Ja, Majka - Rafał Witek

Reflow text when sidebars are open.
Uciec jest łatwo. Tak właśnie robię.
To był ostatni dzień kolonii. Wszyscy się cieszyli, że wracają do domu. Oprócz mnie. Ja się nie cieszyłam. Myśl o powrocie do ciasnego mieszkania wypełnionego wrzaskiem młodszego brata, narzekaniami matki i docinkami jej nowego faceta była przygnębiająca. I wtedy wpadłam na ten pomysł. W zasadzie to miałam go od dawna, ale... Był jedną z tych rzeczy, o których z góry wiadomo, że się ich nie zrealizuje. Aż do momentu, w którym nagle musi się je zrealizować. Aby dalej żyć.
- Autokary podjechały! - Pani Marzena wpadła do naszego pokoju i omiotła go wzrokiem. - Jesteście gotowe, dziewczynki?
Luśka, Gabi i Fatima kiwnęły głowami. Chwyciły swoje walizki na kółkach i wywlekły je na korytarz.
- Co wy tam macie, kamienie? - jęknął pan Arek, pomagając znieść bagaże po schodach.
- Prowiant na drogę - odparły dziewczyny.
Prowiant. To jedno z tych słów, które kojarzą mi się z wyjazdami. W normalnym życiu nikt nie używa słowa "prowiant". Nie jest potrzebne. A latem nagle z jakiegoś powodu wychowawczyniom i kucharkom nie przechodzą przez gardło takie wyrazy jak "jedzenie", "picie", "kanapka", "drugie śniadanie". One na jedzenie dla nas muszą mówić "prowiant". No ale nieważne. Ważne, że kiedy usłyszałam to słowo, nagle zrozumiałam, że nigdzie nie jadę.
Czasami takie przypadkowe słowa, dźwięki lub obrazy pomagają mi coś sobie uświadomić. Są zaklęciami, które uruchamiają maszynerię skojarzeń. Tak jak w tym automacie do gry na nadmorskiej promenadzie: wrzuca się żeton i przekręca gałkę, która popycha jednogroszową monetę. Moneta toczy się przez metalowy labirynt i - jeśli spadnie w określonym miejscu - daje wygraną. A jeśli spadnie w złym miejscu? Wtedy trzeba zapłacić za kolejną szansę.
- Idziesz? - Gabi przystanęła w otwartych drzwiach i patrzyła na mnie pytająco.
- Tak, tak. - Kiwnęłam głową. - Tylko... muszę jeszcze coś sprawdzić w walizce.
Gdy zdałam sobie sprawę, że naprawdę zamierzam zrobić to, co zamierzam zrobić, wszystko inne stało się proste. W ułamku sekundy. W okamgnieniu, jak mawia moja pani od polskiego. Choć jej okamgnienie akurat trwa strasznie długo, bo pani od polskiego ma problemy z opadającą powieką.
Pociągnęłam suwak od walizki i otworzyłam wieko. Upchane kolanem ciuchy wypadły na podłogę, jakby były na sprężynie. Zdjęłam z ramienia podręczny plecak i też go opróżniłam. Błyskawicznie podzieliłam rzeczy na dwie kategorie: to, co mi się przyda, i to, czego mogę się pozbyć.
Brudna bielizna i ubrania - z powrotem do walizki. Ostatnie czyste podkoszulki, majtki i skarpety - do plecaka. Zapasowe trampki, pamiątki i nagrody z kolonijnych konkursów - do walizki. Portfel z legitymacją, jedzenie - do plecaka. Komórka - do kieszeni!
Wysunęłam rączkę i pociągnęłam walizkę za sobą na korytarz. Kółka zaturkotały po wykafelkowanej podłodze ośrodka. Pan Arek i wszyscy wychowawcy byli już na dole, więc nie miał kto mi pomóc. Sama zniosłam walizkę na parter. Dopiero przy wejściu natknęłam się na panią Marzenę.
- Gdzie ty łazisz, Nikola? - fuknęła na mnie. - Właśnie szłam cię szukać!
- Już jestem - odpowiedziałam. - Zapomniałam czegoś.
- Mówiłam, żebyście się spakowały po śniadaniu - zrzędziła wychowawczyni. - Nie byłoby teraz zamieszania. Biegiem do autokaru!
Luk bagażowy był jeszcze otwarty. Kierowca w białej koszuli bez słowa wziął moją walizkę i upchnął ją wśród innych. Potem zatrzasnął ciężką metalową klapę. Rozgrzana karoseria piętrowego autokaru wydzielała zapach farby, oleju silnikowego i jakichś smarów. Trzymając przed sobą plecak, wdrapałam się po stromych schodkach przednim wejściem i przedefilowałam wąskim korytarzem do rzędu siedzeń w środku. Luśka machała, że ma tam dla mnie miejsce.
- Gdzie byłaś? - zapytała.
- Słuchaj - powiedziałam, ignorując jej pytanie. - Ja nie jadę.
- No co ty - wymamrotała Luśka. - Nie panikuj, jakby co, mam tabletki na rzyganie.
- Nie o to chodzi. - Pochyliłam ku niej głowę jak dobra przyjaciółka, która właśnie ma zamiar się zwierzać. - Musisz mi pomóc.
- Dwa, cztery, sześć, osiem, dwanaście, dwadzieścia dwa, dwadzieścia cztery... - Pani Marzena stała z przodu autokaru i liczyła głowy. - Wszyscy są?! - zawołała dla pewności, gdy skończyła.
- Taaak! - odpowiedzieliśmy chórem.
- Teraz jest ten moment - mówiłam gorączkowo do Luśki. - Powiedz pani, że nie zdążyłaś się wysikać. Niech kierowca otworzy środkowe drzwi. Wybiegniesz do toalety, a ja z tobą. Że niby dla towarzystwa. Potem wrócimy razem pod autokar, żeby nas widzieli przez szyby. Wejdziemy razem na schodki. Kiedy facet zacznie zamykać drzwi, wyślizgnę się na zewnątrz. Tu ci zostawiam moją czapkę z daszkiem. Jak ruszycie, przyczepisz ją do zagłówka. Gdyby pani nas jeszcze liczyła w trakcie jazdy.
Luśka zrobiła wielkie oczy.
- Ty tak na serio? - spytała przerażonym szeptem.
- Na serio. Dawaj, bo facet odpala silnik!
Luśka pokręciła głową.
- Nie będę z siebie robiła idiotki za darmo. Coś ci się stanie i wszystko będzie na mnie.
Wygrzebałam z plecaka butelkę soku i dwadzieścia złotych.
- Masz, przydadzą ci się na drogę - syknęłam. - I krzycz, bo zaraz będzie za późno!
- Proszę paniiii!... - zawyła Luśka swoim wysokim głosem.
- Co znowu? - Pani Marzena ledwo trzymała się na nogach ze zmęczenia.
- Muszę siku. Nie wytrzymam!
Pani Marzena zmierzyła ją z oddali wściekłym wzrokiem.
- No weź, opóźniasz! - zawołały jakieś dzieciaki z pierwszych rzędów. - Jedźmy już.
- Naprawdę nie wytrzymam! - powtórzyła Luśka.
- Proszę otworzyć środkowe drzwi - powiedziała z rezygnacją pani Marzena do kierowcy. - Lusia, masz trzy minuty. Biegnij do tych toalet na parterze, koło jadalni.
- Dobrze, proszę pani. - Luśka kiwnęła głową. - A może Nikola iść ze mną? Bo samej głupio.
Nie czekałyśmy na odpowiedź pani Marzeny, tylko wybiegłyśmy z autokaru. Luśka bez niczego, ja z tym moim podręcznym plecakiem. W kilku susach pokonałyśmy podwórko i wbiegłyśmy do ośrodka. Bez dzieciaków wydawał się cichy i wymarły. W jadalni krzesła nałożone były na blaty stołów. Krzesła na stołach to najlepszy symbol pustki i odjazdu. I plamy słonecznego światła na podłodze, dywany utkane z blasku.
Weszłyśmy do łazienki. Obmyłam twarz chłodną wodą. Z tego upału i emocji byłam mokra jak ryba.
- Nikola, możesz jeszcze zmienić zdanie - powiedziała Luśka. - Jak chcesz, to ci oddam te dwie dychy.
Luśka chodziła do mojej szkoły, ale do innej klasy. Ja do szóstej B, ona do E. Mieszkałyśmy w niewielkiej miejscowości, ale szkoła była olbrzymia, dowożono do niej uczniów z całego powiatu. Fabryka przegrywów. Tak ją nazywaliśmy, bo mało kto po tej naszej szkole się dostawał do dobrego liceum. Przed koloniami się z Luśką nie kumplowałyśmy. Teraz też w sumie nie, ale ze wszystkich dziewczyn z naszego pokoju była jedyną, z którą dało się wytrzymać. Gabi i Fatima pochodziły z jakiejś innej galaktyki. Z galaktyki dobrych uczennic, które mają solidne kieszonkowe, codziennie dzwonią do rodziców, zgadzają się we wszystkim z wychowawczyniami i chętnie "biorą udział w życiu grupy". Tak im pani Marzena napisała na pożegnalnych dyplomach. Pojechały na te darmowe miejskie kolonie, bo wśród wychowawców byli znajomi ich rodziców. Ja i Luśka pojechałyśmy, bo na żaden inny wyjazd nie byłoby nas stać.
- Wiesz co, ja chyba naprawdę się wysikam - stwierdziła Luśka i klapnęła na deskę.
Parsknęłam śmiechem. Wariatka z tej Luśki.
- Jak ty, to ja też. - Zajęłam kabinę obok. - Pewnie nieźle na nas bluzgają w autokarze.
- A co mnie to? - Luśka najwyraźniej odzyskała swój codzienny luz. - Nikola, nie będę wnikać, co ci odbiło, ale... uważaj na siebie.
- Ma się rozumieć. - Zapukałam w dyktę oddzielającą nasze kabiny.
Umyłyśmy ręce i popędziłyśmy z powrotem do autokaru. Plecak w ostatniej chwili zostawiłam przy wejściu do toalet. Teraz już wiedziałam, że będę musiała po niego wrócić.
Silnik autokaru burczał jednostajnie. Podbiegłyśmy do otwartych środkowych drzwi. Luśka weszła na schodki pierwsza i zawołała do pani Marzeny:
- Już jesteśmy!
Wystawiłam głowę ponad poziom zagłówków i pomachałam, żeby pani Marzena zarejestrowała również moją obecność. Potem schyliłam się, zrobiłam w tył zwrot i wyskoczyłam z pojazdu. W tym czasie Luśka grzebała się na schodkach i krzyczała coś jeszcze do pani Marzeny, żeby przyciągnąć jej uwagę. I żeby dzieciaki siedzące naprzeciwko środkowego wejścia nie zauważyły, że znikam. Choć pewnie i tak by nie zauważyły, bo były zbyt zajęte sobą, rozmowami, szukaniem nie wiadomo czego w plecakach.
Nie myśląc o niczym, przywarłam do cielska autobusu. Modliłam się, żeby kierowca nie wypatrzył mnie w bocznym lusterku. Przemknęłam do tyłu i tam się skryłam na chwilę, a potem pognałam za auto kierownika ośrodka zaparkowane przed budynkiem gospodarczym. Kucając w jego cieniu, usłyszałam syk - zamykały się pneumatyczne drzwi. Warkot pracującego na jałowym biegu silnika zmienił częstotliwość. Pojazd ruszył. Bałam się wystawić głowę z mojej kryjówki, więc zamiast odprowadzać go wzrokiem, odprowadzałam go słuchem. Szkoda, fajnie byłoby pomachać Luśce na do widzenia. Zamiast tego wyjęłam z kieszeni komórkę i puściłam jej esemesa z machającą rączką. Odpisała prawie natychmiast: "Pani mówi, że pierwszy przystanek za dwie godziny. Chowaj się dobrze. Narka!".
Dwie godziny. A więc tyle czasu miałam, żeby spokojnie zniknąć.
- Cześć, jestem Nikola, mam dwanaście lat i niczym się nie interesuję. - Tak się przedstawiłam na pierwszym kolonijnym ognisku. Od początku czułam się za stara na ten wyjazd, tam były prawie same ośmio- i dziewięciolatki, a kilkoro dzieci nawet młodszych. Nas, starszaków, było kilka sztuk. I co miałam powiedzieć? Że interesuję się modą albo baletem i ratowaniem świata? To moja sprawa, czym się interesuję, nie mam ochoty zwierzać się z tego bandzie nieznanych ludzi przy jakimś ognisku!
Tak naprawdę miałam prawie trzynaście lat, ale to by zabrzmiało jeszcze gorzej. Mieć trzynaście lat i jechać na kolonie z maluchami to trochę tak, jakby powtarzać klasę. Od razu patrzą na ciebie jak na dziwadło, wyrzutka, kogoś podejrzanego. No więc powiedziałam, że mam dwanaście. Ratował mnie wygląd. Niektóre moje koleżanki zaczynały już przypominać swoje starsze siostry, a ja w kucykach i legginsach wciąż wyglądałam na młodszą, niż byłam. No i nic mi jeszcze za bardzo nie urosło. W każdym razie nie na tyle, aby luźny T-shirt nie mógł tego zakryć.
Matka i szkolna pani pedagog wypchnęły mnie na ten wyjazd trochę na siłę. Mielno, morze, wielki ośrodek kolonijny wypełniony grupami z całego kraju. Taki sam moloch jak moja szkoła. Codziennie przy śniadaniu walka o chleb, o masło, o kawałek sera. Na plaży walka o kawałek wolnego miejsca, o niesypanie piachem na ręcznik, o niebycie ochlapaną zimną wodą z wiaderka przez jakże dowcipnych chłopców. Wieczorem walka o wolny prysznic, o niezapchaną toaletę, o chwilę ciszy w pokoju. Miałam dosyć walki. Siedziałam oparta plecami o auto kierownika ośrodka i chłonęłam ciszę. Bo teraz na terenie ośrodka zalegała głęboka, niesamowita cisza. Wewnątrz, na piętrach z pokojami, trwało sprzątanie, ale te odgłosy tu nie docierały. Oddychałam ciężko jak ktoś, kto zrzucił z siebie wielki ciężar. Już się nie bałam. Zawsze tak mam, boję się tylko przed. Przed klasówką, przed szkolnymi występami, przed wizytą u dentysty. Kiedy sprawa się zacznie, strach mi przechodzi.
Powoli docierało do mnie, że autokar naprawdę odjechał. Czyli zostałam sama. Bez wychowawczyni nad głową, bez koleżanek nad uchem. Bez kolonijnego planu zajęć i bez wynikających z niego pokrzykiwań, poganiania, ponagleń. Sama w środku upalnego lipcowego dnia w kurorcie nad Bałtykiem.
Chciałam sięgnąć do plecaka po wodę i wtedy uświadomiłam sobie, że nie mam go przy sobie. No tak, zostawiłam go w ośrodku. Siedzę tu i myślę, a tam cały mój dobytek leży niestrzeżony. Lepiej się ruszyć i po niego pójść.
Wystawiłam czubek nosa zza auta kierownika. Na zewnątrz ośrodka nadal nikogo nie było. Podbiegłam do drzwi wejściowych. Otworzyłam je bez jednego skrzypnięcia i wsunęłam się do chłodnego wnętrza pachnącego pastą do podłóg. Toalety były za rogiem, po lewej stronie na końcu korytarza. Skręciłam tam i od razu serce zaczęło mi walić jak głupie. Przy wejściu do damskich toalet nie było mojego plecaka! Kurczę, nie powinnam była go tam zostawiać. Pewnie już któraś ze sprzątaczek zdążyła go wypatrzyć i zabrać. Gdzie ja go teraz znajdę? A w środku jest przecież mój portfel z pieniędzmi, bielizna, resztki jedzenia, mały czysty ręcznik. Dobrze, że chociaż komórkę mam w kieszeni.
Rozejrzałam się bezradnie. Gdzie sprzątaczki mogły go zanieść? Gdzie ja bym zaniosła znaleziony plecak, gdybym była sprzątaczką? To zależy od uczciwości. Jeśli są uczciwe, powinny go oddać kierownikowi ośrodka. W przeciwnym razie ukryłyby go w swojej kanciapie ze szmatami i szczotkami. Dobra, czas działać. Biuro kierownika jest tu na parterze, drzwi w drzwi z jadalnią. Postanowiłam zajrzeć najpierw tam. Wolałam stawiać na ludzką uczciwość.
Na paluszkach przeszłam obok pustej recepcji, pełniącej też w trakcie turnusów funkcję sklepiku z pamiątkami. Jadalnia była zaraz obok, przylegała do holu. Już chciałam nacisnąć klamkę w drzwiach pokoju kierownika, ale się zawahałam. A jeśli on będzie w środku? Przecież mnie rozpozna, pałętałam mu się pod nosem przez ostatnie dwa tygodnie. I co mu powiem? Wprawdzie za drzwiami panowała cisza, ale z dorosłymi nigdy nie wiadomo. Może coś pisze, może załatwia sprawy przez internet, może przysnął? Uznałam, że najpierw zajrzę do tego jego biura od zewnątrz, przez okno.
Po raz kolejny udało mi się bezszelestnie otworzyć drzwi wejściowe. Jednak żeby odnaleźć właściwe okno, musiałam obejść budynek. Pobiegłam. Po całym turnusie znałam ośrodek jak własną kieszeń. Wiedziałam, że aby zajrzeć w okno kierownika, będę musiała zdeptać rosnące pod nim kwiatki. I że to może spowodować dodatkowy hałas.
Na szczęście tych kwiatków nie było dużo. Kilka przywiędłych od upału, czekających na podlanie żółtych aksamitek. Jakoś udało mi się je rozchylić i stanąć między nimi. Zgarbiona, czająca się, musiałam wyglądać z ulicy jak potencjalna włamywaczka. Ale się tym nie przejmowałam. Zauważyłam, że ludzie w miejscowościach wypoczynkowych nie patrzą na innych ludzi. Patrzą na swoje hot dogi, na swoje gofry, lody i inne świństwa, którymi się opychają. Szukają dzieci wciąż odbiegających ku straganom z pamiątkami. Rozmawiają z mężem lub żoną. Kłócą się. Coś ustalają. Tu jest odwrotnie niż w moim mieście. Tam wszyscy patrzą na siebie nawzajem aż za dokładnie. Skanują się wzrokiem od momentu zobaczenia do pożegnania. Kto ma jakie buty, kto jaką fryzurę, kto sobie kupił nowy ciuch, zegarek, kolczyk. Po co mu i skąd na to miał? Kontrola jest wnikliwa i szczegółowa. A potem omawiana z sąsiadkami, znajomymi, z każdym, kto może cię znać lub coś o tobie wiedzieć. Szczególnie kiedy jesteś dzieciakiem.
Ostrożnie wysunęłam oczy i nos ponad poziom parapetu. Jeden rzut oka upewnił mnie, że gabinet jest pusty. Wystawiłam więc głowę śmielej. Odblaski na szybie trochę przeszkadzały mi w dokładnym spenetrowaniu wnętrza. Wytężyłam wzrok i skupiłam się. Komputer, drukarka, jakieś papiery na biurku, krzesło, szafa, kosz na śmieci, dyplomy na ścianach. Plecaka tam nie było. No, chyba że w szafie, ale tego już nie mogłam ustalić.
Wróciłam pod wejście do ośrodka, myśląc gorączkowo. Skoro plecaka nie ma w pokoju kierownika, to zostaje kanciapa sprzątaczek. Lub jakieś zupełnie przypadkowe miejsce, na które go odłożyły, aby później się nim zająć. Tak czy owak, zrozumiałam, że będę musiała wejść na górne piętra. Składzik jest na pierwszym, koło bocznych schodów ewakuacyjnych.
Na szczęście recepcja nadal była pusta. Tylko wyłupiaste oko kamery gapiło się na mnie, ale przecież podgląd z kamer też jest w recepcji. Pognałam korytarzem do bocznej klatki schodowej. Przeskakując co drugi schodek, dotarłam na pierwsze piętro i wyjrzałam na korytarz. Drzwi do wszystkich pokoi były otwarte, w oddali stał wózek z wiadrami, środkami czystości, papierowymi ręcznikami i tym wszystkim, co jest potrzebne sprzątaczkom w pracy. Słyszałam też ich głosy, ale nie widziałam postaci. Musiały być w którymś z pokoi.
Wysunęłam się na korytarz, zrobiłam dwa kroki w kierunku drzwi do kanciapy i nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły, ale w środku było kompletnie ciemno. No tak, przecież w takich schowkach zazwyczaj nie ma okien! Wymacałam na ścianie włącznik światła i zrobiłam pstryk. Szybkim spojrzeniem omiotłam zawartość metalowych półek ustawionych pod ścianami mikroskopijnego pomieszczenia. Było tam wszystko, tylko nie mój plecak. Cicho zamknęłam drzwi i właśnie cofałam się w kierunku klatki ewakuacyjnej, kiedy z jednego z pokoi w połowie korytarza wyłoniła się kobieta ciągnąca za sobą odkurzacz. Oczywiście od razu mnie zobaczyła. Tylko na filmach jest tak, że można przemknąć komuś koło nosa niezauważonym.
- A co ty tu robisz, dziecko?
Znieruchomiałam. Poruszały się jedynie moje gałki oczne, szukając w rozpaczy jakiegoś neutralnego punktu zaczepienia. Wtedy przypomniało mi się to, co zawsze powtarzała Alicja, moja przyjaciółka ze szkoły, kiedy ściągałyśmy na klasówkach: "Uśmiechaj się! Cały czas się uśmiechaj. Uśmiechnięci są mniej podejrzani".
Uśmiechnęłam się zatem. I odchrząknęłam. Skoro mnie przyłapano na buszowaniu po ośrodku, nie miałam nic do stracenia. Sytuację mogła uratować tylko jakaś sensowna historyjka.
- Bo ja... bo chciałam zapytać... bo chyba zapomniałam w pokoju plecaka na ramię.
- Plecaka? - zdziwiła się sprzątaczka. - Ale przecież dzieci już wyjechały!
- Tak, wyjechały. - Pokiwałam głową. - Ale ja... mnie odebrali rodzice, bo jeszcze zostajemy nad morzem - kłamałam jak z nut - no i właśnie się wróciłam, bo zauważyłam, że zapomniałam tego plecaka, a w recepcji nikogo nie było, więc weszłam na górę i...
Twarz kobiety rozluźniła się odrobinę. Chyba moja historyjka miała dla niej sens.
- W którym pokoju mieszkałaś? - zapytała rzeczowo.
- W sto dwunastym - odparłam. - Tak jak numer alarmowy.
Kobieta się roześmiała.
- Aśka! - zawołała w głąb korytarza - sprawdź no, czy w sto dwunastym nie został jakiś plecak!
Aśka okazała się młodą dziewczyną, pewnie tylko kilka lat starszą ode mnie. Wyłoniła się z któregoś z pomieszczeń i bez słowa podreptała do stodwunastki.
- Nie ma - zameldowała po chwili.
- Co się stało? - Do akcji wkroczyła kolejna pani, która chyba przed chwilą zeszła z drugiego piętra, bo zbliżała się do nas od strony głównej klatki schodowej.
- Dziecko zapomniało plecaka - wyjaśniła ta pierwsza. - Nie widziałaś gdzieś?
Nowa pani przez chwilę patrzyła na nas pustym wzrokiem, jakby musiała pościągać swoje myśli gdzieś z bardzo daleka, a potem nagle się ożywiła:
- Plecak? Jest czarny plecak, leżał na parterze koło toalet. To twój?
Dawno się tak nie ucieszyłam.
- Czarny, z breloczkiem-maskotką?
- Ja tam się nie przyglądałam, może i z maskotką - powiedziała kobieta. - Przynieść?
- Poproszę. - Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. - Jak mnie rodzice odbierali, to rzeczywiście wstąpiłam do toalety na dole. Musiałam tam zostawić! Przepraszam!
- Ach, ta młodzież - westchnęła pierwsza pani. - Dobrze, że nie zapomniałaś głowy, boby ci rodzice dopiero dali!
- Głowa jest na miejscu - zażartowałam, dotykając jej rękoma.
Nie wiedziałam, że potrafię tak grać. Jak aktorka. I tak na poczekaniu zmyślać. Tylko... czy to było zmyślanie czy kłamanie? Uznałam, że wolę słowo "zmyślać". W końcu to mój plecak, nie chciałam go ukraść, tylko odzyskać.
W tym czasie trzecia pani wróciła ze zgubą i na szczęście to naprawdę był mój plecak.
- Widzi pani, jest maskotka! - zawołałam. - Bardzo dziękuję, do widzenia!
Odwróciłam się i już chciałam wiać, ale głos pierwszej znów mnie zatrzymał.
- A gdzie ci twoi rodzice?
- Czekają na dole - odparowałam. - To znaczy... w pobliżu, bo tu na uliczce nie było gdzie zaparkować, a nie wiedzieli, czy mogą wjechać na parking ośrodka, więc...
Kobieta machnęła ręką i bez słowa wróciła do swoich obowiązków. A ja pognałam schodami w dół, przez pusty hol, obok wymarłej recepcji, na ukos przez parking i plac przed ośrodkiem, przez metalową furtkę na ulicę, w tłum i dalej, jeszcze dalej, i jeszcze trochę dalej. Zatrzymałam się dopiero przy poczcie, w bocznej alejce pełnej willi i domów jednorodzinnych, w cieniu dużego drzewa. Opadłam na stojącą pod nim ławkę i sięgnęłam do plecaka po wodę. Wypiłam na raz prawie całą półlitrową butelkę. Schowałam ją z powrotem do plecaka. Zamknęłam go na suwak. Wyciągnęłam nogi i wyprostowałam ręce. Nabrałam głęboko powietrza. Odetchnęłam.
Pierwszy raz w życiu byłam całkiem sama. I to kilkaset kilometrów od domu. Czułam się jak ktoś, kto skoczył z wysokiej skarpy i teraz spada w nieznane. Albo nie, nie spada. Leci. Zanim to zrobiłam, sądziłam, że to będzie straszniejsze. Bardziej przerażające. Że będzie wymagało gigantycznej odwagi i sprytu. Ale sama ucieczka okazała się łatwa. Nikt nie zauważył mojego wyjścia z autokaru, nikt mnie nie gonił. Pomyślałam, że dzieci na koloniach nie gubią się tylko dlatego, że nie chcą. Gdyby chciały, to rozpłynęłyby się w powietrzu w ciągu sekundy i żadna wychowawczyni nie dałaby rady ich odszukać.
A więc uciekłam. Znalazłam się "po drugiej stronie" i po tej drugiej stronie było zwyczajnie. Siedziałam na ławce pod drzewem, patrzyłam na ludzi wchodzących i wychodzących z poczty. Migotliwe cienie liści poruszanych lekką bryzą przesuwały się po moich nogach i przedramionach. Zaczynałam snuć plany na resztę dnia. Wszystko się we mnie uspokajało. W trakcie ucieczki moja głowa działała w jakimś awaryjnym trybie skupionym na bieżącej chwili, teraz odzyskiwałam dalszą perspektywę. Zdałam sobie sprawę, że coś będzie dalej. Pora obiadowa, popołudnie, wieczór, noc, świt... I ja w tym wszystkim. Być może miałam w sobie tyle spokoju, bo w domu też byłam zdana głównie na siebie. Matka od dwóch lat zajmowała się swoim nowym dzieckiem, moim bratem. Przyszywanym. Tak o nim myślałam: przyszywany Alan. Matka miała go ze swoim nowym "partnerem". Mój ojciec odszedł od nas dawno temu, założył inną rodzinę, prawie go nie widywałam. No więc ten "partner" próbował udawać mojego ojca, ale mu nie wychodziło. Nie miał do mnie cierpliwości. W ogóle do niczego nie miał cierpliwości. Szczególnie że Alan był niespokojnym niemowlakiem, dużo płakał, nie dało się z nim wytrzymać na tych trzydziestu metrach kwadratowych naszego mieszkania. I nadal się nie da, bo do płakania doszło chodzenie, wciskanie się w każdy zakątek, gadanie. To dwulatek, a od dwulatków podobno gorsze są tylko trzylatki.
Moja przestrzeń to wąski tapczan wciśnięty za meblościankę przedzielającą nasz jedyny pokój na pół. A raczej na trzy czwarte i jedną czwartą. Kiedy się tam zaszywam, nadal oczywiście wszystko słyszę, ale przynajmniej nie widzę. I mnie nikt nie widzi.
Matka jest cały czas zaabsorbowana Alanem. Jeździ z nim na wizyty lekarskie, badania i kontrole. Gotuje specjalne, lekkostrawne potrawy, które ja też zjadam, jeśli się załapię. Ale poza tym radzę sobie sama. Ze szkołą, z koleżankami, z układami w klasie, z tym całym "dorastaniem". Radzę sobie lub nie radzę, to zależy od dnia. Staram się spędzać jak najwięcej czasu poza domem, włóczymy się z Alicją po miasteczku albo siedzimy u niej. Jej matka jest mniej kłótliwa niż moja. Moja sprzecza się cały czas ze wszystkimi, jest na ciągłej wojnie, chyba przyzwyczaiła się do tych nieustających awantur i wyszarpywania wszystkiego w przychodniach, do których wozi Alana. Tam się trzeba wykłócać o każdą rzecz, o miejsce w kolejce, o badanie, skierowanie. A może zawsze taka była? Dlatego ja nie lubię się spierać, milczę lub odchodzę, gdy coś mi nie pasuje.
Spojrzałam na zegarek w komórce. 13:07. Autobus odjechał po jedenastej. Czyli dwie godziny już minęły. Pewnie zaraz będą mieli ten pierwszy przystanek i pani Marzena się zorientuje, że mnie nie ma. Biednej Luśce się dostanie. Jak wytłumaczy, że nie zgłosiła mojego braku? O, w sumie to Luśka jest sprytna. Pewnie powie, że myślała, że jestem z przodu, że jak wróciłyśmy z sikania, to zawołały mnie Gabi i Fatima, które siedzą blisko kierowcy. A potem pani zacznie panikować, Luśka uda, że płacze, i wszystko się rozmyje. Nie ma co się martwić o Luśkę. Czas pomyśleć strategicznie, co zrobić, żeby mnie za szybko nie znaleźli. Chyba powinnam wyłączyć komórkę. Podobno jak ktoś ma włączony telefon, to można go zlokalizować.
Z żalem spojrzałam na ekran mojego starego samsunga. Na tapecie miałam zdjęcie z Luśką, zrobiłyśmy sobie selfika przy jednym ze straganów z pamiątkami. Na głowach mamy żarówiastoróżowe peruki, które tam sprzedawali. Zdążyłyśmy przymierzyć kilka różnych kolorów, zanim sprzedawczyni nas przepędziła. To niesamowite, jak sprzedawcy potrafią wyczuć, czy ktoś ma pieniądze i czy zamierza je wydać. Może uczą się tego na specjalnych kursach. Dzieciakom przychodzącym z rodzicami pozwalali godzinami oglądać wszystkie zabawki i ich dotykać, a nas, kolonistów, odganiali po kilku chwilach.
To selfie w peruce coś mi uświadomiło: powinnam zmienić wygląd. Jeśli na serio zaczną mnie szukać, to roześlą moje opisy i zdjęcia do komend policji. Tak się chyba zazwyczaj dzieje. Pewnie nie zrobią tego natychmiast, najpierw skontaktują się z matką, obdzwonią rodzinę i znajomych, zajmie im to trochę czasu. Ale lepiej, żebym była przygotowana. Żebym stała się kimś innym. Tylko kim ja się mogę stać? Chuda prawie trzynastolatka z włosami w nieokreślonym, burawym odcieniu, z lekko odstającymi uszami i dołkiem w lewym policzku nie zmieni się przecież nagle w napakowanego chłopaka czy w dorosłą kobietę.
Wyjęłam z plecaka kieszonkowe lusterko i przyjrzałam się sobie. W zasadzie nie używam kosmetyków, tylko w zimie owocowej pomadki do ust. Z wyglądu naprawdę dzieciak ze mnie. Ale za to nie jestem niska. Jestem długa i wyciągnięta, i sucha jak szczapa, tak mówi o mnie "partner" matki. On sam jest suchy, jego dowcipy nie nadają się nawet na suchary!
No dobra, pierwsza rzecz to ciuchy. W komunikatach o osobach zaginionych zawsze podają, że "ubrana była w to i to". Czyli muszę się przebrać.
Zajrzałam jeszcze raz do plecaka. Miałam tam jeden czysty podkoszulek w innym kolorze niż ten na mnie. I cienką bluzę na wieczór. Był też ortalionowy płaszcz przeciwdeszczowy zwinięty w rulonik. Gorzej ze spodniami. Znalazłam dodatkową parę legginsów, ale też granatowych. To wszystko za mało, żebym przestała być podobna do siebie. Przeliczyłam pieniądze w portfelu. Siedemdziesiąt cztery złote. Tyle mi zostało z dwustu złotych, w które zaopatrzyli mnie na spółkę matka, jej "partner" i mój prawdziwy ojciec. Oszczędzałam, bo chciałam mieć jeszcze coś na resztę wakacji w mieście. A teraz się okazało, że to mój budżet na ucieczkę!
Jednak siedemdziesiąt cztery złote to nadal dużo. Kupując oszczędnie, wyżywię się za to przez kilka dni. Gorzej, jeśli będę musiała zainwestować w zmianę wyglądu.
Kombinuj, Nikola, kombinuj! Gdzie można tanio kupić ciuchy? Wiadomo, w lumpeksie. Co powinnam zrobić, żeby przestać być podobna do siebie? Chyba to samo, co Luśka, Alicja i inne nastolatki. Czyli... dorosnąć. Tak. Że też wcześniej na to nie wpadłam! Po prostu wezmę i dorosnę.
Roześmiałam się na tę myśl. Przechodząca starsza para z pieskiem spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Pomachałam im i poszli dalej, zadowoleni, że młodzież jest teraz taka wesoła i życzliwa.
Wiedziałam, gdzie jest w Mielnie dobrze zaopatrzony lumpeks. Niedaleko naszego ośrodka, po drodze do lokalnego sklepu z mydłem i powidłem, w którym dziewczyny kupowały kolorowe gazetki i doładowania do telefonów. Chodziłam tam z nimi, ale nie po gazetki, tylko po normalne jedzenie, jakiś jogurt, trochę sera czy owoce. Dzięki matce przyzwyczaiłam się do zdrowej diety. Menu w ośrodku było monotonne i kiepskie. Ciągle tłuste salcesony, plasterki kiełbasy, porcje masła cieniutkie jak opłatek, paćki burego dżemu, na obiad też mięso albo same kopytka czy pampuchy w pseudoowocowych sosach. Rozumiem, że to były darmowe miejskie kolonie, ale tu w Mielnie nawet bezpańskie psy i koty jadają lepiej. Wczasowicze rzucają im kawałki kotletów czy ryby. Dzień, w którym pojechaliśmy na jednodniową wycieczkę do latarni morskiej w Gąskach i pani Marzena zabrała nas na pizzę, był dla wszystkich świętem. To znaczy dla tych, którzy lubią pizzę. Ale na koloniach zawsze tak jest: albo jesz to, co wszyscy, albo nie jesz wcale.
Myśl o jedzeniu przypomniała mi, że od śniadania nie miałam nic w ustach. Były więc już dwie sprawy do załatwienia: posiłek i wygląd. Wstałam z ławki, zarzuciłam plecak na ramię i pewnym krokiem ruszyłam przed siebie. Mielno nie było mi obce, przecież spędziłam tu ostatnie dwa tygodnie. Wiedziałam, gdzie co jest, w której restauracji można za darmo skorzystać z łazienki, a do której lepiej nie wchodzić. Znałam ukryte w bocznych ulicach sklepiki, gdzie zakupy robili głównie miejscowi i ceny były normalne, a nie "turystyczne". Lumpeks, do którego zmierzałam, był właśnie na jednej z takich uliczek po drugiej stronie głównej drogi przecinającej miejscowość na pół. Nadmorska połowa była tłoczniejsza, droższa, hałaśliwsza. Druga połowa też w sumie była tłoczna, ale dało się w niej znaleźć spokojne miejsca, szczególnie oddalając się od centrum w stronę Mielenka i Chłopów. To tam mieścił się upatrzony przeze mnie lumpeks. Trzeba było się przebić przez najpopularniejszy fragment miasta, minąć supermarkety i rondo przy drodze wjazdowej z Koszalina, potem straż pożarną i stary kościół. A wcześniej - "mój" ośrodek kolonijny. Dziwnie się poczułam, przechodząc obok niego. Jeszcze kilka godzin temu byłam tam z koleżankami, miałyśmy swoje ulubione kryjówki, schodki do wysiadywania, boisko, budynek gospodarczy, w którego cieniu można się było zaszyć i pogadać... A teraz, spoglądając z ulicy na te "moje" miejsca, wiedziałam, że one nie należą już do mnie ani ja do nich. Byłam tylko przechodniem, równie obcym jak ci, na których sama jeszcze niedawno patrzyłam z okien pokoju w ośrodku.
W sklepiku po drodze kupiłam dwie bułki, kawałek sera i wodę niegazowaną, a potem pewnym ruchem pchnęłam skrzypiące metalowe drzwi do królestwa używanych ubrań.
Podobno przed moim przyjściem na świat matka i ojciec kłócili się o to, jakie mi dać imię. Matka chciała Nikolę, a ojciec Majkę. Ostatecznie wygrała matka, przegadała go, tak jak wszystkich przegaduje tym swoim wysokim, lekko histerycznym głosem. Zostałam więc Nikolą.
Teraz, gdy stałam w lumpeksowej przymierzalni i wybierałam ciuchy, które miały zrobić ze mnie nastolatkę, zastanawiałam się, czy jako Majka byłabym kimś innym. Czy bym inaczej myślała? Inaczej mówiła? Miała inne koleżanki? Lubiła inne rzeczy? Inaczej się ubierała? No właśnie - jakie ciuchy nosiłaby Majka?
Buszując wśród koszy i wieszaków, nazbierałam cały stos ubrań. Teraz po kolei wkładałam je na siebie, próbując wybrać jakiś zestaw. Coś, w czym wyglądałabym na starszą, niż jestem. Na zbuntowaną nastolatkę. Spodobał mi się czarny T-shirt z poszarpanymi rękawkami i nazwą jakiegoś zespołu. Do tego równie poszarpana, długa spódnica z materiału przypominającego dżins, ale delikatniejszego, bardziej przewiewnego. W sam raz na lato. Jeszcze sznur grubych, tęczowych korali. Bluza z kapturem na wieczór. Sprytny kolczyk do nosa, który zapina się na magnesik, tak że nie trzeba przekłuwać skóry. Gruba, materiałowa gumka do włosów pozwalająca je zebrać w niedbały kok. No i okulary przeciwsłoneczne, okrągłe, w żółtych oprawkach.
Ze zdziwieniem przyglądałam się sobie w lustrze. Matka nigdy w życiu nie pozwoliłaby mi się tak ubrać. Wyglądałam jak uczestniczka jakiegoś talent show, zagraniczna turystka albo ktoś taki. Nie przypuszczałam wcześniej, że mogłabym tak wyglądać. Podobało mi się to. Podobałam się sobie.
- Cześć, Majka - powiedziałam do dziewczyny w lustrze.
- Cześć - odpowiedziała mi i równocześnie się uśmiechnęłyśmy.
Stare rzeczy upchnęłam w plecaku. Nie chciałam już ich zakładać. Za nowe ciuchy zapłaciłam po pięć złotych od sztuki, tylko korale i okulary były po osiem. A tę gumkę do włosów pani dała mi jako gratis. Razem wyszło trzydzieści sześć złotych.
"Za trzydzieści sześć złotych można się stać kimś nowym" - pomyślałam.
Schowałam portfel do wewnętrznej kieszonki plecaka. Wolałam na razie do niego nie zaglądać. Po tych zakupach mój budżet skurczył się o połowę. Stało się jasne, że jutro będę musiała skombinować jakieś pieniądze. Jak? Skąd? Nie miałam pojęcia, ale postanowiłam martwić się tym dopiero jutro. Na razie było dzisiejsze słoneczne popołudnie. Wybiegłam z lumpeksu jak na skrzydłach i pognałam nad morze. Zamiast wracać się i iść przez centrum, znalazłam skrót między zaniedbanymi, odrapanymi domkami, a właściwie chałupami. Żwirowa droga prowadziła w kierunku lasu. Wiedziałam, że za nim musi być morze, słychać było odległy szum i coś jaśniało w górze między koronami drzew. Gdy morze znajduje się za lasem, to on wydaje się rozświetlony, ściana drzew nie jest tak jednostajnie ciemna. Może niebo od strony morza ma jaśniejszy kolor? A może to tylko złudzenie, któremu się ulega, jeśli bardzo chce się już tam dotrzeć?
Weszłam do lasu, żwir ścieżki zmienił się w miękki, drobny piach poprzetykany opadłymi igłami sosen. Po chwili miałam tego piachu pełno w trampkach, ale nie zdejmowałam ich, aby nie pokłuć stóp. Gdzieś przed sobą wypatrzyłam rodzinę golasów dźwigających dmuchany materac, kosz piknikowy i zwinięty parawan. Skręciłam za nimi. Wąska, ledwo widoczna ścieżka wiła się wśród drzew. Po kilkudziesięciu krokach dostrzegłam czerwoną tablicę z napisem: "Zakaz wstępu na wydmy", a obok niej wyłożone deskami przejście na plażę. Trzeba było podejść trochę pod górę. Wyczekiwałam tego momentu, kiedy przede mną wyłoni się granatowa kreska morza. Zupełnie jakby to był mój pierwszy dzień tutaj. Jakby te poprzednie dwa tygodnie się nie liczyły.
Bo w pewnym sensie się nie liczyły. Morze serwowane w sosie z pokrzykiwań wychowawców, ich upomnień i zakazów, poganiania i zrzędzenia w ogóle mi nie smakowało. Kładłam się na ręczniku tak jak wszyscy i czekałam, aż ratownik wpuści kolejną dziesiątkę kolonistów na parę minut do wody. Równie dobrze mogłabym być na sali gimnastycznej albo na krytym basenie. Dopiero teraz - wbiegając na plażę sama i po drodze zdejmując trampki - poczułam i zobaczyłam to wszystko naprawdę: zapach soli i wodorostów, ciepły piach pod stopami, odblaski słońca na falach, białe muszelki obracające się w płytkiej wodzie przy brzegu, śliskie drewno falochronów o zielonkawym odcieniu...
Na tym odcinku plaży nie było tłoczno. Znajdowałam się dość daleko od centrum Mielna. Betonowa promenada nie docierała tutaj, kończyła się wcześniej. W promieniu stu metrów miałam cztery rodziny i kilkoro spacerowiczów maszerujących z kijkami brzegiem morza. Znalazłam wgłębienie przy wydmach, zaciszny zakątek osłonięty z trzech stron. Wcisnęłam się tam. Z ulgą zdjęłam plecak. Był ciężki, wypełniały go przecież ciuchy Nikoli. Tak teraz myślałam o poprzedniej mnie, w trzeciej osobie: ona. Teraz te jej grzeczniutkie ciuchy nadawały się w sam raz, aby zrobić z nich legowisko.
Wypiłam łyk wody i wyciągnęłam się na płasko, z bluzą pod głową. Odgryzłam kęs sera. Przez zmrużone oczy spojrzałam w niebo. Ciemne szkła moich nowych okularów dodawały wszystkiemu kontrastu. Niewielkie, kłębiaste chmury wydawały się przez nie kompletnie nierealne, jakby wypłynęły z tych starych obrazów, które widziałam kiedyś na wycieczce w Muzeum Narodowym. Tak samo wyraziście wyglądały mewy unoszące się wysoko, niemal przystające w powietrzu, gdy próbowały lecieć pod wiatr. I pojedyncze ziarenka piasku, które strzepywałam z dłoni, zanim sięgnęłam po kolejny kawałek sera.
A więc leżałam sobie i patrzyłam. Byłam sama. Byłam Majką. I było mi dobrze.
W połowie lipca dość długo jest jasno. Dochodziła dziesiąta, a niebo wciąż pozostawało rozświetlone. Takie szarawogranatowe. Jak neon, w którym przepaliły się wszystkie żarówki z wyjątkiem jednej i ta jedna rzuca blady blask. A przecież słońce zaszło już z godzinę temu. Obserwowałam je. Milimetr po milimetrze chowało się za linię horyzontu, przypominało taką pomarańczową, łazienkową lampkę, którą się wtyka do kontaktu.
Uświadomiłam sobie, że nadmorski zachód słońca to jest luksus dla kogoś w moim wieku. Pani Marzena nigdy nie pozwalała nam pójść na zachód słońca. Musiałabym przyjechać tu prywatnie z rodzicami, żeby móc się pałętać wieczorem po plaży. A dziś miałam zachód słońca wyłącznie dla siebie. Jak królowa. Tak pomyślałam i od razu parsknęłam śmiechem. Wielka mi królowa z trzema dychami w portfelu, w ciuchach z lumpeksu i bez miejsca do spania!
No tak, był najwyższy czas, żeby pomyśleć o spaniu. Przez cały dzień odsuwałam ten temat, ale w końcu trzeba było coś zdecydować. Gdzie śpią dzieciaki, które uciekają z domu? Na dworcach? W pustych budynkach? W lesie? W stogach siana?
Tych stogów siana nie wymyśliłam. Widziałam kiedyś serial, w którym uciekinier wybrał takie miejsce na nocleg. Pomysł wydawał się dobry, tyle że nigdzie w pobliżu nie widziałam żadnego stogu. No i po całym tym dniu nagle poczułam się bardzo zmęczona. Jakbym od tygodnia była na nogach.
Przepłukałam usta, twarz i dłonie wodą z butelki. Wyjęłam z plecaka bluzę z kapturem, włożyłam legginsy. Kiedy się tak kręciłam i organizowałam, zrozumiałam, że będę spać tu, gdzie jestem: na plaży. No dobra, nie na samej plaży, ale bardzo blisko, na wydmach. To był ten rodzaj decyzji, która nagle pojawia się w głowie i wydaje się oczywista. Tak jakby podjęła się sama, bez mojego świadomego udziału. Czasami decydują okoliczności. Zrozumiałam, że nie mam już siły nigdzie łazić, szukać innego miejsca. A na wydmy jest przecież "zakaz wstępu". Czyli nikogo tam nie powinno być. Moja babcia, która przeżyła wojnę, zawsze mi powtarzała, że największym zagrożeniem są inni ludzie. Gdzie pusto, tam bezpiecznie. Będąc dzieciakiem, nie rozumiałam, o co jej chodzi, ale teraz to wydawało się jasne.
Odnalazłam najbliższe wyjście z plaży. Skręciłam w nie i powoli szłam, szukając miejsca, w którym najlepiej będzie przeskoczyć drewniane barierki oddzielające ścieżkę od pasa wydm. Gdy je znalazłam, upewniłam się, że nikogo nie ma w pobliżu. A potem ruszyłam. Musiałam wdrapać się trochę pod górę po osypującym się piachu. Za to gdy już dotarłam na grzbiet wydmy, otworzył się przede mną inny świat. Piaszczysty, pagórkowaty teren był pusty i cichy, pokryty rzadkimi trawami i krzakami. Biegł wzdłuż linii wybrzeża jak naturalny, szeroki nasyp oddzielający plażę od lasu. Choć właściwie to w niektórych miejscach wydmy łączyły się z lasem lub las łączył się z wydmami.
Trzymałam się środka tych wydm, tak aby nie być widoczną ani z plaży, ani od strony drzew. Aby się oddalić od wszystkich i wszystkiego. Szłam tak przez parę minut. Potem znalazłam trawiaste wgłębienie, naturalny dołek między piaszczystymi pagórkami. Leżąc w nim, widziałam nad głową źdźbła długich traw kołyszące się na tle ciemniejącego nieba. Z wysoka patrzył na mnie księżyc.
Teraz jest moje jutro.
- Poproszę kawę.
Krępa, pryszczata dziewczyna za ladą spojrzała na mnie bez zainteresowania. Takim rybim wzrokiem, jaki ma ktoś bardzo zmęczony lub zobojętniały.
- Jaku kawu? - spytała z ukraińskim akcentem.
Wydawało mi się, że to ukraiński, bo w moim mieście na bazarku też pracuje kilku Ukraińców i mówią podobnie.
Nie wiedziałam, jaku kawu. Nigdy w życiu nie piłam kawy. Byłam za młoda na kawę. To znaczy wtedy, w poprzednim życiu, w życiu Nikoli. A teraz byłam przecież nastolatką Majką i zbudziłam się z myślą, że nastolatki piją na śniadanie kawę. Kupioną w modnej kawiarni i niesioną w papierowym kubku przez miasteczko.
Tu w Mielnie też były modne kawiarnie, ale o tej porze jeszcze zamknięte. Brakowało kilku minut do siódmej. Na wystawie jedynego czynnego całodobowego sklepiku spożywczego przy głównej ulicy wisiał plakat reklamujący zestawy "kawa plus croissant".
- Amerikano, kapuczino, espresso, blek? - spytała dziewczyna, uruchamiając ekspres.
- No, czarna z mlekiem - wydusiłam z siebie.
Najbardziej zależało mi, żeby ta kawa była ciepła. Nad ranem zmarzłam na tych wydmach. Ubrałam się we wszystko, co miałam, ale i tak było mi chłodno. Trochę mnie rozgrzał szybki spacer do centrum Mielna. Marzyłam, aby się umyć i coś zjeść.
- Kapuczino. - Dziewczyna zdecydowała za mnie. Podała mi kubek z parującą zawartością, plastikową przykrywkę i mieszadełko.
Wyszłam ze sklepu, trzymając to małe źródło ciepła jak największy skarb. Centrum Mielna było zbyt puste, abym mogła w nim zostać. Rzucałabym się w oczy. Szczególnie w tych wszystkich warstwach ciuchów. Szybko przeszłam przez główną ulicę i zaszyłam się między budami nieczynnego jeszcze targowiska. Krzątali się tam wprawdzie pierwsi handlowcy dowożący towar, ale ich nic nie obchodziło. Dźwigali jakieś pudła, przenosili pakunki z samochodów do straganów, w pośpiechu palili papierosy, rozmawiali przez telefon. Dla mnie było ważne, żeby nie spotkać policji. Nie musieć odpowiadać na pytania. Nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
Wzięłam łyk kawy. Była strasznie gorzka, nawet mimo dodanego mleka.
"Mogłam posłodzić - pomyślałam. - Jak można coś takiego pić?".
Jednak wypiłam. Po troszku, po łyku, przegryzając wczorajszą bułką. Potem zamknęłam się w toalecie pobliskiej stacji benzynowej, przebrałam i umyłam. Wybrałam kabinę dla matek z dziećmi, bo było tam krzesło i przewijak, na którym mogłam rozłożyć swoje graty. Przy okazji wepchałam do plecaka trochę papierowych ręczników. Pomyślałam, że na pewno się przydadzą.
- To gdzie teraz, Majko? - zapytałam samą siebie.
Moje odbicie w lustrze wzruszyło ramionami.
Bocznymi uliczkami wróciłam na plażę. Gdzie indziej można iść, jak się jest nad morzem? Posiedziałam chwilę na betonowych kotwach wzmacniających brzeg, grzejąc twarz w coraz mocniejszych promieniach słońca. Potem postanowiłam się przespacerować promenadą. Podobno biegnie aż do Unieścia. To dzielnica Mielna, ciągnie się wzdłuż plaży po przeciwnej stronie miasta niż ta, gdzie spałam. Oczywiście ta promenada jest jednym wielkim bazarem pełnym stoisk z pamiątkami, klaunów, maszyn z lodami i tak dalej. Ale to mi odpowiadało, czułam, że w ciągu dnia powinnam być wmieszana w tłum. Na razie wprawdzie jeszcze wielkiego tłumu nie było, ale już coś zaczynało się dziać. Otwierały się pierwsze kramy i stoiska. Przybywało także spacerowiczów. Część to ci, którzy wcześnie rano wyszli pobiegać wzdłuż brzegu i teraz wracali do swoich hoteli. Trochę rodzin z dziećmi, które zawsze budzą się pierwsze. Emeryci. Pewnie też ludzie, którzy tu pracują i zmierzają do swoich sklepów, restauracji, kramów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki