JADZIA - Michał Majewski

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gdy spełnia się największa modlitwa w życiu

Zewsząd do Sarn przybyło mnóstwo ludzi. Tak mnóstwo, że chyba musiał to być jakiś cud, iż Jadzia spotkała ciotkę Stachę - siostrę Tatusia oraz wujka Stefka - Tatusia brata. Przez kilka dni tułała się wśród tego tłumu, pod nadzorem ciotki i wujka, od domu do domu, od ogrodu do ogrodu. Zdawać się mogło, że bez celu, jednak w tej przedziwnej sytuacji Jadzia uczyła się w niespotykanym dotąd tempie. Poznawała wciąż nowych, dobrych ludzi, z których każdy, co tylko mógł, dawał do jedzenia. W ten sposób zaczęła w pełni zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiedziała już doskonale, że to nie są jedynie przemijające wakacje, lecz także coś bardzo wyjątkowego i bardzo złego. Coś, co nawet u tak młodego człowieka wyzwala pewną świadomość. Dotychczas nie musiała tego ani czuć, ani rozumieć. Zrodziło się u niej przemożne pragnienie przetrwania. Bardzo dużo słuchała, słysząc przez przypadek albo zwyczajnie nadstawiając ucha. Zaczynała kojarzyć fakty, sama sobie zbierała do kupy przeróżne opowieści, budując swój obraz rzeczywistości i próbując odpowiadać na nurtujące ją pytania. W taki też sposób dowiedziała się o losach konwoju z Huty Stepańskiej, w którym odjechała cała jej rodzina. Ktoś opowiadał, nie bacząc na stojące obok dziecko, że cały konwój został rozbity i nikt nie przeżył. Jadzi zrobiło się wtedy jakoś słabo. Poczuła się dziwnie lekko, jakby lżejsza od powietrza, a słowa docierały do niej z oddali i miały metaliczny przydźwięk, jak tamte z czarnych słuchawek "kryształkowego radia". Zaraz potem jednak usłyszała mocne wołanie w swojej głowie: "Nie, to niemożliwe! Przecież tu wciąż przychodzą nowi ludzie. Przecież wciąż ktoś kogoś spotyka i ludzie się wesoło witają...". Nie uwierzyła. I ta niewiara dawała jej nadzieję, co wcale nie znaczyło, że wieczorami mogła sobie spokojnie zasypiać.

Ogromny tłum w Sarnach sprawiał, że nie było już możliwości u kogokolwiek się ulokować. Ciotka Stacha zdobyła dla Jadzi przeróżne ubrania, nawet w nadmiarze. To dobrze, bo miała się na czym położyć i czym przykryć do spania. Noclegi były pod gołym niebem, na trawie, w ogrodach, gdzie tylko dało się znaleźć kawałek dobrego, w miarę ustronnego miejsca.

Przez te kilka dni Jadzia chodziła z ciotką i wujkiem w stronę stacji kolejowej, gdzie widać było przejeżdżające przez Sarny niemieckie pociągi z rosyjskim węglem. Często zatrzymywały się na bocznicach, a Niemcy nawet namawiali, żeby wskakiwać i jechać do następnego, jeszcze większego miasta. Jadzia słyszała wśród dorosłych, że to miasto nazywa się Równe i dobrze się domyślała, co ciotka Stacha z wujkiem planują. W Równem są podobno lepsze warunki do życia. I tak się stało. Czwartego dnia pobytu w Sarnach wgramolili się na wagony z węglem. To dopiero była atrakcja! Pociąg nie jechał zbyt szybko, więc nie musieli się obawiać, że zmarzną. Zresztą ciotka Stacha opatuliła Jadzię, w co się dało, i położyła jakieś ubrania na ogromne bryły czarnego węgla. Jadzi było bardzo wygodnie i wręcz się zachwycała tą jazdą. Nawet gdy ciotka ją karciła, to i tak dotykała czarnych kamieni, gładziła je, a nawet przytulała się do nich twarzą, i to nie tylko z ciekawości. Od razu polubiła te kamienie. Poczuła w nich jakąś moc i ciepło, i że jest na nich bardzo bezpieczna, nawet gdy zaczynało już zmierzchać, a pociąg zatrzymywał się gdzieś na pustkowiu albo w środku ciemnego lasu. Podróż trwała dosyć długo, z częstymi postojami. Przez dobre pięć godzin świat przesuwał się do tyłu, a Jadzia oglądała go jak nigdy dotąd, z zupełnie innej perspektywy. Było bardzo ciekawie i dzięki temu wcale się nie dłużyło.

Do Równego dojechali w nocy, w całkowitej ciemności. Nie dało się nawet zobaczyć, jak bardzo Jadzia jest umorusana. Pociąg zatrzymał się na stacji. Tam było trochę nikłego światła i mogli dostrzec napis "Równe", wyraźnie odcinający się od jasnego tła ściany dworca, który zdawał się być dużo większy od tego w Sarnach, chociaż oba były tak samo piękne.

Zgramolili się z węgla, po kolei, pomagając sobie nawzajem, ostrożne łapiąc za wszystko, co jakoś tam wystawało z burty wagonu. Jadzia jako ostatnia podawała ciotce i wujkowi toboły z dobytkiem, a potem przy ich pomocy ześlizgnęła się prosto na wysoki peron, po którym kręciło się już całe mnóstwo ludzi.

Ciotka z wujkiem wiedzieli, że w tym mieście mieszka jakaś dalsza rodzina, o której Jadzia nigdy nic nie słyszała. Mieli nawet zapisany dokładny adres w małym, mocno postrzępionym notesie. I teraz właśnie ciotka przeczytała go i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby udzielić informacji. Ruszyli na prawo jak wszyscy, w kierunku przejścia koło śmiesznej budki, zupełnie niepasującej do dostojnego wyglądu dworca. Stał tam postawny mężczyzna ubrany w mundur i z oddali zdawać się mogło, że to jakiś wartownik. Wkrótce jednak okazało się, że to mundur kolejarza, chętnie udzielającego wszystkim potrzebującym informacji. Kiedy zaglądał do notesu ciotki, na jego twarzy malował się wyraz życzliwego zaciekawienia. Potem uniósł głowę, kierując wzrok spod przymkniętych powiek gdzieś daleko w czarne niebo. "Chyba mu się lepiej w ten sposób grzebie w pamięci" - pomyślała Jadzia, bardzo ciekawa, co takiego im powie. Mówił jasnym, pełnym ciepła głosem, dodającym otuchy. Intensywnie gestykulował rękami, wskazując kierunek. Podziękowali i ruszyli w ciemność, w milczeniu, jakby nie chcąc obudzić zapadłego w sen miasta. Jadzia dopiero teraz poczuła zmęczenie po długiej podróży i mocno zachciało jej się spać. Jednak dzielnie maszerowała, na przemian łapiąc dłoń wujka albo ciotki. Pomagało jej w tym wielkie zdumienie, szok dosłownie, jaki doznała na widok wyłaniających się co rusz z mroku ogromnych budynków. Wiedziała z opowiadań, że są gdzieś wielkie miasta, jednak nie wyobrażała sobie w jednym miejscu takiej ilości okazałych, murowanych domów.

Szli długo, aż na przedmieścia, gdzie z rozrzedzonej już nocy zaczęły wyłaniać się trochę inne, bardziej swojskie budynki: jednorodzinne, także drewniane, pochowane w ogrodach.

- Czy to jeszcze Równe, czy wchodzimy do jakiejś wioski? - zapytała Jadzia nieco ożywiona. - Tu wygląda prawie jak u nas, w Hucie Stepańskiej...

- Nie, Jadziu - uśmiechnęła się ciotka Stacha. - To wciąż Równe. Peryferia miast mają takie dzielnice.

- Peryferia...? Co to są peryferia?

- Właśnie to, co widać - ciotka nadal się uśmiechała. - Takie obszary z bardziej wiejską zabudową, na obrzeżach miasta.

- To chyba tu - powiedział wujek, zatrzymując się przed drewnianym płotem. - Numer domu się zgadza.

Gdy wchodzili na teren posesji, Jadzia już prawie spała, a resztki świadomości podpowiadały jej, że to koniec tułaczki i że jest już całkiem bezpieczna. Jeszcze tylko trzeba się wygodnie położyć na ławce w jakiejś drewnianej, otulonej gęstymi pnączami altance. Potem pozostały jedynie liście winobluszczu, na których coś jakby zagrało delikatną purpurą i zielenią. Był to świt, który z pewnością próbował zaśpiewać dla Jadzi kołysankę. Zasnęła snem - jak węgiel - kamiennym.

Słońce było już bardzo wysoko, kiedy dotarły do niej jakieś dorosłe głosy. Nie od razu zrozumiała, że to już jawa, że staje twarzą w twarz z nowym dniem. Dorośli rozmawiali w pobliżu altanki. Mówili coś o jakimś kokluszu, o wszawicy, i że trzeba teraz uważać i się izolować. Mówili też o "kaszlu przez sen", że to niedobre, podejrzane, i że w związku z tym nie można dopuścić, żeby się kontaktowała z innymi dziećmi. "Ciekawe, kto" - pomyślała Jadzia i wnet uświadomiła sobie, że to ona przecież już od kilku dni kaszle. Wszyscy mówili, że to jakieś lekkie przeziębienie, a teraz nagle słyszy coś nowego - jakieś nowe zdania i wyrazy. Podejrzane, koklusz...?

Wyszła z altanki prosto w blask dnia i kiedy bardziej rozchyliła zmrużone oczy, ujrzała ciotkę Stachę obok pary zupełnie obcych ludzi. Ciotka Stacha uśmiechnęła się do niej:

- No, nareszcie! Wyspało się dziecko? - Objęła Jadzię ramieniem i obróciła w stronę stojących obok ludzi. - Jadziu, przywitaj się. To jest ciocia Zosia, a to wujek Antoni. Zatrzymamy się u nich na trochę, chociaż z tobą jest mały kłopot. Za mocno kaszlesz i to może być koklusz. Ale się nie martw. Na pewno niedługo wydobrzejesz. Na razie tylko nie będziesz mogła bawić się z innymi dziećmi, które mieszkają w tym domu. Przygotujemy ci wygodne spanie tutaj, w altance. Teraz chodź za mną. Pójdziemy się umyć i zaraz zrobimy dobre śniadanko.

"Ciocia Zosia i wujek Antoni". Nic to Jadzi nie mówiło i od razu odniosła wrażenie, że są to dla niej ludzie obcy. Ale poczuła też coś więcej. Obcy to obcy. To po prostu tacy, których się nie zna i tyle. Tymczasem od nich biło jakimś chłodem, jakąś niechęcią, jakby nie lubili Jadzi, nie wiedzieć czemu. Czy może dlatego, że była taka umorusana? A może bali się tej choroby, którą podobno miała?

A może tylko jej się wydawało? Przecież została nakarmiona, umyta i ubrana. Przebywała w pięknym ogrodzie, w pięknej altance, z widokiem na piękny dom. I tak chyba musiało być. Szkoda tylko, że przeważnie była sama, ale to przecież tylko na jakiś czas, na pewno niedługo będzie lepiej.

A może i nie...? W główce Jadzi pojawiały się wciąż nowe pytania, zwłaszcza że już drugiego dnia pobytu w tym miejscu zaczęło się coś mocno zmieniać. Do ogrodu przybywało coraz więcej obcych ludzi, przeważnie dorosłych, ale też sporo dzieci. Jadzia jednak musiała być sama. I w końcu doszło nawet do tego, że na noc ciotka Stacha zabierała ją w zupełnie inne miejsce.

Chodzili dosyć daleko, klucząc po różnych uliczkach, przez jakieś dziury w płotach i zakamarki, żeby w końcu dostać się na ogrodzony teren z wieloma solidnymi, murowanymi budynkami. Podobno były to koszary, opuszczone przez polskie wojsko. Dotarcie tam sprawiało sporo kłopotu, ale w środku mogli poczuć się bezpiecznie. Spali przeważnie w kantorku, ulokowanym pod masywnymi, odlanymi z betonu schodami. Drzwi do schowka zostawały zawsze uchylone, żeby - jak mówiła ciotka Stacha - dopływało świeże powietrze. Ale i tak nie dałoby się ich zamknąć, bo przyniesiony przez wujka Stefka z pokoju na piętrze materac nie mieścił się w maleńkim pomieszczeniu i musiał wystawać na korytarz.

Lato było już w pełni, na dworze długo świeciło słońce, więc do późna na skosie sufitu układał się jasny zygzak, namalowany światłem, wędrującym gdzieś od zewnętrznych okien korytarza aż tu, żeby przez uchylone drzwi wciskać się do maleńkiej sypialni. Jadzia wpatrywała się w to rozświetlenie, licząc zarysy stopni albo widoczne gdzieniegdzie odciski usłojenia od drewnianych desek, z których pewno kiedyś była zrobiona forma do odlania betonowych schodów. To i tak nie pomagało, bo z reguły długo nie mogła zasnąć. Jak zwykle rozmyślała o tych bardzo dziwnych wakacjach, ale najbardziej to jej serduszko krzyczało, wciąż rozpaczliwie pytając: "Gdzie jest Mamusia, gdzie jest Tatuś?! Co się stało z siostrą i braciszkiem...?!".

Ciotka Stacha i wujek Stefek dosyć często gdzieś znikali, zostawiając Jadzię samą w bezpiecznym miejscu. W końcu okazało się, że szukają dla niej dobrego domu, u kogoś, kto by ją przyjął i zaopiekował się na stałe. Próbowali to zrobić bardzo delikatnie i dlatego chyba szeptali między sobą po kątach, niby na ucho, ale w taki sposób, żeby Jadzia mogła usłyszeć. Nie chodziło im o to, że koniecznie chcą się jej pozbyć, chcieli po prostu, żeby miała u kogoś lepiej, żeby nie musiała się tułać, żeby ktoś się nią na stałe zaopiekował. Przyjęła to ze spokojem, chociaż z wielkim smutkiem, bo ciocia i wujek dali jej tym samym do zrozumienia, że Mamusia i Tatuś zginęli podczas ucieczki w konwoju i już nigdy ich nie zobaczy. Ciocia z wujkiem szukali Jadzi rodziców. Szukali już w Sarnach, teraz w Równem, ale nie znaleźli. Stąd ich przekonanie i chęć ulokowania Jadzi gdzieś u dobrych ludzi.

Jadzia wolała być z ciocią i wujkiem, zawsze to rodzina. Pomału już godziła się z brakiem rodziców i rodzeństwa, chociaż gdzieś w zakamarkach duszy coś jej wciąż szeptało, że oni żyją. To nieprawda, że zginęli! Ale na pytanie postawione wprost zgodziła się pójść do obcych ludzi, bo nie chciała robić przykrości cioci i wujkowi.

Ciotka pięknie Jadzię wyszykowała. Umyła ją, zaplotła długi warkocz, schludnie ubrała, nawet w skądś zdobyte czyste, w miarę nowe buty. Jadzia zaczęła wyglądać "całkiem po ludzku". I poszli do jakiegoś lekarza, wszyscy troje. Był to starszy pan, Polak. Mieszkał z żoną w pięknej, obrośniętej winobluszczem willi, posadowionej pośrodku ogromnego, starego ogrodu. Przez całą drogę, do samego końca, nawet jak już stanęła przed bramą do tego miejsca pełnego uroku, Jadzia po cichutku się modliła. Po cichutku, ale tak żarliwie, jak nigdy przedtem i nigdy potem. To była jej największa modlitwa w życiu. Prosiła, żeby się tym ludziom nie spodobać. Żeby jej nie chcieli, żeby jej nie polubili, żeby nadal mogła być z ciotką i wujkiem. I jej się udało, wymodliła!

Pan doktor i jego żona już na nich czekali. Przyjęli ich bardzo serdecznie. Ugościli, nakarmili, wysłuchali opowieści i popłakali nad ich losem. Ale potem bezradnie rozłożyli ręce i powiedzieli, że owszem - chcą jakąś dziewczynkę zaadoptować, jednak nieco starszą i silniejszą. Chcieli kogoś, kto się nimi zaopiekuje na stare lata. Jadzię bardzo to ucieszyło, ale nie wypadało skakać z radości. Jeszcze trochę pobyli tam, do podwieczorku. Pani doktorowa naszykowała dla Jadzi dużo różnych rzeczy: ubrania, jedzenie, a nawet jakieś zabawki.

- Bądź dzielna, kochanie - powiedziała, tuląc ją na pożegnanie. - I bądź dobrej myśli. Będę się za ciebie modliła, wszystko się ułoży.

- Ja... Bardzo dziękuję... - wykrztusiła Jadzia, onieśmielona, ale też bardzo wzruszona, z niesamowitym poczuciem otuchy, którą w jej serduszko przelała starsza pani.

Stamtąd wrócili do cioci Zosi i wujka Antoniego, żeby, zanim pójdą spać, posiedzieć w ogrodowej altanie.

Ciocia Zosia przyniosła czajnik z gorącą herbatą. Postawiła go na środku stolika, gdzie już czekały przygotowane wcześniej szklanki.

- Trzeba poczekać, niech się trochę zaparzy - powiedziała. - No i opowiadajcie, co tam było? Jak was doktorostwo przyjęli?

- Ech... - westchnęła ciotka Stacha. I już miała referować, nabierając w płuca powietrze, kiedy od strony płotu dało się słyszeć wyraźne wołanie w ich kierunku.

- Halo! Szukam kogoś od Zielińskich z Huty Stepańskiej. Jest tu kto taki?

- Tak, to my. A kto pyta? - Ciotka Stacha zerwała się nagle ożywiona i podbiegła do furtki. Po chwili prowadziła w stronę altany niskiego, korpulentnego mężczyznę w średnim wieku, o twarzy pucołowatej, niczym księżyc w pełni. Był zdyszany, z pewnością po długiej wędrówce na piechotę. Mówił bardzo szybko, co chwilę ustami łapiąc powietrze.

"Jak karp" - pomyślała Jadzia, przypominając sobie pewną sytuację. "Ten, co go dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia próbowaliśmy z Cześkiem wyjąć z wody".

- Jadę z Sarn... Franciszek jestem... Prosili mnie Zielińscy... Mieczysław i... Krystyna... - głos pana Franciszka drżał z przejęcia, a na twarzy malowało się poczucie spełniania ważnej misji. - Prosili mnie, żebym zapytał, czy jest tu gdzieś ich córka Jadzia. Oni czekają koło Sarn. W jednej wsi się rozłożyli. Tam sobie obóz urządzili, razem z wieloma innymi.

Wujek Stefek krzyknął: "O...!" i wyskoczył z altanki, a ciotka Stacha najpierw zesztywniała, jakby ją w słup soli zamieniło, ale zaraz z jej oczu pociekły łzy i zaczęła szlochać. Po chwili rzuciła się Franciszkowi na szyję. Wszystkich ogarnęła ogromna radość, a Jadzia miała o tyle dobrze, że w tym ogrodzie wypadało jej poskakać z radości. Ciocia Zosia przyniosła jeszcze jedną szklankę dla pana Franciszka i nawet znalazły się jakieś ciasteczka. Zasiedli do herbaty, a jakiś czas potem było już wiadomo, że następnego dnia Jadzia pojedzie z panem Franciszkiem pociągiem do Sarn.

Pogoda była przepiękna. Od rana świeciło słońce, któremu wcale nie przeszkadzały delikatne, wesołe chmurki, całkiem nieruchome, jakby chlapnięte pędzlem na bezwietrzny błękit nieba. Pan Franciszek miał bardzo wilgotną dłoń, nieprzyjemną w dotyku. Ale co tam. Jadzi to nie przeszkadzało i z ufnością dała się trzymać za rączkę, kiedy wsiadali do pociągu. Do prawdziwego pociągu, a nie jakiegoś tam z węglem! Tłum ludzi w środku rozlokowany był na ławkach z drewnianych klepek, poustawianych na przemian plecami do siebie, po obu stronach wagonu. A do tego mnóstwo przeróżnych toreb, tobołów, walizek i innego bagażu, przeważnie ułożonego na półkach pod sufitem, ale też na podłodze.

- Jak tu ładnie! - krzyknęła Jadzia tak zdumionym głosem, że od razu zdobyła sympatię podróżnych.

Bez problemu dopchała się do okna, a jak już bolały ją nóżki, to i miejsce do siedzenia się znalazło. Podróż do Sarn przebiegła dużo szybciej niż ta na węglu. Pociąg zatrzymywał się kilka razy planowo na małych stacyjkach. Prawie cały czas Jadzia stała z buzią przyklejoną do okiennej szyby, za którą widziała pola, łąki i lasy, a wśród nich gdzieniegdzie domostwa i pasące się krowy. Wszystko przesuwało się do tyłu bardzo płynnie, miarowo, w czasie odliczanym stukotem kół. Jadzia poznała to już w poprzedniej podróży, ale tym razem poznawała coś jeszcze. "To dziwne" - myślała sobie. "To, co jest blisko okna, tak szybko umyka, a to, co daleko, ledwie się porusza. Dlaczego?" - pytała samą siebie, szukała odpowiedzi i obserwowała dalej.

Na łuku torów pociąg aż tak się zaginał, że doskonale mogła widzieć buchającą dymem i parą lokomotywę. A za nią, w oddali, wydało jej się, że widzi coś znajomego. Kiedy była już prawie pewna, podskoczyła z radości.

- O...! - krzyknęła. - Czy to już Sarny?

- Tak, Jadziu - uśmiechnął się pan Franciszek. - Dojeżdżamy do Sarn.

Dało się słyszeć gwizd parowozu, maszynista włączył hamulce i pociąg zaczął zwalniać w piskliwym akompaniamencie kół. W końcu zatrzymał się przed rozłożystym budynkiem kolejowego dworca. Jadzia znowu chwyciła za wilgotną dłoń pana Franciszka i stanęli na twardym gruncie peronu.

Kiedy najcenniejszą rzeczą staje się futro

Pan Franciszek chyba wiedział, że ktoś na nich będzie czekał. Wspinał się na palce, żeby cokolwiek zobaczyć nad głowami zapełniających peron podróżnych i wkrótce wypatrzył. Machając uniesioną do góry lewą dłonią, pociągnął Jadzię w kierunku kobiety w kwiecie wieku, która stanowiła dosyć dziwny, a nawet nieco śmieszny widok, i to nie tylko ze względu na porę roku. Długi bat, którego grubszy koniec dotykał ziemi, trzymała w sposób sprawiający wrażenie, jakby się nim podpierała. Mogło to sugerować, że kobieta o pogodnej, pulchnej i ogorzałej twarzy jest woźnicą, ale cała reszta już temu zaprzeczała. Miała na sobie piękne, czarne futro, którego elegancki krój kojarzył się bardziej z niedzielną wyprawą do kościoła, a nie z poganianiem koni za pomocą bata. Ona też ich dostrzegła i czekała, promieniejąc radością. Przeszklone, zwieńczone ozdobnym łukiem główne wejście dworca zdawało się być dla niej tłem, zrobionym specjalnie na tę okazję. Jadzia od razu dostrzegła w kobiecie coś znajomego. Futro latem było jednak tak dobrym przebraniem, że musiała minąć dłuższa chwila, zanim poznała, że to nie jakaś wariatka, tylko pani Borecka, ich sąsiadka z Huty Stepańskiej, z gospodarstwa po drugiej stronie ulicy! Sąsiadka tylko, a jednak w tych okolicznościach było to jak spotkanie kogoś bardzo bliskiego.

- Och, drogie dziecko! - wykrzyknęła Borecka i rzuciła się na Jadzię, serdecznie ściskając i całując. - Jak wspaniale cię widzieć!

Za chwilę złapała Jadzię wpół i wrzuciła ją wprost na siedzisko furmanki, jakby dziewczynka nic nie ważyła. Miała niezłą krzepę. Sama też wskoczyła z młodzieńczym wręcz wdziękiem i usiadła obok, jeszcze przez chwilę oddając się radosnym uściskom.

- Och, Jadziu! Twoi rodzice czekają. Na pewno są szczęśliwi!

Po rozpalonych z przejęcia policzkach Jadzi spływały, przyjemnie je chłodząc, łzy wzruszenia. Puszystość futra też była bardzo przyjemna w dotyku podobnie jak jego swojski zapach. Do tego stopnia, że w końcu jako zupełnie nieważne uleciało w nicość pytanie: "Po co nosić takie futro latem?".

- Nuu...! Wiśta wio! - krzyknęła Borecka i nieco wychudzona, gniada szkapa spokojnie ruszyła, bez konieczności użycia bata.

- Z Panem Bogiem, Jadziu! Wszystkiego dobrego! - wołał za nimi pan Franciszek, machając swoją wilgotną dłonią tak długo, aż całkiem straciły go z oczu. Wóz skręcił w boczną uliczkę, prowadzącą na przedmieścia.

Borecka wciąż miała uśmiech na twarzy, bo przecież to była wielka radość, wieźć zagubione dziecko do zagubionych rodziców i uczestniczyć w cudzej wielkiej radości. Kawałek za miastem koń zaczął się męczyć, ciągnąc wóz po nędznej, wyboistej polnej drodze. Dosyć szybko jednak poprawiło się, gdy wjechały do lasu. Tam kiwało na boki tylko wtedy, kiedy koła wpadały w piaszczyste koleiny. Boreckiej zachciało się śpiewać. Nuciła sobie pod nosem, po cichu, ale wesoło. Jadzi udzielił się jej nastrój i spróbowała zawtórować, jednak tylko nieprzyjemnie coś ją zadrapało w gardle i mocno zakaszlała.

- Jadziu...? Oj, Jadziu! - Borecka nieco spoważniała. - Przeziębiłaś się, czy co?

- Chyba nie. Ciotka Stacha mówiła, że mam koklusz.

- Koklusz?! A niech to... Nie, to chyba niemożliwe... - pocieszała Borecka, zerkając na Jadzię troskliwie. - Koklusz wygląda trochę inaczej. No i ty byś nie wyglądała... Tak... No wiesz... Gorzej byś wyglądała.

Borecka się zamyśliła i już nie śpiewała. Zresztą za chwilę las się skończył i wjechali między wiejskie zagrody. Wprawnie wprowadziła furmankę przez bramę na obszerne podwórze, koło dużego, białego domu. Był murowany, z przodu miał wejście po kilku stopniach, z zadaszeniem podpartym dwoma drewnianymi słupami, które u góry okalały ładnie wycięte z drewna ozdoby. Tonął w kwiatach, których niezliczone kolory niemal całkowicie przysłaniały okna, chronione, niczym skrzydłami Anioła Stróża, przez drewniane okiennice. Może dlatego Jadzi się wydawało, że to jakiś pałac. Wokół podwórza stało kilka innych budynków, ale najbardziej rzucała się w oczy ogromna stodoła. Tam też zajechali, tuż przed otwarte na oścież wrota.

Już z daleka Jadzia zobaczyła Tatusia. Siedział pod ścianą stodoły i naprawiał czyjeś buty. Przed nim stał zydel, na którym miał rozłożone wszystkie swoje narzędzia. Kiedy Jadzia zeskakiwała z wozu, zdążył przykuśtykać i wpadła prosto w jego ramiona.

- Tatusiu! - buzia Jadzi była szeroko roześmiana, ale oczy lśniły łzami.

Tatuś nie odzywał się, tylko ściskał ją tak mocno, że wyraźnie czuła bicie jego serca. I Jadzia coś wtedy zrozumiała: nauczyła się, że są chwile, kiedy nie trzeba wypowiadać żadnych słów, żeby coś powiedzieć. A nawet więcej: najlepiej nic wtedy nie mówić ustami, bo każde takie mówienie będzie mało warte wobec tego, co mówi serce.

- Jadziu!!! - W drzwiach stodoły pojawiła się Mamusia. - Jadziu! Moja kochana! To naprawdę ty! - Podbiegła i razem z Tatusiem zaczęła ściskać córkę, jednak w przeciwieństwie do niego wypowiadała wiele słów. Tak wiele, że nawet nie sposób ich powtórzyć.

Zaraz potem skądś przybiegł mały Czesiek, a tuż za nim, na krótkich nóżkach, jeszcze mniejsza Wandzia. Wołali radośnie piskliwymi głosikami, próbując się dopchać do siostry. Zrobił się gwar i dopiero wtedy Jadzia zauważyła sporą grupę stojących dookoła ludzi. Stali dorośli, stały dzieci, wśród nich wielu znajomych z Huty Stepańskiej. Przede wszystkim jednak babcia Paulina i wujek Stacho z narzeczoną. Wszyscy się cieszyli, kolejno podchodzili, witali się z Jadzią i nawet próbowali pytać o różne rzeczy. W końcu Mamusia i Tatuś ochłonęli i zaprowadzili Jadzię do stodoły, żeby pokazać, jak sobie urządzili miejsce do mieszkania.

W ogromnym wnętrzu drewnianej konstrukcji panował półmrok. Światło dnia wciskało się do środka jedynie przez szczeliny między deskami ścian i przez otwarte wrota, którymi weszli. Po drugiej stronie obszernego klepiska też były wrota, ale zamknięte. Na ich tle, na żelaznych kołach, stała ogromna, przedziwna maszyna, cała zbudowana z solidnych drewnianych belek i desek. Gdzieniegdzie wystawały z niej żelazne dźwignie, pokrętła i okucia, a w górnej części zwisało coś wykonanego z blachy, kształtem przypominającego ogromnego ślimaka. Przed maszyną stał zwykły wóz drabiniasty, jak ten u babci Pauliny, służący do wożenia siana i snopów zboża. Teraz leżały na nim czyjeś bagaże, na długich drągach wisiały jakieś rzeczy i wyraźnie też było tam widać miejsca do spania, przygotowane z koców i siana. Jadzia zatrzymała się na chwilę, najbardziej jednak wpatrując się w maszynę.

- Piękna! - rzekł Tatuś, dostrzegając jej zainteresowanie. - Podoba ci się? To maszyna do młócenia zboża. Nazywa się młockarnia.

- Czyli tutaj nie trzeba młócić cepami?

- Nie, Jadziu. To gospodarstwo jest bardzo duże. - Tatuś powiódł po wnętrzu stodoły wzrokiem. - Widzisz, jakie to wielkie? Oni sobie tu ładnie wszystko zmechanizowali.

- A ta maszyna? - Jadzia złapała Tatusia za rękę. - Tam trzeba kręcić korbą, żeby zaczęła młócić?

- Oj nie...! To nie sieczkarnia. Trzeba by wielu osiłków, żeby tym zakręcili. - Tatuś rozejrzał się, jakby czegoś szukając. - O, zobacz. Tam wiszą takie pasy. To pasy transmisyjne. Właśnie nimi napędza się młockarnię przez inną maszynę. Tu we wsi jest taka jedna. Parowa. Nazywa się lokomobila.

- Lokomobila...? - zapytała Jadzia. - A ja jechałam pociągiem, który ciągnęła lokomotywa! Czy to coś podobnego?

- A... Żebyś wiedziała! - uśmiechnął się Tatuś. - Potem, jak pójdziemy do wsi, to ci ją pokażę.

Po obu stronach klepiska, na skraju sąsieków stały szeregi drewnianych słupów. Słupy podpierały antresole ze zgromadzonym na nich sianem. Jadzia naliczyła aż cztery drabiny, po których można było wejść na górę. Od razu się domyśliła, że tam też mieszkają ludzie.

- A my swoje gniazdko mamy tu - powiedziała Mamusia, kierując się do lewego sąsieka, tuż przy wejściu. - I tu są wszystkie nasze rzeczy.

- O...! I nawet stolik jest - wykrzyknęła Jadzia radośnie - i dwa krzesła!

Usiadła, dokładnie przyglądając się otoczeniu. Pod ścianą stał druciany stojak z miską, a obok na podłodze wielki dzban z wodą. Dalej kufer, na którym leżały przybory do mycia. Do spania służyły legowiska zbudowane ze słomianych snopków, przykryte kocami. Większość przedmiotów Jadzia pamiętała z domu i dzięki temu chyba natychmiast polubiła to miejsce. Kawałek dalej już ktoś inny przygotował sobie lokum i dalej jeszcze ktoś, i jeszcze, ale to wcale nie przeszkadzało. Może nawet dzięki temu jest tu raźniej i ciekawiej. Przecież od razu widać, że ci wszyscy ludzie są bardzo życzliwi.

Zakaszlała i opuściła głowę jakby zawstydzona. Wyglądało jednak na to, że rodzice już słyszeli o jej chorobie. Mamusia pogłaskała ją po głowie.

- Zrobię ci zaraz dobrą herbatkę z miodem. Albo...

- Mamusiu - przerwała Jadzia cichym głosem - ale ja bym chciała...

- Tak? - Mamusia pochyliła się nad nią, żeby lepiej usłyszeć.

- Czy ubikacja jest tutaj za stodołą, tak jak było u babci?

- Aaa... - uśmiechnęła się Mamusia, łapiąc Jadzię za rękę. - Chodźmy, pokażę ci, gdzie to jest.

Poszły do białego domu, a tam Jadzia zobaczyła coś wspaniałego. Nigdy jeszcze nie miała okazji być w takiej łazience, nawet u najbogatszych ludzi, do których w Hucie Stepańskiej biegała z naprawionymi przez Tatusia butami. Stała tam prawdziwa porcelanowa muszla klozetowa, na którą mogła sobie normalnie usiąść, a potem mogła umyć ręce pod kranem nad białą, porcelanową umywalką. I wszystko to przy świetle zza okna, które przyozdabiały delikatne, wzorzyste firanki. Nad umywalką wisiało owalne lustro, oprawione w czarny metal, ukształtowany w powtarzalny ornament. Jadzia zdumiona wpatrywała się w swoje odbicie. Już kawał czasu minęło, kiedy mogła tak na siebie popatrzeć i odniosła wrażenie, że to nie ona. Widziała dziewczynkę jakąś starszą, nieco wyższą, wychudzoną, jednak podobną, z tym samym, pięknie przez ciotkę Stachę zaplecionym warkoczem z tyłu głowy. Zakaszlała dosyć mocno, dławiąc się, i wypluła do umywalki coś, co drażniło ją w gardle. Spłukując to wodą, umyła też buzię i znowu spojrzała na swoją twarz w lustrze. "Jadzia, to ty...?" - uśmiechnęła się, jakby nie do siebie.

Za oknem, przez koronki firanek widać było wszystkich ludzi, krzątających się między budynkami i wśród nich Jadzia dostrzegła Tatusia. Stał przy ognisku, rozpalonym wewnątrz kamiennego kręgu, w centralnej części podwórza. Doglądał ognia, nad którym pomału obracał się ogromny kawał nadzianego na szpikulec mięsa. Przy korbie stał nie kto inny, tylko mały Czesiek, w małym rozkroku, prężąc swoje małe muskuły. Grymas na jego twarzy świadczył nie tylko o sporym wysiłku, jaki wkładał w pokręcanie rożna, ale miał też w sobie coś, co widać na twarzy wszystkich święcie przekonanych, że właśnie wykonują najważniejszą czynność na świecie.

Jadzia w podskokach wybiegła z łazienki na podwórze. Widok z okna przypomniał jej, że wciąż przecież są wakacje i bardzo zapragnęła w tym uczestniczyć. Tatuś właśnie polewał mięso czymś aromatycznym. Jadzia nachyliła się i z przyjemnością wciągnęła nosem wszystkie zapachy znad ogniska.

- To na kolację, Jadziu - powiedział Tatuś. Był taki dostojny i nadal wzruszony. - Zrobimy wielką ucztę, dla wszystkich tutaj. Uroczyście, żeby świętować... Odnalazłaś się i wróciłaś.

- Ja... - Jadzia nie zdołała dokończyć, też się wzruszyła i zabrakło jej języka w buzi. Ale na chwilę tylko, zaraz pociągnęła innym tonem: - Czy to jest świnka, Tatusiu?

- To baraninka, Jadziu, nie świnka.

- Baraninka...? Więc to był baran?

- No tak, baran - powiedział Tatuś, uśmiechając się - a właściwie owieczka.

- O... Owieczka...? - Jadzia spuściła z tonu, bo zawsze robiło jej się smutno, gdy słyszała, że trzeba jeść takie miłe zwierzę. - Zabiliście owieczkę? Tatusiu, a skąd miałeś owieczkę? Przecież my nigdy nie mieliśmy owcy.

- Tak, owca, Jadziu - rzekł Tatuś, uśmiechając się. - Owieczka. Młoda była. Zarobiłem na nią. Dostałem ją od ludzi jako zapłatę za naprawianie butów.

- Aaa... - Jadzia otworzyła usta w geście pełnym podziwu.

- No tak. - Tatuś nadal uśmiechnięty machnął ręką, wskazując na krzątających się dookoła ludzi. - Popatrz: oni wszyscy noszą buty naprawione przeze mnie.

Rozejrzała się, wciąż z podziwem dla Tatusia, ale już z lekkim uśmiechem na twarzy, oczami pełnymi radości. Wiedziała, że Tatuś kocha swoją pracę, że robi to z wielką pasją i bardzo solidnie, ale też dumny jest z tego, że ludzie doceniają jego umiejętności i razem z nim się cieszyła, kiedy dostawał za to dobrą zapłatę. I teraz też, patrząc na te wszystkie buty, chodzące po podwórzu jakiegoś dalekiego, obcego gospodarstwa, była dumna, że to wszystko dzięki Tatusiowi.

Patrząc tak dookoła, dostrzegła znane już sobie futro. Borecka nadal paradowała jakby na przekór ciepłej pogodzie. I teraz już nic nie stało na przeszkodzie, żeby głośno zadać to pytanie:

- Tatusiu, a dlaczego pani Borecka chodzi w takim ciepłym futrze?

- Pani Borecka? - Tatuś przerwał polewanie mięsa sosem i wyprostował się znad owcy. Rozejrzał się na boki, jednak wcale nie w stronę Boreckiej. I w końcu powiedział głosem przyciszonym, jakby zdradzał jakąś wielką tajemnicę:

- Borecka... Wiesz, Jadziu, tak już jest w życiu najczęściej, że kiedy człowiek ucieka, to zabiera ze sobą to, co ma najcenniejszego. Pani Borecka wszystko straciła. I wszystkich... Nie ma nic poza tym futrem.