Ja Klaudiusz - Robert Graves

Kup ebooka

41.00 zł
34.03 zł (33,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AUTORA

Sys­tem mone­tarny wystę­pu­jący w tej książce przed­sta­wia się nastę­pu­jąco. Pod­sta­wową jed­nostką mone­tarną jest "sztuka złota", czyli aureus. Warta jest sto sester­ców lub dwa­dzie­ścia pięć srebr­nych dena­rów ("sztuk sre­bra"). W przy­bli­że­niu jest to rów­no­war­tość dzie­się­ciu zło­tych. Jed­nostką dłu­go­ści jest mila rzym­ska, równa 1478,5 metra. Daty w książce dla uła­twie­nia podano według kalen­da­rza gre­go­riań­skiego. Zacho­wano rów­nież współ­cze­sne nazwy miast oraz więk­szo­ści ter­mi­nów woj­sko­wych. Kalen­darz grecki, któ­rym posłu­guje się Klau­diusz, oparty jest na zasa­dzie licze­nia od pierw­szej olim­piady w roku 776 p.n.e. Podobną zasadę zasto­so­wano odno­śnie do naj­bar­dziej popu­lar­nych imion. I tak, pisze się Liwiusz zamiast Titus Livius, Cym­be­lin zamiast Cuno­be­li­nus, Marek Anto­niusz zamiast Mar­cus Anto­nius. Odszu­ka­nie współ­cze­snych odpo­wied­ni­ków ter­mi­nów woj­sko­wych, praw­ni­czych czy tech­nicz­nych cza­sami spra­wiało mi trud­no­ści. Jako przy­kład mogę przed­sta­wić wyraz "włócz­nia". T.E. Shaw (któ­remu przy oka­zji pra­gnę podzię­ko­wać za szcze­gól­nie sta­ranne prze­czy­ta­nie maszy­no­pisu) zakwe­stio­no­wał popraw­ność wyko­rzy­sta­nia ter­minu "włócz­nia" jako odpo­wied­nika ger­mań­skiej fra­mea albo pfriem. Zapro­po­no­wał uży­cie ter­minu "oszczep". Nie­stety, nie sko­rzy­sta­łem z jego rady, gdyż "oszczep" ozna­cza dla mnie odpo­wied­nik pilum, czyli broni nale­żą­cej do legio­nów rzym­skich. A ponadto "włócz­nia" koja­rzy się z bro­nią bar­ba­rzyń­ców. W języku angiel­skim słowo "włócz­nia" uży­wane jest od trzy­stu lat i nabrało nowego zna­cze­nia wraz z woj­nami bur­skimi. Fra­mei jako broni o dłu­gim drzewcu zakoń­czo­nym żela­znym gro­tem uży­wano (według Tacyta) nie tylko jako broni drzew­co­wej, ale i siecz­nej. Podob­nie włócz­nie wojow­ni­ków Ama-Zulu były zbli­żone do tych, któ­rych uży­wali Ger­ma­nie z cza­sów Klau­diusza. Jak twier­dzi Tacyt, w bez­po­śred­nich star­ciach fra­mea była nie­zwy­kle uży­teczna - w prze­ci­wień­stwie do walk toczo­nych w lesie. Ger­ma­nie, podob­nie jak póź­niej Zulusi, łamali dłu­gie drzewce fra­mei, by móc pro­wa­dzić walkę wśród drzew. Rzadko jed­nak docho­dziło do takich sytu­acji, gdyż Ger­ma­nie woleli sto­so­wać raczej walkę pod­jaz­dową z lepiej wyszko­lo­nymi Rzy­mia­nami.

Swe­to­niusz w "Żywo­tach ceza­rów" okre­śla histo­rię opi­saną przez Klau­diu­sza jako bar­dziej "nie­do­rzeczną" niż "źle napi­saną". Jeśli pewne frag­menty niniej­szej książki brzmią nie tylko "nie­do­rzecz­nie", ale i "chro­pawo", jeśli zda­nia są źle skon­stru­owane i pełne nie­po­trzeb­nych dygre­sji - to jed­nak całość nie odbiega od stylu mowy wygło­szo­nej po łaci­nie przez Klau­diu­sza w obro­nie praw oby­wa­tel­skich Eduów. Mowa ta, prawdę mówiąc, jest miej­scami chro­pawa, co praw­do­po­dob­nie wynika z faktu, iż jest to zapis słów wygło­szo­nych przez Klau­diu­sza w sena­cie. Przy­po­mina mowę zmę­czo­nego czło­wieka, który wyko­rzy­sty­wał spo­rzą­dzone pobież­nie notatki. Książka "Ja, Klau­diusz" jest napi­sana poto­czy­stym języ­kiem, gdyż greka jest mniej sztywna niż łacina. Nie­dawno odkryty list Klau­diu­sza do alek­san­dryj­czy­ków - być może w czę­ści autor­stwa cesar­skiego sekre­ta­rza - czyta się o wiele lepiej niż mowę o pra­wach Eduów.

Chciał­bym podzię­ko­wać Eil­rys Roberts za pomoc w usta­la­niu popraw­no­ści histo­rycz­nej pracy oraz Lau­rze Riding za pomoc języ­kową.

1934 r. R.G.

ROZDZIAŁ I

41 r. n.e.

Ja, Tybe­riusz Klau­diusz Dru­zus Neron Ger­ma­nik, i tak dalej, i tak dalej - oszczę­dzę wam już reszty moich tytu­łów - który tak nie­dawno jesz­cze znany byłem przy­ja­cio­łom, krew­nym i zna­jo­mym jako Klau­diusz Idiota, Klau­diusz Jąkała, Klau-Klau-Klau­diusz, a w naj­lep­szym razie jako "biedny stry­jek Klo­dzio", przy­stę­puję dziś do napi­sa­nia dziw­nej histo­rii mego życia. Zacznę od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa i kolejno rok po roku przed­sta­wię wszyst­kie zda­rze­nia aż do momentu, kiedy nie­spo­dzie­wa­nym zrzą­dze­niem losu zna­la­złem się w owej "zło­tej klatce", w któ­rej tkwię po dziś dzień.

Nie będzie to by­naj­mniej moja pierw­sza książka. Praca lite­racka, a ści­ślej mówiąc histo­rio­gra­ficzna, była jedy­nym zaję­ciem, jakiemu z zami­ło­wa­niem odda­wa­łem się przez trzy­dzie­ści pięć lat z górą. Już we wcze­snej mło­do­ści roz­po­czą­łem stu­dia pod kie­run­kiem naj­wy­bit­niej­szych w Rzy­mie histo­ry­ków. Niech się więc czy­tel­nicy moi nie dzi­wią, że w pisa­niu osią­gną­łem pewną wprawę.

Zazna­czyć muszę, że książkę tę pisze istot­nie sam Klau­diusz, nie żaden z jego sekre­ta­rzy ani zawo­do­wych bio­gra­fów, któ­rym wybitni mężo­wie zwy­kli dyk­to­wać swe wspo­mnie­nia w nadziei, że wytwor­ność stylu pokryje bła­hość przed­miotu, a pochleb­stwo przy­słoni wady cha­rak­teru. Przy­się­gam na wszyst­kich bogów, że tym razem jestem swym wła­snym bio­gra­fem i sekre­ta­rzem, a pisząc wła­sno­ręcz­nie, jakiej nagrody za pochleb­stwo mógł­bym się spo­dzie­wać od samego sie­bie? Uży­łem wyra­że­nia "tym razem", gdyż jest to już druga z rzędu moja auto­bio­gra­fia. Poprzed­nia to ośmio­to­mowe dzieło prze­zna­czone dla archi­wum mia­sta i - powiedzmy szcze­rze - dość nudne. Napi­sa­łem je na publiczny uży­tek i nie przy­kła­dam do niego wiel­kiej wagi. Zresztą, prawdę mówiąc, byłem w tym cza­sie, to jest przed dwoma laty, zaprząt­nięty innymi spra­wami. Więk­szą część pierw­szych czte­rech tomów podyk­to­wa­łem mojemu sekre­ta­rzowi; poza koniecz­nymi popraw­kami sty­li­stycz­nymi, usu­nię­ciem sprzecz­no­ści lub powta­rza­ją­cych się zdań nie pozwo­li­łem mu na żadne zmiany. Całą drugą część i przy­naj­mniej kilka roz­dzia­łów pierw­szej napi­sał sam na pod­sta­wie dostar­czo­nego przeze mnie mate­riału. Sekre­tarz ten, nie­wol­nik grecki, któ­rego na cześć wiel­kiego histo­ryka nazwa­łem Poli­biu­szem, doszedł do takiej wprawy w naśla­do­wa­niu mego stylu, że kiedy dzieło zostało ukoń­czone, nie spo­sób było odróż­nić, któ­rych ustę­pów ja jestem auto­rem, a któ­rych on.

Było to, jak już powie­dzia­łem, dzieło dość nudne. Nie mogłem wów­czas pozwo­lić sobie na kry­tykę mego wujecz­nego dziadka, cesa­rza Augu­sta, ani jego trze­ciej i ostat­niej żony, a mojej babki, Liwii. Oboje zostali urzę­dowo zali­czeni w poczet bóstw, a ja pia­sto­wa­łem urząd kapłana, do któ­rego obo­wiąz­ków nale­żała pie­cza nad ich kul­tem. Wpraw­dzie mogłem pod­dać suro­wej kry­tyce nie­go­dziwe rządy dwóch następ­nych cesa­rzy, lecz poha­mo­wa­łem się w imię przy­zwo­ito­ści. Nie wyda­wało mi się spra­wie­dliwe prze­mil­cza­nie dzia­łal­no­ści Liwii i postęp­ków Augu­sta doko­na­nych pod wpły­wem tej nie­zwy­kłej i - raz wresz­cie powiedzmy otwar­cie - potwor­nej kobiety, a rów­no­cze­śnie wyja­wia­nie całej prawdy o ich następ­cach tylko dla­tego, że wzglę­dem nich nie krę­po­wały mnie obo­wiązki kapłań­skie.

Owa książka przed­sta­wiała więc tylko suche, bez­sporne fakty. I tak na przy­kład pisząc, że taki a taki oże­nił się z córką takiego to a takiego, pia­stu­ją­cego takie to a takie wyso­kie urzędy, pomi­jam poli­tyczne motywy mał­żeń­stwa i zaku­li­sowe prze­targi, które odby­wały się mię­dzy dwiema rodzi­nami. Innym razem wzmian­ku­jąc, że ktoś umarł po zje­dze­niu por­cji afry­kań­skich fig, nie wspo­mi­na­łem ani o rodzaju uży­tej w tym wypadku tru­ci­zny, ani o oso­bi­sto­ściach, któ­rym śmierć ta była na rękę; chyba że oko­licz­no­ści te ujaw­niono w wyroku sądo­wym. Acz­kol­wiek nie kła­ma­łem, nie mówi­łem też prawdy w takiej roz­cią­gło­ści, jak to obec­nie zamie­rzam uczy­nić.

Wła­śnie dzi­siaj, chcąc odświe­żyć sobie w pamięci pewne kon­kretne daty, prze­glą­da­łem tę pierw­szą auto­bio­gra­fię w Biblio­tece Apol­lina na Pala­ty­nie. Prze­czy­ta­łem kilka roz­dzia­łów i choć na pod­sta­wie stylu gotów bym przy­siąc, że jestem ich auto­rem, nie mogłem sobie przy­po­mnieć, czy rze­czy­wi­ście sam je napi­sa­łem lub podyk­to­wa­łem. Jeżeli wyszły spod pióra Poli­biu­sza, w takim razie czło­wiek ten miał nie­zwy­kły, cudowny talent naśla­dow­nic­twa (przy­znaję jed­nak, że mógł się opie­rać na innych moich dzie­łach histo­rycz­nych). Lecz jeśli ja jestem ich auto­rem, to doprawdy pamięć służy mi gorzej, niż gło­szą moi nie­przy­ja­ciele.

Prze­czy­taw­szy powyż­sze słowa, zda­łem sobie oczy­wi­ście sprawę z tego, że muszą one raczej potę­go­wać niż roz­pra­szać wąt­pli­wo­ści, jakie budzi, po pierw­sze, autor­stwo tej książki, po dru­gie, moja nie­za­leż­ność histo­ryka, po trze­cie, wia­ry­god­ność opi­sa­nych fak­tów. Mimo to nie zamie­rzam ich skre­ślić. Piszę tak, jak czuję, a może czy­tel­nik w miarę roz­wi­ja­ją­cego się opo­wia­da­nia tym łatwiej uwie­rzy, że nic nie ukry­wam, nawet fak­tów, które by mnie mogły skom­pro­mi­to­wać.

Książka ta pisana jest dla zaufa­nego grona czy­tel­ni­ków. Zapy­ta­cie może, kogo mam na myśli. Potom­ność. Ale nie pra­wnu­ków ani prapra­wnu­ków, lecz potom­ność znacz­nie odle­glej­szą. Pomimo to nie tracę nadziei, że wam, przy­szli moi czy­tel­nicy, o sto poko­leń młodsi ode mnie, będę się wyda­wał rów­nie współ­cze­sny, jak mnie się wyda­wali Hero­dot czy Tuki­dy­des. A teraz wyja­śnię jesz­cze, co mnie skło­niło do szu­ka­nia czy­tel­ni­ków w tak dale­kiej przy­szło­ści.

Przed osiem­na­stu bli­sko laty uda­łem się do Kume, żeby odwie­dzić Sybillę prze­by­wa­jącą w pie­cza­rze na górze Gau­rus. Znaj­duje się tam zawsze jakaś wieszczka nosząca to imię, gdyż kiedy umrze jedna, miej­sce jej zaj­muje wykształ­cona przez nią adeptka. Nie wszyst­kie jed­nak Sybille są rów­nie sławne. Wiele z nich przez dłu­gie lata służby ani razu nie otrzy­mało daru jasno­wi­dze­nia. Inne znów, choć pro­ro­kują, natchnie­nie czer­pią raczej od Bachusa niż od Apolla, stąd też pijac­kie bred­nie w nie­ma­łym stop­niu przy­czy­niły się do pod­wa­że­nia auto­ry­tetu wyroczni. Poprzed­niczki Deifoby, któ­rej rady zasię­gał czę­sto August, i żyją­cej jesz­cze sław­nej Amal­tei przed­sta­wiały się na prze­strzeni trzy­stu lat bar­dzo nie­szcze­gól­nie. Wizyta moja u Sybilli przy­pa­dła na mroźny dzień gru­dniowy. Pie­czara wieszczki znaj­duje się poza nie­wielką grecką świą­ty­nią Apolla i Arte­midy. Nad por­ty­kiem świą­tyni wid­nieje stary pozła­cany fryz przed­sta­wia­jący histo­rię Teze­usza i zabi­tego przez niego w labi­ryn­cie Mino­taura. Według legendy fryz ma być dzie­łem Dedala. Jest to oczy­wi­sty non­sens! Dedal żył co naj­mniej przed jede­na­stoma wie­kami, a fryz w naj­lep­szym razie liczy pięć­set lat. Zanim wolno było mi sta­nąć przed Sybillą, musia­łem zło­żyć na ofiarę Apol­lowi byczka, a Arte­mi­dzie owcę.

Pie­czara, wykuta w litej skale, robi przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Do jej wnę­trza pro­wa­dzi stromy, kręty, ciemny, rojący się od nie­to­pe­rzy kory­tarz. Czoł­ga­jąc się na czwo­ra­kach, dotkli­wie podra­pany, dotar­łem wresz­cie do wła­ści­wej sie­dziby Sybilli. Na pierw­szy rzut oka wieszczka wydała mi się podob­niej­sza do małpy niż do kobiety. Sie­działa w zawie­szo­nej u stropu klatce ubrana w czer­wone szaty; w wąskiej smu­dze czer­wonego świa­tła, które nie wia­domo skąd prze­do­sta­wało się do pie­czary, krwawo poły­ski­wały jej oczy, a bez­zębne usta wykrzy­wiały się szpet­nym uśmie­chem. W powie­trzu czu­łem wyraź­nie tru­pią woń. Wresz­cie udało mi się wygło­sić przy­go­to­wane już uprzed­nio pozdro­wie­nie. Nie usły­sza­łem żad­nej odpo­wie­dzi. Dopiero po pew­nym cza­sie zorien­to­wa­łem się, że mam przed sobą mumię Deifoby, poprzed­niej Sybilli, która zmarła nagle w sto dzie­sią­tym roku życia i teraz, zabal­sa­mo­wana, dotrzy­my­wała według zwy­czaju towa­rzy­stwa swej następ­czyni. Umiesz­czone pomię­dzy roz­war­tymi powie­kami kawałki posre­brza­nego szkła do złu­dze­nia naśla­do­wały żywe, błysz­czące oczy.

Tych kilka minut, które sta­łem przed Deifobą dygo­cąc i nada­jąc swej twa­rzy jak naj­uprzej­miej­szy wyraz, wydało mi się całą wiecz­no­ścią. Wresz­cie uka­zała się żywa Sybilla, Amal­tea, kobieta dość jesz­cze młoda. Zga­sło czer­wone świa­tło i mrok pochło­nął Deifobę. Ktoś, praw­do­po­dob­nie adeptka, prze­sło­nił czer­woną szybę. Rów­no­cze­śnie pie­czarę prze­szył pło­mień bia­łego świa­tła i w mroku zaja­śniała Amal­tea sie­dząca na tro­nie z kości sło­nio­wej. Sie­działa rów­nie nie­ru­chomo jak Deifoba, tylko oczy miała zamknięte. Na jej pięk­nej twa­rzy o wyso­kim czole malo­wał się wyraz podobny do tego, jaki nie­raz spo­ty­kamy u obłą­ka­nych.

Mimo prze­bra­nia wieszczka mnie poznała, praw­do­po­dob­nie po jąka­niu się. Jako dziecko sil­nie cier­pia­łem na tę wadę. Póź­niej, idąc za wska­za­niami reto­rów, nauczy­łem się pano­wać nad języ­kiem, przy­naj­mniej pod­czas publicz­nych wystę­pów. W życiu pry­wat­nym, zwłasz­cza jeśli ktoś zagad­nie mnie znie­nacka, zaczy­nam się znowu jąkać, choć nie tak bar­dzo jak daw­niej. Zda­rzyło mi się to wła­śnie w Kume. Kiedy zoba­czy­łem Amal­teę, kolana pode mną zady­go­tały i nie mogłem prze­brnąć poza pierw­szą zgło­skę.

- O Syb... Syb... Syb... Syb... Syb... - wyją­ka­łem.

Otwo­rzyła oczy, zmarsz­czyła z dez­apro­batą czoło i zaczęła mnie prze­drzeź­niać:

- O Klau... Klau... Klau...

Zawsty­dzony usi­ło­wa­łem sobie przy­po­mnieć, w jakiej wła­ści­wie przy­by­łem spra­wie.

- Sybillo - rze­kłem wresz­cie z nie­ma­łym wysił­kiem - chcę cię zapy­tać o losy Rzymu i wła­sne.

Wyraz jej twa­rzy zaczął z wolna ule­gać zmia­nie. Dyszała ciężko, a cia­łem jej raz po raz wstrzą­sały gwał­towne skur­cze. Ogar­niała ją święta moc wieszczby. Nagle zaszu­miało, jakby gwał­towny wicher wio­nął przez pod­ziemne kory­ta­rze; drzwi zatrza­snęły się z hukiem, jakieś skrzy­dła musnęły mnie po twa­rzy, świa­tło zga­sło, a przez usta Sybilli grec­kim wier­szem prze­mó­wił głos boga:

Jęczy pod klą­twy punic­kiej brze­mie­niem,

Dusi się sznu­rem od sakwy ze zło­tem,

Nim siły zbie­rze, upad­nie nie­mocny.

Za życia czerw muszy się lęgnie,

Robac­two toczy za życia źre­nice,

Nikt nie spo­strzeże, gdy przyj­dzie dzień śmierci.

Zarzu­ciw­szy ręce na głowę, Sybilla cią­gnęła:

Za dzie­sięć lat i dni pięć­dzie­siąt trzy

Klau-Klau otrzyma, czego każdy pra­gnie,

Lecz czego sam by­naj­mniej nie pożąda.

Pochlebcy wtedy oto­czą go rojem,

A on się będzie jąkał, stę­kał, chro­mał

I ślina będzie mu po bro­dzie cie­kła.

Lecz w dzie­więt­na­ście wie­ków po swej śmierci,

Kiedy na zawsze wresz­cie onie­mieje,

Klau-Klau-Klau­diusz prze­mówi wyraź­nie.

I zaśmiał się bóg przez jej usta dźwięcz­nym i groź­nym gło­sem: "Ho! ho! ho!". Pokło­ni­łem się wów­czas nisko i pędem ruszy­łem ku wyj­ściu. Tam potkną­łem się o pierw­szy z brzegu sto­pień i runą­łem w dół po wyszczer­bio­nych scho­dach, tłu­kąc sobie bole­śnie głowę i kolana. Ści­gało mnie echo potęż­nego śmie­chu.

Dziś, jako doświad­czony augur1, fachowy histo­ryk i kapłan, który dzięki wpro­wa­dzo­nemu przez Augu­sta zwy­cza­jowi miał spo­sob­ność zapo­znać się bli­żej z księ­gami sybil­liń­skimi, mogę dać wyja­śnie­nie powyż­szych wier­szy, i to wyja­śnie­nie do pew­nego stop­nia auto­ry­ta­tywne.

Tak więc słowa o "klą­twie punic­kiej" odno­szą się nie­wąt­pli­wie do zbu­rze­nia Kar­ta­giny. Za czyn ten klą­twa bogów cią­żyła długo na naro­dzie rzym­skim. Zawar­li­śmy z Kar­ta­giną pokój i na wiel­kie bóstwa Rzymu - wśród nich także na Apolla - przy­się­gli­śmy jej przy­jaźń i opiekę. Lecz szyb­kość, z jaką mia­sto dźwi­gało się po klę­skach dru­giej wojny punic­kiej, wzbu­dziła w Rzy­mie zawiść. Pod­stęp­nie dopro­wa­dzi­li­śmy do trze­ciej wojny. Kar­ta­gina została zbu­rzona, miesz­kańcy wycięci w pień, orne pola posy­pane solą. Na sku­tek tej wojny "sznur od sakwy" zaci­snął się wokół naszej wła­snej szyi. Gorączka złota opa­no­wała Rzym, z chwilą gdy znisz­czyw­szy groźną rywalkę w dzie­dzi­nie han­dlu, stał się sam bez­spor­nym panem wszyst­kich bogactw Morza Śród­ziem­nego. Za bogac­twem przy­szły gnu­śność, chci­wość, okru­cień­stwo, nie­uczci­wość, tchó­rzo­stwo, znie­wie­ścia­łość i wiele innych nie­zna­nych daw­niej wad.

O darze, któ­rego pożą­dali wszy­scy z wyjąt­kiem mnie, dowie­cie się we wła­ści­wym miej­scu. Otrzy­ma­łem go dokład­nie w dzie­sięć lat i pięć­dzie­siąt trzy dni po wyroczni.

Długo nie mogłem zro­zu­mieć ostat­niej zwrotki. Obec­nie widzę w niej prze­po­wied­nię napi­sa­nia tej książki. Ukoń­czyw­szy ją, utrwalę ręko­pis w spe­cjal­nym pły­nie, zapie­czę­tuję w oło­wia­nej puszce i zako­pię gdzieś głę­boko w ziemi. Pew­nego dnia potomni odnajdą go i prze­czy­tają. Jeżeli domysł mój jest słuszny, nastąpi to za jakieś tysiąc dzie­więć­set lat. Wszy­scy współ­cze­śni mi pisa­rze, któ­rych dzieła prze­trwają do owej chwili, będą wtedy robili wra­że­nie jąka­łów nie umie­ją­cych jasno wyra­zić swej myśli; wszy­scy oni bowiem pisali tylko dla współ­cze­sno­ści i ostroż­nie dobie­rali słowa ukry­wa­jące wła­ściwy sens. Moja książka nato­miast prze­mówi jasno i otwar­cie. Po namy­śle docho­dzę do prze­ko­na­nia, że będzie lepiej, jeśli ręko­pisu nie umiesz­czę w puszce, lecz po pro­stu byle gdzie go porzucę. Jako histo­ryk, wiem z doświad­cze­nia, że wię­cej doku­men­tów oca­lało dzięki przy­pad­kowi niż dzięki sta­ra­niom. To Apollo obwie­ścił pro­roc­two, niech­że się więc zaopie­kuje ręko­pisem. Jak widzi­cie, piszę po grecku. Przy­pusz­czam bowiem, że język ten zawsze będzie dzier­żył prym w lite­ra­tu­rze świa­to­wej. Nato­miast łacina ule­gnie praw­do­po­dob­nie wraz z Rzy­mem zagła­dzie prze­po­wie­dzia­nej przez Sybillę. Zresztą grecki jest prze­cież ojczy­stą mową Apolla.

Co się tyczy nazwisk i dat - te ostat­nie umiesz­czam na mar­gi­ne­sie - posta­no­wi­łem być szcze­gól­nie dokładny. Swego czasu pra­co­wa­łem nad dwoma kom­pi­la­cyj­nymi dzie­łami z dzie­jów Etru­rii i Kar­ta­giny. Jesz­cze dziś otrzą­sam się na wspo­mnie­nie godzin stra­wio­nych na odga­dy­wa­niu, w któ­rym roku mógł mieć miej­sce taki a taki fakt lub kogo wła­ści­wie miał na myśli autor, wymie­nia­jąc pewne nazwi­sko. Zda­rzało się bowiem nie tylko, że to samo imię nosił kolejno ojciec, syn, wnuk i pra­wnuk, lecz że tak samo zwał się nawet ktoś zupeł­nie obcy. W książce mojej wystę­puje na przy­kład kilku Dru­zu­sów: mój ojciec, ja sam, mój syn, mój brat przy­rodni, a wresz­cie mój bra­ta­nek. Toteż za każ­dym razem zazna­czę, o któ­rego z nich w danym wypadku cho­dzi. Od razu też powiem, że wycho­wawca mój, Marek Por­cjusz Katon, nie jest iden­tyczny ani z Mar­kiem Por­cjuszem Kato­nem, cen­zo­rem i głów­nym sprawcą trze­ciej wojny punic­kiej, ani z jego synem, słyn­nym praw­ni­kiem, ani z jego wnu­kiem, kon­su­lem, ani z pra­wnu­kiem, prze­ciw­ni­kiem Juliu­sza Cezara, ani z prapra­wnu­kiem, który padł w bitwie pod Filippi. Był to prapra­wnuk noszący to samo imię co wszy­scy wyżej wymie­nieni. Poza tym nie odzna­czył się niczym god­nym uwagi; nie pia­sto­wał żad­nych urzę­dów i na żadne zresztą nie zasłu­gi­wał. Surowy, pedan­tyczny, a przy tym mocno ogra­ni­czony, nada­wał się w naj­lep­szym razie na baka­ła­rza w szkółce ele­men­tar­nej. August zro­bił go moim wycho­wawcą, a następ­nie nauczy­cie­lem gro­madki chłop­ców, potom­ków rzym­skiego patry­cjatu i dyna­stycz­nych rodów cudzo­ziem­skich.

10 r. p.n.e.

Chcąc usta­lić chro­no­lo­gię opi­sa­nych poni­żej wypad­ków, podam od razu datę mych uro­dzin. Zda­rze­nie to miało miej­sce w roku 774 po zało­że­niu Rzymu, a w 767, licząc od pierw­szej Olim­piady. Był to dwu­dzie­sty rok pano­wa­nia cesa­rza Augu­sta, o któ­rym pamięć praw­do­po­dob­nie nie zagi­nie nawet po dzie­więt­na­stu wie­kach.

Zanim zakoń­czę ten wstępny roz­dział, muszę dodać jesz­cze kilka słów o Sybilli i jej pro­roc­twach. Wspo­mnia­łem już poprzed­nio, że w Kume po śmierci jed­nej Sybilli miej­sce jej zaj­muje następna, lecz nie wszyst­kie są rów­nie słynne. Szcze­gól­nie sławna była Demo­file, któ­rej radził się Ene­asz przed zej­ściem do pod­ziemi, a w póź­niej­szych cza­sach Hero­file. Ta ostat­nia, jak głosi legenda, sta­nęła pew­nego dnia przed obli­czem Tar­kwi­niu­sza i zapro­po­no­wała mu naby­cie zbioru prze­po­wiedni. Kró­lowi jed­nak cena wydała się zbyt wysoka. Wtedy wieszczka spa­liła część ksiąg, a za pozo­stałe zażą­dała tej samej olbrzy­miej sumy. Kiedy król odmó­wił, Sybilla postą­piła jak poprzed­nio. Za trze­cim wresz­cie razem zacie­ka­wiony Tar­kwi­niusz nabył resztę ksiąg za wymie­nioną pier­wot­nie sumę. Zbiór Hero­fili ma dwo­jaki cha­rak­ter, czę­ściowo są to prze­po­wiednie groź­nej lub pomyśl­nej przy­szło­ści, czę­ściowo wska­zówki doty­czące ofiar, jakie należy zło­żyć, kiedy ukażą się nie­zwy­kłe znaki i zja­wi­ska. Z bie­giem czasu do pier­wot­nego zbioru doda­wano waż­niej­sze i znaj­du­jące potwier­dze­nie prze­po­wiednie udzie­lane oso­bom pry­wat­nym. Kiedy zacho­dziły nie­zwy­kłe zja­wi­ska lub na Rzym spa­dały wiel­kie klę­ski, spe­cjalni kapłani na zle­ce­nie senatu szu­kali rady w księ­gach sybil­liń­skich. I zawsze ją znaj­do­wali. Dwu­krot­nie część zbioru prze­po­wiedni spło­nęła do szczętu i została z pamięci odtwo­rzona przez kapła­nów. Pamięć ta jed­nak w wielu wypad­kach oka­zała się bar­dzo zawodna. Dla­tego też August posta­no­wił usta­lić auto­ry­ta­tywny tekst ksiąg, odrzu­ca­jąc wszystko, co było nie­wąt­pliwą inter­po­la­cją albo nie natchnioną przez bogów rekon­struk­cją. Kazał też znisz­czyć nie­au­to­ry­zo­wane, pry­watne zbiory prze­po­wiedni sybil­liń­skich i inne księgi wieszcz­biar­skie, które udało mu się skon­fi­sko­wać. Ule­gło w ten spo­sób zagła­dzie z górą dwa tysiące egzem­pla­rzy. Po usta­le­niu tek­stu zamknął księgi sybil­liń­skie w skrytce pod sta­tuą Apolla, w świą­tyni, którą wzniósł ku czci tego boga na Pala­ty­nie obok swego pałacu. W pewien czas po śmierci Augu­sta wpadł w moje ręce cie­kawy uni­kat, pocho­dzący z pry­watnej biblio­teki cesa­rza. Książka ta nosiła tytuł "Kurioza sybil­liń­skie" - wybór wyroczni czę­ściowo zali­czo­nych do tek­stu ofi­cjal­nego, czę­ściowo, jako nie­au­ten­tyczne, odrzu­co­nych przez kapła­nów Apolla. Wier­sze były prze­pi­sane wła­sno­ręcz­nie przez Augu­sta; ten pięk­nie wyka­li­gra­fo­wany tekst zawie­rał też cha­rak­terystyczne błędy. Począt­kowo cesarz pisał nie­orto­gra­ficz­nie przez pro­stą nie­zna­jo­mość reguł, póź­niej przez ambi­cję, by wyka­zać się ory­gi­nal­no­ścią. Więk­szość tych wier­szy nie miała nic wspól­nego z Sybillą; auto­rami ich byli różni nie­od­po­wiedni ludzie, któ­rzy chcieli bądź to uświet­nić sie­bie samych lub swój ród, bądź też rzu­cić klą­twę na rywali, i w tym celu zmy­śla­jąc wła­sne pro­roc­twa, pod­szy­wali się pod autor­stwo boga. Zauwa­ży­łem, że ród klau­dyj­ski ma na sumie­niu sporo tych fał­szerstw. Zna­la­złem wpraw­dzie jedną czy dwie prze­po­wiednie, któ­rych archa­iczny język wska­zy­wał na dawne pocho­dze­nie. Zda­wały się wyra­zem praw­dzi­wego wiesz­czego natchnie­nia, a treść ich była tak nie­po­ko­jąca, że naj­wi­docz­niej August, któ­rego słowo było dla kapła­nów Apolla roz­ka­zem, zapro­te­sto­wał prze­ciw włą­cze­niu ich do ofi­cjal­nego tek­stu. Wpraw­dzie ksią­żeczki tej od dawna już nie mam u sie­bie, ale pamię­tam słowo w słowo naj­waż­niej­szą z tych - praw­do­po­dob­nie auten­tycz­nych - prze­po­wiedni. Napi­sana była po grecku i - jak więk­szość naj­daw­niej­szych wieszczb - prze­ło­żona żyw­cem na język łaciń­ski. Brzmiała nastę­pu­jąco:

Kiedy wiek minie od punic­kiej klą­twy,

Rzym się uko­rzy przed czu­pryn­nym mężem;

Ten mąż czu­prynny o rzad­kiej czu­pry­nie

Będzie kobie­tom mężem, mężom żoną.

Koń jego palce będzie miał miast kopyt.

Śmierć jego z ręki syna, co nie­sy­nem,

Śmierć nie wśród walki.

Czu­prynny drugi, co owład­nie pań­stwem,

Będzie synem-nie­sy­nem swego poprzed­nika.

A głowę buj­nie skryją mu kędziory.

Rzym z cegla­nego zrobi mar­mu­ro­wym,

Ujmie go w pęta, cho­ciaż nie­wi­doczne,

I umrze z ręki żony, co nie­żoną,

Z rado­ścią syna-nie­syna.

Czu­prynny trzeci, co owład­nie pań­stwem,

Będzie synem-nie­sy­nem swego poprzed­nika.

A ule­piony będzie z posoki i błota,

Ten mąż czu­prynny o rzad­kiej czu­pry­nie

Rzy­mowi klę­ski i triumfy zyska,

A śmierci jego będzie rad syn-nie­syn.

Zgi­nie od pie­rza.

Czu­prynny czwarty, co owład­nie pań­stwem,

Będzie synem-nie­sy­nem swego poprzed­nika.

Ten mąż czu­prynny o rzad­kiej czu­pry­nie

Bluż­nier­stwo da Rzy­mowi i tru­ci­znę.

Umrze kop­nięty przez sta­rego konia,

Na któ­rym dziec­kiem jeź­dził.

Czu­prynny piąty, co owład­nie pań­stwem,

Owład­nie pań­stwem pomimo swej woli.

Będzie idiotą, któ­rym każdy gar­dzi.

A głowę buj­nie skryją mu kędziory.

Nakarmi wodą Rzym i w zimie chle­bem,

A umrze z ręki żony, co nie­żoną,

Z rado­ścią syna-nie­syna.

Czu­prynny szó­sty, co owład­nie pań­stwem,

Będzie synem-nie­sy­nem swego poprzed­nika

Rzym odeń weź­mie graj­ków, grozę, pożar,

Na jego rękach krew­nych krew czer­wona,

A czu­pryn­nego zabrak­nie mu następcy.

Krew z jego grobu wytry­śnie.

Widocz­nie dla Augu­sta było cał­kiem jasne, że pierw­szym z "czu­pryn­nych", czyli Ceza­rów (gdyż słowo caesa­ries ozna­cza czu­prynę), był jego cio­teczny dziad, Juliusz, który go adop­to­wał. Juliusz miał łysinę i gło­śny był z roz­pu­sty, jaką upra­wiał z osob­ni­kami obojga płci; powszech­nie też było wia­domo, że jego rumak bojowy ma palce zamiast kopyt. Juliusz, który wyszedł cało z nie­jed­nej krwa­wej bitwy, w końcu został zamor­do­wany w sena­cie przez Bru­tusa. Bru­tus zaś ucho­dził powszech­nie za jego natu­ral­nego syna. "I ty, synu!" - zawo­łał Juliusz, ujrzaw­szy go ze szty­le­tem w dłoni.

O klą­twie punic­kiej pisa­łem już poprzed­nio. W dru­gim z Ceza­rów roz­po­znał August nie­wąt­pli­wie samego sie­bie. Pod koniec życia cheł­pił się prze­cież wznie­sio­nymi budow­lami i świą­ty­niami, i twier­dził, że zastaw­szy Rzym cegla­nym, zosta­wia go mar­mu­ro­wym. W sło­wach tych kryła się rów­no­cze­śnie alu­zja do poli­tycz­nego dzieła Augu­sta, jakim było utrwa­le­nie potęgi cesar­stwa. Prze­po­wied­nia doty­cząca jego śmierci musiała mu się nato­miast wydać nie­zro­zu­miała lub po pro­stu mylna; jakieś skru­puły jed­nak powstrzy­my­wały go od jej znisz­cze­nia. Kto był trze­cim, kto czwar­tym i pią­tym "czu­pryn­nym", dowiemy się obszer­niej z niniej­szej histo­rii. A był­bym doprawdy idiotą, gdy­bym stwier­dza­jąc dokład­ność, z jaką dotych­czas prze­po­wied­nia ta spraw­dzała się we wszyst­kich szcze­gó­łach, nie roz­po­znał szó­stego "czu­pryn­nego"; ze względu na Rzym cie­szę się, że nie nastąpi już po nim siódmy.

ROZDZIAŁ II

Ojca nie przy­po­mi­nam sobie wcale. Umarł, kiedy byłem jesz­cze małym dziec­kiem. Póź­niej jako mło­dzie­niec korzy­sta­łem z każ­dej spo­sob­no­ści, żeby zebrać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów doty­czą­cych jego życia i cha­rak­teru. Wypy­ty­wa­łem o nie wszyst­kich, któ­rzy go znali - sena­to­rów, żoł­nie­rzy, nie­wol­ni­ków. Marzy­łem, że pierw­szą moją pracą histo­ryczną będzie bio­gra­fia ojca. Już nawet zaczą­łem ją pisać, lecz zakaz mojej babki Liwii poło­żył przed­wcze­śnie kres roz­po­czę­temu dziełu. Pomimo to w dal­szym ciągu zbie­ra­łem mate­riały w nadziei, że przyj­dzie dzień, w któ­rym będę mógł pracę swą pod­jąć na nowo. Dzień taki rze­czy­wi­ście nad­szedł i wła­śnie nie­dawno ukoń­czy­łem tę bio­gra­fię, ale opu­bli­ko­wa­nie jej wydaje mi się bez­ce­lowe. Jest to książka tak na wskroś repu­bli­kań­ska, że z chwilą kiedy dowie się o niej moja obecna żona Agry­pi­nilla, każe ona znisz­czyć wszyst­kie egzem­pla­rze, a kopi­ści, któ­rzy książkę prze­pi­sy­wali, drogo zapłacą za moją nie­dy­skre­cję. Będą się mogli uwa­żać za szczę­śli­wych, jeśli nie każe poła­mać im rąk i poob­ci­nać pal­ców. Byłoby to cał­kiem w guście Agry­pi­nilli. Och, jak ta kobieta mnie nie­na­wi­dzi!

Na nikim w życiu nie wzo­ro­wa­łem się bar­dziej niż wła­śnie na ojcu - z wyjąt­kiem chyba mego brata Ger­ma­nika. Wszy­scy jed­nak twier­dzą, że Ger­ma­nik był pod każ­dym wzglę­dem żywym wize­run­kiem ojca; ta sama twarz i postawa (wyjąw­szy chude nogi), te same przy­mioty ducha: odwaga, rozum, szla­chet­ność. Toteż obaj w mych myślach zle­wają się w jedną postać.

Roz­po­czy­na­jąc tę opo­wieść od wspo­mnień dzie­ciń­stwa, nie chciał­bym cofać się w prze­szłość dalej niż do mych rodzi­ców. Nie cier­pię gene­alo­gii i histo­rii rodzin. Trudno mi jed­nak nie poświę­cić wię­cej miej­sca babce Liwii (spo­śród czworga moich dziad­ków tylko ona jesz­cze żyła, gdy się uro­dzi­łem). Jest ona, nie­stety, główną posta­cią pierw­szej czę­ści tej histo­rii, a wielu jej postęp­ków nie można by było zro­zu­mieć, gdy­bym nie opo­wie­dział o jej mło­dych latach.

Roz­wiódł­szy się z moim dziad­kiem, Liwia wyszła po raz drugi za mąż za cesa­rza Augu­sta. Po śmierci mego ojca stała się fak­tyczną głową rodu; usu­nęła na drugi plan moją matkę, Anto­nię, stryja Tybe­riu­sza - ofi­cjalną głowę rodziny - a nawet samego Augu­sta, któ­rego moż­nej opiece ojciec mój w testa­men­cie pole­cił swoje dzieci.

Liwia, podob­nie jak mój dzia­dek, pocho­dziła z rodu Klau­diu­szów, jed­nego z naj­star­szych rodów rzym­skich. Sędziwi ludzie jesz­cze pamię­tają bal­ladę ludową, którą o nim śpie­wano. Według jej refrenu klau­dyj­skie drzewo rodzi dwa gatunki owo­ców: słod­kie jabłka i cierp­kie płonki; tych ostat­nich wię­cej niż jabłek. Do pło­nek bal­lada zali­cza Appiu­sza Klau­diu­sza Pysz­nego, któ­rego zamach na cześć i wol­ność dzie­wicy Wir­gi­nii wywo­łał obu­rze­nie w całym Rzy­mie; Klau­diu­sza Dru­zusa, który za cza­sów repu­bliki chciał zostać kró­lem ital­skim, i Klau­diu­sza Pięk­nego. Ten, gdy święte kury nie chciały dzio­bać ziarna, wrzu­cił je do morza ze sło­wami: "Kiedy nie chcą jeść, to niech piją!". Bez­po­śred­nio po tym prze­grał wielką bitwę mor­ską. Za słod­kie jabłka poeta uważa Appiu­sza Śle­pego, który odra­dził Rzy­mia­nom nie­bez­pieczny zwią­zek z kró­lem Pyr­ru­sem, Klau­diu­sza Kloca, który wypę­dził Kar­ta­giń­czy­ków z Sycy­lii, i Klau­diu­sza Nerona (co w sabiń­skim dia­lek­cie ozna­cza: Męż­nego), który Haz­dru­ba­lowi prze­by­wa­ją­cemu w Hispa­nii prze­szko­dził w połą­cze­niu się z bra­tem, wiel­kim Han­ni­ba­lem. Ci trzej byli to ludzie uczciwi, a rów­no­cze­śnie śmiali i mądrzy. Bal­lada mówi też o kobie­tach z rodu klau­dyj­skiego. I tu rów­nież jest wię­cej pło­nek niż jabłek.

41 r. p.n.e.

Dziad mój był jed­nym z naj­lep­szych Klau­diu­szów. Doszedł­szy do prze­ko­na­nia, że tylko Juliusz Cezar jest czło­wie­kiem zdol­nym w owych cięż­kich cza­sach zapew­nić Rzy­mowi spo­kój i bez­pie­czeń­stwo, wstą­pił do par­tii ceza­riań­skiej i wal­czył dziel­nie w kam­pa­nii egip­skiej. W pew­nym momen­cie jed­nak zaczął podej­rze­wać, że Juliusz dąży do jedy­no­władz­twa. Nie chcąc stać się narzę­dziem ambit­nych pla­nów impe­ra­tora, a nie mogąc otwar­cie z nim zerwać, posta­rał się o urząd kapłana i wyje­chał do Galii, gdzie zakła­dał kolo­nie wete­ra­nów woj­sko­wych. Kiedy zamor­do­wano Cezara, wró­cił do Rzymu i wystą­pił ze śmia­łym wnio­skiem o uczcze­nie zabój­ców tyrana. Nara­ził się tym mło­demu Okta­wia­nowi, adop­to­wa­nemu synowi Cezara, a póź­niej­szemu Augu­stowi, i sprzy­mie­rzo­nemu z nim wiel­kiemu Mar­kowi Anto­niu­szowi. Musiał więc co rychlej ucie­kać z Rzymu. W okre­sie póź­niej­szych walk domo­wych łączył się to z jedną, to znów z drugą par­tią, zależ­nie od tego, po czy­jej stro­nie widział słusz­ność. Towa­rzy­szył mło­demu Pom­pe­ju­szowi, to znowu z bra­tem Marka Anto­niu­sza wal­czył prze­ciwko Augu­stowi pod Peru­zją w Etru­rii. Prze­ko­nał się jed­nak August, cho­ciaż zemstę nad mor­der­cami swego przy­bra­nego ojca uwa­żał za święty obo­wią­zek, w grun­cie rze­czy nie był tyra­nem i dążył do przy­wró­ce­nia daw­nych swo­bód. Prze­szedł więc na jego stronę i wraz z żoną Liwią i synem Tybe­riu­szem, liczą­cym wów­czas dwa lata, prze­niósł się do Rzymu. Odtąd nie brał już udziału w trwa­ją­cej dalej woj­nie domo­wej, zado­wa­la­jąc się wypeł­nia­niem obo­wiąz­ków kapłań­skich.

Babka Liwia nale­żała do gatunku naj­gor­szych Klau­diu­szów. Może wcie­lił się w nią duch owej Klau­dii, sio­stry Klau­diu­sza Pięk­nego, którą oskar­żono o obrazę narodu rzym­skiego. Opo­wia­dają, że gdy pew­nego razu pojazd jej musiał się zatrzy­mać w zatło­czo­nej ulicy, zawo­łała:

- Co za szkoda, że nie żyje mój brat! On potra­fił toro­wać sobie drogę w tłu­mie. Batem!

Prze­cho­dzący przy­pad­kiem try­bun ludowy prze­rwał jej z obu­rze­niem i przy­po­mniał, jak przez bez­boż­ność tego brata zgi­nęła cała flota rzym­ska.

- Tym więk­sza szkoda, że nie żyje - odpa­ro­wała. - Utra­ciłby może jesz­cze nie­jedną flotę i przy bożej pomocy prze­rze­dziłby tro­chę tę prze­klętą hała­strę. Ty, jak widzę - dorzu­ciła - jesteś try­bu­nem i cie­szysz się przy­wi­le­jem nie­ty­kal­no­ści, ale nie zapo­mi­naj, że my, Klau­diu­sze, już kilku try­bu­nom dobrze prze­trze­pa­li­śmy skórę, nie patrząc na ich nie­ty­kal­ność.

W podobny spo­sób wyra­żała się Liwia o ludzie rzym­skim. "Wszystko to hołota i nie­wol­nicy - mawiała. - Repu­blika była zawsze oszu­stwem. W rze­czy­wi­sto­ści Rzym potrze­buje króla". Tak przy­naj­mniej oświad­czyła pew­nego razu memu dziad­kowi, zapew­nia­jąc go, że przyj­dzie moment, kiedy Marek Anto­niusz, Okta­wian (czyli póź­niej­szy August) i Lepi­dus (bogaty, acz śla­ma­zarny), któ­rzy w trójkę rzą­dzili wów­czas całym pań­stwem rzym­skim, zaczną się mię­dzy sobą kłó­cić; wtedy on, jeśli tylko potrafi zręcz­nie wyko­rzy­stać swoje sta­no­wi­sko naj­wyż­szego kapłana i opi­nię nie­ska­zi­tel­nego czło­wieka, jaką cie­szył się we wszyst­kich stron­nic­twach, może się­gnąć po koronę. Dzia­dek spo­chmur­niał i zagro­ził babce roz­wo­dem, jeśli kie­dy­kol­wiek jesz­cze wystąpi z podobną pro­po­zy­cją. Daw­niej w mał­żeń­stwie rzym­skim mąż mógł usu­nąć żonę z domu, nie poda­jąc przy­czyny do publicz­nej wia­do­mo­ści. Zwra­cał wtedy posag, ale zatrzy­my­wał dzieci. Babka więc zamil­kła i pozor­nie ustą­piła, ale od tej chwili miłość mię­dzy nimi wyga­sła. A Liwia poza ple­cami męża roz­po­częła natych­miast zabiegi w celu usi­dle­nia Augu­sta.

Nie było to przed­się­wzię­cie zbyt trudne. August był młody i zapal­czywy, a Liwia dosko­nale prze­stu­dio­wała jego upodo­ba­nia. Zresztą jak ogól­nie twier­dzono, była jedną z naj­pięk­niej­szych w owym cza­sie kobiet. Wybrała Augu­sta, gdyż sądziła, że lepiej posłuży jej ambit­nym pla­nom niż Marek Anto­niusz, nie mówiąc już o Lepi­du­sie, z któ­rym w ogóle nikt się nie liczył. Wie­działa dobrze, że August nie cof­nie się przed niczym dla osią­gnię­cia celu - świad­czyły o tym naj­le­piej pro­skryp­cje sprzed dwu lat: zgi­nęło wtedy dwa tysiące ekwi­tów2i trzy­stu sena­to­rów. Kiedy już była pewna swego wpływu na Augu­sta, nakło­niła go do roz­wie­dze­nia się ze Skry­bo­nią, kobietą star­szą, którą poślu­bił ze wzglę­dów poli­tycz­nych. Donio­sła mu o roman­sie Skry­bo­nii z bli­skim przy­ja­cie­lem mego dziadka. August uwie­rzył łatwo i nie pytał o szcze­góły. Roz­wiódł się z Bogu ducha winną Skry­bo­nią tego samego dnia, kiedy powiła mu córkę Julię. Gdy tylko dziecko przy­szło na świat, kazał je zabrać matce i oddać na wycho­wa­nie żonie jed­nego ze swych wyzwo­leń­ców. Wtedy Liwia, która miała wów­czas sie­dem­na­ście lat, o dzie­więć mniej od Augu­sta, przy­szła do mego dziadka i oświad­czyła:

- Teraz się ze mną roz­wiedź. Od pię­ciu mie­sięcy cho­dzę brze­mienna, a nie ty jesteś ojcem dziecka. Ślu­bo­wa­łam, że nie będę mieć wię­cej dzieci z tchó­rzem - i dotrzy­ma­łam przy­sięgi.

Dziecko, o czym dzia­dek nie wie­dział, było legalne. Ale ponie­waż zawsze pole­gał na sło­wie żony, więc i tym razem jej uwie­rzył. Nie dając poznać po sobie uczuć, jakie nim nie­wąt­pli­wie mio­tały, odrzekł krótko:

- Powiedz swo­jemu uwo­dzi­cie­lowi, żeby przy­szedł do mnie. Zała­twimy sprawę w cztery oczy.

Ku wiel­kiemu zdu­mie­niu dziadka oka­zało się, że uwo­dzi­cie­lem jest August, któ­rego uwa­żał za swo­jego przy­ja­ciela. Nie czy­nił mu żad­nych wyrzu­tów. Może pomy­ślał, że wina leży po stro­nie Liwii, która sta­rała się usi­dlić nie dość odpor­nego na jej nie­zwy­kłą pięk­ność mło­dzieńca, a może podej­rze­wał, że przy­ja­ciel w głębi duszy wciąż żywi do niego urazę za ów wnio­sek w sena­cie o uczcze­nie zabój­ców Juliu­sza Cezara. Powie­dział krótko:

- Jeżeli kochasz tę kobietę i chcesz z nią zawrzeć uczciwe mał­żeń­stwo, weź ją. Cho­dzi mi tylko o to, żeby unik­nąć skan­dalu.

August przy­siągł uro­czy­ście, że natych­miast ożeni się z Liwią i nie porzuci jej, póki będzie mu wierna. Wtedy dzia­dek się roz­wiódł. Sły­sza­łem, że w całej tej histo­rii dopa­try­wał się kary bogów za to, że swego czasu na Sycy­lii za radą żony uzbroił nie­wol­ni­ków do walki prze­ciw oby­wa­te­lom rzym­skim. Zresztą Liwia pocho­dziła z tej samej co on rodziny Klau­diu­szów, chciał więc i z tego powodu oszczę­dzić jej publicz­nej hańby. Ślub odbył się w parę tygo­dni póź­niej. Dzia­dek wziął udział w uro­czy­sto­ści; zacho­wy­wał się tak jak ojciec wyda­jący za mąż córkę i śpie­wał wraz z innymi hymn weselny. Na pewno nie uczy­nił tego z obawy przed Augu­stem. Kiedy pomy­ślę, jak bar­dzo kochał Liwię i jak przez swoją szla­chet­ność nara­ził się na podej­rze­nie o tchó­rzo­stwo i strę­czy­ciel­stwo, jestem pełen podziwu dla niego.

Liwia jed­nak nie potra­fiła oce­nić tej szla­chet­no­ści; czuła się upo­ko­rzona i dotknięta tak spo­koj­nym zała­twie­niem sprawy i tak obo­jęt­nym odstą­pie­niem jej, jakby była mar­twym przed­mio­tem nie­wiel­kiej war­to­ści.

W trzy mie­siące po ślu­bie przy­szedł na świat mój ojciec. Przy tej spo­sob­no­ści Liwia poróż­niła się z sio­strą Augu­sta, a żoną Marka Anto­niu­sza, Okta­wią. Przy­czyną śmier­tel­nej obrazy stał się grecki epi­gra­mat. Wier­szyk ten sła­wił rodzi­ców, któ­rym po trzech mie­sią­cach rodzą się dzieci, zazna­cza­jąc rów­no­cze­śnie, że daw­niej szczę­ście takie było udzia­łem jedy­nie kotek i suk. Jeżeli Okta­wia była rze­czy­wi­ście autorką tego wier­sza, to Liwia z góry i z nawiązką odpła­ciła szwa­gierce. Autor­stwo jed­nak wydaje mi się mało praw­do­po­dobne. Okta­wia sama, wycho­dząc za Marka Anto­niu­sza, była brze­mienna z pierw­szego męża, który umarł, a prze­cież w myśl przy­sło­wia: "Kulawy nie wyśmiewa się z kula­wego". Poza tym mał­żeń­stwo Okta­wii było zawarte ze wzglę­dów poli­tycz­nych i zale­ga­li­zo­wał je spe­cjalny dekret senatu. Nie ode­grały w nim roli ani namięt­no­ści, ani oso­bi­ste ambi­cje. Jeżeli kole­gium kapłań­skie uznało waż­ność związku Augu­sta z Liwią, stało się to głów­nie dzięki temu, że mój dzia­dek i August byli kapła­nami, a god­ność naj­wyż­szego kapłana spra­wo­wał Lepi­dus, który speł­niał każde żąda­nie cesa­rza.

Gdy tylko Liwia prze­stała kar­mić syna, August ode­słał go do domu mego dziadka, gdzie cho­wał się razem ze swym o cztery lata star­szym bra­tem Tybe­riu­szem. Dzia­dek nie powie­rzył dzieci opiece pre­cep­tora, jak to było ogól­nie w zwy­czaju, lecz sam zajął się ich wycho­wa­niem. Sys­te­ma­tycz­nie wpa­jał chłop­com nie­na­wiść do tyra­nii i miłość do daw­nych ide­ałów spra­wie­dli­wo­ści, wol­no­ści, cnoty. Choć dom dziadka stał na Pala­ty­nie, tuż obok pałacu Augu­sta, i obaj chłopcy codzien­nie odwie­dzali matkę, Liwia długo nie mogła prze­bo­leć, że nie ma wpływu na wycho­wa­nie synów. Kiedy zaś dowie­działa się, jakie zasady wpaja w nich ojciec, obu­rze­nie jej nie miało gra­nic. Wkrótce potem dzia­dek mój umarł nie­spo­dzia­nie w cza­sie uczty, którą urzą­dził dla kilku swych przy­ja­ciół. Wpraw­dzie krą­żyły pogło­ski, że został otruty, ale ponie­waż wśród gości znaj­do­wali się August i Liwia, sprawę zatu­szo­wano. W testa­men­cie dzia­dek mia­no­wał Augu­sta opie­ku­nem swych synów. Mowę pogrze­bową wygło­sił stryj mój Tybe­riusz, liczący wów­czas dzie­więć lat.

August był ser­decz­nie przy­wią­zany do swej sio­stry Okta­wii, toteż bar­dzo się zmar­twił wia­do­mo­ścią, że Anto­niusz, który zaraz po ślu­bie wyru­szył na wojnę z Par­tami, zatrzy­mał się po dro­dze w Egip­cie i odno­wił sto­sunki z Kle­opa­trą. Jesz­cze bar­dziej zmar­twił go krótki list, który Okta­wia otrzy­mała od męża w następ­nym roku, kiedy wyje­chała, aby dostar­czyć mu posił­ków w ludziach i pie­nią­dzach. List doszedł w pół drogi. Anto­niusz pisał w chłod­nym tonie, roz­ka­zu­jąc Okta­wii natych­miast wró­cić do domu i zająć się gospo­dar­stwem; pie­nią­dze jed­nak i ludzi przy­jął. Liwia skry­cie ucie­szyła się tym zaj­ściem. O ile Okta­wia usil­nie sta­rała się zła­go­dzić wszel­kie spory mię­dzy Augu­stem i Anto­niuszem, o tyle ona nie szczę­dziła tru­dów, aby stwa­rzać mię­dzy nimi nie­po­ro­zu­mie­nia i budzić zawiść. Po powro­cie Okta­wii Liwia nale­gała na męża, żeby zapro­po­no­wał sio­strze zamiesz­ka­nie u nich na stałe. Okta­wia jed­nak nie sko­rzy­stała z zapro­sze­nia. Z jed­nej strony nie bar­dzo widać wie­rzyła w życz­li­wość Liwii, z dru­giej nie chciała stwa­rzać pozo­rów, że się czym­kol­wiek przy­czy­niła do wybu­chu wojny, która wisiała już w powie­trzu.

Wresz­cie Anto­niusz, skru­szony przez Kle­opa­trę, posłał Okta­wii list roz­wo­dowy i wypo­wie­dział Augu­stowi wojnę. Była to ostat­nia z wojen domo­wych, poje­dy­nek na śmierć i życie pomię­dzy dwoma pozo­sta­łymi przy życiu ludźmi po - jeśli mogę użyć tej prze­no­śni - walce oręż­nej wszyst­kich prze­ciwko wszyst­kim na are­nie świa­to­wego teatru. Lepi­dus oczy­wi­ście żył jesz­cze, ale uwię­ziony, bez­bronny i nie posia­da­jący nic poza imie­niem, zmu­szony był upaść do nóg Augu­sta i pro­sić o daro­wa­nie życia. Młody Pom­pe­jusz, drugi i ostatni czło­wiek o pew­nym zna­cze­niu, któ­rego flota przez długi czas rzą­dziła Morzem Śród­ziem­nym, został teraz pobity przez Augu­sta, a uwię­ziony i ska­zany na śmierć przez Anto­niusza.

31 r. p.n.e

Poje­dy­nek mię­dzy dwoma daw­nymi trium­wi­rami i sojusz­ni­kami trwał krótko. Anto­niusz został w bitwie mor­skiej pod Akcjum pobity na głowę i uciekł do Alek­san­drii, gdzie ode­brał sobie życie. Kle­opa­tra poszła w jego ślady. August stał się panem pod­bi­tych przez Anto­niusza ziem na Wscho­dzie i jedy­nym władcą rzym­skiego impe­rium. Marze­nia Liwii się ziściły. Okta­wia poświę­ciła się wycho­wa­niu dzieci Anto­niusza, a opieką swą oto­czyła nie tylko jego syna z pierw­szego mał­żeń­stwa, ale też dziew­czynkę i dwóch chłop­ców, któ­rych miał z Kle­opa­trą. Cała czwórka cho­wała się razem z dwiema jej wła­snymi cór­kami; jedna z nich Anto­nia Młod­sza, została póź­niej moją matką. Szla­chetne postę­po­wa­nie Okta­wii wzbu­dzało w Rzy­mie ogólny podziw.

August rzą­dził świa­tem, a Liwia rzą­dziła Augu­stem. Wypada mi wytłu­ma­czyć, na czym pole­gał jej potężny wpływ. Dzi­wiono się ogól­nie, że mał­żeń­stwo to pozo­stało bez­dzietne, choć babka moja udo­wod­niła swą płod­ność, a August, poza córką Julią, o któ­rej legal­nym pocho­dze­niu nie ma powodu wąt­pić, miał jesz­cze, jak mówiono, czworo nie­ślub­nych dzieci. Wie­dziano też o jego gorą­cym przy­wią­za­niu do mojej babki. Tym trud­niej uwie­rzyć w prawdę tego, co powiem. Otóż mał­żeń­stwo to ni­gdy nie zostało fak­tycz­nie speł­nione. August, który w sto­sun­kach z innymi kobie­tami skła­dał dosta­teczne dowody męskiej siły, przy Liwii oka­zy­wał się zupeł­nym impo­ten­tem. Fakt ten da się wytłu­ma­czyć jedy­nie przy­czyną natury psy­chicz­nej. Wpraw­dzie wypadki po śmierci Cezara zmu­siły Augu­sta do okru­cień­stwa, a nawet do wia­ro­łom­stwa, był w grun­cie rze­czy czło­wie­kiem poboż­nym. Świa­do­mość, że mał­żeń­stwo z Liwią sprze­nie­wie­rza się pra­wom boskim, stwa­rzała psy­chiczne hamulce upo­śle­dza­jące spraw­ność fizyczną.

Co do Liwii, chciała ona widzieć w Augu­ście nie tyle kochanka, co narzę­dzie swych ambi­cji. Toteż nie mar­twiła się zbyt­nio impo­ten­cją męża. Zwłasz­cza gdy doszła do prze­ko­na­nia, że może użyć jej jako środka do pod­po­rząd­ko­wa­nia jego woli swym zamie­rze­niom. Tak­tyka Liwii pole­gała na robie­niu Augu­stowi nie­ustan­nych wyrzu­tów. Wyma­wiała mu, że ją uwiódł i zmu­sił do porzu­ce­nia męża, któ­rego gorąco kochała. Jej - twier­dziła - zawró­cił głowę zapew­nie­niami namięt­nej miło­ści, a Klau­diu­szowi gro­ził skry­cie pro­ce­sem o zdradę stanu. (Były to oczy­wi­ście insy­nu­acje wyssane z palca). I jakież ją spo­tkało roz­cza­ro­wa­nie! - narze­kała. Ten namiętny kocha­nek w ogóle nie jest męż­czy­zną. Pierw­szy lep­szy smo­larz lub nie­wol­nik wię­cej ma w sobie dziar­sko­ści. Prze­cież sam dobrze wie, że Julia nie jest jego córką!

- Ty potra­fisz tylko czu­lić się, cac­kać, cało­wać i prze­wra­cać oczami jak śpie­wa­jący eunuch - szy­dziła.

Na próżno August zakli­nał się, że z innymi kobie­tami doka­zuje wyczy­nów god­nych Her­ku­lesa. Liwia albo uda­wała, że mu wie­rzy, albo zasy­py­wała go gra­dem wyrzu­tów, że trwoni z innymi to, czego jej odma­wia. Żeby nie nastrę­czać powodu do plo­tek, udała pew­nego razu, że zaszła w ciążę i poro­niła. Wstyd i nie zaspo­ko­jona namięt­ność spra­wiły, że August był moc­niej przy­wią­zany do żony, niż gdyby mał­żeń­skie pra­gnie­nia uda­wało się co noc zaspo­koić albo gdyby mu uro­dziła tuzin dorod­nych dzieci. Zresztą Liwia czu­wała tro­skli­wie nad zdro­wiem i wygodą męża; docho­wy­wała mu też nie­wąt­pli­wie wier­no­ści, gdyż jedyną jej namięt­no­ścią była żądza wła­dzy. August wdzięczny za opiekę, którą nad nim roz­ta­czała, pozwa­lał jej kie­ro­wać sobą we wszyst­kich publicz­nych i pry­wat­nych spra­wach. Sta­rzy urzęd­nicy pała­cowi opo­wia­dali mi pouf­nie, że August od czasu jak oże­nił się z moją babką, nie spoj­rzał nawet na inną kobietę. Pomimo to w Rzy­mie krą­żyły pogło­ski o roman­sach, które nawią­zy­wał z żonami i cór­kami dygni­ta­rzy. Po śmierci Augu­sta Liwia, chcąc wytłu­ma­czyć wpływ, jaki na niego wywie­rała, dala do zro­zu­mie­nia, że jeśli mąż jej ule­gał, to nie tylko dla­tego, że zawsze była mu wierna, ale i dla­tego, że ni­gdy nie prze­szka­dzała jego prze­lot­nym roman­som. Oso­bi­ście jestem skłonny uwie­rzyć, że sama roz­pusz­czała skan­da­liczne pogło­ski, ażeby póź­niej mieć pre­tekst do robie­nia mu wyrzu­tów.

Na wypa­dek gdyby ktoś wąt­pił o auten­tycz­no­ści moich słów, gotów jestem wska­zać źró­dła, skąd czer­pię te cie­kawe wia­do­mo­ści. Histo­rię o roz­wo­dzie opo­wie­działa mi sama Liwia w ostat­nim roku swego życia. O impo­ten­cji Augu­sta sły­sza­łem od nie­ja­kiej Bry­ze­idy, gar­de­ro­bia­nej mojej matki, która poprzed­nio była słu­żebną Liwii. Ponie­waż miała wtedy zale­d­wie sie­dem lat, więc pozwo­lono jej przy­słu­chi­wać się pew­nej roz­mo­wie, nie­zro­zu­mia­łej, jak przy­pusz­czano, dla tak małego dziecka.

Jestem głę­boko prze­ko­nany, że opo­wia­da­nie moje zgodne jest z prawdą, będę więc cią­gnął je przy­naj­mniej dopóty, dopóki ktoś inny nie powiąże ze sobą fak­tów w odmienny, lecz nie mniej prze­ko­ny­wa­jący spo­sób. Zwłasz­cza że słowa Sybilli o "żonie-nie­żo­nie" zdają się potwier­dzać moje przy­pusz­cze­nia.

Pisząc ten ustęp z zamia­rem oczysz­cze­nia pamięci Augu­sta, nie powi­nie­nem pomi­nąć jed­nego faktu. Opo­wiem go nie­zwłocz­nie, wie­rząc mocno, że "uczci­wość popłaca". Otóż babka moja Liwia wpa­dła na bar­dzo chy­try pomysł, dzięki któ­remu jesz­cze bar­dziej umoc­niła swój wpływ na męża. Kiedy wie­działa, że namięt­ność nie pozwala Augu­stowi sypiać, pod­su­wała mu same piękne dziew­częta. Odby­wało się to z zacho­wa­niem wszel­kich pozo­rów i bar­dzo dys­kret­nie. Dziew­częta, które oso­bi­ście wybie­rała spo­śród syryj­skich nie­wol­nic - August prze­pa­dał za Syryj­kami - były wie­czo­rem wpusz­czane do sypialni cesa­rza. Zanim weszły, sły­chać było krót­kie puka­nie do drzwi i szczęk łań­cu­cha. Wcze­snym ran­kiem wywa­biał je ten sam sygnał. Przez całą noc nie odzy­wały się ani jed­nym sło­wem, robiły wra­że­nie suk­ku­bów3 przy­cho­dzą­cych we śnie. Liwia ni­gdy ani przed taką nocą, ani potem nie robiła do niej naj­lżej­szej alu­zji, nie dawała też poznać po sobie zazdro­ści, o którą ją August, jako żonę, musiał posą­dzać. Dys­kre­cja, z jaką postę­po­wała, i wier­ność, któ­rej mu docho­wała mimo to, że wobec niej oka­zy­wał się impo­ten­tem, były dla Augu­sta naj­lep­szym dowo­dem jej praw­dzi­wej miło­ści. Można by wpraw­dzie wysu­nąć zastrze­że­nie, że August ze względu na swoje sta­no­wi­sko mógł mieć naj­pięk­niej­sze kobiety świata, wolne czy nie­wol­nice, zamężne czy nie­za­mężne, i nie potrze­bo­wał wcale udziału Liwii, aby zaspo­koić swe żądze. To prawda. Lecz jest rów­nież prawdą, że jak sam - choć praw­do­po­dob­nie w innym sen­sie - powie­dział, od czasu mał­żeń­stwa z Liwią nie wziął do ust kęska, któ­rego by mu ona nie podała.

Liwia nie miała więc powodu być zazdro­sną o kobiety, z wyjąt­kiem jed­nej, swej szwa­gierki Okta­wii, któ­rej pięk­ność budziła tyleż zachwytu, co przy­mioty cha­rak­teru. Odczu­wała spe­cjalną, nie pozba­wioną zło­śli­wo­ści radość w oka­zy­wa­niu jej współ­czu­cia z powodu nie­wier­no­ści Anto­niu­sza. Rów­no­cze­śnie sta­rała się wmó­wić Okta­wii, że to ona sama jest winna, że ubiera się zbyt skrom­nie i zacho­wuje się zbyt powścią­gli­wie. Marek Anto­niusz - tłu­ma­czyła - to czło­wiek bar­dzo zmy­słowy; jeśli kobieta chce go utrzy­mać przy sobie, nie może hoł­do­wać suro­wym oby­cza­jom matrony rzym­skiej; powinna prze­jąć cokol­wiek z miło­snego kunsztu i wyra­fi­no­wa­nych spo­so­bów, jakimi posłu­gują się wschod­nie kur­ty­zany.

- Weź choć w set­nej czę­ści przy­kład z Kle­opa­try. Spójrz! Ta Egip­cjanka, brzyd­sza i star­sza od cie­bie o osiem, dzie­więć lat, wie, jak pod­nie­cać jego zmy­sły. A męż­czyźni tego typu co Anto­niusz, praw­dziwi męż­czyźni, przed­kła­dają rze­czy oso­bliwe nad powsze­dnie. Wolą roba­czywe kwar­gle4poza domem niż świe­żut­kie gomółki w domu - zakoń­czyła sen­ten­cjo­nal­nie.

- Możesz sobie scho­wać te kwar­gle - odburk­nęła gniew­nie Okta­wia.

Liwia ubie­rała się stroj­nie i bogato i uży­wała naj­kosz­tow­niej­szych azja­tyc­kich pach­ni­deł, oto­cze­niu swemu jed­nak nie pozwa­lała na żadne zbytki i cheł­piła się tym, że w domu jej panuje sta­ro­świecki oby­czaj rzym­ski. Poży­wie­nie pro­ste, lecz obfite, sys­te­ma­tyczne prze­strze­ga­nie obrzę­dów kultu domo­wego, żad­nych cie­płych kąpieli po posiłku, stałe zaję­cie dla każ­dego - to były zasady Liwii. Słowo "każdy" doty­czyło nie tylko nie­wol­ni­ków i wyzwo­leń­ców, lecz i człon­ków rodziny. I tak od bied­nej małej Julii wyma­gała, żeby dawała innym przy­kład pra­co­wi­to­ści. Dziew­czynka ta miała rze­czy­wi­ście cięż­kie życie. Codzien­nie dosta­wała por­cję wełny do przę­dze­nia, z któ­rej potem tkała i szyła suk­nie. Aby podo­łać tej robo­cie, musiała wsta­wać ze swego twar­dego łóżka o świ­cie, a w zimo­wych mie­sią­cach nawet przed świ­tem. Ponie­waż zaś Liwia była zwo­len­niczką takiego samego wykształ­ce­nia dla dziew­cząt jak dla chłop­ców, więc pasier­bica jej prócz wszyst­kich innych obo­wiąz­ków musiała wyuczyć się na pamięć całej Iliady i Ody­sei.

Julia na żąda­nie Liwii musiała też pro­wa­dzić szcze­gó­łowy dzien­nik, w któ­rym noto­wała, co robiła, jakie książki czy­tała, o czym roz­ma­wiała i tak dalej. Było to dla dziew­czynki bar­dzo uciąż­liwe. Kiedy wyro­sła na piękną pannę, nie wolno jej było zawie­rać zna­jo­mo­ści z męż­czy­znami. Kie­dyś w Bajach pewien mło­dzie­niec sta­rego rodu i nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii, syn kon­sula, oka­zał się na tyle śmiały, że pod jakimś zręcz­nie wymy­ślo­nym pre­tek­stem zbli­żył się do Julii, kiedy ta w towa­rzy­stwie matrony odby­wała swój pół­go­dzinny spa­cer nad morzem. Liwia, która zazdro­ściła Julii jej urody i miło­ści Augu­sta, napi­sała do mło­dzieńca list, zapo­wia­da­jąc mu w suro­wych sło­wach, że może się nawet nie ubie­gać o publiczne urzędy; nie otrzyma żad­nej god­no­ści za rzą­dów tego, któ­rego córkę nara­ził swą poufa­ło­ścią na obmowy. Pasier­bicy zaś zaka­zała za karę spa­cerów poza obrę­bem willi. W tym cza­sie Julia zupeł­nie wyły­siała. Nie ręczę, czy nie maczała w tym pal­ców Liwia. Nie jest to cał­kiem wyklu­czone, choć z dru­giej strony łysie­nie było cechą cha­rak­te­ry­styczną w rodzi­nie Cezara. August wyna­lazł egip­skiego peru­ka­rza, mistrza w swoim zawo­dzie, a ten zro­bił Julii sploty, jakich oko ludz­kie nie widziało. Wyglą­dała teraz jesz­cze pięk­niej niż poprzed­nio, cho­ciaż natura nie dała jej buj­nych wło­sów. Opo­wia­dano, że nie była to zwy­kła peruka, lecz skalp zdarty z głowy jakiejś ger­mań­skiej księż­niczki i dokład­nie przy­sto­so­wany do wymia­rów czaszki Julii. Sma­ro­wa­nie skalpu od czasu do czasu spe­cjalną maścią miało zapo­bie­gać jej obumar­ciu. Oso­bi­ście jed­nak uwa­żam to opo­wia­da­nie za bajkę.

Wszy­scy w Rzy­mie wie­dzieli, że Liwia krótko trzyma Augu­sta i że cesarz jeśli się nie boi żony, to w każ­dym razie stara się uni­kać z nią zwady. Pew­nego dnia, jako cen­zor, zwró­cił uwagę kilku boga­tym Rzy­mia­nom, że żony ich nad­mier­nie się stroją w klej­noty.

- Taki zby­tek w stroju nie przy­stoi kobie­cie - oświad­czył. - Obo­wiąz­kiem męża jest go powścią­gać u żony. - W tym miej­scu unie­siony nie­for­tun­nym zapa­łem kra­so­mów­czym dodał: - Mnie samemu nie­raz wypada skar­cić żonę z tego powodu.

Zga­nieni z zado­wo­le­niem przy­jęli to oświad­cze­nie.

- Augu­ście - pro­sili - powiedz nam, w jakich sło­wach kar­cisz Liwię, żeby­śmy się mogli na tobie wzo­ro­wać.

August stał zakło­po­tany i zanie­po­ko­jony.

- Nie zro­zu­mie­li­ście mnie - rzekł. - Nie powie­dzia­łem, że mia­łem powód kar­cić Liwię. Wie­cie dobrze, że jest ona wzo­rem cno­tli­wej matrony. Ale bez wąt­pie­nia nie zawa­hał­bym się wyła­jać ją, gdyby zapo­mniaw­szy o swej god­no­ści, ubrała się tak jak żona nie­jed­nego z was i wyglą­dała niby alek­san­dryj­ska tan­cerka, którą dziwny kaprys losu uczy­nił armeń­ską kró­lową wdową.

Tego samego wie­czoru Liwia posta­wiła Augu­sta w kło­po­tli­wej sytu­acji. Zja­wiła się bowiem przy kola­cji w naj­wspa­nial­szym stroju, jaki kie­dy­kol­wiek miała, a do któ­rego natchnie­niem była jedna z kró­lew­skich toa­let Kle­opa­try. Cesarz wyszedł z tej oso­bli­wej sytu­acji obronną ręką - podzię­ko­wał żonie za dow­cipną i aktu­alną paro­dię wady, którą potę­pił z rana.

Liwia zmą­drzała od owego czasu, gdy nama­wiała mego dziadka do wło­że­nia na głowę dia­demu i obwo­ła­nia się kró­lem. Tytuł kró­lew­ski był wciąż znie­na­wi­dzony w Rzy­mie od pano­wa­nia nie­po­pu­lar­nej dyna­stii Tar­kwi­niu­szów, któ­rej według legendy kres poło­żył Bru­tus Pierw­szy (nazy­wam go tak dla odróż­nie­nia od Bru­tusa Dru­giego, zabójcy Cezara). Wygnał rodzinę kró­lew­ską z Rzymu i został obrany jed­nym z dwu pierw­szych kon­su­lów Rze­czy­po­spo­li­tej Rzym­skiej. Obec­nie Liwia rozu­miała, że August może zre­zy­gno­wać z tytułu, byleby dzier­żył w swym ręku istotną wła­dzę kró­lew­ską. Idąc za radami żony, połą­czył on w swej oso­bie wszyst­kie naj­waż­niej­sze god­no­ści rzym­skie. Był kon­su­lem, a jeśli odstę­po­wał ten urząd zaufa­nemu przy­ja­cie­lowi, obej­mo­wał w zamian dyk­ta­turę, która, choć nomi­nal­nie stała na równi z kon­su­la­tem, w prak­tyce dawała wła­dzę nad nim i nad wszyst­kimi innymi urzę­dami. August dzier­żył też w swoim ręku zarząd pro­win­cji, któ­rych namiest­ni­ków mógł mia­no­wać wedle uzna­nia; był naczel­nym dowódcą armii; miał prawo robie­nia nowych zacią­gów, zawie­ra­nia pokoju i wypo­wia­da­nia wojny. W Rzy­mie ofia­ro­wano mu doży­wot­nią god­ność try­buna ludo­wego. Dzięki temu stał się nie­ty­kalny i mógł uchy­lać roz­po­rzą­dze­nia innych urzęd­ni­ków, pod­czas gdy do jego wła­snych nikt nie miał prawa się mie­szać.

Tytuł impe­ra­tora, który daw­niej ozna­czał tylko naczel­nego wodza, a dopiero ostat­nio zaczął być uży­wany na okre­śle­nie jedy­no­władcy, przy­znał też innym zasłu­żo­nym wodzom. Był rów­nież cen­zo­rem, co zapew­niało mu wpływ na dwa stany: sena­to­rów i ekwi­tów. Pod pre­tek­stem nie­mo­ral­nego pro­wa­dze­nia się mógł wykre­ślić każ­dego z listy sena­to­rów lub ekwi­tów, pozba­wić go urzędu i przy­wi­le­jów. Ten dowód nie­ła­ski odczu­wano bar­dzo bole­śnie. Zarzą­dzał też skar­bem pań­stwa. Wpraw­dzie był obo­wią­zany do skła­da­nia spra­woz­dań, lecz nie zna­lazł się śmia­łek, który by ich przed­ło­że­nia zażą­dał. Wie­dziano ogól­nie, że roz­gra­ni­cze­nie skarbu i pry­wat­nej szka­tuły było bar­dzo płynne.

Tak więc sku­piał w swym ręku naczelne dowódz­two armii, wła­dzę pra­wo­daw­czą, gdyż ule­gły senat uchwa­lał każdy wnio­sek cesa­rza, zarząd finan­sów i dozór nad oby­czaj­no­ścią, a osoba jego była nie­ty­kalna. Miał też prawo ska­za­nia w try­bie doraź­nym każ­dego oby­wa­tela, pro­stego chłopa czy sena­tora, na śmierć lub doży­wot­nie wygna­nie. Ostat­nio przy­jął god­ność naj­wyż­szego kapłana, co dawało mu roz­strzy­ga­jący głos we wszyst­kich spra­wach reli­gij­nych. Senat był gotów przy­znać mu każdy tytuł z wyjąt­kiem tytułu króla, oba­wiano się bowiem nara­zić ludowi.

August miał ochotę przy­jąć tytuł Romu­lusa. Lecz Liwia prze­ko­nała go, że przy­ję­cie imie­nia nale­żą­cego ongiś do króla jest kro­kiem bar­dzo ryzy­kow­nym i może nara­zić go na zarzut bluź­nier­stwa, gdyż Romu­lusa zali­czono w poczet bóstw opie­kuń­czych Rzymu. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak uwa­żała, że tytuł taki byłby zbyt skromny. Romu­lus był wła­ści­wie zwy­kłym dowódcą bandy roz­bój­ni­ków i nie nale­żał do naj­wyż­szych bogów. Tak więc za radą żony dał do zro­zu­mie­nia sena­towi, że miły byłby mu tytuł Augu­sta, a senat uczy­nił zadość życze­niu władcy. Słowo augu­stus łączyło się z wyobra­że­niem jakie­goś pra­wie boskiego maje­statu; w porów­na­niu z nim pospo­lity tytuł króla był po pro­stu niczym.

Iluż bowiem zwy­kłych kró­lów skła­dało haracz Augu­stowi! Ilu, zaku­tych w łań­cu­chy, szło za rydwa­nem trium­fa­tora! Czy nawet wielki król dale­kich Indii, zasły­szaw­szy o potę­dze Augu­sta, nie przy­słał posłów do Rzymu z prośbą o pomoc i przy­jaźń? Przy­wieźli wtedy z sobą wspa­niałe dary, kosz­towne mate­rie jedwabne i koronki, rubiny, szma­ragdy, sar­do­nyksy, tygry­sie oczka, nie widziane jesz­cze w Euro­pie; wraz z nim przy­je­chał bez­ręki chło­piec, Her­mes, który poka­zy­wał nie­zwy­kłe sztuczki nogami. Czy August nie poło­żył kresu dyna­stii egip­skiej, któ­rej początki się­gały pię­ciu wie­ków przed zało­że­niem Rzymu? I jakież znaki nie towa­rzy­szyły temu wiel­kiemu prze­wro­towi histo­rycz­nemu? Czy nie uka­zy­wały się na nie­bie ogni­ste tar­cze, czy nie padały krwawe desz­cze? Czy na głów­nej ulicy Alek­san­drii nie poja­wił się olbrzymi wąż i czyż nie zasy­czał gło­śno? Czy nie uka­zały się duchy zmar­łych fara­onów? Czy posągi ich nie marsz­czyły groź­nie brwi? Czy w Mem­fis święty byk Apis nie zary­czał bole­śnie, a potem się nie roz­pła­kał? Wszystko to utwier­dzało Liwię w jej prze­ko­na­niach.

Kobiety prze­waż­nie zakre­ślają dość skromne gra­nice swym ambi­cjom; rzadko która odważy się na śmiel­sze plany. Dla Liwii jed­nak nie ist­niały żadne gra­nice. Na to, co u każ­dej innej kobiety wyda­wa­łoby się sza­leń­stwem, ona pory­wała się z zimną krwią i wyra­cho­wa­niem. Nawet ja, który mia­łem tyle spo­sob­no­ści ją obser­wo­wać, dopiero z cza­sem nauczy­łem się odga­dy­wać, do jakiego wła­ści­wie celu dąży. A i wtedy zda­rzało się, że gdy osta­tecz­nie odkry­wała karty, wpra­wiała mnie w zdu­mie­nie. Może jed­nak będzie wła­ści­wiej opo­wie­dzieć wypadki w porządku histo­rycz­nym, nie zatrzy­mu­jąc się na razie nad skry­tymi moty­wami postę­po­wa­nia Liwii.

Za radą żony August wymógł na sena­cie wpro­wa­dze­nie kultu dwóch nowych bóstw, a mia­no­wi­cie: bogini Romy, sym­bolu nie­wie­ściej duszy rzym­skiego impe­rium, i pół­boga Juliusa, herosa wojen­nego, który był apo­te­ozo­wa­nym Juliu­szem Ceza­rem. (Cześć boską odda­wano Ceza­rowi na Wscho­dzie jesz­cze za życia; fakt, że się temu nie sprze­ci­wiał, był jed­nym z powo­dów, dla któ­rych go zamor­do­wano). August rozu­miał dosko­nale, że łącz­ność reli­gijna sil­niej wiąże pro­win­cje z Rzy­mem niż strach lub wdzięcz­ność. Zda­rzało się nie­raz, że rodo­wity Rzy­mia­nin, po dłuż­szym poby­cie w Egip­cie lub Azji Mniej­szej, zaczy­nał czcić tam­tej­sze bóstwa, a zapo­mi­nał o swo­ich, które sta­wały się dla niego tylko pustym dźwię­kiem. Z dru­giej strony w Rzy­mie uzna­wano roz­liczne reli­gie pod­bi­tych ludów, a w samym cen­trum mia­sta wzno­siły się wspa­niałe świą­ty­nie, na przy­kład Izydy lub Cybeli, prze­zna­czone zaiste nie tylko dla cudzo­ziem­ców. Wyda­wało się więc słuszne, aby Rzym, odwza­jem­nia­jąc się, ofia­ro­wał pod­bi­tym ludom swoje wła­sne bóstwa. Roma i Julius były wła­śnie prze­zna­czone dla oby­wa­teli rzym­skich zamiesz­ku­ją­cych pro­win­cje i miały im przy­po­mi­nać o ich pocho­dze­niu.

Następ­nie Liwia posta­rała się o to, że do sto­licy przy­były dele­ga­cje miast nie posia­da­ją­cych peł­nego prawa oby­wa­tel­skiego z prośbą, aby im pozwo­lono czcić ofi­cjal­nie któ­reś z bóstw rzym­skich. August za radą Liwii pół­żar­tem oświad­czył sena­towi, że nie można odma­wiać bie­da­kom jakie­goś skrom­nego boga, choć oczy­wi­ście nie zasłu­gują na bóstwa naj­wyż­sze, jak Roma i Julius. Wtedy powstał Mece­nas, mini­ster, z któ­rym August poprzed­nio już oma­wiał pro­jekt przy­ję­cia imie­nia Romu­lusa, i rzekł:

- Dajmy im więc boga, który będzie czu­wał nad nimi. Dajmy im Augu­sta.

August udał zmie­sza­nie, ale przy­znał, że wnio­sek Mece­nasa jest roz­sądny. Roz­po­czął od tego, że na Wscho­dzie odda­wa­nie czci boskiej wład­com jest ogól­nie przy­jęte i pań­stwo rzym­skie mogłoby z tego zwy­czaju wycią­gnąć dla sie­bie korzyść. Oczy­wi­ście, nie­moż­li­wo­ścią jest wpro­wa­dze­nie kultu całego senatu in cor­pore i wysta­wie­nie w każ­dym mie­ście sze­ściu­set przy­byt­ków. Unik­nąć tego można w ten spo­sób, że senat będzie czczony w oso­bie swego przed­sta­wi­ciela, któ­rym byłby tak zwany pierw­szy sena­tor, czyli on sam.

Każ­demu z sena­to­rów pochle­biało to, że będzie jedną sześć­setną czę­ścią bóstwa, i wnio­sek Mece­nasa prze­szedł bez prze­szkód, a wkrótce w Azji Mniej­szej powstały przy­bytki Augu­sta. Kult roz­sze­rzał się począt­kowo w pro­win­cjach pogra­nicz­nych, które były pod bez­po­śred­nią wła­dzą cesa­rza, nie wpro­wa­dzano go nato­miast do pro­win­cji bliż­szych, zarzą­dza­nych nomi­nal­nie przez senat, ani do samego Rzymu.

August apro­bo­wał zarówno wycho­waw­cze metody Liwii w sto­sunku do Julii, jak i jej zarzą­dze­nia gospo­dar­cze. Sam miał bar­dzo skromne upodo­ba­nia. Odzna­czał się tak nie­wraż­li­wym pod­nie­bie­niem, że nie potra­fił odróż­nić smaku świe­żej oliwy od zjeł­cza­łych resz­tek tłusz­czu, jaki się otrzy­my­wało, prze­pu­ściw­szy oliwki trzeci raz przez prasę. Odzież nosił tkaną w domu.

Cho­ciaż Liwia była wcie­lo­nym potwo­rem, trzeba spra­wie­dli­wie przy­znać, że gdyby nie jej nie­stru­dzona dzia­łal­ność, August ni­gdy nie doko­nałby tak olbrzy­miego dzieła, jakim było przy­wró­ce­nie pań­stwu rzym­skiemu, po tylu klę­skach wojen domo­wych, spo­koju i rów­no­wagi. August pra­co­wał czter­na­ście godzin na dobę. Liwia, jak mówiono, dwa­dzie­ścia cztery. Nie tylko zarzą­dzała całym wiel­kim gospo­dar­stwem domo­wym, ale na równi z mężem zaj­mo­wała się wszyst­kimi spra­wami pań­stwa. Tomów trzeba by na to, żeby spi­sać same tylko reformy, jakie prze­pro­wa­dzili wspól­nie w dzie­dzi­nie usta­wo­daw­stwa, sto­sun­ków spo­łecz­nych, admi­ni­stra­cji, reli­gii, woj­ska! Nie mówię już o robo­tach publicz­nych, które podej­mo­wali, o świą­ty­niach, które pod­nie­śli ze znisz­cze­nia, o kolo­niach, które zało­żyli. Pomimo to jeden z wybit­nych mężów star­szej gene­ra­cji nie mógł zapo­mnieć, że ta wspa­niała odbu­dowa pań­stwa opła­cona została krwią prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych bądź zabi­tych na polu walki, bądź skry­to­bój­czo wymor­do­wa­nych, bądź ska­za­nych na śmierć. Gdyby abso­lu­tyzm Augu­sta i Liwii nie krył się pod maską tra­dy­cyj­nych rzym­skich swo­bód, ni­gdy ich wła­dza nie utrzy­ma­łaby się tak długo. Lecz mimo to nie zabra­kło kan­dy­da­tów na Bru­tusa, któ­rzy czte­ro­krot­nie w ciągu życia Augu­sta pró­bo­wali zor­ga­ni­zo­wać prze­ciw niemu spi­sek.

ROZDZIAŁ III

Imię "Liwia" pozo­staje w ety­mo­lo­gicz­nym związku z łaciń­skim sło­wem ozna­cza­ją­cym zło­śli­wość. Babka moja była dosko­nałą aktorką: oka­zy­wała na zewnątrz tylko to, co chciała oka­zać. Podzi­wiano więc jej nie­na­ganne pro­wa­dze­nie się, bystrość umy­słu i wytwor­ność manier. W rze­czy­wi­sto­ści nikt jej nie lubił. Zło­śli­wość może naka­zać respekt, ale nie sym­pa­tię. Spo­kojni, lecz prze­ciętni ludzie w dziwny spo­sób odczu­wali w obec­no­ści Liwii swą wła­sną mier­ność duchową i umy­słową.

Pro­szę wyba­czyć, że tyle piszę o tej postaci. Ale jak tego unik­nąć? Jak wszyst­kie uczciwe rzym­skie histo­rie, tak i ta pisana jest wedle recepty "od jajek do jabłek". Oso­bi­ście wolę tę rzym­ską, niczego nie­po­mi­ja­jącą dokład­ność niż metodę Homera i w ogóle Gre­ków, albo­wiem zaczy­nają oni od razu od środka, a póź­niej, zależ­nie od tego, co im strzeli do głowy, cofają się lub wybie­gają naprzód. Nie­raz przy­cho­dziło mi na myśl, aby dla tych współ­ro­da­ków, któ­rzy nie mają szczę­ścia znać języka grec­kiego, napi­sać łaciń­ską prozą histo­rię tro­jań­ską. Zaczął­bym od jajka, z któ­rego wykluła się Helena, a skoń­czył­bym na jabł­kach poda­nych na deser pod­czas uczty wypra­wio­nej przez Ody­se­usza po powro­cie do domu i poko­na­niu zalot­ni­ków. Wypadki, pomi­jane przez Homera lub zby­wane kilku sło­wami, uzu­peł­nił­bym natu­ral­nie według póź­niejszych poetów lub wcze­śniej żyją­cego Daresa. Opo­wia­da­nie jego, choć pełne poetyc­kiej fan­ta­zji, wydaje mi się wia­ry­god­niej­sze niż Homera. Dares bowiem brał oso­bi­ście udział w woj­nie naj­pierw po stro­nie tro­jań­skiej, a następ­nie grec­kiej.

Oglą­da­łem kie­dyś starą cedrową szka­tułę pocho­dzącą, zdaje się, z pół­noc­nej Syrii. Kiedy ją otwo­rzy­łem, zoba­czy­łem na wewnętrz­nej stro­nie wieka dziwny rysu­nek z napi­sem: "Kró­lowa Tru­ci­zna". Twarz ale­go­rycz­nej postaci przed­sta­wia­ją­cej tru­ci­znę, choć nama­lo­wana przed stu z górą laty, do złu­dze­nia przy­po­mi­nała twarz Liwii. W związku z tym wypada mi opo­wie­dzieć o Mar­cel­lu­sie, synu Okta­wii z poprzed­niego mał­żeń­stwa. August był bar­dzo do niego przy­wią­zany; adop­to­wał go, obda­rzył urzę­dem bar­dzo poważ­nym jak na młody wiek chłopca i oże­nił z córką swą Julią. Ogól­nie sądzono w Rzy­mie, że uczyni Mar­cel­lusa swym następcą. Liwia nie sprze­ci­wiała się adop­cji. Prze­ciw­nie, zda­wało się, że przy­jęła ten fakt ze szcze­rym zado­wo­le­niem, i oka­zu­jąc Mar­cel­lu­sowi jak naj­więk­szą życz­li­wość, sta­rała się pozy­skać jego sym­pa­tię i zaufa­nie. Ser­decz­ność jej uczuć w tym wypadku zda­wała się nie ule­gać naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Ona to nakło­niła Augu­sta, by obda­rzał sio­strzeńca coraz to więk­szymi god­no­ściami, a Mar­cel­lus, dosko­nale wie­dząc o tym, oka­zy­wał Liwii należną wdzięcz­ność.

Nie­liczni tylko i co bystrzejsi domy­ślali się, że istot­nym moty­wem takiego postę­po­wa­nia Liwii jest chęć obu­dze­nia zazdro­ści w Agry­pie. Agrypa był w Rzy­mie naj­wy­bit­niej­szym po Augu­ście czło­wie­kiem. Pocho­dził wpraw­dzie z niskiego rodu, lecz był naj­star­szym przy­ja­cie­lem cesa­rza i wodzem chlu­bią­cym się naj­więk­szą liczbą zwy­cięstw na lądzie i na morzu. Jak dotąd Liwia dokła­dała wszel­kich sta­rań, żeby sto­sunki mię­dzy Augu­stem i Agrypą ukła­dały się jak naj­le­piej. Był to czło­wiek ambitny, ale do pew­nego tylko stop­nia: ni­gdy by nie rywa­li­zo­wał z Augu­stem, któ­rego uwiel­biał. Wystar­czało mu, że był naj­zau­fań­szym mini­strem cesa­rza. Ponadto był szcze­gól­nie draż­liwy na punk­cie swego pocho­dze­nia; draż­li­wość tę Liwia, wystę­pu­jąca jako wielka pani z patry­cju­szow­skiego rodu, potra­fiła zawsze odpo­wied­nio wyko­rzy­stać. War­tość, jaką Agrypa przed­sta­wiał dla Augu­sta i Liwii, nie pole­gała jed­nak wyłącz­nie na jego zasłu­gach, jego lojal­no­ści i popu­lar­no­ści, jaką się cie­szył wśród ludu i w sena­cie. Liwia potra­fiła tak pokie­ro­wać opi­nią, że Agrypa ucho­dził ogól­nie za porę­czy­ciela demo­kra­tycz­nych dążeń Augu­sta. Kiedy po zwy­cięstwie nad Anto­niu­szem odbyła się w sena­cie owa sławna, z góry ukar­to­wana debata mię­dzy Augu­stem a jego dwoma przy­ja­ciółmi, Mece­na­sem i Agrypą, Agrypa odra­dzał Augu­stowi przy­ję­cie ofia­ro­wy­wa­nej mu wła­dzy; w końcu, ustę­pu­jąc wobec argu­men­tów Mece­nasa i entu­zja­stycz­nych próśb senatu, oświad­czył, że tylko pod tym warun­kiem zosta­nie Augu­stowi wierny, jeśli ten poży­tecz­nego zwierzch­nic­twa nie zmieni w tyrań­ską samo­wolę. Odtąd ucho­dził za demo­kratę i puklerz repu­bli­kań­skich swo­bód prze­ciwko ewen­tu­al­nym zaku­som tyra­nii. Co zaapro­bo­wał Agrypa, miało apro­batę całego ludu. Ci więc, któ­rzy się domy­ślali moty­wów postę­po­wa­nia Liwii, uwa­żali, że budząc w Agry­pie zazdrość o Mar­cel­lusa, pro­wa­dzi grę bar­dzo nie­bez­pieczną. Toteż śle­dzili wypadki z naj­więk­szym napię­ciem. Być może uczu­cia Liwii do Mar­cel­lusa były udane i w rze­czy­wi­sto­ści dążyła do tego, żeby go usu­nął pod­ju­dzony przez nią Agrypa. Krą­żyły pogło­ski, jakoby ktoś z rodziny Agrypy ofia­ro­wał się wsz­cząć sprzeczkę z Mar­cel­lu­sem i zabić go, ale Agrypa, choć tra­wiony zazdro­ścią, był zbyt uczciwy, żeby przy­jąć podob­nie nik­czemną pro­po­zy­cję.

Jak ogól­nie przy­pusz­czano, August uczy­nił Mar­cel­lusa swym głów­nym spad­ko­biercą po to, żeby prze­ka­zać mu nie tylko swe nie­zmierne bogac­twa, ale i pań­stwo. Wie­dziano zaś, że Agrypa, choć był Augu­stowi zupeł­nie oddany i nie żało­wał, że go poparł w decy­du­ją­cym momen­cie, jako dobry patriota nie zgo­dziłby się ni­gdy na monar­chię dzie­dziczną. Lecz Mar­cel­lus cie­szył się obec­nie nie mniej­szą popu­lar­no­ścią niż Agrypa i nie­je­den z dobrze uro­dzo­nych i zaj­mu­ją­cych pewne sta­no­wi­ska mło­dych ludzi, dla któ­rych kwe­stia: monar­chia czy repu­blika, była zagad­nie­niem czy­sto aka­de­mic­kim, sta­rał się o względy Mar­cel­lusa jako następcy Augu­sta. Z tej ogól­nej goto­wo­ści akcep­to­wa­nia monar­chi­stycz­nej formy rządu Liwia zda­wała się zasad­ni­czo zado­wo­lona, oświad­czyła jed­nak pry­wat­nie, że w razie - od czego niech bogi chro­nią - śmierci lub nie­zdol­no­ści Augu­sta do rzą­dów, kie­row­nic­two spraw pań­stwowych do chwili powzię­cia przez senat osta­tecz­nej uchwały musi być powie­rzone bar­dziej doświad­czo­nym rękom niż Mar­cel­lus. Ale Mar­cel­lus był do tego stop­nia ulu­bień­cem Augu­sta, że choć zazwy­czaj opi­nia Liwii sta­wała się póź­niej edyk­tem cesar­skim, tym razem nie przy­wią­zy­wano wagi do jej słów i coraz wię­cej osób zabie­gało o jego względy.

* * *

23 r. p.n.e.

Prze­ni­kliwi obser­wa­to­rzy zada­wali sobie pyta­nie, jak Liwia wybrnie z tej sytu­acji, lecz szczę­ście zda­wało się jej sprzy­jać. Lek­kie zazię­bie­nie, jakiego naba­wił się August, nabrało nie­spo­dzia­nie poważ­nego cha­rak­teru: towa­rzy­szyła mu gorączka i wymioty. A choć Liwia wła­sno­ręcz­nie przy­go­to­wy­wała mężowi posiłki, osła­biony żołą­dek nie tra­wił niczego. August z dnia na dzień coraz bar­dziej opa­dał z sił i wresz­cie poczuł, że zbliża się śmierć. Nie­raz zwra­cano się do niego z prośbą o wska­za­nie następcy, lecz dotych­czas zawsze odma­wiał. Lękał się poli­tycz­nych kon­se­kwen­cji takiego kroku, a myśl o śmierci napeł­niała go głę­boką odrazą. Teraz jed­nak poczuł, że obo­wiąz­kiem jego jest mia­no­wać następcę, i zasię­gnął w tej spra­wie rady Liwii. Oświad­czył, że cho­roba ode­brała mu jasność myśli, więc gotów jest zasto­so­wać się do rady, któ­rej mu udzieli. Kiedy zgo­dził się na zapro­po­no­waną przez nią kan­dy­da­turę, Liwia posłała po dru­giego kon­sula, wyż­szych urzęd­ni­ków, wybit­niej­szych sena­to­rów i przed­sta­wi­cieli rycer­stwa. Zgro­ma­dzili się wszy­scy przy łożu kona­ją­cego. August, zbyt osła­biony, by mówić, wrę­czył tylko kon­su­lowi wykaz sił zbroj­nych pań­stwa i spra­woz­da­nie skar­bowe; następ­nie ski­nął na Agrypę i oddał mu swój sygnet. W ten spo­sób chciał zazna­czyć, że ma po nim objąć wła­dzę, lecz w ści­słym współ­dzia­ła­niu z kon­sulami. Była to wielka nie­spo­dzianka, wszy­scy bowiem sądzili, że wybór pad­nie na Mar­cel­lusa.

Zale­d­wie August doko­nał tego aktu, zaczął powra­cać do zdro­wia w cudowny po pro­stu spo­sób; gorączka nagle spa­dła, a żołą­dek znów zaczął przyj­mo­wać pokarm. Uzdro­wie­nie to przy­pi­sano jed­nak nie tyle sta­ra­niom Liwii, która przez cały czas cho­roby pie­lę­gno­wała męża, ile nie­ja­kiemu Muzie. Był to lekarz mający nie­szko­dli­wego zresztą bzika na punk­cie zim­nych okła­dów i zim­nych odwa­rów. August z wdzięcz­no­ści za wyle­cze­nie ofia­ro­wał mu tyle złota, ile sam ważył, a senat podwoił nagrodę. Ponadto Muza, cho­ciaż był wyzwo­leń­cem, otrzy­mał tytuł rycer­ski, co dało mu prawo nosze­nia zło­tego pier­ście­nia i ubie­ga­nia się o urzędy publiczne. Dziw­niej­sze nato­miast wydaje się uchwa­le­nie przy tej spo­sob­no­ści przez senat dekretu, mocą któ­rego wszy­scy leka­rze zostali zwol­nieni od podat­ków.

Decy­zja Augu­sta była dla Mar­cel­lusa cio­sem nie­zmier­nie bole­snym. Miał on wtedy zale­d­wie dwa­dzie­ścia lat i względy, jakimi darzył go wuj, wyro­biły w mło­dzieńcu prze­sadne mnie­ma­nie o wła­snych zdol­no­ściach i poli­tycz­nym zna­cze­niu. Pała­jąc żądzą odwetu, pozwo­lił sobie kie­dyś pod­czas uczty na gru­biań­skie zacho­wa­nie wobec Agrypy. Ten z tru­dem się poha­mo­wał. Fakt jed­nak, że nie wycią­gnął z tego zacho­wa­nia żad­nych kon­se­kwen­cji, kazał przy­pusz­czać zwo­len­ni­kom Mar­cel­lusa, że Agrypa po pro­stu się go boi. Zaczęli nawet opo­wia­dać, że jeśli August w ciągu roku czy dwóch nie zmieni swo­jej decy­zji, Mar­cel­lus posu­nie się do zama­chu stanu. Ponie­waż Mar­cel­lus nie usi­ło­wał poha­mo­wać zapę­dów swo­ich stron­ni­ków, roz­zu­chwa­lali się coraz bar­dziej i coraz czę­ściej docho­dziło do awan­tur mię­dzy nimi a par­tią Agrypy. Agrypa, dumny z tylu naj­wyż­szych urzę­dów, które pia­sto­wał, z tylu bitew, które wygrał, był w naj­wyż­szym stop­niu poiry­to­wany bez­czel­no­ścią "tego smar­ka­cza" jak zwykł nazy­wać Mar­cel­lusa. Poiry­to­wany i rów­no­cze­śnie zanie­po­ko­jony. Zaj­ścia bowiem, które miały miej­sce, mogłyby wska­zy­wać, że mię­dzy nim a Mar­cel­lusem toczy się walka o to, który z nich po śmierci Augu­sta włoży na palec pier­ścień cesar­ski. Walka taka wyda­wała mu się wysoce nie­wła­ściwa i za wszelką cenę chciał unik­nąć podej­rzeń, że dobro­wol­nie bie­rze w niej udział. Posta­no­wił więc cały cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści zwa­lić na Mar­cel­lusa, który pierw­szy roz­po­czął kroki agre­sywne, i w tym celu powziął decy­zję opusz­cze­nia Rzymu. Zgło­sił się więc do Augu­sta i popro­sił o nomi­na­cję na namiest­nika Syrii. Kiedy August spy­tał o powód tak nie­ocze­ki­wa­nej prośby, odparł, że widzi moż­ność zawar­cia z kró­lem Par­tów korzyst­nej umowy. Chce go mia­no­wi­cie nakło­nić, żeby w zamian za syna, który jako zakład­nik bawił na dwo­rze Augu­sta, zwró­cił Rzy­mowi orły legio­nowe i jeń­ców wzię­tych do nie­woli w woj­nie przed trzy­dzie­stoma laty. O kłótni z Mar­cel­lusem nie wspo­mniał ani sło­wem. Augu­stowi ta kłót­nia bar­dzo już doku­czyła; uczu­cie tylo­let­niej przy­jaźni dla Agrypy wal­czyło z pełną pobłaż­li­wo­ści miło­ścią ojcow­ską, jaką czuł dla Mar­cel­lusa. Nie zdo­był się nawet na nale­żytą ocenę szla­chet­no­ści przy­ja­ciela, gdyż tym samym musiałby się przy­znać do wła­snej sła­bo­ści. Toteż nie napo­mknął ani sło­wem o tej spra­wie, przy­znał, że istot­nie byłoby rze­czą bar­dzo ważną odzy­skać orły i jeń­ców, jeśli jesz­cze któ­ryś z nich żyje, i zapy­tał Agrypę, kiedy ma zamiar wyru­szyć. Ten, zasko­czony zacho­wa­niem Augu­sta, nie zro­zu­miał moty­wów, które nim kie­ro­wały. Przy­pusz­czał, że cesarz chce się go pozbyć i daje wiarę pogło­skom o rywa­li­za­cji z Mar­cel­lusem. Podzię­ko­wał więc za pozwo­le­nie, w chłod­nych sło­wach zapew­nił o swej lojal­no­ści i przy­jaźni i oświad­czył, że gotów jest odpły­nąć następ­nego dnia.

Nie udał się jed­nak do Syrii. Dopły­nął tylko do wyspy Les­bos i stam­tąd wysłał swego zastępcę, aby objął zarząd pro­win­cji. Agrypa wie­dział, że pobyt na Les­bos będzie uwa­żany za rodzaj wygna­nia, na które się nara­ził z powodu Mar­cel­lusa. Gdyby zaś udał się do Syrii, stwo­rzyłby pozory prze­ciw samemu sobie. Prze­ciw­nicy nie omiesz­ka­liby roz­gło­sić, że wyje­chał na Wschód, aby tam zebrać armię i wyru­szyć z nią na Rzym. Rów­no­cze­śnie pochle­biał sobie, że August nie obej­dzie się długo bez jego pomocy, gdyż był świę­cie prze­ko­nany, że Mar­cel­lus zamie­rza siłą zagar­nąć wła­dzę. Wyspa Les­bos znaj­do­wała się sto­sun­kowo nie­da­leko Rzymu. Agrypa, pamię­ta­jąc o swej urzę­do­wej misji, wysłał do króla par­tyj­skiego posłów, nie miał jed­nak nadziei zała­twić sprawy od ręki. Zawar­cie korzyst­nego układu ze wschod­nim władcą wymaga dużo czasu i dużo cier­pli­wo­ści.

Mar­cel­lusa obrano edy­lem; był to pierw­szy publiczny urząd i mło­dzie­niec sko­rzy­stał z tej spo­sob­no­ści, aby urzą­dzić wspa­niałe igrzy­ska. Nie tylko kazał roz­piąć nad teatrem zasłony chro­niące widzów od słońca i desz­czu, a wnę­trza przy­stroił boga­tymi kili­mami, lecz cały Rynek prze­mie­nił w olbrzymi róż­no­barwny namiot. Widok, zwłasz­cza w pro­mie­niach prze­świe­ca­ją­cego przez zasłony słońca, był rze­czy­wi­ście wspa­niały. Na te dra­pe­rie i zasłony poszły nie­wia­ry­godne ilo­ści czer­wo­nych, żół­tych i zie­lo­nych tka­nin, które po zakoń­cze­niu igrzysk pocięto na kawałki i roz­dano oby­wa­te­lom na ubra­nie i pościel. Z Afryki spro­wa­dzono wielką ilość dzi­kich zwie­rząt, zwłasz­cza lwów; odbyła się też walka mię­dzy pięć­dzie­się­cioma jeń­cami ger­mań­skimi a tyloma czar­nymi wojow­ni­kami z Maroka. August i Okta­wia hoj­nie dopo­mo­gli Mar­cel­lu­sowi w pokry­ciu wydat­ków. Kiedy Okta­wia poja­wiła się w uro­czy­stym pocho­dzie, przy­wi­tano ją tak hucz­nymi okla­skami, że Liwia z tru­dem powstrzy­mała łzy gniewu i zazdro­ści.

W dwa dni póź­niej Mar­cel­lus zacho­ro­wał, a objawy cho­roby były takie same jak pod­czas ostat­niej cho­roby Augu­sta. Posłano więc po Muzę. Stał się on nie­zmier­nie sławny i bogaty, za zwy­kłą wizytę żądał tysiąc sztuk złota i bar­dzo się cenił. W tych wszyst­kich wypad­kach, gdy pacjenci nie byli poważ­nie cho­rzy, samo jego nazwi­sko wystar­czało do natych­mia­sto­wego ich wyle­cze­nia. Rosła wiara w zimne okłady i odwary, któ­rych recepty lekarz trzy­mał w ści­słej tajem­nicy i nie chciał zdra­dzić nikomu. Zaufa­nie Augu­sta do niego było tak wiel­kie, że nie przej­mo­wał się cho­robą Mar­cel­lusa ani nie kazał prze­rwać igrzysk. Pomimo jed­nak nie­stru­dzo­nej opieki Liwii i naj­zim­niej­szych okła­dów i napo­jów, jakie prze­pi­sy­wał Muza, Mar­cel­lus umarł. Roz­pacz Augu­sta i Okta­wii była nie do opi­sa­nia; wypa­dek ten okrył żałobą całe pań­stwo. Wielu jed­nak trzeźwo patrzą­cych ludzi nie uwa­żało śmierci Mar­cel­lusa za stratę. Ich zda­niem po śmierci Augu­sta Mar­cel­lus usi­ło­wałby zostać jego następcą, co dopro­wa­dzi­łoby do wojny domo­wej mię­dzy nim a Agrypą. Obec­nie zaś jedy­nym ewen­tu­al­nym następcą był Agrypa. Rozu­mu­jąc w ten spo­sób, zapo­mniano o Liwii nie­złom­nie dążą­cej do tego - nie­po­prawny Klau­diu­szu, prze­cież obie­ca­łeś mówić o postęp­kach Liwii, a nie o ich moty­wach - żeby po śmierci Augu­sta w dal­szym ciągu rzą­dzić pań­stwem przy pomocy mego ojca i Tybe­riu­sza, który miał nomi­nal­nie spra­wo­wać wła­dzę. Dla­tego też sta­rała się, aby August adop­to­wał obu jej synów.

Śmierć Mar­cel­lusa umoż­li­wiła Tybe­riu­szowi mał­żeń­stwo z Julią i wszystko uło­ży­łoby się po myśli Liwii, gdyby w Rzy­mie nie wybu­chły nie­bez­pieczne zamieszki poli­tyczne. Pospól­stwo zaczęło się doma­gać przy­wró­ce­nia repu­bliki. Kiedy Liwia usi­ło­wała ze scho­dów pała­co­wych prze­mó­wić do tłumu, obrzu­cono ją bło­tem i zgni­łymi jaj­kami. August w tym cza­sie wyru­szył wła­śnie w towa­rzy­stwie Mece­nasa na objazd wschod­nich pro­win­cji. Wieść o roz­ru­chach dotarła do niego w Ate­nach. Liwia w krót­kich, pospiesz­nych sło­wach dono­siła, że trudno sobie wyobra­zić gor­szą sytu­ację niż obecna; za wszelką cenę więc należy uzy­skać pomoc Agrypy. August natych­miast wezwał sta­rego druha do sie­bie. Zakli­na­jąc go na dawną przy­jaźń, pro­sił, aby wró­cił do Rzymu i pod­trzy­mał zachwianą wiarę w demo­kra­tycz­ność rzą­dów. Lecz Agrypa zbyt długo żywił urazę, żeby z wdzięcz­no­ścią pospie­szyć na wezwa­nie. Przez trzy lata August napi­sał do niego tylko trzy listy, i to w tonie ści­śle ofi­cjal­nym. A czyż nie powi­nien go był odwo­łać zaraz po śmierci Mar­cel­lusa? Dla­czego ma teraz poma­gać Augu­stowi? W rze­czy­wi­sto­ści wszyst­kiemu była winna Liwia, która fał­szy­wie oce­niła sytu­ację poli­tyczną i przed­wcze­śnie porzu­ciła Agrypę. Dała nawet Augu­stowi do zro­zu­mie­nia, że Agrypa, choć bawi na Les­bos, zna wię­cej szcze­gó­łów doty­czą­cych tajem­ni­czej cho­roby Mar­cel­lusa niż kto­kol­wiek inny. Podobno też, jak mówiła, wia­do­mo­ścią o śmierci zda­wał się nie tyle zasko­czony, co ucie­szony.

Agrypa, sta­wiw­szy się przed Augu­stem, oświad­czył, że zbyt długo bawił z dala od Rzymu, stra­cił kon­takt z kołami poli­tycz­nymi sto­licy i nie czuje się na siłach podo­łać powie­rzo­nemu zada­niu. August zląkł się, że jeśli Agrypa w tym nastroju przy­bę­dzie do Rzymu, to gotów wystą­pić raczej w roli bojow­nika o wol­ność ludu niż poplecz­nika cesar­skich rzą­dów. Wyra­ziw­szy więc w uprzej­mych sło­wach swój żal, zawe­zwał czym prę­dzej Mece­nasa. Ten, zapy­tany o radę, pro­sił, żeby mu wolno było w imie­niu Augu­sta roz­mó­wić się z Agrypą w cztery oczy. W cza­sie tej roz­mowy miał wyba­dać, na jakich warun­kach legat zgo­dziłby się speł­nić żąda­nie cesa­rza. August zakli­nał Mece­nasa na wszyst­kich bogów, aby zro­bił to tak prędko, "jak gotuje się szpa­rag" (ulu­bione wyra­że­nie cesa­rza). Wtedy Mece­nas wziął Agrypę na stronę i powie­dział:

- No śmiało i otwar­cie, stary druhu, powiedz, czego żądasz. Rozu­miem cię. Sądzisz, że stała ci się krzywda, ale wierz mi, August miał też prawo sądzić, że jest nie mniej skrzyw­dzony przez cie­bie. Czy nie widzisz, że go krzyw­dzisz bra­kiem otwar­to­ści? Obraża to zarówno jego poczu­cie spra­wie­dli­wo­ści, jak i jego przy­jaźń do cie­bie. Gdy­byś był powie­dział otwar­cie, że stron­nic­two Mar­cel­lusa sta­wia cię w bar­dzo dwu­znacz­nej sytu­acji, a sam Mar­cel­lus obra­ził cię - o czym August, przy­się­gam, do dziś dnia nic nie wie - byłby zro­bił wszystko, co moż­liwe, aby to napra­wić. Jeśli mam mówić szcze­rze, zacho­wa­łeś się jak roz­ka­pry­szony dzie­ciak, August zaś potrak­to­wał cię jak pobłaż­liwy ojciec. Powia­dasz, że pisał do cie­bie ozię­błe listy? A czyż twoje były bar­dziej ser­deczne? A jakże ty się z nim poże­gna­łeś? Chcę dopro­wa­dzić do zgody mię­dzy wami, gdyż jeśli roz­łam ten trwać będzie dłu­żej, wszyst­kim nam grozi ruina. Obaj kocha­cie się ser­decz­nie, jak przy­stało dwóm naj­więk­szym Rzy­mia­nom. August oświad­czył mi, że jeśli pomó­wisz z nim otwar­cie, gotów jest odno­wić dawną przy­jaźń, a nawet uczy­nić ją bar­dziej zażyłą.

- Tak powie­dział?

- To jego wła­sne słowa. Czy mogę mu opo­wie­dzieć, jak ci przy­kro, żeś go obra­ził? Czy mogę wytłu­ma­czyć, że wszystko pole­gało na nie­po­ro­zu­mie­niu? Że opu­ści­łeś Rzym myśląc, że August zauwa­żył obe­lgę, jaką wtedy na uczcie rzu­cił pod twoim adre­sem Mar­cel­lus? Czy mogę oświad­czyć, że pra­gniesz, aby dawne błędy poszły w nie­pa­mięć, i liczysz, że przy­ja­ciel wyj­dzie w pół drogi na twoje spo­tka­nie?

A na to Agrypa:

- Sprytny z cie­bie czło­wiek i dobry przy­ja­ciel, Mece­na­sie. Idź, powiedz Augu­stowi, że jestem na jego roz­kazy.

- Powiem mu to z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią - odparł Mece­nas. - I dodam od sie­bie, że nie byłoby roz­trop­nie powie­rzać ci teraz misji przy­wró­ce­nia w Rzy­mie porządku, nie dając rów­no­cze­śnie jakie­goś poważ­nego dowodu oso­bi­stego zaufa­nia.

Udał się następ­nie do Augu­sta i oświad­czył:

- Ugła­ska­łem go już zupeł­nie; zrobi wszystko, czego żądasz. Ale tak jak dziecko, zazdro­sne o miłość ojca do innych dzieci, chce mieć dowód, że go rze­czy­wi­ście kochasz. Dosze­dłem do prze­ko­na­nia, że jedyna rzecz, która by mu dała pełną satys­fak­cję, to mał­żeń­stwo z Julią.

August musiał decy­do­wać się szybko. Przy­po­mniał sobie, że sto­sunki mię­dzy Agrypą i jego żoną, sio­strą Mar­cel­lusa, były od czasu rywa­li­za­cji obu mocno naprę­żone i że Agrypę posą­dzono o romans z Julią. Rad by był zasię­gnąć rady Liwii, ale nie mógł zwle­kać; jeśli jesz­cze tym razem zrazi sobie Agrypę, ni­gdy już nie zyska jego pomocy. Liwia napi­sała w liście: "za wszelką cenę" - miał więc pełną swo­bodę dzia­ła­nia. Kazał wezwać Agrypę i wtedy odbyła się uro­czy­sta scena pojed­na­nia, któ­rej świad­kiem był Mece­nas. August powie­dział, że jeśli Agrypa zechce oże­nić się z Julią, będzie to dla niego dowo­dem, że przy­jaźń, którą ceni ponad wszyst­kie inne, zostaje oparta na bez­piecz­nej pod­sta­wie. Agrypa roz­pła­kał się z rado­ści i pro­sił o prze­ba­cze­nie daw­nych błę­dów. Zapew­nił, że postara się być god­nym oka­za­nej mu przez Augu­sta ser­decz­no­ści i wspa­nia­ło­myśl­no­ści.

Po powro­cie do Rzymu, dokąd przy­był razem z Augu­stem, bez­zwłocz­nie roz­wiódł się i poślu­bił Julię. Mał­żeń­stwo to było przez ogół przy­jęte bar­dzo przy­chyl­nie, a uro­czy­sto­ści weselne odbyły się z takim prze­py­chem i roz­rzut­no­ścią, że zapo­mniano o wszyst­kich poli­tycz­nych pre­ten­sjach. Auto­ry­tet Augu­sta wzrósł dzięki pomyśl­nemu zakoń­cze­niu roko­wań, jakie Agrypa pro­wa­dził o zwrot legio­no­wych orłów rzym­skich. Zostały one oddane Tybe­riu­szowi, jako repre­zen­tan­towi cesa­rza. A trzeba pamię­tać, że orły te były droż­sze rzym­skiemu sercu niż mar­mu­rowe posągi bóstw. Powró­ciło też kilku jeń­ców, ale po trzy­dzie­sto­dwu­let­niej nie­woli nie było powodu cie­szyć się z ich powrotu, jakby to był jakiś suk­ces. Więk­szość zresztą wolała pozo­stać w kraju Par­tów, gdzie zago­spo­da­ro­wali się i poże­nili z auto­chton­kami.

Babka Liwia nie była wcale zachwy­cona zała­twie­niem sprawy z Agrypą; jedyną pocie­chą było doku­cze­nie Okta­wii, któ­rej córka zosta­wała na lodzie. Lecz Okta­wia nie dała po sobie poznać, jak bar­dzo obe­szła ją sprawa roz­wodu. Jesz­cze przez dzie­więć lat musiano korzy­stać z usług Agrypy. A gdy oka­zał się już zby­teczny, zmarł nagle w swej willi na wsi. August bawił w tym cza­sie w Gre­cji, nie prze­pro­wa­dzono więc bada­nia zwłok. Po zmar­łym pozo­stała gro­madka dzieci, trzech chłop­ców i dwie dziew­czynki - natu­ralni spad­ko­biercy Augu­sta na wypa­dek jego śmierci. Nie­ła­two było teraz Liwii obejść ich rosz­cze­nia na rzecz wła­snych synów.

Sytu­ację uła­twiła sama Julia. Zako­chała się bowiem w Tybe­riu­szu i pro­siła Augu­sta o inter­wen­cję, gro­żąc, że jeśli nie skłoni pasierba do oże­nie­nia się z nią, popełni samo­bój­stwo. Wobec tej groźby August ustą­pił, a Tybe­riusz, choć sama myśl mał­żeń­stwa z Julią była mu obmier­zła, nie śmiał prze­ciw­sta­wić się cesa­rzowi. Poślu­bił ją więc, roz­wiódł­szy się ze swą poprzed­nią żoną, Wip­sa­nią, córką Agrypy z pierw­szego mał­żeń­stwa, którą kochał namięt­nie. Kiedy po roz­wo­dzie spo­tkał ją przy­pad­kiem na ulicy, przy­sta­nął i długo patrzył za odcho­dzącą z tak bez­na­dziejną tęsk­notą w oczach, że August usły­szaw­szy o tym wypadku, pole­cił, aby ze względu na oby­czaj­ność przed­się­wzięto środki mające zapo­biec podob­nym spo­tka­niom w przy­szło­ści. W obu domach wyzna­czono więc spe­cjal­nych war­tow­ni­ków, któ­rzy mieli czu­wać nad tym, żeby eks-mał­żon­ko­wie przy­pad­kiem się nie spo­tkali. Nie­długo potem Wip­sa­nia wyszła za mąż za ambit­nego mło­dego szlach­cica, nie­ja­kiego Gal­lusa. Muszę też, póki pamię­tam, wspo­mnieć w tym miej­scu o mał­żeń­stwie moich rodzi­ców. Ojciec oże­nił się z Anto­nią, młod­szą córką Marka Anto­niu­sza i Okta­wii, w tym samym roku, w któ­rym przy­pa­dła cho­roba Augu­sta i śmierć Mar­cel­lusa.

Stryj Tybe­riusz był jed­nym ze złych Klau­diu­szów. Ponury, skryty i okrutny, tylko wobec trojga ludzi powścią­gał swe złe skłon­no­ści. Pierw­szym z nich był mój ojciec, jeden z naj­lep­szych Klau­diu­szów, pogodny, otwarty, szla­chetny; dru­gim August, czło­wiek uczciwy, wesoły, ser­deczny, który nie lubił Tybe­riusza, ale ze względu na matkę trak­to­wał go zawsze bar­dzo dobrze; trze­cią była Wip­sa­nia. Wpływ mego ojca ustał, a w każ­dym razie osłabł, z chwilą gdy obaj bra­cia doszli do wieku, kiedy roz­po­częli służbę woj­skową, zwłasz­cza że odby­wali ją na dwóch prze­ciw­le­głych krań­cach impe­rium. Potem przy­szedł roz­wód z Wip­sa­nią, a następ­nie osty­gły sto­sunki z Augu­stem, ura­żo­nym źle masko­waną nie­chę­cią Tybe­riusza do Julii. Stryj mój, pozba­wiony dodat­niego wpływu tych trojga, sta­wał się coraz gor­szy.

W tym miej­scu wypada mi opi­sać jego powierz­chow­ność. Był to wysoki męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach i jasnej cerze; roz­ro­sły i bar­czy­sty, a tak silny, że gniótł w rękach orze­chy, a twarde, nie­doj­rzałe jabłko prze­bi­jał pal­cem na wylot. Gdyby nie pewna ocię­ża­łość ruchów, byłby nie­wąt­pli­wie mistrzem walki na pię­ści. Pew­nego razu, tre­nu­jąc z jed­nym z przy­ja­ciół bez ręka­wic pię­ściarskich zaopa­trzo­nych w oło­wiane cię­żarki, gołą ręką zadał cios tak potężny, że strza­skał prze­ciw­ni­kowi czaszkę. Idąc, wysu­wał stale głowę naprzód, a oczy miał zawsze spusz­czone; można by go nawet nazwać przy­stoj­nym, gdyby twa­rzy nie szpe­ciło mnó­stwo prysz­czy; ponadto miał zbyt wyłu­pia­ste oczy i zawsze był nachmu­rzony. Jeżeli posągi przed­sta­wiają go jako nie­prze­cięt­nie pięk­nego męż­czy­znę, to tylko dla­tego, że rzeź­bia­rze pomi­jali wspo­mniane wady. Mówił mało i tak wolno, że w roz­mo­wie z nim zawsze miało się ochotę skoń­czyć za niego zda­nie i odpo­wie­dzieć mu rów­nie wolno. Lecz kiedy wystę­po­wał publicz­nie, potra­fił nadać swym sło­wom szcze­gólną suge­styw­ność. Prędko wyły­siał i tylko z tyłu czaszki pozo­stało mu tro­chę wło­sów, któ­rych nie strzygł, według zwy­czaju daw­nych patry­cju­szów. Ni­gdy nie cho­ro­wał.

Choć w spo­łe­czeń­stwie rzym­skim Tybe­riusz nie cie­szył się popu­lar­no­ścią, był dosko­na­łym wodzem. Wskrze­sił w woj­sku dawną surową dys­cy­plinę, ale ponie­waż w cza­sie kam­pa­nii nie oszczę­dzał się, rzadko sypiał w namio­cie, a jadł i pił to samo co każdy sze­re­go­wiec i zawsze pierw­szy szedł na czele oddziału do ataku, więc żoł­nie­rze woleli słu­żyć pod nim niż pod innym dowódcą, może bar­dziej dobro­dusz­nym i wyro­zu­mia­łym, ale nie wzbu­dza­ją­cym takiego zaufa­nia. Tybe­riusz ni­gdy się nie uśmiech­nął do swych żoł­nie­rzy, ni­gdy ich nie pochwa­lił, czę­sto prze­mę­czał mar­szami i pracą.

- Niech mnie nie­na­wi­dzą, byleby słu­chali - zwykł był mówić.

Cen­tu­rio­nów i niż­szych ofi­ce­rów trzy­mał rów­nie krótko jak sze­re­gow­ców, nie było więc skarg na fawo­ry­zo­wa­nie przez niego kogo­kol­wiek. Zresztą służba pod Tybe­riu­szem przy­no­siła pokaźne zyski. Zazwy­czaj pozwa­lał żoł­nie­rzom plą­dro­wać i łupić nie­przy­ja­ciel­skie mia­sta i obozy. Wal­czył zwy­cię­sko w Arme­nii, w kraju Par­tów, Ger­ma­nii, Hispa­nii, Dal­ma­cji, w Alpach i Galii.

Ojciec mój, jak powie­dzia­łem, nale­żał do naj­lep­szych Klau­diu­szów. Był rów­nie silny jak jego brat, ale wygląd miał o wiele sym­pa­tycz­niej­szy, a jako wódz mógł się pochlu­bić nie mniej­szymi suk­ce­sami. Wszyst­kich żoł­nie­rzy trak­to­wał jak oby­wa­teli rzym­skich, a więc zasad­ni­czo bez względu na rangę i wykształ­ce­nie jako rów­nych sobie. Nie cier­piał kar; wydał roz­kaz, że, o ile to moż­liwe, wszyst­kie wykro­cze­nia prze­ciw dys­cy­pli­nie mają być sądzone przez towa­rzy­szy obwi­nio­nego, któ­rzy powinni sami dbać o dobre imię plu­tonu czy kom­pa­nii. Nie wolno im było tylko ska­zać na śmierć lub taką karę cie­le­sną, która by czy­niła win­nego nie­zdol­nym do peł­nie­nia służby woj­sko­wej. Jeżeli uwa­żali, że wykro­cze­nie prze­kra­cza ich kom­pe­ten­cje, powinni się zwró­cić do dowódcy legionu; zasad­ni­czo jed­nak życzył sobie, żeby zała­twiali te sprawy mię­dzy sobą. Optio5, za zezwo­le­niem wła­ści­wego cen­tu­riona, mogli ska­zać sze­re­gowca na chło­stę, ale tylko w takich wypad­kach, jak tchó­rzo­stwo oka­zane w cza­sie bitwy lub okra­dze­nie towa­rzy­sza, prze­stęp­stwa świad­czące nie­wąt­pli­wie o nik­czem­no­ści cha­rak­teru, uspra­wie­dli­wia­ją­cej karę. Wychło­sta­nemu nie wolno już było wra­cać do oddziału, prze­no­szono go do tabo­rów lub do służby kan­ce­la­ryj­nej, co było uwa­żane za pew­nego rodzaju degra­da­cję. Żoł­nierz, który wyrok towa­rzy­szy lub optio uwa­żał za nie­spra­wie­dliwy, mógł się odwo­łać do naczel­nego wodza. Było jed­nak mało praw­do­po­dobne, aby tego rodzaju wyroki w prak­tyce wyma­gały rewi­zji. Te metody dawały wyniki wprost cudowne, ojciec mój bowiem był sam uoso­bie­niem cnót żoł­nier­skich i potra­fił natchnąć swych pod­ko­mend­nych takim duchem, do jakiego inni dowódcy nie uwa­żali ich nawet za zdol­nych. Łatwo jed­nak zro­zu­mieć, jak nie­bez­pieczna sta­wała się sytu­acja, gdy oddziały w ten spo­sób trak­to­wane dosta­wały póź­niej innego wodza. Raz roz­bu­dzone poczu­cie nie­za­leż­no­ści trudno ode­brać. Zawsze też docho­dziło do zamie­szek, gdy oddziały słu­żące pod komendą ojca dosta­wały się póź­niej pod komendę mego stryja. I odwrot­nie, żoł­nie­rze słu­żący pod Tybe­riu­szem do dys­cy­pliny mego ojca odno­sili się z nie­chę­cią i podejrz­li­wo­ścią. Przy­wy­kli bowiem wza­jem­nie osła­niać swoje występki i cheł­pić się spryt­nym uni­ka­niem kary. A ponie­waż w woj­sku Tybe­riu­sza chło­sta spo­ty­kała żoł­nie­rza za byle dro­biazg, za to na przy­kład, że nie pytany śmiał się ode­zwać do ofi­cera lub pozwo­lił sobie na zbyt­nią otwar­tość, więc bli­zny po razach uwa­żano raczej za zaszczytną niż hań­biącą oznakę.

Naj­więk­sze zwy­cię­stwa odniósł mój ojciec w Alpach, Galii, Galii Bel­gij­skiej, a przede wszyst­kim w Ger­ma­nii, gdzie imię jego, jak sądzę, ni­gdy nie będzie zapo­mniane. Zawsze można go było zna­leźć w naj­więk­szym wirze walki. Ambi­cją jego było doko­nać czynu, który w histo­rii rzym­skiej zda­rzył się dwa razy tylko - zabić wła­sno­ręcz­nie dowódcę sił prze­ciw­nych i zedrzeć z niego zbroję. Kil­ka­krot­nie był już bli­ski celu swych marzeń, ale zawsze zdo­bycz wymy­kała mu się z rąk. Albo prze­ciw­nik ucie­kał z pola bitwy, albo pod­da­wał się, albo wresz­cie w zada­niu śmier­tel­nego ciosu ubie­gał go któ­ryś z żoł­nie­rzy. Wete­rani, kiedy opo­wia­dali mi o ojcu, aż zachły­sty­wali się z zachwytu.

- Och, serce rosło - mówili - gdy się patrzyło, jak twój ojciec na swym czar­nym koniu w odmę­cie walki bawił się w ciu­ciu­babkę z ger­mań­skimi wodzami. Cza­sem musiał dzie­się­ciu z przy­bocz­nej świty powa­lić, nim dobił się do znaku legio­no­wego, a tym­cza­sem pta­szek już wyfru­nął.

Z naj­więk­szą zaś dumą wspo­mi­nali, że słu­żyli pod wodzem, który jako pierw­szy Rzy­mia­nin prze­ma­sze­ro­wał wzdłuż całego Renu od Szwaj­ca­rii do Morza Pół­noc­nego.

ROZDZIAŁ IV

Dzia­dek mój, jak już wspo­mnia­łem, sta­rał się roz­bu­dzić w swych synach przede wszyst­kim umi­ło­wa­nie wol­no­ści. Słowa jego nauk zapa­dły głę­boko w duszę mego ojca. Już jako mały chło­piec posprze­czał się ze star­szym o pięć lat Mar­cel­lu­sem, któ­remu August nadał tytuł "przy­wódcy mło­dzieży". Tytuł ten, jak twier­dził mój ojciec, został nadany tylko na czas tak zwa­nej "Zabawy tro­jań­skiej" (zawo­dów na Polu Mar­so­wym mię­dzy kon­nymi oddzia­łami synów ekwi­tów i sena­to­rów) i nie upraw­niał Mar­cel­lusa do spra­wo­wa­nia nad chłop­cami wła­dzy sądow­ni­czej, jaką sobie od tego czasu przy­własz­czył; on, Dru­zus, jest wol­nym oby­wa­te­lem rzym­skim i ni­gdy nie ścierpi podob­nej tyra­nii. Przy­po­mniał też, że stroną prze­ciwną w cza­sie zabawy dowo­dził Tybe­riusz i że Tybe­riuszowi wła­śnie przy­pa­dło w udziale zwy­cię­stwo. W końcu wyzwał Mar­cel­lusa na poje­dy­nek. August uba­wił się tą histo­rią ser­decz­nie i długi czas nie nazy­wał mego ojca ina­czej jak "wol­nym oby­wa­te­lem rzym­skim".

Ojciec nie lubił prze­by­wać w Rzy­mie i ile­kroć przy­je­chał do sto­licy, pra­gnął jak naj­prę­dzej wyrwać się z powro­tem do obozu. Zbyt iry­to­wały go mno­żące się z każ­dym rokiem objawy słu­żal­czo­ści i płasz­cze­nia się przed Augu­stem. Pew­nego roku, kiedy August z Tybe­riu­szem bawili w Galii, musiał, jako jeden z wyż­szych urzęd­ni­ków, dłuż­szy czas spę­dzić w Rzy­mie. Miał wtedy spo­sob­ność aż do obrzy­dze­nia napa­trzyć się roz­pa­no­szo­nemu karie­ro­wi­czo­stwu i poli­tycz­nym intry­gom. Doszedł wresz­cie do prze­ko­na­nia, jak mi to opo­wia­dał po latach jeden z jego przy­ja­ciół, że wię­cej sta­ro­rzym­skiego umi­ło­wa­nia wol­no­ści można zna­leźć wśród pro­stych żoł­nie­rzy niż w całym sta­nie sena­tor­skim. W tym też sen­sie, krótko przed śmier­cią, napi­sał list do Tybe­riu­sza. List wysłany z obozu w środ­ko­wej Ger­ma­nii, gdzie ojciec wtedy prze­by­wał, tchnął wielką gory­czą.

"Niczego bar­dziej nie pra­gną­łem - pisał - jak tego, by August poszedł za przy­kła­dem dyk­ta­tora Sulli. Ten, poko­naw­szy i zmu­siw­szy do ule­gło­ści prze­ciw­ni­ków, osią­gnął wpraw­dzie w Rzy­mie nie­ogra­ni­czoną wła­dzę, lecz zatrzy­mał ją w swych rękach tylko do chwili upo­rząd­ko­wa­nia spraw pań­stwa. Doko­naw­szy tego, zrzekł się wszyst­kich zaszczy­tów i żył jako czło­wiek pry­watny. Zresztą August sam nie­jed­no­krot­nie oświad­czał, że zamie­rza podob­nie postą­pić. Niech­że więc nie zwleka, aby nie było za późno. Sze­regi daw­nego rycer­stwa mocno się prze­rze­dziły; pro­skryp­cje i wojna domowa zabrały co śmiel­szych i uczciw­szych. Nie­do­bitki zmie­szały się z tłu­mem nowych ekwi­tów - jeśli można ich tak nazwać - a spo­sób, w jaki jedni i dru­dzy odno­szą się do cesar­skiej pary, coraz bar­dziej przy­po­mina sto­su­nek nie­wol­ni­ków do panów. Nie­długo Rzym gotów zapo­mnieć o praw­dzi­wej wol­no­ści i ulec tyra­nii rów­nie bar­ba­rzyń­skiej i despo­tycz­nej jak ta, pod którą jęczą pań­stwa Wschodu.

Nie dla­tego - pisał dalej - odby­łem tyle uciąż­li­wych kam­pa­nii pod naczel­nym dowódz­twem Augu­sta, aby przy­spie­szyć nadej­ście takiej klę­ski. August był mi dru­gim ojcem, ale ani miłość, ani głę­boki podziw, jaki dla niego żywię, nie mogą mnie powstrzy­mać od powie­dze­nia tego, co czuję".

Następ­nie zapy­ty­wał Tybe­riu­sza, co sądzi o tym, by we dwóch spró­bo­wali nakło­nić, a nawet zmu­sić Augu­sta do ustą­pie­nia.

"Jeśli się zgo­dzi, będę go tysiąc razy bar­dziej kochał i podzi­wiał. Musimy jed­nak pamię­tać, że naj­więk­szą prze­szkodą w urze­czy­wist­nie­niu tych pla­nów będzie, nie­stety, nasza wła­sna matka. Jest to kobieta żądna wła­dzy, która zaspo­ko­je­nie swych wygó­ro­wa­nych ambi­cji znaj­duje w skry­tym wywie­ra­niu wpływu na rządy".

Nie­szczę­ście chciało, że kiedy wpro­wa­dzono kuriera, Tybe­riusz znaj­do­wał się wła­śnie w towa­rzy­stwie Augu­sta i Liwii.

- Poczta od waszego szla­chet­nego brata - zawo­łał posła­niec, odda­jąc pakiet.

Tybe­riusz, nie przy­pusz­cza­jąc, że list może zawie­rać wia­do­mo­ści, które powinny pozo­stać tajem­nicą dla cesar­skiej pary, popro­sił o pozwo­le­nie prze­czy­ta­nia go.

- Pro­szę bar­dzo - rzekł August. - Ale prze­czy­taj go nam na głos - i odda­liw­szy ski­nie­niem ręki służbę, dorzu­cił: - No, nie traćmy czasu! Cie­kaw jestem, jakie tam nowe odniósł zwy­cię­stwa. Zresztą zawsze z przy­jem­no­ścią czy­tam listy Dru­zusa. Dosko­nale włada pió­rem i pisze znacz­nie bar­dziej zaj­mu­jąco niż ty, Tybe­riu­szu. No, nie gnie­waj się za to porów­na­nie i czy­taj, a prędko.

Tybe­riusz usłu­chał wezwa­nia, ale już po kilku sło­wach utknął i spą­so­wiał. Chciał prze­sko­czyć nie­bez­pieczny ustęp, ale nie było to łatwe, gdyż sta­no­wił on trzy czwarte listu. Dopiero w zakoń­cze­niu ojciec prze­szedł na inne tematy: skar­żył się na bóle głowy będące następ­stwem otrzy­ma­nej rany, opo­wia­dał o trud­no­ściach mar­szu na Elbę i o dziw­nych zna­kach, jakie się ostat­nio poja­wiły; noc w noc spa­dały całe roje gwiazd, w lasach sły­chać było głosy przy­po­mi­na­jące nie­wie­ście zawo­dze­nia, a pew­nego ranka o świ­cie dwóch mło­dzień­ców z wyglądu podob­nych do bogów, w grec­kich sza­tach, prze­je­chało na bia­łych koniach środ­kiem obozu. Wresz­cie Ger­manka jakaś, wzro­stem prze­wyż­sza­jąca śmier­telne kobiety, poja­wiła się u wej­ścia do jego namiotu i w grec­kim języku prze­strze­gała, aby nie posu­wał się dalej, gdyż losy są mu wro­gie.

Tybe­riusz prze­czy­tał jedno słowo stąd, dru­gie stam­tąd, zająk­nął się, mruk­nął, że pismo jest nie­czy­telne; zaczął czy­tać dalej, znów urwał i wresz­cie prze­pro­sił, że nie może dokoń­czyć.

- Co to zna­czy? - zawo­łał August. - Nie potra­fisz listu prze­czy­tać?!

Tybe­riusz oprzy­tom­niał tro­chę.

- Prawdę mówiąc, potra­fię, ale list nie­wart czy­ta­nia. Widać brat mój nie czuł się cał­kiem dobrze, gdy go pisał.

August zanie­po­koił się.

- Ale chyba nie jest poważ­nie chory?

Liwia od razu się domy­śliła, że w liście musi być coś, co Tybe­riusz pra­gnie ukryć przed nią albo przed Augu­stem. Uda­jąc, że czu­łość macie­rzyń­ska wzięła górę nad zasa­dami dobrego wycho­wa­nia, wyrwała Tybe­riuszowi list z ręki. Prze­czy­tała go i z wyra­zem nie­smaku podała Augu­stowi.

- To sprawa, która tylko cie­bie doty­czy - rze­kła. - Syn mój oka­zuje się wpraw­dzie wyrod­kiem, ale nie do mnie należy uka­ra­nie go, lecz do cie­bie jako jego opie­kuna i głowy pań­stwa.

August zanie­po­ko­jony prze­czy­tał list, lecz nie­przy­jem­nie dotknęły go nie tyle słowa skie­ro­wane prze­ciw niemu, co zda­nie mogące obra­zić Liwię. W rze­czy­wi­sto­ści, pomi­ja­jąc przy­kre słowo "zmu­sić", August w głębi duszy podzie­lał poglądy mego ojca, cho­ciaż oskar­że­nie wymie­rzone prze­ciwko Liwii doty­czyło pośred­nio i jego, spo­tkał go bowiem zarzut, że wbrew wła­snym prze­ko­na­niom ulega wpły­wom żony. Zacho­wa­nie się senatu i urzęd­ni­ków nosiło nie­wąt­pli­wie cechy upa­dla­ją­cego słu­żal­stwa. August, podob­nie jak mój ojciec, z nie­chę­cią patrzył na to, co się działo, i przed klę­ską zadaną Anto­niu­szowi zapo­wie­dział publicz­nie, że usu­nie się w zaci­sze domowe, gdy tylko ostatni wróg pań­stwa zosta­nie poko­nany. A i póź­niej w róż­nych prze­mó­wie­niach kil­ka­krot­nie napo­my­kał o szczę­śli­wym dniu, w któ­rym dzia­łal­ność swą będzie mógł uwa­żać za skoń­czoną. Dość miał już poli­tyki i zaszczy­tów, marzył o tym, żeby wresz­cie odpo­cząć. Do tego babka moja nie chciała za żadną cenę dopu­ścić. Wciąż tłu­ma­czyła mężowi, że zada­nie jego nie jest jesz­cze nawet w poło­wie ukoń­czone i że jeśli ustąpi, w pań­stwie z powro­tem zapa­nuje zupełny roz­gar­diasz. Przy­zna­wała mężowi, że pracę ma nie­ła­twą, lecz prze­cież ona pra­cuje jesz­cze cię­żej, a nie może nawet liczyć na bez­po­śred­nią ofi­cjalną rekom­pen­satę. Trzeba nie mieć za grosz zasta­no­wie­nia - dowo­dziła - żeby skła­dać urząd i jako pry­watny czło­wiek wysta­wiać się na nie­bez­pie­czeń­stwo pocią­gnię­cia do odpo­wie­dzial­no­ści i na bani­cję. Należy pamię­tać też o skry­tej nie­na­wi­ści, jaką żywią do niego rodziny tych, któ­rych kazał zgła­dzić lub pozba­wił zaszczy­tów. Jako czło­wiek pry­watny będzie prze­cież musiał zre­zy­gno­wać ze straży przy­bocz­nej i komendy nad armią. Niech więc spra­wuje urząd przez następne dzie­sięć lat, potem może sto­sunki zmie­nią się na lep­sze.

August ustę­po­wał i rzą­dził w dal­szym ciągu. Pre­ro­ga­tywy monar­sze uchwa­lano mu na pięć lub czę­ściej na dzie­sięć lat, a po upły­wie tego okresu prze­dłu­żano na nowe dzie­się­cio­le­cie.

Kiedy August skoń­czył czy­tać nie­szczę­sny list, Liwia spoj­rzała na niego groź­nie.

- No i co? - spy­tała.

- Skłonny jestem zgo­dzić się z Tybe­riu­szem - odparł łagod­nym gło­sem. - Mło­dzie­niec, pisząc ten list, musiał być chory. To skutki prze­mę­cze­nia. Zwró­ci­łaś uwagę na ostatni ustęp, w któ­rym wspo­mina o następ­stwach otrzy­ma­nej w głowę rany i o zja­wach, które widział. To wła­śnie naj­lep­szy dowód. Dru­zus potrze­buje wypo­czynku. Wśród okrop­no­ści wojny musiał się widać zała­mać - on, taki szla­chetny. Pusz­cze ger­mań­skie nie są odpo­wied­nim miej­scem dla ludzi psy­chicz­nie wyczer­pa­nych. Prawda, Tybe­riu­szu? Wystar­czy dłuż­szy czas słu­chać cią­głego wycia wil­ków, żeby nerwy poszły w strzępy. Co byście powie­dzieli na to, gdy­bym go odwo­łał teraz do Rzymu? Kiedy tak prze­trze­pał skórę Ger­ma­nom, że nie­prędko zapo­mną tę nauczkę. Z przy­jem­no­ścią zoba­czę go znowu. Tak, koniecz­nie musimy go tu spro­wa­dzić. Prze­cież miło ci będzie zoba­czyć syna, Liwio, prawda?

Lecz Liwia nie dała odpo­wie­dzi. Wciąż chmurna zwró­ciła się do Tybe­riu­sza:

- A co ty o tym sądzisz?

Mój stryj oka­zał się lep­szym poli­ty­kiem od Augu­sta i lepiej znał swoją matkę.

- Mój brat jest nie­wąt­pli­wie chory - odparł - lecz nawet cho­roba nie uspra­wie­dli­wia tak sprzecz­nego z synow­skimi uczu­ciami postę­po­wa­nia i tak sza­lo­nych pomy­słów. Zga­dzam się z tym, żeby go wezwać do Rzymu, ale przede wszyst­kim w tym celu, aby mu wyka­zać całą potwor­ność podob­nych insy­nu­acji rzu­ca­nych na kobietę tak skromną, tak oddaną swoim synom jak nasza matka. Tyle tro­skli­wo­ści, tyle samo­za­par­cia nie­czę­sto się spo­tyka. Obu­rza mnie też lek­ko­myśl­ność Dru­zusa. List podob­nej tre­ści wysy­łać kurie­rem przez nie­przy­ja­ciel­ski kraj! I co za dzie­cinny argu­ment z tym Sullą. Wszy­scy dosko­nale wie­dzą, że gdy tylko Sulla zło­żył wła­dzę, wojna domowa wybu­chła na nowo i reformy jego zostały oba­lone.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki