Z przedszkola odbierał mnie tata. Przywitałem się z nim i szybko pobiegłem do szatni, a tata przyszedł tam za mną i kiedy się przebierałem, jak zwykle wypytywał mnie, jak minął mi dzień i czy zjadłem wszystko na obiad. Przez cały czas przyglądał mi się podejrzliwie.
- Bartek, hm... - zapytał w końcu - czy rano nie miałeś na sobie innej bluzki?
- Miałem - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Ale potem musiałem się przebrać.
- A, pewnie zachlapałeś ją zupą? - zgadywał tata. - To gdzie jest ta brudna bluzka? Trzeba ją zabrać do prania.
- Nie, tato, to nie dlatego! Zdjąłem ją, bo na niej był rysunek ze świnką - wyjaśniłem.
- Nic nie rozumiem - zdziwił się tata. - Przecież lubisz tę bajkę o śwince?
- Bluzki ze świnką noszą tylko maluchy! - powiedziałem głośno, a ciszej dodałem: - Bajkę lubię, ale nikt nie musi o tym wiedzieć.
Tata spojrzał na mnie jakoś dziwnie, ale nic nie powiedział.
- Tato, a kupisz mi potwora paskudniaka? - spytałem, wkładając kurtkę.
- Co? - Tata zamrugał. - A co to jest ten paskudniak?
- No, paskudniak, tato... Nie wiesz? Taki potwór, co siedzi w śmietniku, i jak się tam wrzuca różne rzeczy, to słychać, jak mlaszcze albo odbija mu się, albo jeszcze coś innego. W reklamie go pokazywali, kupisz mi?
Tata pokręcił głową.
- O nie! Nie ma mowy, zapomnij o tym.
- Ale inni mają paskudniaki! - zawołałem z żalem. - Niektórzy nawet kilka, a ja? Ja nie mam żadnego!
- I niech tak zostanie - powiedział tata, a widząc moją nachmurzoną minę, dodał: - Bartek, daj spokój. Nie dąsaj się, tylko chodź, ty moja owco stadna!
Miałem jeszcze nadzieję, że mama zgodzi się na paskudniaka i przekona tatę. Niestety, bardzo się zawiodłem: powiedziała to samo co on. A potem rodzice długo tłumaczyli mi, dlaczego trzeba mieć własne zdanie i czemu nie warto robić czegoś tylko dlatego, że robią to inni.
- Rozumiesz, synku? - spytał tata na koniec.
- Rozumiem - mruknąłem w odpowiedzi, wciąż żałując paskudniaka, którego nie mogłem mieć.
- To dobrze. A teraz pobaw się trochę i potem raz-dwa do łóżka - powiedziała mama. - Jutro przecież musisz być w przedszkolu wcześniej, bo idziecie na koncert do... Rany boskie! - Chwyciła się nagle za głowę. - Biała koszula, całkiem zapomniałam! Przecież wszyscy macie przyjść w strojach galowych, a twoja odświętna koszula leży w koszu do prania.
Ostatnio mama jest bardzo zapominalska i roztrzepana.
- Nie przejmuj się - pocieszył ją tata. - Jeszcze zdążymy ją uprać, a do rana na pewno wyschnie.
Poszedłem więc spać o bardzo wczesnej porze.
A gdy zasnąłem, przyśnił mi się sen.
W tym śnie byłem owcą. Prawdziwą, najprawdziwszą! Miałem owczy pyszczek, cztery kopyta i mały ogonek, a ciało porośnięte gęstymi wełnianymi lokami.
- Beee! - zabeczałem na próbę.
- Beee....! Beee... - rozległo się dokoła.
Dopiero wtedy się rozejrzałem. Ha! Nie byłem sam, owiec na łące było wiele.
- Be... ee... cześć. To co robimy? - spytałem niepewnie, bo skąd miałem wiedzieć, jakie są owcze zwyczaje.
- Bee... skubieemy! - odpowiedziały owce i zabrały się do zajadania soczyście zielonej trawy. - Be... bee... smakowita!
Pochyliłem głowę, odgryzłem kępkę trawy, którą tak chwaliły, i zacząłem ją żuć.
Fuj! - skrzywiłem się. - Gorsze niż szpinak, który czasem próbuje we mnie wmusić mama!
- Bee... Idziemy skubać babkę? - spytała jedna z owiec.
- Bee! Idzieeemy - zgodziły się pozostałe.
- Super! - ucieszyłem się. Nareszcie coś smacznego, a nie jakieś zielsko. - A gdzie to ciasto, gdzie?
- Ciasto? Co ty wygadujesz? - skarciła mnie największa owca. - Barania głowo, babka to roślina!
- Bee...! Ciasto! Bee...! - Rozległy się chichoty, a potem owce otoczyły mnie ciasno i całe stado ruszyło.
- Dokąd idziemy? - Próbowałem się wydostać z wełnistego tłumu. - Gdzie rośnie ta babka? - spytałem małą owieczkę drepczącą tuż przy mnie. Przy szyi miała zawieszony dzwoneczek, który przy każdym kroku wydawał wesołe, srebrzyste dźwięki.
- Bee, ja nie wiem. Owce idą, a ja razem z nimi - wyjaśniła.
- To idźcie beze mnie. - Zatrzymałem się nagle. - Nie lubię zieleniny, poleżę sobie w cieniu.
Zacząłem pchać się, przeciskać i przedzierać przez stłoczone ciasno zwierzaki. Wypadłem z tłumu wprost na ogromną owcę.
- Dokąd się wybierasz? - spytała surowym tonem i wpatrzyła się we mnie z groźną miną. - Stado trzyma się razem! Natychmiast wracaj na swoje miejsce i dobrze ci radzę: rób to co inni. Leżeć mu się zachciało! - prychnęła.
- Be... bee... be... - Owce kręciły głowami z niezadowoleniem.
Co było robić, znów do nich dołączyłem. Gdy doszliśmy na polanę, na której rosła babka, owce zaczęły ją chrupać z wielkim apetytem. Owca olbrzymka wciąż mi się przyglądała, więc udawałem, że skubię razem z innymi.
- Be... byłeś bardzo odważny! Pójdziemy się napić? - usłyszałem cichy głosik. Mała owieczka z brzęczącym dzwoneczkiem stanęła obok mnie. Przyjrzałem się jej: była do mnie tak podobna, jak gdyby była moją młodszą siostrą. Właśnie miałem odpowiedzieć, że możemy iść razem - pod warunkiem że będzie mnie słuchać, bo jestem starszy, ale... nie tylko ja usłyszałem jej pytanie.
- Bee... idziemy pić! Idzieeemy! - odpowiedziały pozostałe owce i znów ruszyły całym stadem.
- A was kto zapraszał? - mruknąłem ze złością.
Nie podobało mi się, że nie mogłem spacerować sobie sam, gdzie chcę i z kim chcę, ale nic nie śmiałem powiedzieć, bo trochę się bałem przerośniętej owcy. Szedłem ze wszystkimi i burczałem pod nosem, ale na tyle cicho, żeby nikt nie usłyszał.
Dotarliśmy nad strumień i owce zaczęły chłeptać. Poczułem, że i mnie chce się pić. Pochyliłem więc głowę nad wodą i... zbaraniałem. W powierzchni wody odbijały się owcze pyszczki, ale który właściwie był mój? Która z tych owiec to ja? Przecież byłyśmy takie same!
- Coś takiego! - oburzyłem się. - Nie poznałem sam siebie. Ja chyba śnię!
Gdzieś niedaleko zabrzęczał dzwoneczek.
Ona to ma dobrze - pomyślałem o najmniejszej owieczce. Dzięki dzwonkowi na szyi wygląda inaczej.
I nagle do głowy wpadł mi świetny pomysł: muszę odróżnić się od innych!
Gdy tylko wróciliśmy na naszą łąkę i owce zajęły się skubaniem trawy, zacząłem się rozglądać za czymś, co pomogłoby mi odmienić mój wygląd.
Już wiem! - ucieszyłem się na widok kępy żółtych kwiatów. Bo przypomniałem sobie, że gdy ostatnio bawiłem się z psem i czołgałem się w trawie, moja biała koszulka przestała być biała. Ech, wtedy byłem chłopcem, a nie jakąś owcą...! Rzuciłem się na ziemię i jak szalony zacząłem się tarzać w kwiatowym pyle.
- Cha, cha! Tere-fere, teraz jestem inny! - zawołałem radośnie, gdy skończyłem. - Jestem żółty, a wy nie!
Owce przestały jeść: wpatrywały się we mnie z otwartymi pyskami. Ze zdziwienia żadna nawet nie zabeczała. Ale cieszyłem się tylko przez chwilę: nagle mocno dmuchnął wiatr i kolorowy pył w jednej chwili osypał się ze mnie.
- O nie! - tupnąłem kopytkiem. - Nie poddam się tak łatwo! Wytarzam się... choćby i w trawie!
Znów padłem na ziemię. Turlałem się, skręcałem i wyginałem na wszystkie strony, wcierając w wełnę zielony sok. Gdy się podniosłem, owce zamarły: byłem zieloniutki, wyglądałem jak brokuł!
- Aha! Udało się! I co powiecie? Już nie jestem taki sam jak wy. - Zadarłem dumnie głowę... i zobaczyłem nad sobą wielką ciemną chmurę, z której natychmiast spadł ulewny deszcz. Padał i padał, a kiedy przestał, znów byłem bielutki, bo woda zmyła zielony kolor.
- Bee...! Bee...! Be...! - śmiały się owce, wskazując mnie kopytkami.
Myślałem, że się rozbeczę ze złości!
Tak się zdenerwowałem, że aż się obudziłem.
Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem tatę - stał przed otwartą szafą z ubraniami, wpatrując się w nią ze zmartwioną miną.
- Bartek... - odezwał się, gdy zobaczył, że nie śpię. - Nie wiem, w czym ty dzisiaj pójdziesz. Chciałem mamę wyręczyć, sam pranie zrobiłem i... ech, twoja koszula w nim zafarbowała. Nie wiem, jak to się stało, że w pralce znalazła się mamy rękawiczka i od niej wszystkie rzeczy zabarwiły się na fioletowo. Masz tylko jedną odświętną koszulę, reszta jest z obrazkami albo w paski, albo w kratkę... Na strój galowy się nie nadają - podrapał się po głowie.
- Tato, nic nie szkodzi! - zawołałem i wyskoczyłem z łóżka. - Włożę tę zafarbowaną koszulę. I kamizelkę, i muchę, jak zwykle.
- Tak myślisz? Ale jak to będzie wyglądać? - Tata nie był przekonany. - Wszyscy na biało, a ty w fioletowej koszuli?
Wzruszyłem ramionami.
- Przynajmniej bee... to znaczy będę się odróżniał. Będę... fioletową owcą!