Ja nie miałem nic, ty nie miałaś nic. Jak Polska stała się nową ziemią obiecaną - Sławomir Sochaj

-
Proszę czekać

Spis treści

Strona tytułowa Dedykacja Epigraf Wstęp 1 Gaz i hamulec Przypisy końcowe Strona redakcyjna

Lista stron

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 240 241 242 249

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Spis treści Dedykacja Epigraf Przypisy końcowe Prawa autorskie

Przypisy końcowe

Wstęp

1 Dominik Moliński, Wielka Brytania. Lider opozycji alarmuje: "Polska nas wyprzedzi gospodarczo. Nie podoba mi się to", 28.02.2023, next.gazeta.pl, t.ly/8GPho, dostęp: 7.07.2026.

2 Adam Zygiel, "To mnie zasmuca". Zapytali Merza o sondaż wśród Polaków, 1.12.2025, wiadomosci.wp.pl, t.ly/KZge3, dostęp: 7.07.2026.

1 Gaz i hamulec

1 Sándor Márai, Ta prawdziwa, przeł. Irena Makarewicz, Warszawa: Czytelnik, 2021, s. 128.

2 Sikorski zabrał głos ws. Orbana. "Złodziejstwo i nacjonalizm", 18.07.2025, pap.pl, t.ly/8U8FJ, dostęp: 7.07.2026.

3 "Tygodnik Powszechny", wydanie specjalne: Made in Polska, 24.09.2025, s. 33.

4 Ekonomista Jakub Karnowski: Ukraińcy realnie podtrzymują polską gospodarkę, 8.01.2026, onet.pl, t.ly/LS8H-, dostęp: 14.05.2026.

5 Economic accounts for agriculture - agricultural income indicators, ec.europa.eu, t.ly/wOPAr, dostęp: 14.05.2026.

6 Dawid Błaszkiewicz, Rolnictwo w Polsce jest przeskalowane i mało efektywne, 19.02.2025, obserwatorgospodarczy.pl, t.ly/iVJKb, dostęp: 14.05.2026.

7 How Poland can keep its place at the heart of Europe, "The Economist", 22.05.2025, economist.com, t.ly/A5mkN, dostęp: 14.05.2026.

8 Tim Wigmore, Poland was once a 'communist, third-world country'. Now, it's overtaking Britain, "The Telegraph", 8.01.2026, telegraph.co.uk, t.ly/xQd5x, dostęp: 14.05.2026.

9 Niemcy zachwyceni Polakami. Piszą wprost: tego nam brakuje, opr. Katarzyna Kalus, 31.07.2025, money.pl, t.ly/GzMB0, dostęp: 14.05.2026.

10 Poland is now among the world's 20 largest economies. How did it happen?, NBC News, 16.03.2026, nbcnews.com, t.ly/HLRRP, dostęp: 14.05.2026.

11 Tamże.

12 Why Poland really became a top 20 economy, "Washington Post", 22.03.2026, washingtonpost.com, t.ly/80f7t, dostęp: 14.03.2026.

Wstęp

W 2004 roku podczas debaty prezydenckiej John Kerry zarzucił George'owi W. Bushowi, że w inwazji na Irak uczestniczą tylko trzy kraje: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Australia, trudno je więc nazwać "wielką koalicją". Bush odparł: "Actually he forgot Poland", czyli: "W sumie zapomniał o Polsce". Zdanie to błyskawicznie stało się jednym z najpopularniejszych politycznych memów początku XXI wieku, po czym przez wiele tygodni bawiło komentatorów i satyryków. Powstały przeróbki w wersji techno i strony, na których można słuchać tej frazy w nieskończoność. Na jednym z krążących po sieci obrazków widać było męża, który wychodzi do pracy, ale żona zatrzymuje go, mówiąc: "You forgot Poland", czyli: "Zapomniałeś o Polsce". Ten sam napis pojawił się na kubkach, koszulkach i innych gadżetach. Polska na moment objawiła się jako synonim politycznej nieistotności, argument, po który sięga się, gdy brakuje lepszych.

Dziewiętnaście lat później, w 2023 roku, Keir Starmer, późniejszy premier Wielkiej Brytanii, powiedział:

Nie podoba mi się trajektoria, która wkrótce sprawi, że Wielka Brytania zostanie wyprzedzona przez Polskę [...]. Nie chcę Wielkiej Brytanii, w której młodzi ludzie w naszych miastach nie mają innego wyjścia niż emigracja zarobkowa. Wyjeżdżają nie tylko do Londynu czy Edynburga, ale także do Lyonu, Monachium i Warszawy. To nie jest przyszłość, na jaką zasługuje nasz kraj1.

W 2025 roku kanclerz Niemiec Friedrich Merz poszedł jeszcze dalej:

W ostatnich latach poznałem Polskę [...] i muszę powiedzieć, że Polska jest jednym z najbardziej prężnych krajów w Europie, to jest kraj z wielkim potencjałem gospodarczym. To jest młode społeczeństwo, które zna świetnie angielski. Jeśli ktokolwiek w Niemczech ma stereotypy o Polakach, to powinien odbyć wizytę w Polsce i wtedy może stwierdzić, że Polska jest jednym z najnowocześniejszych krajów w Europie. Mam nadzieję, że to też jest widziane w Niemczech2.

Te trzy wypowiedzi, pochodzące z różnych czasów i kontekstów, dobrze pokazują drogę, jaką przeszła Polska w XXI wieku. Wiele światowych mediów próbujących zrozumieć tę przemianę nazywało ją "cudem". Ale to nie był cud, tylko proces, którego początków można szukać głęboko w historii, pełen paradoksów, balansujący na granicy narodowej dumy i niedosytu, nieujęty w wielkie narracje. Wykuwany był po cichu, w codziennej krzątaninie. Fascynuje, bo nie przypomina żadnego innego skoku rozwojowego w historii świata i na wielkim drzewie genealogicznym ilustrującym ścieżki pomnażania bogactwa wyznacza nową cieniutką linię, która do niedawna była nie do pomyślenia.

Skąd wzięła się ta linia, z jakiego kulturowego, ekonomicznego i społecznego podłoża wyrasta? Czy ten szalony wzrost dobiega już końca? A może mamy przed sobą jeszcze całe dekady potencjalnego rozwoju? Jakie są słabe, a jakie mocne strony tych przemian? To wszystko zagadnienia, nad którymi toczy się w Polsce żywa dyskusja. Jeśli w jakichś obszarach nasza publicystyka wznosi się na wyżyny refleksji, ponad anachroniczne podziały polityczne, są to właśnie kwestie związane z rozwojem.

Wiemy już całkiem sporo o roli, jaką w naszym sukcesie gospodarczym odegrały inkluzywne instytucje, marzenia polskiej inteligencji, decyzje polityczne z początków transformacji oraz integracja z Unią Europejską. Wciąż stosunkowo skromnie zbadaliśmy pozaekonomiczne i niepolityczne źródła "gospodarczego cudu". Polska historia ze swoim rozbiciem klasowym, o którym dużo się ostatnio pisze w kontekście zwrotu ludowego, z pewnością nadała cywilizacyjnemu skokowi ostatnich dekad szczególną parabolę i zasługuje na to, by poświęcić jej w tych rozważaniach sporo miejsca. Co najmniej od czasów Maxa Webera wiemy, że na rozwój gospodarczy wpływać mogą fenomeny pozornie niezwiązane z ekonomią, takie jak religijnie motywowana skłonność do ascezy. Nie powinno więc dziwić, że kierunek kulturowej refleksji nad polskim wzrostem wyznaczają kody sięgające czasów pańszczyzny.

Jeśli przyjrzymy się bliżej klasowym i kulturowym źródłom nadwiślańskiego modelu kapitalizmu, okaże się, że zgodnie z tym, co wiemy o bogaceniu się krajów Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Azji Południowo-Wschodniej, nasz sukces nie miał prawa się wydarzyć. Nie mieliśmy ani kapitału, ani kolonii, ani wielkich bogactw naturalnych, ani protestanckiego etosu pracy, ani rozwiniętego mieszczaństwa, ani państwa aktywnie wspierającego biznes. Trawestując słowa bohaterów Ziemi obiecanej: Ja nie miałem nic, ty nie miałaś nic, on nie miał nic, ale razem mieliśmy właśnie tyle, żeby stworzyć silne gospodarczo państwo. Jedyną sensowną odpowiedzią na pytanie, jak to się stało, że Polska wkradła się na bankiet gospodarczych potęg tylnymi drzwiami, jest to, że złamała kod rozwoju. To było wejście bardzo w naszym stylu, bez fajerwerków i dyplomatycznej kindersztuby, trochę nieśmiałe i ze spojrzeniem skierowanym w bok zamiast przed siebie. Po pewnym czasie wszyscy uznali, że nie trafiliśmy tam przypadkiem, i przyjęli to do wiadomości, ale my i tak na wszelki wypadek wybraliśmy sobie miejsce blisko wyjścia.

Jednym z powodów tego nieśmiałego wkroczenia na salony było to, że nie potrafiliśmy stworzyć opowieści o nowej Polsce na miarę XXI wieku. W tej książce wiele uwagi poświęcam temu zagadnieniu. W cywilizacji zachodniej sukces wyrażany był i rozumiany na wiele sposobów, wszystkie je łączyły jednak doniosłość, przełomowość i plastyczność. Kiedy myślimy o początku złotej ery Hiszpanii, myślimy o wyprawach Kolumba; kiedy myślimy o jej schyłku, wciąż mamy przed oczami wielkość Goi i Picassa. Gdy szukamy źródeł potęgi Prus i Rosji, skupiamy się na rozwoju wielkich armii, za którymi przyszły odważne projekty polityczne, naukowe i literackie. Nie wyobrażamy sobie ekonomicznej historii Włoch bez bogatej kultury mieszczańskiej i rozwoju późnośredniowiecznego kapitalizmu. Sukces Anglii symbolizują potęga gospodarcza i architektoniczna jego stolicy oraz Union Jack powiewający na flagach kilkunastu państw i terytoriów zamorskich. Norwegia dorobiła się bogactw dzięki odkryciu złóż ropy naftowej, a Korea dzięki odkryciu, że w towarzystwie najbogatszych można sporo namieszać, jeśli ma się dobry pomysł na siebie.

Sukces tych krajów z łatwością wyrazi w kilku zdaniach każdy licealista z Francji, Niemiec czy Brazylii. Pomogą mu w tym takie kategorie, jak "innowacje", "prężne miasta", "ekspansja terytorialna", "inwestycje sektora publicznego" i soft power. Polski sukces trudno wytłumaczyć za pomocą tych pojęć. Przynależy on do innego porządku, o którym niełatwo opowiedzieć światu, jeśli nie przygląda się Polsce z bliska. Co gorsza, sami mamy problem, by go sobie wytłumaczyć bez uciekania się do porównań z innymi krajami albo z Polską sprzed wieków. Zupełnie jakbyśmy wraz z nową sytuacją nie doświadczyli potężnych przeobrażeń społecznych i kulturowych, przykładamy do tego sukcesu miary odziedziczone po dwudziestowiecznej inteligencji, a nieraz nawet po dziewiętnastowiecznej szlachcie.

Ten narracyjny problem ma też polityczny wymiar. Polsce niełatwo będzie robić kolejne kroki w budowaniu soft power bez opowiedzenia o sobie na nowo i przekonania, że świat prędzej zachwyci się naszą unikatowością niż sumiennym równaniem do europejskiej średniej. Im bliżej pod względem gospodarczym będziemy krajów takich jak Włochy czy Hiszpania, tym bardziej naglące okażą się kwestie naszego wizerunku oraz promocji kultury, języka i marek. Kiedy nasze PKB na głowę przebije poziom brytyjski czy japoński - a stanie się to być może w ciągu najbliższej dekady - niekoniecznie zostaniemy z automatu posadzeni przy tym samym politycznym stole, o ile nie zadbamy o wizerunkową nadbudowę. Namiastkę tego mechanizmu poznaliśmy po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy dzięki hojności, gościnności i błyskawicznym działaniom wspierającym zaatakowanego sąsiada w grze dyplomatycznej na chwilę staliśmy się zawodnikiem wagi ciężkiej. Nie mogło się z tym równać nawet późniejsze wejście Polski do pierwszej dwudziestki największych gospodarek świata.

To ostatnie wcale nie było równoznaczne z wejściem do G20, tymczasem takich właśnie dowodów rosnącego statusu naszego kraju domagają się nowo rozbudzone ambicje klasy średniej. Hasła rozwoju infrastruktury, inwestowania w polski atom, nowoczesne technologie i przemysł zbrojeniowy są dla polityków względną nowością, ale wkrótce może to właśnie z nich przede wszystkim będą oni rozliczani. Niemal dla wszystkich staje się oczywiste, że aby nie wyczerpał się dotychczasowy model wzrostu, państwo nie powinno chować głowy w piasek, tylko aktywnie stymulować rozwój i dostrzegać rafy, które już widać na horyzoncie.

Niezależnie od tego, czy jesteśmy zwolennikami regulacji, czy też deregulacji, wolny rynek nauczył nas, że jakość przekłada się na wysokość marży, a więc po prostu się opłaca. Obcując z produktami i usługami, które oceniamy przez pryzmat jakości, podobnego podejścia zaczęliśmy wymagać również od instytucji państwowych. To przełożenie oczekiwań konsumenckich i biznesowych na państwo jest kwestią stosunkowo nową w historii naszej kultury. Łączymy je zazwyczaj ze społeczeństwami, w których długą tradycję ma etos mieszczański. Charakterystyczne dla tego etosu przywiązanie do umów oraz nieustanne ocenianie usług i produktów przez pryzmat jakości miało ogromny wpływ na praworządność, zakorzenienie się demokracji oraz wydajność sektora publicznego na zachodzie Europy. Nawet kraje, które dziś kojarzą nam się z wysokimi podatkami i egalitarystycznym systemem wartości, pełnymi garściami czerpią z etosu, który legł u podstaw kapitalizmu.

Tymczasem w polskiej kulturze był on właściwie nieobecny. W kraju, w którym w XVI wieku mieszczaństwo stanowiło 20 procent populacji i który szczyci się mieszczańskim astronomem, system wartości został niemal w całości ulepiony z ambicji, marzeń i lęków szlachty, a później inteligencji. Nie zmienił tego nawet Wokulski, którego osamotnienie w polskim imaginarium oraz mentalne zderzenie z ziemiaństwem w powieści potwierdzają tylko, że wzbudzający sympatię kupiec to u nas oksymoron. Co więcej, w polskiej myśli i literaturze od wieków sączy się niechęć do mieszczaństwa, którą trudno wytłumaczyć tylko artystycznym dystansem wobec filisterstwa. Od Stanisława Orzechowskiego przez Henryka Rzewuskiego po Stanisława Brzozowskiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Juliana Tuwima i wielu innych - wielcy naszej kultury z zadziwiającą gorliwością przekazywali sobie pałeczkę w sztafecie niechęci do trzeciego stanu. Zarzucali mu płytkość i materializm, nierzadko też wyrażali wobec niego zmysłową odrazę.

Co jeszcze bardziej zadziwiające, o współczesnych mieszczanach właściwie nic nie mówi dzisiejsza kultura, przynajmniej ta wysoka. Jeśli w książkach, przedstawieniach i filmach najbardziej cenionych twórców pojawia się przedstawiciel nowej klasy średniej, niechybnie pojawi się także ironia albo fraza wpadająca w sztampę oraz stereotypowe pojęcie o ludziach biznesu lub korporacji. Nielepiej jest w historiografii. Zajęci zwrotem ludowym i rozliczaniem szlachty, niemal zupełnie zapomnieliśmy o warstwie mieszczańskiej. W wielkim procesie historycznych rozrachunków jest nam ona potrzebna tylko o tyle, o ile możemy jej niedorozwój wytłumaczyć monopolem ziemiaństwa.

To pokazuje niezwykłą żywotność klasowych reliktów, które przetrwały do dziś. Na ich straży stoi polska inteligencja, której dyskurs pozostaje mocno zakorzeniony w przeszłości. Jej wielkim projektem cywilizacyjnym była integracja z Unią Europejską i NATO. Po jego realizacji polskie elity nie były w stanie stworzyć nowej narracji, która wykroczyłaby poza obronę dotychczasowych geopolitycznych i cywilizacyjnych zdobyczy. O taką ambitną narrację upominają się dziś ci Polacy, którzy dostrzegają dysonans między "dwudziestą gospodarką świata" a widocznym gołym okiem dystansem dzielącym nas od najbogatszych. To, czy potrafimy zaprezentować światu Polskę na nowo bez popadania w kalki i cytowania rankingów gospodarczych, będzie miało kluczowe znaczenie dla dalszego umacniania naszej pozycji na arenie międzynarodowej.

Problem w tym, że to narracyjne szarpnięcie nie odbędzie się bez aktywizacji państwa na rzecz modernizacji i rozwoju. Nowa klasa średnia w małych i dużych miastach, najbardziej dziś zainteresowana namacalnymi dowodami nowego statusu Polski, jest równocześnie niechętnie nastawiona wobec zmiany sposobu redystrybucji dochodów państwa. Z jednej strony krytykuje "dziadostwo" i "paździerz", z drugiej - nie wyobraża sobie płacenia wyższych podatków. Korzenie tej postawy mogą sięgać głęboko w przeszłość, a jej prefiguracją niekoniecznie jest szlacheckie hasło "moja chata z kraja", ale znacznie bardziej złożone, niż sobie na ogół wyobrażamy, chłopskie kody kulturowe. Mający długą historię klasowy węzeł gordyjski zachował moc w XXI wieku i stał się przeszkodą dla naszego rozwoju.

By go rozwiązać, trzeba go najpierw dobrze zrozumieć. To pierwszy cel tej książki. Drugim jest odpowiedź na pytanie, jaką rolę w tym procesie odegrać mogą rzeczy - te małe oraz ta, która przynależy do wszystkich, czyli Rzeczpospolita. Trzeci cel to refleksja nad tym, skąd wziął się polski wariant pracowitości, jakie są jego historyczne obciążenia i wkład w gospodarczy sukces kraju. Czwarty to pokazanie, jakie znaczenie ma w nim inkluzywne urządzenie społeczeństwa, w tym wysoki poziom aktywizacji zawodowej i przedsiębiorczości kobiet, jeden z naszych najmocniejszych atutów w walce o utrzymanie wysokiego tempa wzrostu. Piąty wreszcie to zdiagnozowanie politycznych zagrożeń dla rozwoju i zaproponowanie filarów narracji, która może się im przeciwstawić. Oprócz tego próbuję dotknąć trudnej materii, jaką jest współczesna polska tożsamość - ta, którą można by było w sposób przystępny i atrakcyjny przedstawić światu w formie idei przewodniej naszej narodowej marki.

Wszystko to robię nie w sposób naukowy i usystematyzowany, ale wręcz przeciwnie - we fragmentarycznym, czasem intuicyjnym trybie, sięgając raz po reportaż, a innym razem po statystyki. Celem nadrzędnym jest bowiem eksplorowanie nowych wątków naszej dyskusji o rozwoju i spojrzenie na niego z lotu ptaka. By to zrobić, badam różne języki. Przyglądam się temu, jak światowe media relacjonują polski "cud", wsłuchuję się w dawne chłopskie pieśni, w komentarze na temat Igi Świątek oraz komunikaty konduktora w pociągu. Zaglądam do kuchni mojej prababci, do świata memów i pod pokład żaglówki, którą płyną bohaterowie Noża w wodzie. Zastanawiam się, co wspólnego z rynkiem kapitałowym mają ludowe strategie przetrwania, i wracam myślami do lat, które spędziłem w międzynarodowej firmie z branży IT. Wychodzę z założenia, że sukces Polski najlepiej widać z perspektywy zagranicy albo z małych miast, dlatego rozmyślam o nim, spacerując po ulicach Budapesztu, Walencji, Miami, Pcimia i Bielan Wrocławskich. Rozstrzelona mapa miejsc, archetypów, kodów kulturowych i przedmiotów, którą staram się rozrysować, odzwierciedla, jak sądzę, złożoność polskiego rozwoju. Napędzają go nie tyle wielkie idee i wydarzenia, ile przede wszystkim codzienny wysiłek, poświęcenie i drobne pomysły, które zmieniają nasze życie i państwo.

1 Gaz i hamulec

Sztuka życia

Zapytałem niedawno znajomą dziennikarkę z Węgier, czy wie, że Sándor Márai jest dziś w Polsce chętnie czytany, wznawiany i komentowany. Była zdziwiona, co z kolei zdziwiło mnie. Zacząłem się zastanawiać, jak to możliwe, że mieszczuch z Koszyc, który urodził się 125 lat temu, przyciąga kolejne pokolenia czytelników nad Wisłą. Ta jego kameralność i subtelna psychologia łączą się zapewne ze współczesnym zwrotem ku sobie, z terapiami małżeńskimi oraz nieoczywistą relacją między statusem i szczęściem. Ale musi tu działać jeszcze jakiś inny, bardziej podskórny magnetyzm. Być może Márai jest nam bliski, bo z jednej strony to proza arcymieszczańska, jakiej u nas nie było, a z drugiej to przecież Węgier, Środkowoeuropejczyk, a więc w pewnej mierze nasz człowiek. Może doszło tu do niewypowiedzianej adopcji: przygarnęliśmy go, bo połączył nasze aspiracje z regionalnym pokrewieństwem.

Mnie podczas lektury Máraiego najwięcej frajdy sprawia tropienie rekwizytów. Weźmy pierwszą stronę powieści Ta prawdziwa, na której pojawiają się kolejno: kandyzowana skórka pomarańczy, brązowy portfel ze skóry krokodyla i lody pistacjowe. Na kolejnych mamy między innymi meble z obiciem w kolorze malwy, jasne szyfonowe zasłonki, marynatę do zająca, homary, szampana, kampańskie wino Lacryma Christi, balatońskie wino z odmiany kéknyelű i wiedeńską porcelanową filiżankę ze złoconym brzegiem. Márai drobiazgowo pokazuje rekwizyty otaczające budapeszteńskich mieszczan lat trzydziestych ubiegłego wieku. Sceneria jest oszczędna, składa się z zaledwie kilku zamkniętych pomieszczeń: cukierni, salonów i pokojów służby. Nie ma tu narratora, autor nie odmawia sobie jednak włożenia w usta bohaterów komentarzy na temat przedmiotów. Ich znaczenie nie polega na symbolizowaniu czegokolwiek ani odsyłaniu nas do innych znaczeń. Reprezentują tylko siebie i są jedynie tłem dla psychologicznej fabuły, która rozgrywa się w głowach pary małżonków. Ktoś mógłby powiedzieć, że historia niewiele by straciła, gdyby te przedmioty wyparowały, ale to powieść napisana przez mieszczanina o mieszczanach i specyficzne, wyczulone na detale spojrzenie jest tu częścią narracji.

Ja potrzebuję mieszczańskiego porządku. Człowiek jest już wystarczająco awanturniczy we własnym wnętrzu. Na zewnątrz winien żyć tak, jak główny radca pocztowy. Utrzymywanie porządku to dla mnie potrzeba życiowa, inaczej nie jestem w stanie skupić uwagi1.

To własne credo Márai wkłada w usta jednego z bohaterów książki. Cała awantura rozgrywa się we wnętrzu, a przedmioty tworzą ład, który umożliwia jej opowiedzenie. Jeśli na zewnątrz mamy chaos, nie jesteśmy w stanie skupić się na tym, co najważniejsze - na wywrotowych żywiołach, które składają się na wartki strumień naszego życia. Surowa mieszczańska forma i z pozoru trywialne przedmioty nie tylko nie wpływają destrukcyjnie na subtelne uczucia i sztukę, ale są wręcz niezbędne, by podejść do nich z uważnością, czcią oraz intelektualną precyzją.

Akcja Tej prawdziwej toczy się w przeddzień II wojny światowej. W powietrzu czuć już kres złotej epoki Budapesztu z przełomu stuleci. Mieszczański etos próbuje utrzymać ją przy życiu, ale tak jak upadek Buddenbrooków zwiastował zbliżający się kres niemieckiej kultury mieszczańskiej, tak rozwód Pétera i Ilonki zapowiada kres budapeszteńskiej burżuazji. Tym, czym u Thomasa Manna był wąs Thomasa Buddenbrooka, tym staranniej podcinany, im bliższa była klęska, tym u Máraiego są przedmioty towarzyszące samotności, niezrozumieniu i lękom małżonków.

Wydawałoby się, że ta epoka odeszła na zawsze i nie budzi dzisiaj nostalgii. Tak mógłby jednak pomyśleć tylko ktoś, kto od dawna nie był w Budapeszcie, w węgierskiej stolicy trwa bowiem festiwal rewitalizacji budynków złotej ery miasta, rozpoczęty na długo przed utratą władzy przez Viktora Orbána.

Jego główną scenerią jest Wzgórze Zamkowe, gdzie realizowany jest rządowy program Nemzeti Hauszmann, nazwany tak na cześć dziewiętnastowiecznego architekta Alajosa Hauszmanna. Do czasów świetności wróciły już między innymi neogotycka siedziba Ministerstwa Finansów i Pałac Arcyksięcia Józefa, trwają prace nad rekonstrukcją siedzib Dowództwa Wojskowego oraz Czerwonego Krzyża. Dawny wygląd odzyskał też dom handlowy Corvin. Zbudowano go w stylu klasycystycznym w 1926 roku, potem jednak w 1967 elewację pokryto blachą, co kompletnie zmieniło jej wygląd; w ostatnich latach wiernie odtworzono pierwotny kształt. W 2025 roku rozpoczęła się rewitalizacja secesyjnych Łaźni Gellerta. Tempo tych prac jest imponujące i choć niektóre z projektów spotkały się ze sprzeciwem architektów, burmistrza Gergelya Karácsonya i blogerów narzekających na rozdmuchane budżety, arkadyjski sen poprzedniej ekipy rządzącej realizowany jest z żelazną konsekwencją.

Wrażenie robią też wnętrza odrestaurowanych budapeszteńskich kawiarni. Na początku XXI wieku odnowiono między innymi New York Café, która bywa nazywana najpiękniejszą kawiarnią świata. Na przepych jej wnętrz składają się marmurowe kolumny, złocenia, lustra w misternie zdobionych ramach, freski na suficie, kryształowe żyrandole i rzeźby z brązu. Dziś trudno wypić tam w spokoju espresso, bo turyści szturmują to skrzyżowanie barokowej sali balowej z operą i królewską komnatą, głównie po to, by uwiecznić swoją wizytę na Instagramie. Nawet jeśli przyjdzie się do New Yorku wczesnym rankiem, warto się przygotować na las smartfonów falujący w rytmie zmian pozycji i min oraz unoszonych filiżanek.

Znacznie spokojniej jest w kawiarni znajdującej się we wnętrzu Párisi Udvar, czyli Pasażu Paryskiego. Kto zna to miejsce ze sceny kręconego tu w 2011 roku filmu Szpieg, dziś by go nie poznał. Zbudowany w 1909 roku i odbudowany 110 lat później pasaż jest imponującym, eklektycznym zbiorem rzeźbionych detali, kopuł, witraży, sztukaterii, balustrad, żyrandoli i ceramiki spod znaku neogotyku, secesji i stylu mauretańskiego. Miejsce odzyskało niedawno splendor znany ze starych fotografii; jedno z takich zdjęć zdobi okładkę angielskiego wydania książki Budapeszt 1900 Johna Lukacsa, czyli znanej monografii poświęconej temu miastu w "stuleciu pokoju".

Filmowców przyciąga też pałac Adria, gdzie kręcono między innymi Colette, Blade Runnera 2049 czy Monachium. Budynek odzyskał w ostatnich latach charakterystyczne kopuły i zdobiące elewację morskie motywy przypominające o tym, że na początku XX wieku znajdowała się tu siedziba przedsiębiorstwa morskiego. Nowy stary wygląd budynku, który w czasach socjalistycznych zdążył mocno podupaść, przypomina o dekadach, kiedy węgierska mąka wyruszała w świat z Rijeki, a z Budapesztu zarządzano pięćdziesięcioma rozsianymi po świecie agencjami żeglugi dalekiego zasięgu.

Także muzealnicy nie pozostają głusi na potrzebę odkurzenia mieszczańskiego splendoru naddunajskiej metropolii. W Węgierskiej Galerii Narodowej otwarto w 2025 roku wystawę Sztuka życia, poświęconą secesyjnemu plakatowi. Efektownie urządzona, pełna kolorów ekspozycja miała przenieść widza do złotych lat Budapesztu. Blisko 120 plakatów, głównie reklam, daje wgląd w życie ówczesnego mieszczaństwa, jego preferencje, aspiracje i lęki. Sporo tu nocnego i kawiarnianego życia, kabaretów, sportu i alkoholu. Uwagę przykuwają między innymi reklamy Sósborszesz, popularnego przed ponad stu laty środka na bazie etanolu, wody, soli, octanu etylu i kryształków mentolu. Stosowano go jako dodatek do jedzenia, ale też wcierano w ciało przy dolegliwościach reumatycznych, bólach głowy i łupieżu, używano do dezynfekcji i czyszczenia zębów. Jedna z części wystawy poświęcona jest wyemancypowanym kobietom, portretowanym z papierosem, butelką musującego wina Törley lub prospektem salonu modowego. Plakatom towarzyszą ekspozycje wyposażenia wnętrz domów węgierskich mieszczan sprzed ponad stu lat - mebli, zegarów, gobelinów i zastaw kuchennych.

Mój kolega, którzy częściej niż ja bywa w Budapeszcie, narzeka na postępującą biedę widoczną na ulicach miasta, mnie w oczy rzuciły się jednak raczej pietyzm i energia, z jakimi Budapeszteńczycy ruszyli do rewitalizacji. W głowie obserwującego to zjawisko przybysza z innego środkowoeuropejskiego kraju może pojawić się skojarzenie z kiczem w rozumieniu Hermanna Brocha i Milana Kundery, kompensacyjną funkcją a la Freud lub gombrowiczowską groteską. W mojej głowie zrodziła się wątpliwość, czy więcej tu Paryża, czy wschodniego snu o potędze. Czy to radosny powrót do czasów z secesyjnych plakatów, czy może resentyment, taki sam jak ten, który wylewa się w prowincjonalnych barach i pensjonatach pod postacią wszędobylskich map kraju sprzed układu w Trianon. Odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna. Trudno przeoczyć fakt, że pod rewitalizacyjne dłuto idą obiekty kojarzące się z potęgą państwa, ale także te służące w codziennym życiu mieszczan - kawiarnie, domy handlowe i pasaże. Zaryzykowałbym tezę, że chodzi nie tylko o próbę wskrzeszenia symboli Wielkich Węgier, lecz także o wierne oddanie ducha epoki, stworzenie scenografii tej "sztuki życia", która rozgrywała się na ulicach miasta. Prym wiedzie tu estetyka, nie symbolika. Budapeszt ma uwodzić, olśniewać i dawać mieszkańcom uczucie, że sto lat, które nastąpiły po złotej epoce, były jedynie okresem przejściowym.

Oczywiście ludzi nie da się tak łatwo przekonać neogotyckimi pinaklami. Niektórzy z dzisiejszych mieszkańców miasta narzekają na pauperyzację. Znajomy sommelier, który przez wiele lat pracował w gwiazdkowych restauracjach Budapesztu, żali się na stopniowy zanik klasy średniej. Sam, jak mówi, wywodzi się z jej górnej warstwy i z rozrzewnieniem wspomina lata dziewięćdziesiąte, kiedy jego rodzina mogła sobie pozwolić na częste wyjścia do restauracji.

- Wszystko było tanie. Normą było, że dopisywaliśmy jedno zero do rachunku - wspomina.

Słucham go z zainteresowaniem, bo w Polsce nie spotkałem nikogo, kto tęskniłby za kondycją ekonomiczną lat dziewięćdziesiątych.

Trampoliny i traktory

W ostatniej dekadzie XX wieku Węgry były prymusem transformacji. U progu lat dziewięćdziesiątych Polska miała niemal dwukrotnie mniejsze PKB na głowę. Kto pamięta wertowanie stron gospodarczych "Gazety Wyborczej" w tamtym czasie, przypomni sobie też pewnie swego rodzaju rywalizację o prymat najlepiej rozwijającej się gospodarki regionu. Przyciągające mnóstwo zagranicznych inwestycji Węgry miały wówczas znacznie więcej argumentów, by pod względem poziomu życia dogonić mieszkańców zachodniej Europy, podobnie jak bardziej rozwinięte Czechy. Już wówczas czytelnik dostawał jednak sporo sygnałów, że Polska nie jest w tej grze na straconej pozycji.

O tym, jak wiele się od tamtego czasu zmieniło, świadczy zupełnie inny ton obecny dziś w polskich mediach. Doniesienia gospodarcze z Węgier dotyczą zazwyczaj kiepskich wskaźników ekonomicznych i uzależnienia tamtejszej gospodarki od rosyjskiego gazu. W 2024 roku szeroko komentowano między innymi spadek tego kraju na ostatnie miejsce w Unii Europejskiej pod względem faktycznej konsumpcji gospodarstw domowych (72 procent średniej UE; dla porównania w Polsce wskaźnik ten wynosił 84 procent). Te dane skłoniły nawet Radosława Sikorskiego do stwierdzenia, że "Viktor Orban zrobił ze swojego kraju najbiedniejsze państwo UE"2. To najbiedniejsze państwo wciąż jednak w niektórych aspektach gospodarczych góruje nad Polską. W ciągu ostatnich dwóch dekad skumulowane inwestycje zagraniczne węgierskich firm wyniosły 46 miliardów dolarów, polskich zaś zaledwie 38 miliardów, mimo że jesteśmy krajem znacznie większym i ludniejszym3.

Kiedy odstawimy na bok liczby i porównamy polską i węgierską prowincję, wynik także nie będzie oczywisty. Ktoś, dla kogo miernikiem statusu jest ład architektoniczny, mógłby powiedzieć, że wieś węgierska (ale też czeska) wygląda znacznie lepiej niż polska. Rzuca się to w oczy choćby w miejscowościach naznaczonych przez szwabską historię w okolicach Balatonu i Villány. Podobne do siebie domy ustawione prostopadle do drogi cieszą oczy każdego, kto ubolewa nad brakiem formy polskiej wsi. Po chwili człowieka ogarnia jednak refleksja, że przez ostatnich trzydzieści lat niewiele się tu zmieniło. Ten sam sielsko-szwabski ład panował w tych miejscowościach już w latach dziewięćdziesiątych, a pewnie i w czasach komunistycznych. Nie widać za to typowych dla polskiej wsi śladów skoku ekonomicznego ostatnich piętnastu lat: nowych aut i traktorów, trampolin dla dzieci, przestronnych parkingów przed nowo wybudowanymi marketami, niedawno oddanych do użytku boisk i placów zabaw.

O ile we wnętrzach domów na polskiej wsi coraz częściej gości Ikea, o tyle na Węgrzech tu i ówdzie dostrzec można ciągłość z czasami przedwojennymi. W domach badaczońskich winiarzy kaflowe piece wciąż błyszczą, na ścianach wiszą litografie z początku XX wieku i stare mapy, wśród nich oczywiście te sprzed Trianon. Tradycja drobnego ziemiaństwa pielęgnującego przeszłość lepiej poradziła tu sobie z czasami komunizmu, wiele znacjonalizowanych wówczas gospodarstw wróciło do rodzinnych majątków, a te mniejsze, nieznacjonalizowane, skutecznie przerzuciły się na uprawy dające relatywnie wysoki dochód z hektara. Na drogach w Tokaju dominuje ponury, prowincjonalny krajobraz, a podczas jazdy wyboistą trasą numer 37 w kierunku Słowacji można poczuć się jak w polskich latach dziewięćdziesiątych. Jednocześnie da się tu znaleźć oazy zamożności, których właściciele, biegli w historii, chętnie opowiadają o latach świetności regionu, żydowskich kupcach, którzy docierali tu z Małopolski, i austriackich arystokratach zakochanych w tutejszych piwnicach. Wino - najbardziej burżuazyjny z płodów rolnych - zakonserwowało na węgierskiej wsi rzemieślnicze podejście do produkcji, wnikliwy wgląd w geologię oraz jej przełożenie na jakość owoców, a także dbałość o architekturę i szacunek do historii.

Nieco inne wrażenia przynosi podróż po Morawach. Tamtejsze wsie i miasteczka wydają się skrojone z jeszcze innego, bardziej kształtnego i precyzyjnego wzorca. Kiedy jednak przyjrzeć się technologiom, jakimi dysponują rolnicy w Polsce i Czechach, okaże się, że dziś nasza wieś ma powody do zadowolenia. Dobrze wyraził to czeski rolnik znający realia obydwu krajów:

Dziś jesteście dwa, a nawet trzy kroki przed nami [...] wy, gdy wreszcie zdobyliście pieniądze na mocną mechanizację rolnictwa, kupiliście najlepsze, co było na rynku. My natomiast cały czas opieramy się na naszych rodzimych maszynach, jakie kupowaliśmy dwadzieścia-trzydzieści lat temu. Są dalej dobre, więc po co je wymieniać4.

Ten mechanizm mógłby dowodzić, że Polska zgarnęła premię za gospodarcze opóźnienie w stosunku do sąsiadów, skutecznie wyprowadzając atak z drugiego szeregu. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Wydajność polskiego rolnictwa faktycznie wzrosła w ostatniej dekadzie, i to o ponad 124 procent; w tym samym czasie na Węgrzech wzrost następował trzykrotnie wolniej5. Jeśli jednak przyjrzymy się liczbom bezwzględnym, okaże się, że wciąż zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Europie6.

Cud

W maju 2025 roku na okładce "The Economist" pojawił się poczwórny napis "Poland", ułożony tak, by stopniowo, od dołu do góry, litery nabierały wyrazistości. Przekaz był prosty: globalne znaczenie Polski rośnie. Tytuł również nie pozostawiał wątpliwości: The remarkable rise of Poland [Niezwykły wzrost Polski]. W leadzie artykułu można było przeczytać:

Dwukrotnie zniknęła z mapy, pochłonięta przez drapieżnych sąsiadów. Po II wojnie światowej stała się sowieckim satelitą i przez dziesięciolecia była uciskana. Dziś Polska przekształciła się w najbardziej pomijaną potęgę militarną i gospodarczą Europy - z armią większą niż ta Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec i poziomem życia, skorygowanym o siłę nabywczą, który wkrótce przyćmi Japonię7.

Kilka miesięcy później media ogłosiły, że staliśmy się dwudziestą największą gospodarką świata, dołączając do "klubu bilionerów". Jednoczesne przekroczenie przez polski PKB granicy biliona dolarów i wejście do pierwszej dwudziestki najprężniejszych gospodarek miało w sobie coś z korzystnej koniunkcji ciał niebieskich, co dodatkowo podsyciło emocje polityków, publicystów i obserwatorów polskiego wzrostu, rozbudzając apetyty na wyprzedzenie Holandii, a nawet Hiszpanii.

Pod koniec 2025 roku w "The Times" pojawiło się porównanie sytuacji ekonomicznej Polski i Wielkiej Brytanii. Wedle wyliczeń dziennika w 1995 roku PKB na głowę w Polsce wynosił 36 procent brytyjskiego, obecnie zaś - 81 procent. Polski produkt narodowy od 2019 roku wzrósł o 18 procent, podczas, gdy na Wyspach ledwo drgnął. Jakby tego było mało, 12 z 17 polskich regionów ma PKB per capita wyższe niż Zachodnia Walia, a produkt krajowy na osobę na początku lat trzydziestych powinien prześcignąć Japonię. Brytyjskie media chętnie donosiły też o odwróceniu trendu migracyjnego między Polską a Wyspami. Dziennikarz "The Telegraph" pisał:

W ciągu roku [...] do Wielkiej Brytanii przeprowadziło się zaledwie 7 tysięcy polskich obywateli. W tym samym czasie 3,5 razy więcej - 25 tysięcy osób - wyemigrowało z Wysp i powróciło do Polski [...]. Od 2020 roku liczba mieszkających w Polsce osób z brytyjskimi paszportami wzrosła ze 113 tysięcy do 185 tysięcy. Tak gwałtowny wzrost odzwierciedla rosnący w Polsce optymizm, stanowiący kontrast dla nastrojów w większości krajów Europy Zachodniej8.

Niemiecki "Die Welt" komplementował polską "mentalność wzrostu" i "najdłuższy okres wzrostu europejskiego kraju od zakończenia II wojny światowej"9.

W marcu 2026 roku w amerykańskich mediach doszło nawet do sporu na temat źródeł polskiego sukcesu. Na stronie NBC pojawił się wówczas artykuł zatytułowany - w wolnym tłumaczeniu - "Polska jest obecnie jedną z 20 największych gospodarek świata. Jak to się stało?"10. Cytowany w nim Marcin Piątkowski, ekonomista Banku Światowego i autor książki Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość, powiedział:

Choć komunizm był opresyjny, przyczynił się do tego [wzrostu], przełamując dawne bariery społeczne i otwierając szkolnictwo wyższe dla robotników fabrycznych i rolnych, którzy wcześniej nie mieli szans. Postkomunistyczny boom w szkolnictwie wyższym oznacza, że połowa młodych ludzi ma teraz dyplomy11.

To nie spodobało się redakcji "Washington Post", która zgodnie z linią zadeklarowaną przez Jeffa Bezosa stanęła w obronie wolnego rynku. Waszyngtoński tytuł brzmiał: "Dlaczego Polska naprawdę znalazła się w pierwszej dwudziestce gospodarek", a jego autor od razu odpowiadał sobie w podtytule: "To historia sukcesu wolnego rynku". Dalej w polemicznym tonie kontynuował: "Nie trzeba przypisywać komunizmowi przełamania starych barier społecznych. Prawda jest odwrotna: Polska wyróżniała się mocnym przyjęciem wolnego rynku"12. Myśl, że skok edukacyjny z czasów komunizmu i skok gospodarczy po 1989 roku nie wykluczają się, a nawet może zachodzić między nimi związek logiczny, okazała się dla "Washington Post" zbyt lewicowa; to tak, jakby czytelnikowi Maxa Webera hipoteza o protestanckim rodowodzie kapitalizmu wydała się zbyt religijna.

Bez względu na tę dyskusję liczba wyszukiwań w Google'u frazy "Poland economy" eksplodowała, a seria pochlebnych artykułów rozwija się w najlepsze. Wymieńmy niektóre nagłówki: "Polska: od komunizmu do bycia "tygrysem" Europy Wschodniej" ("El País"), "Gospodarka Polski rozwija się szybciej niż unijnych sąsiadów dzięki boomowi konsumpcyjnemu" ("Bloomberg"), "Nadchodzi polski wiek" ("The Times"), "Wzrost o 800 procent. Jak Polska stała się nowym tygrysem Europy" ("Focus").

Doniesieniom światowych mediów o nadwiślańskim sukcesie najczęściej towarzyszyły słowa "cud" i "tygrys". Z oczywistych względów żadne z nich nie zadomowiło się w narracjach obecnych w polskich mediach. W tym pierwszym za dużo jest czynnika boskiego, byśmy mogli być z niego dumni, drugie za bardzo kojarzy się z Azją lat dziewięćdziesiątych i jego siła dawno przebrzmiała. W polskich narracjach na temat wzrostu kluczowe role odegrały za to pracowitość i wydajność. W artykułach ekonomicznych podkreśla się także rolę funduszy europejskich, sensowną politykę gospodarczą kolejnych rządów oraz tłumioną w okresie PRL-u przedsiębiorczość Polaków, która stoi za sukcesem małych i średnich przedsiębiorstw. Stosunkowo niewiele pisze się natomiast o związku naszego rozwoju z likwidacją nierówności, co w Polsce dokonało się znacznie wcześniej niż w większości krajów zachodniej Europy.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.