Jad - Danuta Marć

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (13,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Nazywał się Czabor Dębowiec. Tak im powiedział. Przyjęły to do wiadomości, bo cóż innego im zostało? Może tak było, a może kłamał. Któż to wie? Sława myślała, że raczej to drugie. Czabor był bezczelny i nie bał się matczynych czarów. Może dlatego, że wieść o nich nie dotarła do niego, bo nigdy nie zetknął się z tajemniczymi innymi, z którymi zetknęła się kiedyś matka, a o których wspominała córce? O których jak szybko zaczęła mówić, tak szybko zamilkła. A może nie dbał o to? Do niczego nie było mu potrzebne czarowanie kobiety, bo sam oczarował ją bez żadnego wysiłku. Zatem od początku ignorował zdolności Bogny i jej nienaturalne umiejętności. Bo cóż mogła mu zrobić słaba kobieta? Nawet tak piękna jak Bogna.

Póki leżał w łóżku bez sił, pielęgnowany dłońmi matki, póki wylizywał się z ran i przychodził do siebie, wydawał się sympatyczny i niegroźny. Kobiety myślały, że wygląda na dobrego człowieka, pozbawionego złych intencji. Chciały, by tak było. Za opiekę, lecznicze zioła i strawę, Czabor odwdzięczał się opowieściami ze swego życia. Sława nie wiedziała, czy można dać wiarę im wszystkim, tak samo jak jego nazwisku. Niektóre historie wydawały się nieprawdopodobne, wyssane z palca, ale były barwne i przykuwały uwagę. Czy można uznać za prawdziwą taką opowiastkę?

- Miałem siedmiu braci.

Sława popatrzyła na Dębowca z niedowierzaniem. Nigdy nie widziała tylu ludzi. Raptem troje, licząc ze sobą. A tu tylko w jednym domu...

- Tak, tak. Matka rodziła nas rok po roku. Słabła, mizerniała, bladła, ale gdy tylko odrobinę przyszła do siebie, ojciec znów ją zapładniał. Aż ojcu się zmarło, a ona biedaczka została z moimi braćmi i ze mną w brzuchu. Wysysałem ją od środka, biedulę. Nawet w tak trudnym czasie nie miała lekko. Śmierć mojego ojca uratowała ją przed własną szybką śmiercią, bo gdyby ojciec nadal praktykował swe jurne zapędy, nie przeżyłaby tego. Matka nie nadawała się do dalszego rodzenia. Anemiczna była, cherlawa. Stałem się balastem do udźwignięcia, ale podołała. Silna była psychiczne. Los zatem zrządził, że pozostałem najmłodszy.

- Dlaczego mówisz "miałem", jakby bracia nie żyli? Było ich sporo. Co się z nimi stało? - zapytała Bogna, przemywając wywarem z szałwii ranę na piersi Czabora, porośniętej bujnymi włosami. Na lnianej szmacie, nasiąkniętej zielonkawym roztworem, pozostawały żółte płaty ropy i przezroczysty wysięk, podbarwiony krwią z obrażenia. Wydzieliny te zastępowały smrodem przyjemny aromat zioła, unoszący się w powietrzu. Rana nie chciała się goić i jątrzyła się długo, co było mężczyźnie na rękę. Mógł nadal bezczynnie spędzać czas w chacie Bogny. Mógł bajdurzyć leniwie.

- Ano, zginęli w jeden dzień. Wszyscy naraz. Tak to było. Wyobrażacie to sobie? Wszyscy w jedną godzinę.

- Jak to? Wszyscy umarli w tym samym czasie? - Sława nie mogła się nadziwić.

Cóż takiego musiałoby się stać, by ona, Bogna i Czabor pomarli razem? Dzikie zwierzęta nie rozprawiłyby się z nimi o tej samej porze. Walące się drzewo nie zabrałoby życia im wszystkim. Potopić też by się nie potopili, bo przynajmniej Sława i Bogna umiały pływać. O Dębowcu nie mogła tego powiedzieć, nie wiedziała jakie są jego umiejętności w tym zakresie. Co dopiero siedem osób? Dwa razy tyle co oni razem i jeszcze jedna?

Dziewczyna przysunęła się bliżej mężczyzny, by lepiej słyszeć dalszy ciąg historii. Była zainteresowana rozwiązaniem zagadki. Poczuła nieprzyjemny zapach potu, krwi i ropy, przełamane wonią szałwiowych pędów, ale nie zniechęciło jej to i pozostała na miejscu. Ciekawość dominowała we wszystkich uczuciach, które ją ogarnęły, nie wyłączając wstrętu. Przegnała odrazę i powątpiewanie w realność opowieści. Tak brakowało jej atrakcji w leśnym życiu, że gotowa była znieść niedogodności związane ze zbyt bliską i nieprzyjemną dla zmysłów obecnością przybysza nie wiadomo skąd. A dla Czabora jej bliskość była podniecająca i wyjątkowo miła. Mężczyzna chował owe podniecenie pod derką okrywającą ciało.

- W tej samej minucie. Ba! W tej samej sekundzie! - powiedział głośno Czabor i powiódł roziskrzonym spojrzeniem po kobietach, w oczekiwaniu na reakcję. A one zaniemówiły ze zdziwienia. Otworzyły szeroko oczy. Sława rozdziawiła usta i trwała tak, jakby chciała połknąć zdania, które miała nadzieję usłyszeć.

- Była letnia niedziela. Jechaliśmy wozem na odpust do sąsiedniej parafii. Pogoda była niepewna. Upalny, ale bardzo parny dzień i zaczęło się chmurzyć. Szybko napływały burzowe bałwany. Przysłoniły słońce, zrobiło się ciemno i koń spłoszył się nagłą zmianą. Wierzgał i rżał strachliwie. Groziło to wywrotką, więc zszedłem z miejsca dla powożącego, by uspokoić konia. Odpiąłem zwierzę z uprzęży. To uratowało mnie i konia. Wszyscy moi bracia pozostali na wozie. Wystarczył jeden piorun i już ich nie było wśród żywych. Pierwsza błyskawica, która przecięła niebo z olbrzymim hukiem, zrobiła swoje. Namierzyła cel, wlała się w ciało jednego z moich krewniaków, by śmiertelnie go porazić i innych, którzy byli przy nim. Miałem niewyobrażalne szczęście. Koń zresztą też.

- Nie mogłeś nic zrobić? Nie mogłeś im pomóc? - zapytała trwożnie Bogna.

Przysunęła się bliżej Czabora i dotykała ciałem jego wyłożonej spod pledu włochatej nogi. Bliskość mężczyzny nie odstręczała jej. Nie była dla niej niemiła pomimo nieświeżych wyziewów. Bogna doznała nawet przyjemnego uniesienia, a Czabor dostrzegł to i zabrał od Sławy swe sprośne myśli. Skierował je ku ciepłym, krągłym kształtom starszej z kobiet.

- Zupełnie nic nie mogłem. Kiedy podszedłem do wozu, bracia leżeli pokotem jeden na drugim, z powyginanymi, splątanymi członkami. Trudno było rozdzielić ciała. Brałeś rękę jednego, a okazywała się ramieniem innego. Chwytałeś za nogę najstarszego, a była przytwierdzona do tułowia trzeciego z rzędu. Sięgałeś po ucho najgrubszego, a przylegało ono do głowy najchudszego. A wszyscy na swej skórze mieli podpis diabła.

- Podpis diabła? - kobiety wypowiedziały równocześnie.

Sława z wielkim przestrachem, a matka z jakimś przedziwnym zaciekawieniem. Bogna zerknęła z obawą na swoje dziecko, ale uspokoiła się szybko i dalej słuchała.

- Ano... Szczególne znaki. Wzory przypominające gęsto ulistnione gałęzie drzew. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Jakby wymalowano im te znamiona czerwoną i siną farbą, a nawet bardziej, jakby ktoś wlał w ich żyły barwnik prześwitujący przez skórę. Esy i floresy, jak to mówią, cokolwiek to znaczy. - Zakończył opowieść Czabor.

Albo czy można uwierzyć temu?

- Nie pamiętam, ile lat temu, a było to w czasie podróży po zagranicznych pustyniach, natknąłem się na szkielety olbrzymich zwierząt. Tak były ogromne, że mogły pochodzić od istot tysiąc razy większych od niedźwiedzia. Może nawet więcej. Tak, z pewnością więcej. Istne potwory to były, jakby ich kolebką było piekło albo jakieś inne światy. Planety, gdzie żyją tylko olbrzymy, bo człowiek, gdyby mu przyszło tam żyć, byłby na nich jak ziarnko piasku. Ale w takim przypadku, gdyby rzeczywiście istniały takie ciała niebieskie, stworzone tylko dla tych zwierząt, te potwory nie byłyby niczym szczególnym na tych swoich planetach, bo wszystko tam przeogromne i nie dziwi to nikogo. Ale tutaj... Tutaj, to co innego.

- Co to były za zwierzęta? - zapytała Sława.

Próbowała wyobrazić sobie choćby jedno takie stworzenie, ale nie potrafiła tego zrobić. Miała w głowie obraz stwora najwyżej dwa, trzy razy większego od wspomnianego niedźwiedzia, chociaż i taki ledwo się mieścił w jej czternastoletnim umyśle. Według niej, nie mogło być nigdzie na świecie takich dziwolągów, a nawet ich szczątków. Czabor musiał zmyślać. Miał bujną wyobraźnię i kłamał ile wlezie. Przeszkadzało to dziewczynie, chociaż stanowiło urozmaicenie życia.

- Nie wiem, jak się nazywały. Nie wiem nawet, czy miały jakąkolwiek nazwę. Wiem jedno, byłem wtedy bardzo zmęczony. Nie miałem sił iść dalej, więc przysiadłem strudzony na olbrzymiej kości udowej pierwszego z brzegu stwora, a moi kompani weszli w to cmentarzysko i zdumieni, z podniesionymi głowami, oglądali szkielety, podążając od jednego do drugiego. Ta ciekawość i wielkie osłupienie spowodowały, że stali się bardzo nieostrożni. Nie zwracali uwagi na szczegóły zachodzące w szczątkach mijanych, obejrzanych zwierząt, które zostawiali za sobą, a na których już spoczął ich wzrok i zajął się innymi. A w tamtych, na które nie zwracali uwagi, coś się powoli zmieniało. Te nagie kości zaczęły obrastać w mięśnie, krew zaczęła krążyć w odnowionych żyłach, jaszczurowate ciała pokryły się szarozieloną skórą, uzbrojoną kolcami czy też czymś, co przypominało grzebienie i harpuny, a nawet całe pasma górskie, a płuca każdego z olbrzymów wciągnęły naraz po kilkanaście antałów powietrza. Tak, kilkanaście naraz! Wtedy dopiero moi kompani przejrzeli na oczy. Ryknęły te smoki niczym trąby jerychońskie, powstały, powodując swym ruchem burzę piaskową i wielkimi paszczami pożarły moich towarzyszy. Krew tryskała na prawo i lewo. A zwierz, na którym siedziałem, pewnie z braku należytej mojej ciekawości, zaczął ożywać jako ostatni. A ja zdążyłem uciec.

- Gdzie się skryłeś, skoro byliście na pustyni? - spytała z powątpiewaniem Bogna.

Ona też miała zastrzeżenia co do prawdziwości słyszanych historii.

- W takim miejscu nic nie rośnie. Nie ma też żadnych budynków. Słyszałam kiedyś o pustyni - dodała.

W głowie Bogny pojawiło się wspomnienie osoby, która opowiadała jej w przeszłości o warunkach panujących w najbardziej niesprzyjającym zakątku świata. Wspomnienie przemknęło przez umysł i pierzchło, bo Czabor rozwiał je silnym głosem.

- Wlazłem do jamki, którą wykopał lis pustynny. Wśliznąłem się do niej.

Sława popatrzyła na Bognę z ciekawością. Od kogo matka mogła słyszeć takie rzeczy? Od kogo wiedziała o istnieniu pustyń i jakie one były? Kto zawitał na moment w myślach Bogny? Czy był to ktoś związany z czasem, kiedy życie Sławy zaczęło dopiero kiełkować? A może o Sławie nie było jeszcze mowy?

- Jak zmieściłeś się do niej? Lisy są dużo mniejsze od człowieka. - Sława myślała, że mężczyzna nie zdoła odpowiedzieć na to pytanie, za to ona zdobędzie pewność, że Czabor kłamie. Podświadomie potrzebowała takiego potwierdzenia. Coraz bardziej nie lubiła zarozumiałego, traktującego je z góry człowieka, zakładającego, że są głupie i naiwne.

- Przecież mówiłem, że owe wracające do życia istoty były olbrzymie. Ja przy nich byłem maleńki. To oczywiste, że mogłem wejść do małego, nawet najmniejszego korytarza pod powierzchnią piasku. Spokojnie przeczekałem w nim, aż słońce znów wypraży zwierzęta do szkieletów i wtedy wyszedłem na powierzchnię. Nie czekałem, aż ponownie ożyją. - Zakończył, odwracając się w barłogu plecami do Sławy i matki. Zaraz też usłyszały jego chrapanie. Bajdurzenie zmęczyło go bardzo i potrzebował drzemki, co ostentacyjne okazał słuchaczkom.

Nie pierwszy raz dziewczynie wydało się nieprawdopodobne, że Czabor zawsze wychodził bez szwanku ze wszystkich opisywanych opresji. Inni uczestnicy owych historii nie mieli tyle szczęścia. Z drugiej strony, gdyby coś złego mu się w czasie tych przygód przytrafiło, nie byłoby go tutaj i nie mógłby prawić farmazonów. A Sława i Bogna, pomimo że obie nie dowierzały Czaborowi, a Sława na dodatek po prostu go nie znosiła, łaknęły urozmaicenia w swoim życiu. Te opowieści zmuszały je do rozważań nad czymś więcej niż codzienne zajęcia i tym, co je zewsząd otaczało. Sława dowiadywała się czegoś o świecie, w którym żyją inni. Może ci, którzy naznaczyli matkę piekielnym przydomkiem? Może ci, którzy spowodowali, że kobieta zaszyła się w dziczy z dzieckiem w brzuchu?

Oto inna opowieść Czabora:

- Miałem matkę, bo któż jej nie miał?

Czabor zawiesił na chwilę głos, jakby czekał, aż Sława pomyśli, że co do ojca można mieć takie wątpliwości. Jeśli o to mu chodziło, nie pomylił się, bowiem Sławie nie pierwszy raz przeszła przez głowę nieznośna refleksja o swoim niewiadomym pochodzeniu.

- No więc, miałem ją. Tę, która nas wszystkich braci tak co rok rodziła - stwierdził mężczyzna, nawiązując do jednej z poprzednich powiastek.

- Już nie masz? - zagadnęła Bogna.

Wieszała przed domem pranie na wierzbowych witkach, zatkniętych na palach wbitych w ziemię. Pomyślała, podobnie jak wcześniej Sława, że wszyscy z otoczenia Czabora znaleźli się w czasie przeszłym. Nie słyszała od niego historii, której bohaterem byłaby wciąż żywa osoba. Oczywiście, oprócz niego. Czy to nie dziwne? Na pewno. Zastanawiające to było i kiedy o tym myślała, napawało ją obawą i nieokreślonym, złym przeczuciem. Nie chciała straszyć córki i nigdy jej o tym nie wspominała. Nie mówiła o lęku i niewiadomej przyszłości. Nie mogła wiedzieć, że Sława też rozmyślała o tym, chociaż złych przeczuć nie miała.

Czabor leniwie wygrzewał się w słońcu, siedząc na progu i kurząc skręta zrobionego z resztek tytoniu znalezionego w kieszeni spodni. Wygrzebał jego ostatnie suche wiórki z materii, zanim oddał Bognie część przyodziewku do prania. Ciekawe, co będzie palił później? Myślał jednak, że Bogna potrafi temu zaradzić i przyniesie mu z lasu jakiegoś zielska, które po wysuszeniu zastąpi tytoń. Przecież wiedziała, co dobrego siedzi w różnych roślinach, grzybach i czym tam jeszcze potrzeba. No i co z tym wszystkim zrobić.

Mężczyzna został w gaciach, z których przez rozchylony rozporek wyzierało okazałe przyrodzenie. Wyciągnął przed siebie kulasy z gojącymi się ranami, by czerniejące strupy przyschły na prażącym słońcu. Niektóre skrzepy odłaziły od skóry, więc pomagał im, odrywając, wydrapując z ciała, aż pozostawały nieregularne blizny z niewielkimi rankami lub zaróżowiony, młody naskórek, który błyszczał w słońcu i wyglądał nienaturalnie wśród pozostałych strupów. Te oderwane trafiały do gęby Czabora, pomiędzy kolejnymi zaciągnięciami się dymem. Czabor je dokładnie rozgryzał, z lubością trzymał w ustach, by poczuć żelazisty smak hemoglobiny, a potem połykał. Dobre były. Wracał do polowania na następne, które bez zbytniej szkody dla skóry można byłoby odłupać.

Sława przycupnęła przy Czaborze, by lepiej słyszeć jego historie. Obierała z ziemi i przywartych liści nazbierane rankiem grzyby. Niekiedy też mimowolnie i potajemnie, by nikt tego nie widział, zerkała na zawartość gaci mężczyzny, bo nie dało się jej nie zauważyć i po prostu była ciekawa. Widziała coś podobnego u samców jeleni, wilków czy dzików, a nawet raz u niedźwiedzia i teraz stwierdziła, że i człowiek płci męskiej widać musi coś takiego posiadać. Nigdy jednak wcześniej o tym nie myślała. Nie miała takiej potrzeby. Nie widziała dotąd żadnego mężczyzny, a teraz miała okazję odkryć tajniki budowy jego ciała. Zajmujące to było dla młodej dziewczyny.

Jej matka też zerkała we wnętrze Czaborowego rozporka, ale nie z ciekawości. Inaczej patrzyła niż Sława. Po raz pierwszy dziewczyna ujrzała w jej oczach uczucie inne niż troska, matczyna miłość, gniew czy nawet zwyczajna nieobecność, gdy kobieta myślała nie o tym, co dotyczyło córki i ich codziennego życia. Teraz było to pożądanie i dogłębna tęsknota. Sława nie rozumiała, za czym.

Czabor zauważył rozmarzony wzrok kobiety i świadomie pozwolił wymsknąć się przyrodzeniu spomiędzy brzegów rozporka. W Bognie wzburzyła się krew. Twarz kobiety zaczerwieniła się i Bogna bezceremonialnie wlepiła oczy, wyrażające zwierzęcą zachłanność, w Czaborowe genitalia.

Czabor dostrzegł to, uśmiechnął się zadowolony i rzekł niby od niechcenia do Sławy, zmieszanej widokiem matki w takim stanie:

- Przynieś z lasu chrustu, bo na tej marnej resztce, która wala się na klepisku w kuchni, nie nagotujesz nam dzisiaj zupy.

Speszona dziewczyna rzuciła grzyby, rzuciła nóż, którym je skrobała, strzepnęła ziemię z sukienki i poszła w las. Kiedy wróciła z naręczem suchych gałązek, matka znów wieszała pranie, ale miała całkiem inne niż wcześniej spojrzenie. Spełnione, radosne i takie bezwstydne. Nuciła przy pracy inną niż zwykle melodię. Nie w koło śpiewaną wieczorami:

Nigdy nie zaglądaj w zwierciadło,

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

1

Na jej matkę mówiono: czarownica, wiedźma, wybranka szatana. Kiedy żyła wśród innych, spluwano na jej widok. Pośpiesznie robiono znak krzyża na piersi. A kto miał pod ręką kropidło, polewał święconą wodą po drodze, którą Bogna przeszła i którą samemu mu przyszło podążać.

Sława długo o tym nie wiedziała. Nie znała przezwisk matki aż do momentu, w którym rozpoczyna się ta opowieść. Niedawno matka przyznała się do swych przydomków, wyjawiła córce, jak ją zwali inni. Lepiej byłoby, gdyby tego nie zrobiła, a przemilczała wszystko, gdyby nie napomykała o swej przeszłości. Oszczędziłoby to Sławie dociekań, złych przemyśleń i rozterek. Po co Bogna to zrobiła?

Dlaczego matka zdecydowała się na wynurzenia i chciała opowiedzieć o sobie córce więcej niż dotychczas mówiła, jakby nie miała już przed sobą czasu? Jakby czegoś się obawiała? Jakby jutro czy pojutrze było na to za późno? Jakby kolejny tydzień, miesiąc czy rok nie miały nadejść? Jakby nic przed sobą nie miała? Nikt tego nie wiedział.

Czas przyspieszył dla Bogny. Zdradziła swoje miano Sławie i wydawało się, że posunie się dalej, ale tak samo jak znienacka zaczęła, tak nagle na tym poprzestała. Zamknęła się w sobie i tematy poruszane z córką dotyczyły jedynie bieżących spraw i niedalekiej przyszłości. Nic z tego, co Bogna miała za sobą. A Sława była ciekawa losów matki. Chciała wiedzieć o niej jak najwięcej. Byłaby to wiedza o niej samej, bo historia Bogny była historią Sławy. Zasiane przez matkę ziarno zrodziło w głowie córki masę domysłów i niepotwierdzonych hipotez. Sława próbowała pytać, szukać odpowiedzi na te pytania. Zapełnić przestrzeń i czas, które można było zaliczyć do przeszłych, a były całkiem puste. Starała się nawiązywać w rozmowach do rozpoczętego przez Bognę wątku, sprowokować matkę do wyznań. Nadaremnie. Matka zamilkła jak grób.

Żyły obie na odludziu, w środku lasu, w domu z niewiadomą przeszłością o niepewnej, rozchwianej wiatrami konstrukcji. Dziewczyna nie wychodziła poza promień dwóch, trzech kilometrów, czyli kniei wciąż otaczającej jej rodzinne gniazdo. Matka też nie wykraczała poza ten obszar. Schroniły się w lesie przed wszystkimi, a w zasadzie, matka się schroniła, zanim Sława ujrzała świat. Teraz matka ni z tego, ni z owego zaczęła tęsknić za przeszłością albo diabli wiedzą, za czym, myśleć o niej z dziwną zaciętością. Zatrzymywać wspomnienia na przebłysku dawno przeszłych spraw. Wałkować w głowie przebrzmiałe dialogi, przywoływać zapomniane duchy. Jak stara kobieta, a miała zaledwie trzydzieści cztery lata. Uparcie nie chciała mówić, chociaż widać było, że męczy się z tym bardzo.

Nie podobało się to córce, bo zmieniło całkiem matkę. Z dnia na dzień przestały się rozumieć. Może to było oznaką zmian, które wisiały nad ich życiem? Wisiały i chciały przytłoczyć to, co było dobre. Zabić to, co czyniło dotychczas przeżyte chwile pięknymi lub przynajmniej znośnymi, obojętnymi, ale na pewno nie takimi, o których chciałoby się zapomnieć. Może to było ostrzeżenie, a może tylko świadectwo, że córka dojrzewa, a matka traci młodość?

Na skraju odwiedzanego przez Sławę obszaru nie było końca drzewom, parowom, rozpadlinom i gęstemu podszytowi. Gdzie zatem żyli inni? Inni, którzy nie wiadomo w jakich okolicznościach poznali jej matkę, którzy z taką strachliwą pewnością, o której kobieta przez chwilę ośmieliła się mówić, określali ją strzygą. Którzy, jak wynikało ze słów matki, pałali do niej nienawiścią. Bo ludzie musieli mieć pojęcie, jaki ktoś naprawdę jest, czy był kiedyś, by nadać mu przezwisko. Szczególnie tak piętnujące. Tak pozbawione śladu przynależności człowieka do normalnych ludzi. Tak izolujące go od grona zwykłych śmiertelników. Dlaczego matka zaczęła tęsknić za czymś takim?

Dla Sławy było to niepojęte, pozbawione racjonalizmu. Nie dąży się do czegoś, co zabija, co wysysa z człowieka radość i siły witalne, co zasklepia myśli w trwaniu tylko i wyłącznie w przeszłości, jakby to, co właśnie się dzieje, straciło jakąkolwiek wartość. Nie mówiąc już o przyszłości.

Sława nie znała ojca. On też jej nie znał, może nawet ominął go fakt dowiedzenia się, że jego dziecko miało przyjść na świat. Dziewczyna nie miała pojęcia, czy to dobrze, czy źle. Nigdy nie zaznała bycia z tym, który ją spłodził. Nawet nie wiedziała, jak się nazywał, kim był i jakim cudem poznał matkę. Kobieta nie bywała w miasteczku czy we wsi. Chociaż, licho wie, co robiła, zanim urodziła się Sława. Musiała skądś pochodzić i mieć jakąś rodzinę. Musiała gdzieś spotkać tych innych. Ludzie nie biorą się z powietrza. Tyle niewiadomych, dotyczących jednej istoty, tyle niepotrzebnych knowań, tyle domysłów.

Odkąd dziewczynka sięgała pamięcią, co wieczór przed zaśnięciem, słyszała piosenkę śpiewaną z przejmującą powagą przez matkę:

Nigdy nie zaglądaj w zwierciadło,

Nie zatrzymuj oczu na odbiciu w wodzie,

Nie patrz, nie zerkaj, nie podziwiaj,

Jeśli chcesz być szczęśliwa.

Po pierwszej strofie kobieta przerywała pieśń i z nieukrywanym lękiem wymuszała na córce przyrzeczenie, że zawsze będzie się trzymać wskazówek, zawartych w tej dziwnej zwrotce. Zawsze, bez względu na wszystko, cokolwiek by się stało, w przeciwnym razie w dniu, w którym Sława złamie przysięgę, jej życie zamieni się w piekło. Stanie się koszmarem.

Sława czuła strach matki, wyłażący z niej jak cień wszystkimi otworami i porami ciała za tymi słowami. Bała się tego, co mogłoby się wydarzyć. Wierzyła w grożącą jej klątwę i dotrzymywała obietnicy, chociaż bywało to trudne. Nie na darmo mówiono o matce czarownica. Nie na darmo zwano ją wybranką diabła. Nie na darmo okrzyknięto wiedźmą. Musiało coś w tym być. Całym swoim jestestwem dziewczyna ufała tej kobiecie, bo ona ją urodziła, wydała na świat i strzegła przed złem. Ona ją kochała. Dla Sławy była matką, nie strzygą. Była jedyną istotą, którą znała, choć nie do końca. Na dodatek, co było istotne pod względem ochrony przed złem, Bogna miała tajemną wiedzę i władzę w tej głuszy. Sama o tym mówiła i Sława dawała wiarę słowom czarownicy.

W związku z lękiem podsycanym przez matkę, w chacie nie było lustra. Nie było gładkich powierzchni odbijających obraz. Nawet otwory okienne kobiety przysłaniały rozpostartymi, wysuszonymi i pozszywanymi rybimi pęcherzami, pochodzącymi ze zwierząt poławianych przez matkę i Sławę w pobliskim jeziorze. W czasie tych połowów Sława nigdy nie patrzyła w taflę wody. Nigdy nie odważyła się na to. Srebrna toń zionęła zapowiedzią nieszczęścia. Przed tym przestrzegała ją matczyna pieśń.

Sława nie wiedziała, jak wygląda jej twarz. Nie potrzebowała tego wiedzieć, chociaż dręczyło ją czasem wiele pytań. Czy jest podobna do matki, czy może do nieznanego ojca? Czy jest równie piękna, co oblicze jej szalonej rodzicielki? Bo Bogna - jej matka - była niezwykłej urody, chociaż czas poznaczył ją kilkoma zmarszczkami wokół oczu i pasmem siwych włosów. Ale większość włosów matki była cudownie kasztanowa. Bujne loki otaczały twarz o delikatnych rysach i dużych, piwnych oczach o czułym, łagodnym spojrzeniu. W tym wzroku nie było nic z obłędu i piekielnych darów, przypisywanych kobiecie, nie było iskier ciskanych wokół, nie było szatańskich przebłysków. Nie było zła. Matka miała przyjemny, dość niski i lekko chropowaty głos. Jej codzienna pieśń długo przed zaśnięciem zostawała w pamięci, a i w majakach sennych dawała o sobie znać.

Nigdy nie zaglądaj w zwierciadło,

Nie zatrzymuj oczu na odbiciu w wodzie,

Nie patrz, nie zerkaj, nie podziwiaj,

Jeśli chcesz być szczęśliwa.

Sława widziała, że jej włosy są takie jak matki, bo były długie i je chcąc nie chcąc, oglądała. Nie mogła ich nie widzieć. Dotykała owalu twarzy, wodziła palcami po grzbiecie nosa, po zamkniętych powiekach. Badała oblicze jak ślepiec. Nie wyczuwała nic szczególnego. Skóra była gładka, jedwabista. Wszystko: oczy, uszy, nos, broda - na swoim miejscu. Dziewczyna znała też swoje ciało. Było podobne do matczynego, bo jak i ona, była kobietą. Ten widok musiał wystarczyć za wszystko. Nic więcej nie mogła o sobie wiedzieć. Ani pochodzenia, ani pełnego wyglądu. Jeśli chcesz być szczęśliwa. A chciała. Bardzo tego chciała.

W czasie łowienia ryb czy kąpieli, Sława miała zamknięte oczy, by nie dojrzeć odbicia w wodnej tafli. Wyrzucała dżdżownicę na haczyku z rybich ości, przytwierdzonym do drzewnego włókna osadzonego na giętkim kiju, a potem wyczuwała po drganiach prowizorycznej wędki, że coś się złapało i po wyciągnięciu trofeum z wody, patrzyła na nie. A kiedy Sława pływała, nastawiała twarz na wiatr i w zależności od pory dnia czy roku, po jego kierunku miarkowała, w którą stronę skierować się, by bezpiecznie dotrzeć do brzegu. A w bezwietrzne dni nasłuchiwała śpiewu ptaków, trzaskania gałęzi, pomrukiwań zwierząt i płynęła w kierunku lądowych odgłosów.

Po wyjściu z jeziora patrzyła na ociekające wodą kosmyki, na pokryte gęsią skórką ciało, na opuszki palców pomarszczone od długiego przebywania w wodzie.

Matka wiedziała, że dziewczyna dotrzymuje słowa i poza tymi oczywistymi spostrzeżeniami, nie zna swego wyglądu. Po czym Bogna to poznawała? Sława nie umiała powiedzieć, nie umiała określić, ale kobieta po jednym czujnym spojrzeniu na córkę, miała pewność co do tego.

Dziewczyna nauczyła się od matki wszystkiego. W praktycznych umiejętnościach Sława była pojętną uczennicą, a matka niezrównaną nauczycielką. Żadne zioła i grzyby nie miały przed Sławą tajemnic. Znała ich właściwości i zastosowanie. Zakładała wnyki i sidła tak umiejętnie, że nie było tygodnia, by coś się w nich nie znalazło. Zbierała i suszyła, co tylko nadawało się do jedzenia, a to wszystko na zimę, by mogły przetrwać czas zawiany śniegiem, zmrożony chłodnym tchnieniem powietrza, powleczony wczesnym mrokiem i ledwo liźnięty blaskiem późnego świtania. Był to czas wzmożonej zachłanności drapieżników, ale i z tym kobiety radziły sobie doskonale. Wieczory, kiedy za oknem grasowały zwierzęta, poświęcały na naukę czytania, chociaż akurat w tej dziedzinie, Sława nie przykładała się dobrze do pracy. Może dlatego, że nie bardzo wiedziała, do czego może się jej przydać taka umiejętność. W kniei nie potrzebowała tego.

Sława była szczęśliwa. Nawet, gdy Bogna się zmieniła. Pozostawało tak, póki obcy mężczyzna nie przyplątał się nie wiadomo skąd. Może właśnie takiego obrotu sprawy obawiała się Bogna? Może jasnowidzącymi oczami czarownicy dostrzegała rychły koniec szczęśliwych dni? Może przeczucie podpowiadało jej, że fakt pojawienia się obcego spowoduje osłabienie więzi pomiędzy matką i córką? Czy dlatego próbowała ratować tę bliskość, mówiąc więcej o sobie? Ale dlaczego zamilkła? Dlaczego nie dokończyła rozpoczętego? To spowodowało, że zażyłość zaczęła się rozłazić, zamiast pogłębić lub przynajmniej trwać w nienaruszonym stanie. Sława tego nie wiedziała i nie rozumiała.

Mężczyzna był wycieńczony, brudny i poraniony, jakby dopiero co wydostał się z zębów mięsożercy lub z zaśniedziałych szczęk nienażartej pułapki na dzikie zwierzęta. Był żałosny, wzbudzający litość, wygnany nie wiadomo czym i nie wiadomo skąd. Matce wydawał się niegroźny, skoro potrzebował opieki, leczenia i strawy. Nie mógł zjadliwie ukąsić ręki, która go przygarnęła i kurowała. Skutecznie uśpił ostrożność, właściwą osobom mieszkającym na odludziu. Gdzie podziała się czujność niewiasty? Gdzie jej zdolność przewidywania przyszłości? Gdzie umiejętność mamienia losu? Wszystkie padły pod ciosem niebezpiecznego uczucia, które zawładnęło sercem Bogny.