Ja, którą kiedyś znałam. Moje życie z chorobą Alzheimera - Wendy Mitchell

-
Proszę czekać

Gdy biegnę ścieżką wzdłuż rzeki, narasta we mnie poczucie czegoś bliżej niesprecyzowanego. Towarzyszy mi już od kilku tygodni. Uczciwie mówiąc, od miesięcy. Jak mam je opisać? Być może właśnie to tłumaczy, dlaczego nie byłam z tym u lekarza ani nikomu o tym nie wspomniałam, nawet córkom. Jak można coś takiego opisać? W głowie mam mętlik, świat wydaje mi się mniej ostry. Jaką wartość ma takie ogólne stwierdzenie? Nie ma sensu marnować na to czasu lekarza. Niemniej wiem, że coś jest nie tak, przeczuwam, że funkcjonuję poniżej normy. Co prawda to, co uznaję u siebie za normę, jest znacznie powyżej niej dla większości ludzi, jednak po prostu nie jestem sobą.

Właśnie ten mętlik poderwał mnie dziś po południu z kanapy, sprawił, że założyłam adidasy i wzięłam w jedną rękę klucze do domu, a w drugą iPoda. Nie było jasne, skąd wydobędę energię do biegu, ale wiedziałam, że się znajdzie. Przebiję się przez ten początkowy mur, tak jak robiłam to już dziesiątki razy, a kiedy otworzę drzwi swojego mieszkania po powrocie, adrenalina będzie mi tętnić w żyłach i będę się czuła pełna wigoru. Tak było zawsze po joggingu.

Spoglądam pod nogi, które sprawiają się, jak należy i wpadają jak zwykle we właściwe tempo, w dudniący rytm uderzeń podeszwami w beton. Patrzę na ścieżkę przed siebie, czekając, aż świat znów wyostrzy się w moich zmysłach, tak jak zawsze się działo. "Pięćset metrów" - informuje głos w słuchawkach. iPod synchronizuje się z moimi butami, motywuje do efektywnego wysiłku, tyle że akurat w tej chwili zdaje się bardziej wskazywać na porażkę. W zeszłym roku porwałam się na wyzwanie "Trzy szczyty Yorkshire" i wciąż mogę przywołać w sobie uczucie, które ogarnęło mnie po wspięciu się na najniższy z trzech szczytów, siedmiusetmetrowy Pen-y-ghent - było tak, jakbym zdobyła cały świat! Ta sama adrenalina, którą teraz rozpaczliwie przyzywałam, burzyła mi krew w żyłach, motywując do zaliczenia tego dnia dwóch kolejnych szczytów, by tam poczuć, jak wiatr śwista mi w uszach. Nic się wtedy nie rozmywało. Wszystko było ostre jak brzytwa.

Jest chłodno i rześko; sportowe legginsy otulają mi biodra, zatrzymując ciepło ciała. Jedynymi dźwiękami oprócz uderzeń gumowych podeszew o ścieżkę są przeciągłe odgłosy wioseł mącących spokój rzeki - zawodnicy doskonalą swoje umiejętności na odcinku między mostami. Pobiegnę jedną stroną rzeki, przetnę ją mostem Milenijnym i wrócę drugim brzegiem trasą, którą wielokrotnie już pokonywałam. Ale nagle, w jednej chwili, wszystko się zmienia. Przewracam się bez żadnego ostrzeżenia. Nie mam nawet czasu, by wyciągnąć ręce przed betonem, który zwala się na mnie. Pierwsza uderza w niego twarz. Biały ból przeszywa mi nos i kości policzkowe. Czuję trzask. Z wnętrza tryska coś lepkiego i gorącego. Mija kilka sekund, po czym zapada całkowita cisza. Korzystam z niej, by złapać oddech, a kiedy sięgam do twarzy, dłoń odrywa się od niej umazana krwią. Dopiero wtedy dociera do mnie nie tylko fizyczny ból, ale również wstyd na widok splątanych przede mną nóg, ponieważ przez ułamek sekundy nie rozpoznaję ani ich, ani tego, co mi zrobiły. Czy raczej tego, że pozwoliły, by coś mi się stało. Na pewno mam złamany nos. Gdy chwiejnie się podnoszę, krew wsiąka w moją bluzę, wnikając w każdą niteczkę tkaniny. Bezradna wobec powiększającej się plamy na piersi, z trudem kuśtykam w stronę domu.

Moja przychodnia jest tuż za rogiem, więc postanawiam tam pójść i pokazać się pielęgniarce. Szok zaczyna przenikać mnie do szpiku kości i gdy staję przed pielęgniarką, ręce mi się trzęsą. Zresztą tak samo kolana, ale mam nadzieję, że tego nie widzi.

Z miejsca odsyła mnie do szpitalnej izby przyjęć. Idąc tam, wciąż próbuję odgadnąć, co poszło nie tak i czy mogło to mieć jakikolwiek związek z poczuciem czegoś bliżej niesprecyzowanego, które miałam, wybiegając z domu. O to chodziło? Na to czekałam? Na upadek podczas biegu? Wydawało mi się, że to nie tylko to. Siedzę w izbie przyjęć oddziału ratunkowego. Krew zasycha w brązową plamę na mojej bluzie, naznaczone szkarłatem chusteczki mną mi się w dłoni. Tłumaczę sobie, że to był tylko pojedynczy epizod. W końcu zostaję wezwana do pielęgniarki, która ma mnie opatrzyć.

- Dobrze, że nie ma żadnych złamań - mówi. - Miała pani szczęście. Jak to się stało?

- Sama nie wiem - odpowiadam. - To było podczas joggingu.

- Och, te uroki biegania - uśmiecha się. - Też je znam!

Mimo wesołej atmosfery i porozumiewawczego przewracania oczami, ono znów się pojawia - poczucie, że dzieje się tu coś więcej. Już planuję, że wrócę do domu tą samą trasą, którą biegłam, by znaleźć chybotliwą płytę chodnikową, która przyprawiła mnie o podbite oczy, choć na szczęście oszczędziła mi złamań. Dziękuję Bogu, że jestem na urlopie i nie muszę iść jutro do biura z sinokrwawymi tatuażami na całej twarzy.

Godzinę później stoję w miejscu, w którym się przewróciłam. Łatwo je poznać po czerwonym rozprysku tam, gdzie twarz spotkała się z chodnikiem. Rozglądam się uważnie, ale w chodniku nie ma dziur, obluzowanych płyt, niczego, o co można się potknąć. Więc co to było? Przez zalegającą w mózgu mgłę trudno mi to rozszyfrować - nic nie ma, żadnych wskazówek - ale wiem, że nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Wracam do domu, poobijana i posiniaczona układam się na miękkich poduchach na kanapie, dokładnie tam, gdzie leżałam przed wyjściem, i patrzę na rzekę Ouse, podczas gdy nad nią ciemnieje niebo, a pod nią wzbiera tajemnica. Jestem jeszcze bardziej zmęczona niż wcześniej. Przymknięcie oczu boli, ale tym razem pozwalam, by letarg otulił mnie jak ciepły pled. Pierwszy raz nie próbuję go zwalczyć.

Kilka dni później umawiam się do lekarza. Sprowadza mnie do niego przede wszystkim zmęczenie. Brak mi energii - od tego wszystko się zaczęło.

Siadam naprzeciw niego.

- Czuję się... czuję, że wszystko idzie mi wolniej niż zwykle - mówię, a on przygląda mi się przez sekundę czy dwie.

Nachodziły mnie różne niemądre myśli. Jedną, która szybko wyparowała, było podejrzenie guza mózgu. Wpatruję się w twarz lekarza, by zgadnąć, czy ma podobne przypuszczenia, ale jego mimika nic nie zdradza. Rozprężają mu się natomiast barki i mężczyzna wyraża coś w rodzaju empatii.

- Jest pani wysportowana, ćwiczy, dobrze się odżywia, nie pali, ma pani pięćdziesiąt sześć lat, więc jest pani stosunkowo młoda - stwierdza. - Jednak przychodzi taki moment, kiedy wszyscy musimy przyznać się przed sobą, że zaczynamy działać na wolniejszych obrotach.

Opiera się w swoim fotelu i zaplata ręce, dając mi czas, by te słowa do mnie dotarły.

- Ciężko pani pracuje - wzdycha. - Może powinna pani wziąć trochę wolnego?

Chcę mu powiedzieć, że już to zrobiłam, że jestem właśnie w trakcie urlopu i dla kogoś takiego jak ja pomysł dłuższego wypoczynku brzmi niedorzecznie. W końcu w pracy to właśnie ja znam na wylot siatkę dyżurów pielęgniarskich. To mnie koleżanki przezwały "guru", bo mam bezbłędną pamięć i potrafię z marszu rozwiązywać problemy, przypominając zainteresowanym, kto ma kiedy nocny dyżur i kiedy potrzebuje dnia wolnego. Nie poradzą sobie beze mnie. Ale on już porządkuje papiery na biurku, dając mi do zrozumienia, że to koniec wizyty.

- Lata lecą - mówi ze wzruszeniem ramion, gdy podniósłszy wzrok, zauważa, że wciąż się w niego wpatruję.

Wychodzę z gabinetu. Wiem, że powinnam odczuć ulgę. Mój lekarz nie znajduje powodu do niepokoju. Normalnie oderwałabym się od myślenia o tym dzięki pracy, rzucając się w wir zajęć, które lubię, jednak teraz mogę tylko wrócić do pustego mieszkania. Nie mówię o upadku córkom, Gemmie i Sarze. Mówię za to sobie, że lekarz ma rację, to tylko wiek. Mijają jednak kolejne miesiące, a śnieżna zaspa, która utknęła w mojej głowie, wciąż w niej tkwi, wraz z nią zaś brak energii i to samo bliżej niesprecyzowane poczucie. Są też inne sprawy, na przykład szwankująca pamięć. Nadal wychodzę biegać i za każdym razem, gdy docieram do punktu, w którym upadłam, sprawdzam ścieżkę, szukając jakiegoś wyjaśnienia. W głębi ducha jednak wiem, że to ja byłam przyczyną upadku.

A potem dzieje się to znowu. Wychodzę na jogging. Przebiegam ulicę, pewna, że zdążę przed samochodem, który zaraz skręci w nią w lewo. Widzę, jak się zbliża, i postanawiam zejść mu z drogi, ale coś nie styka, jakiś sygnał z mózgu nie trafia na czas do nóg i potykam się, padając jak długa na chodnik, tyle że tym razem ranię tylko swoje ego.

Krótko po sobie następują trzy takie wywrotki. Przy trzeciej feralnie upadam na dłoń. Gdy tego wieczoru wstawiam adidasy do szafy, coś mi mówi, że to już na dobre. Mój mózg i nogi nie rozmawiają ze sobą, komunikacja się zacięła. Wracam do lekarza. Pielęgniarka pobiera mi krew do fiolek i wysyła do laboratorium.

- Sprawa jest jasna - mówi mi lekarz, gdy wracam po wyniki. Ponownie przywołuje mój wiek.

Siedzę przed nim, nie wiedząc, jak wyjaśnić, że wszystko spowalnia, że w kiepskie dni nie przypominam sobie nazwisk, twarzy i miejsc, które do tej pory pamiętałam. Być może ma rację i chodzi o wiek, ale znowu opuszczam jego gabinet z przemożnym poczuciem czegoś bliżej nieokreślonego, z wrażeniem, że lekarzowi coś umyka, a ja nie potrafię dość klarownie sformułować myśli, by go na to naprowadzić.

Pamiętam szalone tempo, to, jak w mig potrafiłaś się z wszystkim uporać. Po cichu to podziwiałam, choć nigdy bym tego otwarcie nie przyznała. Jeździłaś samochodem w delegacje po całym kraju. Podczas urlopów robiłaś wielokilometrowe wyprawy dolinami Krainy Jezior, zapuszczając się na bezdroża, i nigdy nie miałaś obawy, że się zgubisz, bo gdyby tak się stało, po prostu byś się rozejrzała - poszukała punktów orientacyjnych na horyzoncie, znajomych widoków, i podążała za instynktem. Ja bym tak nie potrafiła. Nie teraz.

Nie dogadałybyśmy się teraz, ty i ja. Upłynęło za dużo czasu. Jesteśmy starymi przyjaciółkami, które straciły ze sobą kontakt i prowadzą dziś równoległe życia. Co innego się nam podoba. Tobie odpowiada gwar i ruch zabieganego miasta, podczas gdy ja niekiedy spędzam całe godziny na wyglądaniu przez okno, zatopiona w tym, co widzę zza szyby. Tylko patrząc. W zupełnym bezruchu. W całkowitej ciszy. A ty zawsze lubiłaś coś robić, być czymś zajęta. Nie potrafiłaś usiedzieć w miejscu. Mam teraz piękny widok z okna w miejscowości, w której mieszkam. To osada pod Beverley w Yorkshire. Może sobie przypominasz - mieszkała tu Gemma. To miejsce zauroczyło też ciebie, kiedy tu pierwszy raz przyjechałyśmy. Wskazywałaś palcem cudne ceglane domki wzdłuż ulicy. Podobała ci się przyjazna atmosfera, to, że każda napotkana osoba mówiła: "Dzień dobry", nawet jeśli cię nie znała. Pamiętam niektóre rzeczy. Na przykład to, że Gemma oprowadzała cię po domu jak przewodniczka wycieczki, pokazując każdy pokój na dole i na górze. Posłusznie szłaś za nią, też podekscytowana. Ale ona rozpoznawała ten błysk w twoich oczach, tę chęć, by zakasać rękawy i wziąć się do pracy, otworzyć puszki z farbą i od razu zacząć remont. Nic cię nie stopowało.

Siedzę w poczekalni innego szpitala, mając przy sobie torbę z rzeczami wziętymi "na wszelki wypadek" - przynajmniej tak powiedziałam starszej córce Sarze, bo nie chcę jej martwić. Pomysł telefonu do jednej z córek wyszedł od mojego lekarza, który wręczając mi skierowanie, zasugerował, żebym od razu jechała do izby przyjęć. Kiedy zadzwoniłam do Sary, zarzekałam się, że nie ma powodu do paniki, że muszę po prostu zrobić różne badania, że nic się nie dzieje, choć nie jestem pewna, którą z nas starałam się przekonać. Poczucie wypełnienia głowy watą ciągnęło się już od miesięcy - od poprzedniej jesieni - a w ten weekend bardzo się pogłębiło. Przeszło w niepojęte dla mnie znużenie. Widelec wysuwał mi się z dłoni, dzwoniąc o talerz i wbijając się w jedzenie. Kiedy przyszłam w poniedziałek do pracy, przełożona zauważyła, że mówię jakoś bełkotliwie, i odesłała mnie do domu. Było jasne, że chodzi o coś więcej niż zwykłe przemęczenie. Siedzimy więc teraz z Sarą na plastikowych krzesełkach i przyglądamy się scenom, które rozgrywają się przed naszymi oczami.

Sarah studiuje na wydziale pielęgniarskim i swoim świeżo wyćwiczonym okiem lustruje każdego pacjenta w poczekalni, prowizoryczne temblaki, nasiąkające krwią złapane w pośpiechu kuchenne ścierki, kilkulatków niecierpliwie czekających na swoją kolej, ich matki z trudem próbujące ukryć przed nimi swój strach. Gdy patrzymy na to obie, skierowanie w moich dłoniach wydaje się wilgotne. Kiedy pokazałam je pielęgniarce badającej mnie zaraz po przyjściu, ze zdziwieniem odkryłam, że poznała moje nazwisko; mój lekarz dzwonił już do szpitala. Mimo że znam procedury, mimo że pracuję w służbie zdrowia, nie spodziewałam się, że to wszystko będzie dotyczyło także mnie.

Chcą mnie zatrzymać na obserwację. Nie mają pewności, jaka jest przyczyna plątania się języka, a nawet jeśli ją mają, to tego nie mówią. W czasie oczekiwania na łóżko zostaję odesłana z powrotem na plastikowe krzesełko. Na tym etapie udaje mi się przekonać Sarę, by dłużej ze mną nie czekała.

- To może potrwać całe godziny - mówię. - Nie ma sensu, żebyśmy obie tu siedziały.

Widzę wahanie w jej oczach, ale w końcu zabiera płaszcz i torebkę, a ja obiecuję zadzwonić, jak tylko będę miała nowe wieści.

Słusznie zrobiłam, odsyłając ją. Wolne łóżko dla mnie znajduje się dopiero po kilku godzinach. Kiedy prowadzą mnie na oddział, za oknami zapada już ciemność. Kładę się na pościeli, wciąż ubrana w biurowy strój, który założyłam dziś rano do pracy. Wokół mnie pielęgniarki śmigają w prawo i w lewo, jak zawsze śpiesząc się przy łóżkach pacjentów. Czas pędzi im jak szalony, ale dla mnie ciągnie się boleśnie. Paradoksalnie nie cierpię szpitali. Wiem, że muszę być okropną pacjentką. Na elektronicznej tablicy, którą dostrzegam z mojego łóżka, jest grafik dyżurów. Uwijające się pielęgniarki nie mają pojęcia, że potrafię wyczytać z niego, jak wielkie mają problemy kadrowe, czyje nogi są zmęczone po dziennym dyżurze, kto właśnie przyszedł na noc. Nie mam nic innego do roboty niż wpatrywanie się w ten grafik, dopóki nie przychodzi pielęgniarka, żeby zebrać pierwszy wywiad.

- Od jak dawna ma pani trudności z mową? - pyta.

- Zorientowałam się dopiero dziś rano - odpowiadam, a ona wyciąga długopis z kieszeni.

- Proszę mnie przyciągnąć do siebie - mówi, chwytając za moją słabszą lewą rękę.

Z jej oczu odczytuję, że moja ręka odmawia zaliczenia tego prostego testu.

- Dobrze, a teraz proszę mnie odepchnąć.

Znowu to samo. Notuje coś w mojej karcie, po czym odchodzi. Mam szczęście. Położono mnie w bocznej salce, skąd widać tylko różne odcienie niebieskiego, gdy pielęgniarki spieszą do łóżek w innych salach. Przebieram się w piżamę, ale nie zasypiam. Obco brzmiące dźwięczenie aparatury, do której jestem podłączona, tworzy nietypowy podkład muzyczny. Ilekroć moje ciało odpręża się, próbując nieco zagłębić się w sztywny materac, rozbrzmiewa dzwonek alarmu, bo zwalnia mi serce, a wtedy pielęgniarka przybiega, by sprawdzić monitor funkcji życiowych, ale ja nie wpadam w panikę. Mam niskie tętno spoczynkowe - jestem wysportowana i zdrowa. Prawda?

Należałaś do ludzi, którzy niczego nie zapominają. Imię raz spotkanej osoby pamiętałaś po upływie miesięcy, a nawet lat. W pracy podziwiano, jak potrafiłaś wszystko odtworzyć z pamięci: doniesienie o jakimś przypadku, dokumentację, przebieg zebrania. Zawsze miałaś odpowiedź, i to nie korzystając z technologicznych gadżetów, bo z ich obsługą byłaś trochę na bakier. Dobrze radziłaś sobie w pracy - na nielekarskim stanowisku kierowniczym w służbie zdrowia - toteż bez reszty jej się oddawałaś, byłaś wręcz pracoholiczką. Zarządzałaś grafikami dyżurów setek pielęgniarek, mając wszystkie dane zapisane w głowie. Wszystko było na zawołanie dostępne w twojej pamięci i nic ci się nigdy nie mieszało.

Cóż za ironia losu.

Prywatnie miałaś urwanie głowy, jak każda matka samotnie wychowująca dwie córki. Żonglowałaś tymi wszystkimi piłeczkami: praca, dom, dwie dziewczynki w szkole, zero pomocy z zewnątrz. Aż dziw bierze, że żadna z tych piłeczek nie upadła wcześniej. Każdy dom, który kupowałaś, wymagał remontu; wciąż szukałaś kolejnych wyzwań. Nigdy nie ulegałaś panice. Po kilku tygodniach tapety były pozrywane, ściany pomalowane, a dziko pleniące się rośliny w ogrodzie przycięte, ukazując dawno zagłuszony trawnik. Krzewy były posadzone, nasiona zasiane. Po każdej wyprowadzce w okolicy twojego dawnego domu zostawał długi sznur musztrowanych mężów, którym żony wypominały, że nie wykonują drobnych napraw tak sprawnie, jak szły one tobie. Było ciężko, ale na wszystko dało się znaleźć jakiś sposób - to było twoje motto. Lubiłaś podejmować nowe wyzwania, a szczególnie pokazywać wszystkim wątpiącym, że dajesz sobie radę.

Być może to właśnie wciąż nas łączy. Trochę mnie pociesza, że zostało jeszcze jakieś podobieństwo.

Przez kilka następnych dni odbywają się badania i różne skany mojego ciała. Wożą mnie na wózku znanymi korytarzami, na których kiedyś pracowałam. Pamiętam, jak chodziłam po nich pewnym krokiem razem ze współpracownikami. Teraz zamykam oczy i modlę się, żeby nie wypatrzyła mnie jakaś znajoma twarz. W różnych pomieszczeniach pobiera się krew z moich żył i tętnic, a ja obserwuję, jak lekarze oceniają rezultaty, marszcząc nosy i mrużąc oczy, jakby stojące przed nimi fioleczki miały udzielić odpowiedzi. W rozmowach pielęgniarek i lekarzy przewija się słowo "udar", ale wciąż nie ma potwierdzenia. Za każdym razem wracam na łóżko na oddziale poudarowym, gdzie pacjenci leżą jak kłody, niezdolni poruszyć się, a nawet odezwać, mam więc do towarzystwa tylko pusty sufit. Patrzę, jak kobieta w łóżku naprzeciw próbuje sprawniejszą ręką sięgnąć po picie; ręka jej drży od wysiłku. Rozglądam się, ale wszystkie pielęgniarki są zajęte innymi pacjentami, więc sama wstaję i podaję jej naczynie, czując się przez chwilę mniej bezradna niż w ostatnich dniach. Jednocześnie zalewa mnie fala innego uczucia: że to nie jest moje miejsce, że powinnam być po drugiej stronie, trzymając podkładkę z notatkami.

Chcę wyjść ze szpitala, natychmiast. Chcę wrócić do domu, założyć garsonkę i wrócić do swojego gabinetu, a nie tkwić tu jako pacjentka zdana na łaskę specjalistów, którzy są w stanie poświęcić mi najwyżej pięć minut. Tutejsze życie ma niewiele wspólnego z tym, jakie znamy. To, co traktowaliśmy jako oczywistą przyszłość, staje się niepewne w trakcie czekania na pielęgniarkę, lekarza, rezonans, test. Jest mnóstwo czasu na rozmyślanie, porównywanie, robienie bilansów. W pracy człowiek zasuwa, wyglądając weekendu, żeby tylko zleciał czas od poniedziałku do piątku. Tutaj nie ma nic do roboty oprócz patrzenia i czekania, myślenia, martwienia się - i pragnienia, żeby wróciły takie tygodnie jak te wszystkie, które minęły, tygodnie pełnej sprawności, z widokami na przyszłość.

Obserwuję, jak pielęgniarki obracają pacjentkę z naprzeciwka na drugi bok, i zastanawiam się, czy zaakceptowała ona swój los tak łatwo, jak się zdaje, czy też jedynie dostosowuje się do sytuacji, czekając na powrót do lepiej znanego życia, z którym bezwiednie rozstała się już na zawsze. Zamykam oczy i tęsknię do pory odwiedzin, kiedy znów pojawią się normalne rozmowy, kiedy będzie można usłyszeć, co się dzieje w zewnętrznym świecie, którego ustalony porządek zakłada istnienie samodzielności i pełnego korzystania z życia, choć odwiedzający tego nie doceniają, tak jak kiedyś my. Widzę, jak córki wpatrują się w swoje matki i ojców leżących na łóżkach, cienie ludzi, którzy nosili je na rękach i ocierali im łzy, i boję się dnia, w którym moje córki mogą tak spojrzeć na mnie.

Po południu przychodzi lekarz stażysta i dłużej zatrzymuje się nad moją kartą. Wolny od sztywnych ram narzuconych jego przełożonym spogląda na mnie i pyta, jak się czuję. Ma czas, żeby pogadać, objaśnić wyniki badań, głośno pozastanawiać się, dlaczego żaden specjalista nie był w stanie potwierdzić jakiejkolwiek diagnozy, i w chwili gdy odchodzi od mojego łóżka, znowu zaczynam się czuć bardziej jak człowiek.

Dzisiaj, w akcie desperacji diagnostyków, zostaję przewieziona na USG serca.

- Czy pozwoli pani, żeby badanie wykonał student? - pytają mnie. - Oczywiście pod pełnym nadzorem specjalisty.

Pozwalam i cieszę się z tej decyzji, bo gdy przesuwa głowicę USG po mojej piersi, szeptem komunikuje swoje spostrzeżenia opiekunowi.

- Przetrwały otwór w sercu. To dosyć częste. Mogło spowodować udar - komentuje lekarz.

Znalazłszy zmianę, wydają się zadowoleni. Jest wyjaśnienie. Teraz czynności koncentrują się wokół wypisania mnie ze szpitala. Wracam na swoje łóżko na oddziale - z dziurą w sercu, ale szczęśliwa, że wyjdę do domu.

Później tego dnia przy moim łóżku zjawia się fizjoterapeuta. Personel szpitala chce się upewnić, czy będę w stanie sama sobie poradzić w domu, mimo że moja lewa ręka opieszale odbiera sygnały z mózgu. Idę do urządzonej poza obrębem oddziału salki szkoleniowej z kuchnią i muszę się z całych sił pilnować, aby nie przewracać oczami w trakcie szczegółowego wyjaśniania procedury "przyrządzania" herbaty. Następnie fizjoterapeuta, ku memu bezgłośnemu protestowi, eskortuje mnie podczas wchodzenia i schodzenia po schodach, a w końcu oświadcza, że jestem gotowa, aby iść do domu.

- Z przykrością stwierdzam, że nadal nie wiemy, co spowodowało udar - mówi mi lekarz, wręczając wypis. - Umawiamy panią na wizytę w poradni neurologicznej, może to pozwoli wyjaśnić sprawę.

Nic mnie nie obchodzi, że coś się w tym wszystkim nie zgadza, a wspominane przeze mnie problemy z pamięcią najwyraźniej zagubiły się pod stosem papierów. Po prostu chcę już stąd wyjść, wrócić do normalnego życia, odzyskać przekonanie, że zasadniczo wszystko jest w porządku.

Nie jestem przyzwyczajona do braku zajęcia, więc zaczynam mnożyć pomysły na własną rekonwalescencję. Lejące się za oknem strugi deszczu inspirują mnie do wymyślania ćwiczeń na wzmocnienie słabej lewej ręki: biorę parasolkę i wielokrotnie w ciągu dnia próbuję ją otwierać i zamykać. Początkowo metal posuwa się centymetr po centymetrze, bardzo wolno, gdyż ręka odmawia podporządkowania się rozkazom z mózgu. W miarę upływu dni sięga coraz wyżej, aż wreszcie słyszę "klik" i mechanizm zatrzaskuje się jak należy, a ja stoję w pokoju dziennym pod rozłożoną parasolką, zastanawiając się, kiedy będę w wystarczająco dobrej formie, by wrócić do pracy.

Dwa miesiące w domu ciągną się niemiłosiernie. Codziennie zastanawiam się, ile programów telewizji śniadaniowej zdołam jeszcze znieść, zanim przyprawi mnie ona o kolejny udar. Bloczek samoprzylepnych karteczek leży nieruszony przy moim łóżku, przypominając o bezczynności mego mózgu. Gdy chodziłam do biura, często budziłam się w nocy, skrobałam coś na karteczce i rzucałam ją na dywan, po czym spokojnie zasypiałam, mając pewność, że gdy rano zsunę nogi z łóżka, wyczuję kartkę pod palcami, odlepię od stopy i natychmiast przypomnę sobie, co mam zrobić po przyjściu do pracy. Teraz jednak, gdy budzę się i spoglądam za brzeg łóżka, zieje stamtąd tylko pustka bladozielonej wykładziny. Dawniej złościłam się na pokrywające podłogę mrowie karteczek, zapowiedź czekającego mnie ciężkiego dnia, a teraz jakże tęsknię choćby do jednej pastelowożółtej plamki na wykładzinie, która powiedziałaby, że mam jeszcze jakieś "po co".

Wiem, że aktywne życie toczy się dalej. Tylko ja nie jestem już jego częścią. Brakuje mi koleżeńskiej atmosfery wspólnej pracy, która wypełniała dawniej moje dni. Brakuje mi gwaru i dotrzymywania terminów. Zastanawiałam się kiedyś, jak będzie wyglądać życie na emeryturze, kiedy będę mogła robić to wszystko, na co wcześniej nie miałam czasu, ale teraz brak mi na to energii i chęci. Zauważyłam też coś innego: w miarę jak przybliża się dzień mojego powrotu do pracy, zaczynam powątpiewać w siebie, co mi się nigdy nie zdarzało. A jeśli już się w tym nie odnajdę? Myśl ta pojawia mi się w głowie wielokrotnie w ciągu dnia i za każdym razem szybko ją odganiam, jakby w ogóle nie przyszła. Mijają dnie, a ona znowu jest przy mnie razem z innymi porannymi wątpliwościami, które jakby wykluwały się nocą w mojej podświadomości. A jeśli za dużo się w tym czasie pozmieniało? A jeśli nie przypomnę sobie, jak działa system? A jeśli będę ostatnią z ostatnich, która wszystkich spowalnia? Wracam do lekarza pierwszego kontaktu i zwierzam się ze swoich obaw, a on zapewnia mnie, że są absolutnie normalne.

- Proszę wziąć jeszcze parę tygodni zwolnienia, żeby miała pani pewność, że jest gotowa - mówi, a ja ze zdziwieniem odkrywam, że chętnie przyjmuję wypełniony druk.

Jest marzec 2013 roku, trzy miesiące po udarze. Wracam do pracy. Dziś jest mój pierwszy dzień. Gdy ponownie oswajam się ze swoim biurkiem, dostrzegam, że kolega mnie obserwuje. Uśmiecha się, ale szybko odwraca wzrok. Przechodzę do swoich zajęć, przekonana, że on, podobnie jak ja, zastanawia się, czy nadal będę sobie radzić. Włączam komputer, monitor ożywa i przez ułamek sekundy pulpit wydaje mi się całkiem obcy. Przeglądam różne dokumenty i katalogi, szukając punktów orientacyjnych, i w miarę jak bezowocnie upływają kolejne sekundy, czuję, że serce coraz mocniej wali mi w piersi. Ale jest: grafik. Klikam, otwiera się i w jednej chwili wszystko do mnie wraca. Oczywiście, że sobie poradzę.

Dni biegną na swój zwykły sposób. Mimo że bardziej wpadłam, niż rączo wskoczyłam w wir zajęć, z tygodnia na tydzień nabieram coraz większej pewności siebie. Nie pamiętam pewnych rzeczy - nazwisk czy numerów, miejsc, ludzi - ale to zrozumiałe. W końcu nie było mnie blisko trzy miesiące. Przynajmniej tak mówią wszyscy wokół mnie i sama zaczynam w to wierzyć. Prawie.

Dwa miesiące później nadchodzi termin wizyty u neurologa. Siedzę naprzeciw specjalistki, próbując jak najdokładniej opisać przymglenie, które czuję od dłuższego czasu. Czy zrozumie, jeśli powiem jej, że warstwa żółtych karteczek rozsypanych na dywanie robi się coraz grubsza, bo budzę się wiele razy w nocy, rozpaczliwie pragnąc, by żadna myśl nie wymsknęła się przez oczka w sieci i bym pamiętała o wszystkim, czego trzeba będzie dopilnować w pracy?

- Po prostu mam poczucie, że mój umysł... przestał być ostry. - To jedyne, co potrafię z siebie wydusić.

Specjalistka kiwa głową i robi notatki. Stara się wysondować moją sytuację dodatkowymi pytaniami, ale dostaje ode mnie tylko miałkie i mętne odpowiedzi.

- Dam pani skierowanie do psychologa klinicznego, który przeprowadzi kompleksowe testy pamięci - mówi.

Przytakuję, czując mieszankę ulgi i niepokoju, że ktoś wreszcie przyjrzy się bliżej problemowi. Dostaję też skierowanie na różne badania krwi, ale podobnie jak poprzednio nic z nich nie wynika.

Miesiąc później Jo, psycholożka kliniczna, przedstawia mi się i wypowiada zza swojego biurka trzy słowa, które mam pamiętać w trakcie sesji i powtórzyć na jej zakończenie.

- W porządku. - Kiwam głową. Wydaje się to proste.

Podobnie jak neurolożka, Jo prosi mnie o opisanie umysłowego przymglenia, którego doświadczam, chcąc ustalić, kiedy się zaczęło, jak długo się ciągnie, czy pojawia się falami czy raczej jest obecne stale. Mówię jej o karteczkach piętrzących się na wykładzinie w sypialni, bo może będzie to dla niej znaczące. Kiwa głową i robi notatki, a ja czuję, że coś wychwyciła, że coś w tym jest. Na koniec sesji zamyka swój notatnik i splata ręce na piersiach.

- Może mi pani teraz powiedzieć te trzy słowa, o których zapamiętanie prosiłam na początku naszego spotkania?

Zacinam się, kieruję wzrok ku górze, jakbym przeszukiwała jakieś podniebne archiwa, jednak nic w nich nie znajduję.

- Hm... - Potrząsam głową. - Przepraszam.

- Nie szkodzi. - Uśmiecha się. - Proszę się nie przejmować, rozmawiałyśmy o wielu sprawach. - Potem odchrząkuje i mówi: - Jest pani inteligentną i zaradną osobą. To widać. Więc rozumiem, że to osłabienie umysłowe musi być dla pani bardzo frustrujące.

- Czy jest coś, co mogłabym zrobić, żeby sobie pomóc w tych dniach, kiedy mój umysł jest szczególnie... przymglony? - pytam.

- Proszę nie wpadać w panikę - odpowiada. - Mogą pojawić się takie momenty, gdy straci pani orientację, wokół rozsnuje się mgła i całe otoczenie wyda się obce, nieznane, ale najważniejszą rzeczą jest wtedy nie wpadać w panikę, dać mgle czas na to, by się rozeszła, ukazując świat w całej wyrazistości. Tak się stanie.

- Dobrze - mówię - to brzmi rozsądnie.

- Chciałabym, żebyśmy spotkały się ponownie za dwanaście miesięcy i sprawdziły, jak się pani ma.

Psycholożka wybiera datę w kalendarzu, uśmiechając się w sposób, który działa na mnie uspokajająco. Wstaję i zbieram się do wyjścia. Kiedy przemierzam jej gabinet, wciąż rozpaczliwie próbuję przypomnieć sobie te trzy słowa, gdy zaś odwracam się, aby zamknąć za sobą drzwi, zauważam, że ponownie otworzyła moją kartę i ją uzupełnia.

Wracając do domu, robię w myślach przegląd wykonanych u niej zadań, jakbym wyszła z egzaminu i starała się ocenić, czy zdałam. Czy połączyłam wszystkie właściwe kropki, policzyłam odpowiednie figury, narysowałam prawidłowe linie, podałam poprawne słowa? Czy mózg, który służy mi całe życie, teraz zawodzi?

Siedzę naprzeciw Sary, która trzyma w rękach opinię napisaną przez Jo po mojej wizycie. Wodzę oczami po jej twarzy, gdy ona wodzi oczami po kartce, wchłaniając każde słowo, nie chcąc uronić ani jednej linijki. Po kilku następnych miesiącach studiów pielęgniarskich kliniczny żargon jest dla niej jeszcze bardziej zrozumiały niż wcześniej. Z samej obserwacji jej mimiki wiem, jak daleko zaszła w lekturze. Teraz jest przy akapicie, w którym Jo opisuje, jaka jestem samodzielna, jak dobrze radzę sobie w domu, jaka jestem zorganizowana. Ale potem obraca kartkę i gdy widzę, jak marszczą się jej brwi, przypominam sobie, że moje zareagowały tak samo. Chodzi o linijkę pod wytłuszczonym nagłówkiem: "Opinia kliniczna". Sarah spogląda przed siebie i nasz wzrok się spotyka.

- Otępienie? - mówi.

Choć nie to jest tam napisane. Dokładnie wiem, co tam jest. Wypaliłam to sobie w pamięci. "Możliwa zbieżność z profilem wczesnych stadiów procesów demencyjnych".

Odkłada kartkę na bok.

- To przecież niemożliwe - mówi. - Jesteś taka wysportowana i zdrowa. To niesprawiedliwe.

Wiem. Myślę o tym w taki sam sposób, od kiedy otworzyłam kopertę. Biorę głęboki wdech.

- Właśnie. To na pewno nie to, ale widocznie muszą wziąć pod uwagę każdą ewentualność.

Widzę jednak, że na twarzy Sary maluje się niepokój, jakby jej oczy były oknami wychodzącymi na te same obrazy, które wirują w mojej głowie, kiedy myślę o pacjentach z demencją: bielutkie włosy, staruszkowie przykuci do łóżek, niezdolni rozpoznać swoich dzieci ani przypomnieć sobie, jak się nazywają.

- To może być milion innych rzeczy - oznajmiam, wkładając list z powrotem do koperty. To samo mówiłam wcześniej sobie: Jo napisała "możliwa", a w tym słowie jest mnóstwo miejsca na wątpliwości.

Po kilku tygodniach przychodzi kolejny list, tym razem od pani neurolog. Czytają go obie moje córki: "Potwierdzeniem [tego, że mamy do czynienia z wczesnym otępieniem] byłby spadek zdolności poznawczych następujący w ciągu sześciu do dwunastu miesięcy. Jeśli taki spadek nie nastąpi, rozpoznaniem będą łagodne zmiany poznawcze. Jeśli jednak zaobserwujemy ewidentne pogorszenie, diagnozą będzie demencja".

Siedzimy we trzy w milczeniu. Patrzę na córki, teraz już dorosłe kobiety, choć w moich oczach wciąż małe dziewczynki. Nie ma to nic wspólnego ze stanem mojej pamięci ani niczym innym, co może trapić mój mózg, to po prostu okulary, przez które matka zawsze patrzy na swoje dzieci. Bez względu na to, ile mają lat i o ile centymetrów ją przerosły, impuls chronienia ich nigdy nie przygasa. Znam te dwie twarze równie dobrze jak swoją i rozpoznaję rysujące się na nich wyraźne oznaki niepokoju. Rozbiegany wzrok młodszej, który zawsze wskazywał, że dziewczynka czegoś się boi, choć nigdy tego nie mówiła na głos, nawet w dzieciństwie. Minimalne zmarszczenie brwi i lekkie drżenie głosu u starszej, której ukrywanie obaw przychodziło zawsze z pewną trudnością. Nawet nie drgnie mi powieka, bo nie chcę przeoczyć żadnej reakcji. Tłumię poczucie winy, które wzbiera we mnie z głębi trzewi.

- Nie ma sensu się martwić - mówię pogodnym tonem, wstając, by zrobić nam po filiżance herbaty. - Trzeba zaczekać do lata, kiedy będę miała następne testy. Nie ma sensu martwić się na zapas.

A jednak pozostaje wrażenie, jakby moje słowa nie mówiły wszystkiego, i gdy wychodzę z pokoju, to coś mnie uderza: strach.

Nigdy nie chciałaś, żeby twoje dziewczynki czymś się martwiły. Czy to świadomość, że oprócz ciebie nie ma nikogo, kto by o nie zadbał, sprawiała, że byłaś na tym punkcie szczególnie wrażliwa? Nigdy byś tego nie przyznała; głęboko ukrywałaś swoje lęki. Wciąż widzę cię na oddziale, siedzącą w szpitalnej koszuli, pospiesznie zarzuconej ci na ramiona dwie godziny wcześniej. Pod nią twoje ciało barwi brązowy język jodyny, a jednak mówisz sobie, że masz dość siły, żeby zadzwonić. Przywołujesz swój najlepszy, najdźwięczniejszy głos i wykręcasz numer do domu, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Instynkt macierzyński bierze górę nad resztkami narkozy wciąż krążącymi ci w żyłach.

Nie czułaś się dobrze tego dnia rano, ale mimo wszystko poszłaś do pracy; nie znosiłaś sprawiania komukolwiek zawodu. Dziewczynki chodziły już do szkoły i pozwoliłaś, by ból brzucha zaatakował dopiero, gdy wyprawiłaś je w odprasowanych granatowych mundurkach z domu. Trudniej było to ukryć w pracy - tę cienką warstewkę potu zbierającą się na czole. Siedziałaś za szpitalnym kontuarem jako recepcjonistka, przedkładając zdrowie pacjentów nad własne, mówiąc sobie i wszystkim, którzy o to pytali, że czujesz się dobrze. Ale w kolejnych godzinach ból wypełzł z lewego boku aż na twarz, gdzie był widoczny dla każdego. Dochodziła trzecia, godzina zakończenia zajęć szkolnych, gdy przyszedł cię zobaczyć lekarz z izby przyjęć. Natychmiast zaczął mówić o nagłej sytuacji i sali operacyjnej. Nie słuchał, gdy zapewniałaś, że czujesz się dobrze i musisz wrócić do domu, zanim pojawią się tam dziewczynki. Wyrostek robaczkowy nie będzie tak długo czekał. Gdy anestezjolog poprosił, żebyś odliczała wstecz od dziesięciu do jednego, powtarzałaś sobie, że w razie nagłej potrzeby masz przyjaciółkę mieszkającą po sąsiedzku. Zupełnie nie dostrzegając, że to ty byłaś w nagłej potrzebie.

Obudziłaś się lżejsza o wyrostek. Próbując się poruszyć, skrzywiłaś się z bólu. Ale wtedy pomyślałaś o dziewczynkach i poczucie winy, że mają tylko ciebie, przyprawiło cię o cierpienie, które zagłuszyło ból z powodu świeżej rany w brzuchu. Zebrałaś wszystkie siły, by wygramolić się z łóżka i poszurać korytarzem do telefonu, ściskając w dłoni dziesięciopensówkę, którą szczęśliwie miałaś w torebce. Uldze, jaka ogarnęła cię na dźwięk ich głosów, dorównywał tylko rwący ból pod szpitalną koszulą, który szybko zagnał cię z powrotem do łóżka. Położyłaś się na nim uśmiechnięta. Tym, co usłyszałaś w ich głosach, była ekscytacja; nie strach, tylko poczucie przygody i odpowiedzialności za siebie. Przecież właśnie tak je zawsze wychowywałaś. Żeby potrafiły sobie radzić same, tak jak ty musiałaś.

W oczekiwaniu na ich wizytę następnego dnia starłaś z twarzy wszelki ból. Z podnieceniem opowiadały, jak poradziły sobie bez ciebie, a ty kiwałaś głową i uśmiechałaś się, wdzięczna za to, że masz tak pomocnych przyjaciół. Dziewczynki liczyły sobie tylko jedenaście i czternaście lat, ale nie odeszły od twojego łóżka, póki na własne uszy nie usłyszały od ordynatora, że masz się lepiej, wkrótce wrócisz do domu i że kiedy mówisz im, że wszystko jest dobrze, to rzeczywiście tak jest. Być może nigdy nie potrafiłaś ukryć ogarniającego cię lęku. I być może dlatego rozumiesz ich obecną potrzebę, by o wszystkim wiedzieć.

Od dwudziestu minut wpatruję się w ten sam obraz na ekranie komputera i wciąż nie mogę uchwycić jego sensu. Wciskam kilka klawiszy na chybił trafił, jednak nic się nie dzieje, a przynajmniej nie dzieje się to, czego bym sobie życzyła. Mam przed sobą otwarte dwa okna: jeden ze starym programem, który znam na wylot, drugi z nowym, z którym mamy się zapoznać. Ale coś nie chce zaskoczyć. Równie dobrze mogłabym gapić się na tekst w obcym języku. Zamykam ekran sfrustrowana i mówię sobie, że zajmę się tym jutro, ale wczoraj powiedziałam to samo. W rzeczywistości postąpię tak jak zeszłego wieczoru - skorzystam z dostępu zdalnego w domu, tak żeby nikt nie widział, że potrzebuję dodatkowego czasu, by nie odstawać od reszty zespołu. Minęło sześć miesięcy od mojej wizyty u psychologa, a świat nie zrobił się klarowniejszy. Dzisiaj mamy zebranie na temat nowego programu komputerowego do rozpisywania dyżurów. Moim zadaniem jest przedstawienie kierownictwu szpitala oraz pielęgniarkom oddziałowym planu jego wdrożenia, tymczasem program pozostaje dla mnie wciąż enigmą. Kiedyś załapałabym go w jednej chwili, ale teraz to z mojego powodu powstają niedopuszczalne przestoje.

Kilka godzin później jestem w sali narad. Siedzę za stołem konferencyjnym, a licznie zgromadzeni patrzą na mnie w oczekiwaniu, że wyjaśnię arkana i zalety nowego programu, mimo że nadal daleko mi do ich zgłębienia. Rozglądam się po znajomo wyglądających twarzach, jednak nie mogę przypomnieć sobie imion i zaczyna kiełkować we mnie cichy lęk, ziarenko dręczącego niepokoju. Przerzucam papiery, niepewna, od czego zacząć. Nadchodzi moja kolej na zabranie głosu. Podnoszę wzrok na zebranych.

- Spodziewamy się wdrożenia systemu w ciągu dwóch miesięcy... - zawieszam głos.

Wszystkie oczy są utkwione we mnie, ale następne słowo, którego potrzebuję, gdzieś się zapodziało; w tym miejscu w głowie, w którym powinno być, mam teraz pustkę. W sali zapada cisza i przez ułamek sekundy, zastanawiając, czy wciąż nadaję się na swoje stanowisko, widzę w oczach współpracowników pytanie, dlaczego nie potrafię dokończyć prostego zdania. Czuję się ogłupiała. Ogłupiała, sfrustrowana, skołowana, poniżona. Chwila ta zdaje się ciągnąć w nieskończoność. Być może trwa to tylko sekundę, ale potrzebne mi słowo gdzieś się gubi, szukam więc inspiracji w swoich notatkach i zaczynam raz jeszcze z nadzieją, że zatuszuję to potknięcie.

- Choć natrafiliśmy na kilka problemów, dane w większości dało się łatwo przenieść.

Godzinę później zebranie się kończy i wszyscy wysypują się z sali. Zostaję dłużej, zbierając papiery ze stołu, i wtedy sobie przypominam - to słowo, którego tak desperacko szukałam. Szybko odwracam wzrok, jakby ludzie mogli dostrzec moment olśnienia na mojej twarzy, a jednocześnie przełykam wstyd, bo słowo, nad którym tak rozpaczliwie się głowiłam, było całkiem niepozorne, zwykłe. Chodziło o "i".

Badanie SPECT odbywa się w kwietniu 2014 roku. Jest to trójwymiarowy skan mózgu, który zdaniem pani neurolog może się okazać bardziej pomocny od rezonansu magnetycznego.

- Wstrzykniemy pani barwnik do żyły i będziemy obserwować, jak przepływa przez mózg - mówi radiolog.

Kładę się w skąpo oświetlonym pomieszczeniu, sama ze swoimi myślami, a barwnik zaczyna krążyć po moim mózgu, choć zupełnie tego nie czuję. Pielęgniarka mówi, że w trakcie badania mogę się zdrzemnąć, ale jestem zdeterminowana, by zachować przytomność i czujność, tak jakbym mogła jakoś przechytrzyć maszynę i zaprezentować swój mózg jako w pełni sprawny. W głębi duszy wiem jednak, że tego typu aparatu nie da się oszukać. Barwnik będzie się swobodnie przemieszczał do chwili, gdy trafi na jakiś zator w mózgu, który jest przyczyną wewnętrznych spustoszeń. Znowu odczuwam tę bezradność, do której próbuję przywyknąć, i pozwalam, by skany i inne badania ujawniały o moim organizmie więcej, niż jestem w stanie sama wyartykułować. Co chwila wraca do mnie obraz szybkiej jazdy po autostradzie. Nad drogą zapalają się tablice ostrzegawcze, informując o zbliżaniu się do przeszkody, redukuję więc biegi, zwalniam najpierw do setki, potem do siedemdziesiątki, czterdziestki, aż światła awaryjne w autach przede mną wymuszają całkowite zatrzymanie. Czy tak to teraz wygląda w moim mózgu?

Kilka dni później prowadzę samochód i nagle uświadamiam sobie obecność auta tuż za sobą. Wydaje się bardzo blisko, jakby nacierało. Zawsze miałam jak najgorsze zdanie na temat ludzi jeżdżących na zderzaku, uważałam ich za niekompetentnych i niedouczonych kierowców. Ręce zaciskają mi się na kierownicy. Dlaczego robię się przez niego taka nerwowa, skoro to po jego stronie leży problem? Poruszam szybko powiekami i przymrużam oczy. Czując, że muszę się lepiej skoncentrować, pochylam się do przodu. Podnoszę wzrok na drogę, ale to wszystko, co potrafię zrobić - po prostu patrzę. Co się robi dalej? Dlaczego następna czynność nie przychodzi mi do głowy? Z tyłu rozlega się gniewny klakson. W lusterku widzę błyśnięcia reflektorów oraz wkurzoną twarz za kierownicą. Krzywię się, choć nie wiem dlaczego. Znam tę drogę, byłam na tej osiedlowej uliczce niezliczoną ilość razy, więc czemu coś jest nie tak? Potrzebuję chwilki, żeby zorientować się, co należy zrobić. Mam skręcić na końcu ulicy, ale jak? Jak skręca się w prawo? Mój mózg przetwarza tylko jedną czynność naraz, tymczasem widzę znaki drogowe, linie na jezdni. Wiem, że powinnam wykonać jakieś ruchy, ale wszystko zlewa mi się w głowie, plącze w supeł. Kolejna salwa klaksonu z tyłu. Ręce zaciskają mi się na kierownicy. Spoglądam na tablicę rozdzielczą i dociera do mnie, dlaczego ktoś za mną daje znaki światłami: szybkościomierz drga w okolicach dziesięciu kilometrów na godzinę. Jak to się stało? Przecież skrzyżowanie i tak zbliża się za szybko. Nie nadążam z myśleniem. Samochód za mną znów trąbi. Pogania światłami. Kulę się w sobie. Skręcam w lewo zamiast w prawo, oddalam się od celu. Auto za mną odjechało, ale cała skóra mnie swędzi, jestem spanikowana. Oddech mi się skraca. Jestem zupełnie zagubiona. Nie potrafiłam przetworzyć tego na czas. Mózg i ciało nie komunikowały się ze sobą - myślę.

Zatrzymuję się i opieram całym ciężarem na kierownicy. Zamykam oczy, biorę głębokie wdechy, ale wciąż wydaje mi się, że nie jestem bezpieczna. Dlaczego nie potrafiłam skręcić w prawo1?

Czekam i czekam na skraju drogi. Potrafisz to zrobić - mówię sobie, siedząc w swoim srebrnym suzuki swifcie.

Inne samochody śmigają w najlepsze, wszyscy załatwiają swoje sprawy, przemieszczając się na autopilocie; dla nich nic się nie zmieniło. Jednak dla mnie metaforyczny zator drogowy, który wyobrażałam sobie przed kilkoma dniami, stał się całkiem realny.

W końcu biorę głęboki wdech i przekręcam kluczyk w stacyjce. Wendy, prowadzisz samochód przez całe życie, tłumaczę sobie.

Włączam prawy kierunkowskaz, zerkam na tablicę rozdzielczą, żeby mieć pewność, że mruga, słucham uspokajającego cyk-cyk. Sprawdzam lusterko, oglądam się za siebie, wszystko robię w nadmiarze. Zerkam jeszcze raz i jeszcze, bardziej jak kursant niż jak ktoś, kto spędził trzydzieści lat za kółkiem. Chcę już być w domu. Powoli wyjeżdżam na drogę, mając nerwy napięte jak postronki, i wreszcie widzę, że przybliża się moja ulica. Gdy zaciągam hamulec ręczny, wydobywa się ze mnie westchnienie ulgi.

Kilka dni później znów wsiadam do samochodu. Udaje mi się opanować szaleńcze łomotanie serca pod pasem bezpieczeństwa i przez moment zaznajamiam się z otoczeniem: wskaźnikami, biegami, hamulcem ręcznym, jakbym ich nigdy wcześniej nie używała. Zawsze wskakiwałam do samochodu bez chwili zastanowienia. Czy to nie ja jeździłam po całym kraju i potrafiłam wszędzie znaleźć drogę na długo przed nastaniem nawigacji satelitarnej? Tamtego dnia musiałam doświadczyć jakiejś chwilowej słabości. Ruszam ulicami przed siebie i czuję, jak wraca mi odwaga, w miarę jak prędkościomierz pokazuje dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści... Skręcam w lewo, jadę na wprost, znów skręcam w lewo. Idzie gładko. Zaczynam się odprężać i wtedy zbliża się skręt w prawo. Strzałka prędkościomierza spada, a wraz z nią topnieje moja pewność siebie. Spoglądam w lusterko wsteczne, potem znów przed siebie, czuję, że między moimi nogami a mózgiem nie ma połączenia, silnik wyje, ręka szamocze się z drążkiem biegów. To znów się dzieje. W moim mózgu w danej chwili może się toczyć tylko jeden proces. Brakuje mi czasu, żeby pomyśleć, jak skręca się w prawo. Jakaś inna ja kurczowo chwyta kierownicę, która ślizga mi się pod spoconymi dłońmi.

Dojechałam tego dnia do domu i położyłam kluczyki na ich zwyczajowe miejsce, do czerwonej misy na stoliku przy schodach w holu. Leżały tam, patrząc na mnie, ilekroć przechodziłam obok.

Bezużyteczne, nieaktywne, niekompetentne, bezczynne.

Kartka, którą Sarah położyła na stole przed nami, wygląda tak, jakby ktoś narysował na niej tuszem pająka-mutanta. Wielkiego pająka ze słowem "Mama" na brzuchu, cieniowanym na żółto, być może, aby odjąć tematowi trochę wagi. Wpatruję się przez moment we wrzecionowate nogi zakończone sporymi chmurkami, w których znajdują się różne słowa: "dom/codzienność", "lęki", "zainteresowania" i wreszcie "Sarah". Widzę, ile wysiłku włożyła w opracowanie diagramu z przemyśleniami, które ma mi zaraz przedstawić. Ale marzę tylko o tym, żeby zamknąć oczy, odwrócić tę kartkę, pozostać w życiu, które znam, a nie w tym leżącym na stole przed nami.

- Starałam się przelać na papier swoje odczucia - zaczyna. - Chcę, żebyś wiedziała, że możesz na mnie liczyć.

Nie muszę podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że jej twarz będzie lekko odwrócona od mojej, dopóki Sarah nie poczuje gruntu pod stopami, i to w tym momencie przełączam się z pacjentki w matkę. Rysuję sobie uśmiech na ustach i przesycam głos nutami subtelnej zachęty - tak samo jak dwadzieścia lat temu, gdy motywowałam moje dziewczynki do przeczytania na głos nowego słowa z książki na dobranoc albo wyjawienia ciążących im sekretów. I słucham, mimo że nie mam ochoty. Robię to dla niej.

Jej palec przesuwa się po diagramie. W tym czasie mój wzrok zatrzymuje się na słowie "opieka" i coś we mnie tężeje. Nie jestem gotowa, ale ona czuje potrzebę, żeby o tym porozmawiać, musi przeanalizować te wszystkie "co jeśli", a ja muszę słuchać. Taka jest rola matki. To dziwna rozmowa, w której czołowo zderzają się ze sobą przeszłe, teraźniejsze i przyszłe wersje nas samych. Sarah z dumą oprowadza mnie po swoim diagramie; chce, żebym wiedziała, że stanie na wysokości zadania, da sobie radę, i że ja będę sobie radzić. Literki są zgrabne, diagram starannie narysowany. Przez chwilę mam przed oczami inne jej rysunki i to, jak niecierpliwie przybiegała ze szkoły, by mi je pokazać. I pomimo tego, czego dotyczy ten rysunek, czuję taką samą dumę ze zdolności mózgu mojej córki jak wtedy.

- Dobrze - mówię, gdy kończy. - Zastanowię się nad tym i dam ci znać.

Przez jej twarz przemyka cień rozczarowania. Chce decyzji, wniosków, przedyskutowania najgorszych scenariuszy. Poprawiłoby jej to samopoczucie, dałoby wrażenie większej kontroli nad tym, co dzieje się w mojej głowie i co mogą orzec lekarze. Ale tego nie mogę dla niej zrobić, nie jestem jeszcze gotowa.

- Nie wiemy nawet, czy zostanie zdiagnozowana demencja - mówię. - Niektóre z napisanych tutaj rzeczy należą do odległej przyszłości...

- Ale...

- Jest za wcześnie, żeby o tym myśleć. - Nie chciałam, żeby zabrzmiało to tak obcesowo. Próbuję innym tonem: - Po prostu nie chcę rozmawiać o demencji, dopóki nie pojawi się diagnoza.

- Dobrze, mamo - łagodnieje.

Role znów się odwracają. Zmieniamy temat. Ona przestaje podsyłać mi linki do artykułów o demencji.

Kilka dni później w mojej skrzynce ląduje inny mail. Mój palec wisi przez jakiś czas w powietrzu, zanim kliknę "Otwórz". Czy jeśli to zrobię, wejdę w zmowę z chorobą? Zaproszę ją do swojej skrzynki odbiorczej, swojego domu, swojej głowy? Zastanawiałam się też nad tym, kiedy wysyłałam swoje pytanie.

"Dziękujemy za skontaktowanie się z Towarzystwem Alzheimerowskim" - zaczyna się wiadomość. Serce mi wali, bo to sekret, który skryłam przed dziewczynkami. Szybko przeglądam list, jakby nadesłał go potajemny kochanek, oczy szukają słodkich banałów, palec czeka w gotowości, by zamknąć dokument, jeśli ktoś pojawiłby się przy moim boku. W końcu to znajduję - odpowiedź na moje pytanie. Rozpoznanie demencji daje mi prawo do darmowych przejazdów komunikacją miejską. Przybliżam się, czytam raz jeszcze.

Słysząc kroki w holu, gwałtownie zamykam ekran laptopa. Sarah obudziła się i wchodzi do pokoju.

Poranek mija, a ja wciąż myślę o tym darmowym bilecie. To pierwsza pozytywna rzecz, jakiej się dowiedziałam. Bezpłatne przejazdy w zamian za mózg. Groteskowa transakcja.

Gdy zamykam oczy, wciąż mogę cię zobaczyć, zawsze z wałkiem malarskim w ręku, podwiniętymi rękawami, w tej samej białej bluzce z ciapkami farby i w czarnych spodniach dresowych upstrzonych przez lata kolorami pomieszczeń: lazurowym błękitem łazienki z Annesley Road, burgundową ścianą pod fotografie w Dolben Court, słoneczną żółcią każdej kuchni. White Album Beatlesów kręci się na adapterze, musisz odłożyć pędzel i wytrzeć ręce w szmatę, zanim obrócisz płytę. Nożyczki zawsze idealnie mkną po tapetach, szybko, bez wysiłku dopasowując wzory i nigdy nic nie marnując. Każdy bąbel zostaje wygładzony na ścianie, zanim klej na dobre przyschnie. Pracujesz szybko, podśpiewując podczas kładzenia tapet czy malowania ścian. Kroki na schodach: dziewczynki biegną zapytać, o której będzie podwieczorek, gdzie może być jakaś książka albo zabawka.

Uważałam wtedy twoją samodzielność za coś oczywistego. Dziś ci jej zazdroszczę.

Najpierw wyłączam Beatlesów, słysząc delikatne wirowanie w wieży, gdy płyta się kończy. Złości mnie to ciągłe wyłączanie i włączanie po to, żeby znów wcisnąć "Play". Wracam do stołu roboczego i biorę głęboki wdech: na czym stanęłam? Odnawiam swój gabinet w domu, kładąc tapetę z różyczkami gęsto rozmieszczonymi wzdłuż wijącego się bluszczu - w sklepie ten wzór przypominał mi bukiet z drutu kolczastego. Próbuję raz jeszcze, przenoszę wzrok z rolki tapety na ścianę, ale wzór pływa mi przed oczami, nie potrafię dostrzec, w którym miejscu powinna przebiegać linia cięcia, a kiedy je wykonuję, nożyczki brną centymetr po centymetrze, zostawiając zęby na tapecie. Wznoszę oczy do góry, zaczynam od nowa, a potem jeszcze raz i wkrótce mam już zmarnowaną połowę rolki. W końcu kładę bryt na stole, próbując zignorować zrobione przez siebie zagniecenia. Bryt zsuwa się na podłogę, a ja potykam się, gdy niosę go w stronę ściany. Zapomniałam, gdzie wzory się schodzą, a brzeg nie został dociągnięty do poprzednio zawieszonego odcinka, więc cienka kreska znajdującej się pod spodem tapety z magnoliami kłuje mnie w oczy aż do samego dołu ściany. Poza tym pod nową tapetą zebrały się wielkie bąble powietrza. Sfrustrowana rzucam pędzel pod nogi i zdzieram oślizgły bryt. Wracam do stołu roboczego i zaczynam od nowa.

Potrafię to zrobić. Robiłam to dziesiątki razy.

Ale upłynęły już całe godziny i na dworze zapadła ciemna noc, wskazówka zegara dopełza do północy. Popróbuję jutro.

Następnego ranka niepewnie zaglądam przez uchylone drzwi do gabinetu, trzymając w ręku kubek. Przełykam wstyd spowodowany widokiem pobojowiska na ścianach, popijając go herbatą Yorkshire. Tapeta jest pokrzywiona, bąble uwięzłego pod nią powietrza zniekształcają wzór. Gdybym nie musiała jechać do pracy, zaraz zeskrobałabym to wszystko do cna.

Tego wieczoru podejmuję jeszcze jedną próbę, a następnego kolejną. Jednak każdy pas, który powinien być dociągnięty do brzegu poprzedniego, sąsiaduje ze znajdującym się pod spodem paseczkiem magnolii. Dawniej, gdy umiałam idealnie dopasować brzegi, nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę kleić tapetę przy kontaktach. Teraz zbyt dużo odcinam, mocno przeszacowuję, wychodzi kaszanka.

Moje ego przez trzy wieczory przymusza mnie, bym marnowała w tym pokoju coraz więcej tapety i kleju, nie mogąc nadziwić się następnego dnia, dlaczego wzór się nie schodzi. Robiłam to, żeby dowieść lekarzom, że się mylą, wyrzucić do śmieci listy z ich orzeczeniami, udowodnić Sarze, że nie potrzebuję jej kreatywnych diagramów, pokazać neurolożce, że "nie obserwuje się pogorszenia". Zamierzałam przechytrzyć wszystkie zagrażające mi diagnozy; wciąż byłam do tego zdolna. Ostatecznie jednak skończyło się na trzech dniach porażek, a ja udowodniłam sobie tylko własną niemożność. Gaszę światło i zamykam drzwi. Wiem, że nie będę już więcej próbować.

Kilka tygodni później budzę się, siadam na skraju łóżka i patrzę pod nogi. Jasnozieloną wykładzinę pokrywają teraz żółte karteczki, lepiące mi się do palców u stóp. Ich warstwa narosła po kolejnej niespokojnej nocy, pełnej wiercenia się, przebłysków świadomości, przypominania sobie czegoś, co będzie potrzebne następnego dnia; przekonanie, że każda z tych myśli zdoła dotrwać do rana, bladła wraz z kolejnymi godzinami nocy. Zerkam na budzik: 4:50 - ta sama godzina, o której przez lata wstawałam do pracy, by wyszykować się na pierwszy autobus o 5:35. Schylam się i odklejam kilka karteczek od pięty. Gdy po chwili podnoszę wzrok, jest już 5:00. Przepadło dziesięć minut, w jaki sposób? Muszę się pospieszyć, ale nie przypominam sobie, od czego należy zacząć. Ubrać się? Zjeść? Wziąć prysznic? Nie, to szło jakoś inaczej. Spoglądam w dal przez firanki, chwilowo zdezorientowana snem wciąż miękko ścielącym się między moją głową a ciemnymi chmurami na dworze. Ponownie patrzę na zegar, by sprawdzić, czy na pewno jest rano.

Po chwili idę do łazienki i mija trzydzieści minut, zanim ubrana schodzę na dół. Włączam telewizję śniadaniową, to moje stare przyzwyczajenie, ale patrzę na ekran zdumiona. Jest wpół do szóstej. Powinnam być już na przystanku, a zdążyłam dopiero nalać sobie herbaty. Czas przesypuje mi się przez palce jak piasek. Chwytam płaszcz i torebkę i wybiegam z domu.

Zdążam na autobus, ale jestem zgrzana i skołowana. Siadam na swoim zwyczajowym miejscu na górnym pokładzie, by mieć jak najlepszy widok. O tak wczesnej porze autobus jest pusty, cały należy do mnie. W oknach tylko nieruchome niebo; reszta świata dopiero ma się budzić, nawet ptaki jeszcze śpią na drzewach, a ja odtwarzam w myślach kolejne czynności, by wykryć, gdzie dziś znowu zgubił mi się czas.

W pracy włączam komputer i wyświetla się okno logowania. Wiem, że przyglądam mu się sekundę dłużej, niż powinnam, zastanawiając się, czego ode mnie chce. Gdy wpisuję dane, pojawia się pulpit i potrzebuję kilku chwil, by się w nim zorientować. Ten sam pulpit, który witał mnie przez lata, sprawia wrażenie widzianego po raz pierwszy.

Mimo wszystko udało mi się pojawić w pracy na godzinę przed pozostałymi. Zwykle korzystałam z tego czasu w pustym biurze, by uporać się z częścią zadań czekających mnie w danym dniu, ale teraz wyciągam z torebki plik karteczek i po kolei załatwiam wypisane tam sprawy, mnąc na koniec każdą kartkę w malutką kulkę i wrzucając na samo dno kosza na śmieci. W niektóre dni mgła jest gęstsza niż w inne. Gdy wtedy otwieram program z grafikiem dyżurów, kolorowe kwadraty, układające się zazwyczaj w sensowną treść, pływają mi przed oczami całkiem pozbawione znaczeń. W takie dni drżę, że mogę usłyszeć pukanie do drzwi, zobaczyć, że ktoś zerka na mnie spod oka albo zjawia się przy moim biurku z pytaniem. Wiem, że na mojej twarzy będzie wymalowana pustka. Będę się starała odwrócić od niej uwagę, przekładając papiery, wymawiając się koniecznością nagłego wyjścia.

W takie dni odpowiadanie na telefony staje się naprawdę trudne. A przecież był to integralny element mojej pracy - mój numer służył zaniepokojonym pielęgniarkom oddziałowym za koło ratunkowe. Teraz jednak mam wrażenie, że wahanie w moim głosie, dające się usłyszeć po podniesieniu słuchawki, nie rozwiewa ich obaw. Zamiast problemów, z którymi się do mnie zwracają, moją głowę zaprzątają inne, nieznośne myśli: Dlaczego mówi tak szybko? Czy nie mogłaby trochę zwolnić, żebym miała szansę się zastanowić? Proszę o powtórzenie, kuląc się w sobie na dźwięk cichego westchnienia, które wymyka im się z ust. Najwyraźniej czują, że po drugiej stronie jest teraz ktoś inny, nie ta osoba, na której dawniej polegały. Stałam się mistrzynią kamuflażu, kupowania czasu, więc proponuję, by przychodziły omówić sprawę u mnie w biurze, bo z przyjemnością się z nimi zobaczę i będzie mi łatwiej pokazać im coś osobiście, albo mówię, że sama wpadnę do nich na oddział. Taktyka opóźniania. Nie kłamstwo, tylko wygodniejsza prawda, bo telefon ze swoim anonimowym głosem stał się wrogiem.

Takie dni zdarzają się coraz częściej. Z upływem miesięcy znika ostrość widzenia, soczewki zmieniają się z krystalicznie czystych na lekko zamazane, i to staje się moją nową normą. Ale nikomu o tym nie mówię, przynajmniej nie w pracy. Znajduję tylko kolejne sposoby na tuszowanie trudności, choć w niektórych sytuacjach po prostu nie sposób ukryć zmieszania. Choćby na naradach, na których próbuję za wszelką cenę przyporządkować imię do osoby uśmiechającej się z drugiej strony stołu; wiem, że się znamy, i teraz gubię wątek dyskusji, bo przesiewam wszystkie wypowiedzi w nadziei, że ktoś wymieni imię, albo czytam materiały leżące przed tym kimś na stole, żeby trafić na jakąś wskazówkę. Ogarnia mnie panika, gdy do mojego pokoju wchodzą ludzie, z którymi pracowałam od lat, a w mojej głowie pojawia się pustka w miejscu, gdzie zwykle zgrabnie wyskakiwały ich imiona, i dostrzegam przemykający po ich twarzach cień wątpliwości, na którego widok serce zaczyna mi galopować pod bluzką. Dzwoniła dobrze mi znana pielęgniarka z prośbą, żebym zajrzała do niej na oddział; jej głos i imię nic mi przez telefon nie mówiły i dopiero, gdy przyszłam, uświadomiłam sobie, że byłyśmy koleżankami.

- Myślałam, że się o coś obraziłaś - wyznała.

Zbyłam to śmiechem, zrzucając winę na nawał pracy.

Ale powoli wyczerpują mi się wymówki.

Kończy się kolejny dzień. Wyłączam komputer i zbieram swoje rzeczy. Wychodzę ze szpitala i idę trzy kilometry na dworzec autobusowy. Siadam na górnej platformie pojazdu, na tym samym miejscu, z którego obserwowałam rozbudzanie się świata dziś rano. Tym razem w drodze do domu czuję się umordowana. Jazda trwa ponad godzinę, krajobraz zmienia się z miejskiego na wiejski, mury otaczające miasto York ustępują żywopłotom okalającym pola. Moje ciężkie powieki opadają, pozwalając rozkoszować się nicością, którą przynosi sen. Nagle się wybudzam i gwałtownie prostuję na siedzeniu, rozglądając się, gdzie jestem, przerażona, że mogłam przegapić swój przystanek. Czy zmierzam już do wybrzeża w Scarborough? Kiedy dostrzegam nieopodal swój przystanek, chwiejnym krokiem schodzę na dolny pokład, marząc już tylko o tym, żeby znaleźć się w domowym zaciszu, w samotności, spokoju, w towarzystwie niewymagającej telewizji z jej bezmyślnymi programami. Przetrwałam kolejny dzień. Jednak jutro wyzwania mogą okazać się jeszcze trudniejsze niż dziś.

Sześć miesięcy później znowu siadam naprzeciw Jo, mówiącej mi trzy słowa, które mam pamiętać do końca sesji. Zaczyna przeprowadzać ze mną te same testy pamięciowe co poprzednio. Kiedy prosi, żebym wymieniła przedmioty zaczynające się na określoną literę, nic nie przychodzi mi do głowy. Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji, po czym wracam spojrzeniem na nią i widzę, jak mnie obserwuje, wie, że szukam "ściągi".

- Proszę się nie spieszyć - mówi łagodnie.

W końcu wymieniam pióro, papier, papeterię.

- Dobrze - stwierdza i je zapisuje.

Jest jasne dla nas obu, że nastąpiło pogorszenie, jednak spokojne, pewne zachowanie Jo izoluje mnie od strachu, który wzbiera w otchłani mojego brzucha. Psycholożka wychyla się przez biurko i podaje mi kartkę oraz długopis.

- Proszę narysować tarczę zegarową - mówi.

Łatwizna, myślę. Gdy jednak się pochylam, długopis zawisa w powietrzu nad kartką. Kółko nie jest całkiem takie, jak pamiętam, że powinno być. Zaczynam wypełniać je cyframi, ale coś jest nie tak - dwunasta wypadła w złym miejscu. Prostuję się na krześle i wpatruję w kartkę. Dlaczego nie ma miejsca na dwunastą?

- Przepraszam - mówię. - To takie dziwne. To tylko zegar.

- Nie szkodzi - odpowiada Jo, zapisując kolejne uwagi w swoich notatkach. A potem pyta o te trzy słowa, które powiedziała mi na początku sesji.

Znowu jakoś zupełnie niepostrzeżenie mi się wymsknęły.

- Mamy jeszcze dwa tygodnie, pani Wendy - zwraca się do mnie z uśmiechem, zamykając kartę. - Dużo czasu na jeszcze jedną próbę.

Nadchodzi trzeci, ostatni dzień testów. Znowu siedzę przed Jo, wykonując podobny zestaw ćwiczeń, i ponownie wszystko przebiega tak jak wcześniej. Pod koniec sesji psycholożka zagłębia się w fotelu.

- Jak pani siebie ocenia w tych testach? - pyta.

- Wiem, że nie wypadłam za dobrze - zbieram się na odwagę. Robię sekundową przerwę, by zebrać się do postawienia pytania, które chciałam zadać od wielu miesięcy. - Jak pani myśli, co to może być? - mówię w końcu.

Patrzy mi prosto w oczy, a potem mówi spokojnym, równym głosem:

- To może być demencja, ale dopóki nie uzyskamy wyników wszystkich badań, nie będę miała całkowitej pewności.

- Oczywiście - odpowiadam. Nie wiem, jakim cudem słowa spływają z moich ust, bo ogrania mnie odrętwienie, a także smutek i poczucie, że to już koniec, bo tak rozumiem demencję: pusty wzrok, bezradność, splątanie. Wszystko, czego za wszelką cenę chciałam uniknąć, odkąd zobaczyłam pierwsze wzmianki na ten temat w opiniach Jo i neurologa.

Po powrocie do domu siadam przed komputerem, otwieram YouTube i powoli wciskam kolejne litery. Wpisuję do wyszukiwarki hasło "demencja" i palec zawisa mi nad enterem; czuję, że rzucam sobie śmiałe wyzwanie i wcale nie mam pewności, czy jestem gotowa zobaczyć wyniki. Pojawiające się na ekranie nagrania zawierają dokładnie takie obrazy, jakie rodziły się w mojej głowie, odkąd Jo wymówiła to słowo: mężczyźni i kobiety u kresu życia, starzy i siwi, z pustką wypisaną na twarzach, przykuci do szpitalnych łóżek. Przecież to musi być pomyłka! Żadna z tych osób nie jest do mnie podobna. Przeskakuję wzrokiem po tych nagraniach w poszukiwaniu czegoś innego, bardziej adekwatnego, a jednocześnie z nadzieją, że nic takiego się nie znajdzie. I wtedy trafiam na Keitha Olivera.

Uruchomiwszy nagranie, z ulgą spostrzegam inteligentnego mężczyznę mniej więcej w moim wieku, siedzącego na fotelu w domu na tle pięknego zielonego ogrodu, wypowiadającego się sensownie i elokwentnie do kamery. Kiedy zaczyna przedstawiać swoją historię, jak kierował wielką szkołą w Canterbury, a dwa lata przed tym nagraniem zaczął doznawać nieoczekiwanych upadków, poczucia zmęczenia i ogólnej "niemocy", zamieniam się w słuch. Wchłaniam w absolutnej ciszy, niczym zaczarowana, opowieść o tym, jak zaczął - podobnie jak ja - zmagać się w pracy z prostymi sprawami, takimi jak dotrzymywanie terminów, uzyskiwanie i odtwarzanie informacji, korzystanie z telefonu, wykonywanie złożonych czynności. Im dłużej oglądam, tym bardziej wszystko składa mi się w całość, a sytuacja nie wydaje się już tak przerażająca. Zamiast tego zaczyna ogarniać mnie ulga. Keith porównuje doświadczenie demencji z pogodą: jedne dni są słoneczne, w inne zbierają się chmury. "W słoneczny dzień mogę prowadzić rozmowę prawie bez trudności - tłumaczy. - W mglisty znajdowanie słów to prawdziwa sztuka".

Przypominają mi się te dni w pracy, kiedy czułam się wyobcowana podczas rozmowy, bo nie umiałam przypomnieć sobie właściwych słów, by się do niej włączyć czy ją podtrzymać. Keith doświadczał dokładnie tego samego. Ale przesłanie było bardzo pozytywne. Mówił o tym, że od chwili diagnozy jego stan zdrowia utrzymuje się na dobrym poziomie, ponieważ za wszelką cenę chce żyć pełnią życia i poświęcać się temu, co sprawia mu radość. Gdy ośmiominutowe nagranie dobiega końca, życie nie rysuje mi się już tak ponuro jak wcześniej. Moje wyobrażenie, jak wygląda i jak wypowiada się osoba z demencją, diametralnie się zmieniło. Keith prezentuje się całkiem normalnie i ja na pewno też tak się prezentuję. Wciąż robi to, co daje mu radość, i ja też mogę tak postępować. Zderzam się bezpośrednio nie tyle ze swoją śmiertelnością, ile ze świadomością czasu, czy raczej jego braku. To właśnie kradnie demencja - przyszłość, którą wyobrażałeś sobie jako rozpościerającą się przed tobą, bez możliwości wystąpienia jakichś krańcowych doświadczeń.

Tego wieczoru kładę się do łóżka z silnym postanowieniem, by zmartwienia nie miały do mnie dostępu, leżę jednak rozbudzona, mrugając w ciemności, niezdolna odpędzić czarne myśli, które towarzyszą tej porze nocy. Mając pięćdziesiąt osiem lat, staję w obliczu diagnozy otępienia. Czy to na pewno to? Czy lekarze się nie mylą? Jakie jest prawdopodobieństwo trafności ich przypuszczeń? Te pytania kotłują się w kółko, aż umysł w końcu się nuży i zapadam w sen.

Gdybym mogła cię teraz o cokolwiek zapytać, byłoby to: Kiedy postanowiłaś mnie opuścić? Kiedy zdecydowałaś, że mam prowadzić inne życie, bez wszystkich tych kawałeczków, które czyniły mnie właśnie mną? Trudno sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz robiło się różne miłe rzeczy, tak jak trudno jest rano uchwycić pierzchający sen. Żałuję, że nie wiedziałam wtedy, że to były ostatnie okazje, bo z tą świadomością bardziej bym się nimi napawała - ostatnią przebieżką po opustoszałych ulicach, ostatnią blaszką upieczonych ciasteczek, ostatnim prowadzeniem samochodu. Tymczasem ty mi się wymknęłaś, nie mówiąc, że odchodzisz, więc nawet nie wiedziałam, że weźmiesz ze sobą cząstki mnie. Nie dałaś mi szansy ani ostrzeżenia, żebym spróbowała ocalić te dni. Po prostu w pewnym momencie odkryłam, że cię nie ma, że zniknęłaś na zawsze.

Gdybym miała wskazać moment twojego odejścia, wiem, który dzień bym wybrała - ten, w którym po raz pierwszy całkiem mnie opuściłaś. Wcześniej ciągnęło się długie pożegnanie, tamta chwila była zaś jak zerwanie plastra - szybkie, wykonane w sekundę. Podniosłam wzrok znad biurka i ciebie już nie było, choć wtedy tego nie pojęłam, bo w tej sekundzie wcale cię nie pamiętałam. Nie pamiętałam niczego. Było to tak, jakbym dopiero się zjawiła na świecie, rozejrzała i znalazła się w miejscu zupełnie sobie nieznanym, otoczona przez obcych.

Ten dzień różnił się od wszystkich, które nastąpiły przed nim. To nie było zdezorientowanie. To była kompletna pustka. Czarna dziura. Nie: "Po co to ja wstałam? Co miałam zrobić?", tylko: "Gdzie ja jestem?". W głowie miałam nicość, moje myśli były równie pomieszane jak kropki na zielonym linoleum znajdującym się pod moimi stopami. Gdzie jestem? Co to za miejsce? Czułam, jak serce dudni mi pytaniami, domaga się odpowiedzi od mózgu. Ale żadna odpowiedź nie przychodziła. Na moment zamarłam w bezruchu. Podjęłam drugą próbę, wodząc oczami po pomieszczeniu - jakieś biurko, tablice korkowe na ścianach, segregatory opatrzone etykietami z ręcznym pismem, którego nie rozpoznawałam. Serce załomotało mi mocniej o żebra, na co odpowiedziałam przeciągłym, głębokim wdechem, który na krótką chwilkę przyciszył dudnienie. Kolejny oddech. Walenie w środku ucichło. Coś zaczynało prześwitywać przez mgłę, która zasnuła mój mózg. Jedno wspomnienie. Jo mówiła mi, że to będzie się zdarzać i że będzie przechodzić. Więc wstałam i ruszyłam. Chciałam wyjść na zewnątrz, zostawić za sobą pokój z szarą metalową szafą na dokumenty i dziwnymi bibelotami na biurku, których nigdy wcześniej nie widziałam. Przeszłam obok przywieszonej na drzwiach tabliczki z nieznanym mi nazwiskiem. Jego litery wydawały się równie obce jak sens całego zestawienia.

W-E-N-D-Y-M-I-T-C-H-E-L-L

Wyszłam na korytarz, patrząc prosto przed siebie, opierając się pokusom, by poszukać wskazówek na ścianach, ignorując porozwieszane na nich informacje, instynktownie wiedząc, że to tylko spotęgowałoby dezorientację. Unikałam blasku świateł, próbowałam odgrodzić się od szumu głosów, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Szłam powoli, próbując skupić się na uspokojeniu oddechu, odcięciu się od salw śmiechu, powstrzymaniu odruchu, by spytać, czy śmieją się ze mnie.

"Nie wpadaj w panikę", mówiłam sobie. Po obu stronach korytarza były pootwierane drzwi. W mijanych pokojach głowy ludzi, których nie rozpoznawałam, pochylały się nad dokumentami. Bałam się, że - kimkolwiek byli - podniosą wzrok i natkną się na pustkę mojej twarzy, pozdrowią mnie i dostrzegą tajemnicę, która, jak wiedziałam, była na niej wypisana. Nie chciałam, by ktokolwiek się do mnie odzywał, wciągał do swojego świata, bo nie znałam tego świata, nie znałam zamieszkujących go ludzi. Między mną a nimi była pustka. Mogła mnie przerazić, gdybym jej na to pozwoliła. Dlatego po prostu szłam przed siebie, stawiając krok za krokiem, nie wiem dokąd. Stąpnięcia o podłogę mąciły ciszę, do nosa docierała delikatna woń środka dezynfekującego. Na końcu korytarza znajdowały się podwójne drzwi. Wyszłam przez nie na klatkę schodową. Tu było ciszej, bez ludzi. Były tam jeszcze jedne drzwi, z wyblakłym wzorem na szybie, i coś powiedziało mi, że za nimi znajdę schronienie. Witające mnie bladoróżowe ściany działały kojąco. Samotność, izolacja, cisza. Weszłam do kabiny. Usiadłam na zamkniętej muszli klozetowej. I czekałam.

Miałam wrażenie, że siedzę tam godzinami, ale w takich chwilach traci się poczucie czasu. Mój umysł spowiły chmury, zasnuł się mgłą jak szczyt Scafell Pike w przejrzysty dzień, gdy w jednej chwili widok rozciąga się na długie kilometry, a za moment chłodny powiew zapowiada nadejście chmur. Tyle że u mnie nie było ostrzeżenia, nie było spadku temperatury, mówiącego o zbliżającej się zmianie aury. Podniosłam się znad biurka tak jak każdego innego dnia i nagle znalazłam się na szczycie góry, sama, w chmurach zasłaniających widok do tego stopnia, że nie dostrzegałam żadnych rozpoznawalnych punktów - swojego biurka, swojego telefonu, swojego zszywacza, swojego nazwiska na drzwiach, swoich kolegów z pracy. Więc czekałam, bo słowa Jo były jedynym klarownym sygnałem w moim umyśle. Posiedzieć i poczekać, aż mgła się przerzedzi. Więc siedziałam. W kabinie moje oczy przesuwały się z podłogi na pokropkowane ścienne kafle, z podajnika papieru toaletowego na bezwładnie zwisającą z niego dwuwarstwową wstęgę.

W końcu się to stało. Chmury zaczęły się rozchodzić. Miałam wrażenie, jakbym się budziła. Jestem w łazience w pracy. Oczywiście.

Dzisiaj jest 31 lipca 2014 roku. Mam tę datę od tygodni zapisaną w umyśle z dwóch powodów. Po pierwsze, na ten dzień Sarah zaplanowała wyprowadzkę ode mnie i zamieszkanie we własnym domu, który będzie dzielić ze swoim chłopakiem. Po drugie, w tym dniu mam otrzymać diagnozę od neurologa.

Ostatnio nie rozmawiałyśmy z Sarą i Gemmą o wiadomościach, które nieuchronnie się pojawią. Nie ma co o tym mówić, jesteśmy pewne diagnozy. Pogorszenie przewidywane w poprzednich opiniach jest dla nas wszystkich wyraźnie widoczne i nie ma potrzeby potwierdzania go oficjalną opinią lekarską. O czym tu dyskutować?

Jestem więc w szpitalu sama. Siedzę w ciasnym gabinecie pani neurolog, która przegląda leżące pomiędzy nami papiery. Gdy zaczyna mówić, wiem, że trwale utkwi mi w pamięci nie tyle sens jej słów, ile pełne nieskrywanego współczucia spojrzenie. Zresztą za dużo nie mówi. Nie musi, bo w chwili gdy poproszono mnie do jej pokoiku, sama to zobaczyłam, zerkając na leżące przed nią dokumenty: "choroba Alzheimera". Wskazuje teraz na te słowa wraz z jeszcze jednym - "demencja", przesuwając długopisem od jednego do drugiego. Uprzedza, że wyśle tę opinię do mojego lekarza pierwszego kontaktu. A mnie w tej chwili ciekawi tylko to, dlaczego wskazuje mi te słowa. Czy chce w ten sposób lepiej mi je uzmysłowić, sprawić, że na pewno jej uwierzę? Czy może mój wyraz twarzy nie wskazuje, że wiadomość do mnie dociera? Gdy wpatruję się w dokument przed sobą, poruszają się tylko moje oczy. Jestem spokojna. Nie ma już wątpliwości, odpowiedź leży przede mną, jest zapisana czarno na białym.

Zapoznałam się z nagraniem Keitha Olivera i wszystkimi jego pozytywnymi uwagami o demencji, jednak nic nie było w stanie przygotować mnie na usłyszenie tej diagnozy, na ssącą pustkę, bo wiem, że każde z tych słów, cała ta opinia zmieni wszystko, zmieni znane mi życie. Ukradnie znane mi życie. Mam pięćdziesiąt osiem lat i właśnie zdiagnozowano u mnie tzw. chorobę Alzheimera o wczesnym początku.

A może lekarka pokazuje mi te słowa, bo dostrzega nieobecność w moich oczach, spowodowaną tym, że podczas gdy ona mówi, w mojej głowie pojawia się pewien list? Ten, który trzymałam w ręku kilka tygodni temu. Przyszedł od firmy emerytalnej i zawierał informację, że zacznę otrzymywać wypłaty, gdy skończę sześćdziesiąt sześć lat. Brakuje więc ośmiu lat. Czym je wypełnię? Właśnie to zaprząta teraz moje myśli. Co się będzie ze mną działo przez najbliższych osiem lat? Jak będzie wyglądało moje życie? W nagłówku opinii neurologa widzę dzisiejszą datę i myślę o Sarze, dla której ten dzień jest początkiem czegoś, podczas gdy dla mnie symbolizuje koniec. Jest w tym pewne pocieszenie, koniec jednej niepewności, początek innej.

- Życzę powodzenia - mówi mi, gdy wychodzę z gabinetu. Nie będę się z nią więcej widziała, bo po postawieniu tego rodzaju diagnozy nie wyznacza się już wizyt kontrolnych. Nie można już nic zrobić.

Krótką drogę do domu pokonuję pieszo. Patrzę, jak ludzie krzątają się wokół swoich spraw, jak obok mnie toczy się zwykłe życie, podczas gdy moje stanęło w miejscu. Wiem, że Sarah jest już w domu, pakuje ostatnie pudła i zdejmuje ostatnie ubrania z wieszaków w swojej szafie. Zaproponuje, że ze mną zostanie, na pewno to zrobi, ale nie chcę tego ani nie potrzebuję. Mieszkała ze mną w trakcie studiów pielęgniarskich, bo na tym etapie było to uzasadnione ekonomicznie, ale teraz to nie jest konieczne, musi znów być samodzielna, a dzisiejsza diagnoza niczego nie zmienia. Na chwilę zamykam oczy i pojawia mi się pewien obraz, jakby ktoś przewinął do przodu film mojego życia: leżę w łóżku, mam siwe włosy, chodzi koło mnie córka. Odganiam tę wizję razem z wieloma innymi obrazami i pytaniami. Nie chcę, żeby dziewczynki stały się moimi pielęgniarkami. Dlaczego miałabym je odrzeć z roli córek i przypisać do takiej, której nie chcą i o którą się nie proszą? Jak miałabym wymagać, by odłożyły na bok marzenia i oddały się opiece nade mną?

Wydobywam z torebki długopis i na odwrocie opinii neurologa piszę: "Jaki jest przeciętny czas degeneracji od etapu, na którym jestem obecnie - jakie są stadia i charakterystyczne oznaki?".

Gdy stawiam mechanicznie kroki, w mojej głowie rodzą się kolejne pytania. Pojawiają się za szybko, bym zdążała je chwytać. Prędko zamykam każde z nich za różnymi drzwiami w moim umyśle i przekręcam klucz, bojąc się dać im dziką, niekontrolowaną swobodę. Po wejściu do domu czuję, że słowa neurolożki wciąż dopiero osadzają się w moim mózgu, nie oddziela ich ode mnie dość przestrzeni czy czasu, bym mogła zamortyzować cios, jaki spadnie na moje dziewczynki. Mój matczyny głos załamał się pod brzemieniem zmartwienia. Sarah wita mnie w holu. Zanim się odzywam, wymieniamy spojrzenie i w tym krótkim momencie widzę, jak ramiona opadają jej o milimetr.

- Jest tak, jak się spodziewałyśmy - mówię głosem, który brzmi obco i nieznajomo.

Milczymy przez chwilę, a potem dzwonię do Gemmy i mówię jej to samo.

Cztery tygodnie później znów jesteśmy w szpitalu. Dziewczynki przyjechały do mnie wcześnie rano, żebyśmy miały dużo czasu na dojście piechotą, zaoszczędzając sobie stresu związanego z szukaniem miejsca parkingowego. Szłyśmy w milczeniu, Sarah i Gemma głęboko pogrążone w swoich myślach. Wiele z nich było zapisanych na karteczkach, które wypatrzyłam kątem oka w ich torebkach. Idę przodem, prowadząc je do tego samego rzędu zielonych twardych plastikowych krzesełek, na których czekałam miesiąc temu. Teraz siadamy razem, ja w środku, one po bokach, i nie jestem pewna, kto tu jest pod czyją opieką. Podnoszę wzrok na każdy odgłos kroków, aż wreszcie dostrzegam znajomą twarz neurolożki.

Wprowadzam dziewczynki do gabinetu i je przedstawiam. W środku jest to samo biurko, przed którym siedziałam zaledwie cztery tygodnie temu, taki sam stos papierów, ten sam litościwy uśmiech przyklejony na stałe do twarzy specjalistki - tyle może mi zaoferować. Postanowiłyśmy, że zostawię je w gabinecie same, bo dzięki temu spotkanie lepiej pomoże im w zrozumieniu sytuacji. Chciałam, żeby mogły swobodnie zadawać wszelkie pytania, które im ciążą, bez obaw o moje reakcje, więc wracam do poczekalni. Siadając tam, mówię sobie, że w gabinecie dziewczynki mają siebie nawzajem i jeśli jedna zatnie się na jakimś pytaniu, to druga je dokończy. Wyobrażam sobie nawet spojrzenia, którymi się wymieniają, być może nieuchwytne dla lekarki, choć dla mnie całkiem czytelne.

W poczekalni stoi pudło z zabawkami, które wydają się od dawna nieużywane. Na wierzchu leży liczydło pomalowane na kolory podstawowe, które zblakły i zmatowiały w miarę uchodzenia z nich życia. Przypominam sobie małą Gemmę i Sarę, ich drobne paluszki przerzucające paciorki w prawo i w lewo, liczące na głos i rozradowane wydawanym przy tym klekotem. Zerkam na drzwi i zastanawiam się, jak się teraz mają po drugiej stronie.

Z czasem pomieszczenie zapełnia się innymi pacjentami. Wszyscy są starsi ode mnie, w ich oczach wyraźnie widać pustkę, nieobecny wzrok naznacza już ich twarze, usuwając charakterystyczne rysy, które kiedyś uwydatniał śmiech. Większość przychodzi parami, jedna pomarszczona dłoń leży na drugiej. Niektórzy są z dziećmi. Mam wrażenie, że czekam bardzo długo. Podnoszę ten sam magazyn, który czytałam miesiąc temu, i przeglądam go ponownie, od deski do deski, odcyfrowując słowa, ale nie robiąc z nimi nic więcej.

Wpatruję się w drzwi i próbuję zgadnąć, co może się za nimi dziać. Neurolożka zapewnia Sarę, że nie chcę, żeby została ze mną w domu i się mną zajmowała; że tak naprawdę łatwiej będzie mi żyć w pojedynkę - będzie mniej zamieszania, mniejsze ryzyko przypadkowego przestawienia przedmiotów.

W końcu słychać ruch, skrzypi klamka, są podziękowania i pożegnanie, lekkość głosu moich dziewczynek. Spoglądam na nie i badam twarze - oczy nie są czerwone od łez - więc uśmiech, którym je witam, jest szczery, pełen ulgi. One w odpowiedzi uśmiechają się na swój kochany sposób, jakby chciały jednocześnie powiedzieć: "Czas iść do domu". Gdy wychodzimy ze szpitala, panuje dużo swobodniejszy nastrój, a one rozmawiają o tym i o tamtym, ani słowem nie wspominając, co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami. Może, tak jak ja, potrzebują trochę czasu, żeby to przetrawić.

Wraz z wesołością ich głosów wracają mi siły. Niesie nas ona z powrotem do najbliższych mi ról, które wolę i które perfekcyjnie opanowałyśmy przez lata - jestem mamą, która chroni i zabezpiecza je przed wszelkim złem. W trakcie tego powrotu dostrzegam, że wciąż mogę na pewne sposoby ulżyć im w życiu, chronić je w jakimś drobnym zakresie. Mogę odzyskać część kontroli nad sytuacją. Zawsze znajdzie się jakiś sposób.

Ukochanymi ciastami były zawsze pomarańczowe i cytrynowe. Znałaś przepis na pamięć: masło, mąka, mleko, cukier, jajka i starta skórka z cytryny. Nigdy nie musiałaś zaglądać do książki. Przypominam sobie aromaty twojej kuchni, słodycz biszkoptu wyciągniętego z piekarnika, dziurki, jakie w nim robiłaś, i lepki syrop cytrynowy i pomarańczowy, którym kropiłaś wypiek. Dziewczynki, ledwie sięgając noskiem do blatu, stały blisko i czekały cierpliwie, ale już jadły oczami. "Teraz musi przestygnąć", mówiłaś im i wtedy odchodziły się pobawić, ale zbiegały prędko na dźwięk otwierających się drzwi, ponieważ pojawienie się twojej przyjaciółki zwiastowało krojenie pierwszych kawałków. Starannie oddzielałaś plastry do zapakowania im na drugie śniadanie; zawsze mówiły, że koleżanki zazdroszczą im domowego ciasta, a ty uśmiechałaś się rozradowana.

Każdy weekend czy wolny dzień w szkole był okazją do popołudniowych wypieków. Robiłaś miniaturowe babeczki - malutkie muffinki dla malutkich rączek - czasami ze śmiesznymi kolorowymi buziami z lukru. Oczy były ze smarties, a narysowany pewną ręką uśmiech - z czerwonego lukru. Niektóre były zdobione piankami i jadalnym różowym brokatem albo długimi truskawkowymi żelkami wywiniętymi w S dla Sary lub G dla Gemmy. Inne zwieńczone minibuteleczką coli, ustawioną na baczność i przyklejoną kropką lukru. A niekiedy, jeśli czas pozwalał, wykładałaś wszystkie dekoracje oraz tubki z kolorowym lukrem i dziewczynki same tworzyły swoje dzieła. Pamiętasz ich buzie pełne skupienia, a potem dumy z ostatecznego rezultatu.

W słoneczne popołudnie sadzałaś je na dworze, w ogrodzie - Gemma miała swoje czerwone plastikowe krzesełko do kompletu z miniaturowym stolikiem, a Sarah małe drewniane, które pomalowałaś na żółto - i podawałaś im podwieczorek na kolorowych talerzykach jednorazowych, które zostały po przyjęciach. Mniej zmywania. Chichotały, opychając się, a z nosów zwisały im sople lukru.

Prosta uczta, która sprawiała tyle radości dwóm dziewczynkom, przygotowana ze składników miłości.

Otwarta książka kucharska leży na blacie, wysłużone kartki są poznaczone plamkami z zabłąkanych produktów. Przerzucam stronę w tę i z powrotem, patrząc na miskę z mącznym proszkiem, który gapi się na mnie. Liżę palec i dotykam proszku - czy czuję sodę? Czy to tylko mąka? Nie sposób orzec. Próbuję cofnąć się myślami, odtwarzając krok po kroku kolejne czynności wykonane w kuchni, przerzucam strony tam i z powrotem, tam i z powrotem, po czym wyciągam kolejną łyżeczkę z szuflady, dodaję kilka gramów proszku i widzę, jak wzbija się malutka biała chmurka.

W ostatnich miesiącach robię wypieki dla bezdomnych z Yorku. Zobaczyłam ogłoszenie prasowe organizacji charytatywnej, która poszukiwała wolontariuszy do przygotowywania śniadań, i zapytałam mailowo, czy przydałoby się ciasto. Zawsze lubiłam piec słodkości, ale od otrzymania diagnozy dużo się u mnie pozmieniało; musiało się pozmieniać. Otwierając szafę, widziałam teraz czubki adidasów wepchnięte w głąb, zerkające spod skrajów sukienek; kluczyki samochodowe tkwiły w czerwonej misie, gdy szłam na pocztę odesłać swoje prawo jazdy. Musiałam pójść na tyle kompromisów, że chciałam - potrzebowałam - skupić się na czymś, co wciąż mogę robić. A wciąż mogę piec.

Gdy pojawiłam się pierwszy raz, objuczona pojemnikami, twarze ludzi zbierających się w schronisku w sobotnie poranki z niejaką podejrzliwością lustrowały mnie oraz dwa biszkopty królowej Wiktorii.

- Chciało się pani piec nam ciasto? - spytał ktoś.

- Każdemu należy się jakiś smakołyk, czy nie? - odparłam. - Poza tym nie mam nikogo innego, komu mogłabym piec. Możecie być moimi krytykami kulinarnymi.

Nie chciałam, żeby odnieśli wrażenie, że się nad nimi lituję; aż za dobrze znałam to uczucie. Podoba mi się w schronisku. Nikt mnie tam nie zna, więc nikt się nie dziwi, jeśli zacinam się w środku rozmowy albo zapominam czyjeś imię z tygodnia na tydzień. Nie znają dawnej Wendy. Nie obserwują mnie tak bacznie jak ludzie, z którymi przez lata pracowałam i którzy są skonsternowani zachodzącymi zmianami. Mogę się tu czuć swobodnie. Nie muszę się ciągle pilnować, tuszować pomyłek. Ci ludzie są po prostu wdzięczni za moje słodkie prezenty. Występuję tu jako "pani od ciast" - z nową tożsamością ulepioną z cukru i mąki. I ta tożsamość odpowiada mi znacznie bardziej niż cokolwiek z tego, co lekarze wypisują w moich kartach.

Wracam do przepisu i dodaję cukier.

Kiedy zjawiłam się w schronisku po raz drugi, niosąc w torbie ciasta czekoladowe, otrzymałam mendel jaj od jednego z bezdomnych, który spędził noc w jakiejś stodole.

- Teraz nie masz wymówki, żeby nie wrócić tu za tydzień - powiedział ze znaczącym mrugnięciem.

Przyjemnie jest być potrzebnym, podoba mi się, że czekają na sobotnie ciasto ode mnie. Rozdzielając porcje, nie przestaję myśleć o moich dziewczynkach, o tym, że tak bardzo bym chciała, żeby ktoś zrobił dla nich coś miłego, gdyby znalazły się w tarapatach. Zdałam też sobie sprawę, że sobotni goście w schronisku potrzebują nie tylko czegoś na śniadanie, lecz również do wzięcia na wynos, więc zaczęłam piec muffinki, które łatwo mieszczą się w kieszeni.

Cofam się o jedną stronę, potem znów ją przerzucam, marszczę nos i wsypuję do miski cukier.

Niektórzy bardzo poważnie potraktowali rolę krytyków kulinarnych, przedstawiając mi co tydzień szczegółową recenzję wypieków. Kiedyś w schronisku pojawiło się parę nowych osób i skarżyło się, że nie smakuje im to, co tego tygodnia przyniosłam, ale pozostali szybko przyszli mi w sukurs. Nawiązała się już między nami nić przyjaźni.

Przerywam pracę i drapię się w głowę. Czy dodawałam już cukier? Nie pamiętam, żebym to robiła. Spoglądam do miski i widzę kryształki, więc oddycham z ulgą i zaczynam mieszać, ale łyżka nie porusza się tak gładko jak zwykle. Ciasto wydaje się gęstsze, cięższe. Mówię sobie, że pewnie zaraz się rozrzedzi, i mocniej ucieram je łyżką, przez co zaczyna mnie boleć łokieć. Próbuję przelać je do podłużnej foremki, ale klei się do ścianek miski, zamiast się z nich ześlizgiwać. Dziwne. Gdy ciasto siedzi już w piekarniku, robię sobie filiżankę herbaty, jednak dręczy mnie jakiś niepokój. Co trochę zerkam na piekarnik, wstając częściej niż zwykle, by zajrzeć przez szybkę i przekonać się, czy rośnie.

W schronisku często siadam i piję herbatę razem z ludźmi, którzy w sobotnie przedpołudnie zgłaszają się po coś do jedzenia. Czasem słuchanie opowieści o tym, jak zostali opuszczeni przez rodziny i w konsekwencji stali się teraz nową rodziną dla siebie nawzajem, bywa trudne. Przebywanie z nimi pozwala mi się odnaleźć w rzeczywistości bez względu na to, jak trudny był tydzień, jak gruba warstwa żółtych karteczek pokrywała wykładzinę w mojej sypialni, podczas ilu zebrań czułam na sobie badawcze spojrzenia albo ile razy słyszałam długie westchnienia w słuchawce telefonu, bo nie łapałam sprawy dość szybko. Doszedł do tego strach, z którym się teraz wciąż budzę, oddycham, żyję - strach przed pustką tego, co nadejdzie.

Tego wszystkiego nie ma w sobotę w schronisku. To miejsce przypomina mi, żeby być wdzięczną za to, że wciąż mam dach nad głową, pieniądze na opłacanie rachunków, prysznic i czyste ubrania, dwie troszczące się córki.

Życie bywa okrutne. Za jednym zamachem potrafi odebrać tak dużo, że trzeba potem kurczowo trzymać się pozostawionych resztek, choćby były skromne. Przebywanie między ludźmi, którzy zostali opuszczeni przez ich świat, skłania mnie do refleksji nad planami, jakie robimy, gdy życie nam się układa. Ci ludzie, którzy częstują się teraz moim ciastem, uważając, by nie uronić zbyt wielu okruszków, na pewno też snuli takie plany w lepszych okresach swego życia. Mieli kiedyś dom, rodzinę, pracę, a jednak znaleźli się tu, przyjmując od innych żywność i schronienie choć na parę godzin. Akceptując karty, jakie rozdało im życie, znajdują jakieś szczątkowe sposoby na poprawę jego jakości: zręczny ruch ręki, którym wkładają do kieszeni wszystko, co można zachować na później, umiejętność ciasnego upakowania przedmiotów, przez co łatwiej przenosić swój dobytek z jednej bramy do innej. Poszukują pomocy i udzielają jej sobie nawzajem. Starsi często opiekują się młodszymi, nieraz pozbawionymi rodziców, na których można by polegać. Wszyscy znajdujemy jakiś sposób na przetrwanie, jeśli jesteśmy gotowi go szukać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki