Bolesna dojrzałość
Monodram, produkt osobisty brutto, jest efektem mojego uczestnictwa w warsztatach dramatopisarskich zorganizowanych na przełomie 2018 i 2019 roku przez Narodowy Stary Teatr w Krakowie, prowadzonych przez dramatolożkę Agatę Dąbek, specjalistkę w dziedzinie znajomości form pisania dla sceny, zwłaszcza sceny XX i XXI wieku.
Był to czas, kiedy potrzebowałam w swoim życiu jakiejś zmiany, nowego rodzaju wyzwania - i takim stało się rzeczywiście napisanie czegoś dla potencjalnego widza, dla teatru (wystawienie własnej pracy na jego deskach to obecnie rzecz dla mnie nieosiągalna, ale pomarzyć sobie można). To pierwsza moja sztuka teatralna i jak na razie jedyna. Chciałam się sprawdzić w obcym dla mnie dotąd rodzaju literackim i to zrobiłam. Mój utwór dramatyczny - wraz ze sztukami moich wspaniałych koleżanek po piórze - opublikował Stary Teatr w antologii cyfrowej Nasz głos.
Pod względem literackim pracowałam w owym czasie dwutorowo, gdyż wraz z mężem tworzyliśmy książkę Psychiatra i demony. Powieść biograficzna o profesorze Antonim Kępińskim. Z wiadomych powodów rozmyślałam wówczas sporo nad życiem żony profesora. Podobnie jak ona jestem żoną lekarza-pisarza, wczuwając się więc w postać Jadwigi, poczułam jakieś powinowactwo dusz. Ale nie było to zupełne utożsamienie się z nią. Z pewnością mogłam ją zrozumieć, ale nie zdołałam w pełni się z nią zidentyfikować.
Zastanawiałam się nad tym, na ile jesteśmy podobne, a na ile różne. Zwykle uśmiechnięta na fotografiach... jaka była naprawdę? Czy wiodła szczęśliwe życie u boku Antoniego? Czy czuła, że żyje w cieniu męża? Czy chciała robić coś ponad to, co robiła, ale mały chłopiec w Kępińskim wymagał od niej ofiary, ponadnormatywnego poświęcenia? Co ją bolało, a co cieszyło? Czym tak naprawdę się interesowała? Pytania się mnożyły, a jednoznacznych odpowiedzi nigdy nie uzyskałam, gdyż Jadwiga Kępińska (z domu Kłodzińska) jest postacią, o której historia wie niewiele.
Piękna, towarzyska, bezpośrednia, dowcipna, wysportowana dziewczyna przerwała studia (historia sztuki), by oddać się całkowicie roli żony i matki (w tej drugiej nie dane jej się było spełnić). Zajmowała się mieszkaniem, posiłkami, garderobą, kotami, no i mężem, który sukcesywnie zdobywał kolejne stopnie naukowe; czasem ugościła jakiegoś pacjenta obiadem, czasem któregoś wspomogła finansowo; szyła majtki dla dzieci umieszczonych na oddziale psychiatrycznym, kupowała im drobne upominki; grywała w brydża; trochę czytała; dbała o bratanicę; podróżowała z mężem. To chyba tyle.
Ocieniona charyzmą genialnego lekarza-pisarza, Jadwiga Kępińska zdawała się niemal niewidoczna. Można by rzec, że stanowiła uroczy dodatek, niczym piórko u kapelusza, na drodze życiowej profesora Antoniego. Zrezygnowała z własnych ambicji, by on mógł realizować swoje, co zrobił zresztą z ogromnym poświęceniem i wiarą w to, że przyszłe pokolenia docenią jego medyczno-literacki kunszt. Wierzę jednak, że zdarzały się w jej życiu dni, kiedy tego żałowała.
Gdy wynosi się pod niebiosa zasługi wielkich mężów, zwykle zapomina się o tym, jak wiele zawdzięczają oni skromnej zapobiegliwości swoich partnerek. Bo przecież, żeby stwarzać nowe światy uczuć i myśli, potrzebny jest pewien poziom stabilizacji, spokojne ognisko domowe, którego opiekunkami są właśnie kobiety. Ale czy ta rola nie mści się potem na nich?
Szczerze wyznaję, że wykorzystałam postać żony krakowskiego psychiatry i eseisty, ale stworzyłam bohaterkę wedle praw własnej wyobraźni. Zaznaczam więc, że tak przedstawiona Jadwiga to w połowie żona legendarnego lekarza, a w połowie jakieś moje alter ego. Na początku to kobieta zupełnie nieświadoma własnego poddaństwa w patriarchalnym świecie, kobieta, która dopiero jako wdowa dostrzega, że gdzieś po drodze, w trakcie tego małżeństwa, zatraciła samą siebie i już sama nie wie, kim jest. Czas ten jest dla niej wyjątkowo trudny, zwłaszcza gdy mierzy się ona jeszcze z pustką po stracie ukochanej osoby. To kobieta dojrzała, wciąż dojrzewająca w swoim wyższym egzystencjalnym wymiarze. By żyć dalej, musi znaleźć samą siebie, ale odkrycie prawdziwego "ja" to niełatwe zadanie dla każdego i w każdym wieku. Niełatwe, bo trzeba zajrzeć w przeszłość, której nie sposób już zmienić, i w przyszłość, której drogi trudno wybadać.
"Może dojrzałość polega na tym, że chce się tego, czego się samemu chce, a nie tego, co inni ci każą chcieć" (F. Pohl). Dojrzałość boli, ale na szczęście niesie też błogosławieństwo nadziei oraz garść możliwości.
Jolanta Szymska-Wiercioch
Kraków, 28.04.2023