Bez kompleksów
- Z teorii biznesu możemy nauczyć się jednej ważnej rzeczy - mówi wykładowczyni. - Zawsze należy uważnie przeanalizować pragnienia konsumenta. Tę samą regułę należy stosować przy szukaniu bogatego mężczyzny. Na pierwszej randce obowiązuje jedna podstawowa zasada: nigdy nie mówcie o sobie. Słuchajcie jego. Zafascynujcie się nim. Dowiedzcie się, czego pragnie. Skupcie się na jego hobby. A później zmieńcie się tak, by się do tego wszystkiego dopasować.
Akademia Naciągaczek. Krąg poważnych blondynek, które uważnie wszystko notują. Poszukiwanie "tatuśka" - kochanka, opiekuna i sponsora w jednym - to sztuka i profesja. Hol akademii wyłożony jest sztucznym marmurem, wszędzie wiszą wielkie lustra, całość wykończono złotą farbą. Za sąsiednimi drzwiami mieszczą się spa i salon piękności. Najpierw idziesz na lekcje łowienia sponsora, później na depilację woskiem i solarium. Nauczycielka jest ruda i ma czterdzieści parę lat, dyplom z psychologii i MBA, sztuczny uśmiech i wysoki, afektowany głos. Wygląda jak dyrektorka pensji dla dziewcząt, tyle że nosi krótką spódniczkę.
- Na pierwszą randkę nigdy nie zakładaj biżuterii. Mężczyzna powinien myśleć, że jesteś biedna. Spraw, żeby to on chciał ci kupować klejnoty. Na spotkanie przyjedź starym samochodem. Niech on zapragnie kupić ci lepszy - mówi.
Studentki notują starannie. Płacą po tysiąc dolarów za każdy tydzień kursu. W Moskwie i Petersburgu są tuziny takich akademii. Wszystkie noszą nazwy typu Szkoła Gejsz albo Jak Być Prawdziwą Kobietą.
- Wybierz się do drogiej dzielnicy miasta - ciągnie instruktorka. - Stań z mapą na środku ulicy i udawaj, że się zgubiłaś. Być może podejdzie do ciebie zamożny mężczyzna i zaoferuje pomoc.
- Chcę faceta, który mocno stoi na nogach. Takiego, który sprawi, że poczuję się tak bezpieczna, jak za kamiennym murem - mówi Alona, która niedawno ukończyła akademię. Posługuje się metaforyką, jakiej używają naciągaczki; tak naprawdę chodzi jej o to, że chce znaleźć gościa przy forsie. Normalnie Alona nie zechciałaby ze mną rozmawiać. Jest jedną z tych totalnie niedostępnych dziewczyn, które jednym machnięciem rzęs dałyby mi kosza. Ale ja mogę zapewnić jej występ w telewizji, a to wszystko zmienia. Program ma nosić tytuł Jak poślubić milionera. Wydawało mi się, że niełatwo będzie nakłonić Alonę do rozmowy, że będzie się wstydziła tego, jak żyje. Tymczasem jest wręcz przeciwnie: nie może się doczekać, by opowiedzieć o sobie światu. Chce mówić o swoim życiu naciągaczki; o stylu życia, który stał się już jednym z najatrakcyjniejszych mitów tego kraju. Księgarnie pękają w szwach od poradników, które uczą dziewczyny tego, jak złowić milionera. Pucołowaty alfons Peter Listerman jest telewizyjnym celebrytą. Sam siebie alfonsem nie nazywa (stręczenie jest nielegalne), woli mówić "swat". Dziewczyny płacą mu za to, by przedstawiał je bogatym mężczyznom. Bogaci mężczyźni płacą mu za to, by przedstawiał ich pięknym dziewczynom. Agenci Listermana - nastoletni geje - węszą po dworcach kolejowych, wypatrując długonogich, gibkich dziewczyn, które przyjechały do Moskwy w poszukiwaniu swojej szansy. Listerman nazywa dziewczyny swoimi "kurczaczkami". Do zdjęć pozuje z grillowanym drobiem. "Jeśli szukasz kurczaczka, przyjdź do mnie" - nawołuje jego reklama.
Alona i jej nerwowy piesek mieszkają w małym, lśniącym nowością mieszkaniu. Apartament mieści się przy jednej z głównych ulic, która prowadzi na przedmieście miliarderów, do Rublowki. To tutaj bogacze umieszczają swoje kochanki, by móc wpaść do nich na chwilę po drodze do domu. Alona przyjechała do Moskwy z Donbasu, ukraińskiego zagłębia węglowego, nad którym w latach dziewięćdziesiątych przejęli kontrolę gangsterzy. Jej matka była fryzjerką. Alona przyuczała się do tego samego zawodu, ale mały salon matki zbankrutował. Gdy dziewczyna przyjechała do Moskwy, miała dwadzieścia lat i ani grosza przy duszy. Zaczęła pracować jako striptizerka w kasynie Golden Girls. Dobrze tańczyła i to dzięki temu poznała swojego "tatuśka". Teraz dostaje minimalną moskiewską pensję kochanki: mieszkanie, cztery tysiące dolarów miesięcznie, samochód i dwa razy do roku tygodniowe wakacje w Turcji lub Egipcie. W zamian za to tatusiek dostaje - kiedy tylko chce, w dzień czy w nocy - jej jędrne, opalone ciało, nieustającą radość i gotowość do działania.
- Powinieneś zobaczyć, jak patrzą na mnie dziewczyny, które zostały tam, w domu. Są śmiertelnie zazdrosne - mówi Alona. - "Och, ale ci się zmienił akcent, mówisz teraz jak moskwianka", gadają. Co tam, pieprzyć je. Ja jestem z tego wszystkiego dumna.
- Mogłabyś tam kiedyś wrócić?
- Nigdy. To by oznaczało, że mi się nie udało. Że wracam do mamusi.
Ale tatusiek już trzy miesiące temu obiecywał jej nowy samochód, a nadal go nie dostała. Martwi się, że chce ją porzucić.
- Wszystko, co jest w tym mieszkaniu, należy do niego. Ja nie mam nic - ciągnie Alona, spoglądając na własne mieszkanie tak, jakby to były tylko dekoracje, jak gdyby mieszkał tu ktoś inny.
Bo gdy tylko tatusiek się nią znudzi, dziewczyna będzie musiała stąd zniknąć. Wraz ze swym nerwowym pieskiem i z tuzinem wyszywanych cekinami sukienek znajdzie się z powrotem na ulicy. Więc Alona już teraz rozgląda się za nowym tatuśkiem (choć tutaj nie mówi się "tatusiek", ale "sponsor"). I stąd kurs w Akademii Naciągaczek, którą traktuje jako rodzaj szkoły dla dorosłych.
- Ale jak możesz spotkać innych facetów? - pytam. - Czy twój obecny sponsor nie stara się mieć cię wciąż na oku?
- O tak, muszę być ostrożna. Jeden z jego ochroniarzy ciągle mnie pilnuje. Ale robi to w miły sposób. Na przykład przychodzi do mnie z zakupami. Ale ja wiem, że przy okazji sprawdza, czy nie ma tu jakiegoś faceta. Stara się być subtelny. Uważam, że to urocze. Inne dziewczyny mają dużo gorzej. Kamery. Prywatni detektywi.
Teren, na którym Alona prowadzi swe rozgrywki, to konstelacja klubów i restauracji stworzonych niemal wyłącznie na potrzeby sponsorów poszukujących dziewczyn i dziewczyn poszukujących sponsorów. Mężczyzn określa się mianem forbesów (od publikowanej przez magazyn "Forbes" listy bogaczy), a o dziewczynach mówi się tiolki, jałówki. Podaż zdecydowanie przewyższa popyt - na jednego forbesa przypadają tu tuziny, a nawet setki jałówek.
Wieczór zaczynamy w Galerii. Po drugiej stronie ulicy znajduje się zbudowany z czerwonej cegły klasztor, wielki jak transatlantyk na rozległym oceanie śniegu. Przed restauracją, przy wąskim chodniku i na całej ulicy, parkują czarne samochody. Obok nich stoją ponurzy ochroniarze i dużo palą w oczekiwaniu na swych panów, którzy siedzą w środku. Galerię stworzył Arkadij Nowikow. Jego restauracje to właśnie te miejsca w Moskwie, w których należy bywać (a sam Nowikow zajmuje się również cateringiem dla Kremla). Każda z jego restauracji ma jakiś motyw przewodni: Bliski Wschód, Azja. Rzecz nie w imitacji i pastiszu, ale w nawiązaniu do danego stylu. Galeria jest kolażem cytatów architektonicznych. Są tu kolumny, czarne chromowane stoliki i angielskie panele w tureckie wzory. Stoliki oświetlono punktowymi reflektorami. Przestrzeń zaaranżowana jest tak, że siedząc w jednym miejscu, możesz dostrzec ludzi we wszystkich narożnikach sali. A głównymi obiektami na tej wystawie są kobiety. Siedzą przy barze i pamiętają o tym, by zamawiać wyłącznie wodę Voss; w ten sposób zachęcają forbesów, by to oni zaprosili je na drinka.
- Eh, ale one są naiwne - stwierdza Alona. - Wszyscy już dobrze znają ten trik. - Ona sama zamawia koktajl i sushi. - Zawsze udaję, że niczego od nich nie potrzebuję. To działa na mężczyzn.
O północy Alona kieruje się do najnowszego klubu. Ku wejściu przesuwa się powoli kawalkada czarnych (zawsze czarnych) kuloodpornych bentleyów i mercedesów. Tuż przy drzwiach wejściowych, jakimś cudem wciąż utrzymując idealną równowagę (ach, ten naród baletmistrzów!), ślizgają się i potupują na czarnym lodzie tysiące wysokich obcasów. Platynowoblond pukle ocierają się o gołe, opalone plecy oprószone śniegiem. Zimowe powietrze rozrywają pokrzykiwania tysięcy napompowanych warg, które błagają, by wpuścić je do środka. Tu nie chodzi o styl ani bycie cool; tu chodzi o pracę. Dziś wieczorem dziewczyny mają jedyną szansę na to, by zatańczyć i znaleźć się na linii czyjegoś wzroku, by przekroczyć tę niemożliwą granicę, którą wyznaczają pieniądze, zastępy ochroniarzy i zakazujące wstępu barierki. Na jeden wieczór w tygodniu to najbardziej podzielone miasto na półkuli północnej - w którym superbogaci ludzie żyją w enklawach oddzielonych jedwabnym sznurem - otwiera małą, wąską śluzę, przez którą można wpłynąć do raju. Więc dziewczyny tłoczą się, popychają i pełzną w stronę tej śluzy, bo wiedzą aż za dobrze, że będzie otwarta tylko przez tę jedną noc, a później się zamknie, wypychając je z powrotem w czeluść podłej Moskwy.
Alona beztrosko podchodzi na sam początek kolejki. Jest na liście VIP-ów. Na początku każdego roku płaci bramkarzowi parę tysięcy dolarów, by zyskać pewność, że zawsze zostanie wpuszczona. To najważniejszy podatek, jaki w tej pracy trzeba zapłacić.
Wewnątrz klub wygląda jak barokowy teatr. Na środku znajduje się parkiet do tańca, a wzdłuż ścian ciągną się całe rzędy i piętra lóż. W tych zaciemnionych lożach siedzą forbesi (za tę przyjemność płacą tu dziesiątki tysięcy dolarów), a Alona i setki innych dziewczyn tańczą na parkiecie pod nimi, co jakiś czas rzucając wystudiowane spojrzenia w górę, z nadzieją, że ktoś je tam zaprosi. Loże pogrążone są w ciemności. Dziewczyny nie mają pojęcia, kto w nich siedzi. Flirtują z cieniami.
- Tyle osiemnastolatek - stwierdza Alona. - Czuję na karku ich oddech. - Ona ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, jednak oznacza to, że znajduje się już niemal u kresu kariery moskiewskiej kochanki. - Wiem, że wkrótce będę musiała obniżyć swoje standardy - mówi raczej rozbawiona niż przerażona. Teraz, gdy już zdobyłem jej zaufanie, Alona rozmawia ze mną inaczej i widzę, że jest zupełnie inna, niż się spodziewałem. Nie twarda, ale delikatna jak słodki drink z bąbelkami. Wszystko ją bawi. Na tym właśnie musi polegać sekret jej sukcesu: gdy wchodzi do pokoju, wszystko staje się delikatniejsze i lżejsze.
- Oczywiście wciąż mam nadzieję na prawdziwego forbesa - mówi. - Ale w ostateczności mogę się zadowolić jakimś milionerem matołkiem, który przyjechał tu z prowincji, albo jednym z tych nudnych ekspatów. Albo jakimś ohydnym staruchem.
Nikt jednak nie wie, co przyszłość szykuje dla naciągaczek; to pierwsze pokolenie dziewczyn, które taki rodzaj życia traktują jak karierę zawodową. Za plecami Alony jest opanowane przez mafię górnicze miasto, a przed nią - Bóg jeden wie co. To dziewczyna, która ze śmiechem tańczy na skraju przepaści.
Ale wróćmy na akademię, gdzie wciąż trwają lekcje.
- Dzisiaj nauczymy się algorytmu na otrzymywanie prezentów - zapowiada swym studentkom wykładowczyni. - Gdy pragniesz dostać od mężczyzny prezent, stań po jego lewej stronie, bo jest to strona irracjonalna i emocjonalna. Prawa strona to strona rozumu. Po prawej stajesz wtedy, gdy chcesz dyskutować o projektach biznesowych. Ale gdy pragniesz dostać prezent, zajmij pozycję po stronie lewej. Jeśli mężczyzna siedzi na krześle, ukucnij obok niego tak, by poczuł się przy tobie wyższy, jakbyś ty była dzieckiem. Zaciśnij mięśnie pochwy. Tak, mięśnie pochwy. Dzięki temu rozszerzą ci się źrenice, co z kolei sprawi, że staniesz się atrakcyjniejsza. Gdy mężczyzna coś powie, przytaknij: twoje przytakiwanie sprawi, że będzie bardziej skłonny zgodzić się z tobą. A gdy w końcu poprosisz o to, czego chcesz: samochód, sukienkę, cokolwiek jest ci potrzebne, równocześnie pogłaszcz go po ręce. Zrób to delikatnie. A teraz powtarzajcie: Spojrzeć! Przytaknąć! Pogłaskać!
Dziewczyny skandują jednym głosem:
- Spojrzeć. Przytaknąć. Pogłaskać. Spojrzeć. Przytaknąć. Pogłaskać.
("Są przekonane, że gdy udaje im się wyłudzić od nas sukienkę, to coś wygrywają - mówi mi pewien znajomy milioner, gdy opowiadam mu o tym, co usłyszałem w akademii. - Czasem pozwalam im wygrać. Ale bądźmy szczerzy: czy są w stanie wydostać od nas cokolwiek, jeśli my sami na to nie pozwolimy?".
"Wiesz, jak je nazywam? - pyta mnie inny. - Nazywam je mewkami, bo są jak te mewy, które krążą nad wysypiskiem śmieci. I dokładnie tak samo skrzeczą: wiesz, gdy tak siedzą przy barze i plotkują. Skwir, skwir! Skwir, skwir! Jak mewy. To śmieszne, co nie?").
Podczas zbierania materiałów do mojego show poznaję kolejne absolwentki różnych akademii. Natasza całkiem dobrze mówi po niemiecku. Pracuje jako tłumaczka - obsługuje biznesmenów przyjeżdżających tu w interesach. Agencja, w której jest zatrudniona, współpracuje wyłącznie z dziewczynami "bez kompleksów"; co oznacza wymóg, by były gotowe na sypianie ze swymi klientami. Wszędzie można napotkać ogłoszenia o pracy dla sekretarek czy asystentek, w których na samym dole, małym drukiem, dodano ten warunek: bez kompleksów. Ta fraza w jakiś dziwny sposób przemienia upokorzenie w akt osobistego wyzwolenia. Natasza pracuje teraz dla szefa niemieckiej firmy energetycznej. Ma nadzieję, że zabierze ją ze sobą do Monachium.
- Rosyjscy mężczyźni są strasznie zepsuci tym, że mogą przebierać w kobietach; z facetami z Zachodu jest znacznie łatwiej - mówi rzeczowo, jakby opowiadała mi o przeprowadzonych właśnie badaniach rynku. - Ale problem z tymi z Zachodu polega na tym, że nie kupują prezentów i nigdy nie płacą za nasz obiad. Nad moim Niemcem trzeba trochę popracować.
Lena chce być gwiazdą pop. Dziewczyny jej pokroju - czyli takie, które za grosz nie mają talentu, ale za to opiekują się nimi bogaci sponsorzy - nazywane są w Moskwie "śpiewającymi stringami". Lena doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie potrafi śpiewać. Ale równie dobrze wie o tym, że nie ma to najmniejszego znaczenia.
- W ogóle nie rozumiem, jak można pracować w jakimś biurze dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Taka praca to upokorzenie. Mężczyzna jest jak winda, która może zawieźć cię na samą górę. I ja zamierzam z niej skorzystać.
Z tym poglądem zgadza się rudowłosa wykładowczyni z dyplomem MBA:
- Feminizm jest zły. Dlaczego kobieta miałaby zapracowywać się na śmierć? To rola mężczyzny. I tylko od nas zależy, czy doprowadzimy naszą kobiecość do perfekcji.
- A ty? - pytam, gdy już wszystkie studentki opuściły salę. - Ty pracujesz. Zarabiasz na tej akademii.
Kobieta lekko się uśmiecha i zmienia temat rozmowy:
- Następną rzeczą, jaką zrobię, będzie otwarcie kliniki. Będę się zajmowała powstrzymywaniem procesów starzenia. Może też przyjedziesz i nakręcisz o tym film?
Po przerwie zajęcia trwają dalej. Wykładowczyni rysuje na białej tablicy diagram kołowy. Dzieli go na trzy części.
- Istnieją trzy typy mężczyzn - obwieszcza swoim studentkom. - Kreatywni. Analitycy. Tymi dwoma typami się nie interesujemy. Chcemy złapać tych, których nazywamy "posiadaczami" - mówi, po czym powtarza najważniejszą, wyjaśniającą wszystko frazę, która mnie kojarzy się z więzieniem: "Chcemy mężczyzny, przy którym poczujemy się jak za kamiennym murem". - Wszystkie wiemy, jak ich rozpoznać. Są silni i milczący. Noszą ciemne garnitury. Mają niskie głosy. Mówią to, co myślą. To mężczyźni, którzy chcą kontrolować. Nie interesują ich silne kobiety. Mają ich już dość. Chcą dziewczyny, która będzie dla nich pięknym kwiatem.
Czy muszę wspominać o tym, że Alona dorastała bez ojca? Tak samo jak Natasza, Lena i wszystkie inne naciągaczki, które poznałem. Wszystkie bez ojców. To pokolenie osieroconych dziewczyn w niebotycznych szpilkach, które tak samo jak tatuśka, potrzebują prawdziwego taty. Alonę i inne studentki charakteryzuje pewna szczególna cecha: ich chytrość i przebiegłość zrodziły się z bajkowych fantazji o wielkim carze, władcy, który pewnego dnia - już dziś, jutro albo chwilę później - zabierze je odrzutowcem do swego fantastycznego królestwa maybachów. A jego uosobieniem jest, oczywiście, prezydent. Te wszystkie zdjęcia, na których występuje z nagim torsem i poluje na tygrysy i wieloryby, są jak listy miłosne, posyłane stojącym w niekończącej się kolejce dziewczynom pozbawionym ojców. Prezydent jako najwyższe wcielenie tatuśka, idealna figura obrońcy, za którym można się skryć jak za "kamiennym murem".
Gdy znów spotykam się z Aloną w jej mieszkaniu, dziewczyna wyciąga z półki tomik Puszkina. Niedawno spotkała forbesa, który jest amatorem literatury. Dziewczyna uczy się na pamięć całych strof z Eugeniusza Oniegina:
Kogo tu kochać? Komu wierzyć?
Któż wiary zawsze nam dochowa?
Kto zechce naszym łokciem mierzyć
Wszystkie uczynki, wszelkie słowa? [...]
Gorliwy łowco złudy płochej,
Porzuć ten marny, ciężki znój,
Raczej samego siebie kochaj [...][1].
- Posłużę się tym wtedy, gdy zupełnie nie będzie się tego spodziewał. - Mruga do mnie, chcąc pokazać, jak bardzo jest przebiegła.
Ten forbes zabrał ją już na wycieczkę swoim odrzutowcem.
- Wyobrażasz to sobie? Tam można zapalić, wypić drinka, wyciągnąć nogi na siedzenie. Nie ma żadnych pasów bezpieczeństwa! Jest wolność! To wszystko prawda: rzeczywiście można mieć takie życie. Tak nie jest tylko w filmach!
Poznała go, gdy dostała się do sali dla VIP-ów.
- Jest przystojny jak Bóg - szepcze mi w zachwycie Alona. - Płacił dziewczynom setki dolarów za samego loda. Trwało to całą noc. Wyobraź sobie, jaki musi być jurny! A wszystkie te biedne dziewczyny, wiesz, one nie robią tego dla pieniędzy. Każda z nich myśli, że to ją właśnie zapamięta, że to ona jest wyjątkowa, i tym bardziej się stara. Ja, oczywiście, odmówiłam, gdy i mnie to zaproponował. Ja nie jestem taka jak ONE... Teraz zaczęliśmy się spotykać. Życz mi powodzenia!
Alona nigdy, ale to nigdy nie powie o sobie ani nawet nie pomyśli, że jest prostytutką. Jest wyraźna różnica: prostytutki muszą uprawiać seks z każdym, kogo wskaże im alfons. A Alona poluje sama.
- Kiedyś, kiedy jeszcze pracowałam jako tancerka, szef kazał mi iść z jednym z klientów. To był zwykły facet. Wpływowy. Gruby. Niezbyt młody. "Naprawdę muszę z nim iść?", zapytałam szefa. "Tak", odpowiedział. A więc poszłam z nim do hotelu. Gdy nie patrzył, wrzuciłam mu do drinka środek usypiający i uciekłam.
Alona opowiada o tym z nieukrywaną dumą. Bo jest wyraźna różnica.
- A co z miłością? - pytam. Jest późno. Jesteśmy w jej mieszkaniu i nagrywamy wywiad. Popijamy słodkie, lepkie prosecco. Jej ulubione. Na kanapie pochrapuje nerwowy piesek Alony.
- Mój pierwszy chłopak. W domu, w Donbasie. To była miłość. Był przedstawicielem miejscowej władzy.
W tym wypadku "władza" jest subtelnym określeniem gangsterki.
- Dlaczego się rozstaliście?
- Wdał się w wojnę z innym gangiem, a oni wykorzystali mnie, by się do niego dobrać. Stałam na rogu ulicy. Chyba czekałam na tramwaj. I wtedy pojawiło się tych dwóch wielkich gości. Złapali mnie i zaczęli wpychać do samochodu. Kopałam ich i krzyczałam. Ale oni mówili przechodniom, że jestem ich znajomą i że się upiłam. Ludzie nie chcieli wdawać się w kłopoty z takimi facetami. Zabrali mnie do jakiegoś mieszkania. Przywiązali mi ręce do krzesła. Trzymali mnie tam przez tydzień.
- Zgwałcili cię?
Alona popija słodkie prosecco. Nie przestaje się uśmiechać. Wciąż ma na sobie połyskującą sukienkę, ale zdjęła buty na obcasach i założyła różowe puchate kapcie. Pali cienkie aromatyzowane papierosy. O wszystkim opowiada rzeczowo, a nawet z pewnym rozbawieniem, jakby to była anegdota z fatalnego, ale też trochę zabawnego dnia w pracy.
- Robili to na zmianę. Przez tydzień. Czasem któryś z nich wychodził, by kupić rybę w occie i wódkę. W całym pokoju śmierdziało rybą w occie i wódką. Wciąż pamiętam tamto miejsce. Było tam prawie pusto. Drewniany stół. Hantle. Ławeczka do wyciskania. Między kolejnymi pijatykami trenowali podnoszenie ciężarów. Pamiętam, że na ścianie wisiała flaga ZSRR. Kiedy to robili, gapiłam się właśnie na tę flagę. W końcu jeden z nich zlitował się nade mną. Gdy pozostali wyszli po wódkę, pozwolił mi uciec.
- A twój chłopak? Twoja "władza"?
- Gdy powiedziałam mu, co się stało, wpadł we wściekłość i przysiągł, że ich pozabija. Ale później zawarł pokój z tym gangiem. I to by było na tyle. Nigdy nic nie zrobił. Często widywałam tamtych facetów. Jeden z nich, ten, który pozwolił mi uciec, nawet mnie przeprosił. Okazało się, że to był miły gość. Inny zawsze się głupio uśmiechał, gdy mnie spotykał. Wyjechałam z miasta.
Gdy kończymy na dziś nagranie, Alona jest zamyślona jak nigdy.
- A właściwie to mógłbyś nie pokazywać w swoim programie tego, co opowiedziałam ci o tym pokoju? - pyta.
- Oczywiście. To mogłoby być niebezpieczne.
- Niebezpieczne? Nie, nie o to chodzi. Tylko że przez to mogę się wydać... jakby, no, smutna. Depresyjna. A nie chcę, żeby tak mnie postrzegali. Ludzie uważają, że jestem pełna życia i wesoła. I tak jest dobrze.
Czuję wyrzuty sumienia, że skłoniłem ją do tej opowieści.
- Słuchaj, przepraszam, że wywołałem cały ten temat. Nie chciałem tego. To musi być straszne, przeżywać to wszystko raz jeszcze.
Alona wzrusza ramionami.
- Posłuchaj, to normalne. To zdarza się wszystkim dziewczynom. Nic wielkiego.
Związek Alony z wielbicielem Puszkina nie trwał długo.
- Na początku myślałam, że chciał dziwki. Więc odgrywałam tę rolę. Ale teraz nie jestem pewna; może to nie dziwki potrzebował. Może potrzebował miłej dziewczyny. Wiesz, czasami się gubię i sama nie potrafię powiedzieć, kim jestem: dziwką czy miłą dziewczyną.
Nie mówiła tego wszystkiego z przygnębieniem, lecz - jak zawsze - z lekkim dystansem, jak gdyby myślała o kimś innym. Zawsze, gdy chciałem uchwycić w Alonie jakiś ton smutku, ten natychmiast znikał. Byłem reżyserem i moja praca polegała na tym, by ją podpuścić, znaleźć w niej szczelinę, otworzyć skrytkę z jej emocjami i zobaczyć, co kryje się za fasadą; zburzyć jej barierę ochronną i skłonić do płaczu. Ale wtedy ona się wykręcała, wyślizgiwała, uśmiechała i mieniła wszystkimi kolorami tęczy. Alona nie boi się biedy ani upokorzenia. Jeśli straci obecnego sponsora, zacznie wszystko od początku, stworzy siebie od nowa. Naciśnie jeden guzik i załaduje się nowa, lepsza, po aktualizacji.
O piątej nad ranem w klubach impreza trwa w najlepsze. Uśmiechnięci, pijani forbesi wychodzą chwiejnie ze swych lóż. Wszyscy są tak samo ubrani - w drogie jedwabne koszule upchnięte w dżinsy od drogich projektantów - wszyscy opaleni, pulchni, ociekający forsą i samozadowoleniem. Dołączają do jałówek, które wirują na parkiecie. Wszyscy są już zalani i spoceni, podskakują tak szybko, że wydają się niemal w ogóle nie ruszać. Wymieniają ze sobą urocze i proste spojrzenia, które świadczą o tym, że się rozpoznają; jak gdyby nagle spadły maski, a wszyscy znaleźli się w samym środku jednego wielkiego żartu. I w tym momencie uświadamiasz sobie, że oni wszyscy - forbesi i dziewczyny - są tacy sami, że są sobie równi. Wszyscy oni wygrzebali się z radzieckiego świata. Strumień ropy naftowej wystrzelił ich do innych wszechświatów finansowych, ale nadal doskonale rozumieją się nawzajem. Ich urocze i proste spojrzenia wydają się opowiadać o tym, jak zabawna jest cała ta maskarada, jak zabawne jest to, że jeszcze wczoraj wszyscy żyliśmy w mieszkaniach spółdzielczych, śpiewaliśmy radziecki hymn, za szczyt luksusu uważaliśmy dżinsy Levisa i mleko w proszku, a teraz otaczają nas drogie samochody, odrzutowce i landrynkowe prosecco. I choć wielu ludzi z Zachodu uważa, że Rosjanie mają obsesję na punkcie pieniędzy, myślę, że nie mają racji. Pieniądze krążą tu migotliwie i zwiewnie, jak brokat w szklanej kuli, a to sprawia, że wydają się zupełnie nierzeczywiste. Nie są czymś, co należy gromadzić i oszczędzać, ale czymś, w czym można tańczyć jak w chmurze konfetti. Są jak puch w walce na poduszki, jak papier mâché, z którego formuje się różne maski, któremu zawsze można nadać nowy kształt. O piątej nad ranem muzyka wciąż przyspiesza i w tej pulsującej zadymce jałówki stają się forbesami, a forbesi jałówkami; wszyscy ruszają się tak szybko, że widzą własne ślady pozostawione w stroboskopowym świetle jarzącym się nad parkietem. Faceci i dziewczyny patrzą na siebie i myślą: "Czy to wszystko naprawdę przydarzyło się MNIE? Czy to jestem JA? To JA, z tymi wszystkimi maybachami, gwałtami, gangsterami, zbiorowymi mogiłami, luksusowymi apartamentami i błyszczącymi sukienkami?".
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.