1
"Ci sprzedawcy śledzi..."
Pani zamku w Montaigne szczęśliwie zległa: syna macie, panie Piotrze Eyquem, dziedzica włości i nazwiska! Pochylcie się nad małym, pomarszczonym ciałkiem i módlcie się, żeby wyżył. Poprzednio dwoje waszych dzieci - nie znamy ich płci - zmarło w niemowlęctwie, ten więc oto jest najstarszy, w nim cała nadzieja. Kim będziesz, synu? Pan Piotr marzy dla swojego pierworodnego - bo za takiego trzeba go uważać - o przyszłości, która wzmocniłaby wątłe szlachectwo domu Montaigne'ów. Żołnierka? Nie, nic nie wskazuje na to, aby ojciec chciał go pchać na tę drogę, najbardziej godną szlachcica. Odkąd panuje król Franciszek I, "ojciec literatury", nie wstyd szlachcicowi być i uczonym humanistą. Nie zarobkować piórem, Broń Boże, ale bawić się nim, zarabiać na sławę - proszę bardzo. Będziesz uczonym, synu, łacinnikiem na miarę Włochów (którzy przejmują pana ojca nabożną czcią), będziesz błyszczeć na Dworze, zostaniesz dyplomatą w służbie jego królewskiej mości, a na koniec, kto wie, może, może (czy nie za dużo? - przeraził się ojciec własnej zuchwałości) - kanclerzem!
Jest 28 lutego 1533 roku, za pół godziny południe. Miasta północnej Francji wyniszcza zaraza, ale tu, w Gujennie, mamy na szczęście spokój - co prawda, raczej wyjątkowy. Zaraza i te okolice nawiedza, dokumenty świadczą, że parlament naszego starego miasta Bordeaux musi nieraz w ucieczce przed nią przenosić swoją siedzibę - do Bergerac, do Libourne czy Saint-Emilion. Należy się domyślać, że powietrze tej zimy jest łagodne, ciepłe powiewy unoszą się nad całą Europą, Tamiza i Bałtyk nie zamarzają od siedemdziesięciu lat, więc cóż dopiero u nas, na błogosławionym Południu. W Bordeaux otwarto właśnie Coll?ge de Guyenne, do którego przedsiębiorczy (i bogaci) juraci miejscy sprowadzają młodych, ale już wybitnych wykładowców. Będzie to przełom w wykształceniu bordończyków, które dotychczas mocno kulało. Piotr Eyquem, dobrze w sprawy miasta wprowadzony, może o tym myśleć nie bez otuchy. W Paryżu w tym czasie rektorem uniwersytetu zostaje syn królewskiego medyka, Mikołaj Cop. Przemówienie otwierające wykłady miało za temat "Kazanie na Górze", a napisał je dla pana rektora dwudziestoczteroletni zuchwalec Jan Kalwin. Wybucha awantura. Rektor ucieka do Bazylei, a Kalwin, w przebraniu robotnika, przedostaje się do Nérac - to już nasza Gaskonia - gdzie chroni się na dworze królowej Nawarry, Małgorzaty, opiekunki muz i zbuntowanych poetów, siostry Franciszka I.
1533 - jest to ten sam rok, w którym król sprowadza dla swojego młodszego syna, Henryka księcia Orleanu, narzeczoną z Włoch: czternastoletnia Katarzyna Medycejska przybywa do Marsylii wraz ze swoim stryjem-protektorem, papieżem Klemensem VII. Starszy brat Henryka umrze wkrótce w tajemniczych okolicznościach (Otruty? Może przez "Włoszkę"? - szemrzą na Dworze), mąż Katarzyny zostanie następcą tronu. Katarzyna przez dziewięć lat będzie bezpłodna, ale kiedy zacznie rodzić, to już co rok prorok. Zostanie matką królów: Franciszka II, Karola IX i Henryka III; nikt z nich nie zostawi potomka.
W Anglii, którą w Bordeaux tradycyjnie się interesują, Henryk VIII unieważnia małżeństwo z Katarzyną Aragońską, a w maju poślubia wbrew papieżowi Annę Boleyn, we wrześniu 1533 roku urodzi im się dziecko, niestety dziewczynka, nazwą ją Elżbietą. Francja od roku zaczytuje się pierwszą księgą mistrza Alkofrybasa (dla wtajemniczonych Rabelais), na razie to tylko Pantagruel, uczeni humaniści gardzą tym głupstwem dobrym dla motłochu. Statyści, historycy, kandydaci na władców studiują Księcia Machiavellego wydanego właśnie, pięć lat po śmierci autora. Zmiany na wschodzie Europy: w dalekim Księstwie Moskiewskim panowanie obejmuje młody Iwan, wkrótce zasłynie z despotyzmu, okrucieństwa i sukcesów politycznych. Za kilkanaście lat przyjmie tytuł cara, a Moskwa zostanie obwołana "trzecim Rzymem" (po Rzymie właściwym i Bizancjum). Nowina z drugiej półkuli: Pizarro kończy podbój królestwa Inków w Peru. Pikantna plotka z Ferrary, związanej z Francją wieloma węzłami, powtarzają ją sobie wszyscy zwolennicy reformy Kościoła, których w okolicy sporo: w pertraktacjach między papieżem Klemensem VII a księciem Alfonsem d'Este do rachunków zostało wliczone papieskie rozgrzeszenie.
Wielcy ludzie Odrodzenia już nie żyją. Nie ma Leonarda, Rafaela, nie ma dworu Medyceuszów, od pięciu lat nie żyje Machiavelli. Z artystów tworzy jeszcze samotny geniusz Michał Anioł. Luter i Erazm żyją, ale czas ich jest już policzony. Gdzieś we Fromborku spędza ostatnie lata życia Kopernik. Wiele lat później, rekapitulując swoje doświadczenia, poskarży się pisarz Montaigne, że nie spotkał w swoim życiu ludzi na miarę olbrzymów. "Żyjemy w czasach, które wydają rzeczy wcale mierne" (II, 430)1. Nie było to bynajmniej właściwe ludziom zrzędzenie na swoje czasy. Nazwiska wybitnych współczesnych, które pisarz przy okazji wylicza (Turnebus, Olivier, L'Hospital, marszałek Strozzi, Beze, Buchanan, La Noue), albo niewiele nam dziś mówią, albo są pozbawione blasku. Zaczyna się czas kompilatorów, stylizatorów, przyczynkarzy, erudytów, epistolografów, pamiętnikarzy i pamflecistów - kończy się epoka twórców i odkrywców. W życiu publicznym nie zabraknie awanturników, zuchwalców, intrygantów, malowniczych postaci, nawet bohaterów - wielkości nie będzie. To dopiero on sam, szlachcic z Montaigne, później Szekspir, a w życiu politycznym Henryk z Nawarry - wyrosną, jak tamci na przełomie stuleci, na olbrzymów ludzkości.
Więc kim będziesz, synu? W jaki sposób uświetnisz nasz młody ród? W najbardziej nawet zuchwałych marzeniach nie mógłby się Piotr Eyquem domyślić, że sława tego chłopca przekroczy wszystko, co ojciec dlań w tej chwili zakreśla. Że za lat czterysta każdy fakt z jego życia będzie dyskutowany, każde słowo brane pod lupę, uczeni będą sobie skakać do oczu, rozpaczając zarazem, że brak listów, świadectw, śladów. Każdy będzie go sobie wyobrażał inaczej. Dla jednego odludek (bo zamknął się w wieży), dla innego człowiek niezwykle towarzyski (świadectwo Prób i Dziennika podróży); dla jednego wciąż jeszcze mieszczanin, dla innego wielki pan; dla jednych egocentryk, całkowicie zanurzony w sobie, dla innych (Fortunat Strowski) - działacz, mediator, polityk, stojący za kulisami każdej wielkiej sprawy we Francji. Egoista albo altruista, kobieciarz czy też trochę homoseksualista lub nawet "niedorozwinięty płciowo", milczek czy gaduła, flegmatyk czy sangwinik, czaruś czy odpychający - nic nie jest pewne. Bo też wszystko to można w nim znaleźć. Każdy widzi go tak, jak mu jego własne skłonności dyktują. ("Dla niedowiarka każde pismo trąci niedowiarstwem" - powie pan z Montaigne). Jest rzeczą zdumiewającą, że gromadząc przez ostatnie stulecie fakty i świadectwa z taką pasją, czyniono to zarazem tak niedbale i beztrosko. Analityczny mózg profesora Rogera Trinqueta pomógł rozwikłać niektóre sprzeczności i doprowadzić na podstawie starych danych do pewnych ustaleń, które chyba już nie budzą wątpliwości. Na niego też najczęściej będziemy tu się powoływać. Nic nie jest pewne, nawet to, jak wymawiano w okolicy nazwisko "Montaigne". Niektórzy sądzą, że tak jak "montagne", przez "a"2. Ale, powiada Trinquet, przyjęło się wymawiać przez "eń", przystańmy więc na to, tym bardziej - i tu argument zaskakujący - że tak wymawiają monteniści cudzoziemscy. Tak więc zagraniczni wielbiciele pisarza coś sobie nareszcie wywalczyli.
Dalej - imię. Michałem go nazwiemy - rzekł pan ojciec. Uczeni i wielbiciele czterysta lat po tym prostym orzeczeniu drapią się w głowę. Dlaczego Michał? Dlaczego nie Ramon, Grimon, Piotr czy Tomasz, które to imiona w rodzie najczęściej się powtarzają? I znowu sypią się odpowiedzi, każda inna. Może ojciec chrzestny, który, zgodnie z często praktykowanym naówczas obyczajem, był człowiekiem z ludu, miał na imię Michał? Niechże i naszemu Michał będzie. Wytłumaczenie rozsądne. Ale oto pokazuje się, że pan zamku w Montaigne, ojciec chłopca, obchodzi urodziny 29 września, na św. Michała. Zgrabny argument! A przecież święty Michał jest patronem całej parafii, nazywa się ona Saint-Michel-de-Montaigne. Argument nie do odparcia! A czy wypada zapomnieć, że tam, w górze, Michał jest najbardziej rycerskim ze wszystkich aniołów, hetmanem zastępów niebieskich? Jest to imię, które jak żadne inne podkreśli rycerskie pochodzenie chłopca. Możliwe, iż szereg podobnych względów złożył się na decyzję ojca. Pani matko - mógł powiedzieć pan na zamku - wszystko przemawia za tym, żeby naszemu najstarszemu Michał było na imię.
"Dawniej moi używali nazwiska Eyquem, które dziś jeszcze przysługuje domowi w Anglii" (II, 388). Pochodzenie tego nazwiska wywołało całkiem usprawiedliwioną lawinę komentarzy. Brzmi dziwnie, nie ma co. Bordeaux jest miastem portowym o bogatej historii, z wpływami galijskimi krzyżują się tu wpływy rzymskie, iberyjskie, angielskie (na które wskazuje sam pisarz) - nic dziwnego, że obco brzmiące nazwisko pobudzało fantazję błądzących w ciemnościach wyznawców. Przypisywano ojcu pisarza pochodzenie to flamandzkie, to angielskie, to znów portugalskie. W 1938 roku jakiś szperacz natknął się w aktach na Ramona Eyquema, bławatnika w Bordeaux, pochodzenia żydowskiego, który przybył z Hiszpanii lub Portugalii. Tak bardzo Francuzom się wydawało, że nazwisko Eyquem, Ayquem czy też Iquem brzmi nie po francusku! Okazało się jednak, że w XIII i XIV stuleciu było ono tu wcale częste. Ród co prawda mieszczański, ale niewątpliwie tutejszy. Alexandre Nicolai, autor książki Montaigne intime (Paryż 1941), znalazł w archiwach średniowiecznych ślady prawie trzystu Eyquemów. W 1358 roku rejestry bordoskie notują jurata Pey Eyquema z przydomkiem "de la Rosella", co oznacza tę samą handlową ulicę, na której zamieszkał sto lat później pradziad Michała. Ów gaskoński Pey, po naszemu Piotr, ożenił się z panną La Tosta, a więc ze szlachcianką, musiał więc też być odpowiednio zamożny - nie od niego jednak pochodzą panowie z Montaigne.
Ale co oznacza samo nazwisko? Czy tylko przypadkowy zestaw dźwięków? Otóż pierwotnie było to imię - stwierdzają zgodnie wszyscy komentatorzy, różnią się jednak w tym jakie. Po łacinie brzmiało prawie na pewno Akelmus: w dokumencie z XI wieku odnotowany jest Akelmus z Blancaforti, a nasi Eyquemowie pochodzą z Blanquefort (10 kilometrów od Bordeaux). Są jednak tacy, którzy twierdzą, że "Eyquem" to stara gaskońska wymowa biblijnego imienia "Joachim", co brzmi prawdopodobnie. Pozostałych wersji, często fantastycznych, nie przytaczam.
Bordeaux w herbie ma lilie i półksiężyc, złotego leoparda i zamek nad falami morskimi. Gdyby miało jeszcze kiść winogron, byłby to w skrócie zestaw najważniejszych cech tego miasta. Port założyli jeszcze Rzymianie, oni też nadali miastu nazwę - Burdigala. Była to stolica wspominanej przez Cezara Akwitanii. W okresie późnego średniowiecza Francuzi i Anglicy wydzierali sobie port - częściej korzystali z niego Anglicy. W 1295 roku wybuchła wojna bez wypowiedzenia, marynarze z Bordeaux pobili się z marynarzami z Normandii. "Kiedy po pięciu latach, w 1299, podpisywano pokój z Anglią, nastąpiło to, co często bywa w historii: znikł z oczu pierwotny przedmiot zatargu. Sprawę [...] załatwił układ z Edwardem I, który pojął za żonę ks. Małgorzatę francuską"3. Na tym, rzecz prosta, nie mogło się skończyć. W 1327 roku Karol Piękny "skorzystał z bezładu u Anglików, aby zająć Gujennę". Anglia miała jednak zbyt wiele interesów w Bordeaux. Jeszcze w XV wieku przechodzi ono z rąk do rąk, przy czym wielkie kupieckie firmy (w tym także pewna gałąź Eyquemów) niekoniecznie są po stronie Francji. Będzie prekursorem wielu spraw i prądów, ale na pewno jednym z pierwszych we Francji anglofilów. Montaigne wyrazi się gdzieś o armii admirała Talbota "nasze wojska".
W Bordeaux, na znanej nam już ulicy La Rousselle, mieszkał na początku XV wieku i robił świetne interesy Ramon sieur de Gaujac. Zdaje się, że był bezdzietny i chyba dlatego swoje niezaspokojone uczucia ojcowskie przelał na siostrzeńca. Jak miała na imię siostra pana Gaujaca - nie wiadomo, podobnie jak nie znamy imienia jej męża. Tyle wiemy, że był to Eyquem (czy też Ayquem), i to z Blanquefort. W tym to Blanquefort siostra pana Gaujaca (pani Eyquem z męża) urodziła syna w roku 1402 (tę datę znamy z Prób) i ochrzciła go Ramonem (Rajmundem) niewątpliwie po to, by sprawić przyjemność bratu. Ojciec małego Ramona zmarł wcześnie, a że i on miał brata w Bordeaux, toteż nic dziwnego, że chłopiec wkrótce się tam znalazł. Po Blanquefort ulica La Rousselle, przesycona zapachem solonej ryby, dudniąca furgonami beczek, ulica kupców i tragarzy - pewnie oczarowała chłopca. Musiał ten pierwszy znany nam z imienia protoplasta Montaigne'ów mieć głowę do interesów, bo wiele przemawia za tym, że wuj mu w tym względzie ufał. Sądzono dawniej (Strowski), że Gaujac i jego siostrzeniec Eyquem byli armatorami, ale dziś przeważa przekonanie (Trinquet), że to nie jest zbyt ścisłe. Prowadzili przedsiębiorstwo handlowe, które najmowało statki - bretońskie lub normandzkie - ładowało je soloną rybą, beczkami wina i workami urzetu, miejscowego barwnika roślinnego, i wysyłało do znanych ówczesnemu światu portów. Wuj Gaujac pomnażał majątek, zakupywał łąki i winnice. Siostrzeniec Eyquem miał lat blisko czterdzieści osiem, kiedy zdecydował się wreszcie na żeniaczkę - ale za to bogatą: panna Isabeau de Ferraignes była podobno najposażniejszą partią w mieście. W 1462 roku zmarł Ramon de Gaujac, zostawiając cały majątek Ramonowi Eyquemowi, wówczas już sześćdziesięcioletniemu. Fortuna rodu Eyquemów zaczęła się zatem od spadku po bogatym wuju i od lukratywnej żeniaczki.
Ramon na pewno myśli o awansie szlacheckim dla swoich potomków, kiedy w siedemdziesiątym piątym roku życia zaczyna się rozglądać za posiadłością ziemską. Warunki dla takiego awansu wytworzono sprzyjające. Po przejęciu Gujenny od Anglików król Karol V, nie darmo nazywany Mądrym, "przede wszystkim ułatwił uzyskanie szlachectwa, bowiem szlachta musi przecież rekrutować się z gminu, tak jak wojsko z ludności cywilnej" (Bainville). Sposobność wejścia w świat ziemiański nadarzyła się staremu kupcowi dość nieoczekiwanie. Niedaleko Libourne, w baronii Montravel, w okolicy łagodnie pofałdowanej, prawie równinnej, znajdował się w pobliżu rzeki Dordogne dwór szlachecki Montaigne. O prawa do baronii wadzili się panowie z Bergerac z hrabiami de Périgord. Od roku 1344 baronia stała się lennem arcybiskupstwa Bordeaux. Odtąd kolejny książę Kościoła (czyż trzeba dodawać, że był to nieodmiennie przedstawiciel możnego rodu gaskońskiego?) przyjmował hołd od właściciela Montaigne, do niego trzeba było zwracać się o zgodę na wszelkie remonty i przebudowy, raz do roku składało mu się daninę w postaci jednej pary rękawiczek. Zdarzyło się, że ostatni właściciel majętności, pan Guillaume Duboys, zapragnął ją sprzedać, mając na oku jakąś korzystną lokatę kapitału. Zobowiązał się nabyć majątek pan Tomasz Pons z Clermont po targach, które trwały trzy lata. W Bordeaux nie da się ukryć żadnego interesu; kiedy oznaczonego dnia Tomasz Pons nie stawił się z gotówką, stary Ramon Eyquem zrozumiał, że nadszedł czas decyzji: teraz albo nigdy! Powiedział "kupuję" i rzucił na stół sakiewki z 900 frankami. Dzięki temu jednemu gestowi "najmędrszy z Francuzów" nazywa się panem Montaigne. Niejaki Tomasz Pons przeszedł zaś do historii tylko dlatego, że w ostatniej chwili zabrakło mu pieniędzy - gdyby je miał i kupił Montaigne, nikt nigdy by się nim nie zajmował.
Annały przekazują prostą i patetyczną zarazem scenę przejęcia majętności w posiadanie. Obaj kontrahenci (z których jeden był już starcem) odbyli wcale niemałą i niełatwą o tej porze podróż z Bordeaux do Montaigne. Zastali poddanych pana Duboys na miejscu. Weszli razem do domu, pan Duboys przedstawił zgromadzonym sługom nowego właściciela i wyszedł. Stary Ramon Eyquem zamknął za nim drzwi na zasuwkę, po czym "usiadł przy stole i został obsłużony". Dzierżawcy i pracownicy podchodzili kolejno i z dłonią na Ewangelii, obiecywali lojalność i oddanie. Tak Ramon Eyquem został panem na Montaigne.
Było to 30 listopada 1477 roku. Pół roku później Ramon Eyquem już nie żył. Zostali po nim dwaj synowie: Grimon i Pey. Grimon zatrzyma na sobie naszą uwagę, on bowiem zapewni rodowi kontynuację. W przeciwieństwie do Ramona, Grimon nie zawraca sobie głowy ambicjami szlacheckimi. Pasjonuje go kupiectwo, wyżywa się w rozszerzaniu zasięgu swoich interesów. Stary dwór w Montaigne rzadko go widuje, Grimon woli kamienice na ulicy La Rousselle, w których pod numerami 23 i 25 będą mieszkali jego syn i znakomity wnuk. Wdowa po starym Ramonie wychodzi ponownie za mąż za pana Jeana d'Anglades, ród to patrycjuszowski, a także - nomen omen - proangielski. W roku 1488 umiera Pey i pani d'Anglades (jak świadczą rejestry) zgłasza pretensję do części dziedzictwa po młodszym synu. Grimon, znany zresztą z solidności, spłaca matkę. Ten "kupiec z parafii św. Michała", jak nazywają go akta, prowadząc teraz samodzielnie firmę, nadal prosperuje, wciąż dokupuje nowe kamienice i posiadłości. Dwa lata po śmierci brata-wspólnika zamożny czterdziestolatek postanawia się ożenić. Niejeden dom szlachecki oddałby mu swoją córkę, zwłaszcza gdyby Grimon zobowiązał się rzucić handel i osiąść w Montaigne. Ale Grimona to nie bawi - życie wiejskie wydaje mu się mało pasjonujące - jego wybranką zostaje mieszczańska córka Jeanne du Four. Urodziła mu pięciu czy sześciu chłopców i trzy dziewczynki.
Grimon był czynnym społecznikiem i cieszył się popularnością wśród patrycjatu miejskiego. Jeszcze jako kawaler zostaje juratem miejskim, w roku 1503 prewotem, czyli tym, który czuwa nad wymiarem sprawiedliwości. W roku 1510 jego uczciwość zostaje przez parlament nagrodzona niezwykłym tytułem, którego znaczenia dzisiaj nie jesteśmy już w stanie ocenić: zostaje strażnikiem pieprzu króla Portugalii. Domyślamy się, jakiego to skarbu pilnował! To tak, jakby mu dziś powierzono klucze do magazynu materiałów rozszczepialnych. Wszystko to wyszperał w aktach miejskich uczony z Bordeaux i patriota tego miasta Théophile Malvezin.
Dostęp do szlachectwa był w Gaskonii ułatwiony, nie znaczy to jednak, że automatyczny. Nabycie majątku ziemskiego, a nawet nazwiska z nim związanego, nie zapewniało jeszcze uszlachcenia. W pewnych okresach zajmowanie się handlem uniemożliwiało bowiem przejście do wyższego stanu (podobnie było w Polsce). Dlatego błędne jest mniemanie całych pokoleń biografów - poucza nas profesor Roger Trinquet - że już stary Ramon Eyquem zdążył wpisać się w rejestr szlachecki. Jeszcze jego syna Grimona akta długo nazywają tylko "czcigodnym". Jednakże w roku 1509, kiedy prawdopodobnie wycofał się już z interesów i przeniósł do Montaigne, słowo "czcigodny" zostaje w akcie przekreślone i czyjaś ręka wpisuje "szlachetny". Coraz częściej dodaje też Grimon do swojego nazwiska określenie "seigneur de Montaigne". Trinquet przypisuje obrotnemu Grimonowi świadomość wielkiego stratega; wszystko, co czynił, to z myślą o przyszłej świetności rodu: najpierw długo zbijał krocie, gromadził stanowiska municypalne, dając zarazem dzieciom odpowiednie wykształcenie, potem w porę wycofał się z interesów do majątku ziemskiego, ażeby "nie umrzeć za kontuarem". Córki wydał za mąż za członków parlamentu Miejskiego, żeby ułatwić późniejszym Eyquemom dostęp do tej instytucji. Tak to wygląda z dystansu, ale nie ma żadnej pewności, że tak było naprawdę.
Kiedy Grimon Eyquem zmarł (w 1519 roku), zostały po nim domy i składnice, lasy, łąki i pola uprawne, winnice i nieużytki. Żaden z licznych synów nie zasiadł już "za kontuarem": najstarszy, trzeci i czwarty zostali od razu zaliczeni w rejestr szlachecki; pominięto tylko drugiego z kolei, a to dlatego, że gdy ojciec umierał, ów młodzieniec studiował prawo. "Co do pana Montaigne'a - napisze z żółcią pod koniec XVI wieku Scaliger młodszy (Józef) - to jego ojciec był sprzedawcą śledzi". Nieprawda - nie ojciec, tylko dziadek!
A ojciec? Był najstarszym z synów Grimona i pierwszym z rodu, który urodził się w Montaigne, w roku 1495, na św. Michała, jak już podawaliśmy. Piotrem go ochrzczono. Jego brat Tomasz, ów prawnik, pan na Saint-Michel, zmarł młodo. Następny syn Grimona miał znowu Piotr na imię, nazwiemy go Piotrem młodszym, był uczonym prawnikiem i duchownym, odegra pewną rolę w życiu Michała. Wreszcie jest mały Ramon - Rajmund (późniejszy pan de Bussaguet), ten w chwili śmierci Grimona, swego ojca, ma lat sześć.
Dr Payen, zasłużony badacz dziewiętnastowieczny, odnalazł wiersz łaciński skomponowany za młodu przez Piotra Eyquema starszego. Na tej podstawie przez długie lata uważano - wbrew wyraźnemu świadectwu Montaigne'a - że ojciec pisarza był człowiekiem niepozbawionym kultury literackiej czy nawet zdolności poetyckich. Ostatnio pogląd na to się zmienił: było to, mówi Trinquet, nie więcej niż ćwiczenie, podyktowane czy może tylko poprawione przez nauczyciela-poetę. Piotr pisał je, mając lat siedemnaście. To on pierwszy i jedyny z rodu odda się żołnierce - niewątpliwie jeszcze za życia swego ojca. Opinia uczonych, jak prawie we wszystkim, tak i w tej sprawie, jest podzielona: jedni twierdzą, że Piotr starszy stał się rycerzem na życzenie Grimona, drudzy - że szedł za swoimi upodobaniami. W każdym razie gdzieś około roku 1515 znalazł się we Włoszech, gdzie wojował kilkanaście lat z krótkimi przerwami. Przywiózł stamtąd znajomość nie tylko włoskiego, ale i hiszpańskiego. Montaigne będzie czytał, mówił, nawet i pisał po włosku, a skrupulatni naukowcy będą się zastanawiać, skąd znał ten język, skoro nie ma śladu, żeby miał preceptora.
"Jak na mężczyznę średniego wzrostu - wspomina ojca Montaigne - był to człek niezwykle krzepki, o prostej i dobrze ukształtowanej postawie; twarzy przyjemnej, śniadawej; wyborny i zręczny we wszystkich szlachetnych ćwiczeniach. Widziałem jeszcze trzciny napełnione ołowiem, którymi, jak powiadano, ćwiczył siłę ramion [...] Takoż buty z ołowianą podeszwą, aby sobie dodać lekkości w bieganiu i skakaniu" (II, 19). Piotr starszy wiedział, co to jest racjonalny trening. Szczególnie zręczny był w skokach, a dłonie miał tak silne, że "obchodził stół dokoła na wielkim palcu u ręki". Dwaj miłośnicy pisarza ćwiczyli tę sztukę długo, żeby wreszcie zademonstrować ją na zamkniętym zebraniu Towarzystwa Przyjaciół Montaigne'a, trzeba bowiem było udowodnić, że pisarz nie blagował; nie wiadomo, czy im się udało4. Opowiadając o tym, że dawniej moralność była surowsza, Michał pisze z dumą i nie bez pewnej zazdrości, że ojciec umiał sobie radzić z kobietami, które pozwalały mu na "osobliwe poufałości". A jednak "przysięgał święcie, iż zachował dziewictwo do chwili małżeństwa, mimo iż przebył długi szereg wojen z tamtej strony gór..." Piotr Eyquem ożenił się, mając lat aż trzydzieści trzy - czy trzeba dodawać, że zdania komentatorów na temat owego dziewictwa są podzielone? Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że ten krzepki żołnierz nie powiedział synowi prawdy, a raczej, że mu powiedział budującą nieprawdę...
Miał Piotr prowadzić skrupulatny diariusz swojego życia żołnierskiego - szkoda, że zaginął. Nawet jeśli zawierał tylko suche fakty, byłby niesłychanie ciekawym dokumentem. Kampania włoska toczyła się ze zmiennym szczęściem i udział Piotra w jej meandrach, o których niewiele wiemy, wytłumaczyłby może pewne niejasności. Nie wiemy, w jakich bitwach brał udział. Jak zareagował na klęskę pod Pawią w 1525 roku i niewolę króla Franciszka I...
Sądzi się, że służył pod rozkazami rozlicznych panów de Foix, stąd przyjaźń Montaigne'ów z tym starym i potężnym rodem gaskońskim. Wiadomo, że opuścił pośpiesznie Włochy na wieść o śmierci Grimona Eyquema w 1519 roku. Niewtajemniczony przez ojca w zawiłości handlowe, młody rycerz nie umiał bronić swoich interesów; przy podziale majątku został podobno orżnięty, wraz ze swoim rodzeństwem, przez wujków i ciocie, o czym świadczy jego suplika do papieża. Ale w sumie żołnierka opłaciła się. Składa hołd wasalny swojemu seniorowi, którym jest arcybiskup Jean de Foix, i odtąd przy jego nazwisku też pojawia się określenie "szlachetny". Dzieci jego rodzą się już w tym właśnie stanie.
Załatwiwszy sprawy w Montaigne, Piotr wraca do Włoch, do wojaczki. Przełożeni musieli cenić dzielnego i silnego rycerza, który jeszcze w późnym wieku potrafił wskoczyć w futrze na konia. Zdaje się, że Włochy zaprószyły mu głowę. Uczeni humaniści imponowali nieborakowi i onieśmielali go. Był wobec nich naiwnie ufny, zupełnie bezkrytyczny. Zetknięcie z erudytami miało być dla niego, według niektórych badaczy, prawdziwym wstrząsem duchowym. Przypisywano mu "miłość do literatury, kult dla tych, którzy ją uprawiają, pęd do nauki" (Paul Bonnefon). Bolał nad własną nieuczonością i brakiem biegłości w łacinie. Obserwował włoskie wzory edukacyjne i już wówczas - zdaniem pewnych komentatorów - postanowił sobie, że jeśli w przyszłości będzie miał syna, wychowa go podług najświatlejszych metod. Zdaje się, że czuł jednak potem lata wojaczki mocno w kościach. Możliwe też, że - nikomu się z tego nie zwierzając - wrócił z wojny z nienawiścią do zabijania. Nie znamy jego snów, nie znamy urazów ani lęków. Najwyraźniej odrobił wojaczkę nie tylko dla dobra rodu, ale i za cały ród, za wszystkich przyszłych synów. Napatrzył się, nacierpiał, wszy karmił, ale o tych cieniach żołnierskiego rzemiosła nigdy synowi, pogrążonemu w lekturze Cezara, a potem Plutarcha, wolał nie opowiadać.
Jesienią 1528 roku, wracając z długotrwałego wojowania, zatrzymał się Piotr starszy, rycerz gaskoński, w Tuluzie. Studiował tam prawo na uniwersytecie ten drugi Piotr, młodszy o dwanaście lat od brata. W dzielnicy uniwersyteckiej, blisko klasztoru jakobitów, mieszkała zamożna rodzina kupiecka Lopezów. Z młodziutką i chyba urodziwą Antoniną Lopez swatano spragnionego małżeństwa wojaka. Kontrakt ślubny spisano 12 listopada 1528 roku. Według jednych miała panna wnieść siedem tysięcy liwrów tureńskich posagu, według innych - tylko cztery. Nie było i to mało, ale mniej - twierdzą znawcy - niż taki Piotr Eyquem mógł dostać. Nie na pieniądzach mu jednak najbardziej zależało, tylko na pannie, a rodzina jej była ustosunkowana. "Ożenił się w dobrze późnym wieku [...] w czasie powrotnej drogi z Italii". Ślub odbył się 15 stycznia 1529 roku. Montaigne podaje rok 1528, ale to według dawnego stylu, w którym stary rok trwał we Francji do końca marca.
1 Cytaty z Prób w tłumaczeniu Tadeusza Żeleńskiego-Boya, według wydania PIW z roku 1957 (liczba rzymska oznacza księgę, liczba arabska stronicę); cytaty z innych pism Montaigne'a w tłumaczeniu moim (J.H.).
2 Roger Trinquet, La Jeunesse de Montaigne, Paryż 1972.
3 Jacques Bainville, Dzieje Francji, przeł. Tadeusz Stryjeński, Warszawa 1946.
4 Trinquet, La Jeunesse de Montaigne.