Jadą Haliki przez Ameryki - Mirosław Wlekły

Reflow text when sidebars are open.
- Toni, a dokąd się teraz wybieracie? - zapytał Phil, kolega Toniego z Najlepszej Gazety Świata.
Był wigilijny wieczór, a Halikowie wraz z przyjaciółmi świętowali udaną wyprawę do Brazylii.
Być może pamiętacie tę podróż z książki "Przygoda dzika Toniego Halika". Opowiada o tym, jak Pieret i Toni nieoczekiwanie znaleźli się sami w lesie deszczowym. Chcieli dotrzeć do ludu Karaża i poprosić jego członków o prawdziwą dzidę. Udało im się to, zamieszkali z nimi i przez kilka miesięcy przeżyli mnóstwo przygód. Toni zrobił setki zdjęć i spisał swoje opowieści, a po powrocie podzielił się nimi z widzami telewizji oraz czytelnikami gazet.
Toni nie zdążył odpowiedzieć na pytanie o kolejną wyprawę, bo nagle w progu salonu pojawił się Tadeusz, filmowiec z Polski, który uczył Halika posługiwania się kamerą. Na tacy niósł filiżanki wypełnione czerwonym płynem, w którym coś pływało.
- Oto krew naszych wrogów, a wewnątrz ich uszy - przemówił tajemniczym głosem. Szedł przez pokój jak zombi. Wszyscy, poza Pieret i Tonim, zbledli. Trzeba im było tłumaczyć, że to tylko gorący barszcz z uszkami, bardzo egzotyczna zupa z dalekiej Polski, którą jada się w wieczór wigilijny.
Mimo lęku goście chwycili łyżki i zabrali się do jedzenia.
- Nieziemsko dobra ta zupa! - wołali, oblizując się ze smakiem. Lecz zaraz przypomnieli Halikom zadane wcześniej pytanie:
- Więc dokąd się teraz wybieracie?
W grudniu mieszkańców Buenos Aires dręczą największe upały, a Toni strasznie się pocił. Koszula przyklejała mu się do ciała. Co chwilę wycierał czoło. I marzył, by choć na moment wskoczyć do lodówki. A jeszcze lepiej wybrać się gdzieś daleko, gdzie zimniej pośród lodu i śniegu. Aby złapać choć troszkę rześkiego chłodu.
- Na Alaskę! Zaczerpnąć świeżego powietrza - wypalił bez zastanowienia.
Nie przewidział, jakie ta odpowiedź będzie miała konsekwencje. Chciał tylko na parę sekund zapomnieć o południowoamerykańskim upale. Jednak towarzystwo podchwyciło tę myśl. I już wznosiło toast.
- Za nową podróż małżeństwa Halików! - wykrzykiwali. - Za wyprawę na Alaskę!
Ale jak to? Moment! Przecież znajdowali się na samym dole Ameryki Południowej, a Alaska jest na górze Ameryki Północnej. To niemal koniec świata!
Goście jednak wiwatowali. Już wyciągali mapy. I z wypiekami na twarzach sprawdzali palcami na konturach państw, gdzie tym razem wybiera się ich przyjaciel Toni.
- Mowy nie ma, jeśli jedziesz, ja jadę z tobą! - wykrzyknęła Pieret, choć nieczęsto zdarzało się jej podnosić głos.
Siedzieli przy stole już tylko we dwoje i dyskutowali o niespodziewanej podróży.
- Ale przecież droga daleka i nie będzie pieniędzy na spanie w hotelach, jedzenie w restauracjach i inne luksusy - bełkotał pod nosem nadal oszołomiony Toni.
- Bueno! Dobrze! - odpowiedziała po hiszpańsku Pieret, w tym języku porozumiewali się bowiem w Argentynie, gdzie od kilku lat mieszkali. - W takim razie będziemy się zachowywać tak, jak gdyby te udogodnienia w ogóle nie istniały.
I mówiła to z takim spokojem, jak wtedy w Mato Grosso, kiedy wykiwani przez organizatorów wyprawy zostali tylko we dwoje nad brzegiem rzeki o nazwie Araguaia i musieli sami zaplanować dalszą podróż.
- A... a... ale jak to...? - wyjąkał zdezorientowany Toni.
- Zrobimy tak - zaczęła tonem wytrawnej podróżniczki jego żona - jakbyśmy znajdowali się jeszcze wśród Karażów. Będziemy spali na ziemi i jedli na powietrzu. Nie zdarzy się nam to przecież po raz pierwszy, prawda?
- A... a... ale to bardzo niebezpieczne - zaprotestował Toni.
- Chyba się nie boisz, mój drogi? Mówisz tak, jakbyśmy do tej pory nie przeżyli żadnych niebezpieczeństw! - wybuchła śmiechem Pieret. - Podczas wojny niemieckie kule świstały nam nad głowami, po niej omal nie utopiliśmy się w rzece Paragwaj, a w Brazylii niewiele brakowało i straciłbyś głowę. Doprawdy, zabawny jesteś, kiedy straszysz mnie niebezpieczeństwami.
- A... a... ale... - Toni wciąż nie mógł wydusić słowa. Po chwili zastanowienia zaczął jednak przytakiwać żonie. Przecież Pieret miała rację. Podczas poprzednich wypraw dawali sobie radę w każdej sytuacji. Oboje kochali przygody, podróże i poznawanie nowych ludzi. I wcale nie przerażały ich rzeczy, które inni uznawali za trudne.
- Poza tym - dodała Pieret, choć już nie musiała przekonywać męża - na razie nie mamy dzieci. Z nimi taka podróż byłaby przecież niemożliwa. Skorzystajmy z okazji, bo może się już nie powtórzyć.
- Wiesz, masz rację! - Toni aż klasnął. A w głowie zaczął mu świtać pewien pomysł.
[...]