Rozdział 3.
LWÓW I LWOWIANKI POKOCHAŁ BEZGRANICZNIE
Na pierwszej stronie poczytnego lwowskiego dziennika "Chwila" widnieje wielki anons balu: "Najweselsza zabawa karnawału. Reduta dziennikarzy. Dziś w sobotę 25 lutego w salach Hotelu Krakowskiego. Ścisła kontrola zaproszeń"[1]. Na tym właśnie balu, podczas karnawału 1933 roku, Henryk Kuroń wpisał się do karnetu nieznanej mu wcześniej panny, dwudziestodwuletniej Wandy Rudeńskiej, przyszłej matki Jacka.
Zdarzenie to nie weszło do zestawu rodzinnych anegdot. O tym, że para poznała się na balu, wiemy od jednego z krewnych Wandy. Henryk - wielbiciel kobiet, człowiek szalenie towarzyski i wesoły - na imprezy chadzał, kiedy tylko mógł. Czuł się we Lwowie świetnie, "Lwów i lwowianki pokochał bezgranicznie"[2], nawiązał tu znajomości i przyjaźnie, które kultywował do końca życia.
Lwów uchodził za najbardziej rozbawione miasto II RP. Pięknie położony w malowniczej kotlinie i na otaczających ją wzgórzach rozkwit przeżywał pod koniec XIX i na początku XX stulecia, kiedy był stolicą Galicji i Lodomerii, prowincji monarchii habsburskiej, oraz siedzibą jej parlamentu. Dla swych szerokich bulwarów, wspaniałych parków, niezliczonych kawiarni, bogatego życia kulturalnego i akademickiego zwany bywał małym Wiedniem. W niepodległej Polsce stał się prowincjonalnym miastem na wschodnich rubieżach, zachował jednak blask i ogromną siłę przyciągania.
Ówczesna prasa, nie tylko bulwarowa, a także książki i artykuły wspomnieniowe dostarczają barwnych opisów balów w restauracjach, hotelach, klubach, kasynie miejskim, zwłaszcza w karnawale. Gospodarzem interesującego nas balu był Syndykat Dziennikarzy Lwowskich z prezesem Bronisławem Laskownickim, redaktorem naczelnym najpopularniejszego dziennika lwowskiego "Wiek Nowy" (wkrótce zostanie szefem Henryka Kuronia), i wiceprezesami Henrykiem Heschelesem, naczelnym żydowskiej "Chwili", oraz Władysławem Świrskim, redaktorem organu lwowskich narodowców, współzałożycielem tamtejszej Młodzieży Wszechpolskiej. Przyszło ponad tysiąc osób, "w tym przedstawiciele władz państwowych, samorządowych, instytucji kulturalno-oświatowych, palestry, świata sędziowskiego, sfer bankowych, przemysłowych, świata teatralnego". Gazety oczywiście uznały bal za "kulminacyjny punkt karnawału"[3].
W "Wieku Nowym" czytamy: "Z pośród płci pięknej, której tualety i kostjumy mieniły się wszystkiemi kolorami tęczy, tak że formalnie oślepiały swemi wspaniałemi blaskami - sprawozdawca zdołał zaledwie znikomą część tualet i ich nadobne właścicielki zanotować w notesie sprawozdawczym". Tu następuje opis kilkudziesięciu pań i ich toalet, w tym "Arct-Jampolska, czarne cr?pe satin z białem sortie; p. Januszowa Laskownicka, flamizoł czarne bolero z pailletów; p. Rottenberg, stylowa Biedermayer; p. Schafferowa, czarna żorżetta, płaszcz velour chiffoné z gronostajami; p. v. Thieman, suknia z gazoliny czerwonej z czarnemi różami". Wśród dwudziestu trzech zdobywczyń "równorzędnej nagrody za piękne tualety, urodę i taniec"[4] figuruje panna Wanda Rudeńska. Niestety, sprawozdawca nie odnotował, za jaki strój czy taniec została wyróżniona.
Wanda na bal nie przyszła sama, pannom towarzyszyli rodzice lub inny opiekun. Jej ojciec Adam był przez lata wiejskim nauczycielem i kierownikiem szkoły w Lackiej Woli nieopodal Mościsk, długo i dobrze zachowanym w tamtejszej pamięci. Matka Joanna, też nauczycielka, pochodziła ze znanej rodziny Modelskich. Oprócz Wandy mieli jeszcze sześć córek i syna.
Odtworzone w latach dziewięćdziesiątych przez ciotkę Jacka Kuronia drzewo genealogiczne wywodzi Modelskich od kasztelana Andrzeja, który walczył pod komendą Stefana Czarnieckiego. Jego brat poległ w 1621 roku z rąk Turków w bitwie pod Chocimiem. Dziadek Wandy, Teofil Modelski, bił się w powstaniu styczniowym jako kosynier u Langiewicza, pochowano go w kwaterze powstańców na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Jeden z wujków Wandy, Izydor, legionista, zawodowy oficer, walczył w wojnie polsko-ukraińskiej w oddziałach Sikorskiego i dosłużył się stopnia generała. Drugi wuj, Teofil Emil, był profesorem historii na uniwersytetach we Lwowie i w Wilnie.
Wanda chodziła do renomowanego gimnazjum żeńskiego sióstr de Notre Dame we Lwowie. W jednodniówce szkoły wydanej w 1929 roku zamieszczono wiersz jej siostry Stanisławy, uczennicy piątej klasy gimnazjum - Wanda była wtedy w klasie siódmej: "Ojczyzna nasza - z krwi Orląt powstała, / Ze znojnych trudów wygnańców Kamczatki, / Niechaj z rozłogów Twych poległych ciała / Powstaną dzisiaj i przyjdą na świadki..."[5].
Po maturze Wanda skończyła roczne kursy w szkole ekonomiczno-handlowej. Kiedy poznała Henryka, miała posadę w ubezpieczalni, zarabiała sto dwadzieścia złotych (zupełnie nieźle), jednocześnie studiowała prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza.
Henryk Kuroń przeszedł daleką drogę od września 1925 roku, gdy jako dwudziestolatek przyjechał do Lwowa z robotniczego Sosnowca, żeby rozpocząć studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki. Z dokumentów, jakie złożył wtedy na uczelni, dowiadujemy się, że zamieszkał na stancji, za dwadzieścia pięć złotych komornego, a z domu dostawał do stu złotych miesięcznie (składali się na to ojciec i starsze siostry)[6]. Studia były teoretycznie bezpłatne, ale obowiązywały rozliczne "opłaty akademickie", na przykład za przystąpienie do egzaminu, korzystanie z laboratorium; musiał więc dorabiać.
We Lwowie Henryk po raz pierwszy zetknął się z konfliktami narodowościowymi, przekleństwem ówczesnej Polski. Kiedy tam zamieszkał, od wojny polsko-ukraińskiej i słynnej obrony Lwowa minęło ledwie siedem lat, rany były świeże, zresztą obie strony - zwłaszcza silniejsza, Polacy - robiły wszystko, by się nie zabliźniły.
Walki wybuchły pod koniec I wojny światowej. Rozpadały się europejskie imperia, a przed Polakami i Ukraińcami otworzyła się szansa na własne państwa i zaczęły konflikty o ich granice. 1 listopada 1918 roku Ukraińcy ogłosili Lwów stolicą Państwa Ukraińskiego, na co Polacy, przede wszystkim młodzież, a nawet dzieci - Orlęta Lwowskie - ruszyli do boju. "Bez broni rzucano się na uzbrojone oddziały, zdobywając na nich broń i amunicję. Odtąd walka poszła raźniej. O głodzie i chłodzie stali na posterunku młodzi "żołnierzykowie", zdobywając piędź po piędzi rodzinnego miasta"[7] - opisywał znany historyk Fryderyk Papée. Po trzech tygodniach Ukraińcy zostali wyparci. Nastąpiło czteromiesięczne oblężenie Lwowa, przełamane dopiero wiosną przez przysłane w końcu na odsiecz wojsko polskie. Wojna skończyła się pół roku później klęską Ukraińców, którym na własne państwo przyszło czekać następnych siedemdziesiąt lat. W zdobytej Galicji Wschodniej Polacy byli mniejszością, jednak w otoczonym ukraińskimi wioskami i żydowskimi sztetlami Lwowie dominowali.
Jacek Kuroń opowiadał o swojej rodzinie: "Ojciec miał na sprawy polsko-ukraińskie spojrzenie z zewnątrz i stąd zrodziła się jego żywiołowa proukraińskość, czego już nie mogłem nauczyć się od rodziny ze strony mamy, pochodzącej z tych właśnie stron. A było i tak, że mężowie moich ciotek nauczycielek byli byłymi Ukraińcami, bo oni, wchodząc w inteligencję polską, zacierali swoje ukraińskie korzenie. Miałem wujka straszliwie proendeckiego, z którym poważnie ścierałem się w sprawach ukraińskich, a który dopiero bardzo już stary powiedział mi: no cóż, my należymy do tych, co Gente Rutheni, Natione Poloni. Po raz pierwszy przyznał się, że jest Ukraińcem. To pokazuje też sytuację Ukraińców na tych terenach"[8].
Wkrótce po przyjeździe z Sosnowca Henryk Kuroń mógł zobaczyć, czym dla polskiego Lwowa był triumf nad Ukraińcami. Jak co roku w listopadzie rocznicowe uroczystości wypełniły miasto. "Sztandary, transparenty na budynkach, orkiestry wojskowe grające na publicznych placach miasta, defilady wśród świateł pochodni z udziałem formacji wojskowych, legioniści, weterani - obrońcy Lwowa i ci paramilitarni, związki sportowe i strzeleckie, wojskowe zawody sportowe, wszystko to kulminowało się w rzymskokatolickiej mszy świętej - opisywała erupcję patriotycznych uczuć niemiecka historyczka Anna Veronika Wendland. - Ta kultura celebrowania świąt unaoczniała w całym mieście nie-Polakom i nierzymskokatolikom lwowskim (jakby nie było jednej trzeciej społeczeństwa): do nas należy ulica, do nas należy miasto"[9].
Akurat tej pierwszej jesieni Henryka we Lwowie centralnym punktem uroczystości stała się jego uczelnia, gdzie hucznie odsłonięto pomnik Orląt, "na którego budowę społeczeństwo lwowskie przez szereg lat składało ofiary". Politechnika Lwowska podczas wojny oddała swój gmach na szpital polowy, a jej studenci masowo zgłaszali się do walki. Tablica z długą listą nazwisk poległych w 1918 roku studentów wisiała w holu głównego gmachu. Na zewnątrz, na frontonie budynku, wmurowane było zaszczytne odznaczenie Krzyż Obrony Lwowa. Teraz, na bocznym dziedzińcu, gdzie podczas wojny ulokowano tymczasowy cmentarz, licznie zebranym dostojnikom, delegacjom i "rzeszom polskiej ludności"[10] ukazał się pomnik Orląt. Monumentalną, siedmiometrową bryłę zwieńczał ogromny orzeł, z przodu wyryto płaskorzeźbę archanioła Gabriela z mieczem, z tyłu - nazwiska pochowanych tu Polaków.
Musiał tam być też Henryk i pewnie uległ nastrojowi, bo podobnie jak Jacek miał w sobie zarówno sceptyczny dystans, jak i skłonność do patriotycznych wzruszeń. Najlepszym dowodem jest, że w kulcie Orląt wychował syna i Jacek często opowiadał, jak wyśpiewywał w dzieciństwie: "Bronią Lwowa polskie dzieci, znosząc razy, śmierć i ból". Jacek wielokrotnie wspominał też kolumnadę pomnika Orląt, którą - jak twierdził - widział z okien swego domu. Widział ją raczej oczyma duszy, bo nie było możliwości, by ją stamtąd zobaczyć. Po latach, gdy zabiegał o pojednanie polsko-ukraińskie, z bólem pisał o bratobójczej wojnie i zauważał, że pomnik chwały oręża polskiego wzniesiono "nie pod Warszawą, dla uświęcenia bitwy o Warszawę, która przesądziła losy wojny z 1920 i niepodległości Polski, ale we Lwowie!"[11].
Wanda i Henryk Kuroniowie, 1935 rok.
W listopadzie swojego pierwszego roku we Lwowie Henryk świętował jeszcze inną rocznicę - wybuchu rewolucji październikowej. Obchody były tajne, a zorganizowano je w lokalu związku zawodowego stolarzy. Tam Kuroń zwrócił uwagę na zabierającego głos Jana Blatona, kolegę z roku, który wkrótce stał się jego najlepszym przyjacielem i wzorem do naśladowania. Blaton, podobnie jak on, pochodził z prowincji, z rodziny wielodzietnej, też był synem ślusarza. Interesował się fizyką teoretyczną i to za jego przykładem Henryk po pierwszym roku przeniesie się na wydział ogólny, by studiować fizykę[12].
Razem z Blatonem wstąpili do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej "Życie", który we Lwowie liczył około czterdziestu studentów: Polaków, Żydów, Ukraińców i - choć ściśle związany z zakazaną partią komunistyczną - był organizacją legalną. Co zdecydowało, że ochotnik wojny 1920 roku wybrał przybudówkę partii komunistycznej? Możliwe, że przypadek plus przyjaźń z Blatonem. Wychowany w kulcie bojowców PPS równie dobrze mógł od razu trafić do pepeesowskiego ZNMS, gdzie w końcu i tak wylądował. Na pierwszych latach studiów jego środowiskiem stało się jednak komunizujące Życie, a działalność polityczna tak go wciągnęła, że zaniedbał naukę (w 1928 roku w dokumentach wciąż miał wpisany drugi rok).
Na Politechnice Lwowskiej - podobnie jak na uczelniach w całym kraju - dominowała Młodzież Wszechpolska. To ona wygrywała wybory do zarządów organizacji studenckich, to ona nadawała ton, skutecznie wypierając z życia studenckiego Żydów i Ukraińców. Z Bratniaka, organizacji samopomocy, która na politechnice zajmowała się sprawami bytowymi studentów: akademikami, stołówkami, zniżkami czesnego, pożyczkami, Żydów usunięto już w 1923 roku, dwa lata później Zjazd Wszechpolaków apelował o eliminowanie ich z kół naukowych.
I Kuroń, i Blaton należeli do Bratniaka. Jak wszyscy członkowie organizacji przepracowali społecznie po 120 godzin każdy przy budowie nowego akademika politechniki. Nowoczesny budynek, a w nim 330 pokoi dla ponad 600 studentów, stanął w prestiżowej dzielnicy, nieopodal parku Kilińskiego (plac pod budowę dało miasto). Kuroń i Blaton byli jednymi z pierwszych jego mieszkańców; adres II Dom Techników figuruje w formularzu, jaki Henryk złożył na uczelni z początkiem drugiego roku studiów.
Zamieszkawszy w jednym pokoju, zainstalowali tam "drukarnię", to jest pudło z hektografem - najprostszym powielaczem spirytusowym. Blaton przynosił odezwy pisane na woskówkach, które następnie powielali; wśród kolporterów Henryk wymienia jeszcze jednego kolegę z II Domu Technika, Jana Jędrzejowskiego, i Jakuba Hersztala, który nie mógł tam mieszkać, bo był Żydem.
Żywiołem Blatona była dyskusja. Razem biegali na zebrania i wiece na uczelniach, zabierając głos i dzielnie stawiając czoło prawicowej większości. Spotykali się też w lokalu Życia przy ulicy Friedrichów na kółkach samokształceniowych, a latem na podmiejskich wycieczkach połączonych z prelekcjami o rewolucji październikowej, walce klas, światowym imperializmie i kolonializmie. To pod wpływem Blatona Henryk uległ fascynacji Związkiem Radzieckim: "Janek dowodził, że tylko w warunkach komunizmu stworzone przez nowoczesną technikę ogromne możliwości produkcji nie będą przekleństwem ludzkości, wyrażającym się kryzysami, bezrobociem i nędzą" - pisał. Ze wschodu dochodziły sprzeczne informacje, to pełne zachwytu, to zgrozy. "To podniecało Janka". Kłócili się, czy system sprawiedliwości społecznej można budować w warunkach demokracji, czy też konieczna jest dyktatura proletariatu. Temperatura tych sporów była taka, że "dochodziło wprost do brania się za głowy" - opisywał Henryk z nostalgią[13].
Wszystko to były jednak dyskusje wewnętrzne i marginalne, na uczelniach największe namiętności rozpalały kwestie narodowościowe. Kuroń wspomina, jak już na pierwszym roku protestowali wraz z Blatonem przeciw wykluczaniu Żydów i Ukraińców z życia studenckiego. Wyczynem zupełnie karkołomnym była próba zainicjowania dyskusji o dyskryminacji Ukraińców na spotkaniu zwołanym po zamordowaniu Stanisława Sobińskiego.
Śmierć Sobińskiego wstrząsnęła Lwowem. Był wspaniałym nauczycielem, słynącym z "taktu i nadzwyczajnej dobroci". Jednak pełniąc funkcję kuratora Okręgu Szkolnego Lwowskiego, dał się poznać jako gorliwy wykonawca państwowej polityki eliminowania ze szkół języka ukraińskiego, porównywanej przez historyków do niedawnej przecież germanizacji czy rusyfikacji polskich uczniów pod zaborami. Zaczął dostawać listy z pogróżkami "ze sfer ukraińskich"[14], przydzielono mu ochronę policyjną, ale z niej zrezygnował. W październiku 1926 roku został zastrzelony na ulicy przez bojówkę Ukraińskiej Wojskowej Organizacji. "W ciągu dwóch lat zabito do dwóch tysięcy ukraińskich szkół, nie wspominając o tym, że ostatnie 900, które jeszcze są przy życiu, faktycznie są spolonizowane. Otóż gdyby odpowiadało rzeczywistości, że śp. kurator Sobiński padł z ręki Ukraińca, to na ławie winowajców w pierwszej kolejności powinni stanąć moralni winowajcy, ci, którzy za pomocą wyrafinowanych sposobów zabijają cały naród"[15] - pisało zaraz po zamachu "Diło", organ partii umiarkowanych Ukraińców, mającej swoich posłów w Sejmie.
Dla uczczenia pamięci Sobińskiego na politechnice odbył się wielki wiec, na którym studenci zaproponowali uchwalenie stypendium jego imienia przez aklamację. Działacze Życia uważali, że pomysł stypendium należy poddać pod głosowanie, a przede wszystkim poprzedzić dyskusją o stosunkach polsko-ukraińskich. Henryk Kuroń chciał zabrać głos, by oznajmić, że strzały do Sobińskiego były protestem przeciwko polityce państwa polskiego wobec Ukraińców, ale nie zdołał, bo ktoś mu z tyłu solidnie przyłożył. "Na uczelni - wspominał - wszyscy dobrze się znali i wiedzieli, jakie poglądy reprezentuję. Kiedyś w czasie wiecu usiłowałem zabrać głos, po pierwszym zdaniu przerwano mi krzykami "Idź do Azji, bolszewiku""[16].
Takimi epitetami się nie przejmował, w jego ówczesnym środowisku miano bolszewika było tytułem do chwały. Henryk i jego koledzy z Życia po uszy tkwili w nielegalnej działalności organizowanej wspólnie z komunistami. W kolejnych życiorysach, jakie produkował w czasach PRL, z lubością opisywał swoje przygody. Którejś nocy wybrał się z Blatonem malować na płotach rewolucyjne hasła. Czerwoną farbę schowali w świńskim pęcherzu, który pękł. Wracali do akademika przez całe miasto pochlapani na czerwono i cudem uniknęli aresztowania. Kiedy indziej załadował dwie tony hamulców do wagonów, dostał za to osiemdziesiąt sześć złotych i za te pieniądze pojechał 1 maja w teren wygłosić przemówienie. Lubił też opowiadać, jak przez pomyłkę dostało mu się lanie przeznaczone dla korporantów, to jest członków prawicowych związków studenckich. Było to w sali kina Marysieńka, gdzie poseł ludowców miał opowiadać o swych wrażeniach z pobytu w ZSRR. Kiedy wszedł na mównicę, korporanci zaczęli go zagłuszać brawami, więc robotnicy ruszyli przetrzepać im skórę. Pech chciał, że Henryk miał tego dnia na głowie studencką czapkę. Nie zdążył niczego wyjaśnić, jak dostał w zęby. Równie niefrasobliwie wspominał ukrywanie w akademiku poszukiwanych przez policję komunistów. "Łóżko Blatona stało pod oknem - opisywał Kuroń. - Często było zajęte. O gościach wiedzieliśmy tylko tyle, że to towarzysze"[17]. Dla niektórych z nich Lwów był przystankiem w drodze do ZSRR.
Kiedyś akademik politechniki obstawiła policja, a że Blatona odwiedzał akurat jego starszy brat Ludwik, zawodowy podoficer, zapakowali mu całą bibułę w dwie walizki, a on w swoim mundurze, nie niepokojony przez nikogo, spokojnie opuścił budynek. Jacek Kuroń opowiadał, że po wojnie Blaton, już znany profesor fizyki, tłumaczył jego ojcu, że komunizm jest zagrożeniem dla świata. Jego brat Ludwik był wtedy działaczem partyjnym i dopisał sobie do życiorysu przedwojenne kombatanctwo komunistyczne. Jacek przytaczał taki dialog między ojcem a Ludwikiem: "Henryk: "Przed wojną to ty byłeś zupakiem, a nie komunistą". Ludwik: "Ale wyniosłem te walizki". Henryk: "Fakt, wyniosłeś, ale opowiadasz życiorys swego brata". Ludwik: "A nie szkoda, żeby się taki życiorys zmarnował?""[18].
Z czasem opowieści Henryka stawały się coraz bardziej fantastyczne. W rozmowie z Adamem Michnikiem o pisarzu Julianie Stryjkowskim rzucił: "A, Pesiu, ja go znam ze Lwowa. Wiele rzeczy robiliśmy tam razem. Kiedyś nawet zaciukaliśmy prowokatora". Prawda, Stryjkowski, przed wojną Pesach Stark, był członkiem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, ale zajmował się wykładaniem robotnikom marksizmu, nie akcjami odwetowymi.
Młodzieńcza przygoda Henryka z komunistami nie przetrwała pierwszej poważnej próby. Podczas dużej obławy na działaczy komunistycznych w lutym 1928 roku policja aresztowała Blatona[19], wkrótce potem w lokalu Życia przeprowadzono rewizję, a organizację zdelegalizowano. Henryk przestał chodzić na zebrania i wiece. Potem wraz z kilkoma kolegami z Życia wstąpił do pepeesowskiego ZNMS, gdzie szybko został wybrany na delegata na zjazd krajowy (głosował tam za odrzuceniem dyktatury proletariatu; klasa robotnicza powinna dążyć do przejęcia władzy drogą demokratyczną), został też przewodniczącym organizacji we Lwowie, ale - jak podkreślał - od ideologii byli inni towarzysze.
Faktycznie, Henryk nie przywiązywał wagi do różnic między komunistami a pepeesowcami, mimo że dotyczyły one spraw fundamentalnych, jak choćby stosunku do kwestii ukraińskiej: komuniści byli za przyłączeniem wschodniej Małopolski, nazywanej przez nich Ukrainą Zachodnią, do Ukrainy sowieckiej, co dla PPS, optującego za autonomią w ramach państwa polskiego, zakrawało na zdradę narodową. Chciał przynależeć i działać w środowisku lewicowym, takim czy innym. Po latach dziwił się ówczesnym podziałom i podawał proste recepty: "Uważałem, że trzeba się zdecydować, zająć twarde stanowisko, pozostałych podporządkować i koniec"[20].
Świetnie się odnalazł w nowym kręgu. Wstąpił do PPS, nawiązał liczne znajomości z działaczami i związkowcami, zaczął współpracować z lwowskim organem partii "Dziennikiem Ludowym", wchodząc tą drogą do dziennikarskiego świata Lwowa. Nie mieszkał już w akademiku, czy to z powodu zawalenia studiów, czy to dlatego, że - jak pisał - wyrzucili go z Bratniaka "za protest przeciwko dyskryminacjom narodowościowym"[21]. Musiał rozpaczliwie szukać źródeł utrzymania, na pomoc rodziny nie mógł liczyć, zresztą kiedy zaczął się wielki kryzys, jego ojciec stracił pracę w fabryce Fitzner i Gamper (odzyskał ją dopiero po dwóch latach). Na uczelni pojawiał się rzadko, jeśli w ogóle, przyjaciele pokończyli studia, a atmosfera była coraz gorsza.
Na Politechnice Lwowskiej, podobnie jak na innych uczelniach, kryzys i brak pracy dla młodych inteligentów zwiększyły poparcie dla lansowanego od lat dwudziestych przez endeków i Młodzież Wszechpolską numerus clausus dla Żydów, to jest ograniczenia ich liczby na studiach. Atmosfera panowała pogromowa. Przed wakacjami 1932 roku na wydziale Kuronia doszło do regularnej bitwy. Kilkuset studentów Akademii Medycyny Weterynaryjnej wtargnęło do gmachu politechniki, bijąc pałkami napotkanych studentów Żydów, którzy - wraz z paroma polskimi kolegami - zabarykadowali się w jednej z sal wydziału mechanicznego. Atakujący rozbili drzwi. Walka skończyła się po kilku godzinach, gdy wkroczył rektor i wyprowadził oblężonych.
W tym samym numerze "Chwili" z lutego 1933 roku, w którym ukazało się ogłoszenie o balu, bez którego Jacka Kuronia nie byłoby na świecie, i też na pierwszej stronie, po lewej, czytamy wystąpienie posła Emila Sommersteina, który wytyka jednemu z posłów endeckich, że "bicie Żydów i zupełne ich wyniszczenie podnosi do kanonu polskiej tradycji dziejowej". Po prawej, w rubryce "Na marginesie dnia", list dziesięcioletniej dziewczynki: "Mój tata jest już dwa lata bezrobotny, a ja nie mam bucików. Proszę więc bardzo, żeby mi ofiarowano buciki, bo ja chcę iść bardzo do szkoły. Również mój mały braciszek nie ma bucików i cały dzień płacze, bo chce wyjść na dwór, a nie może"[22].
Niemal w rocznicę balu, 3 marca 1934 roku, Wandzie i Henrykowi urodził się syn - Jacek. Mały zadrukowany kartonik, który zachował się w rodzinie, świadczy, że poprzedzający narodziny ślub był cichy i ogłoszony post factum: "Wanda Rudeńska i Henryk Kuroń mają zaszczyt zawiadomić, że ślub ich odbył się 31-go Października 1933 r. we Lwowie". W lewym dolnym rogu dopisek: "Lwów, w listopadzie 1933".
"Ojciec marzył, żeby przeżyć rzeczy wielkie, ale się zakochał w mamie, która była podobno najpiękniejszą panną we Lwowie - pisał Jacek w Wierze i winie. - W dodatku z rodziny profesorsko-generalskiej, a on był proletariuszem, robotnikiem. Zrobił jej dziecko, czyli mnie, i musiała za niego wyjść.[...] Mama opowiadała mi, jak gorzko płakała, trzymając mnie na ręku, że skończyło się jej życie. Siostry tańczyły, bawiły się, a ona siedziała ze mną".
Ledwo Jacek skończył dwa lata, ojciec wziął go na wielką manifestację, jaką stał się pogrzeb Władysława Kozaka, zabitego przez policję 14 kwietnia 1936 roku podczas protestu bezrobotnych.
"Gigantyczna demonstracja. Oglądałem jej początek z pleców kumpla ojca, Grocha, bo tato jako jeden z czołowych działaczy PPS szedł z przodu delegacji" - pisał Jacek. Jego brat Felek zapamiętał tę historię inaczej: to ojciec niósł Jacka na barana w pochodzie, a kiedy zaczęła się strzelanina, zostawił go u jakichś ludzi i potem nie mógł sobie przypomnieć u kogo. Jacek wielokrotnie opowiadał o pogrzebie Kozaka, swoim pierwszym robotniczym pochodzie, jakby naprawdę miał go przed oczyma. A przecież co mogło zapamiętać dwuletnie dziecko?
Kondukt ruszył z kostnicy[23] przez całe miasto na odległy cmentarz Janowski. Trumna otoczona lasem sztandarów, za nią delegacje z wieńcami. "Na pl. Bernardyńskim zagrał karabin maszynowy - czytamy w artykule, który Henryk Kuroń napisał na dwudziestą rocznicę wydarzeń. - Wśród niosących trumnę zamieszanie. To trafiony został kulą z karabinu maszynowego robotnik z Zakładów Czyszczenia Miasta. Trumna leci z trzaskiem na bruk. Odkrywa się wieko i martwy Kozak po raz drugi pada na lwowski bruk. To, co później się działo, trudno opisać. Szał wściekłości ogarnął uczestników pogrzebu. Część idących podbiega do żelaznego parkanu, który otaczał miejscowy bazar, wyłamuje łomy żelazne. Inni wyrywają sztaby z wystaw sklepowych, drą kostkę z bruku i tak uzbrojeni atakują karabin maszynowy. Ciało Kozaka, włożone z powrotem do trumny, znowu wzniosło się ponad głowami i kondukt rusza dalej. Teraz każdy prawie jest uzbrojony, trzyma w ręku łom żelazny, kratę lub kamień. Osobliwy, ponury, wstrząsający widok. Słychać tylko brzęk tłuczonych szyb, wywracane tramwaje i krzyk: "Nie rabować! Niszczyć! Nie rabować!". Jeszcze raz na wysokości ulicy Rzeźnickiej, na Wałach Hetmańskich, ostrzelani zostają niosący trumnę. Znowu trumna spada na bruk. Jeszcze raz trup Kozaka pada na ulicę. Sznurkami, paskami od spodni wiążą towarzysze rozlatującą się trumnę i pochód uparcie prze dalej"[24].
Podziurawioną kulami trumnę z ciałem Kozaka pochowano dopiero po zmierzchu. Podczas demonstracji zginęło czternaście osób, setki rannych trafiły do szpitali[25]. Potem nastąpiły masowe aresztowania, PPS i związki zawodowe ogłosiły na 20 kwietnia strajk generalny, we Lwowie nie pracowały tego dnia nawet restauracje, kina i bazary, na opustoszałych ulicach widać było robotników z czerwonymi kokardkami z krepą. Pogrzeb stał się wielkim wydarzeniem nie tylko na skalę Lwowa.
Aż dziw, że Henryk Kuroń zdecydował się zabrać ze sobą malutkiego Jacka, wiedząc, że na pogrzeb przyjdą tłumy i może dojść do rozruchów. Od kiedy założył rodzinę, sprawy publiczne i polityka były w jego życiu - inaczej niż wiele lat później jego syna - na drugim planie. A Jacek od początku był jego największą miłością.
Rolę ojca i głowy rodziny traktował z należytą powagą, dbał o dom i utrzymanie. W roku urodzenia Jacka udało mu się zatrudnić w dzienniku "Wiek Nowy", gazecie krytykowanej za pogoń za sensacją i wspieranie kolejnych rządów, ale liberalnej, kierowanej przez powszechnie szanowanego Bronisława Laskownickiego, prezesa lwowskiego Syndykatu Dziennikarzy i cichego sympatyka lewicy[26]. Kuroń zarabiał przyzwoicie, jednak sławy jako dziennikarz nie zdobył; nigdy nie dobił się pozycji publicysty czy felietonisty, a tylko ci podpisywali wtedy artykuły.
Zajmował się w redakcji wieloma sprawami, robił dodatek sportowy i dodatki techniczne. Przygotowywał też informacje z depesz, o czym opowiadał w anegdotce z czasu wojny domowej w Hiszpanii: "Komunikaty robiłem jednego dnia ja i wtedy wychodziło, że Franco dostaje takie lanie, że aż się kurzy, co ludzie z radością czytali. Ale gdy na drugi dzień robił te komunikaty Karol Dziuka - endek - manto dostawali republikanie"[27].
Nadal udzielał się w PPS, wiążąc się z jego lewym skrzydłem, bardzo silnym we Lwowie. Jesienią 1934 roku był przy zakładaniu "Trybuny Robotniczej"[28] - naczelnym gazety został Jan Szczyrek, przewodniczący lwowskiej PPS.
Henryk lubił wspominać z dumą, że opublikował artykuł o pobiciu komunistów we lwowskim więzieniu Brygidki. Opowiadał też, że przesłuchiwano go w tej sprawie, ale swoich informatorów nie zdradził i dostał sześć miesięcy w zawieszeniu. Jako miejsce publikacji wymieniał różne pisma lewicowe, tekstu nie udało nam się nigdzie znaleźć. Zresztą nie mógł być skazany, przed sądem stawali wtedy z reguły tak zwani sitzredaktorzy, podpisujący gazetę jako redaktorzy odpowiedzialni.
Po pogrzebie Kozaka w zbuntowanym, na krótko czerwonym Lwowie zaczęły się przygotowania do Zjazdu Pracowników Kultury, głośnej imprezy zainicjowanej przez komunistów, ale wspieranej przez wielu lewicowych inteligentów, którzy w obliczu faszystowskiego zagrożenia gotowi byli współpracować z komunistami. Władysław Broniewski, jeden z uczestników zjazdu, na łamach "Wiadomości Literackich" napisze: "Niepodobna zapomnieć o tej drewnianej trumnie, która niedawno płynęła tędy, ulicami Lwowa, wśród świstu kul, jęku rannych i umierających, nie trumna już, ale sztandar czerwony zbroczony świeżą krwią robotników"[29].
Henryk Kuroń w powojennej komunistycznej publikacji o zjeździe wymieniony był jako jedna z dwóch osób odpowiedzialnych za kontakty ze środowiskiem dziennikarskim[30]. Sam pisał: "W 1936 zostaję wybranym Sekretarzem Syndykatu Dziennikarzy lwowskich i jako sekretarz współorganizuję zjazd kultury"[31]. Kuroń, lubiany i aktywny, był typem osoby, którą chętnie się wybiera do władz organizacji. W innym miejscu pisał, że na sekretarza "został wybrany głosami kolegów Żydów"[32]. Po latach wspominał z uniesieniem "tę wspaniałą chwilę", kiedy w nabitej po brzegi sali lwowskiego Teatru Wielkiego Władysław Broniewski recytował swój wiersz Zagłębie Dąbrowskie: "Na Hutę Bankową, na Reden... / - Zapalać! Gotowe? - Gotowe!", a sala krzyczała do wtóru: "Gotowe!"[33].
Broniewski opublikował potem w "Wiadomościach Literackich" artykuł wysławiający zjazd, z którego Antoni Słonimski naigrawał się na tych samych łamach: "Przeciętny czytelnik może na serio myśleć, że we Lwowie zjechała się jakaś elita literacka". Czemu zatem - pytał - nie zaproszono na przykład Boya, Tuwima, Nałkowskiej czy Parandowskiego? "Zjazd miał zaufanie do p. Jampolskiego, ale nie miał zaufania do mnie. Muszę wyznać, że ten brak zaufania jest obustronny". Zauważał, że nie przybyli też na zjazd lewicowi pisarze ukraińscy niekomuniści, którym zapowiedziano, że nie wolno będzie nic mówić przeciw dyktaturze w Sowietach. "Można więc w gmachu teatru miejskiego we Lwowie, za pozwoleniem władz polskich, protestować przeciw "obozom koncentracyjnym" i "brutalnemu terrorowi politycznemu", ale nie wolno nawet wspomnieć, że w Sowietach też są "obozy koncentracyjne" i "brutalny terror polityczny""[34].
W tym czasie pepeesowskie środowisko Henryka skłaniało się do współpracy z komunistami, którzy intensywnie o to zabiegali. Tak zwaną politykę jednolitego frontu, mającego łączyć lewicowców i postępowców różnych odcieni w walce przeciwko faszyzmowi, Moskwa zaczęła propagować wkrótce po dojściu Hitlera do władzy. Jednak w Polsce, gdzie silne były nastroje antysowieckie i antybolszewickie, wielkich sukcesów nie osiągnęła. Kiedy w 1936 roku wybory we lwowskiej PPS wygrali zwolennicy jednolitego frontu, warszawska centrala rozwiązała tamtejszą organizację. W ten sposób Kuroń, co potem wielokrotnie podkreślał w peerelowskich życiorysach, został z PPS wyrzucony.
Rodzina Kuroniów mieszkała już wtedy w pięknej nowej kamienicy na tak zwanych Górkach, w atrakcyjnej dzielnicy tuż obok parku Kilińskiego. Mieszkanie musiała załatwić Wanda, bo był to dom wybudowany przez ZUS dla pracowników tej instytucji[35]. Budynek przetrwał do dziś, Jacek odwiedził Stryjską podczas obu wizyt we Lwowie w 1992 i w 2002 roku, już na wózku. Pamiętałyśmy opowieści Jacka, jak uciekał przez okno przed ojcem, gdy coś nabroił (na przykład zjedli z Wackiem ciastka przeznaczone dla gości), i przeskakiwał przez pobliski murek. I my tam byłyśmy, oglądałyśmy: wysoki parter solidnego pięciopiętrowego domu wrośniętego w szereg podobnych budynków, tuż za oknem murek, jedno i drugie wysokie, ale kilkuletni Jacek przy swojej zawadiackiej odwadze chyba mógł się zdobyć na aż takie skoki.
Mieszkała tam "postępowa inteligencja", zauważał Jacek, ale rozpisywał się o "styku z kompletnymi lumpami" z pobliskich baraków dla bezrobotnych: "Chłopcy stamtąd - należałem do ich bandy, bo choć szczawik, zachowywałem się dzielnie - bili się z chłopcami z naszego podwórka. O świcie wychodziłem z domu i ginąłem, mama zawsze opowiadała, jak to w nocy szukali Jacusia. Wreszcie znajdowali, gdzieś na Górkach przy ognisku leżałem kompletnie umorusany, jadłem pieczone kartofle albo już spałem. Ci z baraków tak koczowali, ogień się palił, chłopaki i starsi opowiadali różne historie, dziwne, bandziorskie, wspaniałe. Tu krew tryska, tu on jego nożem. Czarna Mańka jak żywa - takich historii w strzępach pamiętam mnóstwo. Tata mnie niósł na rękach do domu, zapowiadał, że dostanę w dupę. I rzeczywiście ze dwa razy przylał mi porządnie, ale zwykle to były żarty".
Swoją biografię zaczyna od wspomnienia, jak ogląda przedstawienie O dwóch takich, co ukradli księżyc: "Kiedy czarownik wsadzał Jacka i Placka do worka, zerwałem się i z rykiem ruszyłem na scenę, żeby ich ratować. Pamiętam ten paraliżujący strach i taką niesłychaną siłę, żeby go opanować. Krzyczałem, żeby ten strach zagłuszyć w sobie. Pędziłem na scenę. Już byłem przy czarnoksiężniku, widziałem jego twarz - koszmar. Ryczącego wyniesiono mnie na rękach ze sceny do foyer, gdzie siedziała babcia"[36].
Jacek zapamiętał odwiedziny babci Karoliny Krzemińskiej, jak nie dała żebrakowi pieniędzy, bo - jak powiedziała - to Żyd, a Żydzi zamęczyli Pana Jezusa. "Dla mnie to były wszystko nowe wiadomości, więc poszedłem do taty i on mi powiedział, że nie ma Pana Boga ani Pana Jezusa nie było, to wszystko są łgarstwa, które wymyślają głupie baby. Przyjąłem to natychmiast, bo jak komuś nie można dać pięciu groszy dlatego, że jest Żyd, to cała wiara jest oszustwem".
Jacek, około 1938 roku.
Henryk i Wanda, zajęci pilnowaniem nadaktywnego Jacka i życiem rodzinnym, pracą zarobkową, a w wypadku pana Kuronia także działalnością społeczną, znaleźli czas, by tuż przed wybuchem wojny skończyć studia i zrobić dyplom; on został inżynierem mechanikiem, ona - magistrem prawa. Na uczelnie chodzili pewnie z rzadka, ale niemożliwe, by nie otarli się o burdy antysemickie, które w końcówce lat trzydziestych osiągnęły niebywałe rozmiary. "W tych ciemnych korytarzach, w hallu, klozetach, na salach wykładowych bojówki Młodzieży Wszechpolskiej [...] uzbrojone w kastety, okute pałki i noże napadają zwartą grupą na pojedynczych studentów, nie istnieje żadna możliwość fizycznej obrony - pisał Franciszek Gil, świeżo upieczony student wydziału prawa, który właśnie kończyła Wanda Kuroń. - Gmach na podstawie ustawy o szkołach akademickich jest eksterytorialny, policja nie ma prawa wstępu w jego obręb, rektorzy nawet w razie zaistnienia konieczności nie wzywają jej pomocy, służba porządkowa (woźni) jest sterroryzowana i niedostateczna, wobec bojówek i napadów zachowuje się całkowicie biernie, a nawet z sympatią". I dodawał, że w rzadkich wypadkach ustalenia sprawców napadu władze uniwersyteckie, które za sfałszowanie podpisów w indeksie karzą zawsze relegacją, za zmasakrowanie łomem żelaznym kolegi studenta - dają naganę. Liczba przestępstw na uczelni "jest daleko wyższa niż ilość przestępstw popełnianych na najdzikszym przedmieściu"[37].
Gdzieś w tym czasie Henryk Kuroń, jak wspominał, opublikował tekścik o korporantach antysemitach. "Prasa burżuazyjna rozdziera szaty i krzyczy o rozjuszeniu obyczajów - pisał - kiedy batiary Gródeckiego albo Zamarstynowa podźgają się nożami", a nie piętnuje "paniczyków złotych", którzy na Pohulance pobili się do krwi ze studentami żydowskimi. Po tej publikacji był ponoć wyzwany przez piętnastu korporantów na piętnaście pojedynków, do których jednak "jakoś nie doszło"[38].
Barwne opowieści Henryka Kuronia mają to do siebie, że nie oddają grozy sytuacji. Lwów pod koniec lat trzydziestych był - jak czytamy we wspomnieniach Jerzego Lerskiego - "tragicznym ośrodkiem akademickim, gdzie jeśli się nie chciało nosić "mieczyka Chrobrego" (oznaki przynależności do Młodzieży Wszechpolskiej) w klapie marynarki, to bezpieczniej było chodzić z bronią na wykłady uniwersyteckie"[39]. W marcu 1939 roku we lwowskich akademikach - w tym w Domu Technika - policja przeprowadziła rewizje, podczas których znalazła znaczne ilości broni (rewolwery, granaty ręczne, kastety, sztylety, łomy żelazne, pałki okute ołowiem, żarówki wypełnione gazem i płynami żrącymi, materiały do wyrobu środków wybuchowych). Dom Technika, w którym w latach dwudziestych Kuroń i jego koledzy z Życia drukowali lewicową bibułę i przechowywali komunistów, od dawna nie był już miejscem, gdzie ludzie ich pokroju mogliby ujawniać się ze swoimi poglądami[40]. Teraz drukowano tam podziemną prasę pogromową, wylewała się z niej nienawiść do Żydów, Ukraińców oraz tych Polaków, którzy nie chcieli ich nienawidzić.
Na dyplomie Henryka Kuronia widnieje data "maj 1939 roku". Zaraz po obronie wyjechał na Walny Zjazd Dziennikarzy jako delegat syndykatu lwowskiego. Zjazd początkowo miał się odbyć w Poznaniu, ale przeniesiono go do Gdyni, by zamanifestować, że "Polska od morza odepchnąć się nie da". Odbywał się dwa tygodnie po przemówieniu ministra spraw zagranicznych RP Józefa Becka, który odpowiadając na wypowiedzenie przez Hitlera paktu o nieagresji i niemieckie żądania oddania korytarza gdańskiego, mówił w Sejmie: "Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor"[41]. Prezes Związku Dziennikarzy deklarował na otwarcie zjazdu: "Męskim słowom ministra Becka towarzyszy jednolity chór polskiej prasy powtarzającej zgodny rytm każdego polskiego serca". Jego wystąpienie przerywały burzliwe brawa. Największe oklaski zbierali obecni przedstawiciele armii i floty, na których ręce składano "hołd dla polskiej siły zbrojnej i jej Naczelnego Wodza"[42].