2
Specjalista od rynku futures w kawiarni wyjął dużą brązową kopertę, włożył do niej dwa kolejne rulony banknotów, schował ją do teczki, uścisnął ręce staruszkowi i jego żonie i ruszył do drzwi. Reacher dopił kawę i poszedł za nim. Specjalista przeszedł na drugą stronę ulicy, minął kolejny zrewitalizowany portowy skład - w tym mieściło się teraz kilka sklepów odzieżowych - i dał nura w boczną alejkę.
Reacher zatrzymał się i nasłuchiwał. Usłyszał zatrzaskujące się drzwi i odgłos uruchamianego silnika. Skręcił w alejkę i zobaczył srebrną Toyotę Camry. Chyba nienajnowszy model, ale nie był tego pewien. Nie znał się zbyt dobrze na samochodach.
- - -
Nathan Gilmour zatrzasnął klapkę telefonu, wsunął go do kieszeni i przez chwilę zastanawiał się nad logistyką. Dotarcie do miejsca spotkania mogło mu zająć około piętnastu minut. Kiedy tam dojdzie, będzie potrzebował czasu, żeby znaleźć dobry punkt obserwacyjny i zastanowić się, jak i gdzie przekazać wiadomość. To nie będzie łatwe, ale powinien dać sobie radę. Wyjął z biurka blok do pisania i sięgnął po długopis.
- - -
Reacher ruszył w stronę stojącej w alejce Toyoty. Facet potrajający zyski siedział za jej kierownicą. Elegancko ubrana para, która zrobiła interes życia na rynku futures - z tyłu. Mężczyzna nadal miał bródkę, ale włosy kobiety nie były już czarne i zaplecione w warkocz. Były jasne i krótko przystrzyżone. Samochód zaczął się toczyć, ale Reacher zablokował mu drogę. Kierowca wcisnął hamulec i zatrąbił.
Reacher podszedł jeszcze bliżej. Toyota potoczyła się jeszcze kawałek. Stopa kierowcy zawisła nad pedałem gazu. Zastanawiał się, czy go nie wdepnąć, ale rozjechanie wścibskiego gościa nie było częścią planu. Przyciągnęłoby niepotrzebną uwagę. Chyba że nieznajomy miał zamiar ich zaatakować - wtedy można by to jakoś usprawiedliwić. Choć bez gwarancji sukcesu. Gość był ogromny - wyglądał jak bankomat. Dłonie miał jak dwie szynki. Ręce dłuższe niż nogi u większości ludzi. Kierowca nie był pewien, czy po zderzeniu z kimś takim samochód będzie w dalszym ciągu sprawny. Mogłoby dojść do poważnych uszkodzeń i otwarcia poduszek powietrznych. Postanowił więc rozegrać to bezpiecznie i jeszcze raz wcisnął klakson.
Reacher kombinował w podobny sposób, starając się nie zrobić niczego, co naraziłoby go na niebezpieczeństwo. Dlatego dał kolejny krok do przodu i kopnął piętą prawej stopy w kratkę chłodnicy Toyoty. Nie był pewien, czy mechanizm zadziała - nie znał się zbyt dobrze na samochodach - ale wiedział, że poduszki powietrzne otwierają się w trakcie wypadku i że zderzenie czołowe jest jednym z najczęstszych. Musiał więc być jakiś sensor, który je wykrywa. Nie wiedział, gdzie się dokładnie znajduje, dlatego doszedł do wniosku, że siła jest ważniejsza od precyzji.
Udało się. Wnętrze samochodu natychmiast wypełniły białe balony. Reacher odskoczył w bok. Toyota zwolniła i się zatrzymała. Poduszki powietrzne opadły prawie tak samo szybko, jak się napełniły. Reacher złapał za klamkę, otworzył drzwi od strony kierowcy, pochylił się i wyciągnął kluczyk ze stacyjki. Poczuł zapach kojarzący się z materiałami wybuchowymi, prawdopodobnie wyzwolony przez otwarcie poduszek. Woń była bardzo wyraźna, ale ją zignorował. Złapał kierowcę za koszulę, pokrytą jak reszta jego ubrania srebrzystym drobnym, śliskim pyłem, i wyciągnął go z Toyoty. Mężczyzna wydawał się lekko oszołomiony. Reacher zatrzasnął kopniakiem przednie drzwi i go obrócił. Kazał mu cofnąć się o krok i oprzeć ręce o dach. Facet na chwilę zastygł w bezruchu, a potem wykonał polecenie.
Reacher otworzył tylne drzwi i wyciągnął na zewnątrz mężczyznę z bródką. Ten wydawał się z początku półprzytomny, lecz kiedy Reacher go puścił, nie padł na ziemię. Obrócił się, wyciągnął ze skarpetki nóż i stanął na szeroko rozstawionych nogach.
- Rzuć to - nakazał mu Reacher.
Ten z bródką machnął nożem najpierw w lewo, potem w prawo. Trzymał go w pionie, próbując oślepić przeciwnika odbitym światłem.
- Mam zasadę - rzucił Reacher. - Jeśli ktoś atakuje mnie nożem, łamię mu rękę. Jeśli rzucisz go teraz na ziemię, zrobię wyjątek.
Mężczyzna skoczył do przodu, jakby miał zamiar ciachnąć Reachera po twarzy, ale w ostatniej chwili zatrzymał się i cofnął.
- To było ostrzeżenie - zaznaczył. - Odwróć się i uciekaj, bo wytnę ci serce.
Kierowca wyprostował się i zaczął się odsuwać od samochodu. Reacher wyciągnął lewą rękę, przycisnął dłoń do jego głowy i pchnął ją do przodu tak, jakby wykonywał podanie piłką do koszykówki. Facet uderzył grzbietem nosa w ramę drzwi Toyoty, odbił się od niej i padł na asfalt z oczami w słup i krwią płynącą z obu nozdrzy.
Reacher odwrócił się z powrotem do mężczyzny z bródką.
- Zakładasz, że mam serce - powiedział.
Mężczyzna z bródką znów na niego skoczył. Tym razem celował nożem w tułów. Reacher skrzyżował ręce tuż nad nadgarstkami, dał krok do przodu, złapał przedramię mężczyzny w imadło dłoni i odsunął od siebie nóż oraz związane z nim zagrożenie. Tamten próbował się cofnąć, ale zrobił to zbyt powoli. Reacher przesunął lewą dłoń w dół, złapał go za nadgarstek i wykręcił mu rękę w łokciu. A potem wykręcił ją o wiele mocniej.
Mężczyzna zawył z bólu i wypuścił nóż.
- Przestań! - krzyknął. - Rzuciłem nóż! Rzuciłem go!
- Za późno - stwierdził Reacher.
Nadal wykręcając rękę mężczyzny, uderzył go prawą pięścią tuż pod łokciem. Obie kości, łokciowa i promieniowa, pękły i mężczyzna zemdlał z bólu, zanim zdążył krzyknąć. Reacher rzucił jego nieprzytomne ciało na kierowcę i przykucnął, by zajrzeć do środka samochodu. Kobieta wciąż w nim była, ale nie siedziała. Stojąc na podłodze przy tylnym siedzeniu, nachylała się nad przednim fotelem pasażera, usiłując złapać za uchwyt teczkę.
- Zostaw to - powiedział Reacher. - Wysiadaj. Z tej strony.
Kobieta zaczepiła palcem za uchwyt, podniosła teczkę, zasłoniła się nią niczym tarczą i opadła na siedzenie.
- Wysiadaj - powtórzył.
Kobieta nie ruszyła się z miejsca.
- Jeśli nie będziesz próbowała żadnych numerów, nic ci nie zrobię. Ale jeżeli będę musiał cię stąd wyciągać, wszystko może się zdarzyć.
Złapała za klamkę drzwi z drugiej strony.
- Jeśli będę musiał cię gonić, gorzko tego pożałujesz.
Nie puściła klamki.
- Myślisz, że jesteś ode mnie szybsza? Może i tak. Ale czy jesteś szybsza od samochodu? - Reacher pokazał jej kluczyk, który wyjął minutę wcześniej ze stacyjki.
Kobieta puściła klamkę i przesunęła się powoli w jego stronę. Teczkę nadal trzymała przed sobą.
- Czego chcesz? - rzuciła.
- Ta starsza para, od której wzięliście pieniądze w kawiarni... Co to za jedni? - zapytał Reacher.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Jacyś durni frajerzy.
- Ile wam dali?
- Dziesięć kafli.
- Kiedy obiecaliście im przekazać zyski?
- Jutro. O tej samej porze. W tym samym miejscu.
- Tyle tylko że was tam nie będzie. I nie będzie zysków. A starsi państwo stracą oszczędności całego życia.
- Co ty powiesz, Sherlocku!
- Daj mi tę teczkę.
- Nie. - Kobieta przycisnęła ją mocno do piersi.
Reacher wskazał jej dwóch leżących nieruchomo na asfalcie mężczyzn.
- Chcesz do nich dołączyć? - zapytał.
Nie odpowiedziała.
- Masz wykupiony rozszerzony pakiet usług medycznych? Słyszałem, że długi pobyt w szpitalu dużo kosztuje.
- Dobrze. - Rzuciła teczkę na ziemię. - Ale jeśli kogoś czeka długi pobyt w szpitalu, to ciebie. Nie możesz tak po prostu oskubać faceta, dla którego pracujemy. Będą konsekwencje.
- Facet, dla którego pracujecie? Co to za jeden?
- Nie podam ci nazwiska - odparła po chwili kobieta.
- Nieważne. Bo ja go nie okradam. Te pieniądze nie należą do niego. Należą do tych starszych państwa. Mam zamiar im je zwrócić.
- Nie mówisz serio.
- Jak najbardziej.
- Po co miałbyś je zwracać, skoro możesz je zatrzymać?
- Jeśli trzeba ci to wyjaśniać, i tak nie zrozumiesz. A teraz stąd odejdź. Powiedz swojemu szefowi, co się wydarzyło. I zadbaj o to, żebym was już nigdy więcej nie zobaczył.
- - -
W tym samym momencie, kiedy Reacher opuszczał alejkę, Harvey Jones wysiadał akurat z taksówki. Poruszał się powoli, nie tylko z powodu swoich rozmiarów. Jones miał dwa metry wzrostu i ważył sto trzydzieści pięć kilogramów. Był przygnębiony z powodu rozmowy telefonicznej, którą odbył pół godziny wcześniej. Zaoferowano mu w jej trakcie chałturę, którą miał właśnie wykonać. Jones był aktorem. W każdym razie chciał być aktorem. Ale czy to ze względu na swój wzrost i tuszę - z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu aktorzy byli na ogół drobni - czy z braku dobrych scenariuszy, dotąd nie dostał porządnej roli. Jedyną, na jaką mógł liczyć, było odgrywanie zakapiora i wzbudzanie bojaźni bożej w różnych mętach na zlecenie lokalnego "biznesmena". Faceta, na którego dał mu namiar inny bezrobotny aktor po tym, jak agent nie chciał już dłużej reprezentować Jonesa. Ten pocieszał się, że robi coś dobrego. Z moralnego punktu widzenia grożenie pobiciem jest lepsze od samego pobicia. Uwiarygodnienie groźby wymagało talentu aktorskiego. I dostawał za to niezłe pieniądze. Musiał przecież z czegoś żyć.
- - -
Kiedy Reacher wszedł ponownie do kawiarni, para seniorów zajmowała ten sam stolik. Nie byli już tacy poszarzali. Siedzieli wyprostowani, chichocząc i trzymając się za ręce. Przed nimi stały dwie rozszerzające się ku górze, wysokie szklanki, w których warstwy spienionego mleka były poprzecinane warstwami espresso.
Reacher podszedł do nich, usiadł na jednym z wolnych krzeseł i oparł teczkę na kolanach. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Ten stolik jest zajęty - przerwał w końcu milczenie starszy pan. - Niech pan sobie znajdzie inny.
- Przyszedłem przekazać wiadomość - oznajmił Reacher. - Nie zabawię tu długo.
- Jaką wiadomość? Kim pan jest?
Starsza pani trąciła łokciem męża i pokazała mu teczkę. Zamiast radości na jej twarzy widać było teraz wyłącznie dezorientację.
- Udało wam się uniknąć poważnych kłopotów - powiedział Reacher, po czym wyłamał oba zamki teczki, wyjął z niej brązową kopertę i położył na stoliku.
- Czy to...? - Na czole starszego pana pojawiły się głębokie zmarszczki.
- To są wasze pieniądze. Weźcie je.
- Nie rozumiem. Dlaczego tak szybko? - Starszy pan złapał kopertę, zajrzał do środka i zaczęły mu drżeć ręce. - Chwileczkę. A gdzie jest nasz zysk? Obiecano nam.
- Oszukano was. Nie ma żadnego zysku.
- Ależ jest. Zysk będzie. Tamci ludzie... oni potroili swoje pieniądze. Musimy... Co pan narobił? Jak pan śmiał?! Kim pan jest? Wszystko pan zepsuł!
Reacher sięgnął do teczki, wyciągnął z niej pierwszy lepszy rulon banknotów i położył go na stoliku.
- Co to jest? - zapytał, marszcząc czoło, starszy pan.
- To zyski tej drugiej pary. Jest jeszcze czternaście takich samych rulonów. Proszę bardzo. Przeliczcie je.
Starszy pan przyglądał się przez dłuższą chwilę rulonowi, jakby oczekiwał, że urosną mu nogi i na nich odmaszeruje, a potem wziął go ostrożnie do ręki. Opasywały go trzy gumki, jedna pośrodku i dwie po bokach. Starszy pan zsunął paznokciem jedną i "banknoty" się rozsypały. Na samej górze i na samym dole były dwudziestodolarówki. Między nimi wyłącznie pocięty papier gazetowy.
- - -
Harvey Jones uspokoił oddech, wyciągnął telefon i zaczął pokonywać przecznicę, która dzieliła go od umówionego miejsca. Wolał, żeby nikt nie widział, jak wysiada z taksówki - czarna limuzyna z szoferem wyglądałaby o wiele lepiej - a poza tym to była ostatnia okazja, żeby zapoznać się z instrukcjami, jakich udzielił mu zleceniodawca. Miał odnaleźć faceta o nazwisku Gilmour, który poprosił o pilne spotkanie - nie wiadomo dlaczego. Były dwie możliwości. Albo Gilmour się wystraszył i chciał wycofać się z tego, co zobowiązał się zrobić. Albo oszalał i chciał renegocjować warunki umowy. W każdym wypadku odpowiedź była taka sama. Nie ma, kurwa, takiej możliwości. Gilmourowi nie wolno było zejść z kursu. Jeśli z niego zejdzie, przydarzą mu się złe rzeczy. Jakie konkretnie, pozostawiono inwencji Jonesa. Będzie musiał improwizować. Wykazać się talentem, niestety wyłącznie przed jednoosobową publicznością.
Schował telefon do kieszeni i pozwolił sobie na chwilę marzeń. Wyobraził sobie, że nie zmierza do jakiejś japiszońskiej kawiarni w porcie Baltimore, lecz do Lyric Theatre na Manhattanie, gdzie zastępując samego Iana McKellena, uratuje przedstawienie i zaskoczy publiczność najbardziej inspirującym występem tej dekady... Choć chwilę... Coś złego działo się z jego lewą ręką. Od barku aż po nadgarstek przeszywał ją silny ból. W palcach czuł nieprzyjemne mrowienie. Nagle odniósł wrażenie, że na klatkę piersiową założono mu stalowy pas i ktoś go nieubłaganie zaciska. Ugięły się pod nim nogi i padł twarzą na chodnik. Udało mu się obrócić na plecy, lecz zaraz tego pożałował, bo na pierś spadł mu stukilowy sejf. A potem dziesięciotonowa ciężarówka. I to była ostatnia rzecz, którą poczuł.