Imiona kobiet
Eulalia powiedziała im, że od tego całowania zad kozła jest bardzo, ale to bardzo gładki, gładziutki jak pupa niemowlaka, i że jego członek jest zimny jak sopel lodu, a ja się śmiałam i śmiałam, i śmiałam, i powiesili mnie za ten śmiech. I pamiętam to wszystko właśnie ze względu na śmiech, który niczym środek odurzający, niczym czarcie mleko dostał się do mojego organizmu. Śmiech krążył w moich żyłach, biały i zaraźliwy jak łaskotanie, i gdyby ucięto mi rękę, zamiast czerwonej krwi wytrysnęłoby białe mleko. Ten śmiech mnie opróżnił. Mogli sobie oszczędzić tortur i pomieszczeń śmierdzących moczem, i długich, długaśnych sznurów, i wełnianych szmat pełnych popiołu, i czekania, aż przestanę się śmiać i wyznam. Co miałam wyznać? Skoro śmiech był jedyną dobrą rzeczą, był jak poduszeczka, jak zjedzenie gruszki, jak trzymanie stóp pod kaskadą w letni dzień. Nie przestałabym się śmiać za żadne skarby świata ani za całe zło świata. Śmiech uwolnił mnie od ramion, nóg i rąk, które tak wiernie towarzyszyły mi do tej pory, i od skóry, którą zakrywałam i odkrywałam tyle razy, zmył mój ból i żal z powodu tego wszystkiego, co mogą wyrządzić mężczyźni. Tyle hi, hi, hi, hi i ha, ha, ha, ha opróżniło mnie tak, że przypominałam głuptaskę, a w głowie rozbrzmiewało mi klonk, klonk za każdym razem, gdy powietrze wpadało i wypadało ze świstem przez nos i uszy. Czaszkę miałam od tego jak łupina orzecha, gotową, żeby schować w niej wszystkie baśnie, wszystkie opowieści, wszystko to, co im powiedziałyśmy, że zrobiłyśmy, oraz to, co według nich zrobiłyśmy przeciwko Bogu, przeciwko Jezusowi, przeciwko wszystkim świętym i Dziewicy. Jakiej Dziewicy? Bóg jak ojciec każdego z nich, podły, podły, podły, dręczyciel jak oni, przestraszony wszystkimi kłamstwami, które powtarzali tyle razy, że w końcu w nie uwierzyli. Bo w tych górach nie został już żaden z tych, którzy nas piętnowali, ani żaden z tych, którzy nas zamykali, ani żaden z tych, którzy szukali na naszych ciałach znamion czarownic, ani żaden z tych, którzy robili węzły i ciągnęli za sznury. Bo to, czy się zostanie lub nie zostanie, nie ma nic wspólnego z ogniem piekielnym ani z karą boską, ani z żadną wiarą, ani z żadną cnotą. Nie. Możliwość zbierania borowików i kurek, sikania, snucia opowieści i wstawania co rano ma związek z błyskawicą, która trafia w drzewo albo w człowieka. Ma związek z dziećmi, które wychodzą w całości, i z tymi, które tego nie robią, i z tymi, które wychodzą w całości, ale w środku mają wszystko poprzestawiane. Ma związek z byciem ptakiem, którego upolował myszołów, albo zającem, którego upolował pies albo nie. A Dziewica, dziecko i diabeł zostali stworzeni z tego samego szaleństwa.
Joana jest z nas najstarsza. Mieszkała blisko mojego domu i wszyscy wiedzieli, że robi lekarstwa w kociołku, i pewnego dnia powiedziała mi, że jeśli chcę się tego nauczyć, mam przyjść do niej w nocy. Nauczyła mnie leczyć gorączkę, zły urok, narośle, choroby dziecięce, rany i choroby zwierząt. A także znajdować zgubione i skradzione przedmioty i rzucać zły urok. Och, my niewinne. Wszak największy grzech, jakiśmy popełniły przeciwko Bogu, był taki, że po tym, jak nas powieszono, wstawałyśmy co rano, zbierałyśmy kwiaty i jadłyśmy jagody.
Joanę wszyscy zostawiali w spokoju i wszyscy po nią posyłali, kiedy dziecko miało przyjść na świat albo kiedy mieli narośle. Aż pewnego razu spadł silny grad, a Joana miała pole pszenicy. Opad zniszczył wszystkie obsiane ziemie, na pole Joany zaś nie spadła nawet jedna kulka gradu. Mówiono, że to ona wywołała gradobicie przy użyciu jakichś specyfików. I wołali na nią: wiedźma! I wtedy syn jej sąsiada, pięcioletni chłopczyk, który nazywał się Joan Petit, na oczach wielu ludzi nazwał ją wiedźmą i rozbolały go stopy, a potem spuchły, zrobiły się fioletowe i czarne i cztery dni później umarł, a wszyscy krzyczeli, że Joana zatruła mu posiłek. I wołali: uwięzić ją, starą czarownicę, tę wiedźmę! I ją uwięzili. Wkrótce potem z nieba spadły małe, malutkie żaby i Joana powiedziała im, że gdyby chciała, mogłaby sprowadzić gradobicie albo sprawić, by z nieba leciały ropuchy, albo wybić im całe bydło, i wtedy uwięzili także mnie, a Joana nie powiedziała już nic więcej. Ale mnie było wszystko jedno, ponieważ nauczyłam się śmiać.
Później pojawiła się Eulalia, która pochodziła z Tregura de Dalt, i powiedziała im, że wybrała się kiedyś do Andory, by odgrzebać martwe dziecko, i że wyjęła z niego płuca i wątrobę, i przygotowała z nich truciznę, żeby zabijać ludzi i bydło. A potem powiedziała, że związywała mężczyzn, żeby nie mogli się kłaść z innymi kobietami, jedynie ze swoją żoną. Że robiła supły na troczkach od kalesonów i każdemu supełkowi mówiła: wiążę cię w imię Boga, w imię świętego Piotra i świętego Pawła, i całego dworu niebieskiego, w imię Belzebuba i Tió, i Cuxol, żebyś nie mógł połączyć się cieleśnie z żadną inną kobietą, tylko ze swoją żoną. I że raz związała męża i żonę, swoich sąsiadów, którzy byli podli i rzucali w nią kamieniami. Związała włosy z ich głów, żeby nie mogli kopulować. Kiedy męża nie było, kobieta nie potrafiła bez niego żyć, ale kiedy wracał i się do niej zbliżał, dostawała takiego mrowienia na całym ciele, jakby miała za chwilę umrzeć, i nie mogła znieść, gdy mąż się do niej przysuwał. I tak trwało to przez cztery lata. Cztery lata! A to dobre! I pewnego dnia jeden z ich synów, który pasał kozy, przechodził przez ściernisko należące do Eulalii i ona powiedziała, że ma nadzieję, że złe wilki zjedzą mu całe stado. I w tej samej chwili wilk wskoczył między kozy i zagryzł jedną z nich. I wtedy ją też zamknęli, a kiedy była uwięziona, powiedziała im, że pewnej nocy we cztery ukradłyśmy matce kilkumiesięczne niemowlę, zabrałyśmy je na pole i grałyśmy nim jak piłką.
Eulalia opowiadała najlepsze historie, i wciąż je opowiada, lepiej niż ktokolwiek inny. Historie, które sprawiają, że się śmieję i śmieję, i śmieję, aż w środku coś mi się poluzowuje, bardzo głęboko, głębiej niż kropelki moczu. Opowiada historie, w których czasami się pojawiamy, i to jest wielka radość. Eulalia ma w środku, bardzo głęboko, taki głosik, który snuje jej baśnie, głosik demona, który opowiada jej o złych uczynkach, a krzywda, jaką wyrządzali jej mężczyźni, ożywia go i uwalnia, niczym język, który nie potrafi leżeć spokojnie. Głosik pochodzi z wnętrza jej głowy i jest jak źródło, z którego sączą się obrazy i słowa.
"Wybrałyśmy się kiedyś do lasu, ja na grzbiecie czarnej oślicy, a Dolceta z Can Conill - czyli ja! - na grzbiecie lisicy. Nie było księżyca, gwiazdy ledwie świeciły i niczym pazur zaatakowała mnie gałąź, która zadrapała mi twarz, zawołałam: Jezu! - i spadłam z oślicy, a Dolceta powiedziała mi, żebym już nigdy więcej nie wzywała imienia Jezusa. I tak zrobiłam. Kierowałyśmy się do Skały Śmierci, a pachy miałyśmy posmarowane maścią, która usuwa włosy na zawsze, dlatego mamy takie gładkie pachy. Kiedy dotarłyśmy do Skały, wszyscy, mężczyźni i kobiety, zrobili znak krzyża na ziemi, potem opuściliśmy spódnice, usadowiliśmy się pośladkami na krzyżu, każdy na swoim, i wyrzekliśmy się wiary i Boga. A potem wszyscy po kolei pocałowaliśmy zad diabła. Diabeł czasami przybierał kształt trójkolorowego kota, a czasami kozła, i pytał nas: "Będziesz ze mną, drogie dziecko?". I wszyscy odpowiadaliśmy, że tak. A później jedliśmy ser, owoce i miód, piliśmy wino i chwyciliśmy się wszyscy za ręce, kobiety, mężczyźni i demony, i ściskaliśmy się, i całowaliśmy się, tańczyliśmy, kopulowaliśmy i śpiewaliśmy wszyscy razem".
A Margarida płakała. Płakała i wszystkiemu zaprzeczała, i płakała, i płakała z powodu niesprawiedliwości, czasami krzyczała, a ja jej powtarzałam: Margarida, nie płacz, kobieto. Wszystkie cztery byłyśmy zamknięte w tej samej celi, która nie była nawet celą, bo wcześniej trzymano tu bydło. Margarida i ja tworzyłyśmy dobraną parę, ponieważ ona płakała, a ja się śmiałam, a czasami im głośniej zawodziła, im bardziej się krzywiła, im więcej smarków i śliny wydzielała, z twarzą całą czerwoną i opuchniętą, brzydką taką, tym głośniej się śmiałam, a im głośniej się śmiałam, tym ona głośniej płakała. I jej powtarzałam: Margarida, nie płacz, kobieto, i tworzyłyśmy dobraną parę. Margarida wszystkiemu zaprzeczała, jednej rzeczy po drugiej, a jedyne, do czego się przyznała, to nakrywanie stołu nocami. Kładła obrus, chleb i wino, i jadło, i wodę, i lustro, żeby podczas jedzenia i picia przeglądały się w nim złe duchy i dzięki temu nie zabijały jej dzieci. Ale mogą człowieka powiesić za błahostkę.
I kiedy Eulalia im powiedziała, że Joana jest mistrzynią, która przywoływała duchy i robiła maści, którymi się smarowałyśmy, mistrzynią wytwarzania lekarstw dla całego kraju i rzucania złych uroków, i że była kochanką Kozła z Biterny, i że my trzy jesteśmy jej uczennicami, Joanie nie poruszył się ani jeden włos na głowie. Eulalia nie powiedziała tego w złej wierze, Joana nie chowa do niej urazy, bo i tak wszystkie byłyśmy już zgubione. Powiedziała to tylko dlatego, że rozwiązał jej się język, ja wybuchem śmiechu wyrzuciłam z siebie całe powietrze, a Margarida znowu w płacz. Wszystkie cztery na tej samej kupie brudnej słomy pełnej szczurów i pcheł.
Joana nie mówi ani nie płacze, ani nie zaprzecza, ani się nie śmieje, ale wciąż jest naszą przywódczynią i wciąż jest najmądrzejsza, i zawsze znajduje najlepsze owoce drzewa truskawkowego i najlepsze borowiki, i najwięcej wie o wywoływaniu porodu. Jako pierwsza robi siku, kiedy w górach znajdujemy krzyże, zasłania je pośladkami. I jako pierwsza robi kupę pod drzewem, na którym nas powiesili. Joana robi twarde kupy, w jednym kawałku, a kucając, uśmiecha się chytrze. I jako pierwsza sra także wtedy, kiedy znajdujemy kapliczki i ukryte pustelnie.
Nie wszystkie baśnie i historie, które opowiada Eulalia, są o czarownicach albo o nas. Czasami głosik snuje jej opowieści o górach, o kamieniach i strumieniach, ptaki śpiewają jej piosnki, wodne panny dzielą się swoimi bajkami, a ja podążam za nią jak mała dziewczynka, jak piesek, jak nowo narodzona owieczka za swoją matką, a w razie potrzeby rzuciłabym się pod końskie kopyta, byle tylko znowu usłyszeć jej opowieści. Bo Eulalia doprowadza mnie do śmiechu.
Żył sobie raz w Aragonii chrześcijański król, który miał trzy córy piękne jak słońce, opowiada mi. A kiedy król i królowa zaczęli myśleć o wydaniu księżniczek za mąż, dowiedzieli się, że wszystkie trzy spotykają się z niewiernymi Maurami. Podobają mi się baśnie o Maurach. Wtedy król się wściekł i zamknął wszystkie trzy córki w wysokiej wieży, aby już nigdy więcej nie mogły zobaczyć swoich oblubieńców. Ale pewnej nocy trzy księżniczki przekupiły strażników garścią złotych monet, uciekły z wieży, wszystkie trzy dosiadły koni razem ze swoimi ukochanymi Maurami i ruszyły w Pireneje, z dala od chrześcijańskich królów i władców Maurów. Trzeciego dnia król przyszedł do swoich córek, by je przekonać, żeby odrzuciły niewiernych i poślubiły chrześcijańskich książąt, ale po przybyciu do celi zobaczył, że uciekły, i wtedy wykrzyknął:
- Gdziekolwiek są, niechaj dosięgnie je przekleństwo Boga!
Wtem nastąpiła zmiana pogody. Śnieżno-lodowa burza zaskoczyła szóstkę uciekinierów na koniach tak gwałtownie, że każda z księżniczek przytuliła się do swojego ukochanego i cała szóstka zamarzła, nie mogąc wykonać ani kroku dalej. I tak tam stoją, jedna za drugą, przyciśnięte do swoich ukochanych, trzy pasma górskie trzech sióstr, pokryte śniegiem, mówi Eulalia, wskazując góry.
Albo opowiada nam o czarodziejce schwytanej przez kilku ludzi z miasteczka, razem z białym obrusem, który potem jej zabrali. Biedna czarodziejka. Zamknęli ją w kuchni, żeby nie uciekła. To była drobna kobieta, całymi dniami siedziała na ławie i wyglądała przez okno, nie odzywając się ani słowem, jakby nie umiała mówić albo nie rozumiała ludzkiej mowy. Ale pewnego wieczoru pani domu, w którym ją zamknięto, zabrała się do przyrządzania kolacji, rozpaliła ogień pod kuchnią i postawiła nad nim garnek mleka, żeby zrobić zupę. I nagle, kiedy kobieta krzątała się po pomieszczeniu, czarodziejka krzyknęła:
- Szybko, szybko! Mleko kipi!
Kobieta przybiegła do garnka, a czarodziejka skorzystała z chwili nieuwagi pani domu, żeby zerwać się z ławy i uciec. I podobno chwilę przed tym, nim zniknęła na zawsze, zawołała:
- Nigdy się nie dowiecie, na co jest dobry korzeń szczawiu!
I zaśmiała się krótko, a ludzie z wiosek do dziś nie wiedzą, na co pomaga gruby korzeń szczawiu.
Margarida czasami płacze, słuchając baśni, płacze, ponieważ ojciec zamienił swoje córki w góry, albo płacze z powodu tego, co nam zrobiono - wełna i popiół, i rozżarzone żelazo, i łańcuchy, i ławka, i ciężarki przyczepione do stóp, i czerwona krew. Płacze, ponieważ umarła, tak jak wszystko, co umiera. A ja jej powtarzam: Margarida, nie płacz, kobieto. Czasami płacze także wtedy, kiedy w jaskini rodzi się dziecko, a ja jej mówię: Margarida, nie płacz, kobieto. I po burzy też trochę płakała, przez mężczyznę, bo tak ładnie wyglądał na polanie, powiedziała. Jaka szkoda, że niektórzy mężczyźni tak szybko umierają i że inni mężczyźni zabierają puste ciała i je ukrywają, grzebią, by nie widzieć, co spotka także ich! I płakała, kiedy poszli po niego i go zabrali, i już nigdy więcej nie dotrzymał nam towarzystwa. Zamiast tego, w miejscu, gdzie trafiła go błyskawica, postawili krzyż. Cóż to za mania paskudzenia gór krzyżami! Ale ten był mały. Czasami tam chodziłyśmy i sikałyśmy na niego jak psy. A czasami na to miejsce, gdzie leżał mężczyzna, zanosiłyśmy kwiaty, mniszek lekarski. Siusiu w łóżku, zwałyśmy go dla śmiechu.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.