Dramatis personae
W Darudżystanie
Coll: rajca
Rallick Nom: emerytowany skrytobójca
Krute: skrytobójca
Uczony Ebbin: niezależny antykwariusz/historyk
Torvald Nom: człowiek urodzony w Darudżystanie
Tiserra: żona Torvalda, garncarka
Jeshin Lim: rajca
Redda Orr: rajczyni
Barathol Mekhar: kowal
Scillara: żona Barathola
Vorcan Radok/pani Varada: głowa domu Nomów, dawna władczyni Gildii
Skrytobójców
Pani Zawiść: odwiedzająca Darudżystan szlachcianka i użytkowniczka
magii
Thurule: strażnik Pani Zawiści
Leff: strażnik
Plama: strażnik
Wykałaczka: była żołnierka z Podpalaczy Mostów, obecnie wspólniczka
w Barze K'rula
Niewidka: była żołnierka z Podpalaczy Mostów, obecnie wspólniczka w Barze K'rula
Trzpień: były Podpalacz Mostów
Duiker: dawny malazański historyk imperialny
Rybak: bard, regularny gość w Barze K'rula
Madrun: ekstrawagancki strażnik w Rezydencji Nomów
Lazan Drzwi: ekstrawagancki strażnik w Rezydencji Nomów
Sukosmyk (albo Sumienny Kosmyk): kasztelan
Z Koterii T'orrud
Baruk: alchemik
Taya: tancerka i skrytobójczyni
Hinter: nieżyjący nekromanta
Aman: dawny sklepikarz
Derudan: czarownica
W gospodzie "Pod Feniksem"
Meese: właścicielka
Sulty: kelnerka
Scurve: barman
Jess: nowa kelnerka
Chud: kucharka
Kruppe: złodziej
Na Odpryskach
Malakai: złodziej
Nerwusik: malazański weteran
Jallin Skoczek: poszukiwacz skarbów
Orchidea: młoda kobieta
Corien Lim: młody mężczyzna z darudżystańskiej rodziny szlacheckiej
Seguleh
Jan: Drugi
Gall: Trzeci
Palla: Szósta
Lo: Ósmy
Oru: Jedenasty
Iralt: Piętnasta
Shun: Osiemnasty
Ira: Dwudziesta
Beru: z Czwartej Dziesiątki
Horul: z Pierwszej Setki
Sall: z Pierwszych Trzystu
Sengen: kapłan
Na Brzegach Stworzenia
Leoman/Jheval: Agent Królowej Snów
Kiska: była szponka
Twórca: mieszkaniec
Korus: potężny demon
Then aj Ehlien/Thenaj: mieszkaniec
Malazańczycy
Aragan: ambasador w Darudżystanie, dowódca malazańskich wojsk na
Genabackis
Kapitan Dreshen Harad' Ul: adiutant Aragana
Pięść K'ess: dowódca wojsk w centralnych prowincjach malazańskich
Kapitan Fal'ej: prawa ręka pięści K'essa
Pięść Steppen: dowódca południowych sił malazańskich
Sierżant Hektar: sierżant z dwudziestej Trzeciej Drużyny Trzeciej
Kompanii Siódmego Legionu Drugiej Armii
Kapral Mała: uzdrowicielka z drużyny
Kość: sabotażysta
Bendan: rekrut. Rodowity darudżystańczyk
Tarat: zwiadowczyni, rhivijska rekrutka
Inni gracze
Torn: malazański attaché u Malazańczyków
Galene: kapłanka srebrnych Moranthów, członkini ich rady rządzącej
Yusek: poszukiwaczka przygód
Caladan Brood: naczelny wódz z północy, Ascendent
Jiwan: nowy członek rhivijskiej rady rządzącej
Tserig: znany też jako "Bezzębny", stary członek rhivijskiej rady
rządzącej
Cull Pięta: najemnik niedawno przybyły z Konfederacji Wolnych Miast
Morn: widmowy gość Odprysków
Topper: dowódca imperialnych skrytobójców, "szponów"
Prolog
Czyż nie spoglądamy razem na mroczne wody jeziora
I naszym oczom nie ukazują się gwiazdozbiory
Obu półkul jednocześnie?
Pieśni miłosne z Cynamonowych Pustkowi
Dzień odkrycia zaczął się tak samo jak każdy inny. Ebbin wstał przed
świtem i załatwił potrzebę. Bezzębna starucha, będąca jego obozową
kucharką, obudziła się już i gotowała wodę na poranną herbatę oraz
mączystą owsiankę. Zajrzał do namiotu dwóch wartowników, których wynajął
tylko dlatego, że uważał, iż ktoś powinien pilnować obozu. Obaj
mężczyźni spali. Miał wrażenie, że to nie jest właściwa procedura, jeśli
chodzi o wartowników, ale i tak miał szczęście Bliźniaków, że w ogóle
udało mu się znaleźć kogoś chętnego do pracy za marne pieniądze, jakie
mógł zaoferować.
- Herbata się gotuje - oznajmił i pozwolił, by poła opadła.
Obudził kopniakami dwóch pomocników śpiących na piasku przy wygasłym
ognisku. Płacił tym ponurym młodzieńcom kilka miedziaków miesięcznie za
dźwiganie ciężarów i ciągnięcie wozu. Podobnie jak starożytni mieszkańcy
tych okolic byli Gadrobijczykami, wywodzili się z plemion od
niepamiętnych czasów zamieszkujących okoliczne stepy. Żaden miastowy
Daru nie marnowałby czasu pośród starych cmentarnych wzgórz na południe
od wielkiej metropolii, jaką był Darudżystan. Żaden poza Ebbinem, który
jako jedyny z Uczonych Braci z Towarzystwa Filozoficznego (był jego
oficjalnym członkiem) nadal był przekonany, że można jeszcze coś znaleźć
w dawno już przekopanych i obrabowanych kryptach oraz grobowcach.
Przyglądał się jasnemu niebu, popijając słabą herbatę. Było czyste, a wietrzyk powiewał anemicznie. Dobra pogoda na kolejny dzień badań.
Skinął na młodzieńców, odganiając ich od ogniska, przy którym grzali
chude łydki, a potem wskazał na odległe rusztowanie. Dwaj wartownicy
pili herbatę, jak zwykle kłócąc się ze sobą zawzięcie. Ebbin wiedział,
że gdy wieczorem wróci do obozu, nadal będą ogryzać te same stare kości,
co w dniu, gdy ich wynajął. Ludzie są różni, pomyślał.
Młodzieńcy zeszli ze wzgórza i zajęli pozycje przy wielkiej wciągarce.
Ebbin uklęknął na kamiennym obmurowaniu studni. Otworzył starą kłódkę z brązu, uwolnił żelazne łańcuchy i rozchylił skrzydła drewnianej pokrywy.
To, co znajdowało się pod nią, niczym się nie różniło od innych
starożytnych studni, bardzo licznych w tym regionie, zaludnionym ongiś
przez Gadrobijczyków.
Co jednak może znaleźć na dnie tej z pozoru zwyczajnej studni? Och, co
może tam znaleźć! Stosunkowo suchy i ciepły okres, jaki rozpoczął się w tej okolicy przed kilkoma pokoleniami, doprowadził do wyczerpania się
zasobów wody i spadku poziomu wód gruntowych niemal o wzrost dorosłego
mężczyzny. A ten spadek mógł odsłonić to, co leżało ukryte przez
tysiąclecia! Niejednoznaczne wzmianki w mało znanych źródłach i notatki
napisane na ich marginesach doprowadziły go krok po kroku do wielu
takich studni. Do tej pory każda z nich okazywała się jednak całkiem
zwyczajna. Prowadzone od wielu lat poszukiwania zawsze wiodły go w ślepą
uliczkę.
Ale może tym razem. Może wreszcie okaże się, że miałem rację!
Przełożył nogi przez obmurowanie i opuścił je nad ciemnością, po czym
dotknął dłonią wewnętrznej powierzchni studni. Nie po raz pierwszy
zachwycił się umiejętnościami starożytnych budowniczych. Kamień był taki
gładki! O ile potrafił to określić, otwór był doskonałym okręgiem. W porównaniu z tą studnią współczesne budowle wydawały się żałośnie
nieudolne. Ich budowniczowie myśleli tylko o kosztach, nie o wspaniałym
dziedzictwie, jakie zostawią przyszłości!
Sięgnął pod siedzenie z desek i owinął zwisający z niego sznur wokół
ramienia. Sprawdził torbę ze sprzętem, zawierającą lampę, olej, młotek,
dłuto i inne tego rodzaju rzeczy, po czym skinął na chłopaków, wydając
im rozkaz. Wciągarka zazgrzytała przeszywająco, gdy uwolnili łańcuch, i Ebbin zawisł nad pustką.
Zjeżdżał ku dnu pośród niesamowitej ciszy, mąconej tylko dźwiękiem
przytwierdzonych do sznura dzwoneczków. Używał ich, gdy miał zamiar
wrócić na górę, by wezwać leniwych chłopaków, którzy w upalne dni zawsze
wylegiwali się w cieniu. Szarpnął za sznur, każąc im się zatrzymać, po
czym zapalił lampę. Potem dał sygnał do wznowienia powolnej podróży w dół.
Podczas tych bezgłośnych zjazdów w mrok czuł się tak, jakby zanurzał się
w oceanie. Wtedy najsilniej dopadały go wątpliwości. Co, jeśli dowody tu
były, tylko ukryte przed jego oczami? Przysunął lampę bliżej twarzy i z uwagą przyglądał się mijanym kamieniom, szukając jakichś
charakterystycznych elementów. Jak zwykle pod warstwą mułu i wyschniętych alg nie dostrzegł nic ciekawego.
Kolejna porażka. A wydawało się, że wszystkie wskazówki wiodły właśnie
do tego miejsca.
Tafla wody na dole była czarna jak noc. Ebbin spróbował przesunąć lampę,
żeby sięgnąć po sznur, ale jego palce musnęły rozżarzony brąz. Pisnął z bólu i wypuścił lampę. Spadała przez moment, a potem zgasła. Z daleka
dobiegł go plusk. Siedział w ciemności, przeklinając swą niezdarność i ssąc palce.
Nagle przed jego oczami pojawiło się blade migotanie. Przymrużył powieki
i doszedł do wniosku, że to tylko gwiazdy, jakie czasami pojawiają się w ciemności przed oczami. Ale lśniące iskierki nie znikały. Wybałuszył
oczy w nieprzeniknionym mroku. Czy to mogły być pozostałości magii
groty? Osłony, pieczęcie i tak dalej.
I czy sama ich obecność nie potwierdzała prawdziwości jego hipotez?
Wbił wzrok w ciemność, zapominając o palcach. Po jego brudnej, spoconej
skórze przebiegł dreszcz... odkrycia.
Czy jednak nie mogło to być ostrzeżenie dla intruzów? Czy nie właśnie z tych pól cmentarnych dobiegły w swoim czasie szepty o powrocie
starożytnego tyrana Raesta (jeśli rzeczywiście nastąpił on tej całkiem
niedawnej nocy; wielu w to nie wierzyło, a jeszcze więcej było takich,
którzy w ogóle o tym nie słyszeli)?
Zacisnął dłonie, by uchronić je przed panującym w studni chłodem, i spróbował wygnać z umysłu atawistyczny lęk przed cieniami. Przesądy! Był
uczonym! Nie miał czasu na zabobonne obawy. Groty istniały, i można było
nimi manipulować, ale moc sama w sobie nie była zła. Nie miała
świadomości. Stanowiła po prostu kolejną siłę natury, którą trzeba było
uwzględniać, podobnie jak ciężar albo esencja życia.
Ebbin usiadł wygodniej w zimnym, wilgotnym mroku i ostrożnie, niemal z czcią, wyciągnął rękę. Jego palce musnęły zimny, zerodowany kamień.
Próbował wymacać jakiś otwór. Nagle poczuł coś pod koniuszkami palców -
jakąś łukowatą krawędź. Pojawił się blask, blady i migotliwy. Pomyślał,
że z pewnością się myli. Niemożliwe, by w głębi dawno już zbadanej
studni istniał tunel. Wprowadziły go w błąd nieregularności powierzchni
kamienia. Powinien zaprzestać tych bezużytecznych wysiłków i dać
chłopakom sygnał, żeby wyciągnęli go na górę.
Wtem jego stopy w znoszonych butach z koźlej skóry znalazły się w lodowatej wodzie. Wzdrygnął się pod wpływem szoku i omal nie spadł z wąskiego siedzenia. Szarpnął gorączkowo za sznur, każąc chłopakom się
zatrzymać.
Uczepił się krawędzi ściany studni i odzyskał równowagę. Miał wrażenie,
że tunel był tu zawsze, nieodkryty i cierpliwy, jakby czekał na niego.
Otarł rękawem spoconą twarz i z ulgą przełknął ślinę. Przez pewien czas
siedział w bezruchu. Jego oddech niósł się echem w zamkniętej
przestrzeni, szybki i ochrypły.
Może jednak mi się udało! Może znalazłem to, w czego istnienie inni nie
chcieli uwierzyć! To może być grobowiec ostatniego i największego z królów tyranów Darudżystanu.
A ja nic za cholerę nie widzę. Pociągnął za sznur, domagając się
wyciągnięcia na górę. Błagam, bogowie, błagam... niech się okaże, że w obozie jest jeszcze jedna lampa!
***
Nie było już żadnej. Ebbin przeszukał swój ekwipunek i namiot, a także
namioty strażników, ale na koniec był zmuszony zjechać na dół tylko z miękką, łojową świecą. Przez całą drogę osłaniał wątły płomyk niczym
drogocenny klejnot. Gdy tylko jego stopy znowu dotknęły lodowatej wody,
szarpnął za sznur, rozkazując chłopakom się zatrzymać.
Uniósł świecę w zimnym, nieruchomym powietrzu.
Czy to było tutaj? Czy się pomylił?
Wpatrywał się w ścianę studni, zbudowaną ze starożytnych, zerodowanych
kamieni, przesuwając świecę na boki.
Bogowie, błagam! Cóż to by było za odkrycie. Wreszcie znalazł to
miejsce. To nie była gładka bariera z cegieł i zaprawy murarskiej
zamykająca tunel, lecz mroczna dziura po wyrwanych z muru kamieniach.
Ten widok złamał Ebbinowi serce.
Porażka. Grobowiec obrabowano, podobnie jak wszystkie inne. Nie trafił
tu pierwszy. Przykucnął na chwilę. Łój spływał mu po palcach. Potem
podniósł się z westchnieniem i wyciągnął rękę. Pochylając się
niebezpiecznie, zdołał złapać za kamień i podciągnąć się w górę. Uniósł
świecę. Tunel. Gładkie ściany. I coś przed Ebbinem. Gruz?
Nagle zainteresowany podciągnął się jeszcze wyżej i znalazł się w wejściu wybitym w murze. Posuwał się naprzód powoli, bo przez cały czas
musiał unosić rękę, w której trzymał świeczkę, ale wreszcie wczołgał się
do tunelu, zostawiając za sobą kołyszące się siedzenie. Ruszył naprzód
zakurzonym, pełnym pajęczyn tunelem, unosząc przed sobą świecę.
To było osypisko. Bariera z ziemi i kamieni.
Jak dawno temu powstało? Obejrzał się na wybite w murze wejście i znowu
ogarnął go optymizm. Czy zdołali zapuścić się dalej? Czy to, co
znajdowało się za rumowiskiem, mogło pozostać... nienaruszone?
Być może. Będzie musiał to sprawdzić. Przyjrzał się zbitej ziemi i skalnym odłamkom z dociekliwością asesora.
Wygląda na to, że nie uniknie się kopania w starym stylu.
Zaczął się powoli wycofywać.
To będzie wymagało czasu.
***
Mężczyzna szarpał się z cztery razy większym od siebie stworzeniem,
próbując wyciągnąć je ze wzburzonych fal migotliwego morza światła. Płyn
niszczył i pochłaniał ciało istoty niczym kwas. Buchały z niej kłęby
pary i pokrywały ją pęcherze. Słychać było skwierczenie. Towarzyszyły mu
nieludzkie krzyki bólu i gniewu. Stworzenie wymachiwało kończynami z przerażenia, zadając potężne, rozpaczliwe ciosy. Odbijał je jedynie
dzięki srebrnym rozbłyskom mocy. Świetliste fale rozpryskiwały się o nich obu. Mężczyzna ukląkł, próbując odtoczyć stworzenie.
- Czołgaj się! - wołał w przerwach między falami. - Czołgaj się! Możesz
to zrobić!
- Płonę! - wołała istota, wściekając się i płacząc.
- Czołgaj się!
- Umieram...
- Nie!
Spomiędzy leżących na plaży głazów wyłoniła się - biegnąc bądź
kuśtykając - grupka najrozmaitszych stworzeń. Wpadły w morskie fale.
Wrzeszczały i sapały, gdy otaczający je płyn zmieniał się nagle w dym.
Ciało schodziło z nich pasmami, pochłaniane przez kwasowe światło.
- Nie! Wracajcie! - ryknął przerażony mężczyzna.
Wspólnie wyciągnęli ogromną postać na czarny piasek. Niektóre mniejsze
stworzenia zniknęły w pieniących się falach. Szukał ich gorączkowo, na
oślep poruszając rękami. Wyciągnął z wody dwie maleńkie, dymiące postaci
i padł zmęczony na piasek.
Olbrzymia istota o ptasich stopach warknęła z wysiłku, próbując podnieść
się na nogi. Jej ciało w niektórych miejscach rozpuściło się aż do
kości. Z ran płynęła przezroczysta posoka. Istota powlekła się do
dyszącego ciężko mężczyzny i opadła na kolana obok niego.
- Dlaczego?
Mężczyzna wsparł się na łokciach. Świetlista woda spływała po nim, nie
zostawiając ran. Długie czarne włosy lepiły mu się do czaszki.
- Nie z twojej winy ciśnięto cię do tego morza, żebyś rozpuścił się w nim całkowicie. To nie jest w porządku. Nie w porządku.
Istota popatrzyła na niego ze zdumieniem w gorejących niczym piece
oczach.
- Nic ci się nie stało. Jesteś odporny. Czy jesteś... Eleintem?
- Nie. Tylko człowiekiem.
Olbrzym chrząknął z niedowierzaniem.
- Z pewnością kimś znacznie więcej. Jestem Korus, Wysoko Urodzony z Alar
Gamelon. Jak masz na imię?
Mężczyzna opuścił wzrok.
- Nie wiem. Utraciłem je. Ale nadano mi nowe. Thenaj.
Korus przykucnął na potężnych nogach i przyjrzał się swej pazurzastej
dłoni. Jej pokryte łuskami ciało zniknęło niemal całkowicie. Białawe
ścięgna poruszały się wystawione na działanie powietrza.
- No cóż, Thenaj. Cokolwiek ze mnie zostało, należę do ciebie.
Mężczyzna skinął dłonią, odrzucając z gniewem tę ofertę.
- Nie. Należysz teraz do siebie. Jesteś wolny od wszelkich zobowiązań.
Od wezwań i wykorzystania przez tych, którzy posługują się grotami,
niech wszystkich spotka rozpuszczenie! Możesz robić, co tylko zechcesz.
Olbrzymi demon pochylił pokrytą łuskowym pancerzem głowę. Poruszył
złotymi oczami, przyglądając się opustoszałej czarnej plaży.
- Zatem zostanę tutaj.
Thenaj skinął z wdzięcznością głową.
- Dobrze. W takim razie pomóż mi z tymi małymi stworzeniami. Ich odwaga
przerasta ich mądrość.
***
W dzielnicy majątków Darudżystanu wysoki mężczyzna z haczykowatym nosem
wrócił do coraz pilniejszej pracy rysowania nowego planu miasta,
skopiowanego ze starego, który nabrał już rdzawej barwy zamazującej
szczegóły. Pochylał twarz nisko nad welinem, cierpliwie skrobiąc na nim
gęsim piórem.
- Miasto zawsze się odnawia, mistrzu Baruku? - zapytał ktoś stojący tuż
przy jego boku.
Wielki alchemik poderwał się gwałtownie i uderzył przedramieniem w kryształowy kałamarz, przewracając go. Na plan wylał się czarny płyn.
Baruk odwrócił się powoli i spojrzał na pękatego człowieczka stojącego
przy nim. Był on tak niski, że ledwie sięgał głową ponad blat wysokiego
stołu.
- Ojej. Kruppe najserdeczniej przeprasza. Gdyby coś się wydarzyło, a przecież zawsze coś się wydarza, ten incydent z pewnością zostanie
uznany za złowrogi omen.
Baruk wytarł gęsie pióro w szmatkę.
- To był tylko przypadek. - Włożył pióro do stojaka. - A swoją drogą,
jak udało ci się tu dostać? Wzmocniłem wszystkie osłony.
Załzawione żabie oczy spojrzały na niego niewinnie. Baruk pochylił się
przygnębiony.
- Obaj wiemy, co nam zagraża. Ostrzeżeń było wystarczająco wiele. Śmierć
Śmierci na miłość wszystkich bogów. Zielona chorągiew na nocnym niebie.
Roztrzaskanie księżyca i jego ponowne narodziny. Zniszczenie Dragnipura...
- Machnął ręką. - Wybierz, co chcesz.
- Wszyscy mają skłonność tak robić. - Grubasek westchnął z zadowoleniem
i usiadł na wyściełanym fotelu. - Łatwo jest wszystko przewidzieć po
fakcie... Czy może nawet po akcie? - Wyłupiaste oczy zrobiły nagle zeza.
Kruppe uniósł do twarzy jedwabną chusteczkę. - Bogowie, chrońcie nas
przed taką wizją!
Siedzący na wysokim stołku Baruk przyjrzał się gościowi, składając palce
w piramidkę pod podbródkiem. Jego oczy raptem nabrały ostrzejszego
wyrazu.
- Obawiam się, że tym razem będziesz miał więcej trudności.
Do obutych w pantofelki stóp Kruppego podszedł demon, jeszcze niższy i bardziej otyły od niego. Baruk pomyślał, że gdyby Odmrozin miał ogon, z pewnością by nim zamerdał. Z obszernego rękawa grubaska - trzeba
przyznać, że brudnego i wytartego - wyłonił się zatkany korkiem pojemnik
na próbki. Kruppe otworzył go i wyłowił z niego rybę - niewielką i białą. Podał ją Odmrozinowi, który natychmiast połknął przysmak.
Grubasek pogłaskał demona po łysej, sękatej głowie.
- To była rzadka jaskiniowa ryba albinos z jaskiń Jhag Odhan, Kruppe.
- Bardzo smaczna. Szczerze polecam. Na grzance.
- Co, poza okradaniem moich półek z próbkami i przekabacaniem moich
sług, skłoniło cię do tej wizyty? Przypominam sobie poprzednią, którą
złożyłeś całkiem niedawno, i to wspomnienie mnie nie uspokaja.
Grubasek powąchał mleczny płyn wypełniający słoiczek, zmarszczył nos i odstawił naczynie na bok.
- Kruppe zastanawiał się teraz, podczas faktu, jeśli można tak
powiedzieć, a przecież właśnie powiedział, jakie codzienne czynności,
czy pozornie niewinne wydarzenia, okażą się, gdy spojrzymy na to po
fakcie, zapowiedziami straszliwego incydentu, który nadchodzi albo i nie
nadchodzi, bo niewykluczone, że właśnie mu zapobiegliśmy, postrzegając
go przed faktem.
Wsparł podbródek na bladych dłoniach i uśmiechnął się do Baruka, który
zamrugał i zmarszczył brwi.
- Co masz na myśli?
Kruppe zatrzepotał przesadnie wielką chusteczką.
- Och, któż mógłby to odgadnąć? Kto wie, co moglibyśmy odkryć, gdybyśmy
poszukali głębiej? Czy rzeczy od dawna ukryte przed gorącym blaskiem
słońca, ale w jakiś sposób nadal zachowane, być może na wieczność,
dłużej, niż pożyjemy nawet my dwaj, mogłyby obudzić się z westchnieniem
i otworzyć niewidzące oczy?
Baruk obrócił piórem w stojaku z rzeźbionego steatytu.
- To, co mówisz, jest bardzo niepokojące, Kruppe. Krąg nadal pozostaje
złamany... - pochylił głowę - ...dzięki ...komuś. Jego doskonałość, która
miała trwać wiecznie, uległa zniszczeniu. Poświęcam cały swój czas i wszystkie siły staraniom, by to się nie zmieniło... ale zakłócenia
wywołane przez niedawne doniosłe incydenty...
Potarł czoło i zgarbił się, okazując nietypową dla niego słabość i wyczerpanie.
Grubasek zmarszczył na moment brwi z zatroskaniem, ale ten gest pozostał
niezauważony. Potem nadął pierś, choć tylko w bezpiecznej odległości od
przeciążonych dolnych guzików kamizelki.
- Nie rozpaczaj, Wasza Wielka Alchemiczność. Węgorz ma oczy sokoła! A gdyby miał kończyny, byłyby silne jak u pantery! Nie jest białą, wijącą
się bezładnie rybą albinosem! Hmm... to znaczy, że w przeciwieństwie do
rzeczonej ryby jest za szybki, by można go było złapać w słoik!
***
W zaułkach giełdy tancerek, pod jej wielobarwnymi markizami i unoszącym
się w powietrzu dymem z laseczek kadzidła, krążyły pogłoski o bezprecedensowym pojawieniu się w konstelacji najbardziej utalentowanych
artystek nowej, niezwykle jasnej gwiazdy.
Sercem giełdy była Droga Westchnień, cienisty zaułek, na który
nieprzypadkowo wychodziły otwarte wykuszowe okna pokojów mieszkanek
dzielnicy. W chłodne wieczory dziewczyny często gromadziły się na
ławeczkach, by odbierać wyrazy uwielbienia zgromadzonych na dole
zalotników. Dziś wieczorem dworzanie i młode zbiry rozmawiali ze sobą z ożywieniem, wymieniając pełne zachwytu opisy godnego bogini wdzięku i klasycznej urody młodej tancerki. Tymczasem na górze szylkretowe
grzebienie z pasją czesały czarne jak noc włosy.
Pojawiła się znikąd - drobna, fascynująca zjawa, której pewność siebie
kłóciła się z wiekiem, na jaki wyglądała. Żadna szkoła nie mogła się
pochwalić, że ją wykształciła, choć wiele z nich z chęcią przypisałoby
sobie tę zasługę. Umalowane usta rozciągnięte w tajemniczym uśmieszku i piwne oczy z nutą zieleni wymykały się nawet najsprytniej sformułowanym
pytaniom, odbierając ciekawskim zdolność mowy. Do tej pory przyznała
tylko, że uczyła ją matka, która również była kiedyś sławną tancerką.
Potem zaczął się romans. Jego echa wypełniły wszystkie zaułki. Markizy
trzepotały od tęsknych westchnień podziwu, dwukrotnie silniejszych niż
zazwyczaj! Niezwykle uzdolniona i pracowita tancerka (z pewnością o bardzo niskim pochodzeniu) i nieśmiały syn szlacheckiego rodu
(zubożałego i chylącego się ku upadkowi). Zupełnie jak w starych
opowieściach! Jeshin Lim, mól książkowy, mało obiecujący syn wielkiej
ongiś rodziny Limów, kuzyn rajcy Shardana, którego spotkał tak tragiczny
los, zakochał się szaleńczo w tancerce pozbawionej rodziny i koneksji.
Ich związku nie mogło tłumaczyć nic poza czystą, gorącą miłością.
Jednakże niektóre wyglądające przez okna dziewczęta wciskały pięknie
wypielęgnowane paznokcie w skórę dłoni i odsłaniały perłowe ząbki,
szepcząc, że z pewnością rzuciła na niego urok.
Potem wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Kuzyn zdobył miejsce w Radzie! Wszyscy kiwali głowami z mądrymi minami, mówiąc, że miłość i poświęcenie utalentowanej kobiety dodadzą sił każdemu mężczyźnie. A ścieżkę do Rady z pewnością utorowały mu złote kółeczka i bransolety
dobrowolnie zdjęte z jej jakże kształtnych kończyn!
Cała sprawa musiała się jednak skończyć w tragiczny i łzawy sposób.
Wszyscy wiedzieli, że tak zawsze dzieje się między niedobranymi
kochankami. Lim osiągnął tytuł rajcy i był teraz stanowczo zbyt ważny na
związek z tak nisko postawioną kobietą.
W owiewanych chłodniejącym wietrzykiem oknach grzebienie przesuwały się
gładko przez długie czarne włosy, a senne, umalowane kohlem oczy
wypełniała pełna satysfakcji świadomość nieuniknionej katastrofy.
I nagle w wynajętej karecie przybył do jednej z sąsiadujących z kwaterami tancerek kamienic, w których wiele dziewcząt mieszkało na
koszt swoich... nazwijmy ich patronami.
***
Kareta Lima zatrzymała się pod prywatnym wejściem. Wysiadł z niej,
spowity w ciemny płaszcz z kapturem. Do twarzy przyciskał delikatną
złotą maskę zasłaniającą jego rysy. Strażnik ukłonił mu się z szacunkiem, odwracając wzrok, i odsunął rygiel.
Skierował się ku znanym drzwiom w korytarzu na pierwszym piętrze i zapukał szybko cztery razy - ich umówiony kod. Jednakże drzwi się nie
otworzyły i nie objęły go nagie, gładkie ramiona. Złota maska przesunęła
się w prawo i w lewo, a potem dłoń uniosła się do klamki i okazało się,
że drzwi są otwarte. Wszedł do środka i zamknął je.
- Kochanie?
Z pogrążonego w mroku zagraconego pokoju nie nadeszła żadna odpowiedź.
Podłogę pokrywały liczne grube dywany, na których spoczywały poduszki
ozdobione zrzuconymi, cienkimi jak babie lato szatami. Ruszył niepewnie
w głąb pomieszczenia.
- Moja droga?
Znalazł ją pod oknem. Nie było tu wykuszu ani ławeczki. W małych
okienkach umieszczono kraty. Wyglądała w noc. Błękitne płomienie
gazowych latarń oświetlających miasto walczyły o prymat z zielonkawą
łuną nocnego nieba.
- Przepraszam, moja droga... - zaczął.
Odwróciła się, krzyżując ramiona na małych piersiach. W jej oczach na
moment rozbłysły zielone punkciki, przypominające łunę na niebie.
- Któż to zakłóca moją prywatność?
Jeshin przyglądał się jej zmieszany. Po chwili zdjął maskę i przeniósł
spojrzenie na kobietę. Położył kaptur, odsłaniając długie czarne włosy i szczupłą twarz uczonego. Postukał palcem w złotą maskę.
- Widzisz? Nadal przychodzę tu zamaskowany, zgodnie z twoim życzeniem.
Choć nie wiem, czemu ma służyć ta fasada anonimowości, skoro wszyscy
wiedzą...
Odrzucił maskę na bok.
- Nie powinieneś tu przychodzić - rzekła, oplatając się rękami jeszcze
ciaśniej, jakby chciała uwięzić coś w sobie.
Jeshin odwrócił się i zaczął spacerować po pokoju.
- Tak, tak. Jestem teraz rajcą. Nadal zawstydzasz mnie troską o moją
reputację. - Nagle odwrócił się w jej stronę. - Ale może znajdzie się
sposób. Nie potrzebuję już błogosławieństwa rodziny...
Podeszła bliżej i uciszyła go, kładąc mu palec na ustach.
- Nie. - Jej głos brzmiał uspokajająco, jakby mówiła do dziecka. - Nie
chcę, żeby cokolwiek cię osłabiło. Przeciwnicy wykorzystaliby to
przeciwko tobie. Nazwaliby cię impulsywnym durniem. Nie wolno ci się
skompromitować. - Spojrzała na niego niemal ukradkowo. - Twoja wielka
wizja przyszłości miasta, pamiętasz?
Przytulił ją mocno.
- Ale bez ciebie?
Była tancerką i bez trudu wyśliznęła się z jego objęć.
- Oboje musimy... coś poświęcić - odpowiedziała i znowu zwróciła się ku
oknu.
Pokręcił głową z głębokim podziwem.
- Twoja determinacja jest dla mnie wzorem.
Odwróciła się, dotykając palcem podbródka.
- Jest jeszcze jedna rzecz, którą mogę dla ciebie zrobić, mój Jeshinie,
mój szlachetny rajco.
Zbył tę sugestię machnięciem ręki, nadal kręcąc głową.
- Zrobiłaś już wystarczająco wiele. A nawet zbyt wiele. Twoje rady,
wszystko, co wiedziałaś... Jak mówią, wszystkie tajemnice odsłaniają się
pod stopami tancerki.
Kąciki jej zaznaczonych henną ust uniosły się w geście zadowolenia.
- To bardzo stare powiedzenie. I bardzo prawdziwe. Dam ci jeszcze coś,
co niedawno do mnie dotarło. W mieście mieszka bardzo bogaty mężczyzna,
który podziela twoją wizję silnego Darudżystanu, otoczonego szacunkiem,
na jaki zasługuje. - Opuściła kąciki ust w wyrazie lekceważenia. -
Pochodzi z północy, z Kota, ale powinien cię poprzeć. Nazywa się
Skromny. Skromny Wkład.
- Ten, co handluje żelazem? - zapytał Jeshin, marszcząc brwi.
- Jest kimś znacznie więcej niż handlarzem, uwierz mi.
Rozpostarł dłonie, jakby się poddawał.
- Skoro tak mówisz, najdroższa. Skontaktuję się z nim.
- Znakomicie. Jeśli udzieli ci wsparcia, nic nie powstrzyma twojego
awansu.
Gapił się na nią, wręcz oniemiały z wrażenia.
- Nie zasługuję na ciebie, kochanie.
Uśmiechnęła się raz jeszcze, położyła dłoń na jego piersi i delikatnie
popchnęła go na stertę poduszek.
- Zasłużysz, kochanie. Zasłużysz.
Stanęła nad nim w pozie rozpoczynającej Przebudzenie Pożogi - uniosła
jedną nogę, ledwie dotykając paluchem podłogi, i dotknęła ręką twarzy,
jakby osłaniała się przed gorejącym spojrzeniem pradawnego świtu. Z tej
pozy przeszła do pierwszych czterech oddających cześć ruchów, po jednym
dla każdej strony świata. Kłaniała się, unosząc w błagalnym geście
dłonie, zwrócone wewnętrznymi powierzchniami do środka.
Potem zaczęła tańczyć.
Gapił się na nią jak zahipnotyzowany. Serce waliło mu jak szalone.
- Och, Taya - mógł jedynie wyjęczeć. - Taya...
***
Azyl założono przed pokoleniami w przybrzeżnych górach na południe od
Mengal. Jedni zwali go klasztorem, inni szkołą. Ci, którzy do niego
przybywali, świadomie i dobrowolnie wyrzekali się świata, ze wszystkimi
jego wabikami i prowadzącymi na manowce ambicjami.
Dla Estena Rula pozostawało tajemnicą, dlaczego legendarny Wędrowiec,
zabójca Anomandera Rake'a, Syna Ciemności i władcy Odprysku Księżyca,
przybył w to miejsce. Ktoś, kto pokonał najpotężniejszy i budzący
największy lęk Ascendent, nadal aktywny, nie powinien siedzieć w jakimś
prowincjonalnym klasztorze, pełnym mamroczących kapłanów i akolitów.
Z pewnością nie tutaj zamierzał przebywać, gdy sam z kolei pokona
Wędrowca.
Nawet teraz, gdy sprawdził to już w wielu niezależnych źródłach, nie
potrafił uwierzyć, że to nędzne zbiorowisko górskich chat i pozbawionych
dachów świątyń stało się azylem dla wielkiego szermierza. Wyszedł na
centralny piaszczysty dziedziniec i zatrzymał się, przyglądając się
odzianym w kapłańskie szaty ludziom, spacerującym po nim nieśpiesznie.
Nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Esten Rul, pojedynkowicz i szermierz sławny na trzech kontynentach, nie był przyzwyczajony do
takiego traktowania. Ci nędznicy o ogolonych głowach najwyraźniej byli
za głupi, by sobie uświadomić, że stojącego przed nimi mężczyznę uważano
za mistrza na Quon Tali i w Falarze. Esten sprawdził też wartość
najbardziej utalentowanych szermierzy na Genabackis i szczerze mówiąc,
uważał, że wszyscy są drugorzędni.
Zauważył staruszka pilnie zamiatającego liście leżące na dziedzińcu i podszedł do niego.
- Hej, starcze. Gdzie znajdę tego, który posługuje się imieniem
Wędrowiec?
Stary mężczyzna kontynuował zamiatanie, nie zwracając na niego
najmniejszej uwagi. Z pewnością była to celowa zniewaga. Esten
przydepnął słomę związaną na końcu miotły.
- Mówię do ciebie, dziadku.
Mężczyzna spojrzał na niego. Miał bardzo ciemną skórę. Z pewnością nie
był miejscowy. Głowę właśnie mu wygolono, a twarz pokrywały blizny i bruzdy pozostałe po latach troski. W jego oczach, ciemnoniebieskich
niczym głębia oceanu, nie było cienia strachu.
Zaniepokojony ciężarem tego spojrzenia Esten odwrócił wzrok. To nie był
sługa. Być może znużony bitwami weteran.
- Słyszałeś o nim?
- O tym, którego zwą tu mistrzem? Tak.
Esten odchrząknął.
A więc był ich mistrzem, tak? Oczywiście. Kim innym mógłby tu być?
- Gdzie go znajdę? W której z tych żałosnych chat?
Starzec obrzucił go spojrzeniem. Esten zauważył, że zatrzymał wzrok na
jelcu jego ukrytego w pochwie rapiera.
- Chcesz mu rzucić wyzwanie?
- Nie, przywiozłem mu kwiaty z Czarnego Koralu. Pewnie, że chcę mu
rzucić wyzwanie, ty durny starcze!
Stary mężczyzna zamknął oczy, jakby dręczył go ból, i opuścił głowę.
- Wracaj do Darudżystanu. Ten, którego zwą Wędrowcem, porzucił wszelką
zabawę mieczem.
Wrócił do zamiatania.
Esten ledwie się powstrzymał przed uderzeniem bezczelnego głupca. Wsparł
dłoń na rękojeści rapiera.
- Nie prowokuj mnie. Nie przywykłem do takiego traktowania. Zaprowadź
mnie do Wędrowca albo znajdę kogoś innego, kto to zrobi. Pod groźbą
użycia broni.
Staruszek znieruchomiał. Po chwili spojrzał na niego. Przymrużył
powieki, a jego oczy przybrały jeszcze ciemniejszą barwę.
- A więc tak to wygląda? Proszę bardzo, zaprowadzę cię do niego, ale
najpierw musisz udowodnić, że jesteś tego godny.
Esten gapił się na niego ze zdumieniem.
- Że jestem tego godny? Jak niby miałbym to udowodnić?
Rozejrzał się z niedowierzaniem. Zebrał się tłum mnichów, kapłanów czy
jak ich tam zwał. Wszyscy przyglądali mu się w milczeniu. Estena Rula
niełatwo było zastraszyć, lecz ich zachowanie nieco go zaniepokoiło.
Przeniósł uwagę z powrotem na zamiatacza i lekko skinął urękawicznioną
dłonią.
- A jak niby mam to zrobić?
- Pokonując najsłabszego z nas.
Esten stłumił niecierpliwość i zaczerpnął głęboko tchu, żeby się
uspokoić.
- A kto by to był?
Mężczyzna wzruszył powoli ramionami. Miał smutną minę.
- Hmm... ja.
- Ty?
- Tak. Jestem tu zupełnie nowy.
- Ty... - Odsunął się od mężczyzny, jakby rozmawiał z szaleńcem. - Ty
tylko zamiatasz dziedziniec!
Staruszek skinął głową.
- To prawda. A nawet tego nie nauczyłem się jeszcze robić porządnie. No
wiesz, to przez ten wiatr. Bez względu na to, jak bardzo się starasz,
zawsze przychodzi, i wszystkie twoje plany oraz wysiłki idą na darmo.
Esten prychnął z niesmakiem i odwrócił się.
- Wędrowiec! - ryknął, otaczając usta dłońmi. - Słyszysz mnie? Ukrywasz
się tutaj? Wyjdź i walcz ze mną!
- Jeśli mnie pokonasz, przyprowadzą go tutaj.
Esten zatoczył pełen krąg i znowu zwrócił się twarzą do mężczyzny.
- Naprawdę... tak po prostu?
- Tak. Po prostu. To starożytny zwyczaj. Tutaj nadal pamięta się o nim i otacza go szacunkiem.
Esten rozpostarł dłonie w geście wyrażającym bezradność.
- No cóż... skoro muszę... Masz jakąś broń?
Stary mężczyzna wzruszył ramionami, jakby znowu chciał przeprosić
Estena, i uniósł miotłę.
***
Stojący w bramie klasztoru akolita śledził wzrokiem cudzoziemskiego
pojedynkowicza oddalającego się zygzakowatą górską ścieżką. Mężczyzna
splótł dłonie za plecami i opuścił głowę. Wiele musiał przemyśleć.
Akolita pokłonił się sprzątaczowi, który stał przy bramie, wspierając
się na miotle. Na jej trzonku było mnóstwo nacięć.
- Czy wróci, mistrzu? - zapytał akolita.
- Ciągle ci powtarzam, żebyś tak do mnie nie mówił - odparł mężczyzna,
który wyrzekł się imienia Wędrowiec. Wzruszył ramionami. - Miejmy
nadzieję, że nie. Dostał nauczkę. Zostało nam tylko mieć nadzieję, że ją
zrozumie. - Przesunął dłonie na miotle. - Ale... życie ciągle udziela nam
lekcji i tylko nieliczni czerpią z nich jakiekolwiek korzyści. -
Spojrzał na dziedziniec i skrzywił się boleśnie. - Bogowie, wystarczy na
chwilę odwrócić uwagę i wszystko idzie do Otchłani. Będę musiał zacząć
wszystko od nowa.
- Wszyscy powinniśmy tak postępować, mistrzu.
Na naznaczonej śladami bólu twarzy mężczyzny na moment pojawił się
uśmieszek. Potem jego usta znowu zamarły w typowym dla niego grymasie.
- Dobrze to ująłeś. Wszyscy powinniśmy tak postępować. Każdego dnia. Z każdym oddechem.
***
Na bezimiennym skraju osiedla biedoty, położonego na zachód od
Darudżystanu, stara kobieta przykucnęła przed swoją chatą i strugała
patyk. Na nocnym niebie gorzał ogromny jaskrawozielony sierp Bułata.
Kobieta wplotła w rozczochrane włosy mnóstwo kawałków sznurka, wstążek,
paciorków oraz rzemyków. Bose stopy wystające spod spódnic były równie
ciemne jak ziemia, której dotykały. Nuciła coś pod nosem w niezrozumiałym dla nikogo języku.
Staruszka, mieszkająca samotnie w walącej się chacie, nie była niczym
niezwykłym w osiedlu biedoty. Gnieździli się tu najubożsi i najbardziej
zniszczeni przez życie. Najniżej postawieni spośród garbarzy, kanalarzy
i śmieciarzy Darudżystanu. Co drugą chatę zajmowała stara wdowa albo
babcia. Mężczyźni umierali tu wcześniej, podobnie jak wszędzie.
Twierdzili, że dowodzi to, jak ciężko pracują, ale kobiety wiedziały, że
po prostu są za słabi, żeby wytrzymać starość.
Ta kobieta mieszkała w swej nędznej chacie, odkąd ktokolwiek sięgał
pamięcią. O tym fakcie nie wspominał jednak nikt poza sąsiadującymi z nią wdowami i babciami, które zawsze nazywały ją "szaloną staruchą".
Przykucnęła w błocie przed chatą i uniosła patyk blisko niemal
całkowicie oślepionych przez zaćmę oczu, by przyjrzeć się skomplikowanej
plątaninie linii biegnących od jednego końca do drugiego.
- Już niedługo - zamruczała. - Niedługo. - Skierowała ze strachem
niewiele widzące już oczy na nocne niebo i obcą zieloną chorągiew, która
na nie wtargnęła. - Już niedługo. Niedługo.
Włożyła patyk do torby, którą miała u boku. Z mniejszej wyciągnęła fajkę
i odrobinę lepkiej, ciemnej substancji przypominającej gumę. Zrobiła z niej kulkę i wsunęła ją do środka. Następnie zapaliła od patyka
wetkniętego do tlącego się ogniska, zaciągnęła się głęboko i zatrzymała
dym w płucach na dłuższą chwilę, nim wreszcie odchyliła głowę i wypuściła go ku niebu.
- Już niedługo - mruknęła, mrugając powiekami załzawionych oczu. -
Niedługo.
Rozdział I
Problem ze ścieżkami polega na tym, że jak już wybierzesz jedną, nie
możesz wybrać pozostałych.
Przypisywane Szaleństwu Gothosa
Po Hurly - dawnej wiosce rybackiej na południowym wybrzeżu Genabackis -
nie pozostało zbyt wiele. Jej ówcześni mieszkańcy utonęli przed
niespełna dwu laty, gdy nagle nadciągnęły potężne fale, powstałe, kiedy
ostatnie fragmenty ogromnej latającej góry zwanej Odpryskiem Księżyca
utonęły w Morzu Rivańskim. Kiedy wody się cofnęły, pstrokata armia
poszukiwaczy skarbów zleciała się do trupa wioski na podobieństwo much.
A wkrótce po nich nadeszła gorsza plaga - złodzieje, oszuści i inni
żerujący na wszystkich przestępcy.
Pierwsi w miejscu katastrofy pojawili się przedstawiciele Południowej
Konfederacji Wolnych Miast, której mieszkańcy od dawna parali się
piractwem i morskim rozbójnictwem. Zabrali wszystko, co tylko zdołali -
głównie ocalałe łodzie - i ogłosili się właścicielami nowo powstałych
wysp. Po kilku miesiącach wprowadzili cła i opłaty transportowe oraz
odparli cztery odrębne zbrojne ataki tych, którzy próbowali rzucić im
wyzwanie.
Obecnie, po ponad roku działalności handlowej, Południowa Konfederacja
zapewniła sobie niekwestionowany monopol na wyspach, które z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością nazwała Odpryskami.
***
Jallin, przezwany Skoczkiem z powodu swego zwyczaju atakowania od tyłu,
musiał przyznać, że dobre czasy w Hurly oficjalnie się skończyły.
Podobnie jak inni kanciarze i szabrownicy wyczuwał zbliżający się
schyłek. Szeroka rzeka poszukiwaczy fortuny zmieniła się w wąską strużkę
obdartych mężczyzn i kobiet, równie ubogich jak ci, którzy wywalczyli
już sobie miejsce w gnijącym miasteczku.
Jallin Skoczek świetnie to wszystko znał. Nieraz już widywał podobny
cykl w innych miastach na północy, gdzie malazańskie wojny napędziły
bezwzględną, kanibalistyczną ekonomię braków i szalejącego popytu. Był
przekonany, że w tym miejscu gorączka fortun zdobywanych w jedną noc i traconych jeszcze szybciej nigdy już nie wróci do niedawnego poziomu.
Koniunktura się kończyła, nim zdążył zdobyć majątek. Tak samo jak w Pale, Kurl i Callows. Ale tym razem do tego nie dopuści. Nie ma mowy.
Hurly było końcem drogi. Najdalej położonym miejscem, do którego mogły
dotrzeć wszystkie te męty i nieudacznicy. Ostatnią nadzieją dla każdego.
Dlatego z wielką uwagą przyglądał się kolejnemu nowemu przybyszowi,
który pojawił się na błotnistej głównej ulicy miasteczka. Był żylastym,
obdartym weteranem, cudzoziemcem, sądząc po rudawych włosach i ryżych
wąsach - Malazańczykiem. Miał na sobie wojskowe sandały i płaszcz, a przez ramię przerzucił skórzane sakwy. Fakt, że był weteranem, nie
zaniepokoił Jallina. Prawie wszyscy przegrani łowcy fortuny, którzy
przybywali tu tą drogą, służyli kiedyś w licznych północnych armiach i z reguły zdezerterowali ze wszystkich. Uważał, że są żałośni w swej
gotowości narażenia się na rany albo nawet śmierć w zamian za obietnicę
garści monet czy kawałka ziemi.
Nowy przybysz wyglądał jeszcze gorzej niż większość z nich. U jego boku
wisiał krótki miecz, a poza tym jego dobytek składał się tylko z przerzuconych przez ramię sakw, na których mocno zaciskał opaloną,
naznaczoną bliznami dłoń. Te wielkie torby zainteresowały Jallina. Co
stary żołnierz - zwolniony ze służby albo dezerter - mógł uważać za tak
ważne, że dźwigał to ze sobą aż na Odpryski?
Weteran zatrzymał się w tym samym punkcie, co wielu innych poszukiwaczy
skarbów z Odprysku, tam, gdzie trasa kończyła się przy pokrytej
ciemnoszarym żwirem plaży opadającej ku Morzu Rivańskiemu. Co bardziej
spostrzegawczy z nich zauważali w tym momencie dwa istotne fakty -
Odpryski stanowiły odległe punkciki widoczne na morzu i nigdzie nie było
żadnej łodzi.
Te odkrycia sprawiały, że nawet najtwardsi i najodporniejsi z nich czuli
się zagubieni. W tym właśnie miejscu Jallin nawiązywał kontakt ze swymi
celami. Gdy podszedł do mężczyzny, ten nadal gapił się na morze.
- Są tam, prawda? - wyszeptał. - Żyła złota.
Stary żołnierz mruknął coś pod nosem, przyglądając się usianej odpadkami
żwirowej plaży.
- Potrzebuję łodzi.
- Wszyscy tu jej potrzebują, przyjacielu - odparł z uśmiechem Jallin. -
Tak się składa, że znam kogoś, kto mógłby znaleźć na swojej miejsce dla
jeszcze jednego pasażera.
Mężczyzna skierował na niego wzrok. Z jego szczerego spojrzenia Jallin
wyczytał, że widział już wiele. Większość weteranów miała w oczach ten
nie do końca zrozumiały dla Jallina błysk. Nigdy nie był aż tak głupi,
by postawić nogę na polu bitwy. Sprawiali wrażenie, że lepiej ich nie
zaczepiać. Mimo to wielu okradł, oszukał bądź ograbił, a nawet zabił.
Rzecz jasna, zawsze robił to z zaskoczenia. Najpierw musiał zdobyć ich
zaufanie. Dlatego uważał, że nie ma znaczenia, że są umiejącymi walczyć
twardzielami. W końcu czasy pokoju bardzo się różniły od czasów wojny.
- Ile? - zapytał mężczyzna. Puścił torby i osłonił dłonią oczy przed
skłaniającym się ku zachodowi słońcem. Cokolwiek było w tych torbach,
wyglądało na ciężkie.
Jallin oblizał wargi, a potem zachichotał przyjaźnie.
- Pytasz, ile? Och, to będzie cię kosztowało. Nie mam zamiaru cię
obrażać, sugerując, że mogę ci załatwić specjalną zniżkę albo inny taki
syf. To będzie cię kosztowało. Musimy się dogadać, tak?
Kolejne niezobowiązujące chrząknięcie. Jallin wskazał na ścieżkę
biegnącą między gospodami, sklepami i szynkami.
- Może w gospodzie "Przy Wyspach"? Co ty na to? Wyglądasz na kogoś, kto
chętnie by się czegoś napił.
Mężczyzna obejrzał się i przygryzł wąsy. Raz jeszcze rzucił tęskne
spojrzenie na morze. Po chwili westchnął. Ramiona mu opadły.
- Aha. Chętnie coś sobie łyknę.
Jallin wskazał mu drogę. Żeby odwrócić jego uwagę, przez cały czas
opowiadał o poszukiwaczach skarbów, którzy wzbogacili się na Odpryskach.
W rzeczywistości nikomu się to nie udało. A przynajmniej nikomu z tych,
którzy wrócili. Dzisiaj uzgodnimy cenę, pomyślał. Nie za niską i nie za
wysoką. Żeby nie wzbudzać podejrzeń. Potem, na plaży, przedstawi
żołnierza swojemu "przyjacielowi". Długiemu i ostremu jak brzytwa.
Mizerykordii, której używał, by wreszcie uwolnić od cierpień starych
żołnierzy.
***
Gospoda "Przy Wyspach" różniła się od innych nowych budynków w Hurly
tym, że miała kamienne mury. Zajmowała miejsce, w którym ongiś wznosiła
się świątynia Poliel, bogini choroby, pomoru i zarazy. Dawni mieszkańcy
Hurly najwyraźniej z wielką chęcią oddawali jej cześć. Mogło to mieć coś
wspólnego z pobliskimi bagnami. Nowy właściciel lokalu, Akien Threw,
lubił żartować, że lepiej by wyszli na praktykowaniu kultu Pradawnej
Ciemności, którego świętym artefaktem był Odprysk Księżyca.
Jallin wszedł do środka i poprowadził starego żołnierza do stolika z tyłu. Po drodze spojrzał w oczy Akienowi.
Wszyscy naganiacze i oszuści w miasteczku mieli umowę z oberżystą -
posiłki i miejsce do spania w zamian za sprowadzanie klientów. Plus
procent od zysków oczywiście.
Gdy tylko wsparli ręce na blacie szarosrebrnych desek z wyrzuconego na
brzeg drewna, pojawiły się dwa duże kufle piwa. Weteran przymrużył
powieki. Kąciki ust mu opadły.
- Co to ma być? - zapytał.
W gospodzie panował półmrok, ale Jallin i tak zauważył blizny
przeszywające twarz mężczyzny oraz to, że jego skołtunione rude włosy,
gdzieniegdzie już posiwiałe, po jednej stronie wyrastały tylko w niektórych miejscach. To przypominało ślady po oparzeniu. Widział jednak
wielu starych żołnierzy i prawie wszyscy mieli blizny. Rozstawali się z garstką pieniędzy, jaką zgromadzili w życiu, równie łatwo jak inni, a chyba nawet szybciej niż większość.
- Jak masz na imię, przyjacielu? - zapytał.
- Rudy. Rudy Pies.
Jallin uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Nie obchodziło go imię
mężczyzny.
- No cóż, Rudy. To jest ale z Elingarthu. Bardzo dobre. - Dotknął
palcem boku nosa. - Właściciel to mój przyjaciel.
- Jasne - mruknął złowrogo żołnierz, ale uniósł kufel i pociągnął długi
łyk.
Jallin zauważył skupisko białych blizn na przedramieniu mężczyzny i pomyślał, że miałby powody do niepokoju, gdyby nie było oczywiste, że
żołnierz najlepsze lata ma już za sobą. Zauważył też, że Rudy cały czas
zaciska dłoń na trzymanych na kolanach sakwach.
Weteran otarł usta i skrzywił się z niesmakiem.
- Wątpię, żeby pochodziło z Elingarthu.
Jallin wzruszył beztrosko ramionami.
- Nie jestem znawcą. Jeszcze jedno?
- Na Otchłań, nie.
- Jasne. Jest jeszcze wcześnie.
Do miasteczka napływało coraz mniej poszukiwaczy skarbów i oberża była
prawie pusta. Przy drzwiach siedziało dwóch strażników, takich samych
starych oprychów jak Jallin. Przy pobliskim stoliku siedzieli dwaj
mężczyźni, gapiący się z przygnębieniem za zachodzące żółte słońce.
Elegancko ubrany młodzieniec, potomek jakiegoś arystokratycznego rodu,
rozsiadł się przy drugim stoliku w towarzystwie trzech mężczyzn. Jallin
wiedział, że to miejscowe zbiry udające przewodników, tak samo jak on.
Młody mężczyzna oparł się wygodniej.
- Nie ma już sensu nigdzie wyruszać - oznajmił nagle. - Jest stanowczo
za późno. Wszystko już wyczyścili.
Stary żołnierz, Rudy, zwrócił się w jego stronę.
Jeden z miejscowych przewodników coś powiedział.
- A kto ostatnio wrócił? - odpowiedział lekceważąco szlachcic. - Był
ktoś taki?
- Gdybym coś tam znalazł, z pewnością nie wróciłbym tutaj - odpowiedział
inny z jego towarzyszy.
Wszyscy poza młodym szlachcicem ryknęli głośnym śmiechem.
- To tylko głupie gadanie - wyszeptał Jallin, pochylając się nad blatem.
- Boi się tam popłynąć.
- Gdzie są wszystkie statki? - wycedził weteran.
Powłóczący nogami chłopak przyniósł dwa kolejne kufle.
- Kotwiczą daleko od brzegu. Rano przysyłają łodzie i można kupić
miejsce na nich. Ale... - dodał nieco ciszej - ...nocą można się przemknąć
obok nich. Za opłatą.
Żołnierz pokiwał głową.
- Dlaczego wszyscy nie zaatakują łodzi o świcie, kiedy odpływają?
- Pilnują ich żołnierze Południowej Konfederacji Wolnych Miast,
przyjacielu.
- A co powstrzymuje tych, którzy mają własne łodzie?
Jallin roześmiał się głośno.
- Och, próbowali. Próbowali. Ale chłopaki z Konfederacji to najlepsi
piraci i rozbójnicy morscy ze wszystkich. Zatopili ich całą masę.
- Ale może okręt wojenny? Malazański?
Jallin osuszył kufel.
- Aha. Parę miesięcy temu jeden z nich przedarł się przez blokadę. Nikt
go już więcej nie widział. - Odsłonił zęby w szerokim uśmiechu. - Może
załatwili wszystkich.
Stary żołnierz pociągnął długi łyk.
- Jak powiedział ten facet? Nikt nigdy nie wraca? Zgadza się?
Jallin bardzo się starał nadać swemu uśmiechowi dobroduszny wygląd.
- Słucham? Chciałbyś, żeby ktoś inny uciekł z górą łupów? Posłuchaj,
centralna wyspa jest cholernie duża. Potrzeba mnóstwa czasu, żeby ją
przeszukać. Nie jest tak, że wysiądziesz na ląd i potkniesz się o kufer
złota.
Udał, że pociągnął długi łyk z drugiego kufla. Nie przejął się tym
zbytnio, ale niech szlag trafi tego gadułę, kimkolwiek mógł być. Tak czy
inaczej, liczy się tylko to, żeby żołnierz poszedł z nim na brzeg, gdzie
spotka się z jego "przyjacielem". Z całą pewnością się spotka.
Weteran wciągnął powietrze przez zęby i pogłaskał wąsy.
- No cóż, to wszystko, czego potrzebowałem się dowiedzieć. Dziękuję za
piwo.
Wstał i przerzucił torby przez ramię.
Jallin wstał razem z nim.
- Mógłbym cię tam zabrać dziś w nocy. Mój przyjaciel...
- Rozwaliłby mi łeb... - dokończył za niego żołnierz.
Jallin spojrzał w oczy Akienowi i rozpostarł dłonie.
- Proszę bardzo. Nie chcesz mojej pomocy? To do Kaptura z tobą.
Stojący za barem Akien skinął do swoich dwóch strażników, którzy wstali
i zablokowali wyjście. Stary żołnierz zatrzymał się i zerknął na
potężnego jak byk oberżystę, który ruszył ku niemu z pałką w dłoni.
- W czym problem? - zapytał.
- W rachunku.
Jallin trzymał się na dystans, czekając na szansę. Weteran wskazał na
niego.
- On zapłaci.
Akien stanął przed swoimi oprychami, dzięki czemu Jallin znalazł się na
wprost za żołnierzem i zacisnął palce na pasie, blisko wytartych
rękojeści sztyletów.
- Nie - wycedził, uparty jak byk, którego przypominał. - Jest dla mnie
oczywiste, że to ty zamówiłeś ale.
Stary żołnierz nie próbował się spierać. Wszyscy widzieli, że to nie on
zamawiał, ale trzeba było zachować pozory. Takie zasady obowiązywały w oszukańczych spelunkach. Wstęp był za darmo, ale wyjście kosztowało
cholernie drogo.
- W porządku - warknął z rezygnacją. - Ile to będzie kosztowało?
Akien uniósł brwi, licząc w pamięci.
- Cztery kufle ale z Elingarthu? To będą dwie darudżystańskie złote
rady.
Po sali poniósł się pełen zdumienia gwizd. Wszyscy spojrzeli na młodego
szlachcica. Odchylił się do tyłu, trzymając rękę za oparciem krzesła.
- To skandaliczne zdzierstwo, mój drogi oberżysto.
Akien wzruszył masywnymi ramionami.
- Koszty transportu.
Szlachcic zerknął na weterana, unosząc brwi.
Ten złapał za krzesło, żeby zachować równowagę.
- Nie mam takich pieniędzy!
Stojący za jego plecami Jallin wskazał na torby. Akien skinął głową.
- W takim razie zapłatą muszą być twoje sakwy.
Weteran dotknął ich drugą ręką.
- Nie.
Dwaj strażnicy ruszyli naprzód, unosząc pałki. Żołnierz błyskawiczne
walnął jednego krzesłem, a drugiego kopnął. Jego szybkość zaskoczyła
Jallina, ale wiedział, że on sam jest szybszy. Stojący w drzwiach Akien
zmusił żołnierza do zatrzymania się i Jallin ruszył do ataku.
- Za tobą! - warknął ktoś i weteran się uchylił.
Ostry jak brzytwa przyjaciel Jallina drasnął go tylko, nie trafiając w tętnicę. Nagle coś pojawiło się na granicy pola widzenia zbira i uderzyło go w głowę. Runął na podłogę. Ostatnim, co usłyszał, był ryk
bólu i wściekłości Akiena, gdy żołnierz się do niego dobrał.
***
- Czeka na ciebie moranthański attaché, ambasadorze.
Ambasador Aragan, przewodniczący malazańskiego poselstwa imperialnego,
uniósł głowę, odrywając spojrzenie od dymiącego naparu z orzechów koru,
i głośno jęknął.
- Na litość Pożogi, człowieku. Czy to nie może zaczekać?
Jego adiutant, kapitan Dreshen Harad 'Ul, młodszy syn jednego ze
szlacheckich rodów z Unty, stał wyprostowany jak włócznia. Jego
rdzawoczerwono-czarny imperialny mundur galowy był wyjątkowo zadbany.
- Attaché nalega.
Aragan osuszył naczynko z czarnym płynem i skrzywił się boleśnie.
Bogowie, nie powinienem był próbować dotrzymać kroku tym barghasckim
gościom. Oni nie wiedzą, kiedy skończyć.
Skierował poczerwieniałe oczy na Dreshena i wziął do ręki nóż oraz
podpłomyk.
- W takim razie zaproś go na śniadanie.
Adiutant zasalutował.
Aragan posmarował podpłomyk rhivijskim miodem.
Nawet nie zdążyłem się zorientować w sytuacji i mam negocjować z Moranthami? Czego ode mnie oczekują w Uncie? Ciągle przenoszą mnie z miejsca na miejsce. Wszystko się spieprzyło. Pewnie nigdy nawet nie
spotkam tego cholernego nowego cesarza, Mallicka. Nie mam w ogóle
pojęcia, jak wygląda.
Moranthańskiego attaché przyprowadzono do wejściowej komnaty w apartamencie Aragana. Ambasador wykorzystywał ją jako biuro i miejsce
spotkań. Podobał mu się widok z tarasu wychodzącego na ogrody usytuowane
za rezydencją. Attaché był weteranem z Czerwonych Moranthów. Na jego
chitynowej zbroi barwy krwi widniały liczne rysy i wgniecenia, pamiątki
po walkach. Aragan wstał i otarł usta.
- Witaj, komendancie Torn.
Moranth pokłonił się sztywno.
- Witaj, ambasadorze.
Aragan usiadł, wskazując gościowi krzesło naprzeciwko.
- Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
Attaché odrzucił zaproszenie skinieniem dłoni i splótł ukryte w pancernych rękawicach ręce za plecami.
- Poselstwo Moranthów pragnie prosić starych sojuszników o przysługę.
Aragan uniósł brwi.
Oho! Jesteśmy teraz starymi sojusznikami? Od kiedy? Już od roku
odrzucali nasze prośby o wsparcie.
- Słucham?
Trudno to było określić w przypadku kogoś całkowicie zamkniętego w zbroi, ale attaché sprawiał wrażenie skrępowanego. Podszedł do
dwuskrzydłowych drzwi wychodzących na taras, odwracając się plecami do
Aragana.
- Prosimy, byś wywarł nacisk na radę, by zakazała wstępu na cmentarzyska
na południe od miasta.
Ambasador zakrztusił się kawałkiem podpłomyka. Adiutant podbiegł do
niego i wręczył mu kielich rozcieńczonego wina. Aragan wypił je jednym
haustem.
- Na bogów! - wydyszał. - Nie prosisz o wiele! - Odchrząknął. -
Sugeruję, żebyście sami na nich naciskali.
- Robimy to. Już od miesięcy. Nie chcą nas słuchać. Chodzi o... dawne
spory.
Aragan pokazał adiutantowi kubeczek. Mężczyzna skinął głową i wyszedł.
Ambasador obrócił krzesło, zwracając się twarzą do sztywnych pleców
Morantha.
- O co tu chodzi? Dlaczego cmentarzyska?
- Niektórzy z nas... - Attaché przerwał nagle i potrząsnął zamkniętą w hełmie głową. - Nie, to nie wystarczy. - Odwrócił się i zaczerpnął
głęboko tchu. - Jak rozumiemy, nazywacie nasze kolory klanami. Jednakże
trafniejszym określeniem byłyby zapewne "gildie". Tak czy inaczej, tych
spośród nas, których nazywacie Srebrnymi, można uznać za najbliższych
waszym magom, choć w gruncie rzeczy są raczej mistykami.
Aragan mógł tylko gapić się na niego. To było więcej, niż usłyszał od
wszystkich Moranthów, z którymi do tej pory rozmawiał. W Uncie
znaleźliby się uczeni, którzy mogliby zbudować całą karierę na
informacji, którą właśnie usłyszał od przedstawiciela tego
niewiarygodnie skrytego ludu.
Attaché Torn skrzyżował ramiona na piersi.
- Od pewnego czasu wśród Srebrnych panuje niepokój. Ich obawy dotyczą
cmentarzysk i tego, co według wielu się na nich kryje.
Kapitan Dreshen wrócił z maleńkim kubeczkiem naparu z orzechów koru.
Aragan przyjął go, po czym skinął na adiutanta, każąc mu zostawić ich
samych.
- Torn, te ruiny ciągną się wiele mil na Równinie Mieszkalnej. Zajmują
obszar większy niż całe miasto! Masz pojęcie, ilu żołnierzy byłoby
potrzebnych...
- Powiedziano mi, żebym wspomniał o waszych garnizonach oraz większej
części Piątej Armii na północy. A także o oddziałach Zastępu
Jednorękiego z południa...
Aragan wzniósł ręce nad głowę.
- Chwileczkę! - Skrzywił się z bólu i przełknął napar. - Nie mogę
sprowadzić tak wielu żołnierzy blisko miasta! Zastanów się nad tym. To
równałoby się malazańskiemu puczowi. Aktowi wojny. - Machnął ręką. -
Nie. Wykluczone.
Torn opuścił ręce. Keratynowe płyty zazgrzytały.
- Tak też myślałem. - Niemal westchnął. - Jednakże moi przełożeni
domagali się, bym wystąpił z taką prośbą. Niech i tak będzie. Proszę,
byś przynajmniej zgromadził swych najbardziej utalentowanych magów i kazał im śledzić wszelkie poczynania na terenie cmentarzysk.
Aragan zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tymi słowami.
- To zapewne mógłbym zrobić. Ale pomyśl tylko o tym. To, co wyczuwają
wasi Srebrni, to zapewne jedynie zaburzenia w grotach wywołane tym, co
się tu wydarzyło.... podobno miecz Anomandera Rake'a został zniszczony.
Czciciele Kaptura utrzymują, że on przy tym był i również zginął, jeśli
potrafisz w to uwierzyć. Moi magowie kadrowi nadal jęczą pod wpływem
szoku.
- Może i masz rację... ale czy spełnisz moją prośbę?
- Oczywiście, Torn. Oczywiście. To będzie moja przysługa dla ciebie.
Moranth pochylił głowę.
- Świetnie. Proszę, przekaż innym te informacje. Do zobaczenia,
ambasadorze.
Aragan podszedł do drzwi.
- Do zobaczenia, attaché.
Po odejściu Morantha Aragan wezwał skinieniem kapitana Dreshena i ponownie zajął się śniadaniem. Gapił się na otwarte dwuskrzydłowe drzwi
prowadzące na taras. Kiedy skończył jeść, usiadł wygodniej, popijając
rozcieńczone wino. Spojrzał na adiutanta.
- Przekaż tę wiadomość pięści z południa... Kto to jest?
- Steppen.
- Tak jest, Steppen. Powiedz jej, żeby przysłała nam tylu żołnierzy, ilu
tylko może. A kto dowodzi w centrum i odpowiada za garnizony w Wolnych
Miastach?
- To będzie pięść K'ess, w Pale.
- W porządku. Powinno mu się udać zebrać choć kilka kompanii. Mogą się
spotkać na zachodzie, gdzieś na południe od Dhavranu.
Dreshen uniósł brwi.
- A jeśli pojawią się pytania?
- To tylko ćwiczenia, kapitanie. Nic więcej. Jak zwykle. Mają się
śpieszyć, a potem czekać.
- Rozumiem. W porządku, ambasadorze.
Odwrócił się ku drzwiom.
Aragan dopił resztkę rozcieńczonego wina.
- A na kim w mieście możemy polegać, jeśli trzeba będzie po cichu
wykonać dla nas robotę?
Na twarzy kapitana Dreshena pojawił się uśmiech.
- Mamy listę takich ludzi, ambasadorze.
***
Przyzwyczajała się już do niezwykłości tego dziwacznego królestwa, tak
bardzo niepodobnego do świata, który znała. Zastanawiała się, czy to zły
znak. Jej towarzysz, Leoman od Cepów, nazywał to miejsce Brzegami
Stworzenia.
Po pierwsze, był tu świt, jeśli można to tak nazwać. Wyłaniał się z fal
morza stopionego światła. Zaczynał się jako jasność rozchodząca się w jednym z kierunków. Można go było uznać za wschodni, choć zapewne żaden
przyniesiony tu kompas nie miałby pojęcia, jak się zachować. Migotliwe
morze energii jakby oddawało część swojej światłości, i ta łuna, czy
może fala, szerzyła się po firmamencie, zastępując gwiazdy czymś w rodzaju blasku dnia, który z czasem znowu ustępował miejsca ciemności.
Z bramy, przez którą tu dotarli, Wiru Chaosu, pozostała jedynie słaba
plama na horyzoncie, a i ona szybko zanikała razem z resztkami mroku.
Być może armia Tiste Liosan, z Jayashul i jej bratem Lorikiem, pokonała
maga podtrzymującego tę dziurę, czy może rozdarcie w rzeczywistości.
A może po prostu uciekł. Kto mógł to wiedzieć? Z pewnością nie ona. Nie
tutaj, uwięziona w tym wiecznym niemiejscu. I całe szczęście, że tak się
stało, bo znowu zawiodła. Nawet przy pomocy władającej czarami ciotki
Agayli i Czarodziejki, samej Królowej Snów, nie zdołała wykonać zadania.
A teraz było już po wszystkim. Nie musiała więcej się starać. Nie
musiała szukać. Nie musiała siebie oskarżać. Jaki miałoby to sens?
Doszła do wniosku, że na swój sposób to wspaniałe wyzwolenie.
Położyła głowę na nagim ramieniu Leomana. Czy to desperacja w końcu
zbliżyła ich do siebie? A może po prostu samotność? Byli jedynym
mężczyzną i jedyną kobietą w tym królestwie. A ten mężczyzna zaliczał
się do najgroźniejszych wrogów Imperium Malazańskiego. Był kiedyś
strażnikiem osobistym przywódczyni buntu, sha'ik, a potem dowodził Armią
Apokalipsy w Siedmiu Miastach i zadał Imperium jedną z najstraszliwszych
klęsk w jego dziejach - w Y'Ghatanie.
Nie był jednak potworem, a tylko wyrachowanym twardzielem ze zdolnością
przetrwania. Zważywszy to wszystko, nie różnił się zbytnio od niej.
Rytm jego oddechu się zmienił i Kiska uświadomiła sobie, że się obudził.
Usiadł, przesunął spojrzeniem po jej nagim boku i udzie, a potem
uśmiechnął się pod długimi wąsami.
- Życzę ci miłego dnia.
Bogowie, miała wielką ochotę powiedzieć mu, żeby się pozbył tych wąsów.
- Jeśli można to nazwać dniem.
Odchrząknął, skrzyżował nogi i wsparł dłonie na kolanach.
- Możemy przyjąć takie założenie.
- I co teraz? Czy zbudujemy chatę z wyrzuconego na brzeg drewna? Utkamy
sobie kapelusze z liści i wychowamy stado dzikusów?
- Tu nie ma drewna - odpowiedział z roztargnieniem w głosie, spoglądając
na południe.
Wetknęła dłoń w delikatny, czarny piasek, na którym leżeli.
- Zawsze zastanawiałam się nad tymi wszystkimi starymi mitami o początkach tej czy innej rasy. Wypełnienie krainy jest w porządku, ale
co z następnym pokoleniem? Ale przypuszczam, że jeśli lubisz poligamię i kazirodztwo, nie widzisz w tym problemu...
Spojrzała na niego. Nadal wpatrywał się w dal.
- Niech cię Pożoga! Czy już zacząłeś mnie ignorować?
Poruszył ustami.
- Jeszcze nie. - Wskazał podbródkiem na południe. - Nasz przyjaciel
odszedł.
Przetoczyła się na drugi bok i przyjrzała niebu nad brzegiem. Ich
tytaniczny sąsiad rzeczywiście zniknął. Istota tak ogromna, iż
wydawałoby się, że mogłaby objąć ramionami latającą górę, jaką był
Odprysk Księżyca. Nie pozostał po niej żaden ślad. A ona niczego nie
usłyszała.
Zerwała się na nogi i zaczęła się ubierać.
- Cholera, czemu mi nie powiedziałeś!
Spojrzał na nią, nie przestając się uśmiechać.
- Nie chciałem ci przerywać. Nie lubisz tego.
Przerzuciła przez ramię pas z bronią.
- Bardzo zabawne. Chodźmy.
Wciągnął jedwabne szorty, które nosił pod filcowymi spodniami - żeby go
nie swędziało, jak twierdził.
- Coś mi mówi, że nie ma powodu się śpieszyć, Kiska. Jeśli jest jakieś
miejsce, w którym można zapomnieć o pośpiechu, z pewnością się w nim
znaleźliśmy.
Nadal zbierała broń.
- Twoim problemem jest lenistwo. Chętnie leżałbyś tu sobie cały dzień.
- I kochał się z tobą? Z całą pewnością.
- Leoman! Możesz na chwilę wyłączyć swój urok.
Wciągnął przez głowę brudną przeszywanicę z wyściółką.
- W tym przypadku nie ma żadnego uroku, Kiska. To wąsy. One nigdy nie
zawodzą.
Niech mnie bogowie bronią!
Ruszyła przed siebie. Gdyby tylko wiedział.
***
Gdy minęli już trzy skaliste przylądki, Kiska zatrzymała się na kolejnym
długim i wąskim łuku czarnej plaży. Chrzęst ostrego wulkanicznego żwiru
zwiastował zbliżanie się Leomana. Po chwili mężczyzna usiadł z westchnieniem i poprawił rzemienie owinięte wokół nogawek.
- Trudno by mu było się ukryć, Kiska.
Stłumiła warknięcie.
- Czy nie chcesz się dowiedzieć, co tu jest?
Machnął ręką bez zainteresowania.
- Tu nic nie ma.
Omiotła spojrzeniem gładką linię plaży i coś zauważyła. Coś wysokiego.
- Tam.
Kiedy się zbliżyli, zorientowała się, dlaczego go wcześniej przeoczyła.
Miał ten sam matowoczarny kolor co piasek. Kiedy siedział, dorównywał
jej wzrostem. Szli ku niemu, szurając stopami po piasku. Gdy wstał, był
dwa razy wyższy od Kiski. Z grubsza przypominał jej ociosany posąg z bazaltu. Jego dłonie były szerokimi, pozbawionymi palców łopatami, a głowa zerodowanym kamieniem umieszczonym między przypominającymi głazy
barkami. We wszystkich szczegółach wyglądał tak samo jak wielki niczym
góra tytan, którego widzieli, gdy trudził się w świetlistym morzu,
najwyraźniej budując linię brzegową. Leoman zatrzymał się obok niej.
Ręce trzymał blisko kiścieni, ale rozsądnie przywiązał broń do pasa.
- Witaj - zawołała słabym, ochrypłym głosem.
Bogowie, jak zwracać się do takiego jestestwa? Rozległ się zgrzyt
kamienia. Istota przechyliła głowę, jakby jej słuchała.
- Mam na imię Kiska, a to jest Leoman. - Czekała na odpowiedź. Jestestwo
patrzyło na nich. A przynajmniej wyobrażała sobie, że to robi. Widziała,
że nie ma oczu, ust ani żadnych rysów twarzy. - Czy rozumiesz...
Wzdrygnęła się, gdy w jej umyśle odezwał się głos.
- Słyszysz mnie? Ja ciebie słyszę.
Leoman otworzył szeroko oczy ze zdumienia. On również to usłyszał.
- Tak. Oboje cię słyszymy.
- To dobrze. Jestem zadowolony. Witajcie, nieznajomi. Od wieków nikt
mnie nie odwiedzał. Byłem samotny. A teraz przybywa tu coraz więcej
gości. To mnie cieszy.
Nie mogła się powstrzymać przed pełnym radości zerknięciem na Leomana.
Coraz więcej! Powiedział "coraz więcej"! Odpowiedział jej ostrzegawczym
spojrzeniem, ale zlekceważyła jego obawy. Gdyby istota chciała ich
zabić, nie mieliby wielkich szans. Zaczerpnęła tchu, żeby się uspokoić.
- Jak masz na imię? Jak powinniśmy się do ciebie zwracać?
- Nie mam imienia w waszym rozumieniu tego słowa. Ale mam tytuł. Jestem
Twórcą.
Gapiła się na niego oniemiała. Na wszystkich bogów na górze i na dole.
Twórca. Stwórca? Nie, nie powiedział, że jest Stwórcą, tylko Twórcą. Jej
uwagę przyciągnął głos mamroczącego pod nosem Leomana. Omal się nie
roześmiała. To była inwokacja do bogów, pochodząca z Siedmiu Miast.
Cyniczny Leoman wrócił do korzeni! Niemniej w jego głosie pobrzmiewało
raczej zdumienie niż pobożność.
Próbowała coś powiedzieć, ale zaschło jej w gardle i nie była w stanie
wykrztusić słów. Kolana ugięły się pod nią. Odsunęła się, mrugając.
Leoman położył dłoń na jej ramieniu, by pomóc jej zachować równowagę.
- Są tu też inni? - zdołała zapytać. - Tacy jak my?
- Jeden taki jak wy. Drugi inny.
- Rozumiem... - Chyba. - Czy możemy się z nimi spotkać? Są tutaj?
- Jeden jest. - Ręka ciężka i gruba jak stalaktyt uniosła się,
wskazując coś przed nim. - Tam.
Twórca odwrócił się i zrobił krok. Gdy jego przypominająca kamienną
płytę stopa uderzyła o piasek, ziemia zadrżała. Z pobliskich przylądków
posypały się skalne odłamki.
Teraz go słyszymy? Być może przekształcił się w jakiś sposób, by móc się
z nami porozumiewać. Ruszyła za nim, ale na czarnej plaży nie widziała
nikogo innego. Po chwili coś jednak ujrzała. Płaską, wypolerowaną
kamienną płytę, ciemnoczerwoną i poprzeszywaną czarnymi żyłkami. Może to
był granat. Spoczywało na niej coś, co wyglądało jak garść gałązek i liści przyniesionych tu przez wiatr. Westchnęła i pobiegła w tamtą
stronę.
Ich przewodnik.
Uklękła przy kamieniu. Twórca stał obok niej. Pochylił pozbawioną rysów
twarzy kopulastą głowę, przyglądając się stworzeniu. Leoman przystanął
za nim, wsuwając dłonie za szeroki pas z bronią.
- Czy on... nie żyje? - zapytała Kiska.
- W przypadku podobnej istoty to rozróżnienie nie ma większego
znaczenia. Esencja, która ją przedtem ożywiała, nie należała do niej.
Teraz zapewne odpłynęła, ale w jej głębi kryje się nawet większy
potencjał.
- Towarzyszyła nam.
- Tak myślałem. Przybyła wkrótce po was.
Zgarnęła szczątki do skórzanego woreczka.
- A co z tym drugim? - zapytała, starając się zapanować nad głosem. -
Tym, który był podobny do nas?
- Jego płeć jest taka sama jak tego z was - stwierdził Twórca,
wskazując Leomana. - Przybył do nas z Vitru.
- Z Vitru? - zdziwiła się Kiska.
Twórca wskazał tępo zakończoną głową na niespokojne morze światła.
- To jest Vitr. Wszystko pochodzi z niego.
- Wszystko? Naprawdę?
- Wszystko, co istnieje, jest destylacją Vitru. I wszystko z czasem się
w nim rozpuszcza. Ty, ja. Wszelka esencja życia. Każda świadomość.
Kiska poczuła, że jej brwi unoszą się coraz wyżej.
- Absolutnie wszystko? Wszystkie rasy? Z pewnością nie smoki... Tiste...
albo Jaghuci.
Twórca z głośnym zgrzytem i trzaskiem pękającej skały zacisnął
łopatowate dłonie w pięści. Piasek pod jego szerokimi stopami rozżarzył
się i zaskwierczał, przeradzając się w czarny obsydian. Cała plaża
zadrżała. Z dalekich przylądków dobiegł łoskot osuwających się głazów.
Kiska padła na ziemię i przetoczyła się, oddalając się od otaczającego
Twórcę żaru.
- Nie mów mi o Jaghutach! Wtrącają się do wszystkiego!
Wstrząsy ziemi ustały. Kiska zakryła twarz, by osłonić ją przed żarem, i teraz jej rękaw był czerwony i wilgotny. Zakasłała i splunęła krwią.
Leoman przystawił do nosa szmatkę.
- Wybacz, Twórco - zdołała wykrztusić, nie przestając kasłać.
Jestestwo uniosło pięści przed pozbawioną rysów kamienną twarzą, jakby
przyglądało się im z zdumieniem. Otworzyło ze zgrzytem dłonie.
- Nie, to ja muszę ciebie przeprosić. Mój gniew... zadali mi straszliwą
ranę! - Opuścił ręce. - A jeśli chodzi o tych, których zwiesz smokami,
Eleintów, osobiście pomagałem istotom, które wyłoniły się z Vitru w pełni ukształtowane. Niektóre z nich wybierały tę właśnie postać. Nie
wiem, czy były pierwszymi ze swego rodzaju, czy gdzie indziej powstały
przed nimi inne. Natomiast Tiste... Andii wyłonili się z wiecznej nocy, to
prawda, ale co z esencją, która ich ożywia? Jestem przekonany, że
poruszająca wszystkim energia wywodzi się stąd. Z Vitru. Dlatego
niektórzy nazywają go Pierwszym Światłem.
Kiska spojrzała z bojaźnią na ogromne, pozostające w nieustannym ruchu
morze. Pierwsze Światło? Któż jednak mógłby temu zaprzeczyć? Co, jeśli
to "morze" jest po prostu ogromnym rezerwuarem albo źródłem energii -
albo mocy czy esencji, jak tam to zwał? To była teologia, czy może
filozofia, daleko wykraczająca poza jej pojmowanie. Ponownie skierowała
uwagę na Twórcę.
- A co z tym drugim? Z tym, który jest taki jak my?
- Pomogłem mu wyłonić się z Vitru.
Kiska parsknęła śmiechem. Skrzywiła się, słysząc w nim nutę histerii.
- W takim razie, Twórco, zapewniam, że nie jest taki jak my.
- Jest śmiertelnikiem, uformowanym w taki sam sposób jak wy.
- Śmiertelnikiem? Jak się nazywa? Czy ma jakieś imię?
Twórca przesunął się z trzaskiem pękającego szkła, po czym ruszył przed
siebie powolnym, ociężałym krokiem. Kiska szła obok niego.
- Mała istoto, uświadom sobie, że ci, którzy zetknęli się z Vitrem,
wyłaniają się z niego jako nowo narodzeni. Świeżo ukształtowani albo
przebudowani. W jego umyśle nie zachowały się żadne ślady poprzedniego
bytowania. Bardzo mi pomógł w pracy i ukoił moją samotność. Nadałem mu
imię Then aj Ehliel, Dar Stworzenia.
- W... pracy? - zapytał idący za nimi Leoman.
Wielka kopuła głowy odwróciła się ku niemu ze zgrzytem kamienia.
- Wzmacniam i utrzymuję granicę bytu, nieustannie podgryzaną przez
Vitr, rzecz jasna.
Kiska zatrzymała się i zasłoniła dłońmi twarz, strącając z niej płatki
zakrzepłej krwi. Grunt kołysał się pod jej stopami, a uszy wypełniał
ogłuszający ryk. Bogowie na dole! To było... to było... niemożliwe! Co tu
robiła? W jaki sposób...
Podtrzymały ją dłonie Leomana.
- Kiska. Dobrze się czujesz?
Znowu się roześmiała. Czy dobrze się czuję?
- Słyszałeś, co powiedział Twórca?
- Tak. Wzmacnia brzeg. Rozumiem to.
Na pustynnym koczowniku najwyraźniej nie wywarło to szczególnego
wrażenia. Królowo Snów! Czy istniało coś, co mogłoby wyprowadzić go z równowagi? Strzepnęła z twarzy resztę zakrzepłej krwi i wyprostowała
się.
- Kiska... - zaczął Leoman. - Szanse, że to rzeczywiście może być...
Odsunęła się od niego.
- Tak, tak.
Twórca uniósł rękę i wskazał przed siebie.
- Idźcie dalej wzdłuż plaży. Znajdziecie go tam. Pomaga mi w pracy.
Pokłoniła się mu.
- Dziękuję, Twórco. Jesteśmy twoimi dłużnikami.
- Bynajmniej. To ja zaciągnąłem wobec was dług. Dobrze jest zobaczyć
innych. I porozmawiać z innymi.
Kiska pokłoniła się raz jeszcze i ruszyła przed siebie. Piasek wciągał
jej buty. Ze wszystkich sił starała się, by nogi się pod nią nie
uginały, i powstrzymywała łzy. To było niewykonalne. Zawędrowała za
daleko. Gwałtowne, nierealistyczne pragnienia, które skłoniły ją do
wyruszenia w drogę, wydawały się teraz... Bogowie, ledwie mogła je sobie
przypomnieć! Żart Oponn! Nawet gdyby znalazła mężczyznę, którego
szukała, nie miałaby mu już nic do powiedzenia. Nie potrafiłaby mu
wytłumaczyć, dlaczego powinien wrócić. Nie miała mu nic do zaoferowania
poza... sobą. A teraz... nawet tego nie była już pewna.
***
Prace trwały blisko miesiąc. Ebbin kopał sam. Nie chciał się z nikim
podzielić tajemnicą swego odkrycia. Szczerze mówiąc, młodzieńcy i dwóch
wynajętych strażników z chęcią wylegiwali się w cieniu, podczas gdy on
pocił się pod ziemią. Ziemię i kamienie wydobyte z tunelu zrzucał prosto
do wody na dole.
Dzięki dodatkowemu wsparciu od sponsora kupił nowy sprzęt, w tym również
dwie lampy. Jedną wspomagał się na dole. W końcu udało mu się stworzyć
niewielką lukę w osypisku i zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Ku
jego wielkiej uldze tunel biegł dalej. Ebbin otarł twarz brudnym
rękawem, wziął lampę i zaczął się przeciskać naprzód. Utorował sobie
ręcznie drogę, a potem uniósł lampę w ciasnej przestrzeni. Płomień był
prosty jak ostrze noża. Powietrze pozostawało tu całkowicie nieruchome.
Zajrzał w głąb przypominającego rurę tunelu. Biegł on prosto przed
siebie, a jego przekrój był doskonale okrągły. Korytarz prowadził nieco
ku górze. Nie było tu żadnych szkodników, odpadków ani pajęczyn. To
dziwne, że zawalił się w tak ściśle określonym miejscu. Ebbin zbył
jednak wątpliwości wzruszeniem ramion i sunął dalej na łokciach i kolanach.
Tunel kończył się okrągłą komnatą, która w słabym świetle lampy
sprawiała wrażenie zwieńczonej gładką kopułą. Na podłodze walały się
kamienne fragmenty. Stąpał ostrożnie, by nie nadepnąć na ostrą krawędź.
Gdy wzrok przyzwyczaił mu się do półmroku, zauważył wejścia do
mniejszych pomieszczeń otaczających centralny grobowiec. Wszystkie drzwi
wyłamano.
A jednak go pokonano! Oszukano! Jak to możliwe, że ktoś dotarł tu przed
nim? Ani jedno słowo w zapiskach nie sugerowało istnienia tego grobowca!
Starł z twarzy zimny pot. Niech ich szlag! Grobowiec zapewne obrabowano
wkrótce po jego ukończeniu. Kuzyni robotników albo bystroocy tubylcy
obserwujący prace budowlane. Rozrzucał kopniakami rumowisko. Nagle
poczuł pod nogami coś nierównego. Uklęknął, trzymając lampę w złączonych
dłoniach.
Patrzyła na niego czaszka. Wzdrygnął się, ale szybko odzyskał panowanie
nad sobą i usunął więcej kamiennego pyłu. I jeszcze więcej. Szereg... nie,
okrąg z ludzkich czaszek wprawionych w podłogę niemal na równym jej
poziomie. I kolejne takie kręgi. Jeden wewnątrz drugiego. Wstał i spojrzał na wielki cień przed sobą.
Wewnątrz kręgów znajdowała się tajemnicza, przypominająca rzeźbę
konstrukcja. Dwa łuki krzyżowały się ze sobą, tworząc cztery trójkątne
wejścia. W środku, na onyksowym cokole, leżał zmumifikowany trup. Twarz
zasłaniała mu wykuta ze złota maska, lśniąca żółtym blaskiem w świetle
lampy. Była pozbawiona ozdób, ale wytłoczono na niej twarz. Na jej
ustach malował się blady uśmiech, irytujący, szyderczy grymas kogoś, kto
wie lepiej.
Ebbin omal nie wyciągnął ręki po ten piękny przedmiot, ale coś go
powstrzymało. Jakiś instynkt. Być może się mylił, miał jednak wrażenie,
że usłyszał cichy szept, "to nie dla ciebie"... tak słaby, że mógł być
jedynie wytworem jego wyobraźni, zrodzonym w głuchej ciszy głęboko pod
ziemią. Cofnął dłoń. To dziwne... grobowiec obrabowano, ale najcenniejszy
łup pozostał nietknięty. Dlaczego?
Cofnął się i uniósł lampę, by oświetlić ściany komory. Wszystkie
mniejsze pomieszczenia otwarto, a cokoły w nich były puste. Nieprawda.
Jedno ocalało, a zamykające je drzwi były nietknięte. Podszedł bliżej.
Wrota były prostą granitową płytą. Nie umieszczono na nich żadnego
znaku. Nic, co by wskazywało, kto albo co spoczywa za nimi.
Postukał palcem w litą skałę. Arystokrata z legendarnej epoki
imperialnej? Przyjrzał się centralnej konstrukcji przypominającej cokół.
Albo jego wierny sługa.
Przesunął dłonią po gładkiej, zimnej płycie. Nie miał dłut, potrzebnych,
by się przez nią przebić, i z pewnością nie zamierzał wpuszczać tu
swoich debilnych pomocników. Żeby zrobić to jak trzeba, będzie
potrzebował narzędzi i zasobów, na które obecnie nie było go stać.
Musi porozmawiać ze swoim sponsorem. Po takim sukcesie z pewnością da
Ebbinowi więcej pieniędzy. W końcu do tej pory go finansował. Ten
przedsiębiorca z Jednookiego Kota cechował się znakomitą intuicją i wielką zdolnością przewidywania, nawet jeśli inni rozpuszczali paskudne
plotki o jego przestępczych powiązaniach. Nosił dziwne, północne imię:
Skromny Wkład.
Gdy wrócił do tunelu, podszept instynktu, czy może irytujący szczegół,
kazał mu się zatrzymać. Coś w tych bocznych komorach. Policzył je. Było
ich dwanaście. Dlaczego zawsze ta mistyczna liczba? Legendy? Stare
ludowe opowieści o dwunastu biesach? Mitologia wywodząca się ze
starożytnych praktyk? A może hołd złożony przez budowniczych? Potrząsnął
głową. Za wcześnie na stawianie hipotez.
Być może z czasem znajdzie odpowiedzi.
***
Po całej Genabackis krążyły opowieści, że sławny naczelny wódz z północy
rozbił tymczasowy obóz pośród wzgórz na wschód od Darudżystanu, miasta,
w którym zginął jego przyjaciel - a czasami również wróg - Anomander,
władca Odprysku Księżyca i Syn Ciemności. Jego namiot odwiedzali liczni
emisariusze z północy, Wolnych Miast oraz Równiny Rhivijskiej. Prosili
go o werdykt w sporach o ziemię albo dziedziczenie tytułów, a także w konfliktach terytorialnych. Ogromny mężczyzna całe dni i noce siedział
ze skrzyżowanymi nogami na ułożonych w grube warstwy dywanach i wypijał
niezliczone filiżanki herbaty, podczas gdy przedstawiciele miast i członkowie starszyzny różnych plemion uskarżali się i kłócili ze sobą.
Jednej z takich nocy, gdy omawiano problem niesprawiedliwych podatków w Sogenie, dysputa przerodziła się w pogawędki o dawnych dniach, przed
przybyciem znienawidzonych Malazańczyków. Wreszcie Brood wstał i wyszedł
z namiotu. Jiwan, syn jednego z najbardziej zaufanych rhivijskich
członków sztabu naczelnego wodza, który sam okrył się niedawno sławą
wśród jego doradców, postanowił podążyć za Ascendentem i zakłócić jego
samotność.
Brood stał sam, patrząc na zachód, gdzie niebieska łuna znienawidzonego
miasta rozpraszała mrok nocy. Być może sławny wódz sięgał wzrokiem
jeszcze dalej, do kurhanu, który własnoręcznie usypał, by uczcić pamięć
przyjaciela.
Jiwanowi przypomniały się pogłoski, że grobowiec w rzeczywistości jest
pusty. W końcu czy jakakolwiek ciemność mogłaby zatrzymać Syna Matki
Ciemności? Nie wiedział, jak wygląda prawda, i właściwie go to nie
obchodziło. Uświadamiał sobie jednak, że tylko strach przed Caladanem
Broodem zapobiega powrotowi wojny na północy. Pokój trzymający
Rhivijczyków na ich równinie. Pokój Caladana Brooda.
Ten pokój właśnie teraz mógł się kończyć. Jiwan odchrząknął, by oznajmić
swoją obecność.
- Coś cię kłopocze, panie?
Naczelny wódz zwrócił w jego stronę masywną głowę i przyjrzał mu się.
Potem znowu skierował spojrzenie ku dalekiej łunie.
- Pozwoliłem sobie na luksus uwierzenia, że jest już po wszystkim,
Jiwan. Ale na południu utrzymują się niepokoje. Wielki Kurhan
Odkupiciela. I mniejszy, jego jedynego Strażnika. A także grobowiec
mojego przyjaciela. Pojawia się napięcie. Niepokój. Czuję to. - Jego
głos ucichł, stał się niemal niesłyszalny. - Oszukiwałem siebie. Nic się
nigdy nie kończy.
- Miecz został strzaskany, czyż nie tak?
- Tak.
- I Władca Odprysku Księżyca nas opuścił.
- To prawda.
Jiwana ogarnęła niepewność.
- Boisz się, że to ośmieli Malazańczyków?
Naczelny wódz spojrzał na niego. Na jego grubo ciosanym, zwierzęcym
obliczu pojawiło się zaskoczenie.
- Malazańczycy? Nie, nie chodzi o nich. Po odejściu Rake'a... to jego
nieobecność mnie niepokoi.
Jiwan pokłonił się i zostawił go samego. Wiedział, że to słuszne i godne, by naczelny wódz opłakiwał przyjaciela, ale on, Jiwan, musiał
myśleć o swoich pobratymcach. Na ich północnych i południowych granicach
obozował nieprzyjaciel, realny i dotykalny, nie jakieś sny
zaniepokojonych starców. Cholerni Malazańczycy. Kogóż innego mógłby
ośmielić upadek Anomandera? Mogli spróbować wykorzystać szansę. Na razie
jednak wolał o tym nie mówić. Lojalność i wdzięczność wobec naczelnego
wodza wypełniały serca zbyt wielu starców. To również rozumiał. Nie był
z kamienia. Te uczucia nie były mu obce. Ale czas płynie. Nie można
pozostawać więźniem przeszłości.
Podjął decyzję. Zmienił kierunek i ruszył w stronę okólnika. Wyśle
wieści na północ, każe wojownikom się zbierać. Muszą być gotowi na
chwilę, gdy naczelny wódz ich wezwie. Albo i nie wezwie.
***
Noce w Darudżystanie były teraz znacznie spokojniejsze niż kiedykolwiek
za jego pamięci. Ciche. Można by nawet nazwać ten niezwykły nastrój
posępnym. Takie klimaty nie pasowały do miasta błękitnego ognia, miasta
namiętności, czy jak je tam zwał jego ropuchowaty przyjaciel.
Osobiście Rallick miał nadzieję, że nie jest to nastrój oczekiwania.
Według dzwonów minęła już szósta godzina nocy. Rallick stał na
niewyróżniającym się niczym skrzyżowaniu w Dzielnicy Gadrobijskiej.
Niewyróżniającej się niczym poza jednym. Tu właśnie spotkał swój kres
Kaptur, samozwańczy bóg śmierci. Wkrótce podążył za nim jego zabójca,
Anomander Rake, władca Odprysku Księżyca.
Tak dramatyczne wydarzenia onieśmieliłyby każdego.
W żadnym wychodzącym na skrzyżowanie oknie na pierwszym albo drugim
piętrze nie paliły się światła. Wszyscy opuścili skrzyżowanie. Klienci
nie chcieli odwiedzać tutejszych sklepów, a otaczające je kwartały
stopniowo pustoszały. Któż chciałby mieszkać w takim pechowym miejscu?
Spomiędzy brukowców wyrastało zielsko. Drzwi pozostawiono szeroko
otwarte. Sklepy obrabowano. W samym sercu największej i najludniejszej
metropolii na kontynencie ziała dziura opuszczenia i śmierci. Rallick
poruszył się niespokojnie na tę myśl.
Martwe serce.
Nie było jednak całkowicie pozbawione życia. Zbliżała się do niego jakaś
postać, rozrzucająca kopniakami śmieci na boki. Ręce schowała pod
ciemnym płaszczem. Rallick pozdrowił przybysza pochyleniem głowy.
- Witaj, Krute.
- Witaj, Rallick.
- Jak widzę, przeżyłeś czystkę w gildii. To mnie cieszy.
Krute odchrząknął cicho.
- Zbyt nielicznym ze starej gwardii się to udało. Teraz mój rejon to
Dzielnica Gadrobijska. Widzisz, na czym polega awans.
- Gratuluję.
- Dziękuję. - Mężczyzna się rozejrzał. Wokół jego małych oczek
uwydatniły się zmarszczki. - Ale... zadaję sobie pytanie... kto właściwie
sprawuje teraz władzę?
Rallick poczuł na karku znajomy dotyk zimnych palców.
- Vorcan nie jest zainteresowana, Krute - oznajmił pozbawionym wyrazu
głosem. - Gildia wie, że zdobyła teraz miejsce w Radzie.
- Tym klubie gadułów? To mi wygląda na zasłonę.
- Zostawiła już to za sobą. Podobnie jak ja.
Krute pokiwał z przesadą głową.
- Och, skoro tak mówisz. Skoro tak mówisz. - Parsknął śmiechem,
brzmiącym raczej jak chrząknięcie. - Niektórzy twierdzą, że przeniosłeś
się w inne miejsce ciałem i duszą. Wyznawcy kultu Rallicka Noma. - Znowu
się roześmiał, jakby z ludzkiej głupoty. - Tak czy inaczej... chciałbym ci
coś pokazać. Wskazał głową w bok. - Tędy.
Rallick rozejrzał się starannie wkoło i podążył za nim. Chrzęst żwiru i odpadków pod jego butami wydawał mu się zaskakująco głośny.
Szli przez najbiedniejsze okolice miasta, sąsiadujące z Dzielnicą
Bagienną. Najnędzniejsze, ledwie zasługujące na tę nazwę interesy
działały tu w walących się domach albo barakach. Sklepy z używaną
odzieżą. Lombardy, zbieracze odchodów czy małe rodzinne garbarnie. W wilgotnym zaułku nad otwartym kanałem ściekowym leżały dwa ciała.
Krute skinął dłonią, pokazując mu je.
Nie spuszczając oka ze skrytobójcy, który odsunął się na uspokajającą
odległość, Rallick pochylił się nad pierwszym z nich.
- Robota zawodowca. Pchnięcie od tyłu prosto w serce. Całkowite
zaskoczenie. Nie obrócił broni w ranie. - Przeszedł do drugiego ciała,
zawahał się, a potem przyjrzał szyi.
- Cięcie pierwsza klasa. Cienka broń, ostra jak brzytwa. Pociągnięcie z boku na bok. Prawą ręką, nieco ku górze. Napastnik był niższy od ofiary.
Krute odchrząknął gniewnie.
- Tego nie zauważyłem.
- Do czego zmierzasz? - zapytał Rallick, prostując się.
- Co sprowadziło dwóch byłych strażników naczelnika do tego syfiastego
zaułka, Rallick? Poznałeś ich, prawda?
- Tak.
- Ale nie powiedziałeś...
- Ty znasz te sprawy od środka, Krute - odpowiedział Rallick, wzruszając
lekko ramionami.
- Niech cię szlag, człowieku! Wyświadczyłem ci jebaną przysługę! Wszyscy
mają alibi! Wszyscy! - Szarpnął gwałtownie za pokryty zarostem
podbródek. - Kto mógł z taką łatwością załatwić dwóch doświadczonych
strażników? Nawet nie zdążyli stawić oporu! Lista takich ludzi jest
bardzo krótka, Rallick. Jesteś na niej. I ona też.
- Jak już pytałem, Krute, do czego zmierzasz?
Skrytobójca wypuścił z płuc długi oddech, niemal przypominający
warknięcie.
- Z tobą zawsze się ciężko gada. Dobra, powiem to otwarcie. Vorcan jest
niska.
Rallick opuścił głowę. Jakby wpatrywał się w cuchnący rynsztok. Milczał
przez chwilę, po czym zaczął się odsuwać.
- Moja rada dla twojego zwierzchnika brzmi następująco: nie mieszaj się
w to. Jest dla ciebie za dobra.
Opuścił zaułek, w którym zaczynało już cuchnąć czymś więcej niż tylko
śmieciami. Nagle jakiś kaprys akustyki przyniósł do jego uszu słowa
Krute'a.
- Dla ciebie też, Rallick. Dla ciebie też.
***
Niecierpliwe walenie w drzwi gospody "Pod Feniksem" przywołało nową
kelnerkę, Jess. Otworzyła zamek, uchyliła drzwi, zamrugała i skrzywiła
się w jasnym świetle poranka. Wysoki mężczyzna w ciemnym ubraniu
odepchnął ją władczo na bok.
- Zamknięte - odezwała się zaskoczona, nie przestając mrugać. Gdy
ujrzała plecy mężczyzny, odetchnęła z ulgą.
- Och.
Powlekła się do kuchni, żeby obudzić Chud. Rallick spojrzał na grubaska,
który rozwalił się na krześle z głową odchyloną do tyłu i chrapał.
Zdumienie mieszało się w nim z niesmakiem. Na blacie okruchy ciastek
towarzyszyły pustym butelkom i plamom po egzotycznych musztardach oraz
pasztecie. Kruppe spał z otwartymi ustami. Rallick dobrze widział
szczecinę na grubej, nieogolonej szyi oraz absurdalną, splecioną w warkoczyk bródkę przypominającą szczurzy ogon. Kopnął lekko nogę
stołową.
Grubasek parsknął i poderwał się. Poklepał pulchnymi dłońmi brzuch
ukryty pod kamizelką i koronkową koszulą. Cmoknął. Głowa opadła mu do
przodu. Jego paciorkowate oczka odnalazły Rallicka i otworzyły się
szerzej.
- Ajajaj! Myślałem, że skromnego Kruppego odwiedził złowrogi, posępny
przyjaciel, zwiastun śmierci. To bardzo niepokojące i szokujące
przebudzenie. Kruppe nie zajął się jeszcze toaletą.
- Nie zamierzam cię powstrzymywać.
- Mój przyjaciel Rallick zawsze jest bardzo kulturalny. - W dłoni
grubaska pojawiła się wielka chusteczka. Strzepnął nią z wydatnego
brzucha okruchy ciastek, a następnie owinął materiał wokół palca i potarł zgrabnie kąciki ust. - Gotowe! - Westchnął z zadowoleniem i wsunął dłonie za czarny, jedwabny pas, który nosił na karmazynowej
kamizelce. - Kruppe musi się mu odwdzięczyć. - Uniósł głowę. -
Najdroższa Jess... Jess... umieramy z wygłodzenia. Przynieś nam herbatniki,
herbatę, krwawą kiszkę z Elingarthu, bekon z miodem, podpłomyki,
moranthański syrop z chmurojagód. No wiesz, nie jestem pewien, jak sobie
poradzi - dodał nieco ciszej.
- Chud mówi, że nie mamy nic z tego syfu! - dobiegło ich wołanie z kuchni.
- Myślę, że bardzo dobrze - mruknął Rallick.
Przysadzisty mężczyzna zmarszczył brwi.
- Ojej, to na pewno był sen... - Wzruszył ramionami. - Dobra, w takim
razie herbatniki i herbatę. Aha! I jeszcze przypaloną grzankę dla mojego
przyjaciela.
Rallick usłyszał, jak jego zęby zgrzytają.
- Kruppe, chciałem tylko...
Przerwała mu uniesiona ręka grubaska.
- Nie musisz mi tego tłumaczyć, stary przyjacielu! To całkowicie zbędne.
Usiądź, proszę! - Rallick warknął, przysunął sobie krzesło piętą, usiadł
na nim i odchylił się, wspierając dłonie na udach. - Kruppe rozumie.
Wszyscy powtarzają tę informację z westchnieniem na ustach, przyjacielu.
Dwoje najgroźniejszych zabójców w mieście oswoił kojący uścisk miłości.
- Słucham?
- Nie obawiaj się. Rany uczuć Kruppego się zagoją. - Oderwał kawałek
wyschniętego suszonego owocu leżącego na blacie, powąchał go i włożył do
ust. - Pożywienia, Jess! Wkrótce padniemy tu z głodu! - Potrząsnął głową
i westchnął sennie. - To stara historia, czyż nie tak, przyjacielu? Ten,
kto znajdzie miłość, zapomina o starych przyjaciołach. Kruppe nie musi
się zastanawiać nad tym, dlaczego zaniedbywałeś go przez kilka ostatnich
miesięcy. Z pewnością oboje urządzacie sobie na dachu schadzki w locie,
jak zakochane nietoperze.
- Kruppe... - wychrypiał Rallick.
- Wkrótce spłodzicie mordercze dzieci, które pójdą w wasze ślady.
Wyobrażam to sobie. Sztylety w kołyskach i garoty w kojcach.
- Kruppe!
Grubasek obrzucił przyjaciela niewinnym spojrzeniem.
- Słucham?
- Chciałem cię zapytać, czy Cro... Nożownik jest w mieście?
- Kruppe się zastanawia... - Nagle zaczął się krztusić. Włożył do ust
grube palce i zaczął w nich grzebać. Po chwili wydobył włóknisty kawałek
owocu i starannie rozsmarował go na blacie. - Jess! Herbaty nie trzeba
sprowadzać zza Cynamonowych Pustkowi!
Duża kobieta wyłoniła się z kuchni, niosąc tacę. Białą płócienną koszulę
zawiązała pośpiesznie, odsłaniając znaczne fragmenty ciała. Łypnęła ze
złością na Kruppego i z głośnym stukiem postawiła tacę na stoliku.
- Cieszę się, że cię widzę - rzekła do Rallicka.
- Jak się ma Meese?
- Wieczorami często tu przychodzi.
- Radzisz sobie?
Odgarnęła włosy i wskazała na puste stoliki.
- Padam z nóg ze zmęczenia.
Rallick rozejrzał się po opustoszałej sali.
- Kto jest teraz właścicielem tego lokalu, Kruppe?
- Mój przyjaciel Rallick pytał o młodego Nożownika...
Skrytobójca spojrzał na rozmówcę.
- Tak?
Grubasek wlepił spojrzenie w głębie filiżanki.
- Kruppe zastanawiał się dlaczego.
Rallick warknął ze złością i odsunął krzesło od stolika.
- Jest tutaj czy nie?
Niski człowieczek wziął w dłonie nóż i herbatnik, po czym spojrzał ze
spokojem na skrytobójcę.
- Kruppe zapewnia przyjaciela Rallicka, że równie mocno przez niego
kochanego młodego wagabundy z całą pewnością nie ma w naszym pięknym
mieście. - Uniósł trzymane w ręce ciasteczko. - Placuszek?
Z piersi Rallicka, w której, odkąd przed kilkoma godzinami zobaczył
pewną ranę, utrzymywał się bolesny ucisk, wyrwało się westchnienie ulgi.
- To dobrze... dobrze...
Grubasek przymrużył powieki i jego oczy ukryły się w fałdach tłuszczu.
- Kruppe po raz kolejny zadaje sobie pytanie, dlaczego.
Jednakże Rallick odwrócił się już od niego.
- Nieważne. Cześć. Jess - dodał, zwracając się w stronę kuchni.
- Ale śniadanie dopiero co przybyło!
Rallick otworzył drzwi, wyszedł w jasny błysk słońca i ruszył przed
siebie. Drzwi zamknęły się za nim.
Grubasek wzruszył ramionami i wziął sobie odrobinę dżemu.
- Pomyśleć, że Kruppe nazwał swego niecierpliwego przyjaciela
cywilizowanym. Mylił się straszliwie!
***
Uczony Ebbin szedł w jaskrawym blasku porannego słońca błotnistą,
niebrukowaną ulicą zbieraczy kup dla garbarzy w Dzielnicy Gadrobijskiej.
Przez ramię przerzucił sobie zakurzoną skórzaną torbę, a na głowie miał
głęboko osadzony kapelusz o szerokim rondzie. Zatrzymał się przed
zamkniętą witryną w rozsypującym się drewnianym budynku wzniesionym na
fundamentach z nadgryzionych przez czas kamieni. Zastukał w masywne
drzwi i czekał. Po drugiej stronie ulicy, za licznymi wozami i tłumami
zmierzających na targ pieszych, zauważył niebieski mundur. Zaskoczył go
ten widok. W tej dzielnicy zbrodnia była endemiczna, ale rzadko
przyciągała uwagę władz. Strażnicy mieli ze sobą wóz i najwyraźniej coś
w nim przewozili.
Drzwi zawibrowały, gdy otwierano kraty i zasuwy. Potem uchyliły się ze
zgrzytem. Za nimi była ciemność.
- Ach - wydyszał ktoś słabym głosikiem. - To ty, mój dobry uczony.
Wejdź, proszę.
Ebbin wsunął się bokiem do środka i drzwi zamknęły się za nim. Było tu
dość ciemno i jego oczy potrzebowały chwili, by przyzwyczaić się do
półmroku. Wreszcie jednak dostrzegł przygarbioną sylwetkę człowieka
zamykającego wszystkie zamki.
- Bardzo wystrzegasz się złodziei, Aman - zauważył. - Myślę, że to
przeszkadza w interesach.
- Darudżystan upadł bardzo nisko, mój dobry uczony. Naprawdę bardzo
nisko. Minęły już czasy, gdy panował pokój i ściśle przestrzegano praw
wprowadzonych przez władców miasta. A jeśli chodzi o handel... mam tylko
garstkę wybranych klientów, a oni wiedzą, gdzie mnie znaleźć.
Zachichotał bez wesołości.
Te słowa nie złagodziły niepokoju, jaki zawsze towarzyszył Ebbinowi
podczas wizyt tutaj. Przypomniał sobie, jak starannie ukrywane badania
subtelności osłon, zakotwiczonych w grotach barier, pozwalające mu
opanować sztukę ich unikania, doprowadziły go w końcu do tego mężczyzny
i jego, na pierwszy rzut oka pozbawionego klientów, sklepu.
- Oczywiście, Aman - odpowiedział jednak wesołym tonem dla zachowania
pozorów. - Tylko garstkę wybranych.
Zaśmiał się cicho.
Aman zaprowadził go do samego sklepu, powłócząc jedną nogą. Kręgosłup
wykrzywił mu się z powodu jakiegoś incydentu przy porodzie. Dłonie też
miał uszkodzone - zniekształcone i powyginane, jakby wkręciły się w jakąś niszczycielską machinę. Poszedł za ladę, gdzie miał podwyższenie
umożliwiające mu patrzenie na nią z góry. Wyglądał na nim jak chudy
drapieżny ptak przycupnięty na grzędzie.
Oczy uczonego przywykły już do panującego w sklepie półmroku. Ostrożnie
postawił torbę na ławie.
- Masz coś dla mnie? - spytał Aman, unosząc brew.
- Tak. - Rozwiązał rzemienie i wyjął owinięty w tkaniny przedmiot. - Z najgłębszego poziomu, do którego dotąd dotarłem.
Ebbin ostrożnie rozsunął najpierw zewnętrzną filcową warstwę, a potem
wewnętrzną, jedwabną, odsłaniając coś, co wyglądało jak fragment
skorupki jaja. To jednak musiałoby być niewiarygodnie ogromne jajo. Aman
pochylił się nad nim jeszcze niżej, niemal dotykając obiektu
przekrzywionym nosem.
Gdy Ebbin przyjrzał mu się z bliska, zdumiał go zdeformowany kształt
sękatej głowy, porośniętej rzadkimi i cienkimi siwymi włosami. Aman
odsunął się, być może wyczuwając jego uwagę.
- To wspaniałe znalezisko, mój dobry uczony. Piękne. - Sklepikarz
zapalił lampę od większej, umieszczonej w uchwycie na ścianie. - Czy
mogę?
Ebbin skinął dłonią na znak przyzwolenia. Choć Aman miał palce
powykrzywiane niczym korzenie, z łatwością uniósł fragment, zbliżając go
do światła lampy. Ebbin pochylił się, by lepiej widzieć. Przez skorupkę
można było zobaczyć płomień, co samo w sobie było zdumiewające, ale w dodatku cały obiekt wypełnił się światłem i płynęła teraz z niego
ciepła, delikatna łuna, przypominająca świt w miniaturze.
Aman westchnął, niemal nostalgicznie.
- Wyobraź sobie, proszę, dobry uczony, całe budowle z takiego materiału,
wygładzonego do niemal całkowitej przezroczystości i świecące zimnym,
niebieskim ogniem miasta. To byłby wspaniały widok, czyż nie tak?
- Tak. Darudżystan w wielkiej imperialnej epoce tyranów. Tak
przynajmniej go sobie wyobrażano.
Wyłupiaste oczy zwróciły się w jego stronę.
- Oczywiście.
- Czy czymś to nasączono?
Aman zaczął ponownie owijać obiekt w tkaniny.
- Przekonamy się. Potrzebne będą badania. Gdyby się okazało, że to
fragment naczynia używanego do pewnych... hmm... ezoterycznych rytuałów,
będzie można uzyskać za niego wielką sumę od tych, którzy chcieliby go
wykorzystać w swoich... no cóż... badaniach.
Ebbin odchrząknął z zakłopotaniem.
- Rozumiem.
Sklepikarz wsunął obiekt pod ladę.
- W czym mogę ci pomóc, dobry uczony?
- Dotarłem do komory, która nadal jest zamknięta.
Palce sklepikarza, poruszające się dotąd po blacie niczym odnóża pająka,
znieruchomiały.
- Naprawdę? - wydyszał zdumiony. - Nadal zamknięta? To zdumiewające.
Musisz być bardzo ostrożny, dobry uczony. Pułapki, jakie starożytni
zastawiali w swych grobowcach...
- Oczywiście, Aman. Rozumiem to zagrożenie. Nie jestem amatorem.
- Oczywiście - powtórzył sklepikarz i uśmiechnął się, odsłaniając
liczne, krzywe zęby. - Bariera?
Ebbin odchrząknął raz jeszcze.
- Kamień. Gładka płyta. Bez jakichkolwiek znaków.
- Mówisz bez znaków? Nie ma żadnych symboli ani choćby najbledszych
inskrypcji?
Ebbin zmarszczył z irytacją brwi.
- Znam się na swojej robocie. Zajmuję się wykopaliskami od
dziesięcioleci.
Aman uniósł ręce.
- Nie chciałem cię urazić, dobry uczony. Wybacz. To po prostu...
niezwykłe.
Ebbina przeszył nieprzyjemny dreszcz. Potarł pierś i skinął głową.
- Tak. To... niezwykłe.
- Może to był ktoś mało ważny. Jakiś niski rangą dworzanin.
Ebbin przypomniał sobie postać leżącą na onyksowym cokole pośrodku
komory. Złotą maskę z jej niesamowitym, drwiącym uśmieszkiem oraz
otaczające piedestał pierścienie czaszek. Pokiwał głową, drżąc lekko.
- Tak. Też odniosłem takie wrażenie.
Aman przyjrzał mu się z uwagą, jakby poddawał go ocenie. Potem szybko
przeniósł spojrzenie na półki.
- Mogę mieć dla ciebie odpowiednie narzędzia, dobry uczony, stworzone
przez alchemię Moranthów... Może kwasy? Albo dłuta? Nie takie zwyczajne,
nie, nie. Utwardzane żelazo z dodatkiem malazańskiego metalu zwanego
otataralem. Jeśli dasz mi kilka dni, znajdę je dla ciebie.
- Nie masz czegoś w tym rodzaju pod ręką?
Mężczyzna roześmiał się z ironią.
- Ojej, z pewnością nie. Ten minerał bardzo by zaszkodził moim... towarom.
Ebbin mógł jedynie się z nim zgodzić.
- Skoro tak mówisz. Kilka dni. Tak czy inaczej, muszę się naradzić z moim sponsorem.
- Znakomicie, znakomicie.
Aman pokiwał głową. Jego sękate palce nieustannie stukały o blat.
***
Gdy wszystkie rygle były już zasunięte, a zamykające drzwi sztaby
przywrócono na miejsce, Aman powlókł się z powrotem do sklepu. Czekała
tam na niego piękna młoda kobieta. Długie czarne włosy splotła w warkocze i upięła na głowie. Sklepikarz zrobił kwaśną minę na jej widok.
- Twoja ingerencja w moje sprawy jest niepożądana. Stanowczo
niewskazana.
Dziewczyna przesunęła kształtne biodro i oparła się o ladę. Zaczęła
powoli obracać leżący na niej pakunek.
- Dlaczego musimy polegać na tym kretynie?
- My? Nie ma żadnego my. Oszukujesz samą siebie. Wtrącając się w moje
sprawy, nieopisanie wszystko skomplikujesz.
- Obserwowali twój sklep, Aman.
Sklepikarz pokuśtykał ku swemu podwyższeniu za ladą.
- Obserwują go? Pewnie, że tak. Zawsze to robili! Agenci moich dawnych
sojuszników okazali się bardzo uparci. Ale ponieważ nigdy stąd nie
wychodzę i trzymam się w izolacji, nadal nic nie wiedzą. - Delikatnie
dotknął palcami drewnianej lady. - Nie muszę dodawać, że niedawno tę
izolację zakłócono i...
- Oni nie żyją, Aman.
Sklepikarz chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się i potarł dłońmi
ladę, jakby ją głaskał. Dopiero potem zaczął, powoli i ostrożnie:
- Ale ten, czy może ta, kto ich wynajął, wie, że jest blisko jakiegoś
odkrycia. Lepiej było zachować aurę tajemnicy.
Dziewczyna ze spokojem wzruszyła bladymi, chudymi ramionami i zabrała
się do odwijania paczki.
- W takim razie zabiję tę osobę.
- Ach tak, skoro już mowa o tajemnicach. Nikt nie zna tożsamości
Niszczyciela Kręgu. Pojawiło się wielu pozerów, głoszących, że to oni,
ale nikt nie ma pewności. To mógłby być któryś z moich dawnych
sojuszników. Nawet twoja matka.
Kokieteryjne spojrzenie dziewczyny nagle sposępniało.
- Nie mów mi o niej, Aman. - Zerknęła na niego spod opadających powiek.
- Chcesz powiedzieć, że to mógłby być każdy? Ale nie ty, oczywiście.
Aman pokiwał krzywym palcem.
- Uczysz się.
Skrzywiła się, a potem wskazała leżący na ladzie fragment.
- Czy to naprawdę jest tak wartościowe, jak powiedziałeś?
Uniósł przedmiot przed sobą, patrząc jej prosto w oczy.
- Ach. Piękne, nieprawdaż? Delikatne i przyciągające uwagę. Wspaniały
eksponat. Tak przynajmniej wydaje się z zewnątrz. Ale w środku kryje się
skaza. To tylko bezwartościowy śmieć.
Zmiażdżył obiekt w dłoni.
Dziewczyna odsunęła się raptownie, jakby ją uderzył, i wpadła na coś w ciemności. Jej pełne usta zmieniły się w wąską linię, a w oczach
rozgorzało płynne światło. Sklepikarz przyglądał się jej spokojnie,
przekrzywiając głowę. Koniuszki jego palców lekko się stykały. Złoty
blask zniknął powoli z jej oczu. Drżała, z wysiłkiem powstrzymując
gniew. Warknęła i uniosła wyzywająco głowę.
- Mam nadzieje, że już skończyłeś.
- Skończyłem - potwierdził, kłaniając się jej.
- Co to za okropieństwo? - zapytała, wskazując figurę, na którą wpadła.
Aman uniósł lampę. Ukazał się posąg w zbroi wysadzanej półszlachetnymi
kamieniami, lśniący w jej świetle zielononiebieskim blaskiem.
- Wspaniały, prawda? Pochodzi z odległego Jacuruku. To jeden z ich
kamiennych żołnierzy.
Obrzuciła posąg profesjonalnym spojrzeniem.
- Automat?
- Niezupełnie. - Postawił lampę na ladzie. - Tak czy inaczej, skoro już
wróciłaś, sugeruję, byś stała się użyteczna i uważała na naszego
przyjaciela. Nie może mu się stać nic złego. Bądź gotowa do interwencji.
Jest już blisko, Taya. Bardzo blisko.
- Dlaczego on? Czemu sam tam nie zejdziesz?
Aman zachichotał, nawet nie próbując ukrywać lekceważenia.
- Moja droga, naprawdę dostarczasz mi rozrywki. Niezliczone bariery,
osłony i warunki narzucone przez moich byłych sojuszników bardzo mnie
wyczerpują. Nie ma w nich prawie żadnych luk. Mogą się przez nie
przedostać tylko ci, którzy tego nie pragną. Którzy nigdy nie przelali
krwi, nie pożądają osobistych korzyści... mnóstwo różnych warunków.
Wymyślił je Mammotlian. To on zbudował grobowiec, a ponieważ był
uczonym, być może tylko ktoś o podobnym usposobieniu potrafi
instynktownie sprostać jego wymaganiom. Rozumiesz mój tok myślenia?
- A jeśli mu się nie uda? Podobnie jak wszystkim przed nim?
Właściciel sklepu wzruszył wykrzywionymi ramionami.
- Zaczyna już nam brakować tam miejsca, prawda? - Przymrużył mocno
powieki.
Przechyliła głowę, niepewna, co chciał przez to powiedzieć.
***
Na ulicy blacharzy w Dzielnicy Gadrobijskiej Barathol Mekhar poddawał
inspekcji najnowszy transport rudy żelaza. Jej jakość była niezwykle
wysoka. Znalazł we fragmentach użyteczną różnorodność miękkości i kruchości. Po chwili zamknął skrzynię, ruszył do kuźni i uniósł dłoń nad
węgielkami. Będą potrzebowały jeszcze trochę czasu. Wyszedł na małe,
otwarte podwórze na zapleczu domu, otrzepał dłonie i wspiął się po
wąskich schodach do swych pokojów na górze. Za zamkniętymi okiennicami
niebo rozjaśniała już jutrzenka. Przystanął na moment przy łóżku, w którym spała jego żona Scillara. Potem podszedł do maleńkiej kołyski po
drugiej stronie łóżka. Zrobił ją własnoręcznie. Uklęknął, przyglądając
się śpiącemu w niej pulchnemu niemowlęciu. Spało głęboko.
Nigdy nawet sobie nie wyobrażał, że przypadnie mu w udziale taki skarb.
Dziecko wydawało mu się zbyt bezbronne, by żyć na tym świecie. Zbyt
kruche. Jego delikatność przerażała kowala. Bał się choćby dotknąć go
poczerniałymi, stwardniałymi dłońmi. Niemniej sięgnął ostrożnie jedną z nich do kołyski, by ciepły oddech niemowlęcia ogrzał mu palce.
Wyprostował się z uśmiechem i zauważył, że Scillara mu się przygląda.
- Widzę, że jeszcze nie uciekłeś - zauważyła, przeciągając się.
- Jeszcze nie.
- Pomimo wrzeszczącego bachora i grubej żony?
- To pewnie kara za jakiś straszliwy czyn popełniony w poprzednim życiu.
- Musiał być naprawdę potworny. - Rozejrzała się, jakby czegoś szukała.
- Bogowie, brakuje mi fajki.
- Przeżyjesz to.
Wskazała na drzwi.
- Rzuć mi sukienkę. Czy nie masz jakiejś roboty? Mógłbyś zarobić trochę
pieniędzy. Tyle, żeby wystarczyło na kucharkę. Mam już dość twoich
przypalonych potraw.
- No wiesz, mogłabyś mi trochę pomóc.
Parsknęła śmiechem.
- Nie chcesz jeść tego, co ja gotuję.
- W takim razie idę sobie. - Rzucił jej suknię. - Przydałoby mi się
trochę herbaty.
- Tak samo jak nam wszystkim.
Ruszył na dół. Czekał go kolejny dzień stania przy kuźni. Będzie jednak
mógł patrzeć na dziedziniec i widzieć, jak Scillara siedzi na
rozłożonych na ziemi dywanach i karmi piersią małego Chaura.
Życie było lepsze, niż mógłby się spodziewać.
Rozdział II
Nie podnoś ręki na ojca swego, albowiem to świętokradztwo
Inskrypcja na kamiennym odłamku
Równina Mieszkalna
Wyzwanie jak zwykle zaczęło się od rzuconego spojrzenia, nieodwracanego
mgnienie oka za długo. Wydarzyło się to na placu treningowym w samym
środku Cant, marmurowych komnat Seguleh.
Jan odwrócił się, by wezwać niewolnika, zauważył spojrzenie i zatrzymał
się. Ćwiczący wówczas na placu Seguleh wywodzący się z rządzącego rodu
Jistarii również zauważyli napięcie. Tłum się rozproszył, odsłaniając
pole ćwiczebne oraz kręgi dla zapaśników. Jan zobaczył, że wszyscy
opuścili plac treningowy. Po drugiej stronie opustoszałej nagle
przestrzeni ujrzał Enoca, który niedawno został Trzecim. Przyjaciele i zwolennicy młodego arystokraty podeszli do niego. Jan nie musiał
odwracać głowy, by wiedzieć, że przy nim z kolei pojawili się jego
stronnicy. Wyjęto mu z dłoni drewniany ćwiczebny miecz.
- Odwróć się do niego plecami - wysyczała za nim Palla, Szósta. - Jak
śmie?! To nie jest miejsce.
- Czyż młody Trzeci nie twierdzi, że w naszych szeregach brakuje
śmiałości? - zapytał ze spokojem Jan.
Odpowiedziało mu warknięcie tłumionej wściekłości.
Jan uniósł lekko podbródek, wskazując trybuny otaczające amfiteatr.
- Wygląda na to, że sędziowie już się zgromadzili.
- Wszystko to jego krewni! - zawołała Palla. - To robota jego
podstępnego wujka, tego grubasa Olaga.
Pojawił się miecz Jana. Podano mu go z tyłu, rękojeścią do przodu.
Przyjął go i zaczął przywiązywać pochwę do szarfy. Po drugiej stronie
pola grupa zwolenników Enoca, składająca się głównie z młodych ambitnych
wojowników, również wręczyła mu broń. Ktoś podał Janowi wypełnioną wodą
tykwę, a on wypił z niej łyk wody. Nie odwracał spojrzenia od maski
Enoca. Na jej bladym owalu były tylko dwie czarne kreski, po jednej na
każdym policzku.
Minął już rok? - pomyślał z zaskoczeniem Jan. Czas upływał coraz
szybciej, w miarę jak robił się starszy. Nie miał zamiaru się zestarzeć,
po prostu zbyt długo czekał na nadejście kogoś, kto zdoła go pokonać.
Enoc najwyraźniej uważał, że nadeszła jego szansa. Jan musiał przyznać,
że ambitny młodzieniec dobrze wybrał chwilę. Nie był zmęczony, rozgrzał
się tylko i rozluźnił mięśnie, podczas gdy Jan stoczył już serię
męczących sparingowych walk i zalewał go pot. Wyglądało na to, że
sprytny nowy Trzeci będzie miał przewagę.
Ale Jan czuł się gotowy. Jego krew była gorąca i płynęła szybko, a rozgrzane kończyny wypełniała siła.
Ćwiczenia go nie męczyły, w przeciwieństwie do wielu innych, a raczej
dodawały wigoru. Niemniej... wyzwanie podczas ćwiczeń... w czasie gdy
wszyscy arystokraci Jistarii mogli swobodnie spotykać się ze sobą i ćwiczyć razem? To było w bardzo złym guście. Zgromadzenie bezstronnych
sędziów nigdy by nie pozwoliło na coś takiego.
Musiał jednak na nie odpowiedzieć. Tego wymagał obowiązek. Był Drugim.
Dotknął koniuszkami palców rękojeści oburęcznego miecza i wyszedł na
środek wysypanego piaskiem amfiteatru. Nie potrafił już zliczyć, ilu
Trzecich rzucało mu wyzwanie przez wszystkie te lata. Przychodzili i odchodzili, a on nadal był Drugim. Tabela Agatii, pierwszego tysiąca,
przypominała gejzer. Ciągle wyrzucała z siebie nowych pretendentów. Ten
był wyjątkowo niecierpliwym przedstawicielem tej słynącej z niecierpliwości grupy. Od dawna powtarzano, że Drugi to najgorsza z możliwych rang. Zawsze Drugi, nigdy Pierwszy. Jednakże po śmierci
ostatniego starca, który osiągnął rangę Pierwszego, zaczęto mówić, że
najgorzej jest być Trzecim. Najbardziej niepewny szczebel, szybko
opuszczany przez wszystkich... w jeden albo drugi sposób.
Myśli, że jestem zmęczony. Proszę bardzo. Skoro tak uważa. Niech rzuci
wyzwanie teraz, bardzo wcześnie. Bardzo... przedwcześnie. Niech i tak
będzie. Mogę jedynie spełnić swój obowiązek i przyjąć je.
Enoc ruszył mu na spotkanie. Pozostali Jistarii odsunęli się, robiąc im
wolne miejsce. Wiatr był lekki, a słońce wisiało na niebie wystarczająco
wysoko, by nie stanowiło to problemu. Jan czekał, unosząc głowę. Gdy
Trzeci był już wystarczająco blisko, by mogli ze sobą rozmawiać, Jan
wypowiedział słowa rytualnego wyzwania:
- Daję ci ostatnią szansę zmiany zdania. Formalności dopełniono. Nie
będzie w tym hańby.
- Czekanie nie jest dla mnie, Drugi - odpowiedział Enoc. - Nie zamierzam
wiecznie czekać na swojej grzędzie, jak ty.
Jan wstrzymał na chwilę oddech.
- Pragniesz zostać Pierwszym?
- Nadszedł już czas. Jeśli nie pragniesz przewodzić, ustąp miejsca
komuś, kto się tego podejmie.
A więc o tym szepczą w salach sypialnych... Wszystko już zapomnieli. Nie
można zdobyć tytułu Pierwszego. Trzeba go otrzymać. A mnie - nawet mnie
- nie uznano za godnego.
Wezbrał w nim gniew, ale stłumił go maksymalnym wysiłkiem woli. Nie. Nie
może być żadnych emocji. Żadnych myśli. Enoc myśli za dużo i to go
spowalnia. Nie wolno myśleć. Trzeba po prostu działać. A Jan zawsze
działał bardzo szybko.
Poruszył kciukiem, rozluźniając miecz w pochwie.
- Jak sobie życzysz, Trzeci.
Zaczerpnął tchu i wypuszczając powietrze, wyszeptał rytualne słowa:
- Przyjmuję wyzwanie.
Klingi ich mieczy zderzyły się z trzaskiem w tej samej chwili, gdy usta
Jana opuściła ostatnia sylaba. Sparował kilka ataków, zauważając
podświadomie, że chłopak za bardzo polega na sile, wzmacniając nią
technikę, z którą nie czuł się zbyt dobrze. Wiedział instynktownie, że
jest od niego lepszy. Każdy o randze wyższej niż Dziesiąty również by to
zauważył. Ale sędziowie nie dadzą się przekonać. Musi się wydarzyć coś
bardziej oczywistego.
Biedny chłopak. Jego wuj obsadził zgromadzenie swoimi ludźmi i nie
zostawił mi wyboru. A teraz on za to zapłaci.
Nadal jednak zwlekał. Krążył i parował ataki. Wśród najwyższych rangą
uważano, że przelanie krwi jest dowodem nieudolności, czymś w bardzo
złym guście. Najlepsze zwycięstwa odnosiło się bez użycia tak
prostackich metod.
Burza agresji Trzeciego nie łagodniała. Brzęk hartowanej stali
uderzającej o stal nie milkł. Ale Jan zachowywał spokój. Był okiem
cyklonu otoczonym furią ostrej jak brzytwa klingi. Początkowo ten sztorm
był pełen niepowstrzymanej mocy, ale teraz pojawiła się w nim nuta
niepewności, a nawet zrozumienia.
A także gorączkowej desperacji.
Jan postanowił działać. Lepiej zakończyć próbę szybko, żeby nie uznano
go za okrutnego. W samym środku tańca pchnięć, fint i kontrataków miecz
Jana wysunął się o szerokość palca dalej niż zwykle. Drugi przesunął się
nieco, pozwalając, by impet Enoca zbliżył go do niego bardziej, niż było
to jego zamiarem. Sztych miecza musnął wewnętrzną powierzchnię jego
prawego łokcia, przecinając ścięgno.
Prawa ręka Enoca opadła bezwładnie. Miecz wypadł mu z rąk. Pierś
młodzieńca falowała gwałtownie, jasno ukazując jego zmęczenie. W rozgorączkowanych oczach spoglądających przez szczeliny w masce pojawiło
się niedowierzanie, szybko przeradzające się w grozę.
Został okaleczony. Rana się zagoi i z czasem zapewne odzyska władzę w ręce, ale po czymś takim trudno mu będzie utrzymać pozycję wśród Agatii.
Rzecz jasna, zachowa prawo do noszenia miecza, ale nie będzie już rzucał
wyzwań.
Jan zastanawiał się, czy nie wyszeptać przeprosin w tej chwili, gdy
między walczącymi utrzymywała się krucha bliskość, ale chłopak zapewne
uznałby to za zniewagę. Dlatego nic nie powiedział.
Ta ulotna chwila, gdy widzowie wstrzymali oddech, zachwyceni pięknem
perfekcyjnego cięcia, jego siłą, celnością, wyborem chwili i zgodnością
z zasadami, minęła.
Wszyscy zebrani Jistarii pokłonili się swemu Drugiemu.
***
Wieczorem, gdy Jan siedział ze skrzyżowanymi nogami przy kolacji ze
swymi najbliższymi przyjaciółmi wśród sklasyfikowanych - Szóstą Pallą,
oraz Lo, który od wielu lat był Ósmym, ale teraz, gdy dotarły do nich
wieści o śmierci Czarnego Miecza, rozważano awansowanie go na zwolnioną
pozycję Siódmego. Towarzyszył im też jego przyjaciel z młodych lat,
Beru, jeden z Czwartej Dziesiątki.
- Czy Gall odzyska pozycję Trzeciego? - zapytał Jan Pallę.
Uśmiechnęła się, pochyliła głowę i zdjęła maskę, by połknąć kawałek ryżu
z mięsem.
- Tak. I będzie ci wdzięczny za to, że znowu wspiął się na dawny
szczebel.
- Wdzięczny? Nie zrobiłem tego dla niego.
Ukłoniła się uprzejmie, ale w jej głosie słychać było rozbawienie.
- Wdzięczność za to, że przypomniałeś wszystkim, dlaczego tak długo był
Trzecim.
Jan skinął lekko dłonią, chcąc zmienić temat. Spojrzał na Lo. Na jego
masce widniało siedem namalowanych sadzą linii, rozchodzących się
promieniście od otworów na oczy.
- A co z tobą? - zapytał. - Zostaniesz Siódmym?
Lo ukłonił się sztywno w pasie.
- Jeśli otrzymam taki rozkaz. Ale nie pragnę tego. To... niesmaczne...
awansować w taki sposób.
Pozycja, jaką przyjął Beru, sugerowała, że chciał coś powiedzieć.
- Słucham, Beru?
Mężczyzna ukłonił się, nadal odwracając wzrok.
- Z całym szacunkiem, Drugi, krążą pogłoski o tajemniczym szermierzu,
który zabił Czarnego Miecza, władcę Potomka Księżyca. Niektórzy mówią,
że powinno się go uważać za nowego Siódmego, inni sugerują wyzwanie.
Jan, który sięgał już po kawałek mięsa, znieruchomiał.
- Wiesz, że nie jestem zwolennikiem takich... awanturniczych
przedsięwzięć. Sprzeciwiałem się karnej ekspedycji przeciwko Pannionom.
Co nam to dało? Mok marnował swe umiejętności w walce z motłochem i nieudolnymi amatorami.
Trójka jego towarzyszy przez pewien czas jadła w milczeniu. Wszyscy
znali uczucia, jakimi Jan darzył swego starszego brata, Moka, który
zgłosił się na ochotnika, by uciszyć pozbawionych szacunku Pannionów, i powrócił... zmieniony. Złamany.
W końcu odezwała się Palla, którą łączyła z nim najbliższa więź, jako że
byli kiedyś kochankami - dopóki oboje nie wspięli się zbyt wysoko na
drabinie hierarchii, a ich związku nie zniszczyły napięcia związane z możliwością wyzwania.
- Ale poparłeś wyprawę Oru... - zaczęła ostrożnie.
- Oru zapewnił, że miał wizję - odpowiedział, starając się nadać swemu
głosowi łagodne brzmienie. - Kim jestem, by podważać prawdziwość takich
słów? Pozwoliłem mu zabrać ze sobą wszystkich, którzy się zgłoszą.
- I znalazło się dwudziestu ochotników! To była największa ekspedycja w całej naszej historii.
- To prawda.
I przyświecał jej najszczytniejszy ze wszystkich celów. Tylko przed nim,
przed Drugim, Oru ujawnił prawdę o swojej wizji... był przekonany, że
potrafi zwrócić Seguleh honor, który ukradziono im tak dawno temu. To
była szalona, zrodzona z desperacji nadzieja, ale nie mógł mu odmówić.
Spojrzał na Lo, który odwrócił twarz i uniósł maskę, żeby wypić łyk
herbaty. Być może powinien pozwolić na wyzwanie. Każdy, kto zdołał
pokonać Czarnego Miecza... jeśli pokona również Lo, ranga będzie należała
go niego.
Ciche pukanie do drzwi wyrwało Jana z zamyślenia. Skinął głową do Beru,
każąc mu otworzyć. Mężczyzna podniósł się na kolana, trzymając jedną
rękę na rękojeści miecza, uchylił drzwi i powiedział coś cicho do osoby
znajdującej się na zewnątrz. Po krótkiej rozmowie otworzył je na oścież.
To był stary mężczyzna, nienoszący maski szanowany Jistarii, który
wybrał ścieżkę kapłana. Zbliżył się na kolanach i pokłonił nisko,
dotykając czołem twardego parkietu.
- Panie, proszą cię o przybycie do świątyni. Jest tam... coś, co
powinieneś zobaczyć.
Jan pochylił leciutko głowę.
- Proszę bardzo. Już idę.
Kapłan pokłonił się raz jeszcze i cofnął na kolanach ku drzwiom.
Pochylił się nisko w wejściu, nie odwracając się do nich plecami. Jan
pociągnął łyk herbaty, żeby przepłukać usta.
Palla ukłoniła się, prosząc o pozwolenie zabrania głosu.
- Słucham?
- Czy możemy ci towarzyszyć?
- Jeśli tego chcecie.
***
Główna świątynia w Cant była wielkim, pozbawionym ścian budynkiem,
pełnym kolumn i łuków. W całości wybudowano ją z białego marmuru
poprzeszywanego czarnymi żyłkami. Zapalone pochodnie skwierczały na
wieczornym wietrze. W ich świetle na niesamowicie białych kamiennych
kolumnach, na podłodze i suficie pojawiały się blade cienie. Czekał na
nich wielki kapłan Sengen. Miał na sobie prostą tunikę i spodnie z samodziału - strój typowy dla Seguleh. Był gładko wygolony, jak
większość mężczyzn spośród Jistarii, a długie siwe włosy naoliwił sobie
i splótł ciasno w warkocz. Ukłonił się Janowi.
- Sengen - rzekł do niego ten, pozwalając mu mówić.
- Tylko Drugi może mi towarzyszyć - oznajmił stary mężczyzna i ruszył
naprzód.
Palla i Lo zesztywniali i wymienili oburzone spojrzenia. Jan uniósł
rękę, nakazując im cierpliwość.
- Wewnątrz świątyni masz do tego prawo.
Sengen ukłonił się raz jeszcze i skinął na Jana, by podążył za nim.
Zaprowadził go na sam tył świątyni, do ołtarza - pojedynczego słupa z nieziemsko przejrzystego białego kamienia. Słup sięgał mu do pasa, a jego szczyt był pusty. Sengen gapił się z czcią na ołtarz, krzyżując
ręce na piersiach. Potem przeniósł spojrzenie na słup i zrobił krok
naprzód. Był zdumiony. Po białym kamieniu spływały kropelki cieczy.
Wypływały z niego rzadkie opary przypominające poranną mgłę.
- Poci się, Drugi - wydyszał wielki kapłan z bojaźnią w głosie. - Kamień
się poci.
- Co to oznacza?
- Że być może nadchodzi to, na co czekaliśmy przez cały ten czas -
odpowiedział Sengen, nie odrywając wzroku od ołtarza. - Nasz cel.
Wstrząśnięty Jan odsunął się od słupa. Jego szczyt był pusty... czy to
było możliwe? Jak mogło do tego dojść?
- Masz obowiązek się przygotować - oznajmił ostrym tonem Sengen.
Jan skinął głową. Odwrócił się i zobaczył swe odbicie w gładkiej niczym
lustro tarczy. Biała maska z tylko jedną krwawoczerwoną kreską na czole.
- Tak - odpowiedział ochrypłym głosem. - Będę gotowy.
Troje przyjaciół czekało na niego na schodach świątyni. Zatrzymał się
przy nich i milczał przez chwilę. Wszyscy wiercili się niecierpliwie,
odwracając wzrok.
- Lo - odezwał się wreszcie. - Udzielam ci pozwolenia na odszukanie tego
Siódmego. Może nam być potrzebny.
- Potrzebny? - powtórzył Lo, unosząc ze zdziwieniem wzrok. Szybko go
jednak odwrócił.
- Możesz zabrać ze sobą jednego towarzysza. Kto to będzie?
Lo wskazał na niższego rangą mężczyznę.
- Beru, jeśli się zgodzi.
- Nie. Chcę, żeby tu został. Wybierz kogoś innego.
- Wedle rozkazu - odparł Lo i się ukłonił.
- O co chodzi? - zapytała Palla, pochylając głowę. - Jesteś...
zaniepokojony.
Jan spojrzał na nią. Przez chwilę pozwolił sobie na podziwianie jej
gibkich kończyn i dumnej postawy. Żałował, że wybrała Ścieżkę Wyzwania.
To jednak było samolubstwo z jego strony. Zasługiwała na swoją rangę.
- Zbierz Agatii, Szósta. Musimy się przygotować. Kamienny ołtarz się
obudził.
Wszyscy troje spojrzeli w stronę świątyni, w bojaźni otwierając szeroko
widoczne za szczelinami masek oczy.
- Myśleliśmy, że to tylko legenda - wydyszała Palla.
- Przed odejściem Pierwszy powtórzył mi część tego, co mu przekazano. To
nie jest legenda. Chodźmy, Palla. Przekaż górnej połowie Agatii, że mają
się tu zebrać.
Skinęła krótko głową i zbiegła w dół po schodach. Jan spojrzał na
Ósmego.
- Przygotujemy dla ciebie statek.
Lo skinął głową i również ruszył w dół. Beru śledził go wzrokiem.
- W czym może ci pomóc skromny Seguleh z Czwartej Dziesiątki?
- Chcę, żebyś pozostał w szeregach, Beru. Słuchaj tego, co mówią w salach sypialnych. Niewykluczone, że nadchodzą ciężkie czasy. Wszystkich
nas czeka próba. Miejmy nadzieję, że nie zostaniemy uznani za...
niegodnych.
- Rozumiem, Drugi.
Jan nie odpowiedział. Wyczuwając, że jego przyjaciel chce zostać sam,
Beru ukłonił się i odszedł.
Jan stał tam jeszcze przez pewien czas. Wieczór był chłodny. Spojrzał na
domy, widoczne za wyłożonym białymi kamieniami Placem Zgromadzeń, i piętrzące się za nimi góry ich przybranej ojczyzny. Fakt, że nie
pochodzili stąd, nie był tajemnicą. Wiedzieli, że przybyli skądinąd,
wszystkie ich stare opowieści mówiły o wielkim marszu. O wygnaniu. W żadnej z nich nie podano jednak nazwy mitycznego miejsca ich początku.
To była kolejna prawda, którą potwierdził Pierwszy. Ich prawdziwa
ojczyzna leżała na północy. Zdradził mu jej nazwę.
To jednak było bardzo niewiele. Gdy Jan próbował wyciągnąć z leżącego
coś więcej, ten tylko potrząsnął głową.
- Lepiej, żebyście tego nie wiedzieli - odparł. - Tak będzie lepiej dla
wszystkich.
Ignorancja? Jak ignorancja mogła być lepsza? Wszystkie instynkty Jana
buntowały się przeciwko takiej tezie. Uczono go jednak posłuszeństwa i okazał je. Był Drugim. To był jego obowiązek. Być może przekonał go ton
głosu starca. W jego słowach pobrzmiewała przygniatająca żałoba,
straszliwy ciężar prawdy. Jan obawiał się, że nie będzie w stanie jej
znieść.
***
- Czujesz ten smród? - zapytała Wykałaczka i uniosła wzrok. Siedziała z nogami na stole w niemal pustej sali w Barze K'rula. Odsunęła krzesło od
stolika i czyściła paznokcie sztyletem.
Niewidka oparła się łokciem o bar i wsparła podbródek na dłoni, po czym
zerknęła na siedzącego na swym zwykłym miejscu Duikera.
- To miał być komentarz?
Wykałaczka zmarszczyła nos.
- Nie chodziło mi o ciebie. To coś jeszcze gorszego. Nie czułam tego
zapachu, odkąd... - Krzesło przewróciło się na podłogę. Zaklęła. - Ten
zasraniec we włosienicy wrócił do miasta!
Niewidka wyprostowała się i rozejrzała wkoło.
- Nie! - Skoczyła ku drzwiom. - Pilnuj tylnych!
Drzwi otworzyły się, nim zdążyła do nich dobiec. Spróbowała zamknąć je
przed nosem mężczyzny o rozczochranej, upstrzonej siwizną czuprynie i ogorzałej, nieogolonej twarzy, odzianego w długą, wystrzępioną
włosienicę. Zdołał jednak wśliznąć się do środka, nim zdążyła je
zatrzasnąć.
- Miło cię znowu zobaczyć, Niewidka - rzekł, łypiąc na nią ze złością.
Wzdrygnęła się, zasłaniając dłonią nos i usta.
- Trzpień, co tu robisz, na martwą dupę Kaptura?
Wykałaczka przybiegła z zaplecza.
- Tylne drzwi zamknięte. Nie ma szans się... O cholera.
Mężczyzna uśmiechnął się, odsłaniając zęby.
- Jak za dawnych czasów. - Podszedł do stolika Duikera i ukłonił się
siwobrodemu mężczyźnie. - Długo się nie widzieliśmy, Historyku.
Usta staruszka rozciągnęły się odrobinę.
- Podpalaczy Mostów nic nie zatopi.
- Gówno zawsze wypływa - mruknęła stojąca przy barze po drugiej stronie
sali Wykałaczka.
- Może byśmy się napili?! - zawołał głośno Trzpień. - Chyba że macie za
dużo roboty przy obsługiwaniu klientów.
- Nie mamy ani kropli - oznajmiła Niewidka. - Musisz spróbować gdzie
indziej. Nie zatrzymujemy cię.
Trzpień obrócił się na krześle.
- Ani kropli? Co to za bar, jeśli nie ma w nim alkoholu?
- Bardzo ponury - odpowiedział Duiker tak cicho, że najwyraźniej nikt go
nie usłyszał.
- Hmm. - Trzpień podciągnął znoszoną włosienicę, jakby czuł się w niej
niewygodnie albo była za ciasna. - W takim razie spróbuję wam pomóc.
Wykałaczka i Niewidka wymieniły zdziwione spojrzenia.
- Tak? - zapytały chórem.
- Jasne. Akurat napatoczyła mi się robota. No wiecie, taka, w której
można zarobić. Na jedzenie i picie. I na czynsz. - Przyjrzał się
uważniej Niewidce. - Komu właściwie płacicie tutaj czynsz?
Obie kobiety przesunęły się nerwowo, spoglądając na ściany.
- Dlaczego zwróciłeś się do nas? - zapytała nagle Niewidka.
Wykałaczka pokiwała głową.
- Potrzebują ludzi, którzy potrafią trzymać gębę na kłódkę.
- Wszyscy dali już sobie spokój z Gildią Skrytobójców, tak? - zapytała
Wykałaczka.
- Zakładając, że ktoś z jej członków jeszcze żyje - dodała Niewidka.
Trzpień wzniósł oczy do sufitu.
- Nie mówię o takiej robocie!
- To o jakiej, na fiuta Fenera? - zapytała Niewidka.
Weteran usiadł prosto, wyciągnął przed siebie nogi i splótł dłonie na
pasie. Uśmiechnął się krzywo. Wykałaczka pomyślała, że pewnie chce się
im w ten sposób przypodobać, ale przywodziło to raczej na myśl lubieżny
grymas obleśnego starucha.
- Bardzo odpowiedniej dla ciebie, Niewidka. Tradycyjny dyskretny
rekonesans. Obserwacja i składanie meldunków.
- Ile płacą? - zapytała Wykałaczka.
- Złotą radę dziennie.
Niewidka zagwizdała.
- Kto jest wart tak wiele? Z pewnością nie ty.
Z twarzy Trzpienia zniknął uśmiech.
- Płacą dużo, by mieć pewność, że robota zostanie wykonana.
- Kto płaci? - zapytał nagle Duiker cichym, ochrypłym głosem. - Kto jest
szefem?
Wszyscy troje spojrzeli ze zdumieniem na starego historyka.
- Masz cholerną rację! - zawołała Niewidka.
- Aha - zgodziła się Wykałaczka. - To może być pułapka. Fałszywy
kontrakt, żeby wywabić nas z ukrycia.
Trzpień machnął lekceważąco ręką.
- Ech! Gadacie zupełnie jak Nerwusik. - Rozejrzał się. - Gdzie podział
się ten świr?
Niewidka wsparła łokcie na blacie.
- Wyruszył na południe. Powiedział, że czuje się... hmm... nerwowy. -
Skrzywiła się. - Przestań zmieniać temat. Kto płaci?
Trzpień raz jeszcze machnął ręką.
- Mniejsza z tym. Ja to wiem. I jestem pewien, że można im zaufać.
- Im? - zapytała Wykałaczka, unosząc brew. - Jakim im?
Trzpień rozpostarł ręce.
- No dobra! Jesteście pełne zaufania jak Jagowie. - Pochylił się i postukał palcem w bok zdeformowanego nosa. - Można powiedzieć, że to
nasi dawni pracodawcy.
Gdyby Wykałaczka trzymała coś w rękach, z pewnością cisnęłaby tym w Trzpienia.
- Ty cholerny idioto! Wszyscy jesteśmy dezerterami!
Mężczyzna ponownie uśmiechnął się drwiąco.
- Zgadza się. To czyni nas wolnymi strzelcami, tak?
- Politycznie to ma sens - stwierdził Duiker, wycierając dłonią kurz z blatu. - Aragan nie może sobie pozwolić na to, żeby Rada oskarżyła go o ingerencję w sprawy miasta albo szpiegostwo.
Trzpień uniósł brwi.
- Aragan? Ten stary pies jest tutaj?
Niewidka i Wykałaczka zaklęły jednocześnie.
- Trzpień - zdołała zawołać ta pierwsza, przełykając kolejne
przekleństwa. - Ty durny wole! Jest przeklętym przez Oponn ambasadorem!
Powiedziałeś, że wiesz, dla kogo pracujesz!
Twarz mężczyzny poczerwieniała. Wstał i odsunął krzesło.
- Raczej nie zaczepił mnie na cholernej ulicy, tak?
Stary historyk spojrzał na troje weteranów łypiących na siebie ze
złością.
- Przypilnuję interesu - zaproponował, unosząc rękę.
Wszyscy troje spojrzeli na niego i wypuścili z ulgą powietrze.
Wykałaczka skinęła głową.
- W porządku.
- Gdzie? - zapytała Niewidka.
Trzpień obrzucił historyka zamyślonym spojrzeniem.
- Na południu miasta. Na cmentarzyskach. Chcą się dowiedzieć, co się tam
dzieje.
- Mówią, że wszystko już stamtąd ukradziono - odezwała się Wykałaczka.
- Przeszłość nigdy nie znika. Dźwigamy ją ze sobą - wyszeptał Duiker,
jakby kogoś cytował.
Trzpień ściągnął brwi i podrapał się po strupie na nosie.
- Aha. Czysta prawda.
Niewidka weszła za bar i wyciągnęła dwa długie noże w pochwach, owinięte
w pas.
- Wyruszymy nocą, nim zamkną bramę Miasta na Wzniesieniach.
Trzpień uśmiechnął się do niej krzywo.
- Widziałaś ich ogniska?
- Jak za dawnych czasów.
***
Szli opustoszałym brzegiem z czarnego piasku, mijali wulkaniczne
przylądki i cały czas mieli z boku niespokojne, świetliste fale morza
Vitru. Otwierały się przed nimi kolejne łuki plaż z przypominającego
sproszkowane szkło piasku.
Kiedy szli kolejną taką plażą, Leoman odchrząknął nagle i wskazał za
siebie.
- Myślisz, że naprawdę jest tym, za kogo się podaje?
Wzruszyła niecierpliwie ramionami.
- Właściwie nawet nie wiem za kogo.
Leoman pokiwał głową.
- To prawda. Być może tacy jak my nie są w stanie tego pojąć.
Przeciągnął się, by rozluźnić mięśnie barków i pleców.
Zupełnie jak kot, pomyślała Kiska. I jeszcze te cholerne wąsy!
Przez chwilę szli bez słowa.
- Miałem kiedyś przyjaciela, który bardzo dobrze sobie radził z ignorowaniem takich pytań albo zapominaniem o nich - odezwał się w końcu
Leoman. - Po prostu nie chciał myśleć o tym, na co nie miał wpływu.
Zawsze podziwiałem tę jego cechę.
- A co się stało z tym nadzwyczaj rozsądnym mężczyzną? - zapytała Kiska.
- Postanowił zabić boga.
Kiska spojrzała na niego.
Pożogo, miej mnie w swojej opiece!
- Czy twoi towarzysze zawsze są tacy ekstrawaganccy?
Zerknął na nią z ukosa, unosząc kąciki ust w leciutkim uśmieszku.
- To dziwne, ale tak.
Ruszyła ku miejscu, gdzie zerodowane urwisko blokowało im drogę. Będą
musieli się na nie wspiąć.
***
Ze szczytu ujrzała szeroką panoramę morza migotliwego, ciągle się
zmieniającego blasku. Nic nie mąciło jego tafli. Widmowa sylwetka Twórcy
roztopiła się już na firmamencie za nimi. Jestestwo wróciło do swej
pracy, która zapewne trwała wiecznie. Czy to było coś w rodzaju klątwy?
Czy raczej niewdzięczne powołanie, któremu szlachetnie się oddawało?
Skierowała spojrzenie na następny zakręt i zaparło jej dech w piersiach.
Leoman znalazł ją w takiej pozycji - przykucniętą i wpatrzoną w jeden
punkt. Zaczerpnął tchu, by zapytać, co się stało, ale wskazała głową na
plażę przed nimi. Spojrzał w tamtym kierunku i zaklął pod nosem.
Na plaży leżały ogromne, obracające się w szkielet szczątki. Połowa ich
długości zanurzała się w świetlistych falach, w których znikały powoli,
rozpuszczane przez Vitr.
To było ciało smoka.
Zbliżyli się do niego, idąc obok siebie.
Leoman ściskał kiścienie, a Kiska zaciskała dłonie na swoim drągu, choć
oboje wiedzieli, że taka broń na nic im się nie zda, gdyby się okazało,
że mają do czynienia z martwiakiem. W ciemnych oczodołach nie było
jednak śladu świadomości. Ogromny pysk, o długości większej niż wzrost
Leomana, był zmumifikowany, wyschnięte ciało odsunęło się od czarnych
otworów nozdrzy. Szczerzyły się do nich żółte, zakrzywione zęby, które
byłyby prawdziwym skarbem dla alchemika.
Kim był ten Eleint za życia? Czy ludzie go znali? A może cała jego
egzystencja była jedynie tytaniczną próbą ucieczki z Vitru? Ta myśl
zasmuciła Kiskę głęboko.
Jej towarzysz odchrząknął, ale nic nie powiedział. Skinęła głową i przełknęła ślinę. Kiedy się oddalali, ujął jej dłoń, ale ją wyszarpnęła.
Zamaskowała tę odruchową reakcję, przyśpieszając kroku i podchodząc do
miejsca, gdzie plaża kończyła się osypiskiem porowatych wulkanicznych
skał.
- Nie ma się do czego śpieszyć, dziewczyno! - zawołał po chwili Leoman.
Zwiesiła głowę, zatrzymując się przy skalnych odłamkach, sięgających aż
do świetlistych fal Vitru. Obejrzała się na Leomana. Posuwał się naprzód
bardzo ostrożnie.
- Nie mamy pewności...
- Tak, tak, wiem! - odpowiedziała. - Ale się pośpiesz.
Podszedł do niej i mrugnął znacząco.
- Nie miałoby sensu zginąć tak blisko celu.
- Jakiego celu?
Pogłaskał się po wąsach.
- Odpowiedzi. Takiej albo innej.
- Leoman... - zaczęła z namysłem, przeskakując z głazu na głaz - ...obiecaj
mi coś, dobrze? Gdybym wpadła do Vitru i obróciła się w popiół.
- Co, dziewczyno?
- Że zgolisz te kretyńskie wąsy. - Zeskoczyła na czarny piasek kolejnego
odcinka plaży. - I przestań mówić do mnie "dziewczyno".
Zeskoczył na piasek obok niej, przesunął palcem po wąsach i uśmiechnął
się.
- Muszę cię poinformować, że kobiety uwielbiają...
- Nie chcę tego wiedzieć! - przerwała mu. - Dziękuję.
- Ciągle to powtarzasz. Ale zapewniam, że...
Nagle wyciągnęła rękę. Uklękła, a Leoman do niej dołączył.
Ślady na piasku. Niepodobne do żadnych, jakie w życiu widziała, ale z pewnością ślady. Do tej chwili nie widzieli tu żadnych. Coś szło
niezgrabnie, powłócząc nogami. Wskazała na klify w głębi lądu. Leoman
skinął głową. Uwolnił kiścienie i wziął je w ręce, owijając łańcuchy
wokół rękojeści. Kiska uniosła drąg.
Trzymali się brzegu skalistego przylądka, nie spuszczając wzroku z granicy między plażą a klifami. Zauważyła ciemne wyloty wielu jaskiń.
Zerknęła na Leomana i wskazała na nie ręką. Skinął głową. Kiedy zbliżali
się do urwisk, zaczęła szukać kryjówek, przebiegając od jednej do
drugiej. Idący za nią Leoman warknął na znak sprzeciwu. Pierwsze wejście
było wąskie. Wsunęła się do niego, unosząc przed sobą drąg, w każdej
chwili gotowa nim uderzyć. W ciasnej jaskini był pusto, ale zagłębienia
w piasku wskazywały miejsca, w których mogli leżeć ludzie albo inne
istoty. Mieszkańcy? Tutaj? Jakiego rodzaju? Nagle rozległo się wysokie
zawodzenie. Włoski na karku stanęły jej dęba. Kiścienie Leomana.
Potrafił nimi kręcić z szybkością, o jakiej nawet się jej nie śniło.
Wypadła z jaskini i zobaczyła że jej towarzysz walczy z grupą
pokracznych stworzeń. To były demony, przywołane monstra, wszystkie
ranne albo wypaczone. Wyciągały do niego zniekształcone, pazurzaste
łapy. Twarze niektórych były tylko śliniącymi się plamami. Kończyny
większości były zbyt okaleczone, by mogły stanowić zagrożenie. Leoman
powstrzymywał ich ataki, zwrócony plecami do wylotu jaskini.
- Czego chcecie?! - zawołała. - Mówcie! Rozumiecie mnie?
Ziemia się zatrzęsła. Kiska zachwiała się na nogach, ale szybko
odzyskała równowagę. Do tłumu atakujących dołączyła gigantyczna istota.
Najwyraźniej zeskoczyła z urwiska. Kiedy się wyprostowała, była wyższa
od Thelomena. W piasek wbiły się wielkie szponiaste stopy, jak u drapieżnego ptaka. Szeroki tułów pokrywał pancerz przypominający skórę
rzecznego jaszczura. Istota odsunęła na bok mniejszych pobratymców,
szerokimi, poczerniałymi dłońmi, również wyposażonymi w szpony. Jej
gęsta, kudłata grzywa opadała na płonące czerwienią oczy oraz usta pełny
krzywych zębów wyglądających jak sztylety.
Kiska zerknęła pośpiesznie na Leomana, który skinął głową. Oboje
pośpiesznie skryli się w jaskini. W wąskim przejściu zajęła miejsce z przodu. Tu było za ciasno na kiścienie.
Na wejście padł cień.
- Kim jesteście i czego tu szukacie? - zabrzmiał niski głos,
przypominający zgrzytanie kamieni.
- Kim jesteście i dlaczego nas atakujecie?
- Nie atakujemy was. Wtargnęliście na nasze terytorium! To jest nasz
dom.
- Nie wiedzieliśmy, że tu mieszkacie...
- Jasne. Zdawaliście sobie sprawę, że jesteście tu obcy, ale to nas
nazywacie intruzami. To bardzo typowe dla ludzi.
Kiska spojrzała na Leomana, który zatoczył oczami. Wykład na temat
dobrego wychowania był ostatnim, czego się spodziewała.
- Zatem to... nieporozumienie? Możemy wyjść?
- Nie. Nie chcemy tu takich jak wy. Zostańcie w środku.
- Słucham? I kto teraz zachowuje się nieprzyjaźnie?
- Dowiedliście, że jesteście wrogo nastawieni. Musimy się bronić.
Zostańcie wewnątrz. Zastanowimy się nad waszym losem.
- Wypuśćcie nas!
Kiska znieruchomiała, wytężając słuch. Nikt jej nie odpowiedział.
Podeszła bliżej i zobaczyła, że wyjście blokuje zwarta masa
zdeformowanych stworzeń. Osunęła się na piasek pod ścianą.
Leoman usiadł obok niej i rozejrzał się po wąskiej jaskini.
- Świetnie to znamy, prawda?
Oplotła ręce wokół kolan i chrząknęła na znak zgody.
- Moglibyśmy się przez nich przebić - zauważył.
- To tylko potwierdziłoby ich opinię o nas.
- Pewnie masz rację. Zastanawiam się, ile czasu nam dadzą...
- Słucham? - odpowiedziała, unosząc brwi.
- Równie dobrze moglibyśmy go miło spędzić...
- Leoman! Czy możesz choć przez chwilę myśleć o czymś innym?
Demonstracyjnie wzruszył ramionami.
- Jeśli nie panuje się nad sytuacją, najlepiej jest się odprężyć. Nie
możemy nic zrobić, tak? Chodź, pomasuję ci plecy.
Prychnęła lekceważąco, ale trudno jej było powstrzymać uśmiech.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki