Jabłko - Herbert George Wells

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JABŁKO

- Muszę się tego pozbyć - rzekł człowiek, siedzący w kącie przedziału kolei żelaznej, przerywając nagle milczenie.

Pan Hincliff podniósł głowę, nie dobrze rozumiejąc o co idzie. Dotychczas był pogrążony w kontemplacji swego płaszcza studenckiego, który związany rzemieniem, leżał z boku walizy, a był to znak zewnętrzny jego świeżo uzyskanej pozycji pedagogicznej; rozkoszował się w myśli tym płaszczem i przewidywał miłe wrażenia z jego powodu. Gdyż p. Hincliff świeżo zapisał się do uniwersytetu londyńskiego i jechał właśnie, by objąć posadę podnauczyciela w szkole przygotowawczej w Holmwood. Stanowisko godne zazdrości! Ze zdumieniem spojrzał na towarzysza podróży w drugim kącie przedziału. - Dlaczegoby mu nie dać? - mówił do siebie tamten. Był to człowiek wysokiego wzrostu, o cerze matowej i opalonej. Nerwowo złożył na krzyż ręce na piersi, a nogi położył na przeciwnej ławeczce. Zaczął kręcić swe czarne bardzo długie wąsy, oczy utkwiwszy w koniec butów. - Dlaczegoby nie? - powtórzył raz jeszcze. Pan Hincliff zakaszlał. Towarzysz podróży podniósł swe oczy przenikliwe i przez minutę może przyglądał się posępnie sąsiadowi. - Tak - mówił powoli - dlaczego nie? - Nie rozumiem pana - rzeki p. Hincliff, raz jeszcze zakaszlawszy. - Nie rozumie mnie pan - mechanicznie powtórzył obcy, a jego dziwne oczy błądziły od Hincliffa do walizy, na której zwieszał się ostentacyjnie płaszcz, i znów wracały do twarzy młodzieńca, świeżym wąsikiem omszonej. - Słowa pańskie są tak niepowiązane, uważa pan - tłómaczył się pan Hincliff. - Dlaczego nie? - rzekł tamten, idąc za swoją myślą. - Pan jest studentem? - zapytał, zwracając się do Hincliffa. - Jestem studentem uniwersytetu w Londynie, przez korespondencję - odrzekł współtowarzysz z nieukrywaną dumą i nerwowym ruchem podnosząc rękę do krawata. - W pogoni za wiedzą - rzekł obcy pan. I naraz opuścił nogi z ławeczki, położył pięść na kolanie i patrzał się na Hincliffa, jakgdyby nigdy w życiu nie widział jeszcze studenta. - Dobrze! - powiedział i wyciągnął palec wskazujący. Potem się podniósł i z siatki wyjął torbę skórzaną, którą otworzył. Nie mówiąc ani słowa, wyjął z niej przedmiot okrągły, obwinięty srebrnym papierem, który; zaczął starannie rozwijać. Zbliżył ten przedmiot do Hincliffa. Był to owoc, niewielkiej miary, żółto-złoty, nader miły w dotyku. Hincliff na chwilę otworzył usta i oczy. Nie próbował wziąć owocu do ręki, choćby mu to nawet i proponowano. - Jest to - mówił fantastyczny podróżnik, powoli, sylabizując - jest to jabłko z Drzewa Wiedzy... Spójrz pan: małe, świecące, cudowne... Wiedzy!.. I właśnie chcę je panu dać. Umysł Hincliffa miał jedno mgnienie ciężkiego wysiłku; potem oczywiste wyjaśnienie: warjat! przeszło mu przez głowę i wytłómaczyło sytuację; warjat wesołego humoru. Pochylił nieco głowę. - Jabłko z Drzewa Wiedzy? hę! - rzekł, oglądając owoc, przybrawszy minę żywego zajęcia, a potem patrzał na swego sąsiada. Ale czemu nie zje go pan sam? A zresztą, jakiemi drogami jabłko to dostało się do pana? - Owoc ten nigdy nie więdnie. Mam go już trzy miesiące i jest zawsze błyszczący, gładki, dojrzały i pożądany, jak pan widzi. Położył rękę na kolanie i marzącem okiem spoglądał na jabłko; potem nanowo zaczął je obwijać w srebrne papiery, jakby zmienił swój zamiar dania go studentowi. - Ale jakże pan dostał to jabłko? - zapytał Hincliff, który posiadał zmysł argumentacji - i skąd pan wie, że to jest owoc z tego Drzewa? - Kupiłem ten owoc - rzekł starzec - trzy miesiące temu, za czarkę wody i kawałek chleba. Człowiek, który mi ustąpił, ponieważ moje starania uratowały mu życie - był Ormianinem. Armenja! ta kraina cudowna! pierwsza ze wszystkich krain! kraina, w której Arka Noego została do dziś pogrzebiona w lodowcach Araratu. Człowiek ten, mówię, uciekał wraz z innymi przed bandą Kurdów, którzy ich napadli, i dostał się w puszczyzny górskie, w miejsca, których nikt na świecie nie zna. Uchodząc przed pościgiem, znaleźli się na wysokiej kolebie śród szczytów górskich. Rosła tam trawa zielona, której listki były jak ostrza i cięły nielitościwie tych, coby się ośmielili przestąpić ich granicę. Kurdowie byli tuż za uciekającymi, którzy nie mieli teraz innej drogi wybawienia, jak rzucić się w tę trawę - a co najgorsza, że ścieżki wyrobione przez nich za cenę krwi - służyły Kurdom jako linja pościgu. Wszyscy zbiegowie zostali zabici, wyjąwszy tego Ormianina, oraz drugiego. Słyszał on krzyki i jęki swych towarzyszów i szelesty traw, poruszanych przez Kurdów, lecz nie widział nic, bo trawa była tu niemal wzrostu człowieka. Słyszał wołania i błagania, a gdy się w końcu zatrzymał, wszystko dokoła było pogrążone w milczeniu. Szedł dalej przed siebie, nie wiedząc już co robi, obdarty i pokrwawiony, aż przybył do skalnego muru nad przepaścią, skąd zobaczył poza sobą trawy płonące pożarem i dymy, które jak zasłona, stanęły między nim a wrogami. Starzec zamilkł na chwilę. - Tak, - powiedział Hincliff - a cóż potem? - Był więc sam, raniony i posiekany przez ostre noże trawy, śród urwisk rozżarzonych od promieni słońca i dymów pożaru, który szedł ku niemu. Nie miał odwagi tu zostać. Nie szło mu o śmierć, lecz o męczarnie... W dali, po przez dym, słyszał wołanie i skargi. To kobiety jakieś krzyczały. Zaczął więc iść w górę po skałach, gdzie rosły krzaki o suchych gałęziach, które jak ciernie wysuwały się z pomiędzy liści; tam ukrył się w rodzaju pieczary. Znalazł tu swego towarzysza, pasterza, który także uniknął rzezi. Uważając chłód, głód i pragnienie za drobną rzecz wobec okrucieństwa Kurdów, obydwaj wdzierali się na wysoczyzny, śród lodów a śniegów. Błądzili trzy dni. Na trzeci dzień mieli widzenie. Przypuszczam, że ludzie wygłodniali często miewają widzenia, ale wskutek tego zyskaliśmy ten owoc. Podniósł trzymane w ręku jabłko w srebrnym papierze. - Słyszałem tę opowieść z ust innych górali, którzy znali tę legendę. Było to wieczorem, w godzinie, gdy liczba gwiazd się powiększa. Schodzili po pochyłości gładkich skał, prowadzących do ogromnej posępnej doliny, w której rosły dziwnie pogięte drzewa, a z drzew zwisały małe kule błyszczące jak robaczki świętojańskie, dziwne światła, okrągłe i żółte. Nagle dolina zapromieniała w wielkiej dali: złoty ogromny płomień powoli zbliżał się ku nim, skutkiem czego karłowate drzewa zdawały się teraz czarne jak noc, rzucając na pochyłości - kontury przedmiotów, złote refleksy od owoców. Na to widzenie, obaj ludzie, znając legendy górskie, pojęli, że widzą Eden i padli twarzą na ziemię, jak ludzie ugodzeni śmiercią. Gdy ośmielili się podnieść oczy, dolina była znów w ciemności, a potem światło znów się ukazało i szło ku nim, przezroczyste jak bursztyn... Na ten widok pasterz skoczył i z wielkim krzykiem pędzić począł co siły ku temu światłu; drugi był zbyt przerażony, by iść za nim. Stał osłupiały, i patrzał na towarzysza, który biegł ku temu ruchomemu blaskowi. Zaledwie pasterz zaczął swój bieg, gdy słyszeć się dał jakby huk piorunu, uderzenia skrzydeł niewidzialnych nad doliną. Stanął i ogarnęło go niewymowne przerażenie. Opowiadając mi tę historję, biedny człowiek, który mi dał owoc, jeszcze bojaźliwie spoglądał dokoła siebie, jakby chcąc się ratować. Schodząc po pochyłości z najwyższym pośpiechem, śród wrzawy huczącej po za nim, uderzył o jedno z drzew karłowatych, i dojrzały owoc spadł mu do ręki: ten! Natychmiast go otoczył szelest skrzydeł i odgłos piorunów. - Padł i zemdlał, a gdy wrócił do zmysłów, znajdował się pośród ruin dymnych i poczerniałych swego sioła, gdzie ja właśnie w towarzystwie kilku innych osób opatrywałem rannych. Widzenie!?... Ależ jeszcze miał w ręku złoty owoc z drzewa. Byli tam i inni ludzie, którzy znali legendę i wiedzieli, czem jest ten dziwny owoc. Podróżny zamilkł.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI