Ja kontra Mózg. Poradnik dla tych, co myślą za dużo - Hayley Morris

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (43,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Ty­tuł ory­gi­nału Me vs Brain
Prze­kład MA­RIA JASZ­CZU­ROW­SKA
Wy­dawca KA­TA­RZYNA RUDZKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca KA­RO­LINA WĄ­SOW­SKA
Re­dak­cja PA­WEŁ CIE­ŚLA­REK
Ko­rekta MAG­DA­LENA WO­ŁO­SZYN-CĘPA
Pro­jekt okładki HOLLY OVEN­DEN
Ad­ap­ta­cja pro­jektu okładki DA­WID GRZE­LAK
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie, ko­rekta ANNA HEG­MAN
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji ALEK­SAN­DRA KA­NICKA
Me vs Brain Co­py­ri­ght ? Hay­ley Mor­ris 2023 First pu­bli­shed as Me vs Brain in 2023 by Cen­tury, an im­print of Cor­ner­stone. Cor­ner­stone is part of the Pen­guin Ran­dom Ho­use group of com­pa­nies. Co­py­ri­ght ? for the trans­la­tion by Ma­ria Jasz­czu­row­ska Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2025
War­szawa 2025 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-68367-11-9
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75 re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
.
Ani ca­łość, ani żadna część tej książki nie może być w ja­ki­kol­wiek spo­sób wy­ko­rzy­sty­wana ani po­wie­lana w celu szko­le­nia tech­no­lo­gii lub sys­te­mów sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Za­strzega się, iż ni­niej­sza książka ani żadna jej część nie może być zwie­lo­krot­niana w celu eks­plo­ra­cji tek­stów i da­nych (por. art. 26(3) ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lu­tego 1994 r. o pra­wie au­tor­skim i pra­wach po­krew­nych [t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Ja kon­tra na­trętne my­śli

Za­wsze lu­bi­łam przy­glą­dać się ma­łym dra­mom. Gdy­bym miała wy­brać so­bie roz­rywkę na wie­czór, to sce­na­riusz wy­glą­dałby mniej wię­cej tak...

AKT I

Sprzeczka ja­kiejś pary w re­stau­ra­cji, kiedy wia­domo, że gość srogo dał dupy, a dziew­czyna wła­śnie go roz­gry­zła.

AKT II

Wy­miana zdań w miej­sco­wym pu­bie, kiedy klient musi mieć ra­cję, ale per­so­nel nie do­staje aż tyle kasy, żeby po­tul­nie zno­sić czy­jeś uty­ski­wa­nie, więc nie daje za wy­graną.

AKT III

Walka na pię­ści w au­to­bu­sie - w ro­lach głów­nych na­sto­la­tek, który za gło­śno słu­cha mu­zyki na te­le­fo­nie, i ko­bieta, która są­dzi, że ko­mu­ni­ka­cja miej­ska po­winna być miej­scem ci­chej me­dy­ta­cji.

Ale dramy w moim wła­snym ży­ciu? Dzię­kuję, po­stoję. To nie dla mnie.

Trzeba też przy­znać, że gram główną rolę we wła­snym przed­sta­wie­niu - jako na­sto­latka cho­dzi­łam po domu i miz­drzy­łam się do zmy­ślo­nych ka­mer, bo uda­wa­łam, że je­stem bo­ha­terką re­ality show Na cha­cie z Hay­ley. Ni­czym ra­sowa blo­gerka re­la­cjo­no­wa­łam swój ża­ło­śnie pro­sty i prze­ciętny pro­ces ma­lo­wa­nia się, a kiedy go­to­wa­łam obiad, można by przy­pusz­czać, że ro­bi­łam to dla tłumu oglą­da­ją­cych mnie fa­nów. Chwi­lami za­czy­na­łam na­wet są­dzić, że mój show może oglą­dać chło­pak, w któ­rym się aku­rat ko­cha­łam, więc na­czy­nia do zmy­warki pa­ko­wa­łam w nie­by­wale uwo­dzi­ciel­ski spo­sób. Czyż­bym wła­śnie zro­biła sek­sowny przy­siad, wkła­da­jąc ta­bletkę do szu­fladki? To dla cie­bie, Na­than.

To, że gram główną rolę w swoim pro­gra­mie, zro­zu­mia­łam dzięki cze­muś, co ro­bo­czo na­zwa­łam Nar­ra­to­rem. Każ­dego dnia, od rana do wie­czora, sły­sza­łam głos, który nie na­le­żał do mnie, a mimo to pro­wa­dził nie­ustanną nar­ra­cję na te­mat mo­jego ży­cia. Ży­łam we wła­snej mi­gawce fil­mo­wej, ale wcale nie czu­łam się jak gwiazda. Po raz pierw­szy przy­da­rzyło mi się to, kiedy mia­łam sześć lat. Oglą­da­łam wtedy sporo wy­jąt­kowo rzew­nych fil­mów Di­sneya, w któ­rych ma­łym zwie­rząt­kom umie­rali ro­dzice. Dla­czego ko­muś przy­szło do głowy, że to bę­dzie do­bry po­mysł na film? Czy w ten spo­sób ro­dzice mieli wy­ra­biać w dzie­ciach świa­do­mość śmierci? Ja bym po­wie­działa, że to ra­czej gwa­ran­cja traumy na całe ży­cie. Na­dal nie otrzą­snę­łam się po śmierci mamy je­lonka Bam­biego (prze­pra­szam za spoj­ler, je­śli ktoś nie oglą­dał).

Któ­re­goś wie­czoru, gdy już za­sy­pia­łam, na­gle usły­sza­łam Nar­ra­tora - głos ode­zwał się wy­raź­nym szep­tem tuż nad moim uchem: Wy­obraź so­bie, że to twoi ro­dzice umarli. Skąd się wziął ten głos? Wtedy nie mia­łam po­ję­cia. Nie na­le­żał do mnie ani do mo­ich ro­dzi­ców. Nie był to też głos żad­nej z po­staci Di­sneya. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam ta­kich my­śli. Aż do tam­tej chwili nie za­sta­na­wia­łam się nad śmier­cią wła­snych ro­dzi­ców. Po dłu­gim cza­sie za­snę­łam spła­kana, wciąż nie umie­jąc so­bie wy­obra­zić świata, w któ­rym by ich za­bra­kło.

Gdy pod­ro­słam, Nar­ra­tor już na do­bre za­do­mo­wił się w moim ży­ciu. To­wa­rzy­szył mi od po­budki aż do za­śnię­cia - sły­sza­łam, jak opi­suje każdą chwilę mo­jego dnia, za­daje mi py­ta­nia i pod­suwa co­raz to now­sze, czę­sto prze­ra­ża­jące te­maty do prze­my­śleń.

W oko­licy pięt­na­stych uro­dzin do­sta­łam pierw­szą pracę, jako kel­nerka. Kiedy by­łam w pracy, za­jęta ru­ty­no­wymi, przy­ziem­nymi obo­wiąz­kami, Nar­ra­tor przez więk­szość czasu uprzej­mie mil­czał. Któ­re­goś dnia, a była to naj­zwy­klej­sza w świe­cie so­bota, nio­słam do sto­lika tacę ze szklan­kami, gdy na­gle w swo­jej gło­wie usły­sza­łam zna­jomy głos: Wy­obraź so­bie, co by było, gdy­byś się te­raz po­tknęła i wy­lą­do­wała twa­rzą w ka­wał­kach po­tłu­czo­nego szkła. Po raz pierw­szy ogar­nęło mnie prze­ko­na­nie, że głos opi­suje coś, co na­prawdę się wy­da­rzy. Że to swego ro­dzaju prze­czu­cie. W końcu w fil­mie nar­ra­tor przy­go­to­wuje wi­dzów na to, co za­raz na­stąpi, wy­ja­śnia, jak do tego do­szło, i prze­ka­zuje naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje o głów­nym bo­ha­te­rze. Być może mój Nar­ra­tor też prze­ka­zuje in­for­ma­cje, o któ­rych ja sama jesz­cze nie mam po­ję­cia! Szybko odło­ży­łam tacę i za­ję­łam się czym in­nym: czysz­cze­niem sztuć­ców. Nar­ra­tor znów się uru­cho­mił: Po­le­ro­wa­nie noży do ste­ków, hę? Ostre to. Pew­nie by bo­lało, gdy­byś przy­pad­kiem dźgnęła się ta­kim w brzuch. Tam­tego dnia nie tknę­łam noży do ste­ków, szklanki nie do­tarły na sto­lik, a ja... No cóż, tu bez za­sko­cze­nia - wy­le­cia­łam z pracy.

Kiedy mia­łam sie­dem­na­ście lat i nad­szedł czas, bym na­uczyła się pro­wa­dzić sa­mo­chód, tata za­pro­po­no­wał, że chęt­nie ze mną po­jeź­dzi au­tem, które nie­dawno sama so­bie ku­pi­łam. Wcze­śniej uczył już mo­jego brata, który zdał - może nie za pierw­szym, ale za dru­gim po­dej­ściem - więc wie­dzia­łam, że je­stem w do­brych rę­kach. Sie­dział koło mnie i krok po kroku in­stru­ował, jak mam po­ko­ny­wać ko­lejne za­kręty i kiedy na­dep­nąć na ha­mu­lec. Na­bra­łam pew­no­ści sie­bie. Czu­łam się za kie­row­nicą tak do­brze, że już trzy mie­siące póź­niej zda­łam eg­za­min na prawo jazdy. W końcu mo­głam sama siąść za kie­row­nicą i le­gal­nie jeź­dzić po ca­łej wy­spie Wi­ght.

Z gło­śni­ków hu­czała mu­zyka, kiedy mknę­łam swo­imi ulu­bio­nymi dróż­kami. Po jed­nej stro­nie aż po ho­ry­zont cią­gnęły się piękne zie­lone pola, a po dru­giej roz­ta­czał bez­miar błę­kit­nego oce­anu. A mię­dzy mną a oce­anem? Kra­wędź wy­so­kiego urwi­ska. Nic strasz­nego. Drob­nostka.

Skręć kie­row­nicą i zjedź z urwi­ska.

Co ta­kiego? Rany bo­skie! Że co? Ści­szam mu­zykę, żeby le­piej sły­szeć. Jak da­leko mam do kra­wę­dzi urwi­ska? Mu­szę się za­trzy­mać. Sta­no­wię dla sie­bie za­gro­że­nie. Po­win­nam po ko­goś za­dzwo­nić, żeby za­brał mnie do domu. Zjeż­dżam na za­ku­rzony par­king parę me­trów da­lej i ła­pię za te­le­fon. Dzwo­nić do ro­dzi­ców? Tylko co ja im po­wiem? Sy­tu­acja jak z Pa­ra­grafu 22 - boję się, że je­śli znów uru­cho­mię sil­nik, to zjadę z urwi­ska, ale z dru­giej strony, je­śli po­wiem ro­dzi­com, że Nar­ra­tor ka­zał mi zje­chać z drogi, to za­biorą mi prawo jazdy i każą sprze­dać sa­mo­chód. To bę­dzie ozna­czało ko­niec wol­no­ści i ko­niecz­ność prze­pro­sze­nia się z ko­mu­ni­ka­cją miej­ską, która na wy­spie Wi­ght jest w naj­lep­szym wy­padku szcząt­kowa. Od­kła­dam więc te­le­fon z po­wro­tem do schowka, włą­czam mu­zykę, pa­trzę w lu­sterko, a po­tem kie­run­kow­skaz i je­dziemy! Nie od­dam swo­jej nie­za­leż­no­ści, nie ma ta­kiej opcji! Przez całą drogę do domu wrzesz­czę wnie­bo­głosy, usi­łu­jąc śpie­wać Unw­rit­ten ra­zem z Na­ta­shą Be­ding­field. Je­śli na­wet Nar­ra­tor wciąż mówi, ja nie słu­cham!

Kilka ty­go­dni póź­niej jadę au­to­stradą do Bri­gh­ton. Mam tam za­cząć stu­dia. Jest ka­pi­tal­nie. Droga ma trzy pasy ru­chu w jedną stronę, a ja od razu wiem, że ten naj­szyb­szy jest dla mnie. Aż mnie nosi, żeby w końcu po­je­chać szyb­ciej niż do­zwo­lone na wy­spie pięć­dzie­siąt mil na go­dzinę. Słu­cham mu­zyki z od­twa­rza­cza CD (sku­tecz­nie blo­kuje Nar­ra­tora), a kiedy wy­brzmiewa ostat­nia pio­senka, na­wet tego nie za­uwa­żam. Prze­peł­nia mnie ra­dość z jazdy i po­czu­cie swo­body.

DA­WAJ PO HA­MUL­CACH.

Nie wie­dzieć skąd po­ja­wia się Nar­ra­tor - chyba tylko cze­kał na tę oka­zję.

SKRĘĆ GWAŁ­TOW­NIE NA ŚROD­KOWY PAS! DA­CHO­WA­NIE!

ZA­CIĄ­GNIJ RĘCZNY.

Kie­row­nica chwieje się na boki, kiedy ner­wowo za­ci­skam na niej palce. Ostroż­nie zjeż­dżam na pas ru­chu do wol­nej jazdy. Nar­ra­tor szep­cze mi nad ra­mie­niem: Otwórz drzwi. Wy­tur­laj się z auta.

Drżą­cymi pal­cami szu­kam przy­ci­sków na od­twa­rza­czu CD. Mu­szę za­głu­szyć ten głos. Nar­ra­tor jest strasz­nie upier­dliwy - nie chce, żeby było mi do­brze. Pra­gnie emo­cji, ry­zyka, a może na­wet śmierci. Kiedy to do mnie do­ciera, za­po­mi­nam o mu­zyce i całą uwagę sku­piam na dro­dze. Sta­ram się igno­ro­wać na­tar­czywy głos. Jako że resztę drogi po­ko­nuję z pręd­ko­ścią dzie­się­ciu mil na go­dzinę, przy­jeż­dżam do aka­de­mika spóź­niona o go­dzinę i z wdzięcz­no­ści o mało nie pa­dam na ko­lana, by uca­ło­wać zie­mię. Cie­szę się, że do­je­cha­łam w jed­nym ka­wałku.

Na stu­diach Nar­ra­tor staje się moim nie­od­łącz­nym to­wa­rzy­szem. Wkrótce za­czy­nam się czuć jak bo­ha­terka se­rii fil­mów Oszu­kać prze­zna­cze­nie, w któ­rej grupa mło­dzieży cu­dem unika śmierci, ale po­tem je­den po dru­gim giną w dziw­nych wy­pad­kach. To ostat­nia rzecz, ja­kiej czło­wie­kowi po­trzeba na sa­mym po­czątku pierw­szego roku.

Każ­dego dnia Nar­ra­tor pod­pusz­cza mnie, że­bym wy­sko­czyła przez okno, rzu­ciła się z bal­konu albo we­szła pod po­ciąg. A ja każ­dego dnia sku­tecz­nie mu się opie­ram. Pod­po­wiada mi też różne inne głu­poty - że­bym wy­rzu­ciła te­le­fon przez okno, po­li­zała pta­sią kupę wi­doczną na drzwiach sa­mo­chodu albo na­pluła ko­muś do drinka. Pew­nego razu po­szłam na in­dy­wi­du­alne kon­sul­ta­cje z jedną z wy­kła­dow­czyń - mia­łam prze­dys­ku­to­wać zło­żoną nie­dawno pracę pi­semną o tym, jak in­ter­net wy­piera te­le­wi­zję. Wy­kła­dow­czyni miała do mnie mnó­stwo py­tań. A tu na­gle w mo­jej gło­wie znów po­ja­wia się Nar­ra­tor: Po­ca­łuj ją.

Tego jesz­cze nie grali. Skąd on to bie­rze? Czyż­bym była za­ko­chana w mo­jej pani pro­fe­sor? Czy ży­wię wo­bec niej nie­sto­sowne uczu­cia? Czy to po­czą­tek naj­więk­szego skan­dalu ero­tycz­nego na mo­jej uczelni? I czyż­bym to ja miała w nim ode­grać główną rolę? Na­gle wy­obra­żam so­bie nas obie w suk­niach ślub­nych i za­sta­na­wiam się, czy przez to wy­kła­dow­czyni straci po­sadę. Czy bę­dzie mi miała za złe, je­śli każą jej wy­bie­rać mię­dzy mi­ło­ścią a ka­rierą? To się źle skoń­czy.

Wy­kła­dow­czyni przez cały czas mówi coś o mo­jej pracy pi­sem­nej: "Wi­dzisz, za­cie­ka­wiło mnie twoje po­rów­na­nie...".

I znów prze­rywa jej Nar­ra­tor: No już, po­ca­łuj ją w usta.

Nie, prze­stań! Nie zro­bię tego.

To uderz ją w czoło.

Żarty so­bie stro­isz? Nie mam za­miaru ude­rzać jej w czoło. Wy­obra­żasz so­bie, jak by za­re­ago­wała? Wy­rzu­ci­liby mnie z uczelni. Z dwojga złego już wo­la­ła­bym ją po­ca­ło­wać.

Wy­kła­dow­czyni na­gle milk­nie.

Ona sły­szy na­sze my­śli.

Co ta­kiego? Prze­cież to nie­moż­liwe!

Pani pro­fe­sor pa­trzy na mnie po­zba­wio­nym wy­razu wzro­kiem: "No, co o tym są­dzisz?".

Tym ra­zem Nar­ra­tor pod­po­wiada mi, że­bym krzyk­nęła: "Pizda!", i wy­szła z sali. W tej chwili wy­daje mi się to je­dyną roz­sądną opcją. Wy­ma­wiam się bó­lem głowy i prze­pra­szam, że nie słu­cha­łam. Ko­bieta jest wy­raź­nie znie­cier­pli­wiona - czyżby na na­szym związku po­ja­wiła się pierw­sza rysa? Wy­kła­dow­czyni oznaj­mia, że na dzi­siaj wy­star­czy, i wzywa ko­lej­nego stu­denta.

Z tru­dem koń­czę stu­dia i ru­szam w do­ro­słe ży­cie. Nar­ra­tor nie od­stę­puje mnie na krok.

Jedna z mo­ich ko­le­ża­nek uro­dziła pierw­sze dziecko. Gdy trzy­mam w ra­mio­nach ma­łego, nowo na­ro­dzo­nego anio­łeczka z no­skiem jak gu­zik, sły­szę zna­jomy głos: Upuść go.

Za­mie­ram prze­ra­żona.

Upuść go i kop­nij.

Bez ostrze­że­nia wci­skam nie­mowlę z po­wro­tem w ra­miona ko­le­żanki. Nie można mi za­ufać.

Nie ro­bię tego, co każe mi Nar­ra­tor, ale słu­cham tego, co mówi - słu­cham uważ­nie, bo nie mogę ry­zy­ko­wać. Może rze­czy­wi­ście by­łoby mnie stać na to, by po­ca­ło­wać wy­kła­dow­czy­nię, upu­ścić dziecko albo zje­chać sa­mo­cho­dem ze stro­mego urwi­ska. Dla­tego każ­dego dnia bacz­nie wsłu­chuję się w pod­szepty Nar­ra­tora.

Wiele lat i mnó­stwo kosz­mar­nych prze­żyć póź­niej w końcu po­sta­na­wiam opo­wie­dzieć ko­muś o moim Nar­ra­to­rze. Gdy tylko przy­cho­dzi mi to do głowy, za­czy­nam się dzi­wić, że wcze­śniej o tym nie po­my­śla­łam. I po tro­sze je­stem wręcz za­sko­czona, że sam Nar­ra­tor mi tego nie za­su­ge­ro­wał. W końcu nie ma lep­szego au­to­sa­bo­tażu niż wy­ja­wie­nie ko­muś naj­głę­biej skry­wa­nej mrocz­nej ta­jem­nicy. Cho­ciaż z dru­giej strony Nar­ra­tor mógł po­my­śleć, że je­śli ko­muś o nim opo­wiem, to zo­stanę za­mknięta w za­kła­dzie i odu­rzona le­kami na uspo­ko­je­nie, a jego ży­wot w mo­jej gło­wie po­woli do­bie­gnie końca.

Idę so­bie z przy­ja­ciółką wzdłuż na­brzeża i na­gle od­wra­cam się, żeby jej wszystko opo­wie­dzieć. Wy­le­wam z sie­bie istny po­tok słów, a gdy tak wy­rzy­guję przed nią swoje se­krety, ona bacz­nie mi się przy­gląda i po chwili mil­cze­nia od­po­wiada: "Wiesz, od po­czątku tego spa­ceru chyba z osiem razy zwal­czy­łam w so­bie po­kusę, żeby nie ze­pchnąć cię z na­brzeża". Rany bo­skie, co za po­twór, chciała mnie za­bić. A nie, mo­ment... Czy ona...? Czy my...? Czy za­przy­jaź­ni­ły­śmy się wła­śnie dla­tego, że obie je­ste­śmy po­ten­cjal­nymi psy­cho­pat­kami? Otwie­ramy Go­ogle i po chwili od­kry­wamy, że na świe­cie jest mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy tak jak my żyją z Nar­ra­to­rem w gło­wie. Tyle że to się fa­chowo na­zywa "na­trętne my­śli", a po fran­cu­sku l'ap­pel du vide - brzmi za­gad­kowo i sek­sow­nie.

Oka­zuje się, że na­trętne my­śli to coś nor­mal­nego. I to wcale nie ozna­cza, że czło­wiek chce za­bić sie­bie albo ko­goś in­nego. Bo to tylko my­śli. Na­trętne my­śli mogą być róż­nego ro­dzaju - to tro­chę jak ro­syj­ska ru­letka, ni­gdy nie wiesz, co ci się trafi. Może cię drę­czyć prze­ko­na­nie, że je­steś nie­wy­star­cza­jąco do­bry, war­to­ściowy, sek­sowny czy za­bawny... Nar­ra­tor opo­wiada ta­kie rze­czy jak: Za­po­mnij, nie do­sta­niesz tej pod­wyżki; Kiep­ski z cie­bie ma­larz, nie mo­żesz na­zy­wać się ar­ty­stą; Je­steś bez­war­to­ściowy i nikt cię nie lubi. Ot, ta­kie tam piesz­czo­tliwe ka­wałki.

Można do­świad­czać na­tręt­nych my­śli w ob­sza­rze czyn­no­ści sek­su­al­nych. Nar­ra­tor cza­sami pod­po­wiada rze­czy, które wy­dają się nie­przy­zwo­ite i nie­wła­ściwe, na przy­kład wtedy, gdy każe nam po­ca­ło­wać wy­kła­dow­czy­nię albo wy­obra­żać so­bie, jak różne pary upra­wiają seks. To bywa krę­pu­jące i nie­po­ko­jące, szcze­gól­nie je­śli mowa o lu­dziach, o któ­rych w ogóle nie my­ślimy w tych ka­te­go­riach - na przy­kład kiedy głos w na­szej gło­wie pod­po­wiada, że­by­śmy wy­obra­zili so­bie seks w wy­ko­na­niu pary sta­rusz­ków, któ­rzy lu­bią sia­dy­wać na ła­weczce przed na­szym do­mem. Nie że­bym im ża­ło­wała, oczy­wi­ście. Cie­szę się, że jesz­cze im się chce i mają kon­dy­cję. Wo­la­ła­bym jed­nak nie wy­obra­żać so­bie tego ze szcze­gó­łami. Trudno spoj­rzeć lu­dziom w oczy, kiedy chwilę wcze­śniej na­trętne my­śli pod­su­wały ci ich ob­raz w po­zy­cji 69.

Do­wie­dzia­łam się, że ta­kie my­śli nie po­ja­wiają się po to, by zro­bić nam krzywdę. Prze­ciw­nie, nasz mózg chce nas ochro­nić, ka­żąc nam wy­obra­żać so­bie naj­gor­sze, co może się zda­rzyć. W rze­czy­wi­sto­ści te wi­zje są naj­pew­niej prze­ci­wień­stwem tego, czego na­prawdę chcemy. Wie­dza ta po­zwo­liła mi ode­tchnąć z ulgą - szcze­gól­nie po tym, co w mo­jej wy­obraźni Betty i Nor­man wy­pra­wiali za za­mknię­tymi drzwiami.

Gdy za­czę­łam zgłę­biać ten te­mat, uzna­łam, że czas po­sta­wić się Nar­ra­to­rowi, któ­rego na­zy­wam już te­raz po imie­niu - to Mózg. Jest czę­ścią mnie, ale to nie cała ja. Cza­sami je­ste­śmy tacy sami, a cza­sami nie. Cza­sami to Mózg ma ra­cję, ale są­dzę, że czę­ściej się jed­nak myli.

Te­raz znamy już uczest­ni­ków tej po­tyczki: to ja kon­tra Mózg.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wstęp

Hej, je­stem Hay­ley!

Kiedy do­brzy lu­dzie z wy­daw­nic­twa Pen­guin za­pro­sili mnie do na­pi­sa­nia tej książki, pierw­szym, co przy­szło mi do głowy, było: "Kurde, ja­sne! Chęt­nie na­pi­szę książkę, wcho­dzę w to! Do środy przy­ślę wam mi­lion stron ma­szy­no­pisu! Jak długa ma być taka książka? O czym się pi­sze w książ­kach? Je­śli w kółko będę po­wta­rzać jedno słowo, to czy na­dal bę­dzie ono wy­glą­dać jak słowo, czy może do reszty mi od­wali? Pu­sta kartka to po­noć nie­sa­mo­wita in­spi­ra­cja - może to bę­dzie naj­lep­sza książka w dzie­jach ludz­ko­ści".

Ale już kilka mi­nut póź­niej ogar­nęła mnie pa­nika. Gdy tylko na­pi­sa­łam pierw­szych kilka słów - mó­wię wła­śnie o tych tu­taj - przy­szło mi do głowy, że może ja wła­ści­wie wcale nie wiem, co ro­bię. A co, je­śli pi­sa­nie książki w rze­czy­wi­sto­ści jest bar­dzo trudne? A co, je­śli ja się do tego nie na­daję? Jako osoba, która za­wsze chce wszyst­kim do­go­dzić, a za­ra­zem Nie­by­wale Lę­kowa La­ska? spę­dzam więk­szość ży­cia na tego typu re­flek­sjach. Po­tem jed­nak przy­po­mnia­łam so­bie mą­dre słowa, któ­rych au­to­rem mógł być, choć nie mu­siał, bar­dzo po­pu­larny pi­sarz Er­nest He­min­gway: "Pisz po pi­jaku, re­da­guj na trzeźwo". Skoro ten stary, od dawna mar­twy czło­wiek mógł na­pi­sać tonę ksią­żek na ga­zie, to z pew­no­ścią ja też dam radę. Poza tym mam re­dak­torkę, więc wła­ści­wie nie mu­szę trzeź­wieć. Czyli pra­wie jak w nor­mal­nym ży­ciu. No nie, te­raz żar­tuję. Na co dzień je­stem ra­czej nudna i źle zno­szę kaca.

Gdy te­raz tak so­bie sie­dzę z tymi głu­piut­kimi łap­kami na głu­piut­kiej kla­wia­turce i pi­szę, do­ciera do mnie, że nikt z nas w za­sa­dzie nie wie, co robi. A przy­naj­mniej taką mam na­dzieję, bo w prze­ciw­nym wy­padku ozna­cza­łoby to, że tylko ja idę przez ży­cie, po­peł­nia­jąc błąd za błę­dem. No ja­sne, za­sta­na­wiam się nad każ­dym wy­stu­ki­wa­nym sło­wem, ale może tak wła­śnie ma wy­glą­dać pro­ces twór­czy.

Od­kąd pa­mię­tam, w mo­jej gło­wie pa­nuje nie­ustanny ha­łas. I nie jest to mu­zyka ze zna­nych fil­mów ani mą­dre po­rady życz­li­wych prze­wod­ni­ków du­cho­wych, ale je­den kon­kretny głos. Przez ja­kiś czas za­kła­da­łam, że to moje we­wnętrzne dziecko, ale po­tem uświa­do­mi­łam so­bie, że ono nie by­łoby dla mnie aż tak wredne - ze wszyst­kich mo­ich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa wy­ła­nia się prze­cież ob­raz uro­czej dziew­czynki. A ten pod­stępny głos naj­czę­ściej po­wta­rza mi, że cze­goś nie umiem, że nie dam rady. Ale to nie wszystko. Cza­sami zmy­wam na­czy­nia, a tu ni stąd, ni zo­wąd ten wredny głos mówi na przy­kład: Umrzesz.

I żeby nie było - wcale nie twier­dzę, że ni­gdy nie umrę. Przyj­dzie taki dzień. Wszy­scy kie­dyś umrzemy. (Wi­taj­cie w mo­jej książce, obie­cuję, że nie cała bę­dzie taka straszna). Ale czy ko­niecz­nie mu­szę roz­my­ślać nad nie­uchron­no­ścią śmierci, ma­jąc ręce po łok­cie w pia­nie? Nie wy­daje mi się.

I tak przez cały dzień ten iry­tu­jący głos pod­rzuca mi spo­strze­że­nia, przy­po­mi­najki i roz­pra­sza­cze, od przy­ziem­nych i zwy­kłych po cał­kiem po­nure:

Twój chło­pak cię nie ko­cha.

Je­śli ko­lejne auto, ja­kie zo­ba­czysz, bę­dzie nie­bie­skie, do­sta­niesz tę pracę, o któ­rej tak ma­rzysz, ale jak nie, to już na za­wsze bę­dziesz nie­szczę­śliwa.

Wszy­scy, któ­rych ko­chasz, umrą.

W tych dżin­sach wy­glą­dasz jak skrzat, i to nie jest kom­ple­ment.

Cza­sami głos ma ra­cję - bywa, że ubie­ram się jak skrzat i wcale nie wy­glą­dam w ta­kiej sty­li­za­cji ko­rzyst­nie, ale co z tego? Może wła­śnie chcę wy­glą­dać jak kra­snal. Może to bę­dzie ko­lejny trend, a ja choć raz w ży­ciu, by na­dą­żyć za modą, nie będę mu­siała ku­po­wać no­wych ciu­chów. Moda to dziwna rzecz - w tej grze nie ma za­sad (i to chyba jest cy­tat z re­klamy Ar­ma­niego).

Kiedy w nocy kładę głowę na po­duszce, głos roz­brzmiewa co­raz na­tar­czy­wiej. Nie daje mi spać do rana, szep­cze mi do ucha rze­czy, któ­rych naj­bar­dziej się boję, a jed­no­cze­śnie przy­po­mina mi, że mam za mało snu i je­śli nie za­snę te­raz lub za go­dzinę, to do bu­dzika zo­sta­nie na­prawdę nie­wiele czasu. O po­ranku, kiedy wstaję wy­koń­czona, głos gdera, że nie trzeba było roz­my­ślać przez całą noc i te­raz po­win­nam wziąć wolne w pracy, żeby się wy­spać. Z nim nie da się wy­grać.

Głos do­biega ze środka mo­jej głowy, ale to nie ja. To Mózg. Ja, Hay­ley, je­stem zrów­no­wa­żoną, spo­kojną i względ­nie do­brą osobą. Tak mi się przy­naj­mniej wy­daje. Mózg nie. Mózg jest roz­trze­pana, iry­tu­jąca i wła­ści­wie ni­gdy nie ma ra­cji. Skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­działa, że ży­jemy w przy­jaźni - to ra­czej współ­lo­ka­torka, która mieszka w mo­jej gło­wie, nie płaci czyn­szu i ko­rzy­sta z mo­ich rze­czy bez py­ta­nia. I śpi w moim łóżku, a to, je­śli mam być szczera, współ­lo­ka­torce ra­czej nie przy­stoi. Gdy­bym mo­gła, zro­bi­ła­bym so­bie tre­pa­na­cję czaszki i po­zbyła tej upier­dli­wej Mó­zgow­nicy. Trzy­ma­ła­bym ją w sło­iku na biurku - w for­ma­li­nie pre­zen­to­wa­łaby się cał­kiem nie­źle, a ja mo­gła­bym wresz­cie być szczę­śliwa.

MÓZG: Nie mo­żesz mnie trzy­mać w sło­iku na biurku. Umar­ła­byś, a wiem, że tego nie chcesz, bo za każ­dym ra­zem, gdy mó­wię ci, że umrzemy, to ty idziesz w za­parte, że wcale nie, że wszystko jest w jak naj­lep­szym po­rządku. A to bar­dzo dziwne, bo przed chwilą sama przy­zna­łaś, że kie­dyś w końcu umrzesz.

Pro­blem w tym, że Mózg jest ze mną przez cały czas - choć zwy­kle wszystko psuje. Za­wsze mnie gnoi, do­pa­truje się ne­ga­tyw­nych stron w każ­dej sy­tu­acji i robi psoty, przez które wy­cho­dzę przy lu­dziach na idiotkę. Przez Mózg mu­sia­łam już zmie­nić le­ka­rza, den­ty­stę i fry­zjerkę - na­ro­bi­łam so­bie u nich ta­kiego wstydu, że za nic tam nie wrócę. Może ktoś z was też ma taki Mózg, więc bę­dzie­cie wie­dzieć, o czym mó­wię. A je­śli nie, to ta książka z pew­no­ścią otwo­rzy wam oczy. Wi­tam w świe­cie tych, co my­ślą za dużo.

W tej książce opi­suję swoją po­dróż w to­wa­rzy­stwie mo­jej stre­su­ją­cej, ga­da­tli­wej Mó­zgow­nicy - to opo­wieść o tym, jak uczy­ły­śmy się po­ko­jo­wej ko­eg­zy­sten­cji. Mam na­dzieję, że czy­ta­jąc, do­strze­żesz pewne po­do­bień­stwa mię­dzy na­szymi Mó­zgami i może w końcu po­czu­jesz, że wszystko jest z tobą w po­rządku. Może któ­re­goś dnia lu­dzie i Mó­zgi zjed­no­czą siły, by uczy­nić świat lep­szym miej­scem dla wszyst­kich.

MÓZG: Oesuuu, ja­kie to pom­pa­tyczne. Bez­na­dzieja. Weź wy­kreśl moje imię z ty­tułu, nie chcę, żeby ko­ja­rzono mnie z taką szmirą. Ty się le­piej za­sta­nów, czy w ogóle po­win­naś pi­sać tę książkę.

Za późno, już za­czę­łam...