Ja, Majka - Rafał Witek

-
Proszę czekać

Dzień pierw­szy

Uciec jest łatwo. Tak wła­śnie robię.

To był ostatni dzień kolo­nii. Wszy­scy się cie­szyli, że wra­cają do domu. Oprócz mnie. Ja się nie cie­szy­łam. Myśl o powro­cie do cia­snego miesz­ka­nia wypeł­nio­nego wrza­skiem młod­szego brata, narze­ka­niami matki i docin­kami jej nowego faceta była przy­gnę­bia­jąca. I wtedy wpa­dłam na ten pomysł. W zasa­dzie to mia­łam go od dawna, ale... Był jedną z tych rze­czy, o któ­rych z góry wia­domo, że się ich nie zre­ali­zuje. Aż do momentu, w któ­rym nagle musi się je zre­ali­zo­wać. Aby dalej żyć.

- Auto­kary pod­je­chały! - Pani Marzena wpa­dła do naszego pokoju i omio­tła go wzro­kiem. - Jeste­ście gotowe, dziew­czynki?

Luśka, Gabi i Fatima kiw­nęły gło­wami. Chwy­ciły swoje walizki na kół­kach i wywle­kły je na kory­tarz.

- Co wy tam macie, kamie­nie? - jęk­nął pan Arek, poma­ga­jąc znieść bagaże po scho­dach.

- Pro­wiant na drogę - odparły dziew­czyny.

Pro­wiant. To jedno z tych słów, które koja­rzą mi się z wyjaz­dami. W nor­mal­nym życiu nikt nie używa słowa "pro­wiant". Nie jest potrzebne. A latem nagle z jakie­goś powodu wycho­waw­czy­niom i kuchar­kom nie prze­cho­dzą przez gar­dło takie wyrazy jak "jedze­nie", "picie", "kanapka", "dru­gie śnia­da­nie". One na jedze­nie dla nas muszą mówić "pro­wiant". No ale nie­ważne. Ważne, że kiedy usły­sza­łam to słowo, nagle zro­zu­mia­łam, że ni­gdzie nie jadę.

Cza­sami takie przy­pad­kowe słowa, dźwięki lub obrazy poma­gają mi coś sobie uświa­do­mić. Są zaklę­ciami, które uru­cha­miają maszy­ne­rię sko­ja­rzeń. Tak jak w tym auto­ma­cie do gry na nad­mor­skiej pro­me­na­dzie: wrzuca się żeton i prze­kręca gałkę, która popy­cha jed­no­gro­szową monetę. Moneta toczy się przez meta­lowy labi­rynt i - jeśli spad­nie w okre­ślo­nym miej­scu - daje wygraną. A jeśli spad­nie w złym miej­scu? Wtedy trzeba zapła­cić za kolejną szansę.

- Idziesz? - Gabi przy­sta­nęła w otwar­tych drzwiach i patrzyła na mnie pyta­jąco.

- Tak, tak. - Kiw­nę­łam głową. - Tylko... muszę jesz­cze coś spraw­dzić w walizce.

Gdy zda­łam sobie sprawę, że naprawdę zamie­rzam zro­bić to, co zamie­rzam zro­bić, wszystko inne stało się pro­ste. W ułamku sekundy. W oka­mgnie­niu, jak mawia moja pani od pol­skiego. Choć jej oka­mgnie­nie aku­rat trwa strasz­nie długo, bo pani od pol­skiego ma pro­blemy z opa­da­jącą powieką.

Pocią­gnę­łam suwak od walizki i otwo­rzy­łam wieko. Upchane kola­nem ciu­chy wypa­dły na pod­łogę, jakby były na sprę­ży­nie. Zdję­łam z ramie­nia pod­ręczny ple­cak i też go opróż­ni­łam. Bły­ska­wicz­nie podzie­li­łam rze­czy na dwie kate­go­rie: to, co mi się przyda, i to, czego mogę się pozbyć.

Brudna bie­li­zna i ubra­nia - z powro­tem do walizki. Ostat­nie czy­ste pod­ko­szulki, majtki i skar­pety - do ple­caka. Zapa­sowe trampki, pamiątki i nagrody z kolo­nij­nych kon­kur­sów - do walizki. Port­fel z legi­ty­ma­cją, jedze­nie - do ple­caka. Komórka - do kie­szeni!

Wysu­nę­łam rączkę i pocią­gnę­łam walizkę za sobą na kory­tarz. Kółka zatur­ko­tały po wyka­fel­ko­wa­nej pod­ło­dze ośrodka. Pan Arek i wszy­scy wycho­wawcy byli już na dole, więc nie miał kto mi pomóc. Sama znio­słam walizkę na par­ter. Dopiero przy wej­ściu natknę­łam się na panią Marzenę.

- Gdzie ty łazisz, Nikola? - fuk­nęła na mnie. - Wła­śnie szłam cię szu­kać!

- Już jestem - odpo­wie­dzia­łam. - Zapo­mnia­łam cze­goś.

- Mówi­łam, żeby­ście się spa­ko­wały po śnia­da­niu - zrzę­dziła wycho­waw­czyni. - Nie byłoby teraz zamie­sza­nia. Bie­giem do auto­karu!

Luk baga­żowy był jesz­cze otwarty. Kie­rowca w bia­łej koszuli bez słowa wziął moją walizkę i upchnął ją wśród innych. Potem zatrza­snął ciężką meta­lową klapę. Roz­grzana karo­se­ria pię­tro­wego auto­karu wydzie­lała zapach farby, oleju sil­ni­ko­wego i jakichś sma­rów. Trzy­ma­jąc przed sobą ple­cak, wdra­pa­łam się po stro­mych schod­kach przed­nim wej­ściem i przede­fi­lo­wa­łam wąskim kory­ta­rzem do rzędu sie­dzeń w środku. Luśka machała, że ma tam dla mnie miej­sce.

- Gdzie byłaś? - zapy­tała.

- Słu­chaj - powie­dzia­łam, igno­ru­jąc jej pyta­nie. - Ja nie jadę.

- No co ty - wymam­ro­tała Luśka. - Nie pani­kuj, jakby co, mam tabletki na rzy­ga­nie.

- Nie o to cho­dzi. - Pochy­li­łam ku niej głowę jak dobra przy­ja­ciółka, która wła­śnie ma zamiar się zwie­rzać. - Musisz mi pomóc.

- Dwa, cztery, sześć, osiem, dwa­na­ście, dwa­dzie­ścia dwa, dwa­dzie­ścia cztery... - Pani Marzena stała z przodu auto­karu i liczyła głowy. - Wszy­scy są?! - zawo­łała dla pew­no­ści, gdy skoń­czyła.

- Taaak! - odpo­wie­dzie­li­śmy chó­rem.

- Teraz jest ten moment - mówi­łam gorącz­kowo do Luśki. - Powiedz pani, że nie zdą­ży­łaś się wysi­kać. Niech kie­rowca otwo­rzy środ­kowe drzwi. Wybie­gniesz do toa­lety, a ja z tobą. Że niby dla towa­rzy­stwa. Potem wró­cimy razem pod auto­kar, żeby nas widzieli przez szyby. Wej­dziemy razem na schodki. Kiedy facet zacznie zamy­kać drzwi, wyśli­zgnę się na zewnątrz. Tu ci zosta­wiam moją czapkę z dasz­kiem. Jak ruszy­cie, przy­cze­pisz ją do zagłówka. Gdyby pani nas jesz­cze liczyła w trak­cie jazdy.

Luśka zro­biła wiel­kie oczy.

- Ty tak na serio? - spy­tała prze­ra­żo­nym szep­tem.

- Na serio. Dawaj, bo facet odpala sil­nik!

Luśka pokrę­ciła głową.

- Nie będę z sie­bie robiła idiotki za darmo. Coś ci się sta­nie i wszystko będzie na mnie.

Wygrze­ba­łam z ple­caka butelkę soku i dwa­dzie­ścia zło­tych.

- Masz, przy­da­dzą ci się na drogę - syk­nę­łam. - I krzycz, bo zaraz będzie za późno!

- Pro­szę paniiii!... - zawyła Luśka swoim wyso­kim gło­sem.

- Co znowu? - Pani Marzena ledwo trzy­mała się na nogach ze zmę­cze­nia.

- Muszę siku. Nie wytrzy­mam!

Pani Marzena zmie­rzyła ją z oddali wście­kłym wzro­kiem.

- No weź, opóź­niasz! - zawo­łały jakieś dzie­ciaki z pierw­szych rzę­dów. - Jedźmy już.

- Naprawdę nie wytrzy­mam! - powtó­rzyła Luśka.

- Pro­szę otwo­rzyć środ­kowe drzwi - powie­działa z rezy­gna­cją pani Marzena do kie­rowcy. - Lusia, masz trzy minuty. Bie­gnij do tych toa­let na par­te­rze, koło jadalni.

- Dobrze, pro­szę pani. - Luśka kiw­nęła głową. - A może Nikola iść ze mną? Bo samej głu­pio.

Nie cze­ka­ły­śmy na odpo­wiedź pani Marzeny, tylko wybie­gły­śmy z auto­karu. Luśka bez niczego, ja z tym moim pod­ręcz­nym ple­ca­kiem. W kilku susach poko­na­ły­śmy podwórko i wbie­gły­śmy do ośrodka. Bez dzie­cia­ków wyda­wał się cichy i wymarły. W jadalni krze­sła nało­żone były na blaty sto­łów. Krze­sła na sto­łach to naj­lep­szy sym­bol pustki i odjazdu. I plamy sło­necz­nego świa­tła na pod­ło­dze, dywany utkane z bla­sku.

Weszły­śmy do łazienki. Obmy­łam twarz chłodną wodą. Z tego upału i emo­cji byłam mokra jak ryba.

- Nikola, możesz jesz­cze zmie­nić zda­nie - powie­działa Luśka. - Jak chcesz, to ci oddam te dwie dychy.

Luśka cho­dziła do mojej szkoły, ale do innej klasy. Ja do szó­stej B, ona do E. Miesz­ka­ły­śmy w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści, ale szkoła była olbrzy­mia, dowo­żono do niej uczniów z całego powiatu. Fabryka prze­gry­wów. Tak ją nazy­wa­li­śmy, bo mało kto po tej naszej szkole się dosta­wał do dobrego liceum. Przed kolo­niami się z Luśką nie kum­plo­wa­ły­śmy. Teraz też w sumie nie, ale ze wszyst­kich dziew­czyn z naszego pokoju była jedyną, z którą dało się wytrzy­mać. Gabi i Fatima pocho­dziły z jakiejś innej galak­tyki. Z galak­tyki dobrych uczen­nic, które mają solidne kie­szon­kowe, codzien­nie dzwo­nią do rodzi­ców, zga­dzają się we wszyst­kim z wycho­waw­czy­niami i chęt­nie "biorą udział w życiu grupy". Tak im pani Marzena napi­sała na poże­gnal­nych dyplo­mach. Poje­chały na te dar­mowe miej­skie kolo­nie, bo wśród wycho­waw­ców byli zna­jomi ich rodzi­ców. Ja i Luśka poje­cha­ły­śmy, bo na żaden inny wyjazd nie byłoby nas stać.

- Wiesz co, ja chyba naprawdę się wysi­kam - stwier­dziła Luśka i klap­nęła na deskę.

Par­sk­nę­łam śmie­chem. Wariatka z tej Luśki.

- Jak ty, to ja też. - Zaję­łam kabinę obok. - Pew­nie nie­źle na nas blu­zgają w auto­ka­rze.

- A co mnie to? - Luśka naj­wy­raź­niej odzy­skała swój codzienny luz. - Nikola, nie będę wni­kać, co ci odbiło, ale... uwa­żaj na sie­bie.

- Ma się rozu­mieć. - Zapu­ka­łam w dyktę oddzie­la­jącą nasze kabiny.

Umy­ły­śmy ręce i popę­dzi­ły­śmy z powro­tem do auto­karu. Ple­cak w ostat­niej chwili zosta­wi­łam przy wej­ściu do toa­let. Teraz już wie­dzia­łam, że będę musiała po niego wró­cić.

Sil­nik auto­karu bur­czał jed­no­staj­nie. Pod­bie­gły­śmy do otwar­tych środ­ko­wych drzwi. Luśka weszła na schodki pierw­sza i zawo­łała do pani Marzeny:

- Już jeste­śmy!

Wysta­wi­łam głowę ponad poziom zagłów­ków i poma­cha­łam, żeby pani Marzena zare­je­stro­wała rów­nież moją obec­ność. Potem schy­li­łam się, zro­bi­łam w tył zwrot i wysko­czy­łam z pojazdu. W tym cza­sie Luśka grze­bała się na schod­kach i krzy­czała coś jesz­cze do pani Marzeny, żeby przy­cią­gnąć jej uwagę. I żeby dzie­ciaki sie­dzące naprze­ciwko środ­ko­wego wej­ścia nie zauwa­żyły, że zni­kam. Choć pew­nie i tak by nie zauwa­żyły, bo były zbyt zajęte sobą, roz­mo­wami, szu­ka­niem nie wia­domo czego w ple­ca­kach.

Nie myśląc o niczym, przy­war­łam do ciel­ska auto­busu. Modli­łam się, żeby kie­rowca nie wypa­trzył mnie w bocz­nym lusterku. Prze­mknę­łam do tyłu i tam się skry­łam na chwilę, a potem pogna­łam za auto kie­row­nika ośrodka zapar­ko­wane przed budyn­kiem gospo­dar­czym. Kuca­jąc w jego cie­niu, usły­sza­łam syk - zamy­kały się pneu­ma­tyczne drzwi. War­kot pra­cu­ją­cego na jało­wym biegu sil­nika zmie­nił czę­sto­tli­wość. Pojazd ruszył. Bałam się wysta­wić głowę z mojej kry­jówki, więc zamiast odpro­wa­dzać go wzro­kiem, odpro­wa­dza­łam go słu­chem. Szkoda, faj­nie byłoby poma­chać Luśce na do widze­nia. Zamiast tego wyję­łam z kie­szeni komórkę i puści­łam jej ese­mesa z macha­jącą rączką. Odpi­sała pra­wie natych­miast: "Pani mówi, że pierw­szy przy­sta­nek za dwie godziny. Cho­waj się dobrze. Narka!".

Dwie godziny. A więc tyle czasu mia­łam, żeby spo­koj­nie znik­nąć.

* * *

- Cześć, jestem Nikola, mam dwa­na­ście lat i niczym się nie inte­re­suję. - Tak się przed­sta­wi­łam na pierw­szym kolo­nij­nym ogni­sku. Od początku czu­łam się za stara na ten wyjazd, tam były pra­wie same ośmio- i dzie­wię­cio­latki, a kil­koro dzieci nawet młod­szych. Nas, star­sza­ków, było kilka sztuk. I co mia­łam powie­dzieć? Że inte­re­suję się modą albo bale­tem i rato­wa­niem świata? To moja sprawa, czym się inte­re­suję, nie mam ochoty zwie­rzać się z tego ban­dzie nie­zna­nych ludzi przy jakimś ogni­sku!

Tak naprawdę mia­łam pra­wie trzy­na­ście lat, ale to by zabrzmiało jesz­cze gorzej. Mieć trzy­na­ście lat i jechać na kolo­nie z malu­chami to tro­chę tak, jakby powta­rzać klasę. Od razu patrzą na cie­bie jak na dzi­wa­dło, wyrzutka, kogoś podej­rza­nego. No więc powie­dzia­łam, że mam dwa­na­ście. Rato­wał mnie wygląd. Nie­które moje kole­żanki zaczy­nały już przy­po­mi­nać swoje star­sze sio­stry, a ja w kucy­kach i leg­gin­sach wciąż wyglą­da­łam na młod­szą, niż byłam. No i nic mi jesz­cze za bar­dzo nie uro­sło. W każ­dym razie nie na tyle, aby luźny T-shirt nie mógł tego zakryć.

Matka i szkolna pani peda­gog wypchnęły mnie na ten wyjazd tro­chę na siłę. Mielno, morze, wielki ośro­dek kolo­nijny wypeł­niony gru­pami z całego kraju. Taki sam moloch jak moja szkoła. Codzien­nie przy śnia­da­niu walka o chleb, o masło, o kawa­łek sera. Na plaży walka o kawa­łek wol­nego miej­sca, o nie­sy­pa­nie pia­chem na ręcz­nik, o nie­by­cie ochla­paną zimną wodą z wia­derka przez jakże dow­cip­nych chłop­ców. Wie­czo­rem walka o wolny prysz­nic, o nie­zap­chaną toa­letę, o chwilę ciszy w pokoju. Mia­łam dosyć walki. Sie­dzia­łam oparta ple­cami o auto kie­row­nika ośrodka i chło­nę­łam ciszę. Bo teraz na tere­nie ośrodka zale­gała głę­boka, nie­sa­mo­wita cisza. Wewnątrz, na pię­trach z poko­jami, trwało sprzą­ta­nie, ale te odgłosy tu nie docie­rały. Oddy­cha­łam ciężko jak ktoś, kto zrzu­cił z sie­bie wielki cię­żar. Już się nie bałam. Zawsze tak mam, boję się tylko przed. Przed kla­sówką, przed szkol­nymi wystę­pami, przed wizytą u den­ty­sty. Kiedy sprawa się zacznie, strach mi prze­cho­dzi.

Powoli docie­rało do mnie, że auto­kar naprawdę odje­chał. Czyli zosta­łam sama. Bez wycho­waw­czyni nad głową, bez kole­ża­nek nad uchem. Bez kolo­nij­nego planu zajęć i bez wyni­ka­ją­cych z niego pokrzy­ki­wań, poga­nia­nia, pona­gleń. Sama w środku upal­nego lip­co­wego dnia w kuror­cie nad Bał­ty­kiem.

Chcia­łam się­gnąć do ple­caka po wodę i wtedy uświa­do­mi­łam sobie, że nie mam go przy sobie. No tak, zosta­wi­łam go w ośrodku. Sie­dzę tu i myślę, a tam cały mój doby­tek leży nie­strze­żony. Lepiej się ruszyć i po niego pójść.

Wysta­wi­łam czu­bek nosa zza auta kie­row­nika. Na zewnątrz ośrodka na­dal nikogo nie było. Pod­bie­głam do drzwi wej­ścio­wych. Otwo­rzy­łam je bez jed­nego skrzyp­nię­cia i wsu­nę­łam się do chłod­nego wnę­trza pach­ną­cego pastą do pod­łóg. Toa­lety były za rogiem, po lewej stro­nie na końcu kory­ta­rza. Skrę­ci­łam tam i od razu serce zaczęło mi walić jak głu­pie. Przy wej­ściu do dam­skich toa­let nie było mojego ple­caka! Kur­czę, nie powin­nam była go tam zosta­wiać. Pew­nie już któ­raś ze sprzą­ta­czek zdą­żyła go wypa­trzyć i zabrać. Gdzie ja go teraz znajdę? A w środku jest prze­cież mój port­fel z pie­niędzmi, bie­li­zna, resztki jedze­nia, mały czy­sty ręcz­nik. Dobrze, że cho­ciaż komórkę mam w kie­szeni.

Rozej­rza­łam się bez­rad­nie. Gdzie sprzą­taczki mogły go zanieść? Gdzie ja bym zanio­sła zna­le­ziony ple­cak, gdy­bym była sprzą­taczką? To zależy od uczci­wo­ści. Jeśli są uczciwe, powinny go oddać kie­row­ni­kowi ośrodka. W prze­ciw­nym razie ukry­łyby go w swo­jej kan­cia­pie ze szma­tami i szczot­kami. Dobra, czas dzia­łać. Biuro kie­row­nika jest tu na par­te­rze, drzwi w drzwi z jadal­nią. Posta­no­wi­łam zaj­rzeć naj­pierw tam. Wola­łam sta­wiać na ludzką uczci­wość.

Na palusz­kach prze­szłam obok pustej recep­cji, peł­nią­cej też w trak­cie tur­nu­sów funk­cję skle­piku z pamiąt­kami. Jadal­nia była zaraz obok, przy­le­gała do holu. Już chcia­łam naci­snąć klamkę w drzwiach pokoju kie­row­nika, ale się zawa­ha­łam. A jeśli on będzie w środku? Prze­cież mnie roz­po­zna, pałę­ta­łam mu się pod nosem przez ostat­nie dwa tygo­dnie. I co mu powiem? Wpraw­dzie za drzwiami pano­wała cisza, ale z doro­słymi ni­gdy nie wia­domo. Może coś pisze, może zała­twia sprawy przez inter­net, może przy­snął? Uzna­łam, że naj­pierw zaj­rzę do tego jego biura od zewnątrz, przez okno.

Po raz kolejny udało mi się bez­sze­lest­nie otwo­rzyć drzwi wej­ściowe. Jed­nak żeby odna­leźć wła­ściwe okno, musia­łam obejść budy­nek. Pobie­głam. Po całym tur­nu­sie zna­łam ośro­dek jak wła­sną kie­szeń. Wie­dzia­łam, że aby zaj­rzeć w okno kie­row­nika, będę musiała zdep­tać rosnące pod nim kwiatki. I że to może spo­wo­do­wać dodat­kowy hałas.

Na szczę­ście tych kwiat­ków nie było dużo. Kilka przy­wię­dłych od upału, cze­ka­ją­cych na pod­la­nie żół­tych aksa­mi­tek. Jakoś udało mi się je roz­chy­lić i sta­nąć mię­dzy nimi. Zgar­biona, cza­jąca się, musia­łam wyglą­dać z ulicy jak poten­cjalna wła­my­waczka. Ale się tym nie przej­mo­wa­łam. Zauwa­ży­łam, że ludzie w miej­sco­wo­ściach wypo­czyn­ko­wych nie patrzą na innych ludzi. Patrzą na swoje hot dogi, na swoje gofry, lody i inne świń­stwa, któ­rymi się opy­chają. Szu­kają dzieci wciąż odbie­ga­ją­cych ku stra­ga­nom z pamiąt­kami. Roz­ma­wiają z mężem lub żoną. Kłócą się. Coś usta­lają. Tu jest odwrot­nie niż w moim mie­ście. Tam wszy­scy patrzą na sie­bie nawza­jem aż za dokład­nie. Ska­nują się wzro­kiem od momentu zoba­cze­nia do poże­gna­nia. Kto ma jakie buty, kto jaką fry­zurę, kto sobie kupił nowy ciuch, zega­rek, kol­czyk. Po co mu i skąd na to miał? Kon­trola jest wni­kliwa i szcze­gó­łowa. A potem oma­wiana z sąsiad­kami, zna­jo­mymi, z każ­dym, kto może cię znać lub coś o tobie wie­dzieć. Szcze­gól­nie kiedy jesteś dzie­cia­kiem.

Ostroż­nie wysu­nę­łam oczy i nos ponad poziom para­petu. Jeden rzut oka upew­nił mnie, że gabi­net jest pusty. Wysta­wi­łam więc głowę śmie­lej. Odbla­ski na szy­bie tro­chę prze­szka­dzały mi w dokład­nym spe­ne­tro­wa­niu wnę­trza. Wytę­ży­łam wzrok i sku­pi­łam się. Kom­pu­ter, dru­karka, jakieś papiery na biurku, krze­sło, szafa, kosz na śmieci, dyplomy na ścia­nach. Ple­caka tam nie było. No, chyba że w sza­fie, ale tego już nie mogłam usta­lić.

Wró­ci­łam pod wej­ście do ośrodka, myśląc gorącz­kowo. Skoro ple­caka nie ma w pokoju kie­row­nika, to zostaje kan­ciapa sprzą­ta­czek. Lub jakieś zupeł­nie przy­pad­kowe miej­sce, na które go odło­żyły, aby póź­niej się nim zająć. Tak czy owak, zro­zu­mia­łam, że będę musiała wejść na górne pię­tra. Skła­dzik jest na pierw­szym, koło bocz­nych scho­dów ewa­ku­acyj­nych.

Na szczę­ście recep­cja na­dal była pusta. Tylko wyłu­pia­ste oko kamery gapiło się na mnie, ale prze­cież pod­gląd z kamer też jest w recep­cji. Pogna­łam kory­ta­rzem do bocz­nej klatki scho­do­wej. Prze­ska­ku­jąc co drugi scho­dek, dotar­łam na pierw­sze pię­tro i wyj­rza­łam na kory­tarz. Drzwi do wszyst­kich pokoi były otwarte, w oddali stał wózek z wia­drami, środ­kami czy­sto­ści, papie­ro­wymi ręcz­ni­kami i tym wszyst­kim, co jest potrzebne sprzą­tacz­kom w pracy. Sły­sza­łam też ich głosy, ale nie widzia­łam postaci. Musiały być w któ­rymś z pokoi.

Wysu­nę­łam się na kory­tarz, zro­bi­łam dwa kroki w kie­runku drzwi do kan­ciapy i naci­snę­łam klamkę. Drzwi ustą­piły, ale w środku było kom­plet­nie ciemno. No tak, prze­cież w takich schow­kach zazwy­czaj nie ma okien! Wyma­ca­łam na ścia­nie włącz­nik świa­tła i zro­bi­łam pstryk. Szyb­kim spoj­rze­niem omio­tłam zawar­tość meta­lo­wych pó­łek usta­wio­nych pod ścia­nami mikro­sko­pij­nego pomiesz­cze­nia. Było tam wszystko, tylko nie mój ple­cak. Cicho zamknę­łam drzwi i wła­śnie cofa­łam się w kie­runku klatki ewa­ku­acyj­nej, kiedy z jed­nego z pokoi w poło­wie kory­tarza wyło­niła się kobieta cią­gnąca za sobą odku­rzacz. Oczy­wi­ście od razu mnie zoba­czyła. Tylko na fil­mach jest tak, że można prze­mknąć komuś koło nosa nie­zau­wa­żo­nym.

- A co ty tu robisz, dziecko?

Znie­ru­cho­mia­łam. Poru­szały się jedy­nie moje gałki oczne, szu­ka­jąc w roz­pa­czy jakie­goś neu­tral­nego punktu zacze­pie­nia. Wtedy przy­po­mniało mi się to, co zawsze powta­rzała Ali­cja, moja przy­ja­ciółka ze szkoły, kiedy ścią­ga­ły­śmy na kla­sów­kach: "Uśmie­chaj się! Cały czas się uśmie­chaj. Uśmiech­nięci są mniej podej­rzani".

Uśmiech­nę­łam się zatem. I odchrząk­nę­łam. Skoro mnie przy­ła­pano na buszo­wa­niu po ośrodku, nie mia­łam nic do stra­ce­nia. Sytu­ację mogła ura­to­wać tylko jakaś sen­sowna histo­ryjka.

- Bo ja... bo chcia­łam zapy­tać... bo chyba zapo­mnia­łam w pokoju ple­caka na ramię.

- Ple­caka? - zdzi­wiła się sprzą­taczka. - Ale prze­cież dzieci już wyje­chały!

- Tak, wyje­chały. - Poki­wa­łam głową. - Ale ja... mnie ode­brali rodzice, bo jesz­cze zosta­jemy nad morzem - kła­ma­łam jak z nut - no i wła­śnie się wró­ci­łam, bo zauwa­ży­łam, że zapo­mnia­łam tego ple­caka, a w recep­cji nikogo nie było, więc weszłam na górę i...

Twarz kobiety roz­luź­niła się odro­binę. Chyba moja histo­ryjka miała dla niej sens.

- W któ­rym pokoju miesz­ka­łaś? - zapy­tała rze­czowo.

- W sto dwu­na­stym - odpar­łam. - Tak jak numer alar­mowy.

Kobieta się roze­śmiała.

- Aśka! - zawo­łała w głąb kory­ta­rza - sprawdź no, czy w sto dwu­na­stym nie został jakiś ple­cak!

Aśka oka­zała się młodą dziew­czyną, pew­nie tylko kilka lat star­szą ode mnie. Wyło­niła się z któ­re­goś z pomiesz­czeń i bez słowa podrep­tała do sto­dwu­nastki.

- Nie ma - zamel­do­wała po chwili.

- Co się stało? - Do akcji wkro­czyła kolejna pani, która chyba przed chwilą zeszła z dru­giego pię­tra, bo zbli­żała się do nas od strony głów­nej klatki scho­do­wej.

- Dziecko zapo­mniało ple­caka - wyja­śniła ta pierw­sza. - Nie widzia­łaś gdzieś?

Nowa pani przez chwilę patrzyła na nas pustym wzro­kiem, jakby musiała pością­gać swoje myśli gdzieś z bar­dzo daleka, a potem nagle się oży­wiła:

- Ple­cak? Jest czarny ple­cak, leżał na par­te­rze koło toa­let. To twój?

Dawno się tak nie ucie­szy­łam.

- Czarny, z bre­locz­kiem-maskotką?

- Ja tam się nie przy­glą­da­łam, może i z maskotką - powie­działa kobieta. - Przy­nieść?

- Popro­szę. - Uśmiech­nę­łam się jesz­cze sze­rzej. - Jak mnie rodzice odbie­rali, to rze­czy­wi­ście wstą­pi­łam do toa­lety na dole. Musia­łam tam zosta­wić! Prze­pra­szam!

- Ach, ta mło­dzież - wes­tchnęła pierw­sza pani. - Dobrze, że nie zapo­mnia­łaś głowy, boby ci rodzice dopiero dali!

- Głowa jest na miej­scu - zażar­to­wa­łam, doty­ka­jąc jej rękoma.

Nie wie­dzia­łam, że potra­fię tak grać. Jak aktorka. I tak na pocze­ka­niu zmy­ślać. Tylko... czy to było zmy­śla­nie czy kła­ma­nie? Uzna­łam, że wolę słowo "zmy­ślać". W końcu to mój ple­cak, nie chcia­łam go ukraść, tylko odzy­skać.

W tym cza­sie trze­cia pani wró­ciła ze zgubą i na szczę­ście to naprawdę był mój ple­cak.

- Widzi pani, jest maskotka! - zawo­ła­łam. - Bar­dzo dzię­kuję, do widze­nia!

Odwró­ci­łam się i już chcia­łam wiać, ale głos pierw­szej znów mnie zatrzy­mał.

- A gdzie ci twoi rodzice?

- Cze­kają na dole - odpa­ro­wa­łam. - To zna­czy... w pobliżu, bo tu na uliczce nie było gdzie zapar­ko­wać, a nie wie­dzieli, czy mogą wje­chać na par­king ośrodka, więc...

Kobieta mach­nęła ręką i bez słowa wró­ciła do swo­ich obo­wiąz­ków. A ja pogna­łam scho­dami w dół, przez pusty hol, obok wymar­łej recep­cji, na ukos przez par­king i plac przed ośrod­kiem, przez meta­lową furtkę na ulicę, w tłum i dalej, jesz­cze dalej, i jesz­cze tro­chę dalej. Zatrzy­ma­łam się dopiero przy poczcie, w bocz­nej alejce peł­nej willi i domów jed­no­ro­dzin­nych, w cie­niu dużego drzewa. Opa­dłam na sto­jącą pod nim ławkę i się­gnę­łam do ple­caka po wodę. Wypi­łam na raz pra­wie całą pół­li­trową butelkę. Scho­wa­łam ją z powro­tem do ple­caka. Zamknę­łam go na suwak. Wycią­gnę­łam nogi i wypro­sto­wa­łam ręce. Nabra­łam głę­boko powie­trza. Ode­tchnę­łam.

* * *

Pierw­szy raz w życiu byłam cał­kiem sama. I to kil­ka­set kilo­me­trów od domu. Czu­łam się jak ktoś, kto sko­czył z wyso­kiej skarpy i teraz spada w nie­znane. Albo nie, nie spada. Leci. Zanim to zro­bi­łam, sądzi­łam, że to będzie strasz­niej­sze. Bar­dziej prze­ra­ża­jące. Że będzie wyma­gało gigan­tycz­nej odwagi i sprytu. Ale sama ucieczka oka­zała się łatwa. Nikt nie zauwa­żył mojego wyj­ścia z auto­karu, nikt mnie nie gonił. Pomy­śla­łam, że dzieci na kolo­niach nie gubią się tylko dla­tego, że nie chcą. Gdyby chciały, to roz­pły­nę­łyby się w powie­trzu w ciągu sekundy i żadna wycho­waw­czyni nie dałaby rady ich odszu­kać.

A więc ucie­kłam. Zna­la­złam się "po dru­giej stro­nie" i po tej dru­giej stro­nie było zwy­czaj­nie. Sie­dzia­łam na ławce pod drze­wem, patrzy­łam na ludzi wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych z poczty. Migo­tliwe cie­nie liści poru­sza­nych lekką bryzą prze­su­wały się po moich nogach i przed­ra­mio­nach. Zaczy­na­łam snuć plany na resztę dnia. Wszystko się we mnie uspo­ka­jało. W trak­cie ucieczki moja głowa dzia­łała w jakimś awa­ryj­nym try­bie sku­pio­nym na bie­żą­cej chwili, teraz odzy­ski­wa­łam dal­szą per­spek­tywę. Zda­łam sobie sprawę, że coś będzie dalej. Pora obia­dowa, popo­łu­dnie, wie­czór, noc, świt... I ja w tym wszyst­kim. Być może mia­łam w sobie tyle spo­koju, bo w domu też byłam zdana głów­nie na sie­bie. Matka od dwóch lat zaj­mo­wała się swoim nowym dziec­kiem, moim bra­tem. Przy­szy­wa­nym. Tak o nim myśla­łam: przy­szy­wany Alan. Matka miała go ze swoim nowym "part­ne­rem". Mój ojciec odszedł od nas dawno temu, zało­żył inną rodzinę, pra­wie go nie widy­wa­łam. No więc ten "part­ner" pró­bo­wał uda­wać mojego ojca, ale mu nie wycho­dziło. Nie miał do mnie cier­pli­wo­ści. W ogóle do niczego nie miał cier­pli­wo­ści. Szcze­gól­nie że Alan był nie­spo­koj­nym nie­mow­la­kiem, dużo pła­kał, nie dało się z nim wytrzy­mać na tych trzy­dzie­stu metrach kwa­dra­to­wych naszego miesz­ka­nia. I na­dal się nie da, bo do pła­ka­nia doszło cho­dze­nie, wci­ska­nie się w każdy zaką­tek, gada­nie. To dwu­la­tek, a od dwu­lat­ków podobno gor­sze są tylko trzy­latki.

Moja prze­strzeń to wąski tap­czan wci­śnięty za meblo­ściankę prze­dzie­la­jącą nasz jedyny pokój na pół. A raczej na trzy czwarte i jedną czwartą. Kiedy się tam zaszy­wam, na­dal oczy­wi­ście wszystko sły­szę, ale przy­naj­mniej nie widzę. I mnie nikt nie widzi.

Matka jest cały czas zaab­sor­bo­wana Ala­nem. Jeź­dzi z nim na wizyty lekar­skie, bada­nia i kon­trole. Gotuje spe­cjalne, lek­ko­strawne potrawy, które ja też zja­dam, jeśli się zała­pię. Ale poza tym radzę sobie sama. Ze szkołą, z kole­żan­kami, z ukła­dami w kla­sie, z tym całym "dora­sta­niem". Radzę sobie lub nie radzę, to zależy od dnia. Sta­ram się spę­dzać jak naj­wię­cej czasu poza domem, włó­czymy się z Ali­cją po mia­steczku albo sie­dzimy u niej. Jej matka jest mniej kłó­tliwa niż moja. Moja sprze­cza się cały czas ze wszyst­kimi, jest na cią­głej woj­nie, chyba przy­zwy­cza­iła się do tych nie­usta­ją­cych awan­tur i wyszar­py­wa­nia wszyst­kiego w przy­chod­niach, do któ­rych wozi Alana. Tam się trzeba wykłó­cać o każdą rzecz, o miej­sce w kolejce, o bada­nie, skie­ro­wa­nie. A może zawsze taka była? Dla­tego ja nie lubię się spie­rać, mil­czę lub odcho­dzę, gdy coś mi nie pasuje.

Spoj­rza­łam na zega­rek w komórce. 13:07. Auto­bus odje­chał po jede­na­stej. Czyli dwie godziny już minęły. Pew­nie zaraz będą mieli ten pierw­szy przy­sta­nek i pani Marzena się zorien­tuje, że mnie nie ma. Bied­nej Luśce się dosta­nie. Jak wytłu­ma­czy, że nie zgło­siła mojego braku? O, w sumie to Luśka jest sprytna. Pew­nie powie, że myślała, że jestem z przodu, że jak wró­ci­ły­śmy z sika­nia, to zawo­łały mnie Gabi i Fatima, które sie­dzą bli­sko kie­rowcy. A potem pani zacznie pani­ko­wać, Luśka uda, że pła­cze, i wszystko się roz­myje. Nie ma co się mar­twić o Luśkę. Czas pomy­śleć stra­te­gicz­nie, co zro­bić, żeby mnie za szybko nie zna­leźli. Chyba powin­nam wyłą­czyć komórkę. Podobno jak ktoś ma włą­czony tele­fon, to można go zlo­ka­li­zo­wać.

Z żalem spoj­rza­łam na ekran mojego sta­rego sam­sunga. Na tape­cie mia­łam zdję­cie z Luśką, zro­bi­ły­śmy sobie sel­fika przy jed­nym ze stra­ga­nów z pamiąt­kami. Na gło­wach mamy żaró­wia­sto­ró­żowe peruki, które tam sprze­da­wali. Zdą­ży­ły­śmy przy­mie­rzyć kilka róż­nych kolo­rów, zanim sprze­daw­czyni nas prze­pę­dziła. To nie­sa­mo­wite, jak sprze­dawcy potra­fią wyczuć, czy ktoś ma pie­nią­dze i czy zamie­rza je wydać. Może uczą się tego na spe­cjal­nych kur­sach. Dzie­cia­kom przy­cho­dzą­cym z rodzi­cami pozwa­lali godzi­nami oglą­dać wszyst­kie zabawki i ich doty­kać, a nas, kolo­ni­stów, odga­niali po kilku chwi­lach.

To sel­fie w peruce coś mi uświa­do­miło: powin­nam zmie­nić wygląd. Jeśli na serio zaczną mnie szu­kać, to roze­ślą moje opisy i zdję­cia do komend poli­cji. Tak się chyba zazwy­czaj dzieje. Pew­nie nie zro­bią tego natych­miast, naj­pierw skon­tak­tują się z matką, obdzwo­nią rodzinę i zna­jo­mych, zaj­mie im to tro­chę czasu. Ale lepiej, żebym była przy­go­to­wana. Żebym stała się kimś innym. Tylko kim ja się mogę stać? Chuda pra­wie trzy­na­sto­latka z wło­sami w nie­okre­ślo­nym, bura­wym odcie­niu, z lekko odsta­ją­cymi uszami i doł­kiem w lewym policzku nie zmieni się prze­cież nagle w napa­ko­wa­nego chło­paka czy w doro­słą kobietę.

Wyję­łam z ple­caka kie­szon­kowe lusterko i przyj­rza­łam się sobie. W zasa­dzie nie uży­wam kosme­ty­ków, tylko w zimie owo­co­wej pomadki do ust. Z wyglądu naprawdę dzie­ciak ze mnie. Ale za to nie jestem niska. Jestem długa i wycią­gnięta, i sucha jak szczapa, tak mówi o mnie "part­ner" matki. On sam jest suchy, jego dow­cipy nie nadają się nawet na suchary!

No dobra, pierw­sza rzecz to ciu­chy. W komu­ni­ka­tach o oso­bach zagi­nio­nych zawsze podają, że "ubrana była w to i to". Czyli muszę się prze­brać.

Zaj­rza­łam jesz­cze raz do ple­caka. Mia­łam tam jeden czy­sty pod­ko­szu­lek w innym kolo­rze niż ten na mnie. I cienką bluzę na wie­czór. Był też orta­lio­nowy płaszcz prze­ciw­desz­czowy zwi­nięty w rulo­nik. Gorzej ze spodniami. Zna­la­złam dodat­kową parę leg­gin­sów, ale też gra­na­to­wych. To wszystko za mało, żebym prze­stała być podobna do sie­bie. Prze­li­czy­łam pie­nią­dze w port­felu. Sie­dem­dzie­siąt cztery złote. Tyle mi zostało z dwu­stu zło­tych, w które zaopa­trzyli mnie na spółkę matka, jej "part­ner" i mój praw­dziwy ojciec. Oszczę­dza­łam, bo chcia­łam mieć jesz­cze coś na resztę waka­cji w mie­ście. A teraz się oka­zało, że to mój budżet na ucieczkę!

Jed­nak sie­dem­dzie­siąt cztery złote to na­dal dużo. Kupu­jąc oszczęd­nie, wyży­wię się za to przez kilka dni. Gorzej, jeśli będę musiała zain­we­sto­wać w zmianę wyglądu.

Kom­bi­nuj, Nikola, kom­bi­nuj! Gdzie można tanio kupić ciu­chy? Wia­domo, w lum­pek­sie. Co powin­nam zro­bić, żeby prze­stać być podobna do sie­bie? Chyba to samo, co Luśka, Ali­cja i inne nasto­latki. Czyli... doro­snąć. Tak. Że też wcze­śniej na to nie wpa­dłam! Po pro­stu wezmę i doro­snę.

Roze­śmia­łam się na tę myśl. Prze­cho­dząca star­sza para z pie­skiem spoj­rzała na mnie z zacie­ka­wie­niem. Poma­cha­łam im i poszli dalej, zado­wo­leni, że mło­dzież jest teraz taka wesoła i życz­liwa.

Wie­dzia­łam, gdzie jest w Miel­nie dobrze zaopa­trzony lum­peks. Nie­da­leko naszego ośrodka, po dro­dze do lokal­nego sklepu z mydłem i powi­dłem, w któ­rym dziew­czyny kupo­wały kolo­rowe gazetki i doła­do­wa­nia do tele­fo­nów. Cho­dzi­łam tam z nimi, ale nie po gazetki, tylko po nor­malne jedze­nie, jakiś jogurt, tro­chę sera czy owoce. Dzięki matce przy­zwy­cza­iłam się do zdro­wej diety. Menu w ośrodku było mono­tonne i kiep­skie. Cią­gle tłu­ste sal­ce­sony, pla­sterki kieł­basy, por­cje masła cie­niut­kie jak opła­tek, paćki burego dżemu, na obiad też mięso albo same kopytka czy pam­pu­chy w pseu­do­owo­co­wych sosach. Rozu­miem, że to były dar­mowe miej­skie kolo­nie, ale tu w Miel­nie nawet bez­pań­skie psy i koty jadają lepiej. Wcza­so­wi­cze rzu­cają im kawałki kotle­tów czy ryby. Dzień, w któ­rym poje­cha­li­śmy na jed­no­dniową wycieczkę do latarni mor­skiej w Gąskach i pani Marzena zabrała nas na pizzę, był dla wszyst­kich świę­tem. To zna­czy dla tych, któ­rzy lubią pizzę. Ale na kolo­niach zawsze tak jest: albo jesz to, co wszy­scy, albo nie jesz wcale.

Myśl o jedze­niu przy­po­mniała mi, że od śnia­da­nia nie mia­łam nic w ustach. Były więc już dwie sprawy do zała­twie­nia: posi­łek i wygląd. Wsta­łam z ławki, zarzu­ci­łam ple­cak na ramię i pew­nym kro­kiem ruszy­łam przed sie­bie. Mielno nie było mi obce, prze­cież spę­dzi­łam tu ostat­nie dwa tygo­dnie. Wie­dzia­łam, gdzie co jest, w któ­rej restau­ra­cji można za darmo sko­rzy­stać z łazienki, a do któ­rej lepiej nie wcho­dzić. Zna­łam ukryte w bocz­nych uli­cach skle­piki, gdzie zakupy robili głów­nie miej­scowi i ceny były nor­malne, a nie "tury­styczne". Lum­peks, do któ­rego zmie­rza­łam, był wła­śnie na jed­nej z takich uli­czek po dru­giej stro­nie głów­nej drogi prze­ci­na­ją­cej miej­sco­wość na pół. Nad­mor­ska połowa była tłocz­niej­sza, droż­sza, hała­śliw­sza. Druga połowa też w sumie była tłoczna, ale dało się w niej zna­leźć spo­kojne miej­sca, szcze­gól­nie odda­la­jąc się od cen­trum w stronę Mie­lenka i Chło­pów. To tam mie­ścił się upa­trzony przeze mnie lum­peks. Trzeba było się prze­bić przez naj­po­pu­lar­niej­szy frag­ment mia­sta, minąć super­mar­kety i rondo przy dro­dze wjaz­do­wej z Kosza­lina, potem straż pożarną i stary kościół. A wcze­śniej - "mój" ośro­dek kolo­nijny. Dziw­nie się poczu­łam, prze­cho­dząc obok niego. Jesz­cze kilka godzin temu byłam tam z kole­żan­kami, mia­ły­śmy swoje ulu­bione kry­jówki, schodki do wysia­dy­wa­nia, boisko, budy­nek gospo­dar­czy, w któ­rego cie­niu można się było zaszyć i poga­dać... A teraz, spo­glą­da­jąc z ulicy na te "moje" miej­sca, wie­dzia­łam, że one nie należą już do mnie ani ja do nich. Byłam tylko prze­chod­niem, rów­nie obcym jak ci, na któ­rych sama jesz­cze nie­dawno patrzy­łam z okien pokoju w ośrodku.

W skle­piku po dro­dze kupi­łam dwie bułki, kawa­łek sera i wodę nie­ga­zo­waną, a potem pew­nym ruchem pchnę­łam skrzy­piące meta­lowe drzwi do kró­le­stwa uży­wa­nych ubrań.

* * *

Podobno przed moim przyj­ściem na świat matka i ojciec kłó­cili się o to, jakie mi dać imię. Matka chciała Nikolę, a ojciec Majkę. Osta­tecz­nie wygrała matka, prze­ga­dała go, tak jak wszyst­kich prze­ga­duje tym swoim wyso­kim, lekko histe­rycz­nym gło­sem. Zosta­łam więc Nikolą.

Teraz, gdy sta­łam w lum­pek­so­wej przy­mie­rzalni i wybie­ra­łam ciu­chy, które miały zro­bić ze mnie nasto­latkę, zasta­na­wia­łam się, czy jako Majka była­bym kimś innym. Czy bym ina­czej myślała? Ina­czej mówiła? Miała inne kole­żanki? Lubiła inne rze­czy? Ina­czej się ubie­rała? No wła­śnie - jakie ciu­chy nosi­łaby Majka?

Buszu­jąc wśród koszy i wie­sza­ków, nazbie­ra­łam cały stos ubrań. Teraz po kolei wkła­da­łam je na sie­bie, pró­bu­jąc wybrać jakiś zestaw. Coś, w czym wyglą­da­ła­bym na star­szą, niż jestem. Na zbun­to­waną nasto­latkę. Spodo­bał mi się czarny T-shirt z poszar­pa­nymi rękaw­kami i nazwą jakie­goś zespołu. Do tego rów­nie poszar­pana, długa spód­nica z mate­riału przy­po­mi­na­ją­cego dżins, ale deli­kat­niej­szego, bar­dziej prze­wiew­nego. W sam raz na lato. Jesz­cze sznur gru­bych, tęczo­wych korali. Bluza z kap­tu­rem na wie­czór. Sprytny kol­czyk do nosa, który zapina się na magne­sik, tak że nie trzeba prze­kłu­wać skóry. Gruba, mate­ria­łowa gumka do wło­sów pozwa­la­jąca je zebrać w nie­dbały kok. No i oku­lary prze­ciw­sło­neczne, okrą­głe, w żół­tych opraw­kach.

Ze zdzi­wie­niem przy­glą­da­łam się sobie w lustrze. Matka ni­gdy w życiu nie pozwo­li­łaby mi się tak ubrać. Wyglą­da­łam jak uczest­niczka jakie­goś talent show, zagra­niczna turystka albo ktoś taki. Nie przy­pusz­cza­łam wcze­śniej, że mogła­bym tak wyglą­dać. Podo­bało mi się to. Podo­ba­łam się sobie.

- Cześć, Majka - powie­dzia­łam do dziew­czyny w lustrze.

- Cześć - odpo­wie­działa mi i rów­no­cze­śnie się uśmiech­nę­ły­śmy.

Stare rze­czy upchnę­łam w ple­caku. Nie chcia­łam już ich zakła­dać. Za nowe ciu­chy zapła­ci­łam po pięć zło­tych od sztuki, tylko korale i oku­lary były po osiem. A tę gumkę do wło­sów pani dała mi jako gra­tis. Razem wyszło trzy­dzie­ści sześć zło­tych.

"Za trzy­dzie­ści sześć zło­tych można się stać kimś nowym" - pomy­śla­łam.

Scho­wa­łam port­fel do wewnętrz­nej kie­szonki ple­caka. Wola­łam na razie do niego nie zaglą­dać. Po tych zaku­pach mój budżet skur­czył się o połowę. Stało się jasne, że jutro będę musiała skom­bi­no­wać jakieś pie­nią­dze. Jak? Skąd? Nie mia­łam poję­cia, ale posta­no­wi­łam mar­twić się tym dopiero jutro. Na razie było dzi­siej­sze sło­neczne popo­łu­dnie. Wybie­głam z lum­peksu jak na skrzy­dłach i pogna­łam nad morze. Zamiast wra­cać się i iść przez cen­trum, zna­la­złam skrót mię­dzy zanie­dba­nymi, odra­pa­nymi dom­kami, a wła­ści­wie cha­łu­pami. Żwi­rowa droga pro­wa­dziła w kie­runku lasu. Wie­dzia­łam, że za nim musi być morze, sły­chać było odle­gły szum i coś jaśniało w górze mię­dzy koro­nami drzew. Gdy morze znaj­duje się za lasem, to on wydaje się roz­świe­tlony, ściana drzew nie jest tak jed­no­staj­nie ciemna. Może niebo od strony morza ma jaśniej­szy kolor? A może to tylko złu­dze­nie, któ­remu się ulega, jeśli bar­dzo chce się już tam dotrzeć?

Weszłam do lasu, żwir ścieżki zmie­nił się w miękki, drobny piach poprze­ty­kany opa­dłymi igłami sosen. Po chwili mia­łam tego pia­chu pełno w tramp­kach, ale nie zdej­mo­wa­łam ich, aby nie pokłuć stóp. Gdzieś przed sobą wypa­trzy­łam rodzinę gola­sów dźwi­ga­ją­cych dmu­chany mate­rac, kosz pik­ni­kowy i zwi­nięty para­wan. Skrę­ci­łam za nimi. Wąska, ledwo widoczna ścieżka wiła się wśród drzew. Po kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach dostrze­głam czer­woną tablicę z napi­sem: "Zakaz wstępu na wydmy", a obok niej wyło­żone deskami przej­ście na plażę. Trzeba było podejść tro­chę pod górę. Wycze­ki­wa­łam tego momentu, kiedy przede mną wyłoni się gra­na­towa kre­ska morza. Zupeł­nie jakby to był mój pierw­szy dzień tutaj. Jakby te poprzed­nie dwa tygo­dnie się nie liczyły.

Bo w pew­nym sen­sie się nie liczyły. Morze ser­wo­wane w sosie z pokrzy­ki­wań wycho­waw­ców, ich upo­mnień i zaka­zów, poga­nia­nia i zrzę­dze­nia w ogóle mi nie sma­ko­wało. Kła­dłam się na ręcz­niku tak jak wszy­scy i cze­ka­łam, aż ratow­nik wpu­ści kolejną dzie­siątkę kolo­ni­stów na parę minut do wody. Rów­nie dobrze mogła­bym być na sali gim­na­stycz­nej albo na kry­tym base­nie. Dopiero teraz - wbie­ga­jąc na plażę sama i po dro­dze zdej­mu­jąc trampki - poczu­łam i zoba­czy­łam to wszystko naprawdę: zapach soli i wodo­ro­stów, cie­pły piach pod sto­pami, odbla­ski słońca na falach, białe muszelki obra­ca­jące się w płyt­kiej wodzie przy brzegu, śli­skie drewno falo­chro­nów o zie­lon­ka­wym odcie­niu...

Na tym odcinku plaży nie było tłoczno. Znaj­do­wa­łam się dość daleko od cen­trum Mielna. Beto­nowa pro­me­nada nie docie­rała tutaj, koń­czyła się wcze­śniej. W pro­mie­niu stu metrów mia­łam cztery rodziny i kil­koro spa­ce­ro­wi­czów masze­ru­ją­cych z kij­kami brze­giem morza. Zna­la­złam wgłę­bie­nie przy wydmach, zaciszny zaką­tek osło­nięty z trzech stron. Wci­snę­łam się tam. Z ulgą zdję­łam ple­cak. Był ciężki, wypeł­niały go prze­cież ciu­chy Nikoli. Tak teraz myśla­łam o poprzed­niej mnie, w trze­ciej oso­bie: ona. Teraz te jej grzecz­niut­kie ciu­chy nada­wały się w sam raz, aby zro­bić z nich lego­wi­sko.

Wypi­łam łyk wody i wycią­gnę­łam się na pła­sko, z bluzą pod głową. Odgry­złam kęs sera. Przez zmru­żone oczy spoj­rza­łam w niebo. Ciemne szkła moich nowych oku­la­rów doda­wały wszyst­kiemu kon­tra­stu. Nie­wiel­kie, kłę­bia­ste chmury wyda­wały się przez nie kom­plet­nie nie­re­alne, jakby wypły­nęły z tych sta­rych obra­zów, które widzia­łam kie­dyś na wycieczce w Muzeum Naro­do­wym. Tak samo wyra­zi­ście wyglą­dały mewy uno­szące się wysoko, nie­mal przy­sta­jące w powie­trzu, gdy pró­bo­wały lecieć pod wiatr. I poje­dyn­cze zia­renka pia­sku, które strze­py­wa­łam z dłoni, zanim się­gnę­łam po kolejny kawa­łek sera.

A więc leża­łam sobie i patrzy­łam. Byłam sama. Byłam Majką. I było mi dobrze.

* * *

W poło­wie lipca dość długo jest jasno. Docho­dziła dzie­siąta, a niebo wciąż pozo­sta­wało roz­świe­tlone. Takie sza­ra­wo­gra­na­towe. Jak neon, w któ­rym prze­pa­liły się wszyst­kie żarówki z wyjąt­kiem jed­nej i ta jedna rzuca blady blask. A prze­cież słońce zaszło już z godzinę temu. Obser­wo­wa­łam je. Mili­metr po mili­me­trze cho­wało się za linię hory­zontu, przy­po­mi­nało taką poma­rań­czową, łazien­kową lampkę, którą się wtyka do kon­taktu.

Uświa­do­mi­łam sobie, że nad­mor­ski zachód słońca to jest luk­sus dla kogoś w moim wieku. Pani Marzena ni­gdy nie pozwa­lała nam pójść na zachód słońca. Musia­ła­bym przy­je­chać tu pry­wat­nie z rodzi­cami, żeby móc się pałę­tać wie­czo­rem po plaży. A dziś mia­łam zachód słońca wyłącz­nie dla sie­bie. Jak kró­lowa. Tak pomy­śla­łam i od razu par­sk­nę­łam śmie­chem. Wielka mi kró­lowa z trzema dychami w port­felu, w ciu­chach z lum­peksu i bez miej­sca do spa­nia!

No tak, był naj­wyż­szy czas, żeby pomy­śleć o spa­niu. Przez cały dzień odsu­wa­łam ten temat, ale w końcu trzeba było coś zde­cy­do­wać. Gdzie śpią dzie­ciaki, które ucie­kają z domu? Na dwor­cach? W pustych budyn­kach? W lesie? W sto­gach siana?

Tych sto­gów siana nie wymy­śli­łam. Widzia­łam kie­dyś serial, w któ­rym ucie­ki­nier wybrał takie miej­sce na noc­leg. Pomysł wyda­wał się dobry, tyle że ni­gdzie w pobliżu nie widzia­łam żad­nego stogu. No i po całym tym dniu nagle poczu­łam się bar­dzo zmę­czona. Jak­bym od tygo­dnia była na nogach.

Prze­płu­ka­łam usta, twarz i dło­nie wodą z butelki. Wyję­łam z ple­caka bluzę z kap­tu­rem, wło­ży­łam leg­ginsy. Kiedy się tak krę­ci­łam i orga­ni­zo­wa­łam, zro­zu­mia­łam, że będę spać tu, gdzie jestem: na plaży. No dobra, nie na samej plaży, ale bar­dzo bli­sko, na wydmach. To był ten rodzaj decy­zji, która nagle poja­wia się w gło­wie i wydaje się oczy­wi­sta. Tak jakby pod­jęła się sama, bez mojego świa­do­mego udziału. Cza­sami decy­dują oko­licz­no­ści. Zro­zu­mia­łam, że nie mam już siły ni­gdzie łazić, szu­kać innego miej­sca. A na wydmy jest prze­cież "zakaz wstępu". Czyli nikogo tam nie powinno być. Moja bab­cia, która prze­żyła wojnę, zawsze mi powta­rzała, że naj­więk­szym zagro­że­niem są inni ludzie. Gdzie pusto, tam bez­piecz­nie. Będąc dzie­cia­kiem, nie rozu­mia­łam, o co jej cho­dzi, ale teraz to wyda­wało się jasne.

Odna­la­złam naj­bliż­sze wyj­ście z plaży. Skrę­ci­łam w nie i powoli szłam, szu­ka­jąc miej­sca, w któ­rym naj­le­piej będzie prze­sko­czyć drew­niane barierki oddzie­la­jące ścieżkę od pasa wydm. Gdy je zna­la­złam, upew­ni­łam się, że nikogo nie ma w pobliżu. A potem ruszy­łam. Musia­łam wdra­pać się tro­chę pod górę po osy­pu­ją­cym się pia­chu. Za to gdy już dotar­łam na grzbiet wydmy, otwo­rzył się przede mną inny świat. Piasz­czy­sty, pagór­ko­waty teren był pusty i cichy, pokryty rzad­kimi tra­wami i krza­kami. Biegł wzdłuż linii wybrzeża jak natu­ralny, sze­roki nasyp oddzie­la­jący plażę od lasu. Choć wła­ści­wie to w nie­któ­rych miej­scach wydmy łączyły się z lasem lub las łączył się z wydmami.

Trzy­ma­łam się środka tych wydm, tak aby nie być widoczną ani z plaży, ani od strony drzew. Aby się odda­lić od wszyst­kich i wszyst­kiego. Szłam tak przez parę minut. Potem zna­la­złam tra­wia­ste wgłę­bie­nie, natu­ralny dołek mię­dzy piasz­czy­stymi pagór­kami. Leżąc w nim, widzia­łam nad głową źdźbła dłu­gich traw koły­szące się na tle ciem­nie­ją­cego nieba. Z wysoka patrzył na mnie księ­życ.

Dzień drugi

Teraz jest moje jutro.

- Popro­szę kawę.

Krępa, prysz­czata dziew­czyna za ladą spoj­rzała na mnie bez zain­te­re­so­wa­nia. Takim rybim wzro­kiem, jaki ma ktoś bar­dzo zmę­czony lub zobo­jęt­niały.

- Jaku kawu? - spy­tała z ukra­iń­skim akcen­tem.

Wyda­wało mi się, że to ukra­iń­ski, bo w moim mie­ście na bazarku też pra­cuje kilku Ukra­iń­ców i mówią podob­nie.

Nie wie­dzia­łam, jaku kawu. Ni­gdy w życiu nie piłam kawy. Byłam za młoda na kawę. To zna­czy wtedy, w poprzed­nim życiu, w życiu Nikoli. A teraz byłam prze­cież nasto­latką Majką i zbu­dzi­łam się z myślą, że nasto­latki piją na śnia­da­nie kawę. Kupioną w mod­nej kawiarni i nie­sioną w papie­ro­wym kubku przez mia­steczko.

Tu w Miel­nie też były modne kawiar­nie, ale o tej porze jesz­cze zamknięte. Bra­ko­wało kilku minut do siód­mej. Na wysta­wie jedy­nego czyn­nego cało­do­bo­wego skle­piku spo­żyw­czego przy głów­nej ulicy wisiał pla­kat rekla­mu­jący zestawy "kawa plus cro­is­sant".

- Ame­ri­kano, kapu­czino, espresso, blek? - spy­tała dziew­czyna, uru­cha­mia­jąc eks­pres.

- No, czarna z mle­kiem - wydu­si­łam z sie­bie.

Naj­bar­dziej zale­żało mi, żeby ta kawa była cie­pła. Nad ranem zmar­z­łam na tych wydmach. Ubra­łam się we wszystko, co mia­łam, ale i tak było mi chłodno. Tro­chę mnie roz­grzał szybki spa­cer do cen­trum Mielna. Marzy­łam, aby się umyć i coś zjeść.

- Kapu­czino. - Dziew­czyna zde­cy­do­wała za mnie. Podała mi kubek z paru­jącą zawar­to­ścią, pla­sti­kową przy­krywkę i mie­sza­dełko.

Wyszłam ze sklepu, trzy­ma­jąc to małe źró­dło cie­pła jak naj­więk­szy skarb. Cen­trum Mielna było zbyt puste, abym mogła w nim zostać. Rzu­ca­ła­bym się w oczy. Szcze­gól­nie w tych wszyst­kich war­stwach ciu­chów. Szybko prze­szłam przez główną ulicę i zaszy­łam się mię­dzy budami nie­czyn­nego jesz­cze tar­go­wi­ska. Krzą­tali się tam wpraw­dzie pierwsi han­dlowcy dowo­żący towar, ale ich nic nie obcho­dziło. Dźwi­gali jakieś pudła, prze­no­sili pakunki z samo­cho­dów do stra­ga­nów, w pośpie­chu palili papie­rosy, roz­ma­wiali przez tele­fon. Dla mnie było ważne, żeby nie spo­tkać poli­cji. Nie musieć odpo­wia­dać na pyta­nia. Nie wzbu­dzić niczy­ich podej­rzeń.

Wzię­łam łyk kawy. Była strasz­nie gorzka, nawet mimo doda­nego mleka.

"Mogłam posło­dzić - pomy­śla­łam. - Jak można coś takiego pić?".

Jed­nak wypi­łam. Po troszku, po łyku, prze­gry­za­jąc wczo­raj­szą bułką. Potem zamknę­łam się w toa­le­cie pobli­skiej sta­cji ben­zy­no­wej, prze­bra­łam i umy­łam. Wybra­łam kabinę dla matek z dziećmi, bo było tam krze­sło i prze­wi­jak, na któ­rym mogłam roz­ło­żyć swoje graty. Przy oka­zji wepcha­łam do ple­caka tro­chę papie­ro­wych ręcz­ni­ków. Pomy­śla­łam, że na pewno się przy­da­dzą.

- To gdzie teraz, Majko? - zapy­ta­łam samą sie­bie.

Moje odbi­cie w lustrze wzru­szyło ramio­nami.

Bocz­nymi ulicz­kami wró­ci­łam na plażę. Gdzie indziej można iść, jak się jest nad morzem? Posie­dzia­łam chwilę na beto­no­wych kotwach wzmac­nia­ją­cych brzeg, grze­jąc twarz w coraz moc­niej­szych pro­mie­niach słońca. Potem posta­no­wi­łam się prze­spa­ce­ro­wać pro­me­nadą. Podobno bie­gnie aż do Unie­ścia. To dziel­nica Mielna, cią­gnie się wzdłuż plaży po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta niż ta, gdzie spa­łam. Oczy­wi­ście ta pro­me­nada jest jed­nym wiel­kim baza­rem peł­nym sto­isk z pamiąt­kami, klau­nów, maszyn z lodami i tak dalej. Ale to mi odpo­wia­dało, czu­łam, że w ciągu dnia powin­nam być wmie­szana w tłum. Na razie wpraw­dzie jesz­cze wiel­kiego tłumu nie było, ale już coś zaczy­nało się dziać. Otwie­rały się pierw­sze kramy i sto­iska. Przy­by­wało także spa­ce­ro­wi­czów. Część to ci, któ­rzy wcze­śnie rano wyszli pobie­gać wzdłuż brzegu i teraz wra­cali do swo­ich hoteli. Tro­chę rodzin z dziećmi, które zawsze budzą się pierw­sze. Eme­ryci. Pew­nie też ludzie, któ­rzy tu pra­cują i zmie­rzają do swo­ich skle­pów, restau­ra­cji, kra­mów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki