wiedział, jak mi się nie podoba to, co robię - odpowiedział
Tymek, ale zaraz po swojemu zwiesił głowę. - Przepraszam - mruknął.
Stał smutny, a jego twarz wyglądała tak, jakby nigdy w życiu się nie
uśmiechał.
Jagna pomyślała, że najlepiej by było, gdyby pan Burza go teraz
przytulił, ale dorośli rzadko przytulają nawet własne dzieci, a co
dopiero obce.
- Gdy zapadła cicha i śnieżna noc, rodzina szykowała się do snu...
- A na pasterkę nie poszli? - zapytał Antek, patrząc na Tymka.
- Nie poszli, bo byli ateistami - powiedział Aleksander.
Wszyscy trzej zaczęli się śmiać. Jagna, tak jak kilkoro innych dzieci,
podniosła rękę do góry, żeby zapytać, kto to jest ateista, ale pan Burza
pokazał im, żeby je opuścili.
- Dzieci, co się z wami dzieje?
Sofia podniosła rękę.
- A moja mama nie dostała wizy i będziemy świętowali tylko przez
Skype'a...
- A moja babcia zawsze płacze, jak się dzielimy opłatkiem i mówi, że
sobie poradzimy, bo mamy siebie - powiedziała Hela.
- Ja w tym roku ucieknę z domu, bo... - zaczął Dymitr, ale nie dokończył,
gdyż prawie cała klasa podniosła ręce, chcąc coś powiedzieć.
- A ja nigdy nie spędzam świąt z całą rodziną, bo dziadkowie nienawidzą
mamy i zawsze zapraszają tylko mnie z tatą. Lubili pierwszą żonę mojego
taty...
- Cieszę się, że o tym mówicie. Sami widzicie, jak wiele tematów można
poruszyć, kiedy mówi się o świętach.
- Przepraszam, czy mogę iść do łazienki? - zapytał Tymek.
- Tak, oczywiście - powiedział pan Burza, udając spokój, ale Jagna
wyczuła w jego głosie irytację.
14. Dom na Winnicy, czyli ogrody Marii Antoniny
To był krótki dwudrzwiowy autobus i gdy tylko Jagna do niego wsiadła,
Tymek natychmiast ją zauważył. Nie udawał, że jej nie widzi albo nie
zna, tylko od razu do niej podszedł.
Jagna chciała zapytać, dlaczego Tymek nosi komuś plecak, ale on nie dał
jej dojść do głosu. Zaczął obgadywać pana Burzę.
- Przecież lubisz pana Burzę.
- Nieprawda. Wcale go nie lubię.
Tymek kłamał, jednak Jagnę w tym momencie najbardziej interesowało, kim
są ci dziwni ludzie z dryblasem na czele. Kiedy o to zapytała, Tymek
powiedział, że to jego znajomi, i zamilkł jak zaklęty, odwracając twarz
do szyby.
Gdy Jagna się zorientowała, że się pierwszy nie odezwie, zagaiła
rozmowę.
- Jestem wcześniakiem, wiesz? Tatusz tak rozśmieszył Mamikę, że dostała
ataku śmiechu i odeszły jej wody.
Tymek nie miał pojęcia, co to wszystko znaczy, więc Jagna mu
wytłumaczyła, co to jest poród, szkoła rodzenia i czym się różnią
bliźniaki jedno- od dwujajowych.
Tymek słuchał z wypiekami na twarzy.
- A w ogóle to chcę poprosić pana Burzę, żeby nazwał dziecko Jagna.
Tymek uznał, że to świetny pomysł. Powiedział, że Jagna to superanckie
imię i nawet trochę się uśmiechnął.
- A może ty poprosisz, żeby to był Tymoteusz, bo to przecież może być
chłopiec - powiedziała wspaniałomyślnie.
- Nie - odparł zdecydowanie.
Jagna popatrzyła na niego zaskoczona.
- To nie jest szczęśliwe imię, jak widać na załączonym obrazku. - Tymek
wskazał siebie dwoma kciukami.
Jagna nie wiedziała, jak zareagować, więc powiedziała, że jej dziadek
Fredek, tata jej mamy, uważa, że imię przede wszystkim powinno pasować
do nazwiska.
- Słusznie - zgodził się Tymek, z powagą kiwając głową. - Zatem pan
Burza powinien nazwać dzieciaka "Piorun" - dodał całkiem poważnie.
Oboje parsknęli śmiechem.
- Tak! Piorun Burzyński albo Błyskawica Burzyńska.
- Albo Grzmot Burzyński. Miło się gadało, ale gdzie ty właściwie
wysiadasz? Bo ja tutaj - powiedział Tymek i sięgnął po plecaki.
Byli na jakimś pustkowiu. W dali dało się dostrzec las i kilka domów.
Tymek domyślił się, że Jagna przyjechała tu za nim.
- Dobra, i tak się w końcu wszyscy dowiedzą - rzucił zrezygnowany.
Wysiedli.
Po kilku minutach marszu doszli do ogrodzonego siatką parkanu. Na sporym
terenie znajdowały się mały lasek, ogródek, kilka budynków
gospodarczych, dwie psie budy i piętrowy budynek. W dali widać było
boisko do siatkówki, do koszykówki i dwa hamaki.
Jagna pomyślała, że Tymek musi być bardzo bogaty. Nikt ze znajomych jej
rodziców nie mieszkał w tak wielkim domu i nie posiadał dwóch boisk do
własnej dyspozycji. Już chciała to skomentować, kiedy zobaczyła czerwoną
tabliczkę wiszącą obok furtki.
"Państwowy Dom Dziecka imienia Stefanii Wilczyńskiej".
- To dom dziecka?! - zapytała z niedowierzaniem.
Wiedziała oczywiście, że istnieją domy dziecka, ale do głowy jej nie
przyszło, że Tymek może być sierotą.
- No coś ty! - roześmiał się sztucznie Tymek. - To wesołe miasteczko
przy ogrodach Marii Antoniny.
Jagna nie miała pojęcia, kim jest Maria Antonina, ale i bez tego czuła
się wytrącona z równowagi.
Nadjechał kolejny autobus, z którego wysiadła grupa dzieci. Gdy byli już
blisko, ktoś krzyknął:
- Cześć, Sardyna! Idziesz na obiad?
- Zaraz - powiedział Tymek, czerwieniąc się.
Jagna popatrzyła na niego, jakby go po raz pierwszy w życiu zobaczyła, i nagle wszystko wydało jej się zrozumiałe.
"Tymek cieszy się z byle czego, mówi, że na świecie jest dość dzieci i żeby nie nazywać syna Tymek. Ale skoro jest sierotą, to dlaczego ciągle
mówi o tacie?" - rozmyślała.
- Możesz z łaski swojej nie rozgadać każdemu w klasie?
- Jasne. Oczywiście. Nikomu. I jak tu jest? - zapytała, czując, że jest
jej dziwnie gorąco.
- Tak jak widzisz. - Wskazał ręką na budynek, lasek, boiska i dwa
hamaki. - Bardzo ekologicznie.
Dopiero wtedy Jagna zobaczyła, że elewacja domu jest zniszczona. W wielu
miejscach tynk się wykruszył. Psie budy były spróchniałe, a na boisku do
siatkówki wisiały stare strzępy siatki.
- Czyli tu mieszkasz? - dopytywała wciąż bardzo poruszona tym, co
odkryła.
- Wpadam czasem uprawiać szermierkę.
Ale to był inny Tymek niż ten, którego Jagna znała ze szkoły. Przeszło
jej przez myśl, że Tymek ma wiele różnych twarzy, zupełnie jak kameleon.
"Fajnie byłoby wejść do środka. Ciekawe, jak tam jest?"
- Masz swój pokój?
- Mieszkam w dwójce. Pokój numer czternaście.
- I co tu robicie?
- Aleś ty dociekliwa jak sąd rodzinny. Nic. Cały czas ktoś do nas
przychodzi i coś nam mówi albo mamy jakieś zajęcia. Dużo gramy w piłkę...
Jagna patrzyła, jak Tymek wita się z innymi dziećmi.
- To bardzo fajnie. Też bym chciała mieć z kim pogadać, bo ciągle siedzę
sama w domu.
- Nie chciałabyś - powiedział Tymek ponuro.
- A właśnie, że bym chciała! Rodzice wciąż każą mi sprzątać pokój,
układać zabawki i sto razy dziennie mnie pytają, co w szkole, co jadłam,
co bym zjadła teraz, a co potem, i trzeba im tysiąc razy dziennie
odpowiadać.
- To masz super.
- Nie mam wcale "super". Mam antysuper. Moja Mamika jest pilotką
samolotów i ciągle lata po całym świecie, tylko w domu jej nie ma. A kiedy wraca, to zawsze, ale to zawsze jest zmęczona i chce tylko założyć
słuchawki, żeby posłuchać audiobooka i układać puzzle z trzech tysięcy
elementów. A ja mogę siedzieć koło niej i milczeć.
- To masz genialnie! - powtórzył Tymek.
- Nie, nie mam genialnie.
- Masz.
- Nie mam!
- Gdybym miał mamę, mogłaby w ogóle ze mną nie rozmawiać i mnie by to
nie denerwowało. Nic a nic. Jest tu nas trzydzieści sześć osób, a z maluchami pewnie z pięćdziesiąt. Będę tu mieszkał do eksplozji jądrowej,
która zniszczy wreszcie ten świat, albo aż będę miał piętnaście lat i wywalą mnie do szkoły z internatem. To cześć. Zimno mi w uszy.
- Poczekaj! Chcesz moją czapkę?
Jagna jednym ruchem ściągnęła czapkę i odgarnęła włosy.
- Nie. Ale jest super.
Tymek pogładził czapkę, jakby była nie wiadomo jak cenna, ale jej nie
wziął.
- Ja mam takich z dziesięć. Zobacz, czy ci będzie pasować, a jak nie, to
mi oddasz.
- Jakby prawdziwy łeb tygrysa.
- A jaka jest ciepła! - kusiła Jagna.
Tymek wyciągnął rękę po czapkę i długo oglądał starannie wykonane czarne
uszy i fantazyjne pręgi na czole.
- Pewnie była droga.
- Nie wiem. No, przymierz.
Naciągnęła Tymkowi czapkę na targane wiatrem włosy. Jego ciemne oczy
nabrały blasku i ładnie grały z kolorem pręgów. Dużo fajniej było
patrzeć na Tymka w tygrysiej czapce, niż samej ją nosić.
- Dziękuję. Pierwszy raz w życiu jestem tygrysem. - Tymek niemal
niedostrzegalnie się uśmiechnął.
Jagna patrzyła, jak pręgowana czapka znika w brązowych wysokich
drzwiach.
2. Sprzątanie świata, czyli zielona bandanka
Jesienne sprzątanie świata skończyło się nie tylko zebraniem
siedemdziesięciu ośmiu worków śmieci, ale też meczem ludzi w czapkach
przeciwko ludziom bez czapek, rozegranym znalezioną piłką do siatkówki.
Jagna z Helą i Sofią zdobyły drugą nagrodę za zebranie aż pięciuset
osiemdziesięciu ośmiu śmieci. Pan Burza liczył na sztuki, żeby im się
chciało zbierać nawet najmniejsze papierki. Tymek, który był wtedy nowy,
znalazł złożone w rulonik dwieście złotych. Wszyscy mu tego zazdrościli,
a tymczasem on ku ich zaskoczeniu oddał je panu Burzy na cele
ekologiczne.
Tatusz zjawił się swoim żółtym nissanem. Nie zaspał, nie zapomniał i nawet ubrał się jak na niego jako tako.
Rodzice i opiekunowie zbili się w kółeczko i zaczęli rozmawiać o swoich
nudnych dorosłych sprawach, za to dzieciaki patrzyły na kraczące nad
nimi stada wron i gawronów, gromadzące się w wielkie przedzimowe chmary,
i udawały, że same są wronami. Kilka osób stało z boku i ukradkiem
zerkało na telefony.
- Pan Burza już jedzie, będzie za pięć minut - powiedział głośno Tatusz
i zatopił się w rozmowie z babcią Heli, babcią Sofii, rodzicami Dymitra
i tatą Antka.
Jagny to nie zdziwiło. Wystarczyło wejść z tatą do pierwszego lepszego
sklepu albo iść do paczkomatu, a już jacyś ludzie do niego podchodzili i z rozrzewnieniem ściskali mu dłoń, mówiąc, jak cudownie widzieć naszego
kochanego pana doktora.
Jagna zniecierpliwiona szurała butami i rozrzucała na boki hałdy
uschniętych liści. Pachniało już nadchodzącą zimą, ale liście jeszcze
nie zgniły, można więc było w nich brodzić po kostki. Tu, na północy
Warszawy, tuż koło wału przeciwpowodziowego był kiedyś prywatny park
dworski. Od lat niszczał i teraz przypominał raczej dziwaczny lasek z rosnącymi gdzieniegdzie egzotycznymi drzewami. Magnolie, miłorzęby,
platany, olchy i głogi rosły między lipami, akacjami i topolami, a gdy
przekroczyło się wał przeciwpowodziowy, topole były niemal tak wielkie
jak sekwoje.
- Zobaczcie. - Hela szturchnęła Jagnę w łokieć i wskazała na Wojtka. -
On żyje w trójkącie. To jego mama i tata, ten z kucykiem, a ten w czapce
to mąż jego mamy.
- Spójrzcie, jak się dziwnie ubrała. Żenada - zachichotała Sofia,
wskazując Majkę.
Jagna spojrzała na zbliżającą się do nich koleżankę z rodzicami i chyba
ciocią. Wszyscy ubrali się na zielono i odcinali się na tle burego
krajobrazu.
- A Marcin... tatuś mu szaliczek poprawia. Podobno jego babcia leży w łóżku i nosi pampersy - powiedział Antek, dołączając do nich w podskokach.
- A ten nowy wujek Wojtka trzyma się z jego mamą za rękę. Obrzydliwe.
- Ale obciach - przyznała Jagna.
Byli właśnie w toku ustalania, czy babcia Hani w swojej buraczanej
chuście na głowie przypomina zapaśnika sumo czy worek treningowy, kiedy
na parking zajechał samochód ich wychowawcy.
Pan Burza, jak go wszyscy w szkole nazywali, miał na sobie zielone
spodnie i zieloną damską kurtkę, a na spiętych w kędzierzawy kucyk
włosach zawiązana była zielona bandanka.
Wychowawca sięgnął po gitarę, powiedział "trzy-cztery" i wszyscy zaczęli
śpiewać ułożony przez niego, ale z muzyką taty Antka, ekologiczny hymn
klasy.
Wśród liści - jaszczurki,
Na mokradłach - łosie,
Graby koło górki
I w chlewiku prosię.
Korzeń, ręka, liść i łapa?
Ten zielony świat to tata.
Futro, łuski czy piżama?
Cały świat to nasza mama.
Połączeni pazurami chcemy żyć tu pod chmurami!
Pazurami połączeni chcemy być zieloni, chcemy!
Pan Burza śpiewał głośno i rytmicznie grał na starej gitarze Mamiki, ale
Jagna nie miała wątpliwości, że tylko udaje beztroskę. Miał minę jak
Mamika, kiedy wracała z męczącego lotu.
Po odśpiewaniu hymnu wychowawca zadał dobrze Jagnie znane pytanie:
- Ile śmieci rocznie produkuje każdy z nas?
- Trzysta kilogramów - odpowiedziała chórem klasa.
Jagna, choć przepadała za wychowawcą, krzyknęła: "Tyle, ile potrzeba",
bo tak zawsze mówił dziadek Fredek. "Kupuję tyle, ile potrzeba. Zużywam
tyle wody, ile potrzeba". Naśladując dziadka, Jagna droczyła się z rodzicami i z panem Burzą - taka już była.
Pięć minut później, gadając i śmiejąc się, zbierali butelki, papiery po
chipsach i kartonowe opakowania nie wiadomo po czym. Jagna musiała
rozpiąć kurtkę, bo od śmiechu i schylania zrobiło jej się gorąco.
- Ty, Jagna - szturchnął ją Aleksander. - Dzwoń do swojej mamy, że może
zostać tam, gdzie doleciała - powiedział, uśmiechając się złośliwie.
- Co? - Jagna zmarszczyła brwi, nie wiedząc, o co chodzi.
- Będziesz miała nowego tatusia.
- O czym gadacie? - Podeszła do nich Sofia z prawie pełnym workiem
śmieci.
- Tata Jagny podrywa naszego pana - powiedziała Hela.
Jagna aż otworzyła usta. Hela coś takiego powiedziała? Ta Hela, której
Jagna zawsze broniła, gdy inni wyśmiewali się z jej piegów.
Rozejrzała się po lasku. Było kolorowo od czapek, szalików i kurtek.
Tatusz i pan Burza robili małe kroczki, a koło nich kręcił się Tymek.
Panowie coś do siebie szeptali, a ich głowy były tak blisko siebie, że
czapka Tatusza i zielona bandanka wychowawcy prawie się dotykały.
- Będziesz się nazywała Jagna Burzyńska - zaśmiała się Hela.
Reszta dzieci śmiała się tak głośno, że słychać ich było po drugiej
stronie Wisły.
Jagna nie mogła patrzeć na roześmiane twarze, wyszczerzone zębiska, na
tych wszystkich okropnych ludzi. "Jak oni mogą śmiać się ze mnie? Co ja
im zrobiłam?"
Nie pamiętała, jak śmiała się z kolegami z innych pół godziny temu;
czuła się skrzywdzona. Chciała tylko, żeby wreszcie się to wszystko
skończyło.
5. Dwie torby, czyli ten kłamca umie szyć
Pracownia recyklingu mieściła się w starej szklarni, było tu więc bardzo
jasno, ciepło, pachniało aloesem, klejem i proszkiem do prania. Na
jednej ze ścian wisiały cztery patchworkowe kilimy.
Jagna dobrze znała te plakaty. Znała też wysokiego pana przypominającego
z wyglądu czarny parasol. Miała z nim warsztaty z segregowania śmieci.
- Zacznijmy od krótkiego quizu. Kto z was pamięta, o ile mniej wody
zużywamy na prysznic niż na kąpiel? Kto ma dziś na sobie T-shirt?
Pięknie. A kto ma w domu drugi, trzeci, czwarty? Ty masz dwadzieścia?
Coś takiego! A kto wie, ile wody zużywa się podczas produkcji jednego
małego T-shirta?
Tymek, machając długą grzywką jasnych włosów, zgłaszał się cały czas, za
to Jagna wcale. Ciągłe mówienie o wodzie, energii, plastiku i śmieciach
było dla niej bardzo nudne. Gdyby dziadek Fredek tu był, kłóciłby się
bez przerwy z panem Parasolem.
- Jakie to głupie... - szepnęła Jagna.
Tymek łypnął na nią okiem. Kiedy pan Parasol zaczął mówić, jak każde
dziecko może dbać o ekologię, pan Burza dosiadł się do Tobiasza i pogłaskał go po głowie. Tymek spochmurniał. Siedział z głową podpartą na
łokciu i skubał skórki przy paznokciu. Przy kciuku miał już sporą
czerwoną ranę.
- Nie rób tak, bo dostaniesz zakażenia. - Jagna wzięła go za łokieć.
- To dostanę. Nikt płakać po mnie nie będzie.
"Nikt nie będzie po nim płakać? Co on w ogóle mówi?" - pomyślała Jagna.
- Masz fajną czapkę - powiedział Tymek.
- Mama mi przywiozła z Islandii.
Tymek nachylił się i wyjął z plecaka odrapaną i trochę wygiętą zieloną
puszkę po mydle. Na jej pokrywce było zdjęcie polnej dróżki, którą
jechały dwa rowery. Na jednym był wysoki roześmiany pan, a na drugim
chłopczyk w słomianym kapeluszu i czerwonych spodenkach z szelkami.
Jagna znała takie puszki. Mamika czasem przywoziła mydła z olejem
arganowym, z lawendą, z olejkiem jojoba albo z kryształkami soli
himalajskiej. Były pakowane w płaskie zielone puszki z różnymi fajnymi
zdjęciami na pokrywkach.
- O jaka fajna - powiedziała.
Tymek z dumą otworzył puszkę. Był w niej obcinacz do paznokci.
- Mój tatuś przywiózł mi ją z Ameryki. Zawsze tym obcinam nici, bo wtedy
koniec jest równy. Jest zrobiony z czystej platyny. Można by za niego
kupić samolot. Tata mi dał.
Jagna nachyliła się nad puszką po mydle. Leżał w niej zwykły, tani,
nawet trochę nadrdzewiały obcinacz do paznokci. W łazience mieli z sześć
identycznych.
- Nie kłam. To zwykły obcinacz. W sklepie kosztuje pięć złotych.
- Nie taki - powiedział Tymek, obcinając nim nić.
- Taki! Mogę ci udowodnić i jutro przynieść takich sześć.
- Nie takich - powtórzył Tymek.
- Takich! - wściekła się Jagna.
"Co za okropny kłamca. Trzeba było jednak usiąść koło dziewczyn".
Odetchnęła, gdy pan Parasol zakończył quiz i wreszcie powiedział, żeby
wybrali sobie gotowe torby i aplikacje. Dzieci rzuciły się do pudeł.
Jagnie wpadła w oko tkanina w kratę, ale Dymitr ją zgarnął. Podobnie z tkaniną w wielkie wiśnie - Hela niemal wyrwała ją Jagnie z ręki. W końcu
udało jej się zdobyć szarą, a jako aplikację wzięła dwa złączone orły,
tak samo jak Tymek.
- Kochani - powiedział pan Parasol. - Dzięki waszym sercom dacie tym
rzeczom drugie życie. Podczas szycia pomyślcie o waszej rodzinie. W trakcie rękodzieła zawsze warto myśleć o tym, komu dacie owoc swojego
wysiłku. A kto będzie chciał, może dodatkowo zrobić zapięcie.
Jagna pomyślała, że zrobi zapięcie, jednak szycie okazało się trudne. W sklepie torby na zakupy kosztowały pięć złotych i dziewięćdziesiąt
dziewięć groszy i były ich setki, po co więc miała się męczyć? W zeszłym
roku lepili z gliny miseczki. Dlaczego w tym roku pan Burza wybrał coś
tak koszmarnego?
Jagna musiała przetrzeć okulary. Było jej gorąco z wysiłku. Orły jakimś
cudem zmieniły się w powykrzywiane mutanty. Okropna była jej torba.
- Widzicie, jak wam słabo idzie? To pomyślcie, że w ciągu życia każde
ubranie człowiek nosi średnio tylko cztery razy. Rozumiecie, jakie to
marnotrawstwo? Gdyby umiał przyszywać guziki czy cerować, chodziłby w ubraniach o wiele dłużej. Jedna osoba w klasie umie już szyć... -
powiedział pan Parasol, kładąc rękę na ramieniu Tymka - ale reszta
dopiero zaczyna. Za dziesięć lat...
Jagna przestała słuchać. Za dziesięć lat? Nawet nie potrafiła sobie tego
wyobrazić. Za dziesięć lat będzie przecież bardzo stara.
Tymek zrobił supełek i odłożył nożyczki na stół. Rozłożył torbę i rozprasował dłońmi.
Jagna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jego torba była piękna. Orły
majestatycznie szybowały. Aplikacja wyglądała, jakby przyszył ją
profesjonalny krawiec.
Jagna poczuła ukłucie zazdrości.
"Ten kłamczuch umie szyć? Przecież to ja mam dziadka krawca".
Do tej pory myślała, ze wszystkie dzieci przynoszą do domów krzywe
łyżki, kubki z uchem, za które nie da się chwycić, fartuchy z jednym
bokiem dłuższym i byle jak uszyte torby.
"Ale by było, gdybym przyniosła do domu taką torbę. Dziadek by się
zdziwił".
Kiedy warsztaty się skończyły, wszyscy położyli swoje torby na stole,
ale pan Parasol ich nie oceniał. To było fajne w pracowni recyklingu, że
nikt nie oceniał żadnej pracy. Po prostu wszyscy tylko patrzyli.
- Kiedy wasi bliscy wezmą je do ręki, będą wiedzieć, że o nich
myśleliście - powiedział pan Parasol, robiąc torbom pamiątkowe zdjęcie.
Potem wszyscy rzucili się na domowy kompot i wegańskie ciasto
marchewkowe z cynamonem. Później zrobił się harmider. Hela coś tam do
Jagny mówiła, ale ta nadal była obrażona, więc odwróciła się do
koleżanki plecami.
- Pamiętajcie o torbach. Kiedy będziecie chodzić z rodziną na zakupy,
unikajcie plastikowych opakowań. - Pan Parasol popatrzył na plakat.
Tymek chwycił plecak i wyszedł. Na stole została jego starannie wykonana
torba. Świeciła jak latarnia morska.
Jagna popatrzyła na swoją torbę z niechlujnie przyszytą aplikacją.
Uniosła rękę i jednym ruchem schowała do plecaka torbę Tymka. Swoją
szkaradę butem wcisnęła za półki z maszynami do szycia.
6. Wieczór w kuchni, czyli wiadomość stulecia
Jagna stała przed oprawionym w grube ramy lustrem łazienkowym i wycierała ręce w puchaty czerwony ręcznik z haftowanymi złotymi
żyrafami.
"Dlaczego nie wziął torby? I dlaczego kłamie o obcinaczu?"
- Halo, Tygrysico. Zakręcaj wodę, kochanie - powiedział Tatusz. -
Podobno zakręcając wodę podczas samego tylko mycia zębów, można
zaoszczędzić do czterystu litrów rocznie.
- Błagam cię... Ty też zaraziłeś się ekologią? Na serio wystarczy nam
Asizna - jęknęła Mamika. - Czy teraz każesz nam się myć w przeręblu?
Lepiej mniej jedz, to dopiero będzie ekologiczne. Córeńko, bardzo ci
dziękujemy. - Mamika trzymała w ręku torbę Tymka. - Jest bardzo piękna.
Widać, że się postarałaś. - Przytuliła policzek do naszytych przez Tymka
orłów.
- Krzychu Burza na pewno nie minął się z powołaniem. Nie dziwię się, że
dzieciaki za nim szaleją - powiedział Tatusz, całując Jagnę w czoło.
- Burza? - zdziwiła się Mamika. - To on nie ma na nazwisko Muszyński?
- Oj, pani kapitan! - zaśmiał się Tatusz, bo to zawsze on chodził na
zebrania. - Rok temu zmienił im się wychowawca. Krzysztof Burzyński ich
uczy. Pan Burza. - Tatusz pokazał na czubek swojej głowy. - Burza
włosów, to stąd.
- A tak, pamiętam. Burzyński, racja. "Krzychu"? Jesteście na ty? -
zapytała Mamika.
- Od przedwczoraj - powiedział Tatusz, myjąc owoce kaki, które Mamika
przywiozła z podróży. - Czytałem, że powinno się jeść miejscowe
jedzenie.
- Nie musisz jeść. Od przedwczoraj? To kiedy z nim rozmawiałeś? -
zapytała Mamika.
- Zagadał do mnie podczas sprzątania świata. Martwi się o dziecko -
powiedział Tatusz.
- Trudno się dziwić - powiedziała Mamika, wyrzucając stos słoiczków po
czerwonych lakierach do paznokci.
- Musiałem go uspokoić. W sumie to ani jednego śmiecia nie zebrałem. Mam
nadzieję, że nikt nie zauważył. Wypytywał mnie, gdzie jego partnerka ma
rodzić, kogo polecam. Źle wyszły jej wyniki badań, więc skierowałem ją
na kontrolę do Wawrzeckiego. Poza tym namawiał mnie, żeby wejść w porody
ekologiczne. A wiesz, że on nadal ma twoją gitarę? Supernauczyciel, z powołaniem.
Jagna zamrugała oczami. "Co takiego? Nasz pan będzie tatą? Przecież to
wiadomość stulecia!"
- Tato, pan Burza będzie tatą? Nam nic nie mówił...
- Zjedz najpierw zupę. - Tata postawił przed nią talerz pachnącej zupy
brokułowej. - Nie musi opowiadać uczniom o swoich sprawach. Powie wam,
jak będzie chciał.
Jagna wsunęła ręce we włosy i wzniosła je do sufitu.
- A co ci tak wesoło, Tygrysico?
- Nic...
Jagna poczuła, jak radość wypełnia jej brzuch, a potem głowę i całe
ciało.
Tatusz był położnikiem w szpitalu rejonowym, więc ciągle ktoś go
rozpoznawał, a dwóch chłopaków w klasie Jagny miało po tacie na drugie
imię - Janusz. Ale dziewczyny się zdziwią, kiedy dowiedzą się, że pan
Burza będzie ojcem. Wtedy okaże się też, jakie są wredne. Myślały, że
Tatusz flirtuje z panem Burzą, zazdrośnice.
Jagna wstała, żeby zadzwonić do Heli.
- Tylko Tygrysico, bardzo cię proszę, nikomu o tym nie mów - powiedział
Tatusz i zanim Jagna doszła do drzwi, wrócił do rozmowy z mamą. -
Rozmawialiśmy o tym, ile jedno dziecko zużywa pieluch jednorazowych.
Krzychu rozważa, czy nie wrócić do tetry...
- Jasne - powiedziała Mamika - bo to nie on je będzie prać.
- A właśnie, że on. Idzie na tacierzyński. Powiedział, że nikt mu tego
nie odbierze.
- Zobaczymy, jak będzie śpiewać, gdy dziecko się urodzi. Asizna
dzwoniła. Chyba wchodzą w ten projekt z cyną...
Jagna już nawet nie wróciła do kuchni. Szkoda, że nie wolno jej nikomu o tym mówić, ale i tak fajnie, że wiedziała o tym jako pierwsza z całej
klasy. Pierwsza i jedyna.
7. W sypialni rodziców, czyli dziwne nocne dziecko
W dzień tyle się działo, że Jagna nie miała czasu nad niczym się
zastanowić, za to w nocy myśli uderzały jej do głowy i nie dawały spać.
Najpierw rozmyślała o tym, że w brzuchu jakiejś obcej pani rośnie
dziecko pana Burzy. Jakie ono będzie? Kudłate i wesołe jak pan Burza,
czy w ogóle inne - jak na przykład Bartek, jej brat cioteczny, który w niczym nie przypomina nikogo z rodziny? Tatusz będzie przy narodzinach
córeczki pana Burzy... Właśnie, to powinna być córeczka.
Jagna wyobraziła sobie, jak Tatusz trzyma w rękach noworodka z jeszcze
nieodciętą pępowiną. Może Jagnie pozwolą ją przeciąć? Nie, na pewno nie,
Tatusz nawet nie da jej wejść na salę porodową. Dorośli zabraniają
wchodzenia w najciekawsze miejsca, wiadomo. Ale zaraz, może pan Burza
nazwie swoje dziecko "Jagna"? To by dopiero było coś! Jagna to
fantastyczne imię, najfajniejsze ze wszystkich. Trzeba pana o to
poprosić, zanim inne dzieci się dowiedzą i też wpadną na ten pomysł. A jeśli będzie chłopczyk? Właściwie też mógłby nazywać się Jagna. To
głupie, że imiona są jak toalety: jedne tylko dla dziewczynek, drugie
tylko dla chłopców. Jagna zdecydowanie by wolała, żeby był inny podział
łazienek, na przykład dla fajnych i niefajnych. Czasami mogłaby się
nazywać Józek, Dymitr albo Tymoteusz. O rany, Tymoteusz!
Jej dobry humor prysł w jednej chwili, a przed oczami zobaczyła rodziców
zachwycających się uszytą przez Tymka torbą. Zdjęcie torby rodzice
wysłali dziadkowi, który odpisał: "Sama na pewno tego nie przyszyła".
Dziadek przejrzał ją od razu. A co będzie, jeśli Tatusz z tą torbą
będzie wracał z zakupów i spotka Tymka? Pomysł, który wydawał jej się
wspaniały, nagle stał się wyrzutem sumienia.
"Po co ja ją kradłam?!"
Wtuliła twarz w pachnącą świeżym praniem poduszkę i kilka razy uderzyła
pięścią w materac.
Nie pomogło. Wstyd palił ją do żywego.
Zerwała się z łóżka i przez zagracony przedpokój popędziła do sypialni
rodziców.
- Śpicie?
- Nie, skąd - wymamrotał Tatusz. - Jest środek nocy, dlaczego mielibyśmy
spać?
- Idź spać, córeńko. Jutro nam powiesz - dodała Mamika, przekręcając się
na drugi bok.
Jagny nie można było tak łatwo zniechęcić.
- Zrobiłam coś przepotwornego - powiedziała, wciskając się do
cieplutkiego łóżka rodziców.
Tatusz usiadł i przetarł oczy.
- Wstawaj. - Poklepał Mamikę po ramieniu. - Znowu to dziwne dziecko,
które nie odróżnia dnia od nocy. Co tu robisz, dziwne nocne dziecko?
- Możecie być cicho?! Mam jutro ciężki lot i muszę być w formie. Jagna,
idź do siebie.
- Ale ja muszę wam coś powiedzieć. Okradłam kolegę.
Jak na pilotkę przystało, Mamika w jednym momencie oprzytomniała.
Jagna wszystko szczerze opowiedziała, a gdy skończyła, poczuła ogromną
ulgę. Zaraz potem lekko się obraziła, bo rodzice parsknęli śmiechem.
Okazało się, że od razu coś podejrzewali, ale pomyśleli, że pomógł jej
pan Parasol.
8. Ekowyrzeczenia, czyli przestaję jeść awokado
Pan Burza tłumaczył, co oznacza słowo "wyrzeczenie". Żeby dać im
przykład, pierwszy składa dziś ekowyrzeczenie. A ponieważ nie może być
to byle co, wybrał coś, co uwielbia, ale wyrzeka się tego na rzecz dobra
planety. Od dziś przestaje kupować awokado.
W klasie nagle zrobiło się tak cicho, że słychać było przejeżdżającą pod
oknami śmieciarkę.
- Jak to? - zapytali niemal wszyscy jednocześnie.
- To jedzenie owoców też jest nieekologiczne?
- Jedzenie owoców ogólnie nie, ale jedzenie awokado tak - tłumaczył pan
Burza. - Awokado lubi pić wodę, potrzebuje jej dwa razy więcej niż
naturalny las. Do wyprodukowania średniej sztuki awokado potrzeba aż 90
litrów wody. Zwiększa to ryzyko susz i pożarów...
Pan Burza obliczył, że gdyby żył do osiemdziesiątki, a zjada przeciętnie
cztery owoce awokado na tydzień, to oszczędzi planecie prawie milion
litrów wody.
- Drugim moim eko wyrzeczeniem będzie nieużywanie perfum.
Tym razem również podniósł się szum rozczarowania, że ten fajny zapach
to nie jest po prostu zapach pana Burzy.
Okazało się, że rezygnując z perfum, pan Burza zaoszczędzi do końca
życia dziesięć litrów perfum, czyli około pięćdziesięciu tysięcy
złotych, co teraz będzie miało dla niego ogromne znaczenie.
- Pomogę wam wybrać wasze wyrzeczenia - dodał.
Puścił im śmieszny film o tym, co można robić w domu, żeby żyć
ekologicznie. Wszyscy bardzo się śmiali, gdy przypominający biedronkę
ludzik rozebrał się do naga, żeby się wykąpać, a do jego wanny weszło
pięciu innych nagich ludzików, bo okazuje się, że wanna wody starczyłaby
dla sześciu osób. Potem pan Burza przypomniał im, że dzieci mają ogromny
wpływ na starsze pokolenie, i to właśnie dzieci mogą zmienić świat.
Rozdał im kartki z listą rzeczy, które można robić dla planety. Każdy
miał zaznaczyć, co już w jego domu się robi, a potem wybrać jedną rzecz
dodatkową i złożyć zobowiązanie.
Dzieci zaznaczały, co chcą robić, a potem wychodziły na środek klasy i uroczyście składały ekozobowiązanie.
"Dziadek Fredek ma rację. Co za ekoindoktrynacja!" - pomyślała Jagna.
- Nie będę wredny dla mojej siostry... - zaczął uroczyście Dymitr, ale Pan
Burza mu przerwał.
- Rozmawiamy o ekologii.
- Ale jak się nie jest miłym i się dokucza, to potem ten ktoś choruje i trzeba go leczyć, kupując lekarstwa i bandaże, co dużo kosztuje, więc
lepiej temu zapobiegać - powiedział Dymitr, odgarniając z twarzy długie
lśniące włosy.
- A ja obiecuję, że namówię tatę, żeby zmienił swój hotel w eko! -
krzyknął Janek, który uwielbiał się chwalić hotelem taty.
- No proszę, nowe pomysły - orzekł uśmiechnięty pan Burza.
Jagna nie miała ochoty przestać się kąpać ani przestać kupować sobie
niepotrzebnych rzeczy, bo przecież kupowała tylko potrzebne, ani gasić
światła, gdy wychodzi z pokoju, bo przecież nie wiedziała, czy za chwilę
tam nie wróci. Rozmyślała, co by tu wpisać, żeby się tylko do czegoś
poważnego nie zobowiązać. Na szczęście pan Burza pytał tylko chętnych,
więc Jagna wcisnęła swoją kartkę do plecaka i ukradkiem wyciągnęła torbę
Tymka.
- Dlaczego się nie zgłaszasz? - zapytała, widząc, że Tymek nie wyrywa
się do złożenia ekozobowiązania.
- Bo nie wierzę w te eko-śmiecio-zachowania. Mogę pić wodę z kranu, ale
to przecież niczego nie zmieni.
- Ja też tak uważam! I mój dziadek tak samo! Mówi, że to wymysł ludzi,
którzy nigdy biedy nie zaznali... - zaczęła Jagna, ale Tymek nie dał jej
dokończyć.
- Ja uważam, że trzeba działać systemowo. Na przykład ja muszę gasić
światło przez trzy tysiące lat, żeby zaoszczędzić tyle energii, ile
zużywa jeden lot do Madrytu...
- Jagna i Tymek, chcecie nam coś powiedzieć? - Pan Burza spojrzał w ich
stronę.
Tymek jakby na to czekał. Ze złością, jakiej nikt jeszcze u niego nie
widział, oświadczył, że jemu tabelka z ekozobowiązaniami w ogóle się nie
podoba. Przecież ocieplenie klimatu i zanieczyszczenie środowiska wynika
wyłącznie z tego, że na Ziemi jest za dużo ludzi.
Pan Burza pobladł.
Jagna szturchnęła Tymka i wyszeptała "przestań", ale Tymek odsunął się
od niej i wymądrzał się dalej swoim spikerskim głosem.
- Gdyby to ode mnie zależało, położyłbym kres rozmnażaniu ludzkości.
Obecnie na świecie żyje ponad siedem i pół miliarda ludzi, a pod koniec
dwudziestego pierwszego wieku będzie już jedenaście miliardów. Ziemia ma
ograniczoną powierzchnię, szybko zabraknie więc miejsca, wody i jedzenia. Rodzenie dzieci jest bardzo nieekologiczne, więc powinno być
zabronione prawem, zresztą jest wystarczająco dużo dzieci do wzięcia,
jeśli ktoś by chciał.
- Pan Burza będzie tatą, jego partnerka jest w ciąży - wyszeptała Jagna.
- Wiesz, jak jest mu teraz przykro?
- Co ty powiedziałaś?! - Tymek otworzył szeroko oczy, jakby patrzył na
ducha.
W jednej chwili dorosły spiker zniknął, a Tymek zmienił się w małego,
bezradnego chłopca, któremu zbiera się na płacz.
"Co mu się stało? Rozpłacze się, bo Pan Burza będzie tatą?" -
zastanawiała się Jagna.
- Niech sobie nie będzie rudy i ma sześcioraczki - powiedział Tymek,
pociągając nosem. - Nic mnie to nie obchodzi. Niech wszyscy umrą z głodu
i braku powietrza - burknął.
Kiedy zadzwonił dzwonek, Tymek jak wystrzelony z katapulty ruszył w kierunku drzwi.
- Tymek... - Jagna w ostatniej chwili przypomniała sobie, co obiecała
tacie. - Tylko błagam, nie mów nikomu. - Dogoniła go na korytarzu. -
Błagam cię.
- Powtarzam, nic mnie to nie obchodzi. Im szybciej ta planeta ulegnie
zagładzie, tym dla mnie lepiej. - Tymek ze złością rzucił swój plecak. -
Mój tata organizuje loty na Marsa i mnie zabierze.
- Proszę, to twoja torba. Tor-ba. Co tak patrzysz? Zostawiłeś ją w pracowni recyklingu.
Jagna trzymała torbę przed Tymkiem, ale on po nią nie sięgał.
- Po co mi ją dajesz? - Patrzył na nią obojętnym wzrokiem.
- Bo zapomniałeś wziąć z pracowni - tłumaczyła, czując zdenerwowanie.
- Niczego nie zapomniałem. Noś ją na bezplastikowe zakupy. Nienawidzę
tej torby. Wszystkiego nienawidzę!
- Ale...
- Jadę z moim tatą do Australii. Tam nie będzie mi potrzebna żadna
torba, bo będziemy mieszkać w najlepszym hotelu z basenem, a tata będzie
mi obierał pomarańcze scyzorykiem.
Jagna poczuła rozczarowanie, złość i samotność jednocześnie. Podeszła do
Heli i Sofii, które jadły właśnie resztki pachnącego wędzoną papryką
humusu, i usiadła razem z nimi.
- Pamiętacie, jak wyśmiewałyście się z mojego taty? - zapytała, starając
się je zaintrygować.
- Kiedy? - zdziwiła się Hela. - My?!
- Tak, wy. A ja na przykład wiem, o czym pan Burza rozmawiał z moim
tatą, i to by was bardzo zainteresowało. Chcecie wiedzieć o czym?
Dziewczynki chciały, więc Jagna kazała im przysiąc, że nikomu tego nie
powiedzą.
Sofia powiedziała, że przyrzeka na Buddę, a Hela uśmiechnęła się
ironicznie.
- Pewnie ustalali, kto będzie żoną, a kto mężem. - Zaśmiała się Jagnie
prosto w nos.
Jagna poczuła, jak serce skacze jej do gardła. Jeszcze chwila, a powierzyłaby tajemnicę komuś tak okropnemu.
9. Miejsca ekologiczne, czyli niestety muszę
Następnego dnia dzieci czytały wypracowania na temat miejsc
ekologicznych. Jagna miała przygotowany referat o pracowni swojego
dziadka Fredka, który był krawcem. Szył płaszcze, garnitury i spodnie, i szczycił się tym, że umiał skroić płaszcz nawet z takiego materiału, z którym inni krawcy sobie nie radzili. Pan Burza zapytał, czy chodzi o tego dziadka, który był kiedyś na zebraniu, a kiedy Jagna potwierdziła,
podrapał się po rudych włosach.
Inne dzieci mówiły o oczyszczalniach, ekodomach i fotowoltaice. Janek
opowiedział o światowym systemie ekohoteli, ktoś inny o wiatrakach.
Jagna po swoim referacie chyba na chwilę przysnęła, bo kiedy otworzyła
oczy, pod tablicą stał Tymek.
- ...furtka jest stara i mimo że skrzypi przy każdym ruchu, to działa i nikt nie chce jej wymieniać. W ogrodzie nie ma żadnego betonu ani
chodnika, jest za to błoto i masa chwastów. Krzaki są nieprzycinane, a róże rosną i marnieją jak im się podoba. Nikt nie używa nawozów
sztucznych. W całym domu jest jeden stary telewizor. Kiedy się coś
ogląda, wszyscy siedzą w jednym pomieszczeniu. Nie marnuje się żadne
jedzenie, a wręcz przeciwnie, wszystko znika ze stołu. Nikt nie ma
zbędnych rzeczy. W ogóle nikt nie ma swojej szafy, co najwyżej półkę,
ale i tak nie ma co na niej kłaść. Nikt nie myśli o konsumpcjonizmie.
Nie ma wanien, prysznic bierze się raz w tygodniu, pranie robi się
zbiorczo. Ubrania zawsze nosi się po kimś, a gdy jedzie się gdzieś na
wycieczkę, to zawsze jednym wielkim autokarem, nigdy samochodami
osobowymi. Komputery są tylko w świetlicy. Jest też masa używanych
zabawek, więc nikt nie kupuje nowych.
Pan Burza chrząknął, więc Tymek podniósł wzrok znad kartki.
- Brawo, Tymku! Miałem wrażenie, że jesteś dziś w złym humorze,
tymczasem tak ładnie opisałeś nam świat idealny. Świat za sto lat,
dobrze zrozumiałem? - zapytał uśmiechnięty pan Burza.
Tymek pokręcił głową, ale zdążył powiedzieć tylko: "Nie, ja opisałem...",
bo nad ich głowami zaterkotał dzwonek, skutecznie zagłuszając dalsze
słowa Tymka.
- Kochani! Jeszcze chwila! - Pan Burza starał się przekrzyczeć dzwonek.
- Dziękuję wszystkim występującym. Proszę, zostawcie swoje prace,
wszyscy otrzymujecie oceny celujące.
Tymek zgniótł kartkę z referatem i wcisnął do plecaka.
- Zostaw referat, bo nie dostaniesz szóstki - powiedziała Jagna.
- A kogo to obchodzi! Mnie od poniedziałku nie będzie w szkole, bo jadę
z tatą w Alpy. Tata kupił mi nowe narty, takie same jak ma Stoch - rzekł
z dumą.
- To już nie do Australii albo na Marsa?
Tymek zagryzł zęby i popatrzył w bok, ale zaraz odzyskał rezon.
- Do Australii też. Potem.
- A będziesz dziś na wigilii?
- No niestety, muszę - mruknął Tymek ze wzrokiem wbitym w plecak.
"Nie cieszy się na wigilię? - pomyślała Jagna, patrząc na plecy Tymka. -
Dziwny jest".