1Berkeley
Szesnastego grudnia 1928 roku w Chicago Dorothy Kindred, po mężu Dick, wydała na świat parkę bliźniąt; urodziły się sześć tygodni za wcześnie i były bardzo wątłe. Nadano im imiona Philip i Jane. Prawdopodobnie z powodu niewiedzy - ponieważ nie miała wystarczającej ilości mleka dla dwojga, a ani nikt bliski, ani żaden lekarz, nie zasugerował dodatkowego karmienia butelką - matka dopuściła, by w pierwszych tygodniach życia dzieci cierpiały z głodu. Dwudziestego szóstego stycznia Jane zmarła.
Została pochowana na cmentarzu w Fort Morgan w stanie Kolorado, skąd pochodziła rodzina jej ojca. Obok jej imienia wykuto w kamieniu nagrobnym imię jej żyjącego brata, wraz z datą ich narodzin, myślnikiem i pustym miejscem. Wkrótce później rodzina Dicków wyjechała do Kalifornii.
Na zdjęciach rodzinnych Edgar Dick ma ostre rysy twarzy, dwurzędowy garnitur i filcowy kapelusz, jakie nosili agenci FBI w filmach o czasach prohibicji. Był w istocie urzędnikiem federalnym, ale w departamencie rolnictwa. Jego praca polegała na sprawdzaniu, czy bydło zgłoszone przez farmerów jako ubite, rzeczywiście takie było, i - w przeciwnym wypadku ubijaniu go własnoręcznie - za każdą ubitą sztukę przyznawano premię, więc dochodziło do nadużyć. Jeździł swoim buickiem po wsiach wynędzniałych od wielkiego kryzysu, do przegranych, nieufnych ludzi zdolnych machać nienawistnie przed nosem kontrolera szczurem, którego piekli na prowizorycznym ruszcie. Pocieszeniem podczas tych objazdów były dla niego spotkania z weteranami, takimi jak on. Zaciągnął się na ochotnika i przywiózł z wojny w Europie heroiczne wspomnienia, stopień sierżanta oraz maskę gazową, którą wyciągnął pewnego dnia, by rozbawić swojego trzyletniego synka. Ale Phila to nie rozbawiło. Widząc okrągłe, ślepe oczy i gumową, czarną trąbę, która zwisała złowrogo, chłopiec wrzasnął z przerażenia, sądząc, że to jakiś potwór, jakiś olbrzymi owad pojawił się w miejsce ojca. Potem tygodniami wpatrywał się w twarz, która znów była normalna, w obawie, że dostrzeże inne oznaki metamorfozy. Próby uspokojenia tylko potęgowały jego nieufność. Po tym incydencie Dorothy, która miała swoje poglądy na temat wychowania dzieci, zaczęła wznosić oczy ku niebu i prychać z furią za każdym razem, gdy spotykała zmieszane spojrzenie Edgara.
Gdy po powrocie z frontu poślubił Dorothy, mówiono o niej, że jest podobna do Grety Garbo. Z wiekiem i z powodu różnych chorób przybrała wygląd stracha na wróble odartego z wszelkiej zmysłowości, pozostał jej jednakże pewien władczy urok. Jako żarłoczna czytelniczka dzieliła świat na dwa obozy: tych, którzy oddają się twórczym czynnościom, i tych, którzy się im nie oddają. Nie mogąc pojąć, że istnieją spełnione osoby, które nie należą do pierwszej kategorii, była zmuszona spędzać życie na czymś w rodzaju purytańskiego, ściśle intelektualnego bovaryzmu i nigdy nie zdołała wyważyć drzwi do kręgu wybrańców, który - w jej mniemaniu - tworzyli publikujący autorzy. Gardziła mężem, który - poza kwestiami militarnymi - interesował się tylko futbolem. Próbował wszczepić to zamiłowanie Philowi, zabierając go na stadion w tajemnicy przed żoną; ale chłopiec, solidarny z matką nawet wtedy, gdy pochlebiało mu bycie nieposłusznym, nie był w stanie zrozumieć, dlaczego dorośli ludzie biegają za jakąś żałosną piłką.
Jego dzieciństwo wyglądało trochę jak pierwsze lata Łużyna z powieści Nabokova, albo Glenna Goulda, który żył w tym samym czasie, co on, i był w pewnym sensie jego duchowym kuzynem. Obaj byli grubawymi, smutnawymi chłopcami w typie tych, z których wyrastają arcymistrzowie szachowi lub genialni pianiści. Chwalono go za spokój, za dojrzały gust muzyczny. Najbardziej lubił chować się w starych kartonach i godzinami siedzieć w nich cicho, odcięty od świata.
Miał pięć lat, gdy jego rodzice się rozwiedli z inicjatywy Dorothy, która otrzymała zapewnienie od psychiatry, że syn nie będzie cierpiał z powodu rozstania (miał się na to skarżyć przez całe życie). Edgar wolałby nie zrywać kontaktu, lecz podczas pierwszych wizyt był przyjmowany z takim chłodem, że zniechęcił się i wyjechał do Nevady. Dorothy zaś, w nadziei na znalezienie ciekawszej i lepiej płatnej pracy niż tej w sekretariacie, w którym wegetowała, osiadła wraz z synem w Waszyngtonie.
Spędzili tam trzy straszliwe lata. Phil był w Chicago zbyt mały, by pamiętać coś poza dobroczynnym klimatem Zachodniego Wybrzeża, i odkrywał teraz w bolesnym osłupieniu deszcz, chłód, biedę oraz samotność. Jego matka całymi dniami pracowała w Biurze Federalnym do spraw Dzieci, robiąc korekty szczotek drukarskich broszur pedagogicznych. Po powrocie z kwakierskiej szkoły, do której go zapisała, a w której ustawiano się w kręgu, czekając, aż przemówi Duch Święty, czekał na nią godzinami w ciemnym, smutnym mieszkaniu. Ponieważ wracała zbyt późno, zbyt zmęczona, by czytać mu bajki, musiał opowiadać sam sobie te, które już znał. Najbardziej lubił tę o trzech życzeniach, które wróżka postanowiła spełnić małżeństwu wieśniaków. "Chciałabym dorodną kiełbasę" - krzyczy kobieta. Kiełbasa pojawia się przed nią, budząc wściekłość jej męża. "Oszalałaś? Zmarnowałaś jedno z życzeń! Niech ta kiełbasa na zawsze zawiśnie ci u nosa". I oto nos kobiety przedłuża się o kiełbasę - i tylko trzecie życzenie może ją od niej oswobodzić. Opierając się na tym wzorze, chłopiec bez końca wymyślał nowe warianty. A potem nauczył się czytać i odkrył Kubusia Puchatka. Nieco później wstrząsnęła nim uproszczona wersja Quo Vadis. Dzięki pięknu tej opowieści, wszystko, co mówiono mu w szkole kwakierskiej, nabierało życia. Matka nigdy się nie dowiedziała, że bawił się przez całą zimę, sam, nie mówiąc o tym nikomu, w bycie jednym z pierwszych chrześcijan, ukrytym w katakumbach.
W 1938 roku Dorothy znalazła pracę w Lasach Państwowych Kalifornii, których siedziba znajdowała się na terenie kampusu w Berkeley. Po waszyngtońskim wygnaniu matka i syn znów oddychali pełną piersią. Czuli się jak u siebie, a jednocześnie - w centrum świata, jak każdy, kto mieszkał w Berkeley dłużej niż tydzień. Ten, kto się tam znalazł, odnosił wrażenie, że wszystkie inne miejsca na Ziemi przestały istnieć. Feministka, pacyfistka, miłośniczka kultury i postępowych idei, Dorothy czuła się spełniona w tej enklawie, w której można było jednocześnie być urzędniczką i sufrażystką, i nikogo tym nie obrażać. Co się zaś tyczy Phila, uwielbiał rozbłyski na Zatoce, trawniki i rzeczkę na terenie kampusu, na którym dzieciaki z miasta swobodnie się bawiły, karylion na Sather Tower, z której niósł się nad dachami dźwięk spokojny, a zarazem radosny, jakby chciał nagrodzić godziny upływające tak owocnie. Znacznie mniej lubił szkołę, ale cierpiał na ataki astmy i tachykardii, dzięki czemu często opuszczał lekcje, a nawet gdy był zdrowy, Dorothy wyrozumiale usprawiedliwiała jego nieobecności, pozwalając mu siedzieć w domu. W głębi duszy cieszyła się, że jest tak bardzo niepodobny do swojego ojca, że gardzi sportem, rozróbami i tymi wszystkimi zbiorowymi głupotami, tak udatnie kształtującymi fajtłapowatych, przeciętnych Amerykanów. Widać było wyraźnie, że jest po jej stronie, po stronie artystów, albatrosów, którym gigantyczne skrzydła przeszkadzają chodzić.
W wieku dwunastu lat lubił już to, co będzie lubił przez całe swoje życie: słuchanie muzyki, czytanie i pisanie na maszynie. Dostawał od matki płyty z muzyką poważną - początkowo te o prędkości 78 obrotów na minutę - i rozwinął umiejętność - z której oboje byli dość dumni - rozpoznawania po kilku taktach każdej opery, symfonii lub koncertu, które odtwarzano lub nawet nucono w jego obecności. Kolekcjonował magazyny ilustrowane, gdzie pod przykrywką tematyki popularnonaukowej była mowa o zatopionych kontynentach, przeklętych piramidach, okrętach, które zniknęły w tajemniczych okolicznościach na Morzu Sargassowym. Rolę tytułów tych pism pełniły wiele mówiące epitety: "Astounding", "Amazing", "Unknown"... Ale Phil czytał też opowieści Edgara Allana Poego i H.P. Lovecrafta, pustelnika z Providence, którego bohaterowie mierzyli się z tak potwornymi obrzydliwościami, że nie potrafili ich opisać.
Bardzo wcześnie zaczął naśladować te wzorce. W Waszyngtonie nabazgrał kilka ponurych wierszy o kocie, który żywcem pożerał ptaka, o mrówce, która niosła truchło trzmiela, o zapłakanej rodzinie, grzebiącej ślepego psa. Maszyna do pisania wyswobodziła jego natchnienie. Gdy tylko ją dostał, stał się jej wirtuozem. Nikt, w opinii tych, którzy go znali, nie był w stanie pisać tak szybko i tak długo; klawisze zdawały się wychodzić naprzeciw jego palcom. W ciągu dziesięciu dni ukończył pierwszą powieść, ciąg dalszy Przygód Guliwera, których manuskrypt przepadł. Pierwsze teksty opublikował w "Berkeley Gazette", w rubryce "Młode Talenty", i były to makabryczne baśnie inspirowane Poem. Kierownik literacki tego magazynu, podpisujący się jako ciocia Flo, zdecydowany zwolennik realizmu (typu Czechow-Nathanael West), nakłaniał go, by pisał o czymś, co zna, o codziennym życiu, o rzeczach małych, lecz prawdziwych, i by trzymał swoją wyobraźnię na wodzy. Phil poczuł się niezrozumiany, więc założył własne pismo, którego był jedynym redaktorem. Mam nadzieję, że wzbudzę tylko powierzchowną aprobatę, uznając za proroczy zarówno tytuł tego pisma - "The Truth" - jak i manifest otwierający jego jedyny numer: "Obiecujemy pisać tu jedynie to, co bez cienia wątpliwości jest prawdą", oraz fakt, że ta nieprzejednana prawda przybiera formę międzygalaktycznych przygód, będących wytworem fantazji trzynastoletniego gryzipiórka.
Pewnej nocy w tamtym czasie miał sen, który powracał kilkakrotnie. Śnił, że jest w księgarni i szuka numeru "Astounding", którego brakowało mu do kolekcji. W tym bardzo rzadkim i bardzo drogim numerze opublikowano tekst zatytułowany Imperium wcale się nie rozpadło. Gdyby na niego trafił, gdyby mógł go przeczytać, wiedziałby wszystko. Pierwszy sen skończył się, zanim przekopał w całości stos starych magazynów, wśród których - jak sądził - leżał cenny egzemplarz. Czekał na powrót snu z niespokojną żarliwością, a gdy to się stało, poczuł ulgę, że stos nadal tam jest, i zaczął gorączkowo go przeszukiwać. Stos topniał z każdym snem coraz bardziej, ale Phil budził się zawsze zanim dotarł do ostatniego numeru. Całymi dniami powtarzał sobie tytuł tego tekstu, a jego dźwięk zaczął wreszcie mieszać się z pulsującym szumem krwi w uszach, gdy miał gorączkę. Wyobrażał sobie litery, z których się składał, ilustrację na okładce. Ta ilustracja, choć niewyraźna - a może właśnie dlatego - niepokoiła go. Z biegiem tygodni jego pragnienie zabarwiło się lękiem. Wiedział, że jeśli przeczyta Imperium wcale się nie rozpadło, odkryje wszystkie sekrety świata; ale domyślał się też, że ta wiedza okupiona jest zagrożeniem. Lovecraft napisał: gdybyśmy wiedzieli wszystko, oszalelibyśmy z przerażenia. W związku z tym Phil zaczął patrzeć na ten sen jak na diaboliczną zasadzkę, a na ukryty w stosie magazynów numer - jak na przyczajonego potwora, gotowego pożreć go, gdy tylko skończy pokonywać zjeżdżalnię wiodącą do jego paszczy. Zamiast się spieszyć, jak to robił na początku, próbował teraz spowalniać ruch swoich palców, które - odkładając magazyny jeden po drugim - zbliżały go do kulminacji przerażenia. Bał się zasypiać, trenował czuwanie.
Bez wyraźnej przyczyny sen ustał. Phil czekał na jego powrót z lękiem, a potem znowu - z niecierpliwością; po dwóch tygodniach dałby wszystko, by powrócił. Przypomniał sobie baśń o trzech życzeniach, z których każde kolejne zostało zmarnowane, by zapobiec katastrofie związanej z nieostrożnym użyciem poprzedniego. Jego życzeniem była lektura Imperium wcale się nie rozpadło. Później, przeczuwając niebezpieczeństwo, chciał, by oszczędzono mu tej lektury; teraz znów chciał przeczytać, lecz myślał, że jeśli ktoś nie chce spełnić tego życzenia, to być może robi to w akcie miłosierdzia, bo nie ma czwartego życzenia. Czuł jednakże zawód, że sen nie powraca. Tęsknił za nim. A potem zapomniał.
Był chłopcem nieco zbyt grubym, z zadyszką, i mieszkał sam z matką. Zwracali się do siebie "Philip" i "Dorothy" i traktowali się zastanawiająco ceremonialnie. Wieczorem, leżąc w łóżkach, rozmawiali między pokojami, pozostawiwszy otwarte drzwi. Ulubionymi tematami ich rozmów były książki, choroby i leki mające przynieść ulgę. Dorothy - zdiagnozowana hipochondryczka - posiadała apteczkę równie dobrze zaopatrzoną, co kolekcja płyt jej syna, i równie szeroko otwartą na nowości. Gdy po wojnie pojawiły się pierwsze psychotropy, była jedną z pionierek tego chemicznego eldorado, testując chloropromazynę, valium, Tofranil czy Librium, w miarę jak pojawiały się na rynku, porównując stany odrętwienia, jakie wywołują i wychwalając je przed bliskimi.
Od czasu do czasu Phil spotykał się z ojcem, który ożenił się po raz drugi i osiadł w Pasadenie, gdzie został prezenterem w lokalnym radiu. Zawód ten wydawał się bardzo prestiżowy nieśmiałemu nastolatkowi, który marzył o wywieraniu wpływu na innych. Podczas wojny był - tak jak wszyscy - patriotą, a jednocześnie fascynował się propagandą Goebbelsa. Pochlebiał sobie, że potrafi podziwiać doskonałe wykonanie planu, który jednocześnie potępiał. Drzemał w nim trybun, przywódca tłumów, ale ponieważ nie umiał nikogo porwać, siedział cicho w kącie.
Tak, tym, co lubił najbardziej, z braku lepszych możliwości, było właśnie siedzenie w kącie i gromadzenie w nim dobytku. Matka rytualnie prosiła go o sprzątanie pokoju, gdzie panował bałagan charakterystyczny dla maniaków, którzy - niczym Sherlock Holmes datujący artefakt po grubości pokrywającej go warstwy kurzu - byli jedynymi osobami zdolnymi rozeznać się wśród nich. Był to sklasyfikowany w niewidoczny sposób bajzel złożony z makiet samolotów czy czołgów, szachów, płyt, magazynów popularnonaukowych, a także zdjęć nagich dziewczyn - poukrywanych lepiej niż cała reszta.
Bo, oczywiście, Phil zaczynał interesować się dziewczynami. Bez powodzenia, gdyż bardzo brakowało mu pewności siebie, lecz wystarczająco, by ucierpiała na tym jego osmoza z Dorothy. Zdesperowana matka uświadomiła sobie nagle, że szkolna apatia, introwersja i napady lęku jej syna wymagają specjalistycznej pomocy. Miał czternaście lat, gdy zaprowadziła go do pierwszego z całej niemal nieprzerwanej serii psychiatrów, ciągnącej się aż do jego śmierci.
Po kilku seansach wspieranych lekturą książek, w których matka zostawiała gorączkowe adnotacje, młody Dick ze swadą rozprawiał o neurozach, kompleksach, fobiach, i poddawał swoich kolegów testom osobowości, z których - nie zdradzając tajemnicy źródła swojej wiedzy - wyciągał dla każdego z nich nie zawsze pochlebne i nie zawsze cenne wnioski.
Pod koniec lat trzydziestych rozkwit tego typu testów znacznie zmienił poglądy przeciętnego Amerykanina na to, co dzieje się w jego głowie i w głowie jego bliźniego. Gdy wybuchła wojna, pokazały one, że ponad dwa na czternaście milionów rekrutów cierpi na wykluczające zaburzenia neuropsychiatryczne. W obliczu tych danych, których nikt nie domyślał się, zanim nie zebrano ich przy użyciu parametrów uznawanych za naukowe, rząd spanikował, przeznaczył ogromne sumy na sektor zdrowia psychicznego i wsparł rozwój psychoanalizy, licząc, że uczyni ona z tych półszaleńców odpowiedzialnych i zrównoważonych obywateli.
Ta ufność mogła wydawać się naiwna i budziła uśmiech starego Freuda, który, docierając do Nowego Jorku, pochlebiał sobie, że wwozi dżumę do Nowego Świata. Ale amerykańscy psychiatrzy i psychoanalitycy, podchodzący do różnicy między tymi dwiema dyscyplinami w sposób znacznie mniej precyzyjny niż ich koledzy z Europy, dopasowali freudyzm do swojej pragmatycznej wizji i skupili się nie tyle na znajomości i akceptacji siebie - w tym swojej wyjątkowości - ile na przystosowaniu do norm społecznych. Testy, które nagminnie przeprowadzali, oceniały postępy pacjentów w dążeniu do celu, jakim było normalne funkcjonowanie. Albo przynajmniej: pozornie normalne funkcjonowanie.
Już w dzieciństwie byłem krótkowidzem i pamiętam, jak zbiłem z tropu okulistę, recytując z pamięci litery z tablicy służącej do badania wzroku. Ponieważ potrafię przeczytać wszystko - argumentowałem - nawet te małe literki na dole, to nie ma mowy, by ktokolwiek przepisał mi okulary (nie podziałało). Nastoletni Dick tak samo dobrze zaznajomił się z testami, lecz zrobił z nich wręcz wirtuozowski użytek. Wykorzystując intuicję, własne krótkie doświadczenie i sztywność systemu, nauczył się obchodzić podchwytliwe pytania i zgadywać odpowiedzi, jakich od niego oczekiwano. Wiedząc - niczym uczeń, który zaopatrzył się w książkę mistrza - które okienka zakreślać w Wordsworth Personal Data Sheet czy też w Minnesota Multiphasic, żeby usatysfakcjonować badającego, jaki rysunek rozpoznać w tej czy innej plamie Rorschacha, by wywołać bezradność - bywał, zależnie od humoru, normalnie normalny, normalnie anormalny, anormalnie anormalny, anormalnie normalny (wówczas triumfował), i zmieniając co chwilę symptomy - wodził za nos swojego pierwszego psychiatrę.
Po nim nastąpił znacznie inteligentniejszy psychoanalityk z San Francisco. Był jungistą, a w Berkeley uważano ich od niedawna za elitę, do której wstęp miały tylko najbardziej twórcze umysły. Dwa razy w tygodniu Phil wsiadał na prom i przepływał Zatokę. Jednemu z kolegów, którego dziwiły te przeprawy, powiedział, że chodzi na kursy dla osób szczególnie uzdolnionych, o nadprzeciętnie wysokim IQ, i że - choć nie powinien tego mówić - oszukiwał przy rozwiązywaniu testów. Kolega zarechotał porozumiewawczo, tak jak rechoczą między sobą nieuki dumne z tego, że nimi są, ale Phil zauważył czujnie, że uzurpator, który zdoła sprawić, by inni uważali go za geniusza, wykazuje się znacznie większą genialnością, niż autentyczny geniusz; wówczas kolega spojrzał na niego mniej więcej takim samym wzrokiem, jakim pod koniec patrzył na niego jego pierwszy psychiatra. A później go unikał.
W trakcie drugiej terapii Phil odkrył, jakie niezwykłe wrażenie wywołuje opowieść o Jane na osobach zajmujących się psychologią, i jakim uznaniem cieszy się wśród znawców trauma takiego kalibru. Zrozumiał, że mówienie o zmarłej bliźniaczce czyni go interesującym, i spędził długie sesje na zastanawianiu się, kto i przy jakiej okazji poinformował go o tragedii związanej z ich narodzinami. Prawdopodobnie matka, prawdopodobnie - wcześnie. Zdaje mu się, że zawsze o tym wiedział. Pamięta z wczesnego dzieciństwa wymyśloną towarzyszkę o imieniu Jane, która miała czarne oczy i włosy, i z szatańską zuchwałością wydostawała się z najtrudniejszych sytuacji - w przeciwieństwie do niego, bo był fajtłapą zakopanym pod stertą starych kartonów. Twierdził również, że pamięta, jak matka w chwili gniewu krzyczy, iż lepiej byłoby, żeby umarł on, a nie Jane.
Gdy dowiedział się, kim jest kastrująca matka, potraktował to odkrycie trochę jak zdradę (Dorothy płaciła temu typowi, a on mówił o niej złe rzeczy), ale wiadomość ta trafiła na podatny grunt i wkrótce przerodziła się w źródło niepokoju. Obciążony taką matką i nieobecnym ojcem, wyraźnie zaciekawiony wytworami sztuki i umysłu - czyż nie spełniał wszystkich warunków, by zostać homoseksualistą?
Była to jedna z obsesji jego okresu dojrzewania, ale nie jedyna. Cierpiał na lęk wysokości, na agorafobię. Bał się środków transportu zbiorowego, nie był w stanie jeść w miejscach publicznych - nawet kanapki. W wieku piętnastu lat podczas koncertu symfonicznego przeżył atak paniki: zdawało mu się, że utonął i ogląda świat przez podwodny peryskop.
Innym razem źle się poczuł w kinie, oglądając kronikę filmową, w której widać było amerykańskie oddziały masakrujące miotaczami ognia japońskich żołnierzy na jednej z wysp Pacyfiku. Najgorsza była nie tyle męczarnia Japończyków, ile entuzjazm widowni, zachwyconej widokiem tych makaków zamieniających się w pochodnie. Musiał szybko wyjść - za nim pobiegła przerażona Dorothy - i przez lata całe nawet nie zajrzał do żadnego kina.
Te kryzysy nie ułatwiały mu kontynuowania nauki. Przestał chodzić do szkoły, ale uczył się w domu, słuchając płyt. Podobał mu się zwłaszcza jeden z przedmiotów, bo dobrze zestrajał się z podkładem dźwiękowym: język niemiecki, który, w akcie brawury, wybrał jako język nowożytny pod koniec wojny, i którego czarowną poezję teraz odkrywał. W jego życiu pojawiły się melodie Schuberta, Schumanna, Brahmsa. Nie wyobrażał sobie, że można przeżyć je lepiej, niż słuchając ich, i w wieku szesnastu lat postanowił uczynić z tego swój zawód.
Znalazł zatrudnienie na pół etatu w sklepie o nazwie University Music. Sprzedawano w nim płyty, odbiorniki radiowe, adaptery, pierwsze telewizory. Naprawiano je również, a serwisanci tworzyli grupę arystokratów, którym młody Phil zazdrościł kompetencji. Angielski czasownik to fix, który oznacza jednocześnie majsterkować, wytwarzać, łatać, trzymać razem, i bardziej niż francuskie słowo fixer przywołuje ideę stabilności osiągniętej w wyniku długiej walki - ten czasownik określał wszystko, co cenił Phil w ludzkim geniuszu; bohaterowie jego książek będą wiecznymi majsterkowiczami, drobnymi rzemieślnikami przykutymi do pulpitów. Może się to wydawać dziwne w przypadku chłopca, który czytał jak szalony i dorastał w najbardziej intelektualnym spośród wszystkich miast uniwersyteckich, ale bardzo wcześnie wybrał swój obóz - zanim jeszcze można było oskarżyć go o pogardzanie winogronami, których nie mógł dosięgnąć. Jego ulubionym środowiskiem nigdy nie będzie uniwersytet ani kawiarnie, gdzie rozgadani studenci naprawiają świat - ale drobny zakład wytwórczy, sklepik, przed którym rano zamiatamy chodnik zanim podniesiemy metalową kratę i przyjmiemy pierwszych klientów.
Jego praca polegała na otwieraniu kartonów z płytami z muzyką klasyczną przysłanych przez dystrybutorów, i na układaniu ich w pojemnikach - i często wahał się, jak je sklasyfikować, gdy na jednej płycie pojawiały się dzieła różnych kompozytorów - na kupowaniu ich z rabatem do swojej własnej kolekcji, na porównywaniu z klientami oraz innymi sprzedawcami zalet różnych wersji Czarodziejskiego fletu, na zamiataniu podłogi i uzupełnianiu rolek papieru w toalecie za kabiną odsłuchową numer trzy. University Music był jego światem - stabilnym i znanym - w którym nic przykrego nie mogło się zdarzyć. Nie mogły go tam dosięgnąć ataki lęków czy agorafobii. Nabierał tam pewności siebie. Gdy podobała mu się jakaś klientka, zapraszał ją do kabiny, by posłuchała z nim pierwszych albumów cudownego, młodego Dietricha Fischera-Dieskaua, śpiewającego barytonem kołysanki Schuberta jak nikt inny przed nim. Gdy płyta się kręciła, on wbijał w dziewczynę intensywne, błękitne spojrzenie, i nucił swoim głębokim, lekko ochrypłym głosem, który całkiem niedawno pojawił się w miejsce młodzieńczego falsetu.
Aby rozwinąć ten typ podrywu, marzył o prowadzeniu audycji, której w lokalnym radiu patronował jego szef. Niestety, pozwalano mu tylko układać playlisty; monopol na mikrofon posiadał typ z brylantyną na włosach, w marynarce w kratę i dwukolorowych butach; Phil z całego serca go nienawidził. W jednym ze swoich ulubionych rojeń wyobrażał sobie siebie jako astronautę orbitującego wokół Ziemi zdewastowanej przez katastrofę nuklearną. Do satelity, na którym, z braku możliwości technologicznych, by go sprowadzić na Ziemię, był zmuszony krążyć aż do śmierci, docierały radiowe komunikaty ocalałych rozsianych po całej zrujnowanej planecie. On też je wysyłał, a ludzie - tam na dole - próbowali je wyłapać, trochę jak Francuzi słuchający Londynu w czasie okupacji. Puszczał płyty, czytał książki, przekazywał informacje. Dzięki niemu istniała łączność między osamotnionymi grupami, którym jego ciepły głos dodawał otuchy i sił do przetrwania. By go słuchać, gromadzono się wokół odbiorników kryształkowych, które ludzie uznawali za swoje najwyższe dobro. Bez tych odbiorników, bez samotnego dyskdżokeja, który czuwał nad nimi z góry, powróciliby do stanu dzikusów. Cywilizacja odradzała się pod jego egidą. A najlepszy w tym śnie na jawie był moment, w którym mierzył się z pokusą pozwolenia ludziom, by czcili go niczym boga. Triumfował wówczas, ale ledwo ledwo.
Istnieją różne wersje opowieści o jego wyprowadzce od matki. Phil skarżył się, że Dorothy bardzo źle to przyjęła, groziła, że zadzwoni na policję, by przeszkodzić mu w odejściu i w zostaniu homoseksualistą, do czego na pewno by doszło, gdyby przestała nad nim czuwać. Dorothy zapewniała natomiast, że sama musiała wystawić go za drzwi, bo był już zbyt dorosły, by z nią mieszkać. Tak czy inaczej - przeniósł swoje kolekcje książek, płyt, magazynów, swój cenny gramofon Magnavox, do mieszkania zajmowanego przez studencką cyganerię, pod której wpływem ewoluował jego gust literacki. W tym kulturalnym, ale pretensjonalnym środowisku można było cytować wyłącznie "wielką literaturę": dopiero później przyszła moda na życzliwe traktowanie popularnych gatunków. Dick, niczym uległy kameleon, przestał zatem czytać fantastykę, schował tanie magazyny, którymi zachwycał się w okresie dojrzewania, i sięgał już tylko po Joyce'a, Kafkę, Pounda, Wittgensteina czy Alberta Camusa. Idealny wieczór polegał na słuchaniu Buxtehudego albo Monteverdiego i poetów awangardy, na cytowaniu całych fragmentów dzieła Finneganów tren, dopatrując się w nim śladów wpływu Dantego. Wszyscy wokół niego próbowali pisać, i gorączkowo przerzucając się nazwiskami twórców, wymieniali rady oraz manuskrypty. Poza kilkoma opowiadaniami, które bez skutku próbował opublikować w prasie, Dick pisał wówczas dwie powieści, o których wiemy tylko tyle, ile zechciał wyjawić później. Pierwsza była długim monologiem wewnętrznym o niemożliwym poszukiwaniu miłości i archetypach jungowskich, druga opisywała złożoną plątaninę kłamstw i niedopowiedzeń erotycznego trójkąta w maoistycznych Chinach.
Wtedy też przestaje być prawiczkiem i przy okazji pozbywa się obaw, że jest gejem; robi to z jedną z klientek sklepu, którą poderwał za radą mniej wstydliwego kolegi. Odmówiwszy sprzedania przesłodzonych kolęd, które chciała kupić, puścił jej w kabinie swoje ulubione płyty, zaprowadził do podziemi, które serwisanci opuszczali w porze obiadu, a tydzień później ożenił się z nią, inaugurując bez pompy długą karierę kompulsywnego monogamisty. Wynajęli razem ponure mieszkanie, w którym Phil doświadczył za jednym zamachem niedogodności małżeńskiego życia w biedzie i bardzo nikłej więzi ze swoją żoną. Zasypiała, gdy czytał The Varieties of Religious Experience Williama Jamesa lub swoje własne opowiadania, uważała Finneganów tren za rzecz niezrozumiałą i nie znosiła płyt, których w kółko słuchał. Po kilku tygodniach mówiła, że chce je połamać. Rozstanie było tylko kwestią czasu. Podobno sędzia uznał powód rozwodu za błahy, ale ta groźba prześladowała Dicka jeszcze długo. W książce Rok 1984 Orwell wyobraża sobie, że policja, by wywołać spersonalizowaną presję, dąży do odkrycia, czego najbardziej boi się każdy obywatel: jeden tego, że pogrzebią go żywcem, inny - że zeżre go szczur. Myśl, że ktoś może połamać jego cenne płyty, miała dla Dicka charakter absolutnego horroru. W kolejnych książkach okrutne żony krzywdzą tak swoich niewydarzonych mężów, a w przedostatniej powieści Dicka właśnie do tej groźby musi się odwołać sam Jahwe, by zmobilizować bohatera, niechętnie poddającego się Jego woli.
Niebezpieczeństwo oddaliło się dzięki drugiej żonie, którą również poznał w sklepie z płytami, gdzie eksplorowała dział z operą włoską. Zaciekawiony przetestował jej gust i zaczekał z uwodzeniem do czasu, gdy upewnił się, że lubi te same interpretacje, co on. Kleo Apostolides miała dziewiętnaście lat. Była studentką o greckich korzeniach, dość ładną brunetką, zagorzałą czytelniczką i - jeśli wziąć pod uwagę przyszłe standardy Dicka w dziedzinie małżonek - wyjątkowo zrównoważoną. Wzięli ślub w czerwcu 1950 roku, kupując na kredyt zniszczony dom w gorszej, robotniczej części Berkeley. Dach przeciekał, farba się łuszczyła, i w czasie ulewnych zimowych deszczy trzeba było wszędzie rozstawiać miednice, by uniknąć zalania. Ani Phil, ani Kleo nie myśleli o remoncie - on z powodu rozrzutności, bo przeznaczał większą część zarobionych pieniędzy na kupno płyt, a swój wolny czas na ich słuchanie, a ona - bo rozmyślnie stanęła po stronie bohemy i wszystkiego, co przeciwstawiało się mieszczańskiemu stylowi życia. Jako dzielny, mały bojownik na rzecz lokalnego radykalizmu, Kleo nosiła dżinsy, szylkretowe okulary, i z sercem zalanym nienawiścią nuciła pieśni Brygad Międzynarodowych, w których była mowa o marszu na Madryt, a mówiła o wszystkim tak samo zapalczywie - niezależnie od tego, czy wyrażała entuzjazm, czy oburzenie. Zresztą najbardziej lubiła się oburzać.
Aby opłacić studia na wydziale nauk politycznych, imała się drobnych prac. Phil zaś spędzał całe dnie w University Music. W przeciwieństwie do niemal wszystkich w Berkeley, nie był studentem. Kilka dni po tym, jak zapisał się na kursy o okresie Burzy i Naporu, oraz o filozofii Hume'a, wyjątkowo silny napad lęku przekreślił jego karierę akademicką. Ponieważ - mówiąc eufemistycznie - nie doskwierały mu ambicje społeczne, bezproblemowo przeszedł żałobę. Ale gdy już został pełnoetatowym sprzedawcą płyt, a jego jedyną - i to odległą - perspektywą na przyszłość stało się kierowanie sklepem, zaczął żałować tego wyboru, który z biegiem lat mógł z niego uczynić malowniczą postać w Berkeley, traktowaną przez kolejne pokolenia studentów z przyjazną dezynwolturą - stary sprzedawca z University Music, obdarzony dużą wiedzą, zawsze gotów uciąć pogawędkę, gdy ktoś schodził na temat niemieckiego idealizmu albo wysokiego C, którego Elisabeth Schwarzkopf użyczyła Kirsten Flagstad w Tristanie Furtwänglera.
Doszło wówczas, jeszcze w University Music, do decydującego spotkania z pisarzem Anthonym Boucherem - kimś w rodzaju człowieka orkiestry literatury popularnej, który pod różnymi pseudonimami pisał, recenzował i wydawał powieści kryminalne oraz fantastyczne. Fakt, że dorosły człowiek, zagorzały meloman, mężczyzna na wskroś dystyngowany, nie gardzi gatunkiem, od którego on sam czuł się zmuszony odwrócić, by nie zostać uznanym za niedorozwiniętego, był dla Dicka powodem osłupienia, a później - ulgi. Nieśmiałość hamowała go przed udziałem w kursach kreatywnego pisania, których Boucher udzielał w domu, raz w tygodniu, ale Kleo zaniosła tam kilka tekstów męża - a wśród nich opowiadanie science fiction. Drugim zaskoczeniem było nazwanie go przez Bouchera obiecującym. Zachęcony tym Dick porzucił próby głębi psychologicznej i monologów wewnętrznych, i pozwolił wyobraźni sięgać gwiazd. I tak w październiku 1951 roku magazyn, którego naczelnym był Boucher, opublikował pierwsze "profesjonalne" opowiadanie Philipa K. Dicka: Roog. Czytamy w nim o psie ścigającym śmieciarzy, i o tym, że szczeka, bo wie, że to nie są prawdziwi śmieciarze, tylko kosmici, którzy zaczynają od zbierania i analizy śmieci wyrzucanych przez Ziemian, zanim - jak można się domyślić - zaczną porywać ich samych.
Za ten tekst zapłacono mu słabo, ale zapłacono. Dick wysnuł z tego wniosek, że można w ten sposób zarabiać na życie. Rzucił pracę w University Music, i - czując mieszankę lęku oraz egzaltacji - został pełnoetatowym pisarzem. Zatrudnił agenta. W 1952 roku sprzedał cztery opowiadania, trzydzieści - w 1953, dwadzieścia osiem - w 1954, a w 1955 - swoją pierwszą antologię i pierwszą powieść.
2Zielone ufoludki
Zostając w wieku dwudziestu czterech lat zawodowym pisarzem science fiction, Dick nie przypuszczał, że to decyzja na całe życie. Wydawało mu się, że chwyta okazję, że reaguje w sposób tymczasowo adekwatny na sytuację, która również jest tymczasowa. Gdy zszedł ze ścieżki akademickiej, kolekcja jego fobii wykluczała go z większości zawodów, jakimi mógłby się parać normalny, dorosły Amerykanin. Przynajmniej tę wiedzę dało mu rozwiązywanie testów. Zdawał sobie sprawę, że jest w stanie oszukać, uchodzić na czas rozmowy za poważnego chłopaka, którego szef personelu zatrudniłby bez wahania, lecz nie mógłby udawać go codziennie w biurze. Zresztą nie odczuwał pragnień, które mogłyby zostać zaspokojone przez życie biurowe. Choć się do tego nie przyznawał, pociągała go władza, ale nie taka, jaką sprawuje urzędnik średniego szczebla nad podwładnymi, albo urzędnik wysokiego szczebla nad tymi średnimi. Co się zaś tyczy stylu życia białych kołnierzyków - modelu, jaki proponowano w reklamach obywatelom kraju, który od niedawna zachłystywał się własną prosperity - mieszkaniec Berkeley mógł tylko dostrzegać groteskowość chaotycznych ruchów tych uśmiechniętych robotów w krawatach, którzy wcześnie rano rozsiewali w podmiejskim pociągu zapach tej samej wody po goleniu, a wieczorami, po dniu spędzonym na daremnych wysiłkach, wracali do domów na przedmieściu, a ich jasnowłose, uśmiechnięte żony podawały im martini, pytając takim samym głosem: "Skarbie, jak ci minął dzień?". Lepiej było kultywować swoją osobność - w tym wypadku młodzieńcze i lekko regresywne zamiłowanie do science fiction - ponieważ istniał w tej dziedzinie rozwijający się rynek, wystarczająco otwarty, by młody pisarz, którego tekstów "literackich" nikt nie przyjmował, mógł z tego żyć, marnie, bo marnie, ale przynajmniej dostawał pieniądze za wprawki i uczył się jedynego zawodu, jaki odpowiadał jego aspiracjom. Oczywiście trzeba było się dostosować: pisać na akord, zgadzać się na cięcia, na głupie tytuły i jaskrawe ilustracje przedstawiające zielone ufoludki z oczami na szypułkach. Gdyby wydano Biblię w kolekcji fantastycznonaukowej, żartował Boucher, miałaby dwa tomy po dwa tysiące słów każdy; Stary Testament nosiłby tytuł Władca chaosu, a Nowy Testament: Coś o trzech duszach. Dick jednak miał nadzieję, że to nie potrwa długo. Że wkrótce ludzie będą czytać jego opowiadania w "New Yorkerze", że prawdziwi wydawcy będą publikować jego prawdziwe książki, że będzie miał prawdziwe recenzje, że będzie się o nim mówiło jak o Normanie Mailerze albo Nelsonie Algrenie, i że te niezbyt chwalebne początki nadadzą jego biografii szelmowski akcent, który tak pasuje do wybitnego, amerykańskiego pisarza.
Najdziwniejsze jest to, że tak się nie stało. Jego "poważne" dzieła, mainstreamowe, jak to mówią w Ameryce, nie były najlepsze, ale wydawano znacznie gorsze, i gdy tylu pisarzy, którzy ostatecznie popadli w zapomnienie, było nazywanych objawieniem, Dick powinien był dostać swoją szansę i choć na chwilę trafić do - ostatecznie nie aż tak zamkniętego - salonu mieszczańskiej literatury, jak wszyscy. Coś mu w tym przeszkodziło, i to coś wydawało mu się najpierw niewytłumaczalnym pechem, a potem - ale to znacznie później - znakiem powołania do nieporównywalnie wyższych celów.
W latach pięćdziesiątych, oprócz jakichś osiemdziesięciu opowiadań i siedmiu powieści fantastycznonaukowych, napisał ni mniej, ni więcej tylko osiem powieści mainstreamowych - wszystkie zostały odrzucone. Te porażki nie zniechęcały Kleo, która wierzyła w mit niezrozumianego artysty i radosnej bohemy. Artysta, w jej mniemaniu, powinien być niezrozumiany, przynajmniej na początku, a bohema - radosna, tak jak żołnierze powinni być brutalami z galonami na mundurze, a hollywoodzkie filmy - głupimi, komercyjnymi samograjami. Gdy przypinała pinezkami do ściany listy odmowne, które wpadały do ich skrzynki w alarmującym tempie - pewnego dnia znaleźli ich siedemnaście - nie wątpiła ani przez sekundę, że dowodzą one głupoty żywych trupów w szarych garniturach rządzących wydawnictwami i oryginalności jej męża, na którym wkrótce pozna się świat. Gazety zaczynały pisać o beat generation, dostarczając wiarygodny model postaci zbuntowanego i wyluzowanego pisarza, którego Phil nosił przynajmniej uniform: dżinsy, koszula w kratę w stylu drwala i stare wojskowe buty. Kleo marzyła, że zdobędzie on sławę taką jak Kerouac, i - w tych rzadkich chwilach, gdy przepływali Zatokę, by dotrzeć do San Francisco - starała się zaciągnąć go do zadymionych kafejek w North Beach, gdzie poeci-bitnicy słuchali jazzu i do późnej nocy czytali swoje dzieła.
Niestety, Phil nie lubił przepraw przez Zatokę, ani zadymionych kafejek, ani jazzu, ani pisarskich spotkań. Bardzo bał się pytania o to, co akurat pisze; przywykł już do uśmieszków osłupienia, z jakim nawet najmniej znani poeci, wydający wiersze własnym sumptem, przyjmowali jego jąkaninę, w której próbował utopić słowa "science fiction". Nie był tak pewny siebie jak jego żona, łatwo się oburzał, wątpił w tezę, że niepowodzenia są stygmatem geniuszu i, nie mając odwagi poprosić, by schowała te wątpliwe trofea - "co?" obruszyłaby się Kleo, "nie mów mi, że ci wstyd!" - odwracał od "ściany odmów" nieszczęśliwy wzrok. Wolał, w chwilach samotności, wyjmować z portfela i kontemplować niczym relikwię nic nieznaczący list mainstreamowego pisarza o nazwisku Herb Gold, którego ledwo znał, lecz który był tak miły, iż nazwał go drogim kolegą, jakby Phil też był prawdziwym pisarzem.
Upokorzony wśród tych, których chciał uważać za swoich kolegów po fachu, wkrótce poczuł się również nikim wobec normalnych ludzi; tych, którzy robili kariery, mieszkali w ładnych domach, zarabiali pieniądze. Zawsze mógł, tak jak Kleo, gardzić ich sukcesami; ale wiedział, że to oni gardzą jego porażką. Duma z tego, że mógł nazwać się osobą niezależną i ignorować władzę szefa, znaczyła niewiele wobec bezustannych trosk wynikających z biedy. Obok ich mieszkania działał sklep z jedzeniem dla psów, The Lucky Dog Pet Store, w którym Dick kupował czasem koninę, uważaną w Ameryce za niejadalną dla człowieka. Pewnego dnia sprzedawczyni zmierzyła go wzrokiem i jednym zdaniem wtłoczyła go w dolę przegrywa: "Chyba nie kupuje pan tego dla siebie?". Gdy opowiedział o tym Kleo, wybuchła śmiechem i na pocieszenie opowiedziała mu o greckim znaczeniu jego imienia: Filip - "ten, który kocha konie". Ale - zapytał - czy w tej miłości do koni ma się posuwać do jedzenia ich mięsa, czy też, przeciwnie, odwracać się od niego z odrazą? Hindusi nie jedzą wołowiny, uważając krowę za święte zwierzę; z drugiej strony Żydzi nie jedzą wieprzowiny, mając świnię za zwierzę nieczyste. Oboje doszli do wniosku, że w kategoriach religioznawczych te dwie tezy są sobie równe. Nie zmienia to faktu, że jedli koninę, i że w Kalifornii, w połowie lat pięćdziesiątych, było to pożywienie pariasów.
Z czasów, w których wykonywał także inny zawód, Phil zachował zwyczaj pisania w nocy. Rano spacerował, zataczając coraz węższy krąg wokół domu, sprawdzał pojemniki z płytami z drugiej ręki, a przede wszystkim czytał w swoim zaniedbanym ogródku, zamiast majsterkować - czego nie omieszkałby robić jego sąsiad, gdyby miał całe dnie wolne, tak jak on. Wychodząc do pracy, sąsiad rzucał mu spode łba podejrzliwe spojrzenie, a Phil po jego wyjściu odpłacał się tęsknym i nieśmiałym spojrzeniem jego żonie, która zaczynała sprzątać w chwili, gdy on myślał o pójściu spać. Prawdopodobnie nawiązywał mało znaczące flirty; pozostawały bez konsekwencji do 1958 roku.
Co czytał? Dużo i różnie: Dostojewski, Lukrecjusz, sprawozdania z procesu w Norymberdze; niemiecka poezja, filozofia - również niemiecka, fantastyka i psychoanaliza: zwłaszcza Jung, którego kupował wszystkie dzieła, w miarę jak ukazywały się w dużym wydawnictwie w Bollingen. W ten sposób odkrył Siedem kazań dla zmarłych, które młody szwajcarski lekarz opublikował pod pseudonimem Bazylides - zapożyczonym od aleksandryjskiego gnostyka z II wieku naszej ery. Ta proza, napisana w archaizującym stylu, przedstawia pewne mistyczne doświadczenie, pełne niewytłumaczalnych świateł i dźwięków, objawień artykułowanych przez postaci takie, jak prorok Eliasz, Szymon Mag albo jeszcze niejaki Filemon, w którym Jung rozpoznał instancję swojego własnego umysłu, jednak bardziej uczoną i mądrzejszą niż on sam. Dick fascynował się tym dziwnym tekstem, przez kilka dni bawił myślą inspirowania się nim przy pisaniu powieści o życiu zmyślonego pisarza, coś jak Doktor Faustus Tomasza Manna, który właśnie się ukazał, a którego Dick przeczytał z żarliwym podziwem; a potem zapomniał.
Ogólnie rzecz biorąc, mainstreamowe powieści, które pisał w tamtym czasie, nie nosiły śladów jego lektur. Czytamy w nich o starzejących się naprawiaczach telewizorów, zalęknionych sprzedawcach płyt chcących zostać dyskdżokejami, o źle dobranych parach. Ludzie ci tkwią w nędznym, codziennym życiu i wleką się drogą, która prowadzi ich do depresji i rozpaczy. Książki te o rozmiękczonej, poszarpanej strukturze, wypełnione niebezpiecznie czczymi dialogami, ukazujące w stanie czystym głęboką melancholię ich autora - były książkami, które pragnął pisać i był gotów za to zapłacić, bo dzięki nim zdawało mu się, że przypomina Manna. Za historyjki o zielonych ufoludkach i latających spodkach akurat mu płacono, i one w najlepszym przypadku zrobiłyby z niego kogoś takiego jak A.E. Van Vogt, obok którego sfotografowano go podczas jednego z konwentów, na których adepci gatunku demonstrują swój instynkt stadny pariasów. Zdjęcie opublikowano w jednym z fanzinów i podpisano "Dawny i nowy": po trzech latach pracy dostąpił statusu młodego obiecującego.
Specjalnością Van Vogta i kilku innych, w tym Lafayette'a Rona Hubbarda, późniejszego założyciela Kościoła scjentologicznego, było galaktyczne aggiornamento pieśni o czynie, nazywane space opera. Dzielni Ziemianie rozbijali w nich hordy mutantów przybyłych z kosmosu; były to tylko walki tytanów, próby inicjacyjne, demonstracje nadnaturalnych mocy. Naprzeciw tego naiwnego i szachrajskiego gatunku, któremu - nie bez słuszności - niektóre krytyczne umysły zarzucały dostarczanie kompensujących fantazji niezbyt lotnym czytelnikom, stała inna szkoła, bardziej dojrzała zdaniem jej reprezentantów, która z określenia fantastyka naukowa zatrzymywała tylko drugi człon i skupiała się przede wszystkim na precyzyjnym odmalowywaniu przyszłości. Autorzy łamali sobie głowy nad przewidywaniem kierunku, w jakim rozwiną się technologie - te istniejące, albo przynajmniej te prawdopodobne - w nadziei, że ktoś, kto sięgnie po ich książki w dwutysięcznym roku, nie będzie czuł się wyobcowany.
Nic spontanicznie nie ciągnęło Dicka w kierunku tych form naiwnej lub technologicznej wyobraźni. Szanując zasady rynku, poświęcił się im jednak w początkach kariery, pisząc space opery w stylu Van Vogta i prenumerując - by być na bieżąco - rozmaite magazyny popularnonaukowe. W swojej zawodowej sumienności posunął się nawet do tego, że po lekturze artykułu na temat podważania szczególnej teorii względności przez radzieckich badaczy napisał do jednego z wymienionych naukowców - profesora Aleksandra Topczewa z radzieckiej Akademii Nauk, w nadziei, że otrzyma od niego informacje z pierwszej ręki, coś w rodzaju sensacji dla fizyków, z której mógłby wyciągnąć temat na opowiadanie. Nigdy nie dostał odpowiedzi, a wydawcy szybko dostrzegli, że naukowa skrupulatność stanowi inspirację dla śmiertelnie nudnych tekstów, tak więc powrócono do wyobrażania sobie wszystkiego: odwrócenia biegu czasu, podróży w czwarty wymiar i kosmicznych taksówek, które woziły ludzi na pierścienie Saturna, gdzie odbywały się bale.
W połowie lat pięćdziesiątych pojawiła się nowa tendencja, w której Dick poczuł się znacznie bardziej komfortowo. Autorzy tacy jak Robert Sheckley, Fredric Brown, Richard Matheson zaczęli publikować opowieści pełne chłodnego, czarnego humoru, zakotwiczone w codzienności, którą ich pokręcone intrygi zamieniały w koszmar. Często były to opowieści z puentą, konstruowane z myślą o końcowym zwrocie akcji, który przestawiał punkty odniesienia i podstępnie podważał porządek rzeczy. Szkoła ta - sytuująca się w połowie drogi między fantastyką tradycyjną a naukową - jest słabo znana we Francji. Sprawdziłem to, gdy opublikowałem powieść Wąsy, będącą niemalże pastiszem Mathesona, którego nazwiska nie wymienił żaden z krytyków, podczas gdy Kafka powracał w większości recenzji. A jeśli trochę o niej wiadomo - to dzięki telewizji i filmom. Jej duch unosi się nad serialami takimi jak Czwarty Wymiar czy Najeźdźcy, do których wymienieni wyżej pisarze tworzyli scenariusze, oraz nad filmem Dona Siegela Inwazja porywaczy ciał.
Oto jego treść: dziwne warzywa przejmują władzę nad mieszkańcami amerykańskiego miasteczka. Ludzie ci z pozoru się nie zmieniają - pozostają lekarzem, biuralistką, barmanem - których każdy zna i lubi. A jednak żaden z nich nie jest już sobą, lecz mutantem; zmieniają się w obcych, zdecydowanych podstępnie najechać naszą planetę. Bohater, który początkowo niczego się nie domyśla, dostrzega u części swoich sąsiadów i bliskich dziwne zachowania; zaczyna się nad tym zastanawiać; szuka rozsądnych odpowiedzi do momentu, w którym ostatecznie nasuwa mu się odpowiedź nierozsądna - niemożliwa, ale prawdziwa: te dziwne strąki, które widać w szklarniach, przybierają, rosnąc, ludzką postać - stają się duplikatami poszczególnych mieszkańców, których, gdy już całkiem dojrzeją - zastępują i zabijają. Nie można zatem ufać nikomu. Pod każdą znajomą, kochaną twarzą może kryć się zimny potwór. Nic nie pozwala odróżnić prawdziwych ludzi - jeśli w ogóle jacyś zostali - od tych, którzy zostali podmienieni. Samemu bohaterowi również to grozi. Chciałby być pewien, że jeśli to nastąpi, trafi do grupy unieszkodliwionych ocalałych. Wie jednak, że gdy to się stanie, przestanie tego pragnąć i będzie chciał już tylko szkodzić ludziom, bo sam już nie będzie człowiekiem, sam już nie będzie sobą.
Dick źle się czuł w salach kinowych, dlatego nie widział filmu tuż po premierze, ale mu go opowiedziano, i przez kilka dni miał wrażenie, że został ograbiony z pomysłu. Dwa lata wcześniej opublikował opowiadanie na ten sam temat, przyjmując punkt widzenia małego chłopca przekonanego, że jakieś monstrum zastąpiło jego ojca. Im dokładniejsze podobieństwo, tym bardziej podmiana wydaje się chłopcu pewna; i podczas gdy szuka w garażowym śmietniku szczątków prawdziwego ojca, uzurpator w salonie skarży się matce na zbyt wybujałą wyobraźnię ich syna.
Po zgłębieniu tematu okazało się, że inspiracją dla filmu było opowiadanie Jacka Finneya, które ukazało się kilka miesięcy przed tekstem Dicka. Wysnuł z tego słuszny wniosek, że pomysł ten unosił się gdzieś w powietrzu.