Jabłko Berło Tron. Imperium Malazańskie. Tom 4 - Ian C. Esslemont

Kup ebooka

62.00 zł
52.70 zł (49,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dramatis personae

W Darudżystanie

Coll: rajca

Ral­lick Nom: eme­ry­to­wany skry­to­bójca

Krute: skry­to­bójca

Uczony Ebbin: nie­za­leżny anty­kwa­riusz/histo­ryk

Torvald Nom: czło­wiek uro­dzony w Daru­dży­sta­nie

Tiserra: żona Torvalda, garn­carka

Jeshin Lim: rajca

Redda Orr: raj­czyni

Bara­thol Mekhar: kowal

Scil­lara: żona Bara­thola

Vor­can Radok/pani Varada: głowa domu Nomów, dawna wład­czyni Gil­dii Skry­to­bój­ców

Pani Zawiść: odwie­dza­jąca Daru­dży­stan szlach­cianka i użyt­kow­niczka magii

Thu­rule: straż­nik Pani Zawi­ści

Leff: straż­nik

Plama: straż­nik

Wyka­łaczka: była żoł­nierka z Pod­pa­la­czy Mostów, obec­nie wspól­niczka w Barze K'rula

Nie­widka: była żoł­nierka z Pod­pa­la­czy Mostów, obec­nie wspól­niczka w Barze K'rula

Trzpień: były Pod­pa­lacz Mostów

Duiker: dawny mala­zań­ski histo­ryk impe­rialny

Rybak: bard, regu­larny gość w Barze K'rula

Madrun: eks­tra­wa­gancki straż­nik w Rezy­den­cji Nomów

Lazan Drzwi: eks­tra­wa­gancki straż­nik w Rezy­den­cji Nomów

Suko­smyk (albo Sumienny Kosmyk): kasz­te­lan

Z Koterii T'orrud

Baruk: alche­mik

Taya: tan­cerka i skry­to­bój­czyni

Hin­ter: nie­ży­jący nekro­manta

Aman: dawny skle­pi­karz

Deru­dan: cza­row­nica

W gospodzie "Pod Feniksem"

Meese: wła­ści­cielka

Sulty: kel­nerka

Scu­rve: bar­man

Jess: nowa kel­nerka

Chud: kucharka

Kruppe: zło­dziej

Na Odpryskach

Mala­kai: zło­dziej

Ner­wu­sik: mala­zań­ski wete­ran

Jal­lin Sko­czek: poszu­ki­wacz skar­bów

Orchi­dea: młoda kobieta

Corien Lim: młody męż­czy­zna z daru­dży­stań­skiej rodziny szla­chec­kiej

Seguleh

Jan: Drugi

Gall: Trzeci

Palla: Szó­sta

Lo: Ósmy

Oru: Jede­na­sty

Iralt: Pięt­na­sta

Shun: Osiem­na­sty

Ira: Dwu­dzie­sta

Beru: z Czwar­tej Dzie­siątki

Horul: z Pierw­szej Setki

Sall: z Pierw­szych Trzy­stu

Sen­gen: kapłan

Na Brzegach Stworzenia

Leoman/Jhe­val: Agent Kró­lo­wej Snów

Kiska: była szponka

Twórca: miesz­ka­niec

Korus: potężny demon

Then aj Ehlien/The­naj: miesz­ka­niec

Malazańczycy

Ara­gan: amba­sa­dor w Daru­dży­sta­nie, dowódca mala­zań­skich wojsk na Gena­bac­kis

Kapi­tan Dre­shen Harad' Ul: adiu­tant Ara­gana

Pięść K'ess: dowódca wojsk w cen­tral­nych pro­win­cjach mala­zań­skich

Kapi­tan Fal'ej: prawa ręka pię­ści K'essa

Pięść Step­pen: dowódca połu­dnio­wych sił mala­zań­skich

Sier­żant Hek­tar: sier­żant z dwu­dzie­stej Trze­ciej Dru­żyny Trze­ciej Kom­pa­nii Siód­mego Legionu Dru­giej Armii

Kapral Mała: uzdro­wi­cielka z dru­żyny

Kość: sabo­ta­ży­sta

Ben­dan: rekrut. Rodo­wity daru­dży­stań­czyk

Tarat: zwia­dow­czyni, rhi­vij­ska rekrutka

Inni gracze

Torn: mala­zań­ski attaché u Mala­zań­czy­ków

Galene: kapłanka srebr­nych Moran­thów, człon­kini ich rady rzą­dzą­cej

Yusek: poszu­ki­waczka przy­gód

Cala­dan Brood: naczelny wódz z pół­nocy, Ascen­dent

Jiwan: nowy czło­nek rhi­vij­skiej rady rzą­dzą­cej

Tse­rig: znany też jako "Bez­zębny", stary czło­nek rhi­vij­skiej rady rzą­dzą­cej

Cull Pięta: najem­nik nie­dawno przy­były z Kon­fe­de­ra­cji Wol­nych Miast

Morn: wid­mowy gość Odpry­sków

Top­per: dowódca impe­rial­nych skry­to­bój­ców, "szpo­nów"

Prolog

Czyż nie spo­glą­damy razem na mroczne wody jeziora I naszym oczom nie uka­zują się gwiaz­do­zbiory Obu pół­kul jed­no­cze­śnie?

Pie­śni miło­sne z Cyna­mo­no­wych Pust­kowi

Dzień odkry­cia zaczął się tak samo jak każdy inny. Ebbin wstał przed świ­tem i zała­twił potrzebę. Bez­zębna sta­ru­cha, będąca jego obo­zową kucharką, obu­dziła się już i goto­wała wodę na poranną her­batę oraz mączy­stą owsiankę. Zaj­rzał do namiotu dwóch war­tow­ni­ków, któ­rych wyna­jął tylko dla­tego, że uwa­żał, iż ktoś powi­nien pil­no­wać obozu. Obaj męż­czyźni spali. Miał wra­że­nie, że to nie jest wła­ściwa pro­ce­dura, jeśli cho­dzi o war­tow­ni­ków, ale i tak miał szczę­ście Bliź­nia­ków, że w ogóle udało mu się zna­leźć kogoś chęt­nego do pracy za marne pie­nią­dze, jakie mógł zaofe­ro­wać.

- Her­bata się gotuje - oznaj­mił i pozwo­lił, by poła opa­dła.

Obu­dził kop­nia­kami dwóch pomoc­ni­ków śpią­cych na pia­sku przy wyga­słym ogni­sku. Pła­cił tym ponu­rym mło­dzień­com kilka mie­dzia­ków mie­sięcz­nie za dźwi­ga­nie cię­ża­rów i cią­gnię­cie wozu. Podob­nie jak sta­ro­żytni miesz­kańcy tych oko­lic byli Gadro­bij­czy­kami, wywo­dzili się z ple­mion od nie­pa­mięt­nych cza­sów zamiesz­ku­ją­cych oko­liczne stepy. Żaden mia­stowy Daru nie mar­no­wałby czasu pośród sta­rych cmen­tar­nych wzgórz na połu­dnie od wiel­kiej metro­po­lii, jaką był Daru­dży­stan. Żaden poza Ebbi­nem, który jako jedyny z Uczo­nych Braci z Towa­rzy­stwa Filo­zo­ficz­nego (był jego ofi­cjal­nym człon­kiem) na­dal był prze­ko­nany, że można jesz­cze coś zna­leźć w dawno już prze­ko­pa­nych i obra­bo­wa­nych kryp­tach oraz gro­bow­cach.

Przy­glą­dał się jasnemu niebu, popi­ja­jąc słabą her­batę. Było czy­ste, a wie­trzyk powie­wał ane­micz­nie. Dobra pogoda na kolejny dzień badań. Ski­nął na mło­dzień­ców, odga­nia­jąc ich od ogni­ska, przy któ­rym grzali chude łydki, a potem wska­zał na odle­głe rusz­to­wa­nie. Dwaj war­tow­nicy pili her­batę, jak zwy­kle kłó­cąc się ze sobą zawzię­cie. Ebbin wie­dział, że gdy wie­czo­rem wróci do obozu, na­dal będą ogry­zać te same stare kości, co w dniu, gdy ich wyna­jął. Ludzie są różni, pomy­ślał.

Mło­dzieńcy zeszli ze wzgó­rza i zajęli pozy­cje przy wiel­kiej wcią­garce. Ebbin uklęk­nął na kamien­nym obmu­ro­wa­niu studni. Otwo­rzył starą kłódkę z brązu, uwol­nił żela­zne łań­cu­chy i roz­chy­lił skrzy­dła drew­nia­nej pokrywy. To, co znaj­do­wało się pod nią, niczym się nie róż­niło od innych sta­ro­żyt­nych studni, bar­dzo licz­nych w tym regio­nie, zalud­nio­nym ongiś przez Gadro­bij­czy­ków.

Co jed­nak może zna­leźć na dnie tej z pozoru zwy­czaj­nej studni? Och, co może tam zna­leźć! Sto­sun­kowo suchy i cie­pły okres, jaki roz­po­czął się w tej oko­licy przed kil­koma poko­le­niami, dopro­wa­dził do wyczer­pa­nia się zaso­bów wody i spadku poziomu wód grun­to­wych nie­mal o wzrost doro­słego męż­czy­zny. A ten spa­dek mógł odsło­nić to, co leżało ukryte przez tysiąc­le­cia! Nie­jed­no­znaczne wzmianki w mało zna­nych źró­dłach i notatki napi­sane na ich mar­gi­ne­sach dopro­wa­dziły go krok po kroku do wielu takich studni. Do tej pory każda z nich oka­zy­wała się jed­nak cał­kiem zwy­czajna. Pro­wa­dzone od wielu lat poszu­ki­wa­nia zawsze wio­dły go w ślepą uliczkę.

Ale może tym razem. Może wresz­cie okaże się, że mia­łem rację!

Prze­ło­żył nogi przez obmu­ro­wa­nie i opu­ścił je nad ciem­no­ścią, po czym dotknął dło­nią wewnętrz­nej powierzchni studni. Nie po raz pierw­szy zachwy­cił się umie­jęt­no­ściami sta­ro­żyt­nych budow­ni­czych. Kamień był taki gładki! O ile potra­fił to okre­ślić, otwór był dosko­na­łym okrę­giem. W porów­na­niu z tą stud­nią współ­cze­sne budowle wyda­wały się żało­śnie nie­udolne. Ich budow­ni­czo­wie myśleli tylko o kosz­tach, nie o wspa­nia­łym dzie­dzic­twie, jakie zosta­wią przy­szło­ści!

Się­gnął pod sie­dze­nie z desek i owi­nął zwi­sa­jący z niego sznur wokół ramie­nia. Spraw­dził torbę ze sprzę­tem, zawie­ra­jącą lampę, olej, mło­tek, dłuto i inne tego rodzaju rze­czy, po czym ski­nął na chło­pa­ków, wyda­jąc im roz­kaz. Wcią­garka zazgrzy­tała prze­szy­wa­jąco, gdy uwol­nili łań­cuch, i Ebbin zawisł nad pustką.

Zjeż­dżał ku dnu pośród nie­sa­mo­wi­tej ciszy, mąco­nej tylko dźwię­kiem przy­twier­dzo­nych do sznura dzwo­necz­ków. Uży­wał ich, gdy miał zamiar wró­cić na górę, by wezwać leni­wych chło­pa­ków, któ­rzy w upalne dni zawsze wyle­gi­wali się w cie­niu. Szarp­nął za sznur, każąc im się zatrzy­mać, po czym zapa­lił lampę. Potem dał sygnał do wzno­wie­nia powol­nej podróży w dół.

Pod­czas tych bez­gło­śnych zjaz­dów w mrok czuł się tak, jakby zanu­rzał się w oce­anie. Wtedy naj­sil­niej dopa­dały go wąt­pli­wo­ści. Co, jeśli dowody tu były, tylko ukryte przed jego oczami? Przy­su­nął lampę bli­żej twa­rzy i z uwagą przy­glą­dał się mija­nym kamie­niom, szu­ka­jąc jakichś cha­rak­te­ry­stycz­nych ele­men­tów. Jak zwy­kle pod war­stwą mułu i wyschnię­tych alg nie dostrzegł nic cie­ka­wego.

Kolejna porażka. A wyda­wało się, że wszyst­kie wska­zówki wio­dły wła­śnie do tego miej­sca.

Tafla wody na dole była czarna jak noc. Ebbin spró­bo­wał prze­su­nąć lampę, żeby się­gnąć po sznur, ale jego palce musnęły roz­ża­rzony brąz. Pisnął z bólu i wypu­ścił lampę. Spa­dała przez moment, a potem zga­sła. Z daleka dobiegł go plusk. Sie­dział w ciem­no­ści, prze­kli­na­jąc swą nie­zdar­ność i ssąc palce.

Nagle przed jego oczami poja­wiło się blade migo­ta­nie. Przy­mru­żył powieki i doszedł do wnio­sku, że to tylko gwiazdy, jakie cza­sami poja­wiają się w ciem­no­ści przed oczami. Ale lśniące iskierki nie zni­kały. Wyba­łu­szył oczy w nie­prze­nik­nio­nym mroku. Czy to mogły być pozo­sta­ło­ści magii groty? Osłony, pie­czę­cie i tak dalej.

I czy sama ich obec­ność nie potwier­dzała praw­dzi­wo­ści jego hipo­tez?

Wbił wzrok w ciem­ność, zapo­mi­na­jąc o pal­cach. Po jego brud­nej, spo­co­nej skó­rze prze­biegł dreszcz... odkry­cia.

Czy jed­nak nie mogło to być ostrze­że­nie dla intru­zów? Czy nie wła­śnie z tych pól cmen­tar­nych dobie­gły w swoim cza­sie szepty o powro­cie sta­ro­żyt­nego tyrana Raesta (jeśli rze­czy­wi­ście nastą­pił on tej cał­kiem nie­daw­nej nocy; wielu w to nie wie­rzyło, a jesz­cze wię­cej było takich, któ­rzy w ogóle o tym nie sły­szeli)?

Zaci­snął dło­nie, by uchro­nić je przed panu­ją­cym w studni chło­dem, i spró­bo­wał wygnać z umy­słu ata­wi­styczny lęk przed cie­niami. Prze­sądy! Był uczo­nym! Nie miał czasu na zabo­bonne obawy. Groty ist­niały, i można było nimi mani­pu­lo­wać, ale moc sama w sobie nie była zła. Nie miała świa­do­mo­ści. Sta­no­wiła po pro­stu kolejną siłę natury, którą trzeba było uwzględ­niać, podob­nie jak cię­żar albo esen­cja życia.

Ebbin usiadł wygod­niej w zim­nym, wil­got­nym mroku i ostroż­nie, nie­mal z czcią, wycią­gnął rękę. Jego palce musnęły zimny, zero­do­wany kamień. Pró­bo­wał wyma­cać jakiś otwór. Nagle poczuł coś pod koniusz­kami pal­ców - jakąś łuko­watą kra­wędź. Poja­wił się blask, blady i migo­tliwy. Pomy­ślał, że z pew­no­ścią się myli. Nie­moż­liwe, by w głębi dawno już zba­da­nej studni ist­niał tunel. Wpro­wa­dziły go w błąd nie­re­gu­lar­no­ści powierzchni kamie­nia. Powi­nien zaprze­stać tych bez­u­ży­tecz­nych wysił­ków i dać chło­pa­kom sygnał, żeby wycią­gnęli go na górę.

Wtem jego stopy w zno­szo­nych butach z koź­lej skóry zna­la­zły się w lodo­wa­tej wodzie. Wzdry­gnął się pod wpły­wem szoku i omal nie spadł z wąskiego sie­dze­nia. Szarp­nął gorącz­kowo za sznur, każąc chło­pa­kom się zatrzy­mać.

Ucze­pił się kra­wę­dzi ściany studni i odzy­skał rów­no­wagę. Miał wra­że­nie, że tunel był tu zawsze, nie­od­kryty i cier­pliwy, jakby cze­kał na niego. Otarł ręka­wem spo­coną twarz i z ulgą prze­łknął ślinę. Przez pewien czas sie­dział w bez­ru­chu. Jego oddech niósł się echem w zamknię­tej prze­strzeni, szybki i ochry­pły.

Może jed­nak mi się udało! Może zna­la­złem to, w czego ist­nie­nie inni nie chcieli uwie­rzyć! To może być gro­bo­wiec ostat­niego i naj­więk­szego z kró­lów tyra­nów Daru­dży­stanu.

A ja nic za cho­lerę nie widzę. Pocią­gnął za sznur, doma­ga­jąc się wycią­gnię­cia na górę. Bła­gam, bogo­wie, bła­gam... niech się okaże, że w obo­zie jest jesz­cze jedna lampa!

***

Nie było już żad­nej. Ebbin prze­szu­kał swój ekwi­pu­nek i namiot, a także namioty straż­ni­ków, ale na koniec był zmu­szony zje­chać na dół tylko z miękką, łojową świecą. Przez całą drogę osła­niał wątły pło­myk niczym dro­go­cenny klej­not. Gdy tylko jego stopy znowu dotknęły lodo­wa­tej wody, szarp­nął za sznur, roz­ka­zu­jąc chło­pa­kom się zatrzy­mać.

Uniósł świecę w zim­nym, nie­ru­cho­mym powie­trzu.

Czy to było tutaj? Czy się pomy­lił?

Wpa­try­wał się w ścianę studni, zbu­do­waną ze sta­ro­żyt­nych, zero­do­wa­nych kamieni, prze­su­wa­jąc świecę na boki.

Bogo­wie, bła­gam! Cóż to by było za odkry­cie. Wresz­cie zna­lazł to miej­sce. To nie była gładka bariera z cegieł i zaprawy murar­skiej zamy­ka­jąca tunel, lecz mroczna dziura po wyrwa­nych z muru kamie­niach.

Ten widok zła­mał Ebbi­nowi serce.

Porażka. Gro­bo­wiec obra­bo­wano, podob­nie jak wszyst­kie inne. Nie tra­fił tu pierw­szy. Przy­kuc­nął na chwilę. Łój spły­wał mu po pal­cach. Potem pod­niósł się z wes­tchnie­niem i wycią­gnął rękę. Pochy­la­jąc się nie­bez­piecz­nie, zdo­łał zła­pać za kamień i pod­cią­gnąć się w górę. Uniósł świecę. Tunel. Gład­kie ściany. I coś przed Ebbi­nem. Gruz?

Nagle zain­te­re­so­wany pod­cią­gnął się jesz­cze wyżej i zna­lazł się w wej­ściu wybi­tym w murze. Posu­wał się naprzód powoli, bo przez cały czas musiał uno­sić rękę, w któ­rej trzy­mał świeczkę, ale wresz­cie wczoł­gał się do tunelu, zosta­wia­jąc za sobą koły­szące się sie­dze­nie. Ruszył naprzód zaku­rzo­nym, peł­nym paję­czyn tune­lem, uno­sząc przed sobą świecę.

To było osy­pi­sko. Bariera z ziemi i kamieni.

Jak dawno temu powstało? Obej­rzał się na wybite w murze wej­ście i znowu ogar­nął go opty­mizm. Czy zdo­łali zapu­ścić się dalej? Czy to, co znaj­do­wało się za rumo­wi­skiem, mogło pozo­stać... nie­na­ru­szone?

Być może. Będzie musiał to spraw­dzić. Przyj­rzał się zbi­tej ziemi i skal­nym odłam­kom z docie­kli­wo­ścią ase­sora.

Wygląda na to, że nie unik­nie się kopa­nia w sta­rym stylu.

Zaczął się powoli wyco­fy­wać.

To będzie wyma­gało czasu.

***

Męż­czy­zna szar­pał się z cztery razy więk­szym od sie­bie stwo­rze­niem, pró­bu­jąc wycią­gnąć je ze wzbu­rzo­nych fal migo­tli­wego morza świa­tła. Płyn nisz­czył i pochła­niał ciało istoty niczym kwas. Buchały z niej kłęby pary i pokry­wały ją pęche­rze. Sły­chać było skwier­cze­nie. Towa­rzy­szyły mu nie­ludz­kie krzyki bólu i gniewu. Stwo­rze­nie wyma­chi­wało koń­czy­nami z prze­ra­że­nia, zada­jąc potężne, roz­pacz­liwe ciosy. Odbi­jał je jedy­nie dzięki srebr­nym roz­bły­skom mocy. Świe­tli­ste fale roz­pry­ski­wały się o nich obu. Męż­czy­zna ukląkł, pró­bu­jąc odto­czyć stwo­rze­nie.

- Czoł­gaj się! - wołał w prze­rwach mię­dzy falami. - Czoł­gaj się! Możesz to zro­bić!

- Płonę! - wołała istota, wście­ka­jąc się i pła­cząc.

- Czoł­gaj się!

- Umie­ram...

- Nie!

Spo­mię­dzy leżą­cych na plaży gła­zów wyło­niła się - bie­gnąc bądź kuś­ty­ka­jąc - grupka naj­roz­ma­it­szych stwo­rzeń. Wpa­dły w mor­skie fale. Wrzesz­czały i sapały, gdy ota­cza­jący je płyn zmie­niał się nagle w dym. Ciało scho­dziło z nich pasmami, pochła­niane przez kwa­sowe świa­tło.

- Nie! Wra­caj­cie! - ryk­nął prze­ra­żony męż­czy­zna.

Wspól­nie wycią­gnęli ogromną postać na czarny pia­sek. Nie­które mniej­sze stwo­rze­nia znik­nęły w pie­nią­cych się falach. Szu­kał ich gorącz­kowo, na oślep poru­sza­jąc rękami. Wycią­gnął z wody dwie maleń­kie, dymiące postaci i padł zmę­czony na pia­sek.

Olbrzy­mia istota o pta­sich sto­pach wark­nęła z wysiłku, pró­bu­jąc pod­nieść się na nogi. Jej ciało w nie­któ­rych miej­scach roz­pu­ściło się aż do kości. Z ran pły­nęła prze­zro­czy­sta posoka. Istota powle­kła się do dyszą­cego ciężko męż­czy­zny i opa­dła na kolana obok niego.

- Dla­czego?

Męż­czy­zna wsparł się na łok­ciach. Świe­tli­sta woda spły­wała po nim, nie zosta­wia­jąc ran. Dłu­gie czarne włosy lepiły mu się do czaszki.

- Nie z two­jej winy ciśnięto cię do tego morza, żebyś roz­pu­ścił się w nim cał­ko­wi­cie. To nie jest w porządku. Nie w porządku.

Istota popa­trzyła na niego ze zdu­mie­niem w gore­ją­cych niczym piece oczach.

- Nic ci się nie stało. Jesteś odporny. Czy jesteś... Ele­in­tem?

- Nie. Tylko czło­wie­kiem.

Olbrzym chrząk­nął z nie­do­wie­rza­niem.

- Z pew­no­ścią kimś znacz­nie wię­cej. Jestem Korus, Wysoko Uro­dzony z Alar Game­lon. Jak masz na imię?

Męż­czy­zna opu­ścił wzrok.

- Nie wiem. Utra­ci­łem je. Ale nadano mi nowe. The­naj.

Korus przy­kuc­nął na potęż­nych nogach i przyj­rzał się swej pazu­rza­stej dłoni. Jej pokryte łuskami ciało znik­nęło nie­mal cał­ko­wi­cie. Bia­ławe ścię­gna poru­szały się wysta­wione na dzia­ła­nie powie­trza.

- No cóż, The­naj. Cokol­wiek ze mnie zostało, należę do cie­bie.

Męż­czy­zna ski­nął dło­nią, odrzu­ca­jąc z gnie­wem tę ofertę.

- Nie. Nale­żysz teraz do sie­bie. Jesteś wolny od wszel­kich zobo­wią­zań. Od wezwań i wyko­rzy­sta­nia przez tych, któ­rzy posłu­gują się gro­tami, niech wszyst­kich spo­tka roz­pusz­cze­nie! Możesz robić, co tylko zechcesz.

Olbrzymi demon pochy­lił pokrytą łusko­wym pan­ce­rzem głowę. Poru­szył zło­tymi oczami, przy­glą­da­jąc się opu­sto­sza­łej czar­nej plaży.

- Zatem zostanę tutaj.

The­naj ski­nął z wdzięcz­no­ścią głową.

- Dobrze. W takim razie pomóż mi z tymi małymi stwo­rze­niami. Ich odwaga prze­ra­sta ich mądrość.

***

W dziel­nicy mająt­ków Daru­dży­stanu wysoki męż­czy­zna z haczy­ko­wa­tym nosem wró­cił do coraz pil­niej­szej pracy ryso­wa­nia nowego planu mia­sta, sko­pio­wa­nego ze sta­rego, który nabrał już rdza­wej barwy zama­zu­ją­cej szcze­góły. Pochy­lał twarz nisko nad weli­nem, cier­pli­wie skro­biąc na nim gęsim pió­rem.

- Mia­sto zawsze się odna­wia, mistrzu Baruku? - zapy­tał ktoś sto­jący tuż przy jego boku.

Wielki alche­mik pode­rwał się gwał­tow­nie i ude­rzył przed­ra­mie­niem w krysz­ta­łowy kała­marz, prze­wra­ca­jąc go. Na plan wylał się czarny płyn. Baruk odwró­cił się powoli i spoj­rzał na pęka­tego czło­wieczka sto­ją­cego przy nim. Był on tak niski, że led­wie się­gał głową ponad blat wyso­kiego stołu.

- Ojej. Kruppe naj­ser­decz­niej prze­pra­sza. Gdyby coś się wyda­rzyło, a prze­cież zawsze coś się wyda­rza, ten incy­dent z pew­no­ścią zosta­nie uznany za zło­wrogi omen.

Baruk wytarł gęsie pióro w szmatkę.

- To był tylko przy­pa­dek. - Wło­żył pióro do sto­jaka. - A swoją drogą, jak udało ci się tu dostać? Wzmoc­ni­łem wszyst­kie osłony.

Załza­wione żabie oczy spoj­rzały na niego nie­win­nie. Baruk pochy­lił się przy­gnę­biony.

- Obaj wiemy, co nam zagraża. Ostrze­żeń było wystar­cza­jąco wiele. Śmierć Śmierci na miłość wszyst­kich bogów. Zie­lona cho­rą­giew na noc­nym nie­bie. Roz­trza­ska­nie księ­życa i jego ponowne naro­dziny. Znisz­cze­nie Dra­gni­pura... - Mach­nął ręką. - Wybierz, co chcesz.

- Wszy­scy mają skłon­ność tak robić. - Gru­ba­sek wes­tchnął z zado­wo­le­niem i usiadł na wyście­ła­nym fotelu. - Łatwo jest wszystko prze­wi­dzieć po fak­cie... Czy może nawet po akcie? - Wyłu­pia­ste oczy zro­biły nagle zeza. Kruppe uniósł do twa­rzy jedwabną chu­s­teczkę. - Bogo­wie, chroń­cie nas przed taką wizją!

Sie­dzący na wyso­kim stołku Baruk przyj­rzał się gościowi, skła­da­jąc palce w pira­midkę pod pod­bród­kiem. Jego oczy rap­tem nabrały ostrzej­szego wyrazu.

- Oba­wiam się, że tym razem będziesz miał wię­cej trud­no­ści.

Do obu­tych w pan­to­felki stóp Krup­pego pod­szedł demon, jesz­cze niż­szy i bar­dziej otyły od niego. Baruk pomy­ślał, że gdyby Odmro­zin miał ogon, z pew­no­ścią by nim zamer­dał. Z obszer­nego rękawa gru­ba­ska - trzeba przy­znać, że brud­nego i wytar­tego - wyło­nił się zatkany kor­kiem pojem­nik na próbki. Kruppe otwo­rzył go i wyło­wił z niego rybę - nie­wielką i białą. Podał ją Odmro­zinowi, który natych­miast połknął przy­smak. Gru­ba­sek pogła­skał demona po łysej, sęka­tej gło­wie.

- To była rzadka jaski­niowa ryba albi­nos z jaskiń Jhag Odhan, Kruppe.

- Bar­dzo smaczna. Szcze­rze pole­cam. Na grzance.

- Co, poza okra­da­niem moich pó­łek z prób­kami i prze­ka­ba­ca­niem moich sług, skło­niło cię do tej wizyty? Przy­po­mi­nam sobie poprzed­nią, którą zło­ży­łeś cał­kiem nie­dawno, i to wspo­mnie­nie mnie nie uspo­kaja.

Gru­ba­sek pową­chał mleczny płyn wypeł­nia­jący sło­iczek, zmarsz­czył nos i odsta­wił naczy­nie na bok.

- Kruppe zasta­na­wiał się teraz, pod­czas faktu, jeśli można tak powie­dzieć, a prze­cież wła­śnie powie­dział, jakie codzienne czyn­no­ści, czy pozor­nie nie­winne wyda­rze­nia, okażą się, gdy spoj­rzymy na to po fak­cie, zapo­wie­dziami strasz­li­wego incy­dentu, który nad­cho­dzi albo i nie nad­cho­dzi, bo nie­wy­klu­czone, że wła­śnie mu zapo­bie­gli­śmy, postrze­ga­jąc go przed fak­tem.

Wsparł pod­bró­dek na bla­dych dło­niach i uśmiech­nął się do Baruka, który zamru­gał i zmarsz­czył brwi.

- Co masz na myśli?

Kruppe zatrze­po­tał prze­sad­nie wielką chu­s­teczką.

- Och, któż mógłby to odgad­nąć? Kto wie, co mogli­by­śmy odkryć, gdy­by­śmy poszu­kali głę­biej? Czy rze­czy od dawna ukryte przed gorą­cym bla­skiem słońca, ale w jakiś spo­sób na­dal zacho­wane, być może na wiecz­ność, dłu­żej, niż poży­jemy nawet my dwaj, mogłyby obu­dzić się z wes­tchnie­niem i otwo­rzyć nie­wi­dzące oczy?

Baruk obró­cił pió­rem w sto­jaku z rzeź­bio­nego ste­atytu.

- To, co mówisz, jest bar­dzo nie­po­ko­jące, Kruppe. Krąg na­dal pozo­staje zła­many... - pochy­lił głowę - ...dzięki ...komuś. Jego dosko­na­łość, która miała trwać wiecz­nie, ule­gła znisz­cze­niu. Poświę­cam cały swój czas i wszyst­kie siły sta­ra­niom, by to się nie zmie­niło... ale zakłó­ce­nia wywo­łane przez nie­dawne donio­słe incy­denty...

Potarł czoło i zgar­bił się, oka­zu­jąc nie­ty­pową dla niego sła­bość i wyczer­pa­nie.

Gru­ba­sek zmarsz­czył na moment brwi z zatro­ska­niem, ale ten gest pozo­stał nie­zau­wa­żony. Potem nadął pierś, choć tylko w bez­piecz­nej odle­gło­ści od prze­cią­żo­nych dol­nych guzi­ków kami­zelki.

- Nie roz­pa­czaj, Wasza Wielka Alche­micz­ność. Węgorz ma oczy sokoła! A gdyby miał koń­czyny, byłyby silne jak u pan­tery! Nie jest białą, wijącą się bez­ład­nie rybą albi­no­sem! Hmm... to zna­czy, że w prze­ci­wień­stwie do rze­czo­nej ryby jest za szybki, by można go było zła­pać w słoik!

***

W zauł­kach giełdy tan­ce­rek, pod jej wie­lo­barw­nymi mar­ki­zami i uno­szą­cym się w powie­trzu dymem z lase­czek kadzi­dła, krą­żyły pogło­ski o bez­pre­ce­den­so­wym poja­wie­niu się w kon­ste­la­cji naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych arty­stek nowej, nie­zwy­kle jasnej gwiazdy.

Ser­cem giełdy była Droga Wes­tchnień, cie­ni­sty zaułek, na który nie­przy­pad­kowo wycho­dziły otwarte wyku­szowe okna poko­jów miesz­ka­nek dziel­nicy. W chłodne wie­czory dziew­czyny czę­sto gro­ma­dziły się na ławecz­kach, by odbie­rać wyrazy uwiel­bie­nia zgro­ma­dzo­nych na dole zalot­ni­ków. Dziś wie­czo­rem dwo­rza­nie i młode zbiry roz­ma­wiali ze sobą z oży­wie­niem, wymie­nia­jąc pełne zachwytu opisy god­nego bogini wdzięku i kla­sycz­nej urody mło­dej tan­cerki. Tym­cza­sem na górze szyl­kre­towe grze­bie­nie z pasją cze­sały czarne jak noc włosy.

Poja­wiła się zni­kąd - drobna, fascy­nu­jąca zjawa, któ­rej pew­ność sie­bie kłó­ciła się z wie­kiem, na jaki wyglą­dała. Żadna szkoła nie mogła się pochwa­lić, że ją wykształ­ciła, choć wiele z nich z chę­cią przy­pi­sa­łoby sobie tę zasługę. Uma­lo­wane usta roz­cią­gnięte w tajem­ni­czym uśmieszku i piwne oczy z nutą zie­leni wymy­kały się nawet naj­spryt­niej sfor­mu­ło­wa­nym pyta­niom, odbie­ra­jąc cie­kaw­skim zdol­ność mowy. Do tej pory przy­znała tylko, że uczyła ją matka, która rów­nież była kie­dyś sławną tan­cerką.

Potem zaczął się romans. Jego echa wypeł­niły wszyst­kie zaułki. Mar­kizy trze­po­tały od tęsk­nych wes­tchnień podziwu, dwu­krot­nie sil­niej­szych niż zazwy­czaj! Nie­zwy­kle uzdol­niona i pra­co­wita tan­cerka (z pew­no­ścią o bar­dzo niskim pocho­dze­niu) i nie­śmiały syn szla­chec­kiego rodu (zubo­ża­łego i chy­lą­cego się ku upad­kowi). Zupeł­nie jak w sta­rych opo­wie­ściach! Jeshin Lim, mól książ­kowy, mało obie­cu­jący syn wiel­kiej ongiś rodziny Limów, kuzyn rajcy Shar­dana, któ­rego spo­tkał tak tra­giczny los, zako­chał się sza­leń­czo w tan­cerce pozba­wio­nej rodziny i konek­sji. Ich związku nie mogło tłu­ma­czyć nic poza czy­stą, gorącą miło­ścią.

Jed­nakże nie­które wyglą­da­jące przez okna dziew­częta wci­skały pięk­nie wypie­lę­gno­wane paznok­cie w skórę dłoni i odsła­niały per­łowe ząbki, szep­cząc, że z pew­no­ścią rzu­ciła na niego urok.

Potem wyda­rzyło się coś zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nego. Kuzyn zdo­był miej­sce w Radzie! Wszy­scy kiwali gło­wami z mądrymi minami, mówiąc, że miłość i poświę­ce­nie uta­len­to­wa­nej kobiety doda­dzą sił każ­demu męż­czyź­nie. A ścieżkę do Rady z pew­no­ścią uto­ro­wały mu złote kółeczka i bran­so­lety dobro­wol­nie zdjęte z jej jakże kształt­nych koń­czyn!

Cała sprawa musiała się jed­nak skoń­czyć w tra­giczny i łzawy spo­sób. Wszy­scy wie­dzieli, że tak zawsze dzieje się mię­dzy nie­do­bra­nymi kochan­kami. Lim osią­gnął tytuł rajcy i był teraz sta­now­czo zbyt ważny na zwią­zek z tak nisko posta­wioną kobietą.

W owie­wa­nych chłod­nie­ją­cym wie­trzy­kiem oknach grze­bie­nie prze­su­wały się gładko przez dłu­gie czarne włosy, a senne, uma­lo­wane koh­lem oczy wypeł­niała pełna satys­fak­cji świa­do­mość nie­unik­nio­nej kata­strofy.

I nagle w wyna­ję­tej kare­cie przy­był do jed­nej z sąsia­du­ją­cych z kwa­te­rami tan­ce­rek kamie­nic, w któ­rych wiele dziew­cząt miesz­kało na koszt swo­ich... nazwijmy ich patro­nami.

***

Kareta Lima zatrzy­mała się pod pry­wat­nym wej­ściem. Wysiadł z niej, spo­wity w ciemny płaszcz z kap­tu­rem. Do twa­rzy przy­ci­skał deli­katną złotą maskę zasła­nia­jącą jego rysy. Straż­nik ukło­nił mu się z sza­cun­kiem, odwra­ca­jąc wzrok, i odsu­nął rygiel.

Skie­ro­wał się ku zna­nym drzwiom w kory­ta­rzu na pierw­szym pię­trze i zapu­kał szybko cztery razy - ich umó­wiony kod. Jed­nakże drzwi się nie otwo­rzyły i nie objęły go nagie, gład­kie ramiona. Złota maska prze­su­nęła się w prawo i w lewo, a potem dłoń unio­sła się do klamki i oka­zało się, że drzwi są otwarte. Wszedł do środka i zamknął je.

- Kocha­nie?

Z pogrą­żo­nego w mroku zagra­co­nego pokoju nie nade­szła żadna odpo­wiedź. Pod­łogę pokry­wały liczne grube dywany, na któ­rych spo­czy­wały poduszki ozdo­bione zrzu­co­nymi, cien­kimi jak babie lato sza­tami. Ruszył nie­pew­nie w głąb pomiesz­cze­nia.

- Moja droga?

Zna­lazł ją pod oknem. Nie było tu wyku­szu ani ławeczki. W małych okien­kach umiesz­czono kraty. Wyglą­dała w noc. Błę­kitne pło­mie­nie gazo­wych latarń oświe­tla­ją­cych mia­sto wal­czyły o pry­mat z zie­lon­kawą łuną noc­nego nieba.

- Prze­pra­szam, moja droga... - zaczął.

Odwró­ciła się, krzy­żu­jąc ramiona na małych pier­siach. W jej oczach na moment roz­bły­sły zie­lone punk­ciki, przy­po­mi­na­jące łunę na nie­bie.

- Któż to zakłóca moją pry­wat­ność?

Jeshin przy­glą­dał się jej zmie­szany. Po chwili zdjął maskę i prze­niósł spoj­rze­nie na kobietę. Poło­żył kap­tur, odsła­nia­jąc dłu­gie czarne włosy i szczu­płą twarz uczo­nego. Postu­kał pal­cem w złotą maskę.

- Widzisz? Na­dal przy­cho­dzę tu zama­sko­wany, zgod­nie z twoim życze­niem. Choć nie wiem, czemu ma słu­żyć ta fasada ano­ni­mo­wo­ści, skoro wszy­scy wie­dzą...

Odrzu­cił maskę na bok.

- Nie powi­nie­neś tu przy­cho­dzić - rze­kła, opla­ta­jąc się rękami jesz­cze cia­śniej, jakby chciała uwię­zić coś w sobie.

Jeshin odwró­cił się i zaczął spa­ce­ro­wać po pokoju.

- Tak, tak. Jestem teraz rajcą. Na­dal zawsty­dzasz mnie tro­ską o moją repu­ta­cję. - Nagle odwró­cił się w jej stronę. - Ale może znaj­dzie się spo­sób. Nie potrze­buję już bło­go­sła­wień­stwa rodziny...

Pode­szła bli­żej i uci­szyła go, kła­dąc mu palec na ustach.

- Nie. - Jej głos brzmiał uspo­ka­ja­jąco, jakby mówiła do dziecka. - Nie chcę, żeby cokol­wiek cię osła­biło. Prze­ciw­nicy wyko­rzy­sta­liby to prze­ciwko tobie. Nazwa­liby cię impul­syw­nym dur­niem. Nie wolno ci się skom­pro­mi­to­wać. - Spoj­rzała na niego nie­mal ukrad­kowo. - Twoja wielka wizja przy­szło­ści mia­sta, pamię­tasz?

Przy­tu­lił ją mocno.

- Ale bez cie­bie?

Była tan­cerką i bez trudu wyśli­znęła się z jego objęć.

- Oboje musimy... coś poświę­cić - odpo­wie­działa i znowu zwró­ciła się ku oknu.

Pokrę­cił głową z głę­bo­kim podzi­wem.

- Twoja deter­mi­na­cja jest dla mnie wzo­rem.

Odwró­ciła się, doty­ka­jąc pal­cem pod­bródka.

- Jest jesz­cze jedna rzecz, którą mogę dla cie­bie zro­bić, mój Jeshi­nie, mój szla­chetny rajco.

Zbył tę suge­stię mach­nię­ciem ręki, na­dal krę­cąc głową.

- Zro­bi­łaś już wystar­cza­jąco wiele. A nawet zbyt wiele. Twoje rady, wszystko, co wie­dzia­łaś... Jak mówią, wszyst­kie tajem­nice odsła­niają się pod sto­pami tan­cerki.

Kąciki jej zazna­czo­nych henną ust unio­sły się w geście zado­wo­le­nia.

- To bar­dzo stare powie­dze­nie. I bar­dzo praw­dziwe. Dam ci jesz­cze coś, co nie­dawno do mnie dotarło. W mie­ście mieszka bar­dzo bogaty męż­czy­zna, który podziela twoją wizję sil­nego Daru­dży­stanu, oto­czo­nego sza­cun­kiem, na jaki zasłu­guje. - Opu­ściła kąciki ust w wyra­zie lek­ce­wa­że­nia. - Pocho­dzi z pół­nocy, z Kota, ale powi­nien cię poprzeć. Nazywa się Skromny. Skromny Wkład.

- Ten, co han­dluje żela­zem? - zapy­tał Jeshin, marsz­cząc brwi.

- Jest kimś znacz­nie wię­cej niż han­dla­rzem, uwierz mi.

Roz­po­starł dło­nie, jakby się pod­da­wał.

- Skoro tak mówisz, naj­droż­sza. Skon­tak­tuję się z nim.

- Zna­ko­mi­cie. Jeśli udzieli ci wspar­cia, nic nie powstrzyma two­jego awansu.

Gapił się na nią, wręcz onie­miały z wra­że­nia.

- Nie zasłu­guję na cie­bie, kocha­nie.

Uśmiech­nęła się raz jesz­cze, poło­żyła dłoń na jego piersi i deli­kat­nie popchnęła go na stertę podu­szek.

- Zasłu­żysz, kocha­nie. Zasłu­żysz.

Sta­nęła nad nim w pozie roz­po­czy­na­ją­cej Prze­bu­dze­nie Pożogi - unio­sła jedną nogę, led­wie doty­ka­jąc palu­chem pod­łogi, i dotknęła ręką twa­rzy, jakby osła­niała się przed gore­ją­cym spoj­rze­niem pra­daw­nego świtu. Z tej pozy prze­szła do pierw­szych czte­rech odda­ją­cych cześć ruchów, po jed­nym dla każ­dej strony świata. Kła­niała się, uno­sząc w bła­gal­nym geście dło­nie, zwró­cone wewnętrz­nymi powierzch­niami do środka.

Potem zaczęła tań­czyć.

Gapił się na nią jak zahip­no­ty­zo­wany. Serce waliło mu jak sza­lone.

- Och, Taya - mógł jedy­nie wyję­czeć. - Taya...

***

Azyl zało­żono przed poko­le­niami w przy­brzeż­nych górach na połu­dnie od Men­gal. Jedni zwali go klasz­to­rem, inni szkołą. Ci, któ­rzy do niego przy­by­wali, świa­do­mie i dobro­wol­nie wyrze­kali się świata, ze wszyst­kimi jego wabi­kami i pro­wa­dzą­cymi na manowce ambi­cjami.

Dla Estena Rula pozo­sta­wało tajem­nicą, dla­czego legen­darny Wędro­wiec, zabójca Ano­man­dera Rake'a, Syna Ciem­no­ści i władcy Odpry­sku Księ­życa, przy­był w to miej­sce. Ktoś, kto poko­nał naj­po­tęż­niej­szy i budzący naj­więk­szy lęk Ascen­dent, na­dal aktywny, nie powi­nien sie­dzieć w jakimś pro­win­cjo­nal­nym klasz­to­rze, peł­nym mam­ro­czą­cych kapła­nów i ako­li­tów.

Z pew­no­ścią nie tutaj zamie­rzał prze­by­wać, gdy sam z kolei pokona Wędrowca.

Nawet teraz, gdy spraw­dził to już w wielu nie­za­leż­nych źró­dłach, nie potra­fił uwie­rzyć, że to nędzne zbio­ro­wi­sko gór­skich chat i pozba­wio­nych dachów świą­tyń stało się azy­lem dla wiel­kiego szer­mie­rza. Wyszedł na cen­tralny piasz­czy­sty dzie­dzi­niec i zatrzy­mał się, przy­glą­da­jąc się odzia­nym w kapłań­skie szaty ludziom, spa­ce­ru­ją­cym po nim nie­śpiesz­nie. Nikt nie zwra­cał na niego naj­mniej­szej uwagi. Esten Rul, poje­dyn­ko­wicz i szer­mierz sławny na trzech kon­ty­nen­tach, nie był przy­zwy­cza­jony do takiego trak­to­wa­nia. Ci nędz­nicy o ogo­lo­nych gło­wach naj­wy­raź­niej byli za głupi, by sobie uświa­do­mić, że sto­ją­cego przed nimi męż­czy­znę uwa­żano za mistrza na Quon Tali i w Fala­rze. Esten spraw­dził też war­tość naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych szer­mierzy na Gena­bac­kis i szcze­rze mówiąc, uwa­żał, że wszy­scy są dru­go­rzędni.

Zauwa­żył sta­ruszka pil­nie zamia­ta­ją­cego liście leżące na dzie­dzińcu i pod­szedł do niego.

- Hej, star­cze. Gdzie znajdę tego, który posłu­guje się imie­niem Wędro­wiec?

Stary męż­czy­zna kon­ty­nu­ował zamia­ta­nie, nie zwra­ca­jąc na niego naj­mniej­szej uwagi. Z pew­no­ścią była to celowa znie­waga. Esten przy­dep­nął słomę zwią­zaną na końcu mio­tły.

- Mówię do cie­bie, dziadku.

Męż­czy­zna spoj­rzał na niego. Miał bar­dzo ciemną skórę. Z pew­no­ścią nie był miej­scowy. Głowę wła­śnie mu wygo­lono, a twarz pokry­wały bli­zny i bruzdy pozo­stałe po latach tro­ski. W jego oczach, ciem­no­nie­bie­skich niczym głę­bia oce­anu, nie było cie­nia stra­chu.

Zanie­po­ko­jony cię­ża­rem tego spoj­rze­nia Esten odwró­cił wzrok. To nie był sługa. Być może znu­żony bitwami wete­ran.

- Sły­sza­łeś o nim?

- O tym, któ­rego zwą tu mistrzem? Tak.

Esten odchrząk­nął.

A więc był ich mistrzem, tak? Oczy­wi­ście. Kim innym mógłby tu być?

- Gdzie go znajdę? W któ­rej z tych żało­snych chat?

Sta­rzec obrzu­cił go spoj­rze­niem. Esten zauwa­żył, że zatrzy­mał wzrok na jelcu jego ukry­tego w pochwie rapiera.

- Chcesz mu rzu­cić wyzwa­nie?

- Nie, przy­wio­złem mu kwiaty z Czar­nego Koralu. Pew­nie, że chcę mu rzu­cić wyzwa­nie, ty durny star­cze!

Stary męż­czy­zna zamknął oczy, jakby drę­czył go ból, i opu­ścił głowę.

- Wra­caj do Daru­dży­stanu. Ten, któ­rego zwą Wędrow­cem, porzu­cił wszelką zabawę mie­czem.

Wró­cił do zamia­ta­nia.

Esten led­wie się powstrzy­mał przed ude­rze­niem bez­czel­nego głupca. Wsparł dłoń na ręko­je­ści rapiera.

- Nie pro­wo­kuj mnie. Nie przy­wy­kłem do takiego trak­to­wa­nia. Zapro­wadź mnie do Wędrowca albo znajdę kogoś innego, kto to zrobi. Pod groźbą uży­cia broni.

Sta­ru­szek znie­ru­cho­miał. Po chwili spoj­rzał na niego. Przy­mru­żył powieki, a jego oczy przy­brały jesz­cze ciem­niej­szą barwę.

- A więc tak to wygląda? Pro­szę bar­dzo, zapro­wa­dzę cię do niego, ale naj­pierw musisz udo­wod­nić, że jesteś tego godny.

Esten gapił się na niego ze zdu­mie­niem.

- Że jestem tego godny? Jak niby miał­bym to udo­wod­nić?

Rozej­rzał się z nie­do­wie­rza­niem. Zebrał się tłum mni­chów, kapła­nów czy jak ich tam zwał. Wszy­scy przy­glą­dali mu się w mil­cze­niu. Estena Rula nie­ła­two było zastra­szyć, lecz ich zacho­wa­nie nieco go zanie­po­ko­iło. Prze­niósł uwagę z powro­tem na zamia­ta­cza i lekko ski­nął urę­ka­wicz­nioną dło­nią.

- A jak niby mam to zro­bić?

- Poko­nu­jąc naj­słab­szego z nas.

Esten stłu­mił nie­cier­pli­wość i zaczerp­nął głę­boko tchu, żeby się uspo­koić.

- A kto by to był?

Męż­czy­zna wzru­szył powoli ramio­nami. Miał smutną minę.

- Hmm... ja.

- Ty?

- Tak. Jestem tu zupeł­nie nowy.

- Ty... - Odsu­nął się od męż­czy­zny, jakby roz­ma­wiał z sza­leń­cem. - Ty tylko zamia­tasz dzie­dzi­niec!

Sta­ru­szek ski­nął głową.

- To prawda. A nawet tego nie nauczy­łem się jesz­cze robić porząd­nie. No wiesz, to przez ten wiatr. Bez względu na to, jak bar­dzo się sta­rasz, zawsze przy­cho­dzi, i wszyst­kie twoje plany oraz wysiłki idą na darmo.

Esten prych­nął z nie­sma­kiem i odwró­cił się.

- Wędro­wiec! - ryk­nął, ota­cza­jąc usta dłońmi. - Sły­szysz mnie? Ukry­wasz się tutaj? Wyjdź i walcz ze mną!

- Jeśli mnie poko­nasz, przy­pro­wa­dzą go tutaj.

Esten zato­czył pełen krąg i znowu zwró­cił się twa­rzą do męż­czy­zny.

- Naprawdę... tak po pro­stu?

- Tak. Po pro­stu. To sta­ro­żytny zwy­czaj. Tutaj na­dal pamięta się o nim i ota­cza go sza­cun­kiem.

Esten roz­po­starł dło­nie w geście wyra­ża­ją­cym bez­rad­ność.

- No cóż... skoro muszę... Masz jakąś broń?

Stary męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami, jakby znowu chciał prze­pro­sić Estena, i uniósł mio­tłę.

***

Sto­jący w bra­mie klasz­toru ako­lita śle­dził wzro­kiem cudzo­ziem­skiego poje­dyn­ko­wi­cza odda­la­ją­cego się zyg­za­ko­watą gór­ską ścieżką. Męż­czy­zna splótł dło­nie za ple­cami i opu­ścił głowę. Wiele musiał prze­my­śleć. Ako­lita pokło­nił się sprzą­ta­czowi, który stał przy bra­mie, wspie­ra­jąc się na mio­tle. Na jej trzonku było mnó­stwo nacięć.

- Czy wróci, mistrzu? - zapy­tał ako­lita.

- Cią­gle ci powta­rzam, żebyś tak do mnie nie mówił - odparł męż­czy­zna, który wyrzekł się imie­nia Wędro­wiec. Wzru­szył ramio­nami. - Miejmy nadzieję, że nie. Dostał nauczkę. Zostało nam tylko mieć nadzieję, że ją zro­zu­mie. - Prze­su­nął dło­nie na mio­tle. - Ale... życie cią­gle udziela nam lek­cji i tylko nie­liczni czer­pią z nich jakie­kol­wiek korzy­ści. - Spoj­rzał na dzie­dzi­niec i skrzy­wił się bole­śnie. - Bogo­wie, wystar­czy na chwilę odwró­cić uwagę i wszystko idzie do Otchłani. Będę musiał zacząć wszystko od nowa.

- Wszy­scy powin­ni­śmy tak postę­po­wać, mistrzu.

Na nazna­czo­nej śla­dami bólu twa­rzy męż­czy­zny na moment poja­wił się uśmie­szek. Potem jego usta znowu zamarły w typo­wym dla niego gry­ma­sie.

- Dobrze to ują­łeś. Wszy­scy powin­ni­śmy tak postę­po­wać. Każ­dego dnia. Z każ­dym odde­chem.

***

Na bez­i­mien­nym skraju osie­dla bie­doty, poło­żo­nego na zachód od Daru­dży­stanu, stara kobieta przy­kuc­nęła przed swoją chatą i stru­gała patyk. Na noc­nym nie­bie gorzał ogromny jaskra­wo­zie­lony sierp Bułata. Kobieta wplo­tła w roz­czo­chrane włosy mnó­stwo kawał­ków sznurka, wstą­żek, pacior­ków oraz rze­my­ków. Bose stopy wysta­jące spod spód­nic były rów­nie ciemne jak zie­mia, któ­rej doty­kały. Nuciła coś pod nosem w nie­zro­zu­mia­łym dla nikogo języku.

Sta­ruszka, miesz­ka­jąca samot­nie w walą­cej się cha­cie, nie była niczym nie­zwy­kłym w osie­dlu bie­doty. Gnieź­dzili się tu naj­ubożsi i naj­bar­dziej znisz­czeni przez życie. Naj­ni­żej posta­wieni spo­śród gar­ba­rzy, kana­la­rzy i śmie­cia­rzy Daru­dży­stanu. Co drugą chatę zaj­mo­wała stara wdowa albo bab­cia. Męż­czyźni umie­rali tu wcze­śniej, podob­nie jak wszę­dzie. Twier­dzili, że dowo­dzi to, jak ciężko pra­cują, ale kobiety wie­działy, że po pro­stu są za słabi, żeby wytrzy­mać sta­rość.

Ta kobieta miesz­kała w swej nędz­nej cha­cie, odkąd kto­kol­wiek się­gał pamię­cią. O tym fak­cie nie wspo­mi­nał jed­nak nikt poza sąsia­du­ją­cymi z nią wdo­wami i bab­ciami, które zawsze nazy­wały ją "sza­loną sta­ru­chą".

Przy­kuc­nęła w bło­cie przed chatą i unio­sła patyk bli­sko nie­mal cał­ko­wi­cie ośle­pio­nych przez zaćmę oczu, by przyj­rzeć się skom­pli­ko­wa­nej plą­ta­ni­nie linii bie­gną­cych od jed­nego końca do dru­giego.

- Już nie­długo - zamru­czała. - Nie­długo. - Skie­ro­wała ze stra­chem nie­wiele widzące już oczy na nocne niebo i obcą zie­loną cho­rą­giew, która na nie wtar­gnęła. - Już nie­długo. Nie­długo.

Wło­żyła patyk do torby, którą miała u boku. Z mniej­szej wycią­gnęła fajkę i odro­binę lep­kiej, ciem­nej sub­stan­cji przy­po­mi­na­ją­cej gumę. Zro­biła z niej kulkę i wsu­nęła ją do środka. Następ­nie zapa­liła od patyka wetknię­tego do tlą­cego się ogni­ska, zacią­gnęła się głę­boko i zatrzy­mała dym w płu­cach na dłuż­szą chwilę, nim wresz­cie odchy­liła głowę i wypu­ściła go ku niebu.

- Już nie­długo - mruk­nęła, mru­ga­jąc powie­kami załza­wio­nych oczu. - Nie­długo.

Rozdział I

Pro­blem ze ścież­kami polega na tym, że jak już wybie­rzesz jedną, nie możesz wybrać pozo­sta­łych.

Przy­pi­sy­wane Sza­leń­stwu Gothosa

Po Hurly - daw­nej wio­sce rybac­kiej na połu­dnio­wym wybrzeżu Gena­bac­kis - nie pozo­stało zbyt wiele. Jej ówcze­śni miesz­kańcy uto­nęli przed nie­spełna dwu laty, gdy nagle nad­cią­gnęły potężne fale, powstałe, kiedy ostat­nie frag­menty ogrom­nej lata­ją­cej góry zwa­nej Odpry­skiem Księ­życa uto­nęły w Morzu Rivań­skim. Kiedy wody się cof­nęły, pstro­kata armia poszu­ki­wa­czy skar­bów zle­ciała się do trupa wio­ski na podo­bień­stwo much. A wkrótce po nich nade­szła gor­sza plaga - zło­dzieje, oszu­ści i inni żeru­jący na wszyst­kich prze­stępcy.

Pierwsi w miej­scu kata­strofy poja­wili się przed­sta­wi­ciele Połu­dnio­wej Kon­fe­de­ra­cji Wol­nych Miast, któ­rej miesz­kańcy od dawna parali się pirac­twem i mor­skim roz­bój­nic­twem. Zabrali wszystko, co tylko zdo­łali - głów­nie oca­lałe łodzie - i ogło­sili się wła­ści­cie­lami nowo powsta­łych wysp. Po kilku mie­sią­cach wpro­wa­dzili cła i opłaty trans­por­towe oraz odparli cztery odrębne zbrojne ataki tych, któ­rzy pró­bo­wali rzu­cić im wyzwa­nie.

Obec­nie, po ponad roku dzia­łal­no­ści han­dlo­wej, Połu­dniowa Kon­fe­de­ra­cja zapew­niła sobie nie­kwe­stio­no­wany mono­pol na wyspach, które z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie bez­po­śred­nio­ścią nazwała Odpry­skami.

***

Jal­lin, prze­zwany Skocz­kiem z powodu swego zwy­czaju ata­ko­wa­nia od tyłu, musiał przy­znać, że dobre czasy w Hurly ofi­cjal­nie się skoń­czyły. Podob­nie jak inni kan­cia­rze i sza­brow­nicy wyczu­wał zbli­ża­jący się schy­łek. Sze­roka rzeka poszu­ki­wa­czy for­tuny zmie­niła się w wąską strużkę obdar­tych męż­czyzn i kobiet, rów­nie ubo­gich jak ci, któ­rzy wywal­czyli już sobie miej­sce w gni­ją­cym mia­steczku.

Jal­lin Sko­czek świet­nie to wszystko znał. Nie­raz już widy­wał podobny cykl w innych mia­stach na pół­nocy, gdzie mala­zań­skie wojny napę­dziły bez­względną, kani­ba­li­styczną eko­no­mię bra­ków i sza­le­ją­cego popytu. Był prze­ko­nany, że w tym miej­scu gorączka for­tun zdo­by­wa­nych w jedną noc i tra­co­nych jesz­cze szyb­ciej ni­gdy już nie wróci do nie­daw­nego poziomu. Koniunk­tura się koń­czyła, nim zdą­żył zdo­być mają­tek. Tak samo jak w Pale, Kurl i Cal­lows. Ale tym razem do tego nie dopu­ści. Nie ma mowy. Hurly było koń­cem drogi. Naj­da­lej poło­żo­nym miej­scem, do któ­rego mogły dotrzeć wszyst­kie te męty i nie­udacz­nicy. Ostat­nią nadzieją dla każ­dego.

Dla­tego z wielką uwagą przy­glą­dał się kolej­nemu nowemu przy­by­szowi, który poja­wił się na błot­ni­stej głów­nej ulicy mia­steczka. Był żyla­stym, obdar­tym wete­ra­nem, cudzo­ziem­cem, sądząc po ruda­wych wło­sach i ryżych wąsach - Mala­zań­czy­kiem. Miał na sobie woj­skowe san­dały i płaszcz, a przez ramię prze­rzu­cił skó­rzane sakwy. Fakt, że był wete­ra­nem, nie zanie­po­koił Jal­lina. Pra­wie wszy­scy prze­grani łowcy for­tuny, któ­rzy przy­by­wali tu tą drogą, słu­żyli kie­dyś w licz­nych pół­noc­nych armiach i z reguły zde­zer­te­ro­wali ze wszyst­kich. Uwa­żał, że są żało­śni w swej goto­wo­ści nara­że­nia się na rany albo nawet śmierć w zamian za obiet­nicę gar­ści monet czy kawałka ziemi.

Nowy przy­bysz wyglą­dał jesz­cze gorzej niż więk­szość z nich. U jego boku wisiał krótki miecz, a poza tym jego doby­tek skła­dał się tylko z prze­rzu­co­nych przez ramię sakw, na któ­rych mocno zaci­skał opa­loną, nazna­czoną bli­znami dłoń. Te wiel­kie torby zain­te­re­so­wały Jal­lina. Co stary żoł­nierz - zwol­niony ze służby albo dezer­ter - mógł uwa­żać za tak ważne, że dźwi­gał to ze sobą aż na Odpry­ski?

Wete­ran zatrzy­mał się w tym samym punk­cie, co wielu innych poszu­ki­wa­czy skar­bów z Odpry­sku, tam, gdzie trasa koń­czyła się przy pokry­tej ciem­no­sza­rym żwi­rem plaży opa­da­ją­cej ku Morzu Rivań­skiemu. Co bar­dziej spo­strze­gaw­czy z nich zauwa­żali w tym momen­cie dwa istotne fakty - Odpry­ski sta­no­wiły odle­głe punk­ciki widoczne na morzu i ni­gdzie nie było żad­nej łodzi.

Te odkry­cia spra­wiały, że nawet naj­twardsi i naj­od­por­niejsi z nich czuli się zagu­bieni. W tym wła­śnie miej­scu Jal­lin nawią­zy­wał kon­takt ze swymi celami. Gdy pod­szedł do męż­czy­zny, ten na­dal gapił się na morze.

- Są tam, prawda? - wyszep­tał. - Żyła złota.

Stary żoł­nierz mruk­nął coś pod nosem, przy­glą­da­jąc się usia­nej odpad­kami żwi­ro­wej plaży.

- Potrze­buję łodzi.

- Wszy­scy tu jej potrze­bują, przy­ja­cielu - odparł z uśmie­chem Jal­lin. - Tak się składa, że znam kogoś, kto mógłby zna­leźć na swo­jej miej­sce dla jesz­cze jed­nego pasa­żera.

Męż­czy­zna skie­ro­wał na niego wzrok. Z jego szcze­rego spoj­rze­nia Jal­lin wyczy­tał, że widział już wiele. Więk­szość wete­ra­nów miała w oczach ten nie do końca zro­zu­miały dla Jal­lina błysk. Ni­gdy nie był aż tak głupi, by posta­wić nogę na polu bitwy. Spra­wiali wra­że­nie, że lepiej ich nie zacze­piać. Mimo to wielu okradł, oszu­kał bądź ogra­bił, a nawet zabił. Rzecz jasna, zawsze robił to z zasko­cze­nia. Naj­pierw musiał zdo­być ich zaufa­nie. Dla­tego uwa­żał, że nie ma zna­cze­nia, że są umie­ją­cymi wal­czyć twar­dzie­lami. W końcu czasy pokoju bar­dzo się róż­niły od cza­sów wojny.

- Ile? - zapy­tał męż­czy­zna. Puścił torby i osło­nił dło­nią oczy przed skła­nia­ją­cym się ku zacho­dowi słoń­cem. Cokol­wiek było w tych tor­bach, wyglą­dało na cięż­kie.

Jal­lin obli­zał wargi, a potem zachi­cho­tał przy­jaź­nie.

- Pytasz, ile? Och, to będzie cię kosz­to­wało. Nie mam zamiaru cię obra­żać, suge­ru­jąc, że mogę ci zała­twić spe­cjalną zniżkę albo inny taki syf. To będzie cię kosz­to­wało. Musimy się doga­dać, tak?

Kolejne nie­zo­bo­wią­zu­jące chrząk­nię­cie. Jal­lin wska­zał na ścieżkę bie­gnącą mię­dzy gospo­dami, skle­pami i szyn­kami.

- Może w gospo­dzie "Przy Wyspach"? Co ty na to? Wyglą­dasz na kogoś, kto chęt­nie by się cze­goś napił.

Męż­czy­zna obej­rzał się i przy­gryzł wąsy. Raz jesz­cze rzu­cił tęskne spoj­rze­nie na morze. Po chwili wes­tchnął. Ramiona mu opa­dły.

- Aha. Chęt­nie coś sobie łyknę.

Jal­lin wska­zał mu drogę. Żeby odwró­cić jego uwagę, przez cały czas opo­wia­dał o poszu­ki­wa­czach skar­bów, któ­rzy wzbo­ga­cili się na Odpry­skach. W rze­czy­wi­sto­ści nikomu się to nie udało. A przy­naj­mniej nikomu z tych, któ­rzy wró­cili. Dzi­siaj uzgod­nimy cenę, pomy­ślał. Nie za niską i nie za wysoką. Żeby nie wzbu­dzać podej­rzeń. Potem, na plaży, przed­stawi żoł­nie­rza swo­jemu "przy­ja­cie­lowi". Dłu­giemu i ostremu jak brzy­twa. Mize­ry­kor­dii, któ­rej uży­wał, by wresz­cie uwol­nić od cier­pień sta­rych żoł­nie­rzy.

***

Gospoda "Przy Wyspach" róż­niła się od innych nowych budyn­ków w Hurly tym, że miała kamienne mury. Zaj­mo­wała miej­sce, w któ­rym ongiś wzno­siła się świą­ty­nia Poliel, bogini cho­roby, pomoru i zarazy. Dawni miesz­kańcy Hurly naj­wy­raź­niej z wielką chę­cią odda­wali jej cześć. Mogło to mieć coś wspól­nego z pobli­skimi bagnami. Nowy wła­ści­ciel lokalu, Akien Threw, lubił żar­to­wać, że lepiej by wyszli na prak­ty­ko­wa­niu kultu Pra­daw­nej Ciem­no­ści, któ­rego świę­tym arte­fak­tem był Odprysk Księ­życa.

Jal­lin wszedł do środka i popro­wa­dził sta­rego żoł­nie­rza do sto­lika z tyłu. Po dro­dze spoj­rzał w oczy Akie­nowi.

Wszy­scy naga­nia­cze i oszu­ści w mia­steczku mieli umowę z obe­rży­stą - posiłki i miej­sce do spa­nia w zamian za spro­wa­dza­nie klien­tów. Plus pro­cent od zysków oczy­wi­ście.

Gdy tylko wsparli ręce na bla­cie sza­ro­srebr­nych desek z wyrzu­co­nego na brzeg drewna, poja­wiły się dwa duże kufle piwa. Wete­ran przy­mru­żył powieki. Kąciki ust mu opa­dły.

- Co to ma być? - zapy­tał.

W gospo­dzie pano­wał pół­mrok, ale Jal­lin i tak zauwa­żył bli­zny prze­szy­wa­jące twarz męż­czy­zny oraz to, że jego skoł­tu­nione rude włosy, gdzie­nie­gdzie już posi­wiałe, po jed­nej stro­nie wyra­stały tylko w nie­któ­rych miej­scach. To przy­po­mi­nało ślady po opa­rze­niu. Widział jed­nak wielu sta­rych żoł­nie­rzy i pra­wie wszy­scy mieli bli­zny. Roz­sta­wali się z garstką pie­nię­dzy, jaką zgro­ma­dzili w życiu, rów­nie łatwo jak inni, a chyba nawet szyb­ciej niż więk­szość.

- Jak masz na imię, przy­ja­cielu? - zapy­tał.

- Rudy. Rudy Pies.

Jal­lin uniósł brwi, ale nic nie powie­dział. Nie obcho­dziło go imię męż­czy­zny.

- No cóż, Rudy. To jest ale z Elin­gar­thu. Bar­dzo dobre. - Dotknął pal­cem boku nosa. - Wła­ści­ciel to mój przy­ja­ciel.

- Jasne - mruk­nął zło­wrogo żoł­nierz, ale uniósł kufel i pocią­gnął długi łyk.

Jal­lin zauwa­żył sku­pi­sko bia­łych blizn na przed­ra­mie­niu męż­czy­zny i pomy­ślał, że miałby powody do nie­po­koju, gdyby nie było oczy­wi­ste, że żoł­nierz naj­lep­sze lata ma już za sobą. Zauwa­żył też, że Rudy cały czas zaci­ska dłoń na trzy­ma­nych na kola­nach sakwach.

Wete­ran otarł usta i skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

- Wąt­pię, żeby pocho­dziło z Elin­gar­thu.

Jal­lin wzru­szył bez­tro­sko ramio­nami.

- Nie jestem znawcą. Jesz­cze jedno?

- Na Otchłań, nie.

- Jasne. Jest jesz­cze wcze­śnie.

Do mia­steczka napły­wało coraz mniej poszu­ki­wa­czy skar­bów i obe­rża była pra­wie pusta. Przy drzwiach sie­działo dwóch straż­ni­ków, takich samych sta­rych opry­chów jak Jal­lin. Przy pobli­skim sto­liku sie­dzieli dwaj męż­czyźni, gapiący się z przy­gnę­bie­niem za zacho­dzące żółte słońce. Ele­gancko ubrany mło­dzie­niec, poto­mek jakie­goś ary­sto­kra­tycz­nego rodu, roz­siadł się przy dru­gim sto­liku w towa­rzy­stwie trzech męż­czyzn. Jal­lin wie­dział, że to miej­scowe zbiry uda­jące prze­wod­ni­ków, tak samo jak on.

Młody męż­czy­zna oparł się wygod­niej.

- Nie ma już sensu ni­gdzie wyru­szać - oznaj­mił nagle. - Jest sta­now­czo za późno. Wszystko już wyczy­ścili.

Stary żoł­nierz, Rudy, zwró­cił się w jego stronę.

Jeden z miej­sco­wych prze­wod­ni­ków coś powie­dział.

- A kto ostat­nio wró­cił? - odpo­wie­dział lek­ce­wa­żąco szlach­cic. - Był ktoś taki?

- Gdy­bym coś tam zna­lazł, z pew­no­ścią nie wró­cił­bym tutaj - odpo­wie­dział inny z jego towa­rzy­szy.

Wszy­scy poza mło­dym szlach­ci­cem ryk­nęli gło­śnym śmie­chem.

- To tylko głu­pie gada­nie - wyszep­tał Jal­lin, pochy­la­jąc się nad bla­tem. - Boi się tam popły­nąć.

- Gdzie są wszyst­kie statki? - wyce­dził wete­ran.

Powłó­czący nogami chło­pak przy­niósł dwa kolejne kufle.

- Kotwi­czą daleko od brzegu. Rano przy­sy­łają łodzie i można kupić miej­sce na nich. Ale... - dodał nieco ciszej - ...nocą można się prze­mknąć obok nich. Za opłatą.

Żoł­nierz poki­wał głową.

- Dla­czego wszy­scy nie zaata­kują łodzi o świ­cie, kiedy odpły­wają?

- Pil­nują ich żoł­nie­rze Połu­dnio­wej Kon­fe­de­ra­cji Wol­nych Miast, przy­ja­cielu.

- A co powstrzy­muje tych, któ­rzy mają wła­sne łodzie?

Jal­lin roze­śmiał się gło­śno.

- Och, pró­bo­wali. Pró­bo­wali. Ale chło­paki z Kon­fe­de­ra­cji to naj­lepsi piraci i roz­bój­nicy mor­scy ze wszyst­kich. Zato­pili ich całą masę.

- Ale może okręt wojenny? Mala­zań­ski?

Jal­lin osu­szył kufel.

- Aha. Parę mie­sięcy temu jeden z nich przedarł się przez blo­kadę. Nikt go już wię­cej nie widział. - Odsło­nił zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. - Może zała­twili wszyst­kich.

Stary żoł­nierz pocią­gnął długi łyk.

- Jak powie­dział ten facet? Nikt ni­gdy nie wraca? Zga­dza się?

Jal­lin bar­dzo się sta­rał nadać swemu uśmie­chowi dobro­duszny wygląd.

- Słu­cham? Chciał­byś, żeby ktoś inny uciekł z górą łupów? Posłu­chaj, cen­tralna wyspa jest cho­ler­nie duża. Potrzeba mnó­stwa czasu, żeby ją prze­szu­kać. Nie jest tak, że wysią­dziesz na ląd i potkniesz się o kufer złota.

Udał, że pocią­gnął długi łyk z dru­giego kufla. Nie prze­jął się tym zbyt­nio, ale niech szlag trafi tego gadułę, kim­kol­wiek mógł być. Tak czy ina­czej, liczy się tylko to, żeby żoł­nierz poszedł z nim na brzeg, gdzie spo­tka się z jego "przy­ja­cie­lem". Z całą pew­no­ścią się spo­tka.

Wete­ran wcią­gnął powie­trze przez zęby i pogła­skał wąsy.

- No cóż, to wszystko, czego potrze­bo­wa­łem się dowie­dzieć. Dzię­kuję za piwo.

Wstał i prze­rzu­cił torby przez ramię.

Jal­lin wstał razem z nim.

- Mógł­bym cię tam zabrać dziś w nocy. Mój przy­ja­ciel...

- Roz­wa­liłby mi łeb... - dokoń­czył za niego żoł­nierz.

Jal­lin spoj­rzał w oczy Akie­nowi i roz­po­starł dło­nie.

- Pro­szę bar­dzo. Nie chcesz mojej pomocy? To do Kap­tura z tobą.

Sto­jący za barem Akien ski­nął do swo­ich dwóch straż­ni­ków, któ­rzy wstali i zablo­ko­wali wyj­ście. Stary żoł­nierz zatrzy­mał się i zer­k­nął na potęż­nego jak byk obe­rży­stę, który ruszył ku niemu z pałką w dłoni.

- W czym pro­blem? - zapy­tał.

- W rachunku.

Jal­lin trzy­mał się na dystans, cze­ka­jąc na szansę. Wete­ran wska­zał na niego.

- On zapłaci.

Akien sta­nął przed swo­imi opry­chami, dzięki czemu Jal­lin zna­lazł się na wprost za żoł­nie­rzem i zaci­snął palce na pasie, bli­sko wytar­tych ręko­je­ści szty­le­tów.

- Nie - wyce­dził, uparty jak byk, któ­rego przy­po­mi­nał. - Jest dla mnie oczy­wi­ste, że to ty zamó­wi­łeś ale.

Stary żoł­nierz nie pró­bo­wał się spie­rać. Wszy­scy widzieli, że to nie on zama­wiał, ale trzeba było zacho­wać pozory. Takie zasady obo­wią­zy­wały w oszu­kań­czych spe­lun­kach. Wstęp był za darmo, ale wyj­ście kosz­to­wało cho­ler­nie drogo.

- W porządku - wark­nął z rezy­gna­cją. - Ile to będzie kosz­to­wało?

Akien uniósł brwi, licząc w pamięci.

- Cztery kufle ale z Elin­gar­thu? To będą dwie daru­dży­stań­skie złote rady.

Po sali poniósł się pełen zdu­mie­nia gwizd. Wszy­scy spoj­rzeli na mło­dego szlach­cica. Odchy­lił się do tyłu, trzy­ma­jąc rękę za opar­ciem krze­sła.

- To skan­da­liczne zdzier­stwo, mój drogi obe­rży­sto.

Akien wzru­szył masyw­nymi ramio­nami.

- Koszty trans­portu.

Szlach­cic zer­k­nął na wete­rana, uno­sząc brwi.

Ten zła­pał za krze­sło, żeby zacho­wać rów­no­wagę.

- Nie mam takich pie­nię­dzy!

Sto­jący za jego ple­cami Jal­lin wska­zał na torby. Akien ski­nął głową.

- W takim razie zapłatą muszą być twoje sakwy.

Wete­ran dotknął ich drugą ręką.

- Nie.

Dwaj straż­nicy ruszyli naprzód, uno­sząc pałki. Żoł­nierz bły­ska­wiczne wal­nął jed­nego krze­słem, a dru­giego kop­nął. Jego szyb­kość zasko­czyła Jal­lina, ale wie­dział, że on sam jest szyb­szy. Sto­jący w drzwiach Akien zmu­sił żoł­nie­rza do zatrzy­ma­nia się i Jal­lin ruszył do ataku.

- Za tobą! - wark­nął ktoś i wete­ran się uchy­lił.

Ostry jak brzy­twa przy­ja­ciel Jal­lina dra­snął go tylko, nie tra­fia­jąc w tęt­nicę. Nagle coś poja­wiło się na gra­nicy pola widze­nia zbira i ude­rzyło go w głowę. Runął na pod­łogę. Ostat­nim, co usły­szał, był ryk bólu i wście­kło­ści Akiena, gdy żoł­nierz się do niego dobrał.

***

- Czeka na cie­bie moran­thań­ski attaché, amba­sa­do­rze.

Amba­sa­dor Ara­gan, prze­wod­ni­czący mala­zań­skiego posel­stwa impe­rial­nego, uniósł głowę, odry­wa­jąc spoj­rze­nie od dymią­cego naparu z orze­chów koru, i gło­śno jęk­nął.

- Na litość Pożogi, czło­wieku. Czy to nie może zacze­kać?

Jego adiu­tant, kapi­tan Dre­shen Harad 'Ul, młod­szy syn jed­nego ze szla­chec­kich rodów z Unty, stał wypro­sto­wany jak włócz­nia. Jego rdza­wo­czer­wono-czarny impe­rialny mun­dur galowy był wyjąt­kowo zadbany.

- Attaché nalega.

Ara­gan osu­szył naczynko z czar­nym pły­nem i skrzy­wił się bole­śnie.

Bogo­wie, nie powi­nie­nem był pró­bo­wać dotrzy­mać kroku tym bar­gha­sc­kim gościom. Oni nie wie­dzą, kiedy skoń­czyć.

Skie­ro­wał poczer­wie­niałe oczy na Dre­shena i wziął do ręki nóż oraz pod­pło­myk.

- W takim razie zaproś go na śnia­da­nie.

Adiu­tant zasa­lu­to­wał.

Ara­gan posma­ro­wał pod­pło­myk rhi­vij­skim mio­dem.

Nawet nie zdą­ży­łem się zorien­to­wać w sytu­acji i mam nego­cjo­wać z Moran­thami? Czego ode mnie ocze­kują w Uncie? Cią­gle prze­no­szą mnie z miej­sca na miej­sce. Wszystko się spie­przyło. Pew­nie ni­gdy nawet nie spo­tkam tego cho­ler­nego nowego cesa­rza, Mal­licka. Nie mam w ogóle poję­cia, jak wygląda.

Moran­thań­skiego attaché przy­pro­wa­dzono do wej­ścio­wej kom­naty w apar­ta­men­cie Ara­gana. Amba­sa­dor wyko­rzy­sty­wał ją jako biuro i miej­sce spo­tkań. Podo­bał mu się widok z tarasu wycho­dzą­cego na ogrody usy­tu­owane za rezy­den­cją. Attaché był wete­ra­nem z Czer­wo­nych Moran­thów. Na jego chi­ty­no­wej zbroi barwy krwi wid­niały liczne rysy i wgnie­ce­nia, pamiątki po wal­kach. Ara­gan wstał i otarł usta.

- Witaj, komen­dan­cie Torn.

Moranth pokło­nił się sztywno.

- Witaj, amba­sa­do­rze.

Ara­gan usiadł, wska­zu­jąc gościowi krze­sło naprze­ciwko.

- Czemu zawdzię­czam ten zaszczyt?

Attaché odrzu­cił zapro­sze­nie ski­nie­niem dłoni i splótł ukryte w pan­cer­nych ręka­wi­cach ręce za ple­cami.

- Posel­stwo Moran­thów pra­gnie pro­sić sta­rych sojusz­ni­ków o przy­sługę.

Ara­gan uniósł brwi.

Oho! Jeste­śmy teraz sta­rymi sojusz­ni­kami? Od kiedy? Już od roku odrzu­cali nasze prośby o wspar­cie.

- Słu­cham?

Trudno to było okre­ślić w przy­padku kogoś cał­ko­wi­cie zamknię­tego w zbroi, ale attaché spra­wiał wra­że­nie skrę­po­wa­nego. Pod­szedł do dwu­skrzy­dło­wych drzwi wycho­dzą­cych na taras, odwra­ca­jąc się ple­cami do Ara­gana.

- Pro­simy, byś wywarł nacisk na radę, by zaka­zała wstępu na cmen­ta­rzy­ska na połu­dnie od mia­sta.

Amba­sa­dor zakrztu­sił się kawał­kiem pod­pło­myka. Adiu­tant pod­biegł do niego i wrę­czył mu kie­lich roz­cień­czo­nego wina. Ara­gan wypił je jed­nym hau­stem.

- Na bogów! - wydy­szał. - Nie pro­sisz o wiele! - Odchrząk­nął. - Suge­ruję, żeby­ście sami na nich naci­skali.

- Robimy to. Już od mie­sięcy. Nie chcą nas słu­chać. Cho­dzi o... dawne spory.

Ara­gan poka­zał adiu­tan­towi kube­czek. Męż­czy­zna ski­nął głową i wyszedł. Amba­sa­dor obró­cił krze­sło, zwra­ca­jąc się twa­rzą do sztyw­nych ple­ców Moran­tha.

- O co tu cho­dzi? Dla­czego cmen­ta­rzy­ska?

- Nie­któ­rzy z nas... - Attaché prze­rwał nagle i potrzą­snął zamkniętą w heł­mie głową. - Nie, to nie wystar­czy. - Odwró­cił się i zaczerp­nął głę­boko tchu. - Jak rozu­miemy, nazy­wa­cie nasze kolory kla­nami. Jed­nakże traf­niej­szym okre­śle­niem byłyby zapewne "gil­die". Tak czy ina­czej, tych spo­śród nas, któ­rych nazy­wa­cie Srebr­nymi, można uznać za naj­bliż­szych waszym magom, choć w grun­cie rze­czy są raczej misty­kami.

Ara­gan mógł tylko gapić się na niego. To było wię­cej, niż usły­szał od wszyst­kich Moran­thów, z któ­rymi do tej pory roz­ma­wiał. W Uncie zna­leź­liby się uczeni, któ­rzy mogliby zbu­do­wać całą karierę na infor­ma­cji, którą wła­śnie usły­szał od przed­sta­wi­ciela tego nie­wia­ry­god­nie skry­tego ludu.

Attaché Torn skrzy­żo­wał ramiona na piersi.

- Od pew­nego czasu wśród Srebr­nych panuje nie­po­kój. Ich obawy doty­czą cmen­ta­rzysk i tego, co według wielu się na nich kryje.

Kapi­tan Dre­shen wró­cił z maleń­kim kubecz­kiem naparu z orze­chów koru. Ara­gan przy­jął go, po czym ski­nął na adiu­tanta, każąc mu zosta­wić ich samych.

- Torn, te ruiny cią­gną się wiele mil na Rów­ni­nie Miesz­kal­nej. Zaj­mują obszar więk­szy niż całe mia­sto! Masz poję­cie, ilu żoł­nie­rzy byłoby potrzeb­nych...

- Powie­dziano mi, żebym wspo­mniał o waszych gar­ni­zo­nach oraz więk­szej czę­ści Pią­tej Armii na pół­nocy. A także o oddzia­łach Zastępu Jed­no­rę­kiego z połu­dnia...

Ara­gan wzniósł ręce nad głowę.

- Chwi­leczkę! - Skrzy­wił się z bólu i prze­łknął napar. - Nie mogę spro­wa­dzić tak wielu żoł­nie­rzy bli­sko mia­sta! Zasta­nów się nad tym. To rów­na­łoby się mala­zań­skiemu puczowi. Aktowi wojny. - Mach­nął ręką. - Nie. Wyklu­czone.

Torn opu­ścił ręce. Kera­ty­nowe płyty zazgrzy­tały.

- Tak też myśla­łem. - Nie­mal wes­tchnął. - Jed­nakże moi prze­ło­żeni doma­gali się, bym wystą­pił z taką prośbą. Niech i tak będzie. Pro­szę, byś przy­naj­mniej zgro­ma­dził swych naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych magów i kazał im śle­dzić wszel­kie poczy­na­nia na tere­nie cmen­ta­rzysk.

Ara­gan zmarsz­czył brwi, zasta­na­wia­jąc się nad tymi sło­wami.

- To zapewne mógł­bym zro­bić. Ale pomyśl tylko o tym. To, co wyczu­wają wasi Srebrni, to zapewne jedy­nie zabu­rze­nia w gro­tach wywo­łane tym, co się tu wyda­rzyło.... podobno miecz Ano­man­dera Rake'a został znisz­czony. Czci­ciele Kap­tura utrzy­mują, że on przy tym był i rów­nież zgi­nął, jeśli potra­fisz w to uwie­rzyć. Moi mago­wie kadrowi na­dal jęczą pod wpły­wem szoku.

- Może i masz rację... ale czy speł­nisz moją prośbę?

- Oczy­wi­ście, Torn. Oczy­wi­ście. To będzie moja przy­sługa dla cie­bie.

Moranth pochy­lił głowę.

- Świet­nie. Pro­szę, prze­każ innym te infor­ma­cje. Do zoba­cze­nia, amba­sa­do­rze.

Ara­gan pod­szedł do drzwi.

- Do zoba­cze­nia, attaché.

Po odej­ściu Moran­tha Ara­gan wezwał ski­nie­niem kapi­tana Dre­shena i ponow­nie zajął się śnia­da­niem. Gapił się na otwarte dwu­skrzy­dłowe drzwi pro­wa­dzące na taras. Kiedy skoń­czył jeść, usiadł wygod­niej, popi­ja­jąc roz­cień­czone wino. Spoj­rzał na adiu­tanta.

- Prze­każ tę wia­do­mość pię­ści z połu­dnia... Kto to jest?

- Step­pen.

- Tak jest, Step­pen. Powiedz jej, żeby przy­słała nam tylu żoł­nie­rzy, ilu tylko może. A kto dowo­dzi w cen­trum i odpo­wiada za gar­ni­zony w Wol­nych Mia­stach?

- To będzie pięść K'ess, w Pale.

- W porządku. Powinno mu się udać zebrać choć kilka kom­pa­nii. Mogą się spo­tkać na zacho­dzie, gdzieś na połu­dnie od Dha­vranu.

Dre­shen uniósł brwi.

- A jeśli poja­wią się pyta­nia?

- To tylko ćwi­cze­nia, kapi­ta­nie. Nic wię­cej. Jak zwy­kle. Mają się śpie­szyć, a potem cze­kać.

- Rozu­miem. W porządku, amba­sa­do­rze.

Odwró­cił się ku drzwiom.

Ara­gan dopił resztkę roz­cień­czo­nego wina.

- A na kim w mie­ście możemy pole­gać, jeśli trzeba będzie po cichu wyko­nać dla nas robotę?

Na twa­rzy kapi­tana Dre­shena poja­wił się uśmiech.

- Mamy listę takich ludzi, amba­sa­do­rze.

***

Przy­zwy­cza­jała się już do nie­zwy­kło­ści tego dzi­wacz­nego kró­le­stwa, tak bar­dzo nie­po­dob­nego do świata, który znała. Zasta­na­wiała się, czy to zły znak. Jej towa­rzysz, Leoman od Cepów, nazy­wał to miej­sce Brze­gami Stwo­rze­nia.

Po pierw­sze, był tu świt, jeśli można to tak nazwać. Wyła­niał się z fal morza sto­pio­nego świa­tła. Zaczy­nał się jako jasność roz­cho­dząca się w jed­nym z kie­run­ków. Można go było uznać za wschodni, choć zapewne żaden przy­nie­siony tu kom­pas nie miałby poję­cia, jak się zacho­wać. Migo­tliwe morze ener­gii jakby odda­wało część swo­jej świa­tło­ści, i ta łuna, czy może fala, sze­rzyła się po fir­ma­men­cie, zastę­pu­jąc gwiazdy czymś w rodzaju bla­sku dnia, który z cza­sem znowu ustę­po­wał miej­sca ciem­no­ści.

Z bramy, przez którą tu dotarli, Wiru Cha­osu, pozo­stała jedy­nie słaba plama na hory­zon­cie, a i ona szybko zani­kała razem z reszt­kami mroku. Być może armia Tiste Lio­san, z Jay­ashul i jej bra­tem Lori­kiem, poko­nała maga pod­trzy­mu­ją­cego tę dziurę, czy może roz­dar­cie w rze­czy­wi­sto­ści.

A może po pro­stu uciekł. Kto mógł to wie­dzieć? Z pew­no­ścią nie ona. Nie tutaj, uwię­ziona w tym wiecz­nym nie­miej­scu. I całe szczę­ście, że tak się stało, bo znowu zawio­dła. Nawet przy pomocy wła­da­ją­cej cza­rami ciotki Agayli i Cza­ro­dziejki, samej Kró­lo­wej Snów, nie zdo­łała wyko­nać zada­nia. A teraz było już po wszyst­kim. Nie musiała wię­cej się sta­rać. Nie musiała szu­kać. Nie musiała sie­bie oskar­żać. Jaki mia­łoby to sens?

Doszła do wnio­sku, że na swój spo­sób to wspa­niałe wyzwo­le­nie.

Poło­żyła głowę na nagim ramie­niu Leomana. Czy to despe­ra­cja w końcu zbli­żyła ich do sie­bie? A może po pro­stu samot­ność? Byli jedy­nym męż­czy­zną i jedyną kobietą w tym kró­le­stwie. A ten męż­czy­zna zali­czał się do naj­groź­niej­szych wro­gów Impe­rium Mala­zań­skiego. Był kie­dyś straż­ni­kiem oso­bi­stym przy­wód­czyni buntu, sha'ik, a potem dowo­dził Armią Apo­ka­lipsy w Sied­miu Mia­stach i zadał Impe­rium jedną z naj­strasz­liw­szych klęsk w jego dzie­jach - w Y'Gha­ta­nie.

Nie był jed­nak potwo­rem, a tylko wyra­cho­wa­nym twar­dzie­lem ze zdol­no­ścią prze­trwa­nia. Zwa­żyw­szy to wszystko, nie róż­nił się zbyt­nio od niej.

Rytm jego odde­chu się zmie­nił i Kiska uświa­do­miła sobie, że się obu­dził. Usiadł, prze­su­nął spoj­rze­niem po jej nagim boku i udzie, a potem uśmiech­nął się pod dłu­gimi wąsami.

- Życzę ci miłego dnia.

Bogo­wie, miała wielką ochotę powie­dzieć mu, żeby się pozbył tych wąsów.

- Jeśli można to nazwać dniem.

Odchrząk­nął, skrzy­żo­wał nogi i wsparł dło­nie na kola­nach.

- Możemy przy­jąć takie zało­że­nie.

- I co teraz? Czy zbu­du­jemy chatę z wyrzu­co­nego na brzeg drewna? Utkamy sobie kape­lu­sze z liści i wycho­wamy stado dzi­ku­sów?

- Tu nie ma drewna - odpo­wie­dział z roz­tar­gnie­niem w gło­sie, spo­glą­da­jąc na połu­dnie.

Wetknęła dłoń w deli­katny, czarny pia­sek, na któ­rym leżeli.

- Zawsze zasta­na­wia­łam się nad tymi wszyst­kimi sta­rymi mitami o począt­kach tej czy innej rasy. Wypeł­nie­nie kra­iny jest w porządku, ale co z następ­nym poko­le­niem? Ale przy­pusz­czam, że jeśli lubisz poli­ga­mię i kazi­rodz­two, nie widzisz w tym pro­blemu...

Spoj­rzała na niego. Na­dal wpa­try­wał się w dal.

- Niech cię Pożoga! Czy już zaczą­łeś mnie igno­ro­wać?

Poru­szył ustami.

- Jesz­cze nie. - Wska­zał pod­bród­kiem na połu­dnie. - Nasz przy­ja­ciel odszedł.

Prze­to­czyła się na drugi bok i przyj­rzała niebu nad brze­giem. Ich tyta­niczny sąsiad rze­czy­wi­ście znik­nął. Istota tak ogromna, iż wyda­wa­łoby się, że mogłaby objąć ramio­nami lata­jącą górę, jaką był Odprysk Księ­życa. Nie pozo­stał po niej żaden ślad. A ona niczego nie usły­szała.

Zerwała się na nogi i zaczęła się ubie­rać.

- Cho­lera, czemu mi nie powie­dzia­łeś!

Spoj­rzał na nią, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

- Nie chcia­łem ci prze­ry­wać. Nie lubisz tego.

Prze­rzu­ciła przez ramię pas z bro­nią.

- Bar­dzo zabawne. Chodźmy.

Wcią­gnął jedwabne szorty, które nosił pod fil­co­wymi spodniami - żeby go nie swę­działo, jak twier­dził.

- Coś mi mówi, że nie ma powodu się śpie­szyć, Kiska. Jeśli jest jakieś miej­sce, w któ­rym można zapo­mnieć o pośpie­chu, z pew­no­ścią się w nim zna­leź­li­śmy.

Na­dal zbie­rała broń.

- Twoim pro­ble­mem jest leni­stwo. Chęt­nie leżał­byś tu sobie cały dzień.

- I kochał się z tobą? Z całą pew­no­ścią.

- Leoman! Możesz na chwilę wyłą­czyć swój urok.

Wcią­gnął przez głowę brudną prze­szy­wa­nicę z wyściółką.

- W tym przy­padku nie ma żad­nego uroku, Kiska. To wąsy. One ni­gdy nie zawo­dzą.

Niech mnie bogo­wie bro­nią!

Ruszyła przed sie­bie. Gdyby tylko wie­dział.

***

Gdy minęli już trzy ska­li­ste przy­lądki, Kiska zatrzy­mała się na kolej­nym dłu­gim i wąskim łuku czar­nej plaży. Chrzęst ostrego wul­ka­nicz­nego żwiru zwia­sto­wał zbli­ża­nie się Leomana. Po chwili męż­czy­zna usiadł z wes­tchnie­niem i popra­wił rze­mie­nie owi­nięte wokół noga­wek.

- Trudno by mu było się ukryć, Kiska.

Stłu­miła wark­nię­cie.

- Czy nie chcesz się dowie­dzieć, co tu jest?

Mach­nął ręką bez zain­te­re­so­wa­nia.

- Tu nic nie ma.

Omio­tła spoj­rze­niem gładką linię plaży i coś zauwa­żyła. Coś wyso­kiego.

- Tam.

Kiedy się zbli­żyli, zorien­to­wała się, dla­czego go wcze­śniej prze­oczyła. Miał ten sam mato­wo­czarny kolor co pia­sek. Kiedy sie­dział, dorów­ny­wał jej wzro­stem. Szli ku niemu, szu­ra­jąc sto­pami po pia­sku. Gdy wstał, był dwa razy wyż­szy od Kiski. Z grub­sza przy­po­mi­nał jej ocio­sany posąg z bazaltu. Jego dło­nie były sze­ro­kimi, pozba­wio­nymi pal­ców łopa­tami, a głowa zero­do­wa­nym kamie­niem umiesz­czo­nym mię­dzy przy­po­mi­na­ją­cymi głazy bar­kami. We wszyst­kich szcze­gó­łach wyglą­dał tak samo jak wielki niczym góra tytan, któ­rego widzieli, gdy tru­dził się w świe­tli­stym morzu, naj­wy­raź­niej budu­jąc linię brze­gową. Leoman zatrzy­mał się obok niej. Ręce trzy­mał bli­sko kiścieni, ale roz­sąd­nie przy­wią­zał broń do pasa.

- Witaj - zawo­łała sła­bym, ochry­płym gło­sem.

Bogo­wie, jak zwra­cać się do takiego jeste­stwa? Roz­legł się zgrzyt kamie­nia. Istota prze­chy­liła głowę, jakby jej słu­chała.

- Mam na imię Kiska, a to jest Leoman. - Cze­kała na odpo­wiedź. Jeste­stwo patrzyło na nich. A przy­naj­mniej wyobra­żała sobie, że to robi. Widziała, że nie ma oczu, ust ani żad­nych rysów twa­rzy. - Czy rozu­miesz...

Wzdry­gnęła się, gdy w jej umy­śle ode­zwał się głos.

- Sły­szysz mnie? Ja cie­bie sły­szę.

Leoman otwo­rzył sze­roko oczy ze zdu­mie­nia. On rów­nież to usły­szał.

- Tak. Oboje cię sły­szymy.

- To dobrze. Jestem zado­wo­lony. Witaj­cie, nie­zna­jomi. Od wie­ków nikt mnie nie odwie­dzał. Byłem samotny. A teraz przy­bywa tu coraz wię­cej gości. To mnie cie­szy.

Nie mogła się powstrzy­mać przed peł­nym rado­ści zer­k­nię­ciem na Leomana. Coraz wię­cej! Powie­dział "coraz wię­cej"! Odpo­wie­dział jej ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem, ale zlek­ce­wa­żyła jego obawy. Gdyby istota chciała ich zabić, nie mie­liby wiel­kich szans. Zaczerp­nęła tchu, żeby się uspo­koić.

- Jak masz na imię? Jak powin­ni­śmy się do cie­bie zwra­cać?

- Nie mam imie­nia w waszym rozu­mie­niu tego słowa. Ale mam tytuł. Jestem Twórcą.

Gapiła się na niego onie­miała. Na wszyst­kich bogów na górze i na dole. Twórca. Stwórca? Nie, nie powie­dział, że jest Stwórcą, tylko Twórcą. Jej uwagę przy­cią­gnął głos mam­ro­czą­cego pod nosem Leomana. Omal się nie roze­śmiała. To była inwo­ka­cja do bogów, pocho­dząca z Sied­miu Miast. Cyniczny Leoman wró­cił do korzeni! Nie­mniej w jego gło­sie pobrzmie­wało raczej zdu­mie­nie niż poboż­ność.

Pró­bo­wała coś powie­dzieć, ale zaschło jej w gar­dle i nie była w sta­nie wykrztu­sić słów. Kolana ugięły się pod nią. Odsu­nęła się, mru­ga­jąc. Leoman poło­żył dłoń na jej ramie­niu, by pomóc jej zacho­wać rów­no­wagę.

- Są tu też inni? - zdo­łała zapy­tać. - Tacy jak my?

- Jeden taki jak wy. Drugi inny.

- Rozu­miem... - Chyba. - Czy możemy się z nimi spo­tkać? Są tutaj?

- Jeden jest. - Ręka ciężka i gruba jak sta­lak­tyt unio­sła się, wska­zu­jąc coś przed nim. - Tam.

Twórca odwró­cił się i zro­bił krok. Gdy jego przy­po­mi­na­jąca kamienną płytę stopa ude­rzyła o pia­sek, zie­mia zadrżała. Z pobli­skich przy­ląd­ków posy­pały się skalne odłamki.

Teraz go sły­szymy? Być może prze­kształ­cił się w jakiś spo­sób, by móc się z nami poro­zu­mie­wać. Ruszyła za nim, ale na czar­nej plaży nie widziała nikogo innego. Po chwili coś jed­nak ujrzała. Pła­ską, wypo­le­ro­waną kamienną płytę, ciem­no­czer­woną i poprze­szy­waną czar­nymi żył­kami. Może to był gra­nat. Spo­czy­wało na niej coś, co wyglą­dało jak garść gałą­zek i liści przy­nie­sio­nych tu przez wiatr. Wes­tchnęła i pobie­gła w tamtą stronę.

Ich prze­wod­nik.

Uklę­kła przy kamie­niu. Twórca stał obok niej. Pochy­lił pozba­wioną rysów twa­rzy kopu­la­stą głowę, przy­glą­da­jąc się stwo­rze­niu. Leoman przy­sta­nął za nim, wsu­wa­jąc dło­nie za sze­roki pas z bro­nią.

- Czy on... nie żyje? - zapy­tała Kiska.

- W przy­padku podob­nej istoty to roz­róż­nie­nie nie ma więk­szego zna­cze­nia. Esen­cja, która ją przed­tem oży­wiała, nie nale­żała do niej. Teraz zapewne odpły­nęła, ale w jej głębi kryje się nawet więk­szy poten­cjał.

- Towa­rzy­szyła nam.

- Tak myśla­łem. Przy­była wkrótce po was.

Zgar­nęła szczątki do skó­rza­nego woreczka.

- A co z tym dru­gim? - zapy­tała, sta­ra­jąc się zapa­no­wać nad gło­sem. - Tym, który był podobny do nas?

- Jego płeć jest taka sama jak tego z was - stwier­dził Twórca, wska­zu­jąc Leomana. - Przy­był do nas z Vitru.

- Z Vitru? - zdzi­wiła się Kiska.

Twórca wska­zał tępo zakoń­czoną głową na nie­spo­kojne morze świa­tła.

- To jest Vitr. Wszystko pocho­dzi z niego.

- Wszystko? Naprawdę?

- Wszystko, co ist­nieje, jest desty­la­cją Vitru. I wszystko z cza­sem się w nim roz­pusz­cza. Ty, ja. Wszelka esen­cja życia. Każda świa­do­mość.

Kiska poczuła, że jej brwi uno­szą się coraz wyżej.

- Abso­lut­nie wszystko? Wszyst­kie rasy? Z pew­no­ścią nie smoki... Tiste... albo Jaghuci.

Twórca z gło­śnym zgrzy­tem i trza­skiem pęka­ją­cej skały zaci­snął łopa­to­wate dło­nie w pię­ści. Pia­sek pod jego sze­ro­kimi sto­pami roz­ża­rzył się i zaskwier­czał, prze­ra­dza­jąc się w czarny obsy­dian. Cała plaża zadrżała. Z dale­kich przy­ląd­ków dobiegł łoskot osu­wa­ją­cych się gła­zów. Kiska padła na zie­mię i prze­to­czyła się, odda­la­jąc się od ota­cza­ją­cego Twórcę żaru.

- Nie mów mi o Jaghu­tach! Wtrą­cają się do wszyst­kiego!

Wstrząsy ziemi ustały. Kiska zakryła twarz, by osło­nić ją przed żarem, i teraz jej rękaw był czer­wony i wil­gotny. Zaka­słała i splu­nęła krwią. Leoman przy­sta­wił do nosa szmatkę.

- Wybacz, Twórco - zdo­łała wykrztu­sić, nie prze­sta­jąc kasłać.

Jeste­stwo unio­sło pię­ści przed pozba­wioną rysów kamienną twa­rzą, jakby przy­glą­dało się im z zdu­mie­niem. Otwo­rzyło ze zgrzy­tem dło­nie.

- Nie, to ja muszę cie­bie prze­pro­sić. Mój gniew... zadali mi strasz­liwą ranę! - Opu­ścił ręce. - A jeśli cho­dzi o tych, któ­rych zwiesz smo­kami, Ele­in­tów, oso­bi­ście poma­ga­łem isto­tom, które wyło­niły się z Vitru w pełni ukształ­to­wane. Nie­które z nich wybie­rały tę wła­śnie postać. Nie wiem, czy były pierw­szymi ze swego rodzaju, czy gdzie indziej powstały przed nimi inne. Nato­miast Tiste... Andii wyło­nili się z wiecz­nej nocy, to prawda, ale co z esen­cją, która ich oży­wia? Jestem prze­ko­nany, że poru­sza­jąca wszyst­kim ener­gia wywo­dzi się stąd. Z Vitru. Dla­tego nie­któ­rzy nazy­wają go Pierw­szym Świa­tłem.

Kiska spoj­rzała z bojaź­nią na ogromne, pozo­sta­jące w nie­ustan­nym ruchu morze. Pierw­sze Świa­tło? Któż jed­nak mógłby temu zaprze­czyć? Co, jeśli to "morze" jest po pro­stu ogrom­nym rezer­wu­arem albo źró­dłem ener­gii - albo mocy czy esen­cji, jak tam to zwał? To była teo­lo­gia, czy może filo­zo­fia, daleko wykra­cza­jąca poza jej poj­mo­wa­nie. Ponow­nie skie­ro­wała uwagę na Twórcę.

- A co z tym dru­gim? Z tym, który jest taki jak my?

- Pomo­głem mu wyło­nić się z Vitru.

Kiska par­sk­nęła śmie­chem. Skrzy­wiła się, sły­sząc w nim nutę histe­rii.

- W takim razie, Twórco, zapew­niam, że nie jest taki jak my.

- Jest śmier­tel­ni­kiem, ufor­mo­wa­nym w taki sam spo­sób jak wy.

- Śmier­tel­ni­kiem? Jak się nazywa? Czy ma jakieś imię?

Twórca prze­su­nął się z trza­skiem pęka­ją­cego szkła, po czym ruszył przed sie­bie powol­nym, ocię­ża­łym kro­kiem. Kiska szła obok niego.

- Mała istoto, uświa­dom sobie, że ci, któ­rzy zetknęli się z Vitrem, wyła­niają się z niego jako nowo naro­dzeni. Świeżo ukształ­to­wani albo prze­bu­do­wani. W jego umy­śle nie zacho­wały się żadne ślady poprzed­niego byto­wa­nia. Bar­dzo mi pomógł w pracy i ukoił moją samot­ność. Nada­łem mu imię Then aj Ehliel, Dar Stwo­rze­nia.

- W... pracy? - zapy­tał idący za nimi Leoman.

Wielka kopuła głowy odwró­ciła się ku niemu ze zgrzy­tem kamie­nia.

- Wzmac­niam i utrzy­muję gra­nicę bytu, nie­ustan­nie pod­gry­zaną przez Vitr, rzecz jasna.

Kiska zatrzy­mała się i zasło­niła dłońmi twarz, strą­ca­jąc z niej płatki zakrze­płej krwi. Grunt koły­sał się pod jej sto­pami, a uszy wypeł­niał ogłu­sza­jący ryk. Bogo­wie na dole! To było... to było... nie­moż­liwe! Co tu robiła? W jaki spo­sób...

Pod­trzy­mały ją dło­nie Leomana.

- Kiska. Dobrze się czu­jesz?

Znowu się roze­śmiała. Czy dobrze się czuję?

- Sły­sza­łeś, co powie­dział Twórca?

- Tak. Wzmac­nia brzeg. Rozu­miem to.

Na pustyn­nym koczow­niku naj­wy­raź­niej nie wywarło to szcze­gól­nego wra­że­nia. Kró­lowo Snów! Czy ist­niało coś, co mogłoby wypro­wa­dzić go z rów­no­wagi? Strzep­nęła z twa­rzy resztę zakrze­płej krwi i wypro­sto­wała się.

- Kiska... - zaczął Leoman. - Szanse, że to rze­czy­wi­ście może być...

Odsu­nęła się od niego.

- Tak, tak.

Twórca uniósł rękę i wska­zał przed sie­bie.

- Idź­cie dalej wzdłuż plaży. Znaj­dzie­cie go tam. Pomaga mi w pracy.

Pokło­niła się mu.

- Dzię­kuję, Twórco. Jeste­śmy two­imi dłuż­ni­kami.

- By­naj­mniej. To ja zacią­gną­łem wobec was dług. Dobrze jest zoba­czyć innych. I poroz­ma­wiać z innymi.

Kiska pokło­niła się raz jesz­cze i ruszyła przed sie­bie. Pia­sek wcią­gał jej buty. Ze wszyst­kich sił sta­rała się, by nogi się pod nią nie ugi­nały, i powstrzy­my­wała łzy. To było nie­wy­ko­nalne. Zawę­dro­wała za daleko. Gwał­towne, nie­re­ali­styczne pra­gnie­nia, które skło­niły ją do wyru­sze­nia w drogę, wyda­wały się teraz... Bogo­wie, led­wie mogła je sobie przy­po­mnieć! Żart Oponn! Nawet gdyby zna­la­zła męż­czy­znę, któ­rego szu­kała, nie mia­łaby mu już nic do powie­dze­nia. Nie potra­fi­łaby mu wytłu­ma­czyć, dla­czego powi­nien wró­cić. Nie miała mu nic do zaofe­ro­wa­nia poza... sobą. A teraz... nawet tego nie była już pewna.

***

Prace trwały bli­sko mie­siąc. Ebbin kopał sam. Nie chciał się z nikim podzie­lić tajem­nicą swego odkry­cia. Szcze­rze mówiąc, mło­dzieńcy i dwóch wyna­ję­tych straż­ni­ków z chę­cią wyle­gi­wali się w cie­niu, pod­czas gdy on pocił się pod zie­mią. Zie­mię i kamie­nie wydo­byte z tunelu zrzu­cał pro­sto do wody na dole.

Dzięki dodat­ko­wemu wspar­ciu od spon­sora kupił nowy sprzęt, w tym rów­nież dwie lampy. Jedną wspo­ma­gał się na dole. W końcu udało mu się stwo­rzyć nie­wielką lukę w osy­pi­sku i zoba­czyć, co jest po dru­giej stro­nie. Ku jego wiel­kiej uldze tunel biegł dalej. Ebbin otarł twarz brud­nym ręka­wem, wziął lampę i zaczął się prze­ci­skać naprzód. Uto­ro­wał sobie ręcz­nie drogę, a potem uniósł lampę w cia­snej prze­strzeni. Pło­mień był pro­sty jak ostrze noża. Powie­trze pozo­sta­wało tu cał­ko­wi­cie nie­ru­chome. Zaj­rzał w głąb przy­po­mi­na­ją­cego rurę tunelu. Biegł on pro­sto przed sie­bie, a jego prze­krój był dosko­nale okrą­gły. Kory­tarz pro­wa­dził nieco ku górze. Nie było tu żad­nych szkod­ni­ków, odpad­ków ani paję­czyn. To dziwne, że zawa­lił się w tak ści­śle okre­ślo­nym miej­scu. Ebbin zbył jed­nak wąt­pli­wo­ści wzru­sze­niem ramion i sunął dalej na łok­ciach i kola­nach.

Tunel koń­czył się okrą­głą kom­natą, która w sła­bym świe­tle lampy spra­wiała wra­że­nie zwień­czo­nej gładką kopułą. Na pod­ło­dze walały się kamienne frag­menty. Stą­pał ostroż­nie, by nie nadep­nąć na ostrą kra­wędź. Gdy wzrok przy­zwy­czaił mu się do pół­mroku, zauwa­żył wej­ścia do mniej­szych pomiesz­czeń ota­cza­ją­cych cen­tralny gro­bo­wiec. Wszyst­kie drzwi wyła­mano.

A jed­nak go poko­nano! Oszu­kano! Jak to moż­liwe, że ktoś dotarł tu przed nim? Ani jedno słowo w zapi­skach nie suge­ro­wało ist­nie­nia tego gro­bowca! Starł z twa­rzy zimny pot. Niech ich szlag! Gro­bo­wiec zapewne obra­bo­wano wkrótce po jego ukoń­cze­niu. Kuzyni robot­ni­ków albo bystro­ocy tubylcy obser­wu­jący prace budow­lane. Roz­rzu­cał kop­nia­kami rumo­wi­sko. Nagle poczuł pod nogami coś nie­rów­nego. Uklęk­nął, trzy­ma­jąc lampę w złą­czo­nych dło­niach.

Patrzyła na niego czaszka. Wzdry­gnął się, ale szybko odzy­skał pano­wa­nie nad sobą i usu­nął wię­cej kamien­nego pyłu. I jesz­cze wię­cej. Sze­reg... nie, okrąg z ludz­kich cza­szek wpra­wio­nych w pod­łogę nie­mal na rów­nym jej pozio­mie. I kolejne takie kręgi. Jeden wewnątrz dru­giego. Wstał i spoj­rzał na wielki cień przed sobą.

Wewnątrz krę­gów znaj­do­wała się tajem­ni­cza, przy­po­mi­na­jąca rzeźbę kon­struk­cja. Dwa łuki krzy­żo­wały się ze sobą, two­rząc cztery trój­kątne wej­ścia. W środku, na onyk­so­wym cokole, leżał zmu­mi­fi­ko­wany trup. Twarz zasła­niała mu wykuta ze złota maska, lśniąca żół­tym bla­skiem w świe­tle lampy. Była pozba­wiona ozdób, ale wytło­czono na niej twarz. Na jej ustach malo­wał się blady uśmiech, iry­tu­jący, szy­der­czy gry­mas kogoś, kto wie lepiej.

Ebbin omal nie wycią­gnął ręki po ten piękny przed­miot, ale coś go powstrzy­mało. Jakiś instynkt. Być może się mylił, miał jed­nak wra­że­nie, że usły­szał cichy szept, "to nie dla cie­bie"... tak słaby, że mógł być jedy­nie wytwo­rem jego wyobraźni, zro­dzo­nym w głu­chej ciszy głę­boko pod zie­mią. Cof­nął dłoń. To dziwne... gro­bo­wiec obra­bo­wano, ale naj­cen­niej­szy łup pozo­stał nie­tknięty. Dla­czego?

Cof­nął się i uniósł lampę, by oświe­tlić ściany komory. Wszyst­kie mniej­sze pomiesz­cze­nia otwarto, a cokoły w nich były puste. Nie­prawda. Jedno oca­lało, a zamy­ka­jące je drzwi były nie­tknięte. Pod­szedł bli­żej. Wrota były pro­stą gra­ni­tową płytą. Nie umiesz­czono na nich żad­nego znaku. Nic, co by wska­zy­wało, kto albo co spo­czywa za nimi.

Postu­kał pal­cem w litą skałę. Ary­sto­krata z legen­dar­nej epoki impe­rial­nej? Przyj­rzał się cen­tral­nej kon­struk­cji przy­po­mi­na­ją­cej cokół.

Albo jego wierny sługa.

Prze­su­nął dło­nią po gład­kiej, zim­nej pły­cie. Nie miał dłut, potrzeb­nych, by się przez nią prze­bić, i z pew­no­ścią nie zamie­rzał wpusz­czać tu swo­ich debil­nych pomoc­ni­ków. Żeby zro­bić to jak trzeba, będzie potrze­bo­wał narzę­dzi i zaso­bów, na które obec­nie nie było go stać.

Musi poroz­ma­wiać ze swoim spon­so­rem. Po takim suk­ce­sie z pew­no­ścią da Ebbi­nowi wię­cej pie­nię­dzy. W końcu do tej pory go finan­so­wał. Ten przed­się­biorca z Jed­no­okiego Kota cecho­wał się zna­ko­mitą intu­icją i wielką zdol­no­ścią prze­wi­dy­wa­nia, nawet jeśli inni roz­pusz­czali paskudne plotki o jego prze­stęp­czych powią­za­niach. Nosił dziwne, pół­nocne imię: Skromny Wkład.

Gdy wró­cił do tunelu, pod­szept instynktu, czy może iry­tu­jący szcze­gół, kazał mu się zatrzy­mać. Coś w tych bocz­nych komo­rach. Poli­czył je. Było ich dwa­na­ście. Dla­czego zawsze ta mistyczna liczba? Legendy? Stare ludowe opo­wie­ści o dwu­na­stu bie­sach? Mito­lo­gia wywo­dząca się ze sta­ro­żyt­nych prak­tyk? A może hołd zło­żony przez budow­ni­czych? Potrzą­snął głową. Za wcze­śnie na sta­wia­nie hipo­tez.

Być może z cza­sem znaj­dzie odpo­wie­dzi.

***

Po całej Gena­bac­kis krą­żyły opo­wie­ści, że sławny naczelny wódz z pół­nocy roz­bił tym­cza­sowy obóz pośród wzgórz na wschód od Daru­dży­stanu, mia­sta, w któ­rym zgi­nął jego przy­ja­ciel - a cza­sami rów­nież wróg - Ano­man­der, władca Odpry­sku Księ­życa i Syn Ciem­no­ści. Jego namiot odwie­dzali liczni emi­sa­riu­sze z pół­nocy, Wol­nych Miast oraz Rów­niny Rhi­vij­skiej. Pro­sili go o wer­dykt w spo­rach o zie­mię albo dzie­dzi­cze­nie tytu­łów, a także w kon­flik­tach tery­to­rial­nych. Ogromny męż­czy­zna całe dni i noce sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na uło­żo­nych w grube war­stwy dywa­nach i wypi­jał nie­zli­czone fili­żanki her­baty, pod­czas gdy przed­sta­wi­ciele miast i człon­ko­wie star­szy­zny róż­nych ple­mion uskar­żali się i kłó­cili ze sobą.

Jed­nej z takich nocy, gdy oma­wiano pro­blem nie­spra­wie­dli­wych podat­ków w Soge­nie, dys­puta prze­ro­dziła się w poga­wędki o daw­nych dniach, przed przy­by­ciem znie­na­wi­dzo­nych Mala­zań­czy­ków. Wresz­cie Brood wstał i wyszedł z namiotu. Jiwan, syn jed­nego z naj­bar­dziej zaufa­nych rhi­vij­skich człon­ków sztabu naczel­nego wodza, który sam okrył się nie­dawno sławą wśród jego dorad­ców, posta­no­wił podą­żyć za Ascen­den­tem i zakłó­cić jego samot­ność.

Brood stał sam, patrząc na zachód, gdzie nie­bie­ska łuna znie­na­wi­dzo­nego mia­sta roz­pra­szała mrok nocy. Być może sławny wódz się­gał wzro­kiem jesz­cze dalej, do kur­hanu, który wła­sno­ręcz­nie usy­pał, by uczcić pamięć przy­ja­ciela.

Jiwa­nowi przy­po­mniały się pogło­ski, że gro­bo­wiec w rze­czy­wi­sto­ści jest pusty. W końcu czy jaka­kol­wiek ciem­ność mogłaby zatrzy­mać Syna Matki Ciem­no­ści? Nie wie­dział, jak wygląda prawda, i wła­ści­wie go to nie obcho­dziło. Uświa­da­miał sobie jed­nak, że tylko strach przed Cala­da­nem Bro­odem zapo­biega powro­towi wojny na pół­nocy. Pokój trzy­ma­jący Rhi­vij­czy­ków na ich rów­ni­nie. Pokój Cala­dana Bro­oda.

Ten pokój wła­śnie teraz mógł się koń­czyć. Jiwan odchrząk­nął, by oznaj­mić swoją obec­ność.

- Coś cię kło­po­cze, panie?

Naczelny wódz zwró­cił w jego stronę masywną głowę i przyj­rzał mu się. Potem znowu skie­ro­wał spoj­rze­nie ku dale­kiej łunie.

- Pozwo­li­łem sobie na luk­sus uwie­rze­nia, że jest już po wszyst­kim, Jiwan. Ale na połu­dniu utrzy­mują się nie­po­koje. Wielki Kur­han Odku­pi­ciela. I mniej­szy, jego jedy­nego Straż­nika. A także gro­bo­wiec mojego przy­ja­ciela. Poja­wia się napię­cie. Nie­po­kój. Czuję to. - Jego głos ucichł, stał się nie­mal nie­sły­szalny. - Oszu­ki­wa­łem sie­bie. Nic się ni­gdy nie koń­czy.

- Miecz został strza­skany, czyż nie tak?

- Tak.

- I Władca Odpry­sku Księ­życa nas opu­ścił.

- To prawda.

Jiwana ogar­nęła nie­pew­ność.

- Boisz się, że to ośmieli Mala­zań­czy­ków?

Naczelny wódz spoj­rzał na niego. Na jego grubo cio­sa­nym, zwie­rzę­cym obli­czu poja­wiło się zasko­cze­nie.

- Mala­zań­czycy? Nie, nie cho­dzi o nich. Po odej­ściu Rake'a... to jego nie­obec­ność mnie nie­po­koi.

Jiwan pokło­nił się i zosta­wił go samego. Wie­dział, że to słuszne i godne, by naczelny wódz opła­ki­wał przy­ja­ciela, ale on, Jiwan, musiał myśleć o swo­ich pobra­tym­cach. Na ich pół­noc­nych i połu­dnio­wych gra­ni­cach obo­zo­wał nie­przy­ja­ciel, realny i doty­kalny, nie jakieś sny zanie­po­ko­jo­nych star­ców. Cho­lerni Mala­zań­czycy. Kogóż innego mógłby ośmie­lić upa­dek Ano­man­dera? Mogli spró­bo­wać wyko­rzy­stać szansę. Na razie jed­nak wolał o tym nie mówić. Lojal­ność i wdzięcz­ność wobec naczel­nego wodza wypeł­niały serca zbyt wielu star­ców. To rów­nież rozu­miał. Nie był z kamie­nia. Te uczu­cia nie były mu obce. Ale czas pły­nie. Nie można pozo­sta­wać więź­niem prze­szło­ści.

Pod­jął decy­zję. Zmie­nił kie­ru­nek i ruszył w stronę okól­nika. Wyśle wie­ści na pół­noc, każe wojow­ni­kom się zbie­rać. Muszą być gotowi na chwilę, gdy naczelny wódz ich wezwie. Albo i nie wezwie.

***

Noce w Daru­dży­sta­nie były teraz znacz­nie spo­koj­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek za jego pamięci. Ciche. Można by nawet nazwać ten nie­zwy­kły nastrój posęp­nym. Takie kli­maty nie paso­wały do mia­sta błę­kit­nego ognia, mia­sta namięt­no­ści, czy jak je tam zwał jego ropu­cho­waty przy­ja­ciel.

Oso­bi­ście Ral­lick miał nadzieję, że nie jest to nastrój ocze­ki­wa­nia.

Według dzwo­nów minęła już szó­sta godzina nocy. Ral­lick stał na nie­wy­róż­nia­ją­cym się niczym skrzy­żo­wa­niu w Dziel­nicy Gadro­bij­skiej. Nie­wy­róż­nia­ją­cej się niczym poza jed­nym. Tu wła­śnie spo­tkał swój kres Kap­tur, samo­zwań­czy bóg śmierci. Wkrótce podą­żył za nim jego zabójca, Ano­man­der Rake, władca Odpry­sku Księ­życa.

Tak dra­ma­tyczne wyda­rze­nia onie­śmie­li­łyby każ­dego.

W żad­nym wycho­dzą­cym na skrzy­żo­wa­nie oknie na pierw­szym albo dru­gim pię­trze nie paliły się świa­tła. Wszy­scy opu­ścili skrzy­żo­wa­nie. Klienci nie chcieli odwie­dzać tutej­szych skle­pów, a ota­cza­jące je kwar­tały stop­niowo pusto­szały. Któż chciałby miesz­kać w takim pecho­wym miej­scu? Spo­mię­dzy bru­kow­ców wyra­stało ziel­sko. Drzwi pozo­sta­wiono sze­roko otwarte. Sklepy obra­bo­wano. W samym sercu naj­więk­szej i naj­lud­niej­szej metro­po­lii na kon­ty­nen­cie ziała dziura opusz­cze­nia i śmierci. Ral­lick poru­szył się nie­spo­koj­nie na tę myśl.

Mar­twe serce.

Nie było jed­nak cał­ko­wi­cie pozba­wione życia. Zbli­żała się do niego jakaś postać, roz­rzu­ca­jąca kop­nia­kami śmieci na boki. Ręce scho­wała pod ciem­nym płasz­czem. Ral­lick pozdro­wił przy­by­sza pochy­le­niem głowy.

- Witaj, Krute.

- Witaj, Ral­lick.

- Jak widzę, prze­ży­łeś czystkę w gil­dii. To mnie cie­szy.

Krute odchrząk­nął cicho.

- Zbyt nie­licz­nym ze sta­rej gwar­dii się to udało. Teraz mój rejon to Dziel­nica Gadro­bij­ska. Widzisz, na czym polega awans.

- Gra­tu­luję.

- Dzię­kuję. - Męż­czy­zna się rozej­rzał. Wokół jego małych oczek uwy­dat­niły się zmarszczki. - Ale... zadaję sobie pyta­nie... kto wła­ści­wie spra­wuje teraz wła­dzę?

Ral­lick poczuł na karku zna­jomy dotyk zim­nych pal­ców.

- Vor­can nie jest zain­te­re­so­wana, Krute - oznaj­mił pozba­wio­nym wyrazu gło­sem. - Gil­dia wie, że zdo­była teraz miej­sce w Radzie.

- Tym klu­bie gadu­łów? To mi wygląda na zasłonę.

- Zosta­wiła już to za sobą. Podob­nie jak ja.

Krute poki­wał z prze­sadą głową.

- Och, skoro tak mówisz. Skoro tak mówisz. - Par­sk­nął śmie­chem, brzmią­cym raczej jak chrząk­nię­cie. - Nie­któ­rzy twier­dzą, że prze­nio­słeś się w inne miej­sce cia­łem i duszą. Wyznawcy kultu Ral­licka Noma. - Znowu się roze­śmiał, jakby z ludz­kiej głu­poty. - Tak czy ina­czej... chciał­bym ci coś poka­zać. Wska­zał głową w bok. - Tędy.

Ral­lick rozej­rzał się sta­ran­nie wkoło i podą­żył za nim. Chrzęst żwiru i odpad­ków pod jego butami wyda­wał mu się zaska­ku­jąco gło­śny.

Szli przez naj­bied­niej­sze oko­lice mia­sta, sąsia­du­jące z Dziel­nicą Bagienną. Naj­nędz­niej­sze, led­wie zasłu­gu­jące na tę nazwę inte­resy dzia­łały tu w walą­cych się domach albo bara­kach. Sklepy z uży­waną odzieżą. Lom­bardy, zbie­ra­cze odcho­dów czy małe rodzinne gar­bar­nie. W wil­got­nym zaułku nad otwar­tym kana­łem ście­ko­wym leżały dwa ciała.

Krute ski­nął dło­nią, poka­zu­jąc mu je.

Nie spusz­cza­jąc oka ze skry­to­bójcy, który odsu­nął się na uspo­ka­ja­jącą odle­głość, Ral­lick pochy­lił się nad pierw­szym z nich.

- Robota zawo­dowca. Pchnię­cie od tyłu pro­sto w serce. Cał­ko­wite zasko­cze­nie. Nie obró­cił broni w ranie. - Prze­szedł do dru­giego ciała, zawa­hał się, a potem przyj­rzał szyi.

- Cię­cie pierw­sza klasa. Cienka broń, ostra jak brzy­twa. Pocią­gnię­cie z boku na bok. Prawą ręką, nieco ku górze. Napast­nik był niż­szy od ofiary.

Krute odchrząk­nął gniew­nie.

- Tego nie zauwa­ży­łem.

- Do czego zmie­rzasz? - zapy­tał Ral­lick, pro­stu­jąc się.

- Co spro­wa­dziło dwóch byłych straż­ni­ków naczel­nika do tego syfia­stego zaułka, Ral­lick? Pozna­łeś ich, prawda?

- Tak.

- Ale nie powie­dzia­łeś...

- Ty znasz te sprawy od środka, Krute - odpo­wie­dział Ral­lick, wzru­sza­jąc lekko ramio­nami.

- Niech cię szlag, czło­wieku! Wyświad­czy­łem ci jebaną przy­sługę! Wszy­scy mają alibi! Wszy­scy! - Szarp­nął gwał­tow­nie za pokryty zaro­stem pod­bró­dek. - Kto mógł z taką łatwo­ścią zała­twić dwóch doświad­czo­nych straż­ni­ków? Nawet nie zdą­żyli sta­wić oporu! Lista takich ludzi jest bar­dzo krótka, Ral­lick. Jesteś na niej. I ona też.

- Jak już pyta­łem, Krute, do czego zmie­rzasz?

Skry­to­bójca wypu­ścił z płuc długi oddech, nie­mal przy­po­mi­na­jący wark­nię­cie.

- Z tobą zawsze się ciężko gada. Dobra, powiem to otwar­cie. Vor­can jest niska.

Ral­lick opu­ścił głowę. Jakby wpa­try­wał się w cuch­nący rynsz­tok. Mil­czał przez chwilę, po czym zaczął się odsu­wać.

- Moja rada dla two­jego zwierzch­nika brzmi nastę­pu­jąco: nie mie­szaj się w to. Jest dla cie­bie za dobra.

Opu­ścił zaułek, w któ­rym zaczy­nało już cuch­nąć czymś wię­cej niż tylko śmie­ciami. Nagle jakiś kaprys aku­styki przy­niósł do jego uszu słowa Krute'a.

- Dla cie­bie też, Ral­lick. Dla cie­bie też.

***

Nie­cier­pliwe wale­nie w drzwi gospody "Pod Fenik­sem" przy­wo­łało nową kel­nerkę, Jess. Otwo­rzyła zamek, uchy­liła drzwi, zamru­gała i skrzy­wiła się w jasnym świe­tle poranka. Wysoki męż­czy­zna w ciem­nym ubra­niu ode­pchnął ją wład­czo na bok.

- Zamknięte - ode­zwała się zasko­czona, nie prze­sta­jąc mru­gać. Gdy ujrzała plecy męż­czy­zny, ode­tchnęła z ulgą.

- Och.

Powle­kła się do kuchni, żeby obu­dzić Chud. Ral­lick spoj­rzał na gru­ba­ska, który roz­wa­lił się na krze­śle z głową odchy­loną do tyłu i chra­pał. Zdu­mie­nie mie­szało się w nim z nie­sma­kiem. Na bla­cie okru­chy cia­stek towa­rzy­szyły pustym butel­kom i pla­mom po egzo­tycz­nych musz­tar­dach oraz pasz­te­cie. Kruppe spał z otwar­tymi ustami. Ral­lick dobrze widział szcze­cinę na gru­bej, nie­ogo­lo­nej szyi oraz absur­dalną, sple­cioną w war­ko­czyk bródkę przy­po­mi­na­jącą szczu­rzy ogon. Kop­nął lekko nogę sto­łową.

Gru­ba­sek par­sk­nął i pode­rwał się. Pokle­pał pulch­nymi dłońmi brzuch ukryty pod kami­zelką i koron­kową koszulą. Cmok­nął. Głowa opa­dła mu do przodu. Jego pacior­ko­wate oczka odna­la­zły Ral­licka i otwo­rzyły się sze­rzej.

- Aja­jaj! Myśla­łem, że skrom­nego Krup­pego odwie­dził zło­wrogi, posępny przy­ja­ciel, zwia­stun śmierci. To bar­dzo nie­po­ko­jące i szo­ku­jące prze­bu­dze­nie. Kruppe nie zajął się jesz­cze toa­letą.

- Nie zamie­rzam cię powstrzy­my­wać.

- Mój przy­ja­ciel Ral­lick zawsze jest bar­dzo kul­tu­ralny. - W dłoni gru­ba­ska poja­wiła się wielka chu­s­teczka. Strzep­nął nią z wydat­nego brzu­cha okru­chy cia­stek, a następ­nie owi­nął mate­riał wokół palca i potarł zgrab­nie kąciki ust. - Gotowe! - Wes­tchnął z zado­wo­le­niem i wsu­nął dło­nie za czarny, jedwabny pas, który nosił na kar­ma­zy­no­wej kami­zelce. - Kruppe musi się mu odwdzię­czyć. - Uniósł głowę. - Naj­droż­sza Jess... Jess... umie­ramy z wygło­dze­nia. Przy­nieś nam her­bat­niki, her­batę, krwawą kiszkę z Elin­gar­thu, bekon z mio­dem, pod­pło­myki, moran­thań­ski syrop z chmu­ro­ja­gód. No wiesz, nie jestem pewien, jak sobie pora­dzi - dodał nieco ciszej.

- Chud mówi, że nie mamy nic z tego syfu! - dobie­gło ich woła­nie z kuchni.

- Myślę, że bar­dzo dobrze - mruk­nął Ral­lick.

Przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna zmarsz­czył brwi.

- Ojej, to na pewno był sen... - Wzru­szył ramio­nami. - Dobra, w takim razie her­bat­niki i her­batę. Aha! I jesz­cze przy­pa­loną grzankę dla mojego przy­ja­ciela.

Ral­lick usły­szał, jak jego zęby zgrzy­tają.

- Kruppe, chcia­łem tylko...

Prze­rwała mu unie­siona ręka gru­ba­ska.

- Nie musisz mi tego tłu­ma­czyć, stary przy­ja­cielu! To cał­ko­wi­cie zbędne. Usiądź, pro­szę! - Ral­lick wark­nął, przy­su­nął sobie krze­sło piętą, usiadł na nim i odchy­lił się, wspie­ra­jąc dło­nie na udach. - Kruppe rozu­mie. Wszy­scy powta­rzają tę infor­ma­cję z wes­tchnie­niem na ustach, przy­ja­cielu. Dwoje naj­groź­niej­szych zabój­ców w mie­ście oswoił kojący uścisk miło­ści.

- Słu­cham?

- Nie oba­wiaj się. Rany uczuć Krup­pego się zagoją. - Ode­rwał kawa­łek wyschnię­tego suszo­nego owocu leżą­cego na bla­cie, pową­chał go i wło­żył do ust. - Poży­wie­nia, Jess! Wkrótce pad­niemy tu z głodu! - Potrzą­snął głową i wes­tchnął sen­nie. - To stara histo­ria, czyż nie tak, przy­ja­cielu? Ten, kto znaj­dzie miłość, zapo­mina o sta­rych przy­ja­cio­łach. Kruppe nie musi się zasta­na­wiać nad tym, dla­czego zanie­dby­wa­łeś go przez kilka ostat­nich mie­sięcy. Z pew­no­ścią oboje urzą­dza­cie sobie na dachu schadzki w locie, jak zako­chane nie­to­pe­rze.

- Kruppe... - wychry­piał Ral­lick.

- Wkrótce spło­dzi­cie mor­der­cze dzieci, które pójdą w wasze ślady. Wyobra­żam to sobie. Szty­lety w koły­skach i garoty w koj­cach.

- Kruppe!

Gru­ba­sek obrzu­cił przy­ja­ciela nie­win­nym spoj­rze­niem.

- Słu­cham?

- Chcia­łem cię zapy­tać, czy Cro... Nożow­nik jest w mie­ście?

- Kruppe się zasta­na­wia... - Nagle zaczął się krztu­sić. Wło­żył do ust grube palce i zaczął w nich grze­bać. Po chwili wydo­był włók­ni­sty kawa­łek owocu i sta­ran­nie roz­sma­ro­wał go na bla­cie. - Jess! Her­baty nie trzeba spro­wa­dzać zza Cyna­mo­no­wych Pust­kowi!

Duża kobieta wyło­niła się z kuchni, nio­sąc tacę. Białą płó­cienną koszulę zawią­zała pośpiesz­nie, odsła­nia­jąc znaczne frag­menty ciała. Łyp­nęła ze zło­ścią na Krup­pego i z gło­śnym stu­kiem posta­wiła tacę na sto­liku.

- Cie­szę się, że cię widzę - rze­kła do Ral­licka.

- Jak się ma Meese?

- Wie­czo­rami czę­sto tu przy­cho­dzi.

- Radzisz sobie?

Odgar­nęła włosy i wska­zała na puste sto­liki.

- Padam z nóg ze zmę­cze­nia.

Ral­lick rozej­rzał się po opu­sto­sza­łej sali.

- Kto jest teraz wła­ści­cie­lem tego lokalu, Kruppe?

- Mój przy­ja­ciel Ral­lick pytał o mło­dego Nożow­nika...

Skry­to­bójca spoj­rzał na roz­mówcę.

- Tak?

Gru­ba­sek wle­pił spoj­rze­nie w głę­bie fili­żanki.

- Kruppe zasta­na­wiał się dla­czego.

Ral­lick wark­nął ze zło­ścią i odsu­nął krze­sło od sto­lika.

- Jest tutaj czy nie?

Niski czło­wie­czek wziął w dło­nie nóż i her­bat­nik, po czym spoj­rzał ze spo­ko­jem na skry­to­bójcę.

- Kruppe zapew­nia przy­ja­ciela Ral­licka, że rów­nie mocno przez niego kocha­nego mło­dego waga­bundy z całą pew­no­ścią nie ma w naszym pięk­nym mie­ście. - Uniósł trzy­mane w ręce cia­steczko. - Pla­cu­szek?

Z piersi Ral­licka, w któ­rej, odkąd przed kil­koma godzi­nami zoba­czył pewną ranę, utrzy­my­wał się bole­sny ucisk, wyrwało się wes­tchnie­nie ulgi.

- To dobrze... dobrze...

Gru­ba­sek przy­mru­żył powieki i jego oczy ukryły się w fał­dach tłusz­czu.

- Kruppe po raz kolejny zadaje sobie pyta­nie, dla­czego.

Jed­nakże Ral­lick odwró­cił się już od niego.

- Nie­ważne. Cześć. Jess - dodał, zwra­ca­jąc się w stronę kuchni.

- Ale śnia­da­nie dopiero co przy­było!

Ral­lick otwo­rzył drzwi, wyszedł w jasny błysk słońca i ruszył przed sie­bie. Drzwi zamknęły się za nim.

Gru­ba­sek wzru­szył ramio­nami i wziął sobie odro­binę dżemu.

- Pomy­śleć, że Kruppe nazwał swego nie­cier­pli­wego przy­ja­ciela cywi­li­zo­wa­nym. Mylił się strasz­li­wie!

***

Uczony Ebbin szedł w jaskra­wym bla­sku poran­nego słońca błot­ni­stą, nie­bru­ko­waną ulicą zbie­ra­czy kup dla gar­ba­rzy w Dziel­nicy Gadro­bij­skiej. Przez ramię prze­rzu­cił sobie zaku­rzoną skó­rzaną torbę, a na gło­wie miał głę­boko osa­dzony kape­lusz o sze­ro­kim ron­dzie. Zatrzy­mał się przed zamkniętą witryną w roz­sy­pu­ją­cym się drew­nia­nym budynku wznie­sio­nym na fun­da­men­tach z nad­gry­zio­nych przez czas kamieni. Zastu­kał w masywne drzwi i cze­kał. Po dru­giej stro­nie ulicy, za licz­nymi wozami i tłu­mami zmie­rza­ją­cych na targ pie­szych, zauwa­żył nie­bie­ski mun­dur. Zasko­czył go ten widok. W tej dziel­nicy zbrod­nia była ende­miczna, ale rzadko przy­cią­gała uwagę władz. Straż­nicy mieli ze sobą wóz i naj­wy­raź­niej coś w nim prze­wo­zili.

Drzwi zawi­bro­wały, gdy otwie­rano kraty i zasuwy. Potem uchy­liły się ze zgrzy­tem. Za nimi była ciem­ność.

- Ach - wydy­szał ktoś sła­bym gło­si­kiem. - To ty, mój dobry uczony. Wejdź, pro­szę.

Ebbin wsu­nął się bokiem do środka i drzwi zamknęły się za nim. Było tu dość ciemno i jego oczy potrze­bo­wały chwili, by przy­zwy­czaić się do pół­mroku. Wresz­cie jed­nak dostrzegł przy­gar­bioną syl­wetkę czło­wieka zamy­ka­ją­cego wszyst­kie zamki.

- Bar­dzo wystrze­gasz się zło­dziei, Aman - zauwa­żył. - Myślę, że to prze­szka­dza w inte­re­sach.

- Daru­dży­stan upadł bar­dzo nisko, mój dobry uczony. Naprawdę bar­dzo nisko. Minęły już czasy, gdy pano­wał pokój i ści­śle prze­strze­gano praw wpro­wa­dzo­nych przez wład­ców mia­sta. A jeśli cho­dzi o han­del... mam tylko garstkę wybra­nych klien­tów, a oni wie­dzą, gdzie mnie zna­leźć.

Zachi­cho­tał bez weso­ło­ści.

Te słowa nie zła­go­dziły nie­po­koju, jaki zawsze towa­rzy­szył Ebbi­nowi pod­czas wizyt tutaj. Przy­po­mniał sobie, jak sta­ran­nie ukry­wane bada­nia sub­tel­no­ści osłon, zako­twi­czo­nych w gro­tach barier, pozwa­la­jące mu opa­no­wać sztukę ich uni­ka­nia, dopro­wa­dziły go w końcu do tego męż­czy­zny i jego, na pierw­szy rzut oka pozba­wio­nego klien­tów, sklepu.

- Oczy­wi­ście, Aman - odpo­wie­dział jed­nak weso­łym tonem dla zacho­wa­nia pozo­rów. - Tylko garstkę wybra­nych.

Zaśmiał się cicho.

Aman zapro­wa­dził go do samego sklepu, powłó­cząc jedną nogą. Krę­go­słup wykrzy­wił mu się z powodu jakie­goś incy­dentu przy poro­dzie. Dło­nie też miał uszko­dzone - znie­kształ­cone i powy­gi­nane, jakby wkrę­ciły się w jakąś nisz­czy­ciel­ską machinę. Poszedł za ladę, gdzie miał pod­wyż­sze­nie umoż­li­wia­jące mu patrze­nie na nią z góry. Wyglą­dał na nim jak chudy dra­pieżny ptak przy­cup­nięty na grzę­dzie.

Oczy uczo­nego przy­wy­kły już do panu­ją­cego w skle­pie pół­mroku. Ostroż­nie posta­wił torbę na ławie.

- Masz coś dla mnie? - spy­tał Aman, uno­sząc brew.

- Tak. - Roz­wią­zał rze­mie­nie i wyjął owi­nięty w tka­niny przed­miot. - Z naj­głęb­szego poziomu, do któ­rego dotąd dotar­łem.

Ebbin ostroż­nie roz­su­nął naj­pierw zewnętrzną fil­cową war­stwę, a potem wewnętrzną, jedwabną, odsła­nia­jąc coś, co wyglą­dało jak frag­ment sko­rupki jaja. To jed­nak musia­łoby być nie­wia­ry­god­nie ogromne jajo. Aman pochy­lił się nad nim jesz­cze niżej, nie­mal doty­ka­jąc obiektu prze­krzy­wio­nym nosem.

Gdy Ebbin przyj­rzał mu się z bli­ska, zdu­miał go zde­for­mo­wany kształt sęka­tej głowy, poro­śnię­tej rzad­kimi i cien­kimi siwymi wło­sami. Aman odsu­nął się, być może wyczu­wa­jąc jego uwagę.

- To wspa­niałe zna­le­zi­sko, mój dobry uczony. Piękne. - Skle­pi­karz zapa­lił lampę od więk­szej, umiesz­czo­nej w uchwy­cie na ścia­nie. - Czy mogę?

Ebbin ski­nął dło­nią na znak przy­zwo­le­nia. Choć Aman miał palce powy­krzy­wiane niczym korze­nie, z łatwo­ścią uniósł frag­ment, zbli­ża­jąc go do świa­tła lampy. Ebbin pochy­lił się, by lepiej widzieć. Przez sko­rupkę można było zoba­czyć pło­mień, co samo w sobie było zdu­mie­wa­jące, ale w dodatku cały obiekt wypeł­nił się świa­tłem i pły­nęła teraz z niego cie­pła, deli­katna łuna, przy­po­mi­na­jąca świt w minia­tu­rze.

Aman wes­tchnął, nie­mal nostal­gicz­nie.

- Wyobraź sobie, pro­szę, dobry uczony, całe budowle z takiego mate­riału, wygła­dzo­nego do nie­mal cał­ko­wi­tej prze­zro­czy­sto­ści i świe­cące zim­nym, nie­bie­skim ogniem mia­sta. To byłby wspa­niały widok, czyż nie tak?

- Tak. Daru­dży­stan w wiel­kiej impe­rial­nej epoce tyra­nów. Tak przy­naj­mniej go sobie wyobra­żano.

Wyłu­pia­ste oczy zwró­ciły się w jego stronę.

- Oczy­wi­ście.

- Czy czymś to nasą­czono?

Aman zaczął ponow­nie owi­jać obiekt w tka­niny.

- Prze­ko­namy się. Potrzebne będą bada­nia. Gdyby się oka­zało, że to frag­ment naczy­nia uży­wa­nego do pew­nych... hmm... ezo­te­rycz­nych rytu­ałów, będzie można uzy­skać za niego wielką sumę od tych, któ­rzy chcie­liby go wyko­rzy­stać w swo­ich... no cóż... bada­niach.

Ebbin odchrząk­nął z zakło­po­ta­niem.

- Rozu­miem.

Skle­pi­karz wsu­nął obiekt pod ladę.

- W czym mogę ci pomóc, dobry uczony?

- Dotar­łem do komory, która na­dal jest zamknięta.

Palce skle­pi­ka­rza, poru­sza­jące się dotąd po bla­cie niczym odnóża pająka, znie­ru­cho­miały.

- Naprawdę? - wydy­szał zdu­miony. - Na­dal zamknięta? To zdu­mie­wa­jące. Musisz być bar­dzo ostrożny, dobry uczony. Pułapki, jakie sta­ro­żytni zasta­wiali w swych gro­bow­cach...

- Oczy­wi­ście, Aman. Rozu­miem to zagro­że­nie. Nie jestem ama­to­rem.

- Oczy­wi­ście - powtó­rzył skle­pi­karz i uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc liczne, krzywe zęby. - Bariera?

Ebbin odchrząk­nął raz jesz­cze.

- Kamień. Gładka płyta. Bez jakich­kol­wiek zna­ków.

- Mówisz bez zna­ków? Nie ma żad­nych sym­boli ani choćby naj­bled­szych inskryp­cji?

Ebbin zmarsz­czył z iry­ta­cją brwi.

- Znam się na swo­jej robo­cie. Zaj­muję się wyko­pa­li­skami od dzie­się­cio­leci.

Aman uniósł ręce.

- Nie chcia­łem cię ura­zić, dobry uczony. Wybacz. To po pro­stu... nie­zwy­kłe.

Ebbina prze­szył nie­przy­jemny dreszcz. Potarł pierś i ski­nął głową.

- Tak. To... nie­zwy­kłe.

- Może to był ktoś mało ważny. Jakiś niski rangą dwo­rza­nin.

Ebbin przy­po­mniał sobie postać leżącą na onyk­so­wym cokole pośrodku komory. Złotą maskę z jej nie­sa­mo­wi­tym, drwią­cym uśmiesz­kiem oraz ota­cza­jące pie­de­stał pier­ście­nie cza­szek. Poki­wał głową, drżąc lekko.

- Tak. Też odnio­słem takie wra­że­nie.

Aman przyj­rzał mu się z uwagą, jakby pod­da­wał go oce­nie. Potem szybko prze­niósł spoj­rze­nie na półki.

- Mogę mieć dla cie­bie odpo­wied­nie narzę­dzia, dobry uczony, stwo­rzone przez alche­mię Moran­thów... Może kwasy? Albo dłuta? Nie takie zwy­czajne, nie, nie. Utwar­dzane żelazo z dodat­kiem mala­zań­skiego metalu zwa­nego ota­ta­ra­lem. Jeśli dasz mi kilka dni, znajdę je dla cie­bie.

- Nie masz cze­goś w tym rodzaju pod ręką?

Męż­czy­zna roze­śmiał się z iro­nią.

- Ojej, z pew­no­ścią nie. Ten mine­rał bar­dzo by zaszko­dził moim... towa­rom.

Ebbin mógł jedy­nie się z nim zgo­dzić.

- Skoro tak mówisz. Kilka dni. Tak czy ina­czej, muszę się nara­dzić z moim spon­so­rem.

- Zna­ko­mi­cie, zna­ko­mi­cie.

Aman poki­wał głową. Jego sękate palce nie­ustan­nie stu­kały o blat.

***

Gdy wszyst­kie rygle były już zasu­nięte, a zamy­ka­jące drzwi sztaby przy­wró­cono na miej­sce, Aman powlókł się z powro­tem do sklepu. Cze­kała tam na niego piękna młoda kobieta. Dłu­gie czarne włosy splo­tła w war­ko­cze i upięła na gło­wie. Skle­pi­karz zro­bił kwa­śną minę na jej widok.

- Twoja inge­ren­cja w moje sprawy jest nie­po­żą­dana. Sta­now­czo nie­wska­zana.

Dziew­czyna prze­su­nęła kształtne bio­dro i oparła się o ladę. Zaczęła powoli obra­cać leżący na niej paku­nek.

- Dla­czego musimy pole­gać na tym kre­ty­nie?

- My? Nie ma żad­nego my. Oszu­ku­jesz samą sie­bie. Wtrą­ca­jąc się w moje sprawy, nie­opi­sa­nie wszystko skom­pli­ku­jesz.

- Obser­wo­wali twój sklep, Aman.

Skle­pi­karz pokuś­ty­kał ku swemu pod­wyż­sze­niu za ladą.

- Obser­wują go? Pew­nie, że tak. Zawsze to robili! Agenci moich daw­nych sojusz­ni­ków oka­zali się bar­dzo uparci. Ale ponie­waż ni­gdy stąd nie wycho­dzę i trzy­mam się w izo­la­cji, na­dal nic nie wie­dzą. - Deli­kat­nie dotknął pal­cami drew­nia­nej lady. - Nie muszę doda­wać, że nie­dawno tę izo­la­cję zakłó­cono i...

- Oni nie żyją, Aman.

Skle­pi­karz chciał coś powie­dzieć, ale powstrzy­mał się i potarł dłońmi ladę, jakby ją gła­skał. Dopiero potem zaczął, powoli i ostroż­nie:

- Ale ten, czy może ta, kto ich wyna­jął, wie, że jest bli­sko jakie­goś odkry­cia. Lepiej było zacho­wać aurę tajem­nicy.

Dziew­czyna ze spo­ko­jem wzru­szyła bla­dymi, chu­dymi ramio­nami i zabrała się do odwi­ja­nia paczki.

- W takim razie zabiję tę osobę.

- Ach tak, skoro już mowa o tajem­ni­cach. Nikt nie zna toż­sa­mo­ści Nisz­czy­ciela Kręgu. Poja­wiło się wielu poze­rów, gło­szą­cych, że to oni, ale nikt nie ma pew­no­ści. To mógłby być któ­ryś z moich daw­nych sojusz­ni­ków. Nawet twoja matka.

Kokie­te­ryjne spoj­rze­nie dziew­czyny nagle spo­sęp­niało.

- Nie mów mi o niej, Aman. - Zer­k­nęła na niego spod opa­da­ją­cych powiek. - Chcesz powie­dzieć, że to mógłby być każdy? Ale nie ty, oczy­wi­ście.

Aman poki­wał krzy­wym pal­cem.

- Uczysz się.

Skrzy­wiła się, a potem wska­zała leżący na ladzie frag­ment.

- Czy to naprawdę jest tak war­to­ściowe, jak powie­dzia­łeś?

Uniósł przed­miot przed sobą, patrząc jej pro­sto w oczy.

- Ach. Piękne, nie­praw­daż? Deli­katne i przy­cią­ga­jące uwagę. Wspa­niały eks­po­nat. Tak przy­naj­mniej wydaje się z zewnątrz. Ale w środku kryje się skaza. To tylko bez­war­to­ściowy śmieć.

Zmiaż­dżył obiekt w dłoni.

Dziew­czyna odsu­nęła się rap­tow­nie, jakby ją ude­rzył, i wpa­dła na coś w ciem­no­ści. Jej pełne usta zmie­niły się w wąską linię, a w oczach roz­go­rzało płynne świa­tło. Skle­pi­karz przy­glą­dał się jej spo­koj­nie, prze­krzy­wia­jąc głowę. Koniuszki jego pal­ców lekko się sty­kały. Złoty blask znik­nął powoli z jej oczu. Drżała, z wysił­kiem powstrzy­mu­jąc gniew. Wark­nęła i unio­sła wyzy­wa­jąco głowę.

- Mam nadzieje, że już skoń­czy­łeś.

- Skoń­czy­łem - potwier­dził, kła­nia­jąc się jej.

- Co to za okro­pień­stwo? - zapy­tała, wska­zu­jąc figurę, na którą wpa­dła.

Aman uniósł lampę. Uka­zał się posąg w zbroi wysa­dza­nej pół­sz­la­chet­nymi kamie­niami, lśniący w jej świe­tle zie­lo­no­nie­bie­skim bla­skiem.

- Wspa­niały, prawda? Pocho­dzi z odle­głego Jacu­ruku. To jeden z ich kamien­nych żoł­nie­rzy.

Obrzu­ciła posąg pro­fe­sjo­nal­nym spoj­rze­niem.

- Auto­mat?

- Nie­zu­peł­nie. - Posta­wił lampę na ladzie. - Tak czy ina­czej, skoro już wró­ci­łaś, suge­ruję, byś stała się uży­teczna i uwa­żała na naszego przy­ja­ciela. Nie może mu się stać nic złego. Bądź gotowa do inter­wen­cji. Jest już bli­sko, Taya. Bar­dzo bli­sko.

- Dla­czego on? Czemu sam tam nie zej­dziesz?

Aman zachi­cho­tał, nawet nie pró­bu­jąc ukry­wać lek­ce­wa­że­nia.

- Moja droga, naprawdę dostar­czasz mi roz­rywki. Nie­zli­czone bariery, osłony i warunki narzu­cone przez moich byłych sojusz­ni­ków bar­dzo mnie wyczer­pują. Nie ma w nich pra­wie żad­nych luk. Mogą się przez nie prze­do­stać tylko ci, któ­rzy tego nie pra­gną. Któ­rzy ni­gdy nie prze­lali krwi, nie pożą­dają oso­bi­stych korzy­ści... mnó­stwo róż­nych warun­ków. Wymy­ślił je Mam­mo­tlian. To on zbu­do­wał gro­bo­wiec, a ponie­waż był uczo­nym, być może tylko ktoś o podob­nym uspo­so­bie­niu potrafi instynk­tow­nie spro­stać jego wyma­ga­niom. Rozu­miesz mój tok myśle­nia?

- A jeśli mu się nie uda? Podob­nie jak wszyst­kim przed nim?

Wła­ści­ciel sklepu wzru­szył wykrzy­wio­nymi ramio­nami.

- Zaczyna już nam bra­ko­wać tam miej­sca, prawda? - Przy­mru­żył mocno powieki.

Prze­chy­liła głowę, nie­pewna, co chciał przez to powie­dzieć.

***

Na ulicy bla­cha­rzy w Dziel­nicy Gadro­bij­skiej Bara­thol Mekhar pod­da­wał inspek­cji naj­now­szy trans­port rudy żelaza. Jej jakość była nie­zwy­kle wysoka. Zna­lazł we frag­men­tach uży­teczną róż­no­rod­ność mięk­ko­ści i kru­cho­ści. Po chwili zamknął skrzy­nię, ruszył do kuźni i uniósł dłoń nad węgiel­kami. Będą potrze­bo­wały jesz­cze tro­chę czasu. Wyszedł na małe, otwarte podwó­rze na zaple­czu domu, otrze­pał dło­nie i wspiął się po wąskich scho­dach do swych poko­jów na górze. Za zamknię­tymi okien­ni­cami niebo roz­ja­śniała już jutrzenka. Przy­sta­nął na moment przy łóżku, w któ­rym spała jego żona Scil­lara. Potem pod­szedł do maleń­kiej koły­ski po dru­giej stro­nie łóżka. Zro­bił ją wła­sno­ręcz­nie. Uklęk­nął, przy­glą­da­jąc się śpią­cemu w niej pulch­nemu nie­mow­lę­ciu. Spało głę­boko.

Ni­gdy nawet sobie nie wyobra­żał, że przy­pad­nie mu w udziale taki skarb. Dziecko wyda­wało mu się zbyt bez­bronne, by żyć na tym świe­cie. Zbyt kru­che. Jego deli­kat­ność prze­ra­żała kowala. Bał się choćby dotknąć go poczer­nia­łymi, stward­nia­łymi dłońmi. Nie­mniej się­gnął ostroż­nie jedną z nich do koły­ski, by cie­pły oddech nie­mow­lę­cia ogrzał mu palce.

Wypro­sto­wał się z uśmie­chem i zauwa­żył, że Scil­lara mu się przy­gląda.

- Widzę, że jesz­cze nie ucie­kłeś - zauwa­żyła, prze­cią­ga­jąc się.

- Jesz­cze nie.

- Pomimo wrzesz­czą­cego bachora i gru­bej żony?

- To pew­nie kara za jakiś strasz­liwy czyn popeł­niony w poprzed­nim życiu.

- Musiał być naprawdę potworny. - Rozej­rzała się, jakby cze­goś szu­kała. - Bogo­wie, bra­kuje mi fajki.

- Prze­ży­jesz to.

Wska­zała na drzwi.

- Rzuć mi sukienkę. Czy nie masz jakiejś roboty? Mógł­byś zaro­bić tro­chę pie­nię­dzy. Tyle, żeby wystar­czyło na kucharkę. Mam już dość two­ich przy­pa­lo­nych potraw.

- No wiesz, mogła­byś mi tro­chę pomóc.

Par­sk­nęła śmie­chem.

- Nie chcesz jeść tego, co ja gotuję.

- W takim razie idę sobie. - Rzu­cił jej suk­nię. - Przy­da­łoby mi się tro­chę her­baty.

- Tak samo jak nam wszyst­kim.

Ruszył na dół. Cze­kał go kolejny dzień sta­nia przy kuźni. Będzie jed­nak mógł patrzeć na dzie­dzi­niec i widzieć, jak Scil­lara sie­dzi na roz­ło­żo­nych na ziemi dywa­nach i karmi pier­sią małego Chaura.

Życie było lep­sze, niż mógłby się spo­dzie­wać.

Rozdział II

Nie pod­noś ręki na ojca swego, albo­wiem to świę­to­kradz­two

Inskryp­cja na kamien­nym odłamku Rów­nina Miesz­kalna

Wyzwa­nie jak zwy­kle zaczęło się od rzu­co­nego spoj­rze­nia, nie­od­wra­ca­nego mgnie­nie oka za długo. Wyda­rzyło się to na placu tre­nin­go­wym w samym środku Cant, mar­mu­ro­wych kom­nat Segu­leh.

Jan odwró­cił się, by wezwać nie­wol­nika, zauwa­żył spoj­rze­nie i zatrzy­mał się. Ćwi­czący wów­czas na placu Segu­leh wywo­dzący się z rzą­dzą­cego rodu Jista­rii rów­nież zauwa­żyli napię­cie. Tłum się roz­pro­szył, odsła­nia­jąc pole ćwi­czebne oraz kręgi dla zapa­śni­ków. Jan zoba­czył, że wszy­scy opu­ścili plac tre­nin­gowy. Po dru­giej stro­nie opu­sto­sza­łej nagle prze­strzeni ujrzał Enoca, który nie­dawno został Trze­cim. Przy­ja­ciele i zwo­len­nicy mło­dego ary­sto­kraty pode­szli do niego. Jan nie musiał odwra­cać głowy, by wie­dzieć, że przy nim z kolei poja­wili się jego stron­nicy. Wyjęto mu z dłoni drew­niany ćwi­czebny miecz.

- Odwróć się do niego ple­cami - wysy­czała za nim Palla, Szó­sta. - Jak śmie?! To nie jest miej­sce.

- Czyż młody Trzeci nie twier­dzi, że w naszych sze­re­gach bra­kuje śmia­ło­ści? - zapy­tał ze spo­ko­jem Jan.

Odpo­wie­działo mu wark­nię­cie tłu­mio­nej wście­kło­ści.

Jan uniósł lekko pod­bró­dek, wska­zu­jąc try­buny ota­cza­jące amfi­te­atr.

- Wygląda na to, że sędzio­wie już się zgro­ma­dzili.

- Wszystko to jego krewni! - zawo­łała Palla. - To robota jego pod­stęp­nego wujka, tego gru­basa Olaga.

Poja­wił się miecz Jana. Podano mu go z tyłu, ręko­je­ścią do przodu. Przy­jął go i zaczął przy­wią­zy­wać pochwę do szarfy. Po dru­giej stro­nie pola grupa zwo­len­ni­ków Enoca, skła­da­jąca się głów­nie z mło­dych ambit­nych wojow­ni­ków, rów­nież wrę­czyła mu broń. Ktoś podał Janowi wypeł­nioną wodą tykwę, a on wypił z niej łyk wody. Nie odwra­cał spoj­rze­nia od maski Enoca. Na jej bla­dym owalu były tylko dwie czarne kre­ski, po jed­nej na każ­dym policzku.

Minął już rok? - pomy­ślał z zasko­cze­niem Jan. Czas upły­wał coraz szyb­ciej, w miarę jak robił się star­szy. Nie miał zamiaru się zesta­rzeć, po pro­stu zbyt długo cze­kał na nadej­ście kogoś, kto zdoła go poko­nać. Enoc naj­wy­raź­niej uwa­żał, że nade­szła jego szansa. Jan musiał przy­znać, że ambitny mło­dzie­niec dobrze wybrał chwilę. Nie był zmę­czony, roz­grzał się tylko i roz­luź­nił mię­śnie, pod­czas gdy Jan sto­czył już serię męczą­cych spa­rin­go­wych walk i zale­wał go pot. Wyglą­dało na to, że sprytny nowy Trzeci będzie miał prze­wagę.

Ale Jan czuł się gotowy. Jego krew była gorąca i pły­nęła szybko, a roz­grzane koń­czyny wypeł­niała siła.

Ćwi­cze­nia go nie męczyły, w prze­ci­wień­stwie do wielu innych, a raczej doda­wały wigoru. Nie­mniej... wyzwa­nie pod­czas ćwi­czeń... w cza­sie gdy wszy­scy ary­sto­kraci Jista­rii mogli swo­bod­nie spo­ty­kać się ze sobą i ćwi­czyć razem? To było w bar­dzo złym guście. Zgro­ma­dze­nie bez­stron­nych sędziów ni­gdy by nie pozwo­liło na coś takiego.

Musiał jed­nak na nie odpo­wie­dzieć. Tego wyma­gał obo­wią­zek. Był Dru­gim.

Dotknął koniusz­kami pal­ców ręko­je­ści obu­ręcz­nego mie­cza i wyszedł na śro­dek wysy­pa­nego pia­skiem amfi­te­atru. Nie potra­fił już zli­czyć, ilu Trze­cich rzu­cało mu wyzwa­nie przez wszyst­kie te lata. Przy­cho­dzili i odcho­dzili, a on na­dal był Dru­gim. Tabela Aga­tii, pierw­szego tysiąca, przy­po­mi­nała gej­zer. Cią­gle wyrzu­cała z sie­bie nowych pre­ten­den­tów. Ten był wyjąt­kowo nie­cier­pli­wym przed­sta­wi­cie­lem tej sły­ną­cej z nie­cier­pli­wo­ści grupy. Od dawna powta­rzano, że Drugi to naj­gor­sza z moż­li­wych rang. Zawsze Drugi, ni­gdy Pierw­szy. Jed­nakże po śmierci ostat­niego starca, który osią­gnął rangę Pierw­szego, zaczęto mówić, że naj­go­rzej jest być Trze­cim. Naj­bar­dziej nie­pewny szcze­bel, szybko opusz­czany przez wszyst­kich... w jeden albo drugi spo­sób.

Myśli, że jestem zmę­czony. Pro­szę bar­dzo. Skoro tak uważa. Niech rzuci wyzwa­nie teraz, bar­dzo wcze­śnie. Bar­dzo... przedwcze­śnie. Niech i tak będzie. Mogę jedy­nie speł­nić swój obo­wią­zek i przy­jąć je.

Enoc ruszył mu na spo­tka­nie. Pozo­stali Jista­rii odsu­nęli się, robiąc im wolne miej­sce. Wiatr był lekki, a słońce wisiało na nie­bie wystar­cza­jąco wysoko, by nie sta­no­wiło to pro­blemu. Jan cze­kał, uno­sząc głowę. Gdy Trzeci był już wystar­cza­jąco bli­sko, by mogli ze sobą roz­ma­wiać, Jan wypo­wie­dział słowa rytu­al­nego wyzwa­nia:

- Daję ci ostat­nią szansę zmiany zda­nia. For­mal­no­ści dopeł­niono. Nie będzie w tym hańby.

- Cze­ka­nie nie jest dla mnie, Drugi - odpo­wie­dział Enoc. - Nie zamie­rzam wiecz­nie cze­kać na swo­jej grzę­dzie, jak ty.

Jan wstrzy­mał na chwilę oddech.

- Pra­gniesz zostać Pierw­szym?

- Nad­szedł już czas. Jeśli nie pra­gniesz prze­wo­dzić, ustąp miej­sca komuś, kto się tego podej­mie.

A więc o tym szep­czą w salach sypial­nych... Wszystko już zapo­mnieli. Nie można zdo­być tytułu Pierw­szego. Trzeba go otrzy­mać. A mnie - nawet mnie - nie uznano za god­nego.

Wez­brał w nim gniew, ale stłu­mił go mak­sy­mal­nym wysił­kiem woli. Nie. Nie może być żad­nych emo­cji. Żad­nych myśli. Enoc myśli za dużo i to go spo­wal­nia. Nie wolno myśleć. Trzeba po pro­stu dzia­łać. A Jan zawsze dzia­łał bar­dzo szybko.

Poru­szył kciu­kiem, roz­luź­nia­jąc miecz w pochwie.

- Jak sobie życzysz, Trzeci.

Zaczerp­nął tchu i wypusz­cza­jąc powie­trze, wyszep­tał rytu­alne słowa:

- Przyj­muję wyzwa­nie.

Klingi ich mie­czy zde­rzyły się z trza­skiem w tej samej chwili, gdy usta Jana opu­ściła ostat­nia sylaba. Spa­ro­wał kilka ata­ków, zauwa­ża­jąc pod­świa­do­mie, że chło­pak za bar­dzo polega na sile, wzmac­nia­jąc nią tech­nikę, z którą nie czuł się zbyt dobrze. Wie­dział instynk­tow­nie, że jest od niego lep­szy. Każdy o ran­dze wyż­szej niż Dzie­siąty rów­nież by to zauwa­żył. Ale sędzio­wie nie dadzą się prze­ko­nać. Musi się wyda­rzyć coś bar­dziej oczy­wi­stego.

Biedny chło­pak. Jego wuj obsa­dził zgro­ma­dze­nie swo­imi ludźmi i nie zosta­wił mi wyboru. A teraz on za to zapłaci.

Na­dal jed­nak zwle­kał. Krą­żył i paro­wał ataki. Wśród naj­wyż­szych rangą uwa­żano, że prze­la­nie krwi jest dowo­dem nie­udol­no­ści, czymś w bar­dzo złym guście. Naj­lep­sze zwy­cię­stwa odno­siło się bez uży­cia tak pro­stac­kich metod.

Burza agre­sji Trze­ciego nie łagod­niała. Brzęk har­to­wa­nej stali ude­rza­ją­cej o stal nie milkł. Ale Jan zacho­wy­wał spo­kój. Był okiem cyklonu oto­czo­nym furią ostrej jak brzy­twa klingi. Począt­kowo ten sztorm był pełen nie­po­wstrzy­ma­nej mocy, ale teraz poja­wiła się w nim nuta nie­pew­no­ści, a nawet zro­zu­mie­nia.

A także gorącz­ko­wej despe­ra­cji.

Jan posta­no­wił dzia­łać. Lepiej zakoń­czyć próbę szybko, żeby nie uznano go za okrut­nego. W samym środku tańca pchnięć, fint i kontr­ata­ków miecz Jana wysu­nął się o sze­ro­kość palca dalej niż zwy­kle. Drugi prze­su­nął się nieco, pozwa­la­jąc, by impet Enoca zbli­żył go do niego bar­dziej, niż było to jego zamia­rem. Sztych mie­cza musnął wewnętrzną powierzch­nię jego pra­wego łok­cia, prze­ci­na­jąc ścię­gno.

Prawa ręka Enoca opa­dła bez­wład­nie. Miecz wypadł mu z rąk. Pierś mło­dzieńca falo­wała gwał­tow­nie, jasno uka­zu­jąc jego zmę­cze­nie. W roz­go­rącz­ko­wa­nych oczach spo­glą­da­ją­cych przez szcze­liny w masce poja­wiło się nie­do­wie­rza­nie, szybko prze­ra­dza­jące się w grozę.

Został oka­le­czony. Rana się zagoi i z cza­sem zapewne odzy­ska wła­dzę w ręce, ale po czymś takim trudno mu będzie utrzy­mać pozy­cję wśród Aga­tii. Rzecz jasna, zachowa prawo do nosze­nia mie­cza, ale nie będzie już rzu­cał wyzwań.

Jan zasta­na­wiał się, czy nie wyszep­tać prze­pro­sin w tej chwili, gdy mię­dzy wal­czą­cymi utrzy­my­wała się kru­cha bli­skość, ale chło­pak zapewne uznałby to za znie­wagę. Dla­tego nic nie powie­dział.

Ta ulotna chwila, gdy widzo­wie wstrzy­mali oddech, zachwy­ceni pięk­nem per­fek­cyj­nego cię­cia, jego siłą, cel­no­ścią, wybo­rem chwili i zgod­no­ścią z zasa­dami, minęła.

Wszy­scy zebrani Jista­rii pokło­nili się swemu Dru­giemu.

***

Wie­czo­rem, gdy Jan sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami przy kola­cji ze swymi naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi wśród skla­sy­fi­ko­wa­nych - Szó­stą Pallą, oraz Lo, który od wielu lat był Ósmym, ale teraz, gdy dotarły do nich wie­ści o śmierci Czar­nego Mie­cza, roz­wa­żano awan­so­wa­nie go na zwol­nioną pozy­cję Siód­mego. Towa­rzy­szył im też jego przy­ja­ciel z mło­dych lat, Beru, jeden z Czwar­tej Dzie­siątki.

- Czy Gall odzy­ska pozy­cję Trze­ciego? - zapy­tał Jan Pallę.

Uśmiech­nęła się, pochy­liła głowę i zdjęła maskę, by połknąć kawa­łek ryżu z mię­sem.

- Tak. I będzie ci wdzięczny za to, że znowu wspiął się na dawny szcze­bel.

- Wdzięczny? Nie zro­bi­łem tego dla niego.

Ukło­niła się uprzej­mie, ale w jej gło­sie sły­chać było roz­ba­wie­nie.

- Wdzięcz­ność za to, że przy­po­mnia­łeś wszyst­kim, dla­czego tak długo był Trze­cim.

Jan ski­nął lekko dło­nią, chcąc zmie­nić temat. Spoj­rzał na Lo. Na jego masce wid­niało sie­dem nama­lo­wa­nych sadzą linii, roz­cho­dzą­cych się pro­mie­ni­ście od otwo­rów na oczy.

- A co z tobą? - zapy­tał. - Zosta­niesz Siód­mym?

Lo ukło­nił się sztywno w pasie.

- Jeśli otrzy­mam taki roz­kaz. Ale nie pra­gnę tego. To... nie­smaczne... awan­so­wać w taki spo­sób.

Pozy­cja, jaką przy­jął Beru, suge­ro­wała, że chciał coś powie­dzieć.

- Słu­cham, Beru?

Męż­czy­zna ukło­nił się, na­dal odwra­ca­jąc wzrok.

- Z całym sza­cun­kiem, Drugi, krążą pogło­ski o tajem­ni­czym szer­mie­rzu, który zabił Czar­nego Mie­cza, władcę Potomka Księ­życa. Nie­któ­rzy mówią, że powinno się go uwa­żać za nowego Siód­mego, inni suge­rują wyzwa­nie.

Jan, który się­gał już po kawa­łek mięsa, znie­ru­cho­miał.

- Wiesz, że nie jestem zwo­len­ni­kiem takich... awan­tur­ni­czych przed­się­wzięć. Sprze­ci­wia­łem się kar­nej eks­pe­dy­cji prze­ciwko Pan­nio­nom. Co nam to dało? Mok mar­no­wał swe umie­jęt­no­ści w walce z motło­chem i nie­udol­nymi ama­to­rami.

Trójka jego towa­rzy­szy przez pewien czas jadła w mil­cze­niu. Wszy­scy znali uczu­cia, jakimi Jan darzył swego star­szego brata, Moka, który zgło­sił się na ochot­nika, by uci­szyć pozba­wio­nych sza­cunku Pan­nio­nów, i powró­cił... zmie­niony. Zła­many.

W końcu ode­zwała się Palla, którą łączyła z nim naj­bliż­sza więź, jako że byli kie­dyś kochan­kami - dopóki oboje nie wspięli się zbyt wysoko na dra­bi­nie hie­rar­chii, a ich związku nie znisz­czyły napię­cia zwią­zane z moż­li­wo­ścią wyzwa­nia.

- Ale popar­łeś wyprawę Oru... - zaczęła ostroż­nie.

- Oru zapew­nił, że miał wizję - odpo­wie­dział, sta­ra­jąc się nadać swemu gło­sowi łagodne brzmie­nie. - Kim jestem, by pod­wa­żać praw­dzi­wość takich słów? Pozwo­li­łem mu zabrać ze sobą wszyst­kich, któ­rzy się zgło­szą.

- I zna­la­zło się dwu­dzie­stu ochot­ni­ków! To była naj­więk­sza eks­pe­dy­cja w całej naszej histo­rii.

- To prawda.

I przy­świe­cał jej naj­szczyt­niej­szy ze wszyst­kich celów. Tylko przed nim, przed Dru­gim, Oru ujaw­nił prawdę o swo­jej wizji... był prze­ko­nany, że potrafi zwró­cić Segu­leh honor, który ukra­dziono im tak dawno temu. To była sza­lona, zro­dzona z despe­ra­cji nadzieja, ale nie mógł mu odmó­wić.

Spoj­rzał na Lo, który odwró­cił twarz i uniósł maskę, żeby wypić łyk her­baty. Być może powi­nien pozwo­lić na wyzwa­nie. Każdy, kto zdo­łał poko­nać Czar­nego Mie­cza... jeśli pokona rów­nież Lo, ranga będzie nale­żała go niego.

Ciche puka­nie do drzwi wyrwało Jana z zamy­śle­nia. Ski­nął głową do Beru, każąc mu otwo­rzyć. Męż­czy­zna pod­niósł się na kolana, trzy­ma­jąc jedną rękę na ręko­je­ści mie­cza, uchy­lił drzwi i powie­dział coś cicho do osoby znaj­du­ją­cej się na zewnątrz. Po krót­kiej roz­mo­wie otwo­rzył je na oścież.

To był stary męż­czy­zna, nie­no­szący maski sza­no­wany Jista­rii, który wybrał ścieżkę kapłana. Zbli­żył się na kola­nach i pokło­nił nisko, doty­ka­jąc czo­łem twar­dego par­kietu.

- Panie, pro­szą cię o przy­by­cie do świą­tyni. Jest tam... coś, co powi­nie­neś zoba­czyć.

Jan pochy­lił leciutko głowę.

- Pro­szę bar­dzo. Już idę.

Kapłan pokło­nił się raz jesz­cze i cof­nął na kola­nach ku drzwiom. Pochy­lił się nisko w wej­ściu, nie odwra­ca­jąc się do nich ple­cami. Jan pocią­gnął łyk her­baty, żeby prze­płu­kać usta.

Palla ukło­niła się, pro­sząc o pozwo­le­nie zabra­nia głosu.

- Słu­cham?

- Czy możemy ci towa­rzy­szyć?

- Jeśli tego chce­cie.

***

Główna świą­ty­nia w Cant była wiel­kim, pozba­wio­nym ścian budyn­kiem, peł­nym kolumn i łuków. W cało­ści wybu­do­wano ją z bia­łego mar­muru poprze­szy­wa­nego czar­nymi żył­kami. Zapa­lone pochod­nie skwier­czały na wie­czor­nym wie­trze. W ich świe­tle na nie­sa­mo­wi­cie bia­łych kamien­nych kolum­nach, na pod­ło­dze i sufi­cie poja­wiały się blade cie­nie. Cze­kał na nich wielki kapłan Sen­gen. Miał na sobie pro­stą tunikę i spodnie z samo­działu - strój typowy dla Segu­leh. Był gładko wygo­lony, jak więk­szość męż­czyzn spo­śród Jista­rii, a dłu­gie siwe włosy naoli­wił sobie i splótł cia­sno w war­kocz. Ukło­nił się Janowi.

- Sen­gen - rzekł do niego ten, pozwa­la­jąc mu mówić.

- Tylko Drugi może mi towa­rzy­szyć - oznaj­mił stary męż­czy­zna i ruszył naprzód.

Palla i Lo zesztyw­niali i wymie­nili obu­rzone spoj­rze­nia. Jan uniósł rękę, naka­zu­jąc im cier­pli­wość.

- Wewnątrz świą­tyni masz do tego prawo.

Sen­gen ukło­nił się raz jesz­cze i ski­nął na Jana, by podą­żył za nim.

Zapro­wa­dził go na sam tył świą­tyni, do ołta­rza - poje­dyn­czego słupa z nie­ziem­sko przej­rzy­stego bia­łego kamie­nia. Słup się­gał mu do pasa, a jego szczyt był pusty. Sen­gen gapił się z czcią na ołtarz, krzy­żu­jąc ręce na pier­siach. Potem prze­niósł spoj­rze­nie na słup i zro­bił krok naprzód. Był zdu­miony. Po bia­łym kamie­niu spły­wały kro­pelki cie­czy. Wypły­wały z niego rzad­kie opary przy­po­mi­na­jące poranną mgłę.

- Poci się, Drugi - wydy­szał wielki kapłan z bojaź­nią w gło­sie. - Kamień się poci.

- Co to ozna­cza?

- Że być może nad­cho­dzi to, na co cze­ka­li­śmy przez cały ten czas - odpo­wie­dział Sen­gen, nie odry­wa­jąc wzroku od ołta­rza. - Nasz cel.

Wstrzą­śnięty Jan odsu­nął się od słupa. Jego szczyt był pusty... czy to było moż­liwe? Jak mogło do tego dojść?

- Masz obo­wią­zek się przy­go­to­wać - oznaj­mił ostrym tonem Sen­gen.

Jan ski­nął głową. Odwró­cił się i zoba­czył swe odbi­cie w gład­kiej niczym lustro tar­czy. Biała maska z tylko jedną krwa­wo­czer­woną kre­ską na czole.

- Tak - odpo­wie­dział ochry­płym gło­sem. - Będę gotowy.

Troje przy­ja­ciół cze­kało na niego na scho­dach świą­tyni. Zatrzy­mał się przy nich i mil­czał przez chwilę. Wszy­scy wier­cili się nie­cier­pli­wie, odwra­ca­jąc wzrok.

- Lo - ode­zwał się wresz­cie. - Udzie­lam ci pozwo­le­nia na odszu­ka­nie tego Siód­mego. Może nam być potrzebny.

- Potrzebny? - powtó­rzył Lo, uno­sząc ze zdzi­wie­niem wzrok. Szybko go jed­nak odwró­cił.

- Możesz zabrać ze sobą jed­nego towa­rzy­sza. Kto to będzie?

Lo wska­zał na niż­szego rangą męż­czy­znę.

- Beru, jeśli się zgo­dzi.

- Nie. Chcę, żeby tu został. Wybierz kogoś innego.

- Wedle roz­kazu - odparł Lo i się ukło­nił.

- O co cho­dzi? - zapy­tała Palla, pochy­la­jąc głowę. - Jesteś... zanie­po­ko­jony.

Jan spoj­rzał na nią. Przez chwilę pozwo­lił sobie na podzi­wia­nie jej gib­kich koń­czyn i dum­nej postawy. Żało­wał, że wybrała Ścieżkę Wyzwa­nia. To jed­nak było samo­lub­stwo z jego strony. Zasłu­gi­wała na swoją rangę.

- Zbierz Aga­tii, Szó­sta. Musimy się przy­go­to­wać. Kamienny ołtarz się obu­dził.

Wszy­scy troje spoj­rzeli w stronę świą­tyni, w bojaźni otwie­ra­jąc sze­roko widoczne za szcze­li­nami masek oczy.

- Myśle­li­śmy, że to tylko legenda - wydy­szała Palla.

- Przed odej­ściem Pierw­szy powtó­rzył mi część tego, co mu prze­ka­zano. To nie jest legenda. Chodźmy, Palla. Prze­każ gór­nej poło­wie Aga­tii, że mają się tu zebrać.

Ski­nęła krótko głową i zbie­gła w dół po scho­dach. Jan spoj­rzał na Ósmego.

- Przy­go­tu­jemy dla cie­bie sta­tek.

Lo ski­nął głową i rów­nież ruszył w dół. Beru śle­dził go wzro­kiem.

- W czym może ci pomóc skromny Segu­leh z Czwar­tej Dzie­siątki?

- Chcę, żebyś pozo­stał w sze­re­gach, Beru. Słu­chaj tego, co mówią w salach sypial­nych. Nie­wy­klu­czone, że nad­cho­dzą cięż­kie czasy. Wszyst­kich nas czeka próba. Miejmy nadzieję, że nie zosta­niemy uznani za... nie­god­nych.

- Rozu­miem, Drugi.

Jan nie odpo­wie­dział. Wyczu­wa­jąc, że jego przy­ja­ciel chce zostać sam, Beru ukło­nił się i odszedł.

Jan stał tam jesz­cze przez pewien czas. Wie­czór był chłodny. Spoj­rzał na domy, widoczne za wyło­żo­nym bia­łymi kamie­niami Pla­cem Zgro­ma­dzeń, i pię­trzące się za nimi góry ich przy­bra­nej ojczy­zny. Fakt, że nie pocho­dzili stąd, nie był tajem­nicą. Wie­dzieli, że przy­byli skąd­inąd, wszyst­kie ich stare opo­wie­ści mówiły o wiel­kim mar­szu. O wygna­niu. W żad­nej z nich nie podano jed­nak nazwy mitycz­nego miej­sca ich początku. To była kolejna prawda, którą potwier­dził Pierw­szy. Ich praw­dziwa ojczy­zna leżała na pół­nocy. Zdra­dził mu jej nazwę.

To jed­nak było bar­dzo nie­wiele. Gdy Jan pró­bo­wał wycią­gnąć z leżą­cego coś wię­cej, ten tylko potrzą­snął głową.

- Lepiej, żeby­ście tego nie wie­dzieli - odparł. - Tak będzie lepiej dla wszyst­kich.

Igno­ran­cja? Jak igno­ran­cja mogła być lep­sza? Wszyst­kie instynkty Jana bun­to­wały się prze­ciwko takiej tezie. Uczono go jed­nak posłu­szeń­stwa i oka­zał je. Był Dru­gim. To był jego obo­wią­zek. Być może prze­ko­nał go ton głosu starca. W jego sło­wach pobrzmie­wała przy­gnia­ta­jąca żałoba, strasz­liwy cię­żar prawdy. Jan oba­wiał się, że nie będzie w sta­nie jej znieść.

***

- Czu­jesz ten smród? - zapy­tała Wyka­łaczka i unio­sła wzrok. Sie­działa z nogami na stole w nie­mal pustej sali w Barze K'rula. Odsu­nęła krze­sło od sto­lika i czy­ściła paznok­cie szty­le­tem.

Nie­widka oparła się łok­ciem o bar i wsparła pod­bró­dek na dłoni, po czym zer­k­nęła na sie­dzą­cego na swym zwy­kłym miej­scu Duikera.

- To miał być komen­tarz?

Wyka­łaczka zmarsz­czyła nos.

- Nie cho­dziło mi o cie­bie. To coś jesz­cze gor­szego. Nie czu­łam tego zapa­chu, odkąd... - Krze­sło prze­wró­ciło się na pod­łogę. Zaklęła. - Ten zasra­niec we wło­sie­nicy wró­cił do mia­sta!

Nie­widka wypro­sto­wała się i rozej­rzała wkoło.

- Nie! - Sko­czyła ku drzwiom. - Pil­nuj tyl­nych!

Drzwi otwo­rzyły się, nim zdą­żyła do nich dobiec. Spró­bo­wała zamknąć je przed nosem męż­czy­zny o roz­czo­chra­nej, upstrzo­nej siwi­zną czu­pry­nie i ogo­rza­łej, nie­ogo­lo­nej twa­rzy, odzia­nego w długą, wystrzę­pioną wło­sie­nicę. Zdo­łał jed­nak wśli­znąć się do środka, nim zdą­żyła je zatrza­snąć.

- Miło cię znowu zoba­czyć, Nie­widka - rzekł, łypiąc na nią ze zło­ścią.

Wzdry­gnęła się, zasła­nia­jąc dło­nią nos i usta.

- Trzpień, co tu robisz, na mar­twą dupę Kap­tura?

Wyka­łaczka przy­bie­gła z zaple­cza.

- Tylne drzwi zamknięte. Nie ma szans się... O cho­lera.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc zęby.

- Jak za daw­nych cza­sów. - Pod­szedł do sto­lika Duikera i ukło­nił się siwo­bro­demu męż­czyź­nie. - Długo się nie widzie­li­śmy, Histo­ryku.

Usta sta­ruszka roz­cią­gnęły się odro­binę.

- Pod­pa­la­czy Mostów nic nie zatopi.

- Gówno zawsze wypływa - mruk­nęła sto­jąca przy barze po dru­giej stro­nie sali Wyka­łaczka.

- Może byśmy się napili?! - zawo­łał gło­śno Trzpień. - Chyba że macie za dużo roboty przy obsłu­gi­wa­niu klien­tów.

- Nie mamy ani kro­pli - oznaj­miła Nie­widka. - Musisz spró­bo­wać gdzie indziej. Nie zatrzy­mu­jemy cię.

Trzpień obró­cił się na krze­śle.

- Ani kro­pli? Co to za bar, jeśli nie ma w nim alko­holu?

- Bar­dzo ponury - odpo­wie­dział Duiker tak cicho, że naj­wy­raź­niej nikt go nie usły­szał.

- Hmm. - Trzpień pod­cią­gnął zno­szoną wło­sie­nicę, jakby czuł się w niej nie­wy­god­nie albo była za cia­sna. - W takim razie spró­buję wam pomóc.

Wyka­łaczka i Nie­widka wymie­niły zdzi­wione spoj­rze­nia.

- Tak? - zapy­tały chó­rem.

- Jasne. Aku­rat napa­to­czyła mi się robota. No wie­cie, taka, w któ­rej można zaro­bić. Na jedze­nie i picie. I na czynsz. - Przyj­rzał się uważ­niej Nie­widce. - Komu wła­ści­wie pła­ci­cie tutaj czynsz?

Obie kobiety prze­su­nęły się ner­wowo, spo­glą­da­jąc na ściany.

- Dla­czego zwró­ci­łeś się do nas? - zapy­tała nagle Nie­widka.

Wyka­łaczka poki­wała głową.

- Potrze­bują ludzi, któ­rzy potra­fią trzy­mać gębę na kłódkę.

- Wszy­scy dali już sobie spo­kój z Gil­dią Skry­to­bój­ców, tak? - zapy­tała Wyka­łaczka.

- Zakła­da­jąc, że ktoś z jej człon­ków jesz­cze żyje - dodała Nie­widka.

Trzpień wzniósł oczy do sufitu.

- Nie mówię o takiej robo­cie!

- To o jakiej, na fiuta Fenera? - zapy­tała Nie­widka.

Wete­ran usiadł pro­sto, wycią­gnął przed sie­bie nogi i splótł dło­nie na pasie. Uśmiech­nął się krzywo. Wyka­łaczka pomy­ślała, że pew­nie chce się im w ten spo­sób przy­po­do­bać, ale przy­wo­dziło to raczej na myśl lubieżny gry­mas oble­śnego sta­ru­cha.

- Bar­dzo odpo­wied­niej dla cie­bie, Nie­widka. Tra­dy­cyjny dys­kretny reko­ne­sans. Obser­wa­cja i skła­da­nie mel­dun­ków.

- Ile płacą? - zapy­tała Wyka­łaczka.

- Złotą radę dzien­nie.

Nie­widka zagwiz­dała.

- Kto jest wart tak wiele? Z pew­no­ścią nie ty.

Z twa­rzy Trzpie­nia znik­nął uśmiech.

- Płacą dużo, by mieć pew­ność, że robota zosta­nie wyko­nana.

- Kto płaci? - zapy­tał nagle Duiker cichym, ochry­płym gło­sem. - Kto jest sze­fem?

Wszy­scy troje spoj­rzeli ze zdu­mie­niem na sta­rego histo­ryka.

- Masz cho­lerną rację! - zawo­łała Nie­widka.

- Aha - zgo­dziła się Wyka­łaczka. - To może być pułapka. Fał­szywy kon­trakt, żeby wywa­bić nas z ukry­cia.

Trzpień mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

- Ech! Gada­cie zupeł­nie jak Ner­wu­sik. - Rozej­rzał się. - Gdzie podział się ten świr?

Nie­widka wsparła łok­cie na bla­cie.

- Wyru­szył na połu­dnie. Powie­dział, że czuje się... hmm... ner­wowy. - Skrzy­wiła się. - Prze­stań zmie­niać temat. Kto płaci?

Trzpień raz jesz­cze mach­nął ręką.

- Mniej­sza z tym. Ja to wiem. I jestem pewien, że można im zaufać.

- Im? - zapy­tała Wyka­łaczka, uno­sząc brew. - Jakim im?

Trzpień roz­po­starł ręce.

- No dobra! Jeste­ście pełne zaufa­nia jak Jago­wie. - Pochy­lił się i postu­kał pal­cem w bok zde­for­mo­wa­nego nosa. - Można powie­dzieć, że to nasi dawni pra­co­dawcy.

Gdyby Wyka­łaczka trzy­mała coś w rękach, z pew­no­ścią cisnę­łaby tym w Trzpie­nia.

- Ty cho­lerny idioto! Wszy­scy jeste­śmy dezer­te­rami!

Męż­czy­zna ponow­nie uśmiech­nął się drwiąco.

- Zga­dza się. To czyni nas wol­nymi strzel­cami, tak?

- Poli­tycz­nie to ma sens - stwier­dził Duiker, wycie­ra­jąc dło­nią kurz z blatu. - Ara­gan nie może sobie pozwo­lić na to, żeby Rada oskar­żyła go o inge­ren­cję w sprawy mia­sta albo szpie­go­stwo.

Trzpień uniósł brwi.

- Ara­gan? Ten stary pies jest tutaj?

Nie­widka i Wyka­łaczka zaklęły jed­no­cze­śnie.

- Trzpień - zdo­łała zawo­łać ta pierw­sza, prze­ły­ka­jąc kolejne prze­kleń­stwa. - Ty durny wole! Jest prze­klę­tym przez Oponn amba­sa­do­rem! Powie­dzia­łeś, że wiesz, dla kogo pra­cu­jesz!

Twarz męż­czy­zny poczer­wie­niała. Wstał i odsu­nął krze­sło.

- Raczej nie zacze­pił mnie na cho­ler­nej ulicy, tak?

Stary histo­ryk spoj­rzał na troje wete­ra­nów łypią­cych na sie­bie ze zło­ścią.

- Przy­pil­nuję inte­resu - zapro­po­no­wał, uno­sząc rękę.

Wszy­scy troje spoj­rzeli na niego i wypu­ścili z ulgą powie­trze. Wyka­łaczka ski­nęła głową.

- W porządku.

- Gdzie? - zapy­tała Nie­widka.

Trzpień obrzu­cił histo­ryka zamy­ślo­nym spoj­rze­niem.

- Na połu­dniu mia­sta. Na cmen­ta­rzy­skach. Chcą się dowie­dzieć, co się tam dzieje.

- Mówią, że wszystko już stam­tąd ukra­dziono - ode­zwała się Wyka­łaczka.

- Prze­szłość ni­gdy nie znika. Dźwi­gamy ją ze sobą - wyszep­tał Duiker, jakby kogoś cyto­wał.

Trzpień ścią­gnął brwi i podra­pał się po stru­pie na nosie.

- Aha. Czy­sta prawda.

Nie­widka weszła za bar i wycią­gnęła dwa dłu­gie noże w pochwach, owi­nięte w pas.

- Wyru­szymy nocą, nim zamkną bramę Mia­sta na Wznie­sie­niach.

Trzpień uśmiech­nął się do niej krzywo.

- Widzia­łaś ich ogni­ska?

- Jak za daw­nych cza­sów.

***

Szli opu­sto­sza­łym brze­giem z czar­nego pia­sku, mijali wul­ka­niczne przy­lądki i cały czas mieli z boku nie­spo­kojne, świe­tli­ste fale morza Vitru. Otwie­rały się przed nimi kolejne łuki plaż z przy­po­mi­na­ją­cego sprosz­ko­wane szkło pia­sku.

Kiedy szli kolejną taką plażą, Leoman odchrząk­nął nagle i wska­zał za sie­bie.

- Myślisz, że naprawdę jest tym, za kogo się podaje?

Wzru­szyła nie­cier­pli­wie ramio­nami.

- Wła­ści­wie nawet nie wiem za kogo.

Leoman poki­wał głową.

- To prawda. Być może tacy jak my nie są w sta­nie tego pojąć.

Prze­cią­gnął się, by roz­luź­nić mię­śnie bar­ków i ple­ców.

Zupeł­nie jak kot, pomy­ślała Kiska. I jesz­cze te cho­lerne wąsy!

Przez chwilę szli bez słowa.

- Mia­łem kie­dyś przy­ja­ciela, który bar­dzo dobrze sobie radził z igno­ro­wa­niem takich pytań albo zapo­mi­na­niem o nich - ode­zwał się w końcu Leoman. - Po pro­stu nie chciał myśleć o tym, na co nie miał wpływu. Zawsze podzi­wia­łem tę jego cechę.

- A co się stało z tym nad­zwy­czaj roz­sąd­nym męż­czy­zną? - zapy­tała Kiska.

- Posta­no­wił zabić boga.

Kiska spoj­rzała na niego.

Pożogo, miej mnie w swo­jej opiece!

- Czy twoi towa­rzy­sze zawsze są tacy eks­tra­wa­ganccy?

Zer­k­nął na nią z ukosa, uno­sząc kąciki ust w leciut­kim uśmieszku.

- To dziwne, ale tak.

Ruszyła ku miej­scu, gdzie zero­do­wane urwi­sko blo­ko­wało im drogę. Będą musieli się na nie wspiąć.

***

Ze szczytu ujrzała sze­roką pano­ramę morza migo­tli­wego, cią­gle się zmie­nia­ją­cego bla­sku. Nic nie mąciło jego tafli. Wid­mowa syl­wetka Twórcy roz­to­piła się już na fir­ma­men­cie za nimi. Jeste­stwo wró­ciło do swej pracy, która zapewne trwała wiecz­nie. Czy to było coś w rodzaju klą­twy? Czy raczej nie­wdzięczne powo­ła­nie, któ­remu szla­chet­nie się odda­wało?

Skie­ro­wała spoj­rze­nie na następny zakręt i zaparło jej dech w pier­siach.

Leoman zna­lazł ją w takiej pozy­cji - przy­kuc­niętą i wpa­trzoną w jeden punkt. Zaczerp­nął tchu, by zapy­tać, co się stało, ale wska­zała głową na plażę przed nimi. Spoj­rzał w tam­tym kie­runku i zaklął pod nosem.

Na plaży leżały ogromne, obra­ca­jące się w szkie­let szczątki. Połowa ich dłu­go­ści zanu­rzała się w świe­tli­stych falach, w któ­rych zni­kały powoli, roz­pusz­czane przez Vitr.

To było ciało smoka.

Zbli­żyli się do niego, idąc obok sie­bie.

Leoman ści­skał kiście­nie, a Kiska zaci­skała dło­nie na swoim drągu, choć oboje wie­dzieli, że taka broń na nic im się nie zda, gdyby się oka­zało, że mają do czy­nie­nia z mar­twia­kiem. W ciem­nych oczo­do­łach nie było jed­nak śladu świa­do­mo­ści. Ogromny pysk, o dłu­go­ści więk­szej niż wzrost Leomana, był zmu­mi­fi­ko­wany, wyschnięte ciało odsu­nęło się od czar­nych otwo­rów noz­drzy. Szcze­rzyły się do nich żółte, zakrzy­wione zęby, które byłyby praw­dzi­wym skar­bem dla alche­mika.

Kim był ten Ele­int za życia? Czy ludzie go znali? A może cała jego egzy­sten­cja była jedy­nie tyta­niczną próbą ucieczki z Vitru? Ta myśl zasmu­ciła Kiskę głę­boko.

Jej towa­rzysz odchrząk­nął, ale nic nie powie­dział. Ski­nęła głową i prze­łknęła ślinę. Kiedy się odda­lali, ujął jej dłoń, ale ją wyszarp­nęła. Zama­sko­wała tę odru­chową reak­cję, przy­śpie­sza­jąc kroku i pod­cho­dząc do miej­sca, gdzie plaża koń­czyła się osy­pi­skiem poro­wa­tych wul­ka­nicz­nych skał.

- Nie ma się do czego śpie­szyć, dziew­czyno! - zawo­łał po chwili Leoman.

Zwie­siła głowę, zatrzy­mu­jąc się przy skal­nych odłam­kach, się­ga­ją­cych aż do świe­tli­stych fal Vitru. Obej­rzała się na Leomana. Posu­wał się naprzód bar­dzo ostroż­nie.

- Nie mamy pew­no­ści...

- Tak, tak, wiem! - odpo­wie­działa. - Ale się pośpiesz.

Pod­szedł do niej i mru­gnął zna­cząco.

- Nie mia­łoby sensu zgi­nąć tak bli­sko celu.

- Jakiego celu?

Pogła­skał się po wąsach.

- Odpo­wie­dzi. Takiej albo innej.

- Leoman... - zaczęła z namy­słem, prze­ska­ku­jąc z głazu na głaz - ...obie­caj mi coś, dobrze? Gdy­bym wpa­dła do Vitru i obró­ciła się w popiół.

- Co, dziew­czyno?

- Że zgo­lisz te kre­tyń­skie wąsy. - Zesko­czyła na czarny pia­sek kolej­nego odcinka plaży. - I prze­stań mówić do mnie "dziew­czyno".

Zesko­czył na pia­sek obok niej, prze­su­nął pal­cem po wąsach i uśmiech­nął się.

- Muszę cię poin­for­mo­wać, że kobiety uwiel­biają...

- Nie chcę tego wie­dzieć! - prze­rwała mu. - Dzię­kuję.

- Cią­gle to powta­rzasz. Ale zapew­niam, że...

Nagle wycią­gnęła rękę. Uklę­kła, a Leoman do niej dołą­czył.

Ślady na pia­sku. Nie­po­dobne do żad­nych, jakie w życiu widziała, ale z pew­no­ścią ślady. Do tej chwili nie widzieli tu żad­nych. Coś szło nie­zgrab­nie, powłó­cząc nogami. Wska­zała na klify w głębi lądu. Leoman ski­nął głową. Uwol­nił kiście­nie i wziął je w ręce, owi­ja­jąc łań­cu­chy wokół ręko­je­ści. Kiska unio­sła drąg.

Trzy­mali się brzegu ska­li­stego przy­lądka, nie spusz­cza­jąc wzroku z gra­nicy mię­dzy plażą a kli­fami. Zauwa­żyła ciemne wyloty wielu jaskiń. Zer­k­nęła na Leomana i wska­zała na nie ręką. Ski­nął głową. Kiedy zbli­żali się do urwisk, zaczęła szu­kać kry­jó­wek, prze­bie­ga­jąc od jed­nej do dru­giej. Idący za nią Leoman wark­nął na znak sprze­ciwu. Pierw­sze wej­ście było wąskie. Wsu­nęła się do niego, uno­sząc przed sobą drąg, w każ­dej chwili gotowa nim ude­rzyć. W cia­snej jaskini był pusto, ale zagłę­bie­nia w pia­sku wska­zy­wały miej­sca, w któ­rych mogli leżeć ludzie albo inne istoty. Miesz­kańcy? Tutaj? Jakiego rodzaju? Nagle roz­le­gło się wyso­kie zawo­dze­nie. Wło­ski na karku sta­nęły jej dęba. Kiście­nie Leomana. Potra­fił nimi krę­cić z szyb­ko­ścią, o jakiej nawet się jej nie śniło. Wypa­dła z jaskini i zoba­czyła że jej towa­rzysz wal­czy z grupą pokracz­nych stwo­rzeń. To były demony, przy­wo­łane mon­stra, wszyst­kie ranne albo wypa­czone. Wycią­gały do niego znie­kształ­cone, pazu­rza­ste łapy. Twa­rze niektó­rych były tylko śli­nią­cymi się pla­mami. Koń­czyny więk­szo­ści były zbyt oka­le­czone, by mogły sta­no­wić zagro­że­nie. Leoman powstrzy­my­wał ich ataki, zwró­cony ple­cami do wylotu jaskini.

- Czego chce­cie?! - zawo­łała. - Mów­cie! Rozu­mie­cie mnie?

Zie­mia się zatrzę­sła. Kiska zachwiała się na nogach, ale szybko odzy­skała rów­no­wagę. Do tłumu ata­ku­ją­cych dołą­czyła gigan­tyczna istota. Naj­wy­raź­niej zesko­czyła z urwi­ska. Kiedy się wypro­sto­wała, była wyż­sza od The­lo­mena. W pia­sek wbiły się wiel­kie szpo­nia­ste stopy, jak u dra­pież­nego ptaka. Sze­roki tułów pokry­wał pan­cerz przy­po­mi­na­jący skórę rzecz­nego jasz­czura. Istota odsu­nęła na bok mniej­szych pobra­tym­ców, sze­ro­kimi, poczer­nia­łymi dłońmi, rów­nież wypo­sa­żo­nymi w szpony. Jej gęsta, kudłata grzywa opa­dała na pło­nące czer­wie­nią oczy oraz usta pełny krzy­wych zębów wyglą­da­ją­cych jak szty­lety.

Kiska zer­k­nęła pośpiesz­nie na Leomana, który ski­nął głową. Oboje pośpiesz­nie skryli się w jaskini. W wąskim przej­ściu zajęła miej­sce z przodu. Tu było za cia­sno na kiście­nie.

Na wej­ście padł cień.

- Kim jeste­ście i czego tu szu­ka­cie? - zabrzmiał niski głos, przy­po­mi­na­jący zgrzy­ta­nie kamieni.

- Kim jeste­ście i dla­czego nas ata­ku­je­cie?

- Nie ata­ku­jemy was. Wtar­gnę­li­ście na nasze tery­to­rium! To jest nasz dom.

- Nie wie­dzie­li­śmy, że tu miesz­ka­cie...

- Jasne. Zda­wa­li­ście sobie sprawę, że jeste­ście tu obcy, ale to nas nazy­wa­cie intru­zami. To bar­dzo typowe dla ludzi.

Kiska spoj­rzała na Leomana, który zato­czył oczami. Wykład na temat dobrego wycho­wa­nia był ostat­nim, czego się spo­dzie­wała.

- Zatem to... nie­po­ro­zu­mie­nie? Możemy wyjść?

- Nie. Nie chcemy tu takich jak wy. Zostań­cie w środku.

- Słu­cham? I kto teraz zacho­wuje się nie­przy­jaź­nie?

- Dowie­dli­ście, że jeste­ście wrogo nasta­wieni. Musimy się bro­nić. Zostań­cie wewnątrz. Zasta­no­wimy się nad waszym losem.

- Wypuść­cie nas!

Kiska znie­ru­cho­miała, wytę­ża­jąc słuch. Nikt jej nie odpo­wie­dział.

Pode­szła bli­żej i zoba­czyła, że wyj­ście blo­kuje zwarta masa zde­for­mo­wa­nych stwo­rzeń. Osu­nęła się na pia­sek pod ścianą.

Leoman usiadł obok niej i rozej­rzał się po wąskiej jaskini.

- Świet­nie to znamy, prawda?

Oplo­tła ręce wokół kolan i chrząk­nęła na znak zgody.

- Mogli­by­śmy się przez nich prze­bić - zauwa­żył.

- To tylko potwier­dzi­łoby ich opi­nię o nas.

- Pew­nie masz rację. Zasta­na­wiam się, ile czasu nam dadzą...

- Słu­cham? - odpo­wie­działa, uno­sząc brwi.

- Rów­nie dobrze mogli­by­śmy go miło spę­dzić...

- Leoman! Czy możesz choć przez chwilę myśleć o czymś innym?

Demon­stra­cyj­nie wzru­szył ramio­nami.

- Jeśli nie panuje się nad sytu­acją, naj­le­piej jest się odprę­żyć. Nie możemy nic zro­bić, tak? Chodź, poma­suję ci plecy.

Prych­nęła lek­ce­wa­żąco, ale trudno jej było powstrzy­mać uśmiech.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki