Prolog
Jack
Nie uwierzyłem w piękno, dopóki nie zobaczyłem go na własne oczy
- Dwa garaże? Chad, ty pierdolony szczęściarzu. - Z piwem w ręku spojrzałem na Chada Loskiego.
Zaraz po tym, jak zaparkowałem motor na podjeździe w Joann Trail w Saline, mój przyjaciel powitał mnie najlepszym piwem w hrabstwie. Tak jak obiecał cztery lata temu, gdy zostawiał swoją ekipę w Detroit. Moi chłopcy z Bad Demons MC parkowali tuż obok mnie, przed jednym z garaży nowego domu Chada, zachwyceni okolicą, gdzie można było spokojnie wychować dzieciaki, bez martwienia się o gówno, które mogłoby wybuchnąć znienacka.
Chad poklepał mnie przyjacielsko po plecach, kiedy tylko zsiadłem z motocykla. Już zapomniałem, jak dobrze jest mieć go blisko siebie.
Trzy lata temu, gdy sprawy w Detroit stały się nieciekawe, wysłałem go z rodziną do Saline, naszego mniejszego oddziału. To ja rozkazałem członkom klubu spierdalać z miasta razem z rodzinami i znalazłem miejsca, gdzie mogli osiąść bez strachu, że kartele i grupy przestępcze będą im ciągle deptać po piętach.
Winnie dopiero urodziła, a mała Essie i pięcioletni Green mogli stać się ofiarami wojny z kartelem, która właśnie wybuchła. Nie mogłem pozwolić na kolejny rozlew krwi; nie po tym, jak podpalono dom Fricka z jego starą i dwójką dzieciaków w środku. Frick, mój brat i przyjaciel, oszalał, szukając zemsty, a to pociągało za sobą tylko więcej ofiar.
Uspokojenie tego zajęło nam zbyt dużo czasu i to my spakowaliśmy manatki.
Okolica nie była taka, jak sobie wyobrażałem, i kiedy wjechaliśmy na podjazd piętrowego domu z szarego kamienia, od razu zaskoczyły mnie jego rozmiar, idealny krajobraz wokół i południowy klimat. Dom był spory, ze spadzistym dachem, kolumnami i gankiem ciągnącym się wzdłuż całego budynku, a na jego końcu stała huśtawka. Białe okiennice, zielona trawa i samotne drzewo otoczone aranżacją z kamieni stanowiły fajne dopełnienie. Przed domem stał składany stół z krzesłami, a na nim przygotowane piwo i przekąski.
Nie spodziewałam się, że Chad i Winnie zamieszkają w takim sąsiedztwie, zważywszy na fakt, że Chad był wychowany w klubie, gdzie dzielił pokój z innymi, więc oczekiwałem raczej bardziej skromnego i trochę mniejszego domu.
- Mieliście problemy po drodze?
- Problemy z czym? - zapytałem go, wiedząc, że nawiązał do naszej przeprowadzki do Saline.
- Silas nie jest zadowolony z wizyty?
Silas Locke był prezydentem Bad Demons w Saline i nasze pojawienie się nie było mu na rękę. Jeśli sądził, że może nami rządzić, to się mylił.
- Powiedzmy. Nie spodziewał się, że główny oddział Bad Demons MC zwali mu się na głowę.
Chad zaśmiał się, gdy chłopaki go okrążały, chcąc się przywitać.
- Stary, to jest wypas i jakie ogromne... - stwierdził Nero, ściągając swoje ray-bany z nosa. Wsunął je do kamizelki klubowej i popatrzył na dom. - Nie przesadzałeś, mówiąc, że warto go kupić.
- Przygotowałeś nam materace? - dopytał się Tino.
- Uwiłeś tu sobie niezłe gniazdko! - Hubby zagwizdał z zachwytu.
- Tak, gniazdko dla całego Bad Demons, chłopaki. - Chad wyglądał na dumnego ze swojego miejsca. - Gdy dom pojawił się na rynku, nawet się nie zastanawiałem. Trzy miesiące i Winnie uważa, że jestem cudotwórcą.
- No, ważne, że Winnie jest zadowolona. - Potarłem brodę, oceniając dom, który kupił Chad. - To jest klasa. Ile masz tu pokoi?
- Cztery.
- To jeszcze jedno dziecko wam się przyda - zażartował Tino.
- Mamy ogromne podwórko z tyłu domu.
- Poważnie? - zapytałem.
- Green ma już tam boisko i zacząłem instalować king grill.
- Grill to podstawa - ucieszył się Charlie. - Ja już zgłodniałem, a widzę przystawki.
Patrzyłem, jak chłopaki okrążają stół, który był naszykowany na przyjęcie i nasze powitanie. Winnie naprawdę się postarała, sądząc po ogromie jedzenia i pieczywa.
- To całkiem fajne miejsce, co? - zauważył Skull, odpalając papierosa. - Cholera, Chad, zawsze chciałeś tuzina dzieci i miejsca, do którego można wrócić na niedzielny obiad. Dorastałem w tym wielkim gównie, ale teraz chcę być na twoim miejscu.
- Szukaj w okolicy, tu ciągle coś jest na sprzedaż. Tylko pamiętaj, żadnego przeklinania i golizny, w większości mieszkają tu rodziny z dzieciakami - zastrzegł.
- Załapałem - potwierdził, gdy gapił się na dom. - Grzeczna okolica nie zna ryku harleyów. Rozdziewiczyliśmy ją, prez.
- Bądź cicho - warknąłem.
Winnie Loski, żona Chada, pojawiła się w drzwiach z trzyletnią Essie na biodrze i miską sałatki w ręce. Winnie od zawsze była związana z klubem. Jej ojciec, Frank, był jego pełnoprawnym członkiem, zanim zabrał go rak. Była drobna, ubrana w kwiecistą sukienkę, a jej długie, ciemne włosy z czerwonymi pasemkami po prostu zachwycały.
Stół wskazywał, jak wiele czasu i wysiłku włożyła w przygotowanie dań, które mieliśmy zjeść.
- Winnieee. - Tino zagwizdał. - Tęskniłem!
- Chłopaki, siadajcie do stołu, póki gorące. - Winnie uśmiechnęła się i wskazała na stół, gdy Tino starał się ją objąć, a Essie zaczęła piszczeć. - Puść, wariacie! Ona jeszcze cię nie widziała.
Wręczyła miskę Hubby'emu, nim mnie objęła, a ja poczułem zapach truskawkowego szamponu Essie.
- Dobrze cię widzieć, Jack.
- Was również, Winnie. Słyszałem, że Chad się spisał.
Uśmiechnęła się, przekazując córkę mężowi.
- Jak widać, potrafi mnie zadowolić nie tylko w łóżku. Chłopaki! - krzyknęła do wszystkich, klaszcząc. - A gdzie dla mnie uściski? Trochę mnie zawiedliście, a zrobiłam wam chili i upiekłam brownie.
Charlie poderwał ją pierwszy, obejmując jak wariat, gdy Winnie się śmiała.
Zerknąłem na głowę Essie wtuloną w ojca.
- Urosła.
- Tak, Green też - dodał z dumą Chad.
- A gdzie on jest? - zapytałem, gdy wskazał mi schody domu. - Obiecywał nas witać jako pierwszy.
- Nie mógł się doczekać i ciągle przesiadywał przed domem. Pozwoliliśmy mu pójść do kolegi, ale pewnie już słyszał motocykle i tu biegnie. Chodź, Jack, oprowadzę cię.
Zostawiłem wszystkich chłopaków, czyli Charliego, Skulla, Tina, Hubby'ego, Kessa i Neera, z Winnie, która akurat częstowała ich jedzeniem.
Wspinałem się po schodach, gdy Tino już pędził do kuchni, pomagając Winnie z chili, które mu obiecała. Podziwiałem ten masywny dom. Niebem dla dziecka było dorastanie w takim miejscu, zwłaszcza z tak ogromnym podjazdem.
Nagle uderzyła we mnie szara rzeczywistość. Miałem w Detroit rodziców i brata. Duncan nie chciał wyjeżdżać, został tam, nosząc nasze kolory, gdy wojna trwała w najlepsze. Podejrzewałem, że nie czuje się dobrze ze swoim wyborem, ale już długo był zaangażowany w związek z dziewczyną, więc postanowił zostać. Teraz się o niego martwiłem.
Stojąc w domu Chada, odpędziłem myśli od rodziny i zająłem się oglądaniem tego, co tu stworzył. Salon urządzony był tak jak większość w Michigan - niezbyt bogato zdobiony, ale całkiem temu bliski. Dało się dostrzec rękę Winnie. Karmelowa kanapa, rzeźbione, drewniane krzesła, niskie stoliki kawowe i zdjęcia porozstawiane w całym pomieszczeniu. Nie miałem wątpliwości, że dom mógłby być zamieszkany przez tuzin ludzi, ale z tego, co mówił mi Chad, poprzedni właściciele tu zmarli, a wnuki nie mieszkały w okolicy.
Stół dla ośmiu osób stał przy drzwiach tarasowych, prowadzących na tylny ganek, a nad nim wisiał duży żyrandol.
- Pięknie pachnie, Winnie. Dlaczego wybrałaś Chada, skoro to ja mogłem spłodzić ci tak piękne dzieci?
Chad pokręcił głową, nie reagując na zaczepną uwagę Tina.
- Uważaj, koleś, mogą cię jeszcze wypieprzyć z domu - zasugerowałem, podziwiając sporą przestrzeń.
Nad kominkiem wisiał ogromny telewizor, który przyciągał wzrok.
Upiłem łyk piwa i zerknąłem na Chada trzymającego Essie w wielkich ramionach.
- Nawet telewizor nowy - mruknąłem.
- Żona kupiła go za pierwszą wypłatę - pochwalił się Chad. - To prezent dla staruszka.
- Winnie, wiesz, że chłopaki nie dadzą wam spokoju i będą tu przesiadywać godzinami.
- Dlatego Chad zagospodaruje podpiwniczenie! - krzyknęła z kuchni.
- Tak, musisz zobaczyć podpiwniczenie, Jack - oświadczył Chad.
Postawił Essie na podłodze i mała natychmiast umknęła korytarzem.
Drzwi wewnątrz domu trzasnęły, a Chad tylko wyjrzał ostrożnie.
- Ma swój pokój i odkąd go umeblowaliśmy, nie lubi z niego wychodzić.
- Dzieciak jest szczęśliwy, to ważne.
Chad poprowadził mnie schodami w dół do piwnicy.
- To dobra okolica, Jack. Spokojna. Naprzeciwko mamy emerytowanego gliniarza i ani razu nie narzekał na harleya czy hałasy. Już trzy razy pożyczałem od niego kosiarkę. Green przesiaduje u nich godzinami.
Weszliśmy do ogromnego, pustego podpiwniczenia. Nie było tu nic oprócz wylanej posadzki, otynkowanych ścian, wstawionych okien i drewnianych pustaków.
- Nieźle się napracowałeś - zauważyłem.
- Winnie powiedziała, że to moje miejsce. Chciałem urządzić tutaj wielki salon z telewizorem, stołem bilardowym i automatami do gier. Wiesz... coś jak w starym klubie.
- I przeniesiemy tu cały klub.
Chad pokiwał głową, obejmując mnie ramieniem.
- To tak samo wasz dom, Jack. Wiesz to.
- Dobra, ale chłopakom tego nie mów, bo się ich nie pozbędziesz. - Upiłem łyk piwa, powoli obchodząc piwnicę.
- Jack, kupiłem go z myślą o tym, że będziecie mogli tu mieszkać, kiedy zechcecie.
- Wyobrażasz sobie Tina i jego laski urządzających tu orgie? Neer zechce zrobić siłownię, a Kess będzie palił jak smok i kiedyś puści wszystko z dymem. Tam, gdzie jesteśmy, jest dobrze.
- Ja też jestem Demonem.
- Wiem, i to się nie zmieniło - zapewniłem, spoglądając na niego. - Teraz potrzebujemy zagwarantować tu sobie dobrą pozycję. Winnie jest spokojniejsza?
- Tak. - Skinął głową. - Gdy zobaczyła dom, rozpłakała się, bo wiedziała, że nas nie stać, a zakochała się od pierwszej chwili. Dziękuję, Jack.
Uśmiechnąłem się znad butelki piwa, spoglądając na mojego przyjaciela.
- Za co? Należysz do klubu. To ci się należało.
- Wiesz, że żaden bank nie udzieliłby nam pożyczki.
- Ale Bad Demons tak. No, powiem ci, że chłopaki zaczynają rozglądać się za czymś własnym.
- W okolicy jest kilka domów. Popytam - zapewnił mnie. - Miło będzie mieć was znowu blisko.
Wchodząc po schodach, czuliśmy aromatyczny zapach i słyszeliśmy gwar przed domem. Szczupły sześciolatek z bujnymi, rudymi włoskami i piegami na nosie, ubrany w futbolową koszulkę, rzucił się w moją stronę zdyszany. Złapałem go w ostatniej chwili, uważając, aby nie uderzyć butelką.
- Wujek Jack!
- Cześć, kolego. - Przytuliłem go, mierzwiąc mu kosmyki. - Ale wyrosłeś. Pamiętam, jak ledwo chodziłeś.
- Nieprawda. - Uśmiechnął się, pokazując dwa wielkie trzonowce.
- No proszę, zęby masz po tatusiu.
Green zaśmiał się, trzymając mojego boku.
- Opowiadałem kolegom, że moi wujowie jeżdżą na harleyach, takich prawdziwych. Oni nawet chcą, aby tata ich przewiózł swoim po okolicy.
- Widzę, że jesteś tu już gwiazdorem.
Chad puścił mi oko.
- I mam własny pokój, chcesz zobaczyć? - chwalił się Green.
- Daj wujkowi trochę czasu, nie wszystko na raz - poprosił Chad.
- Spoko, zobaczę. Prowadź.
Dzieciak ciągnął mnie za rękę, gdy upiłem łyk piwa, i otworzył mi drzwi do swojego pokoju. Ujrzałem chłopięce królestwo: pościel w auta, firanki w postacie z komiksów, na półkach zabawki, figurki Avengersów. Miał tu swój telewizor i PlayStation. Green z zapałem rzucił się na niebieski fotel, który uformował się pod jego ciałem.
- Wypas, co, wujek?
- Wypas, chłopie. Chyba będą cię odwiedzać wszyscy wujkowie - zapewniłem, rozbawiony jego entuzjazmem.
- Wujek Neer wysłał mi gry i wszystkie działają. A fotel... - dotknął mebla - dostałem od Ginny, gdy się wprowadziliśmy. Ekstra, co?
- Jasne.
- Mam też szafę, do której mogę wchodzić. - Zerwał się, aby otworzyć drzwi do garderoby. - Mogę bawić się w chowanego.
- To garderoba - objaśniłem, gdy dzieciak trzaskał szafkami.
- Wow, słyszałem, że tu masz wypas. - Neer przepchnął się obok mnie w drzwiach. - Dawaj, gramy! Wiesz, jak długo ja o tym marzyłem?
Green przybił mu piątkę, gdy obaj zaczęli nachylać się do PlayStation.
Wycofałem się na korytarz, słysząc ich okrzyki radości.
Zanim wróciłem do kuchni, skąd dobiegały śmiechy, ujrzałem loki Essie i stanąłem w progu jej królestwa. Tonęło w różu idealnym dla małej księżniczki.
Gdy wyjeżdżali z Detroit, była jeszcze niemowlakiem zawiniętym w różowy kocyk, ukrytym w ramionach matki. Winnie płakała, że jeśli Chad zginie, ona również umrze, a ja będę miał na sumieniu jej dzieci. Nie mogłem im tego zrobić. Nie chciałem ich na to skazywać.
Essie bawiła się przy domku dla lalek, rozmawiając z nimi dziecięcym głosikiem.
Ten pokój pełen był zabawek. Winnie naprawdę się postarała, aby jej dziecko miało wszystko, czego zapragnie.
- Jack?
Odwróciłem się, widząc Chada na końcu korytarza.
- Czyń honory, prez, i zaproś chłopaków do stołu. Winnie nagotowała jak dla wojska.
- Stary, to twój dom - powiedziałem, idąc do niego. - Sam ich zaproś. Chociaż... Neera masz z głowy, bo Green kopie mu dupę w PlayStation.
- Tak. Nie mógł się już doczekać jego przyjazdu.
Od czasów, kiedy Winnie zostawiła syna pod opieką motocyklisty i szła do pracy, Green i Neer byli niemal jak kumple. Czasem śmialiśmy się, że Neer to wielka wytatuowana niańka, która jest jak wielki niedźwiedź broniący swoich młodych.
- Jak Frick? - zapytał cicho Chad.
Zatrzymałem się w salonie i spojrzałem na niego. Pokręciłem głową.
- Kurwa - warknął. - Nie znalazłeś go?
- Tylko trupy.
- Neer?
- Nie, też nie dał rady. Nikt nie może go zlokalizować. Ale zostawiłem mu informacje gdzie na niego czekamy.
- Potrzebuję czasu.
Obawiałem się, że Frick, Lucas Preston, zapijał się gdzieś w Teksasie. I obym nie musiał pewnego dnia identyfikować jego zwłok.
Wyszliśmy przed dom, gdzie Winnie ustawiła stoły piknikowe i obsługiwała pięciu wielkich facetów, którzy śmiali się, że sąsiedzi mają świetny widok na ich ucztę.
- Nie martw się, tutaj nikomu to nie przeszkadza. - Winnie pacnęła Skulla po głowie. - Mamy miłe sąsiedztwo.
Widocznie chcieli nas przyjąć z honorami. Usiadłem na plastikowym krześle, odstawiając butelkę piwa, i wyjąłem papierosa. Spojrzałem na domy w pobliżu i wysokie drzewa przy ulicy. Uśmiechaliśmy się do siebie, widząc, jak dobrze im się tu żyje. Teraz my zdecydowaliśmy się tu zamieszkać.
- Prez, słyszałeś, monitoring. Uśmiechaj się szeroko. - Tino wyszczerzył się do lamp ulicznych.
- To dla bezpieczeństwa - wyjaśnił Chad, podając mi słodkie ziemniaki. - Nie boję się, gdy Green idzie do kolegi na początku ulicy, bo wiem, że jest pilnowany.
- Zero prywatności, gdybyś chciał zerżnąć żonę na trawniku. - Hubby już zabierał się do kurczaka. - Winnie, śniłem o twoim żarciu.
- Widzę, ale podziel się z innymi. - Uśmiechnęła się, gładząc Chada po ramieniu. - Jedz spokojnie, bo się zadławisz.
- Tak jest, proszę pani.
- I przestań z tym. Nie jesteś już rekrutem.
Wdychałem zapach powietrza i tytoniu. Charlie palił obok mnie w zamyśleniu, zapatrzony w okna domu. Mój wice był zmęczony, czułem to. Kolejna kłótnia z Silasem i miejscowymi mocno się na nas odbijała, stawaliśmy się nerwowi. Bójki, spięcia i stan, gdy walczyliśmy o władzę, dały nam w kość. Nie sądziłem, że będzie łatwo, a Silas nie chciał drugiego szefa na swoim terenie. Dlatego jak najszybciej chciałem wyprowadzić się z jego domu klubowego. Pragnąłem mieć własne miejsce.
- Jack, jedz. Zrobiłam ci indyka. Wiem, że go uwielbiasz.
Kiedy wdychałem aromat posiłku, wypełniły mnie wszystkie emocje związane ze świętami z dzieciństwa. Rzadko mieliśmy tłumy, zazwyczaj jadaliśmy sami, święta jednak zawsze były specjalną okazją. Od czasu do czasu ojciec zapraszał całą rodzinę i było gwarno. Chociaż świąteczny obiad na stole był skromny, miłość, którą roztaczali Jade i Robb, była czymś, czego każdy z tych dzieciaków potrzebował.
Wstąpiłem do klubu dzięki pasji do motocykli, w szkole kręciłem się przy motocyklistach, zanim pozwolili mi zostać ich rekrutem. Byłem nim z Charliem, Frickiem i Skullem. Wojna z Irlandczykami i drugim klubem z Detroit, Scorpionami, zmusiła nas do wielu poświęceń i przerzedziła nasze szeregi.
Essie z kubkiem soku w dłoniach schodziła po schodach, ostrożnie stawiając kroki i nadal się kołysząc, a jej różowa spódniczka podskakiwała jak wata cukrowa. Dziewczynka przebiegła trawnik i wsunęła się na kolana matki. Jej bystre brązowe oczy spoglądały na nas uważnie.
- Jezu, to jest księżniczka. - Charlie pociągnął ją za lok. - Umówisz się ze mną?
- Znajdź sobie inną księżniczkę. Ta akurat jest księżniczką tatusia. - Winnie się zaśmiała. - Pełno tu miłych dziewczyn, Charlie. Kogoś ci znajdę.
- Miłych? Jesteśmy tu od pięciu dni, a wszystkie na nasz widok uciekają - poskarżył się Skull, wpychając do ust ciasto jagodowe.
Winnie spojrzała na brata Chada, wielkiego faceta z blond kosmykami i niebieskimi oczami. Na tym jednak kończyły się podobieństwa. Włosy wystylizowane miał na irokeza, na bokach głowy tatuaże przedstawiające topory i rogi wikingów, w brwi i wardze kolczyki, w uszach tunele, a jego broda była długa i rozczochrana.
- Może muszą was lepiej poznać.
- To fakt, zdejmuję spodnie w dwie minuty.
Winnie rzuciła w Skulla preclem, a on wyłowił go ze swojej gęstej brody i przeżuł.
- Co będzie następne, Chad? Dom masz, dzieci spłodziłeś, teraz kupisz łódź i będziesz wędkować? - dociekał Hubby.
- Nie tak prędko, musi kosić trawnik, odśnieżać i wybudować Greenowi boisko do kosza za domem. Ma tu jeszcze sporo roboty - ostrzegła Winnie.
Śmiałem się, nie mogąc przestać, widząc minę Chada.
- Słyszeliście. Jest już pod pantoflem - oznajmił Skull, gdy Essie podała mu swój kubek. - A ty jesteś moją jedyną ślicznotką, Essie.
Mała śmiała się, gdy Skull padł przed nią na kolana i łaskotał ją brodą po palcach.
- Takie mięczaki z was - nie dowierzał Chad. - Jedna dziewczyna się do was uśmiecha, a wy już na kolanach.
- Laski lubią łaskotki - oznajmił Skull, nie przestając łaskotać Essie.
- Ale gdzie indziej.
- Jedz brownie, Kess, i siedź cicho. - Winnie wskazała niego palcami. - A jak będziesz miły, dostaniesz dokładkę.
- Tak jest, proszę pani.
- Ci faceci zachowują się jak cipki.
- Skull! - Winie zasłoniła uszy Essie. - Jeśli któreś z moich dzieci zacznie powtarzać takie świństwa, będziesz dostawał je na tydzień na wychowanie.
- Jezu, żartowałem.
- Ginny! Ginny!
Essie szarpnęła się na kolanach matki. Winnie powstrzymała ją przed wybiegnięciem na jezdnię. Odwróciłem się w kierunku ulicy, słysząc dźwięk zbliżającego się samochodu. Ujrzałem niebieską ciężarówkę.
- Poczekaj! Niech wujek Caleb zaparkuje - prosiła córkę.
Ford zaparował po przeciwnej stronie ulicy przy garażu.
- To Caleb Rosco, emerytowany glina i nasz sąsiad - wyjaśnił Chad. - Zaprosiłem ich na imprezę powitalną.
- Glinę? - nie dowierzał Kess. - Masz nierówno pod czaszką, stary.
- Ginny!
Essie zsunęła się z kolan matki i pobiegła przez trawnik. Wysoka brunetka przecięła ulicę, wzięła dziewczynkę w ramiona i zaczęła kręcić się wokół własnej osi. Dziecko śmiało się radośnie. Mój wzrok przesunął się na wysokiego faceta idącego w naszą stronę.
Zbliżał się do sześćdziesiątki, był postawny i wyprostowany, jak na glinę przystało. Miał ciemne włosy z siwizną i gładko wygolone policzki. Ubrany w dżinsy i flanelową, roboczą koszulę przypominał Costnera w tych jego ranczerskich popisach z serialu Yellowstone.
- Zejdźcie z jezdni, zanim was coś przejedzie - rozkazał dziewczynom, wskazując chodnik.
- Musiałyby tu samochody jeździć, Cal! - krzyczał rozbawiony Chad.
W jednej sekundzie ujrzałem dziewczynę i niemal zakrztusiłem się piwem. Odstawiła Essie na ziemię i ruszyła z nią w stronę domu Chada. Nie poruszyłem się. Wciąż siedziałem na krześle, a głosy szumiały mi w głowie. Trzymałem piwo i obserwowałem jej ruchy. Jezu, była naprawdę piękna. W szortach, kolorowym topie i białych, dziewczęcych tenisówkach. Miała długie, opalone nogi i śliczną twarz... Była ledwie nastolatką. To powinno być karalne!
Wyglądała jak pieprzona modelka, tyle że lepiej, bo była prawdziwa.
Szła w moim kierunku, ale wzrok miała utkwiony w dziecku, które znowu wzięła na ręce. Długie, czarne włosy poruszały się wokół niej. Miała jasną skórę.
Zapragnąłem jej. Kurwa! Zacisnąłem pięści, czując, jak poraniona skóra naciąga się na kostkach. Poczułem panikę, kiedy zobaczyłem tego dzieciaka i napaliłem się na niego. Byłem chorym sukinsynem. Potrzeba chronienia tej dziewczyny była silna i nie wiedziałem, skąd się wzięła.
Facet, który podszedł do stołu, zasłonił mi widok.
Chad wstał i uścisnął mu dłoń.
- Caleb, miło, że zdążyliście.
- Tak. Ginny jak zwykle nie pozwoliła mi się nigdzie zatrzymać, bo pędziła do was na imprezę.
Uścisnąłem mu dłoń. Jego uścisk był pewny, a facet miał w oczach coś, co kazało mi skłonić głowę z szacunkiem.
- Jack, Hubby, Kess, Charlie. Skull, mój brat - przedstawił nas Chad.
- Siadaj, Caleb, zaraz podam ci chili. - Winnie zeskoczyła z krzesła i odwróciła się do dziewczyn przy motorach, gdy nastolatka pokazywała maszyny Essie. - Ginny, chili?
- Jadłam. Tacie nie dawaj nic słodkiego.
- Pamiętaj o moim cukrze - mruknął Caleb, siadając w fotelu. - Ciasto. Winni zawsze je piecze, gdy wie, że trudno mi się powstrzymać.
- Jeden kawałek nie zaszkodzi - kusił Kess, podając mu talerz.
- Na jednym się nie kończy. Winnie piecze najlepsze ciasta.
- Trudno się z tym nie zgodzić. Każdy tęsknił za kuchnią tej dziewczyny - zgodził się Skull.
- Ginny, jeszcze raz! - Usłyszałem pisk Essie, ale starałem się tam nie patrzeć.
Nie, gdy tyłek w szortach przyciągał mój wzrok.
- Jezu, dziewczyno, jesteś już ciężka!
- Uważaj, aby na ciebie nie zwymiotowała - ostrzegł ją Chad.
Caleb rozejrzał się, spoglądając na nasze naszywki, nim zatrzymał wzrok na mnie. Wiedział, kto jaką ma rangę w klubie.
- Zajmujecie kompleks Sanffilda? - zapytał.
- Tak, stary hotel, zmienimy go na dom klubowy, a garaże na warsztaty - wyjaśniłem. - Pracujemy nad barem.
- To dało się przerobić na bar?
- Włożymy w to trochę kasy - przyznałem, racząc się chili.
- Chyba niemało, to stara rudera.
- Ale chcieliśmy mieć warsztat, a nic innego się do tego nie nadawało.
Caleb pokiwał głową.
- Większe parcele już są zajęte. Tutaj niełatwo rozkręcić biznes. Każdy zna swoich i trudno będzie wam zacząć.
Zerknąłem na Chada, który uśmiechnął się w wyrazie poparcia dla słów Cala.
- Mówiłem ci. Bez znajomości nie zdobędziemy klientów.
- Mamy czas, aby zyskać ich zaufanie. Tak się składa, że zostaniemy tu dłużej.
- Dobre miejsce, jeśli myślicie o czymś konkretnym. - Caleb nie owijał w bawełnę, a my słuchaliśmy go z uwagą. - Warsztaty samochodowe są dopiero w Ann Arbor i oba zawsze zapełnione, trudno się tam dostać. Sklep z częściami? Na pewno się sprawdzi w naszym miasteczku.
Przytaknąłem.
- Może się udać - dodał po namyśle Caleb.
- Musi. Nie mamy już wyboru.
Pisk Essie zmusił mnie do odwrócenia głowy. Córka Chada kręciła się w kółko z czarnowłosą nastolatką, a ja zauważyłem, że moi chłopcy gapią się na nią tak samo nieprzyzwoicie jak ja. Miałem już zagwizdać, gdy wracająca Winnie strzeliła Skulla po głowie i postawiła miskę przed Calebem.
- Caleb trzyma pod łóżkiem strzelbę, więc nie gap się tak, Skull.
- Taa. Ale to i tak nie pomaga - mruknął niezadowolony facet.
- Mówiłam ci, że ona jest piękna - dodała cicho Winnie. - Widziałam zdjęcia jej matki, niejednemu facetowi może zawrócić w głowie.
- Obym nie musiał ich zabijać szybko.
- Wszystko słyszę, tato.
- Chodź do nas, Ginny. Essie, daj jej odsapnąć, dopiero przyjechała - prosiła Winnie, przywołując dziewczynę dłonią.
Skull przygładził brodę, Kess wyprostował się na krześle, a Tino otworzył szeroko oczy jak napalony gówniarz na biwaku. Była naprawdę piękną dupą. Patrząc, jak idzie właśnie w naszą stronę, nie zmieniłem zdania. Nastolatki nie były w moim typie. A ta była za wysoka i za chuda. Co prawda miała fajny tyłek, ale zbyt mały jak na mój gust. Poza tym jej cycki były drobne, a buzia zdecydowanie zbyt młoda i dziewczęca.
Nie można było jednak zaprzeczyć, że jej lśniące, długie, czarne włosy były cudowne. A brązowe oczy były jak z mokrego snu, choć zawsze uważałem to określenie za głupotę. Takie oczy, w które każdy mężczyzna chce patrzeć, gdy pieprzy kobietę. I ten pieprzyk poniżej lewego kącika ust - jedyna skaza na anielskiej twarzy.
- Chcę zobaczyć Shelly! - Essie ciągnęła ją za rękę w stronę domu po przeciwnej stronie ulicy.
- Później, dobrze? Pewnie śpi, nie budźmy jej.
Ginny podeszła do stołu, a ja spojrzałem na braci, nie chcąc mieć tu zaraz szczeniackiej walki.
- Hej! - krzyknął Tino.
- Hej - odpowiedziała.
Ponownie na nią popatrzyłem.
- Ginny Rosco, nasza sąsiadka i dziewczyna Greena - obwieściła donośnie Winnie.
Sądząc po uśmiechu dziewczyny, wiedziała, że taki będzie komentarz Winnie.
- Green nie jest jej chłopakiem - zaprzeczyła dziecięcym głosikiem Essie.
Zaśmialiśmy się z tego oburzenia w głosie małej.
- Green wie, co dobre - rzucił Hubby. - Ile masz lat? Mam szansę na randkę? Potrafię zamówić kawę w Starbucksie.
Winnie spiorunowała go wzrokiem, gdy dziewczyna się zarumieniła zawstydzona i stanęła za krzesłem ojca jak nastolatka przerażona widokiem motocyklistów.
Pochyliła lekko głowę, ale spojrzenie miała utkwione w ojcu.
- Dwadzieścia jeden.
Ona była dorosła.
- Kurwa - mruknął Hubby, przesuwając wzrokiem po jej sylwetce.
Jezu, była wysoka. Musiała mieć ponad pięć stóp i siedem cali wzrostu1. Zazwyczaj nie podobało mi się to, ale ta dziewczyna, z tymi pieprzonymi oczami, tak nierealnymi jak u jakiejś egzotycznej zjawy, to co innego.
Gówno.
- Tak, Ginny ma dwadzieścia jeden lat i studiuje kryminologię w Ann Arbor - wyjaśniła Winnie.
- Lubisz trupy? - nie dowierzał Hubby.
- Nie. Studiuję kryminalistykę dochodzeniową z elementami analizy dowodów.
- Ginny! - krzyknął Green, zbiegając po schodach.
Za nim podążał Neer, który potknął się na widok dziewczyny, i teraz stał oniemiały.
Ginny wciągnęła dłoń, a Green przybił jej piątkę.
- Poznałaś moich wujków? Wszyscy jeżdżą na harleyach. Jechałaś kiedyś na harleyu?
- Spokojnie, koleś. - Chad pociągnął go za koszulkę.
- Nie. Nie jeździłam - odparła rozbawiona Ginny.
- I wolałbym nie mieć zwału serca - ostrzegł ją Caleb. - Widziałem, jak jeździsz kosiarką, zawsze zostaje wtedy jakiś skrawek niewykoszony.
- To nieprawda, tato, to nieład twórczy.
Dziewczyna bez skrępowania przytuliła ojca, jej broda oparła się na jego głowie, gdy patrzyła na niego z czułością. Staruszek poklepał ją po dłoni.
- Z odśnieżarką też jesteś kiepska, córciu.
- Ja chętnie będę u was odśnieżał. Wiesz... teraz, gdy jesteśmy w mieście, musimy sobie pomagać. Chad jest moim bratem, mogę w ramach sąsiedzkiej pomocy - odezwał się Kess, zerkając oczarowany na Ginny.
- Daruj sobie zaloty, Kess, ona ma chłopaka - oznajmiła Winnie. - Jest w jej wieku. Nie wpada w kłopoty i nie jeździ harleyem.
- To brzmi nudno - podsumował Kess.
- Wiem. - Ginny zachichotała, obejmując Greena ramieniem. - Dlatego wybrałam Greena. Idziemy zagrać w piłkę, młody?
- Ja stoję na bramce!
- Idziesz z nami, Essie?
- Mogę! Mogę, mamo?
Dziewczyna zniknęła z dzieciakami za domem. Neer stał przy schodach i bacznie śledził ją wzrokiem, na szczęście powstrzymał się od poprawienia kutasa w spodniach, które musiały zrobić się za ciasne.
- To jest tą wartością ukrytą tej nieruchomości? - zapytałem Chada, gdy Caleb zaśmiał się znad ciasta.
Chad zarechotał.
- Chłopaki, mówiłem, że pokochacie okolice.
Hubby niepodziewanie odsunął krzesło i wepchał się między Charliego a Caleba, przygładzając brodę i poprawiając kamizelkę na piersi. Jego pełna tatuaży i pierścionków dłoń wystrzeliła w stronę Caleba.
- Ian McMillan, dwadzieścia dziewięć lat. Niepijący, palący... od czasu do czasu. Notowany dwa razy za rozróby, nie z mojej winy, oczywiście. I bardzo chętnie zostanę pana zięciem.
Nie mogłem usiedzieć, gdy łzy płynęły z moich oczu, Charlie opluł się chili, Chad piwem, a reszta chłopaków zaczęła buczeć, usłyszawszy przemowę Hubby'ego. Szybki był, nie ma co.
Caleb uniósł tylko brew, widocznie go to nie ruszało.
- Synu, ona jest moją jedyną córką. Jeśli znajdzie sobie faceta, to na pewno nie będzie to taki, który nie może przy niej wykrztusić dwóch słów.
- Mam jeszcze szansę - ucieszył się Hubby, błyskając zębami w naszą stronę. - Poczekam dwa lata i zaproszę ją na randkę.
- Nie sprawiaj, abym zaczął żałować, że cię tu zabrałem - warknąłem.
- Prez, ja jestem coraz bardziej przekonany do tej dziury. Tyle dobroci wokół.
- Winnie. - Wskazałem głową na Hubby'ego.
- Nie martw się, Hubby, rozwieszę twoje zdjęcie bez spodni, gdy biegłeś po klubie, z oznaczaniem, że mamy groźnego zboczeńca w okolicy.
- Winnie, za co?!
- Przysłałeś mojemu ośmioletniemu synowi "Playboya"!
Hubby zamrugał zaskoczony, kawałek mięsa wystawał spomiędzy jego zębów, gdy spojrzał na Chada, a potem na chłopaków i na mnie. Splotłem ramiona na piersi, czekając na jego odpowiedź, chociaż z ledwością zachowywałem powagę.
- To nie tak, Winnie.
- A jak? - zapytała wojowniczo.
- Wysłałem mu model samochodu z pierdolonej porcelany. Ten, co sobie upatrzył. I nie chciałem, aby się zbił w transporcie. Owinąłem go gazetą. Nie wiedziałem, że to "Playboy", nie miałem nic innego pod ręką.
- Tak, mój syn, otwierając prezent od wujka, napatrzył się na cycki. I masz szczęście, że jeszcze nie rozumiał, dlaczego te panie są rozebrane!
Hubby spuścił wzrok speszony, zajmując się jedzeniem.
W końcu, po długim czasie szukania miejsca, w którym moglibyśmy osiąść, miałem nadzieję, że dobrze zrobiłem. Zabraliśmy swoje dobytki, żony, dziewczyny i najbliższych, chcąc zmyć z siebie krew i kurz.
Oparłem się o krzesło, przyjmując drugie piwo i patrząc, jak chłopaki zaczynają przyzwyczajać się do atmosfery nowego miasteczka. Uniosłem butelkę i oznajmiłem:
- Zdrowie! Za miejsce, w którym odbudujemy klub, panowie!
1 Nieco ponad metr siedemdziesiąt.