J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia - T.A. Shippey

Kup ebooka

39.00 zł
30.03 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

PISARZ STULECIA

Fantasy i fantastyka

Literatura wieku dwudziestego jest zdominowana przez fantastykę. Stwierdzenie to może się wydać zaskakujące, byłoby niemal nie do pomyślenia na początku wieku, a i dzisiaj prowokuje do gwałtownego sprzeciwu. Jednakże już teraz można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidywać, że przyszli historycy literatury, zdystansowani wobec współczesnych sporów, uznają za najbardziej reprezentatywne dla tego stulecia utwory, takie jak: Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena, Rok 1984 i Folwark zwierzęcy George'a Orwella, Władca much i Spadkobierca Williama Goldinga, Rzeźnia numer pięć i Kocia kołyska Kurta Vonneguta, Lewa ręka ciemności i Wydziedziczeni Ursuli Le Guin czy 49 idzie pod młotek i Tęcza grawitacji Thomasa Pynchona. Można poszerzyć tę listę o utwory późnodziewiętnastowieczne, jak Wyspa doktora Moreau czy Wojna światów H.G. Wellsa aż po wciąż tworzących pisarzy, jak Stephen R. Donaldson lub George R.R. Martin. Znaleźliby się na niej pisarze tak odmienni, by nie rzec krańcowo różni, jak Kingsley i Martin Amis, Anthony Burgess, Stephen King, Terry Pratchett, Don DeLillo i Julian Barnes. Z końcem stulecia nawet pisarze szczerze oddani powieści realistycznej nierzadko ulegali przyciąganiu fantastyki jako pewnego typu literatury.

Zauważmy, że fantastyka to nie to samo co literacki gatunek fantasy. Spośród autorów wymienionych wyżej tekstów jedynie czterech, oprócz Tolkiena, można znaleźć na półkach księgarni oznaczonych etykietką fantasy. Sama fantastyka obejmuje wiele innych gatunków: alegorię i przypowieść, baśń, horror i science fiction, współczesną opowieść o duchach i romans średniowieczny. Bez względu na wszystko fakt pozostaje faktem. Dwudziestowieczni pisarze, którzy najpotężniej przemawiali do sobie współczesnych i w ich imieniu z jakiegoś powodu uznali za konieczne czynić to za pośrednictwem fantasy, pisać o światach i istotach, o których wiadomo, że nie istnieją - czy będzie to Śródziemie Tolkiena, Orwellowski Angsoc, odległe wyspy Goldinga i Wellsa, czy Marsjanie i Tralfamadorianie dokonujący inwazji na spokojne przedmieścia u Wellsa i Vonneguta.

Istnieje oczywiście wyjaśnienie tego zjawiska: oto mamy do czynienia ze swego rodzaju chorobą, a dotknięte nią miliony czytelników fantasy zasługują na pogardę, litość czy na leczenie mające im przywrócić literacki dobry smak. Powszechnie chorobę tę określa się terminem "eskapizm": czytelnicy i pisarze fantasy uciekają od rzeczywistości. Problem polega na tym, że wielu ojców późnodwudziestowiecznej fantastyki, w tym czterej wspomniani wyżej (Tolkien, Orwell, Golding, Vonnegut), to weterani wojenni, uczestnicy i świadkowie najbardziej traumatycznych wydarzeń stulecia, jak bitwa pod Sommą (Tolkien), bombardowanie Drezna (Vonnegut), powstanie i wczesne zwycięstwo faszyzmu (Orwell). Nikt nie może powiedzieć, że odwrócili się do owych wydarzeń plecami. Raczej musieli znaleźć jakiś sposób, by je przekazać i skomentować. Dziwne, że z jakiegoś powodu w wielu wypadkach narzędziem komentarza był nie realizm, ale fantastyka; dziwne, lecz prawdziwe.

Nieustający powab Tolkienowskiej fantasy, mimo że nieoczekiwany i nieprzewidywalny, nie może więc być jedynie wybrykiem złego smaku, który kompetentni i wykształceni krytycy mogliby po prostu zignorować. Zasługuje na wyjaśnienie i obronę. Taki jest właśnie cel niniejszej książki. Postaram się ukazać, że ten niekończący się powab nie zasadza się na prostym uroku inności (choć i tego można się dopatrzeć), ale na głębokiej i wnikliwej próbie odpowiedzi na najważniejsze pytania mijającego stulecia: pochodzenie i natura zła (odwieczny temat, ale w czasach Tolkiena powracający ze straszliwą siłą); sens ludzkiego istnienia w Śródziemiu pozbawionego wsparcia boskiego objawienia; relatywizm kulturowy; degradacja i rozwój języka. Są to tematy, których na pewno nie trzeba się wstydzić - więcej, których nie wolno unikać. To prawda, że odpowiedzi Tolkiena nie przemówią do każdego i odbiegają znacząco nawet od rozwiązań proponowanych przez wymienionych wyżej jemu współczesnych. Pierwsza cecha charakteryzuje każdego pisarza, bez względu na to, kiedy żył, druga zaś stanowi o jego niepowtarzalności.

Jest jeszcze coś, co wyróżnia Tolkiena spośród innych: zakres jego kompetencji i wiedzy. Na pewne tematy Tolkien po prostu wiedział więcej i przemyślał je głębiej niż ktokolwiek inny na świecie. Niektórzy uważali (i mówili to głośno), że powinien był spisywać rezultaty swoich przemyśleń w akademickich rozprawach, nie zaś w powieściach fantasy. Wówczas - nieliczne - środowisko akademickie traktowałoby go bardziej poważnie. Z drugiej strony wszakże owo akademickie grono odbiorców stopniowo malało już za życia Tolkiena, a do dzisiaj niemal zanikło. Istnieje staroangielskie przysłowie, które powiada z niejasnością typową dla tego języka: Ciggendra gehwelc wile ??t hine man gehere, "Każdy, kto krzyczy, chce, by go usłyszano!". (Tu i w paru innych jeszcze miejscach używam starych runicznych liter ?, ? i ?. Pierwsza oznacza bezdźwięczne th, druga dźwięczne th, a trzecia na końcu wyrazu odpowiada głosce -y, w środku zaś -gh-).

Tolkien pragnął, by go usłyszano, i usłyszano go. Ale co takiego miał do powiedzenia?

Życie i twórczość Tolkiena

Po pełne sprawozdanie z życia Tolkiena należy się zwrócić do autoryzowanej biografii pióra Humphreya Carpentera (J.R.R. Tolkien) z 1977 roku (pełne dane tej i innych prac przytaczanych w niniejszej rozprawie znajdują się na s. 421-429). Na stronie 107 znaleźć można jednak zaskakujące zdanie: "Można by powiedzieć, że potem tak naprawdę nic już się nie działo". Punkt zwrotny, o którym mówi Carpenter, to wybór Tolkiena na stanowisko profesora języka staroangielskiego w katedrze Rawlinsona i Boswortha na uniwersytecie oksfordzkim w roku 1925, gdy miał zaledwie trzydzieści trzy lata. Wszystkie emocjonujące wydarzenia z życia Tolkiena - na których koncentruje się większość biografów - działy się wcześniej. Urodził się w Bloemfontein w Afryce Południowej z angielskich rodziców. Wkrótce przybył do Anglii, lecz stracił ojca w wieku czterech lat, a matkę (która przeszła na rzymski katolicyzm), gdy miał lat dwanaście. Wychowywał się w Birminghamie i okolicach i uważał się - mimo zagranicznego urodzenia i niemieckiego nazwiska - za rdzennego mieszkańca West Midlands. Poznał swoją przyszłą żonę, gdy miał szesnaście, a ona dziewiętnaście lat, otrzymał zakaz od opiekuna widywania się oraz korespondowania z nią aż do osiągnięcia pełnoletności, a w dzień swoich dwudziestych pierwszych urodzin napisał do niej list z oświadczynami. Ożenił się jeszcze jako student uniwersytetu oksfordzkiego, lecz natychmiast po otrzymaniu dyplomu, w 1915 roku, zaciągnął się do Strzelców z Lancashire. Służył jako podporucznik piechoty nad Sommą od czerwca do października 1916, i w tymże roku stracił dwóch najbliższych przyjaciół, z których jeden zginął na polu walki, drugi zmarł na gangrenę. Zwolniono go z wojska z powodu gorączki okopowej. Przez jakiś czas po wojnie pracował nad Oxford English Dictionary, otrzymał stanowisko wykładowcy, a potem katedrę na uniwersytecie w Leeds, a w 1925 roku katedrę języka anglosaskiego w Oksfordzie.

A potem "tak naprawdę nic już się nie działo". Tolkien wykonywał swój zawód, utrzymywał rodzinę, pisał książki, w tym Hobbita, który ukazał się w 1937 roku, i Władcę Pierścieni opublikowanego w trzech tomach w latach 1954-1955. Jego najważniejsze akademickie publikacje obejmują wydanie, wspólnie z E.V. Gordonem, Sir Gawaina i Zielonego Rycerza w 1925 roku oraz wykład na Akademii Brytyjskiej na temat Beowulfa, który wciąż uważa się za najważniejszy esej poświęcony temu poematowi spośród (dosłownie) tysięcy dotąd napisanych. W 1959 roku przeszedł na emeryturę (po przeniesieniu się w 1945 roku z katedry języka anglosaskiego do Katedry Mertona języka angielskiego). Do końca życia pozostał wiernym chrześcijaninem i katolikiem. Zmarł dwa lata po żonie, w 1973 roku. Żadnych pozamałżeńskich romansów, żadnych seksualnych dziwactw, żadnych skandali, dziwnych oskarżeń czy zaangażowania politycznego - nic, w co biedny biograf mógłby wbić zęby. Ale powyższemu streszczeniu czegoś brakuje (co zauważa Carpenter). Jest to życie wewnętrzne, życie umysłu, świat pracy Tolkiena, który był zarazem - jako że odmawiał oddzielenia jednego od drugiego - jego hobby, prywatną rozrywką, główną pasją.

Gdyby kiedykolwiek poproszono Tolkiena, aby określił siebie jednym słowem, wybrałby zapewne słowo "filolog" (por. chociażby rozmaite uwagi w Listach Tolkiena, szczególnie na s. 396). Główną pasją Tolkiena była filologia. Jest to słowo, które wymaga objaśnienia. Muszę tu się przyznać do osobistego zaangażowania. Uczęszczałem do tej samej szkoły co Tolkien, do Szkoły Króla Edwarda w Birminghamie, i zaliczyłem mniej więcej te same przedmioty. W 1979 roku otrzymałem katedrę języka angielskiego i literatury średniowiecznej w Leeds, którą Tolkien zwolnił w 1925 roku. Wyznaję, że ostatecznie zrezygnowałem z programu opracowanego przez Tolkiena dwa pokolenia wcześniej, chociaż sądzę, że nowa wersja jak na lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku nie jest najgorsza i - choć prawdopodobnie z oporami - zostałaby przyjęta przez Tolkiena. Między Birminghamem a Leeds spędziłem siedem lat jako członek wydziału anglistyki w Oksfordzie, wykładając niemal według tego samego programu co Tolkien. Obydwaj uwikłaliśmy się w te same akademickie obowiązki i prowadziliśmy tę samą batalię o pozostawienie języka i filologii w programie studiów anglistycznych, wbrew naciskom, by ograniczyć się wyłącznie do literatury - postśredniowiecznej, realistycznej, kanonicznej etc. Tak więc w tym, co mam do powiedzenia na temat filologii, może pobrzmiewać pewna nuta frakcyjności, ale przynajmniej i Tolkien, i ja byliśmy członkami tej samej frakcji.

W mojej opinii (niepodzielanej między innymi przez Oxford English Dictionary) istotą filologii są przede wszystkim studia nad historycznymi formami języka lub języków, włączając w to dialekty i odmiany niestandardowe, a także języki pokrewne. Głównym zakresem badań Tolkiena był naturalnie język staro- i średnioangielski, a więc w przybliżeniu formy datujące się odpowiednio od 700 do 1100 roku n.e. i od 1100 do 1500 roku. Język staroangielski nazywa się niekiedy anglosaskim, jak w nazwie katedry Tolkiena, ale sam Tolkien unikał tego terminu. Blisko spokrewniony z nimi był staronordycki; nawet we współczesnej angielszczyźnie jest więcej ze staronordyckiego, niż ludzie sobie uświadamiają, szczególnie w dialektach północnych, którymi Tolkien interesował się najbardziej. Z historycznego, choć nie językoznawczego punktu widzenia istotne są też inne dawne języki Brytanii, szczególnie walijski, który Tolkien studiował i podziwiał.

Jednakże filologia nie jest i nie powinna być ograniczona do studiów nad językiem. Teksty, w których przeżyły owe dawne formy języka, to nierzadko wspaniałe i wyróżniające się dzieła literackie i (z perspektywy filologicznej) jakiekolwiek studia literackie, które je ignorują, odmawiając zapłacenia nieuniknionego językowego haraczu koniecznego do ich odczytania, są niepełne i zubożone. I odwrotnie, oczywiście, jakiekolwiek studia, które pozostają wyłącznie językoznawcze (jak ma się rzecz z dwudziestowieczną filologią), odrzucają najlepszy materiał i najlepszy argument na swoje istnienie. W filologii studia lingwistyczne i literackie są nierozdzielne. Powinny być tym samym. Dokładnie wyraził to Tolkien w podaniu o stanowisko profesora w Oksfordzie w 1925 roku (por. Listy, 19), przytaczając autorski program z Leeds, by dowieść swoich racji. Jego celem, jak deklarował, miało być dążenie

do zacieśnienia, w miarę moich możliwości, rosnących więzów między studiami językoznawczymi i literackimi, które nigdy nie mogą być sobie wrogie, chyba że przez nieporozumienie, pod groźbą obustronnych strat; oraz nadal rozbudzać wśród młodzieży filologiczny entuzjazm na szerszym i żyźniejszym polu. (Listy, 19)

Tolkien mylił się co do "rosnących więzów", a tym bardziej co do "żyźniejszego pola", ale to nie jego wina. Gdyby miał rację, zapewne nigdy by nie napisał Władcy Pierścieni.

Pisarstwo Tolkiena jest niewątpliwie zakorzenione w tak opisanej filologii. Sam przyznawał to tak stanowczo, jak mógł, i przy każdej możliwej okazji, na przykład w liście do swoich amerykańskich wydawców (Listy, 328), próbując zweryfikować wrażenie, jakie wywarł poprzedni list cytowany w "New York Timesie":

uwaga o "filologii" [w cytowanym liście: "Jestem filologiem i cała moja praca jest filologiczna" - Listy, 325] miała odnosić się do tego, co według mnie stanowi podstawowy fakt związany z moim dziełem, a mianowicie, że jest ono jednolite i powstało z pobudek czysto lingwistycznych [...]. Podstawą jest wymyślanie języków. To "opowieści" powstały, by stworzyć świat dla tych języków, a nie odwrotnie. Dla mnie najpierw powstaje imię, a potem opowieść. (Listy, 328)

Podkreślenie w powyższym fragmencie pochodzi od Tolkiena. Choć nie mógł lepiej wyłożyć tego, co miał do powiedzenia, jego oświadczenie spotkało się na ogół ze zdumieniem lub protestami. Istnieje przynajmniej jeden szacowny powód po temu (między wieloma mniej szacownymi). Otóż Tolkien wyznawał wiele wysoce osobistych, by nie rzec heretyckich, opinii o języku. Uważał, że ludzie, a szczególnie Anglicy, być może na skutek swej pogmatwanej językowej historii, są w stanie podświadomie rozpoznać historyczne pokłady w języku. Wiedzą, że nazwy takie jak Ugthorpe czy Stainby to nazwy z północy, choć nieświadomi są ich nordyckiego pochodzenia; wiedzą, że Winchcombe i Cumrew muszą być na zachodzie, nawet jeśli nie znają walijskiego słowa c?m. Są w stanie wyczuć w słowach styl językowy. Nadto Tolkien był przekonany, że języki mogą być z natury atrakcyjne lub odpychające. Czarna Mowa Saurona i orków jest wstrętna. Kiedy Gandalf użył jej w czasie rady u Erlonda, "wszystkich dreszcz wstrząsnął, elfy zaś pozatykały uszy" (por. WP I, 337); Elrond łaje Gandalfa za język, a nie za to, co powiedział. I odwrotnie, Tolkien uważał, że walijski i fiński to języki z natury swojej piękne; oparł wymyślone przez siebie języki elfów - odpowiednio sindarin i quenya - na ich fonetycznych i gramatycznych wzorcach. Znakiem owego przekonania jest fakt, że co chwila we Władcy Pierścieni jakaś postać mówi którymś z tych języków, nie zadając sobie trudu tłumaczenia. Sens, a przynajmniej jakiś sens, zawiera się w samych dźwiękach - zupełnie jak aluzje do starych legend z dawnych czasów mówią coś, nawet jeśli same legendy uległy zapomnieniu.

Tolkien uważał także - i to prowadzi nas do samych korzeni jego twórczości - że filologia mogła zabrać człowieka w jeszcze dalszą przeszłość niż dawne teksty, które studiował. Był przekonany, że jest możliwe niekiedy przewędrować po omacku od słów w kształcie, w jakim dotrwały do dziś, do pojęć, które dawno zanikły, ale które musiały istnieć, bo inaczej nie istniałoby słowo. Podobne rekonstrukcje były bardziej wiarygodne, gdy posługiwały się porównaniami (filologia stała się nauką dopiero jako filologia porównawcza). Na przykład we współczes­nej angielszczyźnie istnieje słowo dwarf (krasnolud, karzeł), ale u podstaw ma to samo słowo co współczesne słowo niemieckie Zwerg. Filologia potrafi wyjaśnić proces, który doprowadził do tego, że obecnie się różnią, i to, jak obydwa te słowa mają się do staronordyckiego dvergr. Jednak skoro we wszystkich trzech językach istnieje ten sam wyraz i skoro we wszystkich trzech kulturach przetrwały jakieś okruchy wiary w podobną rasę istot, to czy nie należałoby zacząć od "rekonstrukcji" słowa, od którego wszystkie trzy muszą pochodzić - byłoby to coś jak *dvairgs - a potem odpowiadającego mu pojęcia? Asterysk przed ­dvairgs jest konwencjonalnym sygnałem, że dane słowo nigdy nie zostało odnotowane, ale (na pewno) istniało; oczywiście przy kreowaniu słów i rzeczy z asteryskiem istnieje duży margines błędu. Tak właśnie funkcjonował umysł Tolkiena, na co podamy wiele szczegółowych przykładów w dalszych fragmentach tej książki. W rezultacie Tolkien nigdy nie twierdziłby, że sam wymyślił Śródziemie (jakkolwiek zdawałoby się ono niezwykłe). Rekonstruował je, godząc sprzeczności w tekstach źródłowych, niekiedy wprowadzając zupełnie nowe pojęcia (jak hobbici), odwołując się do pełnego fantazji świata, na którego istnienie (choć tylko w zbiorowej wyobraźni) miał wiele - prawda, że rozproszonych - dowodów.

Co więcej, Tolkien miał znakomitych poprzedników. W latach trzydziestych dziewiętnastego wieku Fin Elias Lӧnnrot z rozproszonych pieśni i opowieści wielu ludowych śpiewaków złożył obecny fiński epos narodowy, Kalewalę, czy raczej "zrekonstruował" spójny poemat, który - jak (prawdopodobnie błędnie) przypuszczał - ongiś rzeczywiście istniał. Mniej więcej w tym samym czasie w Niemczech Jacob i Wilhelm Grimm podjęli się potężnego zadania ułożenia zarazem niemieckiej gramatyki, słownika, mitologii, cyklu legend o bohaterach, jak i oczywiście zbioru niemieckich baśni - jak widać poprawnie nie rozdzielali studiów językoznawczych i literackich. W Danii Nikolai Grundtvig postawił sobie za cel odrodzenie duńskiej świadomości narodowej, szczególną uwagę poświęcając zarówno dawnym sagom i eposom, jak i późniejszym balladom, zebranym w końcu przez jego syna, Svena. Ale w dziewiętnastowiecznej Anglii nikt czegoś podobnego nie przedsięwziął. Kiedy więc Tolkien stwierdził (Listy, 218), że ongiś miał nadzieję stworzyć "zbiór mniej lub więcej powiązanych ze sobą legend", które mógłby po prostu zadedykować "Anglii, mojemu krajowi", nie mówił o czymś zupełnie pozbawionym precedensu. W 1951 roku przyznał ze smutkiem, że jego nadzieje zmalały. Dwa lata później mógł się czuć bliższy sukcesu.

Tak więc Tolkien był filologiem, zanim został mitologiem, a mitologiem - przynajmniej w zamierzeniu - zanim został pisarzem fantasy. Jego przekonania co do mitologii i języka, choć cokolwiek oryginalne, a czasami skrajne, były zawsze klarowne i racjonalne. W końcu zdecydował się - zamiast wyrażać je w abstrakcyjnych rozważaniach - urzeczywistnić je w praktyce. Sukces, jaki odniósł, jest miarą ich słuszności, a szczególnie słuszności przeświadczenia, które i ja podzielam, że miłość do filologii, do historii języka we wszystkich jego formach, włączając w to imiona i nazwy miejsc, jest znacznie bardziej rozpowszechniona w społeczeństwie, niż przyznaliby nauczyciele i arbitrzy dobrego smaku. Jak powiada Tolkien, kończąc swój "Adres pożegnalny" z 1959 roku (przedrukowany w Potworach i krytykach na s. 287-305), problem polega nie na filologach ani ich uczniach, ale na mizologach - wrogach słowa. Gdybyż tylko uznali, że studia językowe są nie dla nich, z powodu tępoty czy ignorancji. Jednak, jak powiedział:

Żałuję więc, że niektórzy członkowie profesury najwidoczniej uznają swoją głuchotę i niewiedzę za normę, za miarę tego, co dobre. I gniewa mnie, gdy usiłują oni narzucić własną ograniczoność młodym umysłom, zniechęcając zainteresowanych filologią, a tych, którym brak tego zainteresowania, przekonując, że brak ten jest cechą umysłów wyższych. (Potwory, 289)

U podłoża owego "żalu i gniewu" znajdowały się oczywiście klęska i porażka. Obecnie na żadnym chyba uniwersytecie angielskim czy amerykańskim nie prowadzi się kursu filologii według programu, który zyskałby aprobatę Tolkiena. Mizolodzy zwyciężyli na polu akademickim, podobnie jak realiści, moderniści, postmoderniści, wrogowie fantasy.

Ale przegrali na zewnątrz świata akademickiego. Nie tak dawno słyszałem pracownika jednego z większych wydawnictw, jak stwierdził: "Tylko fantasy to rynek masowy. Cała reszta to literatura kultowa. (Przerwa na namysł). Łącznie z nurtem głównym". Niewątpliwie przesadzał, broniąc swojej własnej strategii zakupów, ale istnieje sporo dowodów na poparcie jego racji. Tolkien krzyczał, by go usłyszano, i musimy się dowiedzieć, co takiego miał do powiedzenia. Jednak bez wątpienia znalazł słuchaczy, którzy uznali jego słowa za warte uwagi.

Pisarz stulecia

Po tym wstępie możemy się zastanowić nad tezą postawioną w tytule książki. Czy Tolkiena można nazwać "pisarzem stulecia"? Istnieją trzy argumenty na poparcie tego - prawda, że ambitnego - stwierdzenia. Pierwszy jest po prostu demokratyczny. Chodzi o to, co wykazują sondaże, plebiscyty i dane ze sprzedaży. Szczegóły podajemy poniżej, łącznie z pewnymi wskazówkami, jak je należy interpretować i jak je interpretowano; ale można bez zastrzeżeń uznać, że wielka liczba czytelników, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i na całym świecie, zgadza się z powyższym stwierdzeniem, i to bez żadnych sugestii czy podpowiedzi.

Drugi z argumentów dotyczy genologii. Jak stwierdził cytowany tu redaktor, fantasy, a szczególnie heroic fantasy jest obecnie najlepiej sprzedającym się gatunkiem. Istniał on i przed Tolkienem i można oczywiście twierdzić, że jego rozwój podążałby w tym samym kierunku, z udziałem Władcy Pierścieni czy bez. Jest to wszakże teza wielce wątpliwa. W latach 1954-1955, gdy Władca Pierścieni ukazał się w druku, był on najwyraźniej anomalią, mutacją, lusus naturae, jednoelementową kategorią. Spoglądając wstecz, można tylko zdumiewać się odwagą i determinacją wydawcy, sir Stanleya Unwina, choć - co znaczące - zabezpieczył się on, umieszczając w umowie klauzulę, że Tolkien nie otrzyma żadnego honorarium, aż książka nie przyniesie zysków, co nie było powszechnie stosowaną procedurą. Unwin niezmiennie wspierał i zachęcał Tolkiena w ciągu całego siedemnastoletniego okresu wykluwania się powieści, która w końcu okazała się czymś zupełnie innym od tego, co początkowo planowano. To prawda, że nie wypłacał swojemu autorowi ogromnych sum, jak czynili to na przykład zwolennicy Jamesa Joyce'a, gdy ten pisał Ulissesa, ale też ani on, ani Tolkien nie mieli takiego poparcia ze strony zawodowych elit literackich, na jakie mogli liczyć Joyce i jego dobroczyńcy. Wszakże, podczas gdy Ulisses miał niewielu naśladowców (choć wielu wielbicieli), po ukazaniu się Władcy Pierścieni heroic fantasy stała się niemal standardową formą literacką. Każda księgarnia w anglojęzycznym świecie ma obecnie sekcję poświęconą wyłącznie fantasy, gdzie znalazłoby się niewiele książek pozbawionych jakiegokolwiek Tolkienowskiego piętna - niekiedy wpisanego głęboko w styl i kompozycję, niekiedy ujawniającego się w podświadomych założeniach co do natury i mieszkańców fantastycznych światów. Utwory naśladowców i rywali Tolkiena naturalnie różnią się znacznie jakością, ale wszystkie dostarczają przyjemności przynajmniej jakiejś grupie odbiorców. Jednym z dokonań Tolkiena było otwarcie przestrzeni wyobraźni dla milionów czytelników i setek pisarzy, chociaż sam powiedziałby (por. wyżej), że jedynie odkrywa ponownie kontynent raz już odkryty. Z filologicznego punktu widzenia można by ująć to następująco: Tolkien to Chrétien de Troyes dwudziestego wieku. Chrétien w wieku dwunastym nie wymyślił romansu arturiańskiego, który istniał w jakiejś formie w czasach wcześ­niejszych, ale doprowadził go do perfekcji; stworzył gatunek, którego potencjał nie wyczerpał się przez kolejne osiem stuleci. Tolkien nie wymyślił heroic fantasy, ale podobnie doprowadził ją do perfekcji; zapoczątkował gatunek, którego trwałości nie sposób przecenić.

Trzeci z argumentów jest jakościowy. Jak powszechnie wiadomo, popularność nie jest gwarancją jakości, ale też nie rodzi się bez żadnych podstaw. Podstawy te nie zawsze są słabe i ułudne, choć przez długi czas wśród elit literackich i naukowych panowało takie właśnie przekonanie. Na przykład w czasach mojej młodości Charlesa Dickensa nie uważano za autora godnego uwagi studentów anglistyki, ponieważ mimo całej jego popularności (a może właśnie z tego powodu) zdegradowano go do rangi zwykłego "zabawiacza". Opinia ta zmieniła się, gdy literaturoznawcy poszerzyli krąg swoich badań i ulepszyli narzędzia, tak że ich zainteresowania badawcze objęły również Dickensa. Jednak Tolkiena wciąż traktuje się z niejaką podejrzliwością. Podobnie zresztą jak całą sferę fantasy i fantastyki, chociaż w jej skład wchodzą, jak już rzekliśmy, najpoważniejsze i najbardziej wpływowe teksty drugiej połowy dwudziestego stulecia oraz najbardziej typowe dla tego wieku, nowe i wyróżniające się gatunki (jak na przykład science fiction).

Konieczne są jakościowe argumenty na rzecz tych gatunków, z fantasy włącznie, a szczególnie na rzecz Tolkiena. Znalezienie ich nie jest szczególnie trudne, choć wymaga pewnej otwartości umysłu na różnorodność korzyści czerpanych z lektury. Zbyt wielu badaczy definiuje "jakość" w taki sposób, że odmawia jej wszystkiego, co wykracza poza ich wyuczone gusty. By użyć nowoczesnego żargonu, uważają oni, często bezmyślnie, swoje własne założenia i uprzedzenia - także uprzedzenia klasowe - za "uprzywilejowane" wobec odmiennych wyborów czytelniczych. Ale dzieła Tolkiena głęboko i trwale poruszyły wielu ludzi i nawet jeżeli nie podziela się tego uczucia, wypadałoby przynajmniej się zastanowić nad jego przyczynami.

W kolejnych podrozdziałach omówię szerzej dwa pierwsze argumenty spośród wyżej podanych oraz przedstawię plan i zakres dalszych rozdziałów, które stanowią rozszerzenie trzeciego z argumentów, proponując odpowiedź na pytanie o to, co Tolkien miał do powiedzenia swoim odbiorcom.

Tolkien i plebiscyty

Wyniki sprzedaży utworów Tolkiena zawsze irytowały jego krytyków. Już w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku pojawiły się przepowiednie komentatorów, że sprzedaż wkrótce spadnie albo już spada, tak że cały ten "kult" czy "szaleństwo" stopniowo popadnie lub już "litościwie popada w niepamięć" (jak Philip Toynbee napisał w "Observerze" 6 sierpnia 1961 roku), zupełnie jak dzwony i hula-hoop. Komentatorzy ci nie mieli racji, co już samo w sobie jest dziwne, jako że Tolkien nigdy nie stworzył dalszych części Hobbita na rynek dziecięcy ani dalszych części Władcy Pierścieni na rynek książek dla dorosłych. Sprawa jego nieustającej popularności dramatycznie powróciła w roku 1997.

Przedstawmy to bardzo krótko - dokładniejsza relacja znajduje się w książce Josepha Pearce'a z 1998 roku Tolkien. Człowiek i mit, której wiele zawdzięczam. Pod koniec 1996 roku Waterstone's, sieć brytyjskich księgarni, i program BBC Channel Four, Book Choice, postanowiły zorganizować plebiscyt, by wyłonić "pięć książek, które uznalibyście za książki stulecia". Wzięło w nim udział prawie 26 000 czytelników, z których ponad 5000 na pierwszym miejscu umieściło Władcę Pierścieni J.R.R. Tolkiena. Gordon Kerr, szef działu marketingu Water­stone's, oświadczył, że Władca Pierścieni zwyciężył niemal w każdym oddziale (w Wielkiej Brytanii jest ich 105) i w każdym regionie z wyjątkiem Walii, gdzie prymat oddano Ulissesowi Jamesa Joyce'a. Wyniki te wzbudziły grozę wśród zawodowych krytyków i dziennikarzy. "Daily Telegraph" zdecydował się powtórzyć eksperyment, rozpisując plebiscyt wśród swoich czytelników należących do nieco innej grupy. Wynik był identyczny. Później Folio Society przyznało, że w 1996 roku przeprowadziło wśród wszystkich swoich członków podobną ankietę. Pytano w niej o dziesięć tytułów, które najchętniej ujrzeliby w wydaniu Folio Society. Władca Pierścieni otrzymał 10 000 głosów, ponownie znajdując się na pierwszym miejscu. W 1997 roku 50 000 czytelników wzięło udział w lipcowym plebiscycie zorganizowanym przez program telewizyjny Bookworm z tym samym rezultatem. W 1999 roku "Daily Telegraph" doniósł, że w plebiscycie Mori, zleconym przez producenta czekolady Nestlé, udało się osiągnąć inny wynik - oto Władca Pierścieni znalazł się (nareszcie!) na drugim miejscu! Tyle że na szczycie listy była Biblia, tekst szczególny i równie niemile widziany w czołówce wyników.

Wyniki sondaży były konsekwentnie i nieprzerwanie pomniejszane przez zawodowych krytyków i dziennikarzy (druga z tych grup to, oczywiście, często produkty uniwersyteckich fakultetów). Joseph Pearce rozpoczyna swoją książkę od przytoczonej 26 stycznia 1997 roku przez Susan Jeffreys z "Sunday ­Times" reakcji jej kolegi na wiadomość o wynikach plebiscytu Waterstone's i BBC. Powiedział: "A do diabła! Naprawdę? O mój Boże. Ojej. Ojej, ojej, ojej" (Tolkien, 15). Brzmi to przynajmniej szczerze, nawet jeśli nie nazbyt intelektualnie. Jeffreys oznajmia także, iż reakcja ta "rozbrzmiewała echem w całym kraju, kiedy tylko w towarzystwie pojawił się jakiś literat" (por. Tolkien, 15). Chodziło jej zapewne o "dwóch czy trzech literatów", chyba że literaci mówią wyłącznie do siebie (co jest do pomyślenia), a sam termin "literaci" (literati) jest interesujący sam w sobie. Oczywiście nie może oznaczać "człowieka pióra" ani tym bardziej "człowieka piśmiennego", gdyż grupa ta obejmuje oddanych wielbicieli Władcy Pierścieni i to jej właśnie dotyczą biadolenia (nie mogliby być wielbicielami jakiejkolwiek powieści, gdyby nie umieli czytać). W użyciu Jeffreys słowo to najpewniej oznacza "tych, którzy znają się na literaturze". A ci, którzy się znają, znają się na tym, na czym znać się powinni. Pełna tautologia.

Tymczasem w wypowiedziach innych komentatorów pojawiła się sugestia, że na wyniki plebiscytu Waterstone's miała wpływ skonsolidowana akcja Towarzystwa Tolkienowskiego. Towarzystwo zaprzecza temu, zwracając uwagę na fakt, że gdyby nawet wszystkich jego 500 członków głosowało na Tolkiena, wciąż pozostaje 700 głosów z 1200, które przyniosły Tolkienowi zwycięstwo nad jego bezpośrednim rywalem, Rokiem 1984 Orwella. Germaine Greer wbiła kolejną szpilkę, twierdząc z irytacją w zimowo-wiosennym wydaniu "W: the Water­stone's Magazine" z 1997 roku, że od czasu rozpoczęcia studiów w Cambridge "w koszmarnych snach Tolkien jawił mi się jako najbardziej wpływowy pisarz naszego wieku. Koszmarne sny się spełniły". Dodaje: "Książki, które powstały pod wpływem Tolkiena, są mniej więcej tym, czego można oczekiwać - ich cechą naczelną jest ucieczka od rzeczywistości" (Tolkien, 20). Można się tylko dziwić, że powieści takie jak Rok 1984 czy Folwark zwierzęcy są karcone za "ucieczkę od rzeczywistości", choć oczywiście nie są to powieści należące do głównego nurtu realizmu; jak wspomniałem wyżej, pewne tematy, włączając w to problemy socjologiczne czy polityczne, najlepiej przekazuje się za pośrednictwem bajek czy fantasy. Nazywanie czegoś, co w końcu naprawdę się wydarzyło, "koszmarnym snem" nie świadczy o najlepszym kontakcie krytyka z rzeczywistością. W każdym razie Tolkien miał własne zdanie na temat współczesnego rozwoju słów takich jak "rzeczywistość", "rzeczywisty", "realizm", "realistyczny": kolaborant Saruman (por. s. 129), czarodziej, który przechodzi na stronę zła, ponieważ wydaje się ono silniejsze, niewątpliwie określiłby siebie jako "realistę", chociaż wcale by się przez to nim nie stał.

Oczywiście można stwierdzić rozsądnie, że powszechny plebiscyt nie jest żadną miarą literackiej wartości danego utworu, a tym bardziej nie są nią wyniki sprzedaży - opinia taka jest jak najbardziej słuszna. Jednak można by oczekiwać ze strony badaczy i krytyków literackich jakiejś rozważnej reakcji, może nawet próby wyjaśnienia tego fenomenu, a nie jadowitej furii. Zacytujmy krytyka, Darka Suvina (piszącego przede wszystkim o science fiction, ale zajmującego się także wszelkimi formami "paraliteratury" czy komercyjnej produkcji literackiej):

uważam, że dyscyplina, która odmawia uznania ponad dziewięćdziesięciu procent tego, co stanowi jej domenę, nie tylko odznacza się daleko posuniętą ślepotą, ale też poważnie ryzykuje, że jej ogląd owej niewielkiej strefy, na jakiej się koncentruje (tak zwanej wysokiej literatury), będzie skrzywiony. (Suvin, 1979, s. vii)

Ten "niekanoniczny, prześladowany bliźniak Literatury", dodaje, jest "literaturą naprawdę czytaną, w przeciwieństwie do większości utworów przerabianych w szkołach". A to wskazuje na kolejną osobliwość charakteryzującą omówione wyżej wyniki plebiscytów. Gdy przyjrzeć się całej liście Waterstone's, łatwo można dostrzec coś, co korespondentka "Times Educational Supplement" określiła jako "kształtujący wpływ szkolnych lektur na nawyki czytelnicze" (Tolkien, 18). Nawet gdy pominiemy walijskie preferencje dla Ulissesa Joyce'a - dzieło najsilniej promowane przez akademików i nauczycieli - wiodące miejsca po Władcy Pierścieni zajęły Rok 1984 i Folwark zwierzęcy Orwella, Buszujący w zbożu Salingera i wreszcie Władca much Goldinga. Wszystko to są szkolne lektury, rutynowo omawiane i analizowane, i na ogół stosunkowo krótkie. Władca Pierścieni jednak rzadko pojawia się na liście lektur szkół czy uniwersytetów; nie tylko nie cieszy się sympatią edukacyjnego establishmentu, ale jeszcze jest zbyt długi, liczy sobie przeszło pół miliona słów. Tak więc pozycja, jaką zajął, jest rezultatem osobistych wyborów, a nie instytucjonalnych wskazówek.

Naszych komentatorów powinno zainteresować coś jeszcze. Można, jak to wyżej przyznaliśmy, oddzielić masową sprzedaż od trwałej czy literackiej wartości. Bywali pisarze, których utwory osiągały lepsze roczne wyniki sprzedaży niż Władca Pierścieni. Barbara Taylor Bradford, Tom Clancy, Catherine Cookson, Michael Crichton, John Grisham, Stephen King - by wymienić tylko kilku w porządku alfabetycznym. Żaden z nich nie osiągnąłby takiej popularności, gdyby nie odznaczał się jakimiś zaletami, i jak sugeruje Suvin w przytaczanym wyżej fragmencie, opór krytyków wobec uznania owych zalet świadczy raczej o krytykach niż o popularnych autorach. Jednak powieści tych autorów znacznie się różnią od książki Tolkiena. Po prawdzie trudno byłoby znaleźć utwór (być może z wyjątkiem Silmarillionu i Finnegans Wake) pisany z mniejszą troską o sukces komercyjny niż Władca Pierścieni. Jakiekolwiek sondaże rynku wydawniczego w latach pięćdziesiątych wskazywałyby raczej na jego klęskę. Jest długi, trudny, obarczony dodatkami i pełen cytatów w nieznanych językach, niekiedy pozostawionych bez przekładu, i kompletnie obcy. W istocie stworzył swój własny rynek. Zaskakujące jest po pierwsze to, że go w ogóle stworzył, a po drugie, że - w przeciwieństwie do wymienionych wyżej autorów, których skądinąd darzę szacunkiem - wciąż dobrze się sprzedaje. Hobbit wydawany jest od ponad sześćdziesięciu lat, Władca Pierścieni od lat pięćdziesięciu. Łączny nakład pierwszego z tych utworów przekroczył 40 000 000 sprzedanych egzemplarzy, drugiego zaś 50 000 000 (co, zważywszy, że jest zwykle wydawany w trzytomowej edycji, daje blisko 150 000 000 pojedynczych egzemplarzy).

Tolkien i gatunek fantasy

Zajmijmy się teraz drugim z moich argumentów, dotyczącym kreowania rynku czytelniczego. Nietrudno byłoby dowieść, że przed Tolkienem epicka fantasy prawie nie istniała. Owszem, mamy tradycję pisarzy irlandzkich i angielskich, takich jak E.R. Eddison i Lord Dunsany, oraz równoległą do niej tradycję pisarzy amerykańskich, publikujących w pulp magazines, takich jak "Weird Tales" i "Unknown" (omawiam je bliżej i daję przykłady w mojej antologii The Oxford Book of Fantasy Stories, 1994), Władca Pierścieni wszakże raptownie i trwale zmienił gusty czytelnicze. Obecnie rocznie publikuje się kilka tysięcy powieści fantasy w języku angielskim. Wpływy Tolkiena często widać już w tytułach. Warto odnotować tak oczywiste przykłady, jak cykl "Malloreonu" Davida Eddingsa, gdzie pierwszy tom nosi tytuł Strażnicy Zachodu, wraz z The Fellowship of the Talisman ("Bractwo Talizmanu"), The Halfling's Gem ("Klejnot Niziołka") czy Lúthien's Quest ("Wyprawa Lúthien") innych autorów. Większości pisarzy udaje się lepiej ukryć swoje literackie korzenie. Wszakże pierwsze dzieła autorów, którzy w końcu osiągnęli własny indywidualny styl, jak Stephen Donaldson czy Alan Garner, wyraźnie zdradzają głębokie wpływy Tolkiena (jak przedstawimy to szerzej w dalszych rozważaniach - por. s. ­411-415). Terry Pratchett, którego książki od lat są uznanymi bestsellerami, zaczął od Koloru magii - życzliwej parodii Tolkiena (i innych pisarzy fantasy). Tolkien wreszcie dostarczył inspiracji, postaci i materiału wczesnym grom fantasy i RPG z gatunku "Dungeons and Dragons" ("Lochy i smoki"): artykuł Johna Clute'a i Johna Granta w Encyclopedia of Fantasy zatytułowany Fantasy Games wymienia między innymi Bitwę w Hełmowym Jarze, Oblężenie Minas Tirith i The Middle Earth Role Playing System. Ich komputerowe wersje wciąż się mnożą i rozwijają. Śródziemie stało się fenomenem kulturowym, częścią umeblowania umysłów wielu ludzi.

Owi wielbiciele, niezależnie od tego, co twierdzili krytycy Tolkiena, nie są też po prostu niedokształceni czy zapóźnieni w rozwoju. Linia podziału na literackie gusty nigdy nie przebiegała między pospólstwem a ludźmi wykształconymi, ale raczej między ogólnie wykształconymi a wykształconymi zawodowo. Wygląda na to, że ludzi trzeba oduczać gustowania w Tolkienie. Niektórzy, oczywiście, powiedzą, że w edukacji chodzi właśnie o to, by "wyprowadzać raczej niż wprowadzać", jak głosi znane edukacyjne motto. Tolkien odpowiedziałby, że zaspokaja gust - gust na baśnie - który jest nam przyrodzony, który sięga czasów sprzed jakichkolwiek zapisanych tekstów aż do Starego Testamentu i Odysei Homera i który cechuje wszystkie ludzkie społeczności. Jeśli nasi arbitrzy smaku upierają się przy tym, że gust ten należy stłumić, to sami uciekają od rzeczywistości. Jak ujęliby to prawdziwi literati: Naturam expelles furca, tamen usque recurret - "Wyrzuć naturę za drzwi, to oknem powróci".

Pisarz swojego stulecia

Stworzenie czy przywrócenie całego gatunku to dziwny rezultat osiągnięty przez utwór napisany bez żadnych komercyjnych ambicji, stylem ocierający się niekiedy o zawodowy żargon, a w dodatku będący debiutem w zakresie literatury dla dorosłych sześćdziesięciodwuletniego pisarza (choć można się dopatrywać analogii z Ulissesem, pierwszym i ostatnim wielkim dziełem Joyce'a, który liczył sobie, gdy go pisał, czterdzieści lat).

Cokolwiek myśleć o tych analogiach (a są też inne - por. s. 398-401), nie ma wątpliwości, że Władca Pierścieni utrwalił się jako klasyka, bez pomocy zawodowych arbitrów smaku literackiego, a wręcz na przekór ich otwartej wrogości; nadto rozbudził czytelnicze oczekiwania i ustalił konwencje dla nowego i wciąż kwitnącego gatunku. Zasługuje, podobnie jak jego autor, na więcej niż tylko rutynową i odruchową odprawę (czy odrzucenie), jaką otrzymał. Władca Pierścieni i Hobbit mówią coś ważnego i znaczą coś ważnego dla ogromnej części swojej wielomilionowej rzeszy czytelników. Tylko zawodowo niedociekliwi krytycy literaccy nie spytaliby, czy to coś ponadczasowego. Czy zakorzenionego we współczesności? A może (na pewno) jedno i drugie?

Niniejsza rozprawa próbuje wyjaśnić fenomen sukcesu Tolkiena i dowieść jego znaczenia. Oparta jest na mojej wcześniejszej pracy o Tolkienie Droga do Śródziemia (1982, wydanie poprawione 19921), jednak tu nacisk pada na inne sprawy. Droga do Śródziemia była w dużej mierze dziełem zawodowego pietyzmu pojmowanego jako szacunek dla przodków czy poprzedników. Postawiłem tam sobie za cel głównie umieszczenie dzieła Tolkiena w szczegółowym kontekście filologicznym (w omówionym tu pojmowaniu tego słowa). Podkreślam, że wciąż uważam ten pietyzm za w pełni usprawiedliwiony. Jednak - choć niechętnie - przyznaję, że nie każdy gustuje w mowie gockiej czy (w ekstremalnych przypadkach) staronordyckiej. Co więcej, nawet zawodowi lingwiści zgadzają się, że niezależnie od tego, jak cenne byłyby diachroniczne studia nad językiem (to jest studia historyczne nad zmianami zachodzącymi w czasie), wiele można zyskać, badając go także synchronicznie, czyli w jego kształcie w danej chwili. Przez analogię - choć jestem głęboko przekonany, że nie można poprawnie mówić o Tolkienie bez dobrego obeznania w dawnych utworach i dawnym świecie, jaki próbował ożywić (próbuję do tego zachęcić w kolejnych rozdziałach) - obecnie zgadzam się, że należy go czytać i interpretować również w kontekście jego własnego czasu, jako pisarza swojego, dwudziestego wieku, jednego z wielu autorów odpowiadających na tematy i niepokoje wiek ten cechujące. W taki właśnie sposób czyta go większość ludzi i rozsądnie będzie podążyć tym tropem.

Plan i zakres niniejszej książki

Kolejnych sześć rozdziałów będzie poświęconych przedstawieniu głównych źródeł inspiracji dla Tolkienowskiego "Śródziemia", a także pokazaniu, jak samo Śródziemie stało się żywotną inspiracją dla wielu czytelników. Utwory Tolkiena nie są tu omawiane w porządku, w jakim powstawały. Wiemy obecnie - nie było to wiadome, kiedy pisałem pierwszą wersję Drogi do Śródziemia - że Tolkien spędził większość życia, pracując nad zbiorem legend, które w końcu ukazały się pośmiertnie jako Silmarillion, Niedokończone opowieści i dwunastotomowa The History of Middle-earth ("Historia Śródziemia"). Większość z nich istniała już przed napisaniem Hobbita i Władcy Pierścieni. Tolkien powracał do tego materiału niejednokrotnie podczas długiego okresu tworzenia obydwu dzieł oraz już po ich opublikowaniu. Gdybyśmy mieli prześledzić rozwój Tolkiena jako pisarza, najsensowniej byłoby zacząć od początku i potraktować Hobbita i Władcę Pierścieni jako pochodne owego legendarium, bo też w pewnym sensie nimi są. Jednakże największy wpływ na jego własne czasy miały obydwa teksty z cyklu hobbickiego i od nich rozpocznę swoje rozważania.

W rozdziale I zastanawiam się szczególnie nad literacką funkcją hobbitów i Bilba Bagginsa jako ich reprezentanta. Dowodzę, że są oni anachronizmem, istotami ze świata Tolkienowskiej młodości wpisanymi, jak Bilbo, w znacznie bardziej archaiczny i heroiczny świat krasnoludów i smoków, wargów i wilkołaków. Jednak Tolkien i jako filolog, i jako weteran piechoty był głęboko świadom ciągłości między ową heroiczną rzeczywistością a światem współczesnym. Większość słów staroangielskich została przejęta w niezmienionej formie przez współczesną angielszczyznę; wiele sytuacji się powtarza. Robert Graves, niemal współczesny Tolkienowi, wspomina w swoich pamiętnikach z 1929 roku Goodbye to All That (Wszystkiemu do widzenia), że gdy rozpoczął studia w Oksfordzie, wykładowca języka staroangielskiego (ciekawe, kto to był) z lekceważeniem wyrażał się o swoim przedmiocie, twierdząc, że nie jest on ani ciekawy, ani istotny. Graves miał inne zdanie. Uważał, że:

Beowulf okutany w koc, spoczywający pośród plutonu pijanych thanów w gockiej kwaterze; Judyta wybierająca się na przechadzkę do sztabowego namiotu Holofernesa; Brunanburgh ze swoją walką na bagnety i kolby - wszystko to było nam bliższe niż osiemnastowieczne salony i parkowe nastroje.

Język Gravesa jest celowo anachroniczny: "pluton", "kwatery", "sztab", "kolba" to wszystko współczesne słowa o znaczeniu bezpośrednio związanym z pierwszą wojną światową, podczas gdy "przechadzka" to żołnierski eufemizm. Z drugiej strony "thanowie" to wyraz w pełni archaiczny. Jednak ­Graves pragnie właśnie zaprzeczyć poczuciu anachroniczności. Na swój sposób - bardziej złożony i obszerny - Hobbit stanowi podobne ćwiczenie. Zabiera czytelników, nawet tych najmłodszych, w świat zupełnie nieznany, ale sugeruje im, że nie jest on aż tak obcy oraz że mają w nim należne sobie miejsce. Książka wprowadza nierzadko konflikt dwóch stylów - języka, zachowania, moralności - ale kończy się osiągnięciem jedności i zrozumienia na poziomie głębszym niż styl.

Gdy już raz wyobraźnia pisarza stworzyła Śródziemie, łatwo było o ciąg dalszy, o który natychmiast poprosił Tolkiena wydawca. Rozdział II jest poświęcony problemom, z jakimi Tolkien musiał się borykać, pisząc Władcę Pierścieni. Problemy te - zarówno na poziomie inwencji, jak i kompozycji - stały się bardziej oczywiste wraz z publikacją wcześniejszych szkiców utworu. Mogą one przyprawić entuzjastów niemal o rozpacz, ponieważ wynika z nich między innymi, że zgrabne układy tematyczne rozpoznane przez badaczy (łącznie ze mną) niemal zawsze powstawały po długim namyśle. Gdy Tolkien zaczynał pisać, nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Jednak w końcu nie tylko stworzył niewątpliwie spójne układy kulturowych kontrastów i paraleli zdominowanych przez celową dramatyczną ironię, ale też podporządkował strukturę całego dzieła chronologii opracowanej z wielką starannością, a opublikowanej w dodatku B. Staram się dowieść, że jest to jedna z głównych różnic między Władcą Pierścieni a jego naśladowcami (jeśli mogę coś rzec na ich temat). Żaden z zawodowych czy komercyjnych pisarzy nie próbowałby czegoś tak trudnego i wymagającego tak wielkiej uwagi czytelnika. A jednak Tolkien zarówno organizację całego tekstu, jak i głównych jego części - np. rozdział "Narada u Elronda" - oparł na złożonej konstrukcji narracyjnej "przeplatanki", która jak najlepsze strategie narracyjne oddziałuje nawet na tych, którzy nie są jej świadomi, ale która tak czy inaczej domaga się należnego jej uznania.

Rozdziały III i IV podejmują dwa z najbardziej współczes­nych aspektów Władcy Pierścieni, czyli problem zła oraz wymiar mityczny. Tolkien, jak już wspomnieliśmy, należy do grupy "pełnych traumy pisarzy", wyjątkowo wpływowych (większość z nich zajmuje wysokie pozycje w plebiscycie Waterstone's), a tworzących głównie fantasy lub bajki. Grupa ta obejmuje poza wspomnianymi już pisarzami (Tolkien, Orwell, Golding, Vonnegut) także przyjaciela Tolkiena, C.S. Lewisa, T.H. White'a i Josepha Hellera. Ich doświadczenia obejmują rany od kuli (Orwell i Lewis zostali ciężko ranni na polu bitwy) albo bombardowanie (Vonnegut znajdował się w Dreźnie w noc nalotu). Ursula Le Guin, choć nie ma za sobą bezpośredniego doświadczenia przemocy, jest córką Theodory Kroeber, autorki trzech opowieści o "Iszim", ostatnim członku plemienia Indian Yahi w Kalifornii, które uległo totalnej eksterminacji. Tak więc wielu z tych pisarzy miało bliski, a nawet bezpośredni kontakt z największymi koszmarami dwudziestego wieku, a były to koszmary, które nie istniały wcześniej i istnieć nie mogły: Guernika, Somma, Belsen, Drezno, zmechanizowana wojna, ludobójstwo.

Rozmaite - choć w istocie podobne - doświadczenia pozostawiły ich wszystkich z podskórnym, można rzec, problemem. Wszyscy byli absolutnie pewni, że weszli w kontakt z czymś nieodwołalnie złym. Czuli też - jak Graves w przytaczanym wyżej fragmencie, lecz znacznie poważniej - że wyjaśnienia, których dostarczały im oficjalne organy kultury, są beznadziejnie nieadekwatne: w najlepszym wypadku są po prostu nie na miejscu, w najgorszym - same stanowią aspekt owego zła, które miały tłumaczyć. Gdy Orwell powrócił z Hiszpanii, odkrył, że całe jego osobiste doświadczenie (w tym odniesione rany) zostało skwitowane jako nieistotny przypadek, polityczna aberracja. Vonnegut dwadzieścia lat zastanawiał się, jak przekonująco opisać centralne wydarzenie swojego życia, czyli zniszczenie Drezna, wciąż stykając się z ludźmi, którzy woleli o tym zapomnieć albo uznać za niebyłe. Pośród największych filozofów moralności owych czasów znajdowali się tacy myśliciele, jak Bertrand Russell (podobnie jak Tolkien, wydawany przez Stanleya Unwina i według Festschriftu z 1967 roku "filozof stulecia"). Co jednak Russell mógł powiedzieć Lewisowi chociażby o jego doświadczeniach we Flandrii? Podczas pierwszej wojny światowej Bertrand Russell był pacyfistą; pozycja godna, ale niezbyt pomocna dla "pełnych traumy pisarzy" (co Russell z bólem skonstatował w momencie wybuchu drugiej wojny światowej), a w pewnych okolicznościach wręcz nie do obrony. Jednym z aspektów traumy prześladującej wspomnianych tu twórców było to, że gdy przyszło im szukać wyjaśnień, byli pozostawieni samym sobie.

Wszyscy odpowiedzieli, tworząc wysoce indywidualne obrazy i teorie zła. Wspomnę tu choćby opowiadanie Le Guin Ci, którzy odchodzą z Omelas (cywilizacja opierająca się na torturowaniu dziecka idioty); Orwellowskiego śledczego O'Briena - przyszłość jako but depczący ludzką twarz na zawsze; The Book of Merlyn ("Księga Merlina") White'a (ludzkość określana nie jako Homo sapiens, ale Homo ferox). Naturalnie listę tę można poszerzyć. Centralnym obrazem zła u Tolkiena jest, moim zdaniem, "upiór" - stare słowo, ale obdarzone nową potężną siłą. Ów niejednoznaczny obraz ma swój odpowiednik w Pierścieniu, który sam reprezentuje dwie różne i sprzeczne tezy o naturze zła: jedną oficjalnie uznaną (choć trudną do przyjęcia), drugą niebezpiecznie pogańską (lecz zbyt łatwą do zaakceptowania we współczesnych czasach). Tolkien nie tylko stawia pytania dotyczące zła, ale także proponuje odpowiedzi i rozwiązania. Jest to jedna z przyczyn jego niepopularności pośród zawodowych ponuraków i modnych nihilistów. Mimo że w centrum zainteresowania zarówno Tolkiena, jak i innych wymienionych tu autorów pozostają nie sprawy prywatne i osobiste (tematy powieści "modernistycznych"), ale publiczne i polityczne, każdy przyzna (z wyjątkiem chronionych klas obecnego stulecia), że najważniejsze wydarzenia w życiu prywatnym (a szczególnie śmierć) często mają wymiar publiczny i polityczny właśnie. To ci, którzy odwracają się od tej myśli, którzy wolą pozostawać, jak to ujął Graves, w "salonowych" sferach literatury, "uciekają od rzeczywistości".

Rozdział IV jest poszerzeniem rozważań o złu. Po pierwsze, omawia oczywiste związki między Władcą Pierścieni a współczesną historią (Tolkien odrzucał "alegorię", ale zgodził się na "odniesienia"). Po drugie, podejmuje próbę sięgnięcia poza współczesność i archaizm do czegoś, co rządzi obydwoma; chodzi o bezczasowość, "wymiar mityczny" i Tolkienowskie idiosynkratyczne, choć kompetentne poglądy na tradycję literacką. Rozdział ten podejmuje także jeden z głównych pozornych paradoksów Władcy Pierścieni, napisanego - jak wiemy - przez wierzącego i praktykującego katolika, i przez wielu postrzegany jest jako dzieło głęboko religijne. Jednak nie zawiera niemal żadnych odniesień do religii. Powracając do tematu podjętego w rozdziale I, dowodzę, że Władcę Pierścieni można traktować jako mit, w sensie utworu pośredniczącego i godzącego to, co wydaje się nie do pogodzenia: pogaństwo i chrześcijaństwo, eskapizm i rzeczywistość, doraźne zwycięstwo i ciągłą klęskę, ciągłą klęskę i ostateczne zwycięstwo.

Dwa ostatnie rozdziały umieszczają główne utwory Tolkiena w kontekście jego innych literackich przedsięwzięć - opublikowanych zarówno za życia, jak i pośmiertnie. Rozdział V ma funkcjonować jako przewodnik pomocny przy lekturze Silmarillionu, utworu, który wykracza poza współczesne normy czytania czy współczesne konwencje, ale który nigdy nie spotkał się z uznaniem zwykle przysługującym dziełom "eksperymentalnym". Rozważania te obejmują także wzrost i rozwój "Silmarillionu" (już nie kursywą), przez który rozumiem rozliczne części całego legendarium opublikowanego w końcu w dwunastotomowym cyklu The History of Middle-earth. W rozdziale tym dominują dwa zagadnienia: pierwsze to Tolkienowskie złożone pojęcie literackiej "głębi", dzięki której utwór - jak słynne Lays of Ancient Rome lorda Macaulaya - zyskuje dodatkowy urok, dając poczucie istnienia starszej, zapomnianej już historii, podobnie jak historii nowszej, znanej i mniej wiarygodnej; drugie to głęboki smutek, który przenika wszystkie wersje "Silmarillionu" i który może - jeśli spoglądać z tej perspektywy - kryć się także poza światem radosnych hobbitów oraz ich eposu, Władcy Pierścieni.

W rozdziale VI podano kilka powodów tego smutku. Znalazły się tam rozważania o tym, co niektóre z pomniejszych utworów Tolkiena mówią (i co miały nam powiedzieć, niezależnie od jego niechęci do biograficznych odczytań) o jego wewnętrznym życiu. Główną tezą tego rozdziału jest stwierdzenie, że przynajmniej dwa z jego pomniejszych utworów, mianowicie Liść, dzieło Niggle'a oraz Kowal z Podlesia Górnego są na swój sposób "autobiograficznymi alegoriami". Rzecz ta może się wydawać trudna do udowodnienia, jako że znana jest dezaprobata Tolkiena dla alegorii. Jednak mam nadzieję, że to mi się udało, nawet w ramach wąskiej Tolkienowskiej definicji. W moim przekonaniu uważał on, że alegoria ma swoje miejsce i swoje reguły, a jego pogarda była zarezerwowana dla tych, którzy upierali się przy używaniu i dostrzeganiu jej w niewłaściwych miejscach. Między rozważaniami na temat tych dwóch utworów - jednego wczes­nego, drugiego późnego - omawiam niewielką liczbę wierszy, które Tolkien publikował (niekiedy dwukrotnie, w zmienionych wersjach) w ciągu całego swojego życia. Niektóre z nich wiążą się z jego osobistym mitem "zgubionej Drogi" zawartym w dwóch zarzuconych szkicach kolejnego większego dzieła prozatorskiego. Pośród utworów opublikowanych za życia Tolkiena jedynym - poza Hobbitem i Władcą Pierścieni - który odniósł sukces, było niezwykle beztroskie opowiadanie Rudy Dżil i jego pies. Podejmuję próbę wpasowania go, wraz z dwiema innymi poetyckimi opowieściami, w Tolkienowskie idiosynkratyczne, acz kompetentne poglądy na historię literatury.

Wreszcie w posłowiu wracam do Tolkienowskich krytyków i do źródeł zgorszenia wspomnianego na początku przedmowy. Jest to w dużym stopniu zabawa w zgadywankę. Niewielu przeciwników Tolkiena (chociaż są chlubne wyjątki) gotowych było nadać swojej niechęci zorganizowany kształt, tak że byłoby z czym dyskutować. Jeden z najbardziej zaciekłych wyznał mi prywatnie, odwożąc mnie po radiowej debacie w studiu BBC, że tak naprawdę nigdy nie czytał Władcy Pierścieni, książki, którą dopiero co atakował. Sam czasami zaczynam od krytyki, aby dojść do aprobaty, co nie jest idealną procedurą. Jednak niechęć wpływowej i łatwo odróżnialnej części literackiego świata wciąż trwa. Prawdopodobnie jej przyczyna ma wiele wspólnego z sukcesem Tolkiena, który podważył autorytet literati, a tego się nie wybacza.

Przyjrzymy się także nieco bliżej rywalom Tolkiena. Może i nie ma pewności, co czytelnikom spodobało się w jego dziełach, ale widać wyraźnie, co inni pisarze próbowali naśladować i przed czym się wzdragali. Oczywiście niektórzy mogli wykorzystać jego utwory jako punkt wyjścia, podążając w zupełnie innym kierunku, nawet w pewnym stopniu przewyższając pierwowzór. Można powiedzieć, że to ostatnie jest najlepsze, co może się przydarzyć nowatorskiemu pisarzowi: Tolkien sam wspominał (Listy, 218), że miał ongiś nadzieję, iż jego cykle opowieści pozostawią "pole do popisu innym umysłom i dłoniom". Natychmiast, z dezaprobatą, odrzucił tę nadzieję jako "absurdalną" (było to w roku 1951, a więc przed opublikowaniem Władcy Pierścieni).

Jednakże podobne rezultaty osiągnęli inny twórcy filolodzy. Badacze obecnie podejrzliwie podchodzą do Kalewali Lönnrota, ponieważ ten, podobnie jak Walter Scott w swoich Border Ballads ("Balladach z pogranicza"), nie tylko zbierał i transkrybował, ale także pisał, przetwarzał i uzupełniał dawne teksty, tak że nie sposób obecnie stwierdzić, co jest jego autorstwa, a co jest "autentyczne". Mimo to dzień opublikowania Kalewali wciąż jest świętem narodowym w Finlandii, a samo dzieło pozostaje kamieniem węgielnym fińskiej kultury. Podobne oskarżenie o ingerencje i wtrącenia wysunięto wobec braci Grimm i ich Baśni, mimo że od dwóch stuleci baśnie te ubogacają kulturę nie tylko Niemiec, ale i innych krajów, oraz zachwycają setki milionów dzieci i dorosłych czytelników. Duńczyk, Nikolai Grundtvig, obstawał przy pojęciu levende ord, "żywego słowa". Nie wystarczy filologowi, "miłośnikowi słowa", być badaczem. Trzeba mu także przekładać rezultaty badań na życie, mowę i wyobraźnię szerszego świata.

W 1951 roku Tolkien, jak król Théoden, gdy spotykamy go po raz pierwszy, niewiele mógł mieć nadziei na sukces. Jednak w dniu swojej śmierci, gdy miał dołączyć do swoich (filologicznych) przodków, mógł rzec za Théodenem "nawet w ich dostojnym towarzystwie nie będę się wstydzić" (WP III, 143). Tolkien pozostawił dziedzictwo równie bogate jak jego poprzednicy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Polski przekład tej rozprawy ukazał się w 2002 roku. Patrz bibliografia na końcu książki. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Rozdział I

HOBBIT: PONOWNE WYMYŚLENIE ŚRÓDZIEMIA

Moment natchnienia?

Historia początków kariery Tolkiena nie jako pisarza - ta bowiem zaczęła się wiele lat wcześniej - lecz jako autora publikowanych utworów jest znana. Według opowieści samego Tolkiena pewnego dnia, po tym jak został profesorem języka staroangielskiego na uniwersytecie oksfordzkim, siedział w domu przy Northmoor Road, pilnie sprawdzając prace egzaminacyjne: nie wchodziło to w zakres jego obowiązków akademickich, ale wielu wykładowców podejmowało się tego zadania w charakterze wakacyjnych nadgodzin w celu zasilenia swoich dochodów. Było to nudne zajęcie, angażujące intelekt Tolkiena poniżej najwyższych jego możliwości, zarazem jednak wymagające staranności i pełnej uwagi, by oddać sprawiedliwość kandydatom: akademicka praca na akord, która - w odróżnieniu od szycia czy stania przy linii produkcyjnej - nie dawała umysłowi szansy na swobodne błądzenie. W tych okolicznościach (jakie niosą one napięcie, zrozumie tylko ten, kto musiał ocenić, powiedzmy, pięćset ręcznie napisanych prac na ten sam temat) Tolkien przewrócił kartkę, by odkryć, że kandydat:

na szczęście zostawił jedną pustą stronę (co jest najlepszą rzeczą, jaka może się przydarzyć egzaminatorowi), więc napisałem na niej "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit". Nazwy są u mnie źródłem opowieści. W końcu pomyślałem, że chyba powinienem się dowiedzieć, jacy są ci hobbici. Ale to był dopiero początek. (J.R.R. Tolkien, 161; por. też Listy, 321)

Taki był początek, ale - podobnie jak było to z Bilbem, gdy znalazł pierścień w tunelu w rozdziale 5 Hobbita - "moment [ten] miał odmienić całe jego życie" (Hobbit, 57). Wiemy, że Śródziemie w pewnym sensie istniało już w głowie Tolkiena, gdyż od przynajmniej 1914 roku spisywał elfie i ludzkie legendy, które miały wiele lat później, już po jego śmierci, ukazać się w druku jako Silmarillion i The Book of Lost Tales (Księga zaginionych opowieści). Jednak Śródziemie nigdy nie przyciąg­nęłoby powszechnej uwagi, gdyby nie hobbici.

A więc kim są hobbici? I jak to się stało, że Tolkien zapisał owo brzemienne zdanie, kiedy na chwilę osłabła koncentracja na nudnym zajęciu, i pozwolił, aby coś długo tłumionego czy od dawna dojrzewającego wreszcie się uwolniło? Skąd się wzięła sama idea hobbitów?

Na ostatnie z tych pytań istnieje kilka odpowiedzi, od najprostszych do coraz bardziej interesujących i złożonych. Być może najbardziej banalnej i najmniej satysfakcjonującej odpowiedzi może dostarczyć hasło "hobbit" w słowniku - szczególnie w Oxford English Dictionary, gigantycznym zbiorowym projekcie liczącym już ponad sto lat, przy którym sam Tolkien współpracował w czasach swojej młodości, ale z którym w końcu wziął rozbrat, a nawet je wykpił (w Rudym Dżilu i jego psie). Drugie wydanie OED, opublikowane w 1989 roku, powiada jedynie: "W opowieściach J.R.R. Tolkiena [...] jeden z wymyślonych ludów, mała odmiana ludzkiej rasy, która sama sobie nadała taką nazwę" (itd.), co prowadzi nas donikąd. Jednakże Robert Burchfield, były redaktor naczelny OED, oznajmił z niejaką dumą w "Timesie" z 31 maja 1979 roku, że hobbitów wreszcie wytropiono. Słowo to istniało przed Tolkienem. Można je znaleźć w publikacji zwanej The Denham Tracts, dziewiętnastowiecznej serii broszurek i zapisków na temat folkloru, zebranych przez Michaela Denhama, kupca z Yorkshire, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, a ponownie wydanych przez Jamesa Hardy'ego dla Towarzystwa Folklorystycznego w latach dziewięćdziesiątych. Znajdują się oni - według moich obliczeń - na 154. pozycji listy 197 nadprzyrodzonych stworzeń, która zawiera - z pewną dozą powtórzeń - barguests, breaknecks, hobhoulards, melch-dicks, tutgots, swaithes, cauld-lads, lubberkins, mawkins, nick-nevins i wiele, wiele innych, w tym stosunkowo znane boggarts, hob-thrusts, hobgoblins ("licha", "chochliki" i "złośliwe skrzaty"). Jest to jedyna wzmianka o hobbitach. Indeks Hardy'ego określa je jak niemal każdą istotę z listy jako "rodzaj ducha". Oczywiście Tolkienowscy hobbici duchami nie są. Są przyziemni aż do przesady i (jak Tolkien powiada w najwcześniejszym ich opisie na drugiej stronie Hobbita):

Nie uprawiają wcale albo prawie wcale czarów, z wyjątkiem chyba zwykłej, powszedniej sztuki, która pozwala im znikać bezszelestnie i błyskawicznie, kiedy duzi, niemądrzy ludzie, jak ty i ja, zabłądzą w ich pobliże, hałasując niczym słonie, tak że na milę można ich usłyszeć. (Hobbit, 6)

Możliwe, że Tolkien czytał The Denham Tracts, spostrzegł słowo "hobbit", po czym zapomniał je aż do chwili, gdy pojawiła się przed nim pusta strona pracy egzaminacyjnej, ale bez względu na to, co na ten temat mówi "Times", jednostkowe pojawienie się słowa trudno nazwać źródłem, a tym bardziej "inspiracją". Filolodzy kochają słowa, to prawda, ale wiedzą też, jaka jest ich natura: słowo to nie rzecz. Przynajmniej samo słowo, bo winniśmy pamiętać, że Tolkiena żywo interesowały słowa, nazwy i ich pochodzenie, i wiedział o nich więcej niż ktokolwiek z żyjących (por. s. 106-109 i 136-141). Dochodzimy w ten sposób do nieco bardziej obiecującej teorii na temat hobbitów, a mianowicie, że słowo to brzmi podobnie jak słowo rabbit ("królik"), a więc mogą oni mieć coś wspólnego z królikami. Wkrótce po ukazaniu się Hobbita "Observer" z 16 stycznia 1938 roku opublikował list od nieznanego korespondenta, sugerujący jakieś wyraźnie nieprzekonujące związki między hobbitami a innymi rzeczywistymi lub nieistniejącymi włochatymi istotami. Tolkien odpowiedział (nie chciał, aby "Observer" wydrukował jego list, ale tak się stało), dobrodusznie zaprzeczając owym sugestiom i odrzucając zarówno włochatość, jak i króliki:

mój hobbit [...] nie był, poza stopami, pokryty sierścią. Nie przypominał też wcale królika. [...] Nazwanie go "paskudnym małym królikiem"1 było przykładem trollowego prostactwa, podobnie jak "szczurzy pomiot"2 świadczył o krasnoludzkiej złośliwości. (Listy, 46).

Trzeba jednak powiedzieć, że nie tylko trolle używały tego przezwiska. Orzeł niosący Bilba w rozdziale 7 mówi doń: "Nie masz powodu tchórzyć jak królik, chociaż jesteś trochę do niego podobny" (Hobbit, 91). W poprzednim rozdziale Bilbo sam zaczął myśleć, że "może zostanie rozszarpany na orlą kolację zamiast królika" (Hobbit, 89), a pod koniec pobytu w domu Beorna gospodarz podnosi go, obmacuje mu bezceremonialnie kamizelkę i stwierdza: "Brzuszek nam się z powrotem pięknie zaokrąglił na chlebie i miodzie" (por. Hobbit, 105)3. Thorin potrząsa nim "niby królikiem" (Hobbit, 212) w rozdziale 17. Przekonanie, że hobbici mają coś wspólnego z królikami, jest dosyć rozpowszechnione. A jednak widać wyraźnie, dlaczego Tolkien tak stanowczo odrzucił podobne skojarzenia. Nie chciał, aby hobbitów, a w szczególności Bilba, zaklasyfikowano jako króliczki czy trusie (jeszcze jedno określenie królika używane przez Bilba): małe puszyste stworzonka, niegroźne, nieuleczalnie dziecinne, nigdy niewznoszące się ponad status ulubionego zwierzaczka. Słowo rabbit mogło wzbudzić zawodowe zainteresowanie Tolkiena, mogło też mieć jakiś związek z relacją hobbitów do innych ras Śródziemia, z powodów, o których poniżej. Cokolwiek jednak można o nich jeszcze powiedzieć, hobbici to osoby ludzkie: nie duchy ani zwierzęta.

Jakiego rodzaju są to osoby? Dużo o nich mówi - co jest do przewidzenia - bardzo staranne i niespodziewanie sugestywne przedstawienie Bilba zaraz na początku Hobbita. Zaczyna się od słynnego zdania napisanego w natchnieniu - zdania rodem z podświadomości: "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit" (Hobbit, 5). Ale zdanie to pozbawione kontekstu jest mylące. Stworzenia żyjące w ziemnych norach - króliki, krety, węże, świstaki, borsuki - to przecież zwierzęta, a samo słowo "nora" sprawia wrażenie nędznego miejsca zamieszkania. "Nie nazywaj mojego pałacu obrzydliwą dziurą! - powie dużo później Thorin w rozdziale 13. - Poczekaj, aż go sprzątniemy i odnowimy!" (Hobbit, 188). Jednak nora Bilba nie potrzebuje ani sprzątania, ani odnowienia: opis ciągnie się dalej, zdecydowanie i stanowczo odrzucając wszelkie sugestie niesione przez inicjalne zdanie:

Nie była to szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym można by usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami. (Hobbit, 5)

Niemal pod każdym względem - tyle że znajduje się pod ziemią (i nie ma w niej służby) - nora Bilba przypomina dziewiętnastowieczny dom przedstawiciela wiktoriańskiej wyższej klasy średniej z czasów młodości Tolkiena, pełen gabinetów, saloników, piwnic, spiżarni, garderób i czego tam jeszcze.

Tak więc łatwo jest umieścić Bilba w określonym kontekście społecznym, a nawet czasowym. Mógłby tego dokonać nawet ktoś, kto nie przeczytałby reszty książki. Są to na pewno czasy po odkryciu Ameryki, ponieważ Bilbo pali fajkę, ostatnie słowa utworu zaś to "puszka z tytoniem" (por. Hobbit, 234) (słowo "tytoń", tobacco, pojawia się w angielszczyźnie według OED dopiero w roku 1588). Możliwa jest jeszcze większa precyzja. Kiedy Bilbo pragnie zniechęcić Gandalfa, sięga po "ranną pocztę" (Hobbit, 8), która wyraźnie dostarczana jest codziennie. Zatem Bilbo żyje już po wprowadzeniu usług pocztowych - znany nam system datuje się w Anglii od 1837 roku. Można także umieścić Bilba w czasach po wynalezieniu kolei; oto - choć to słowa narratora, a nie jego własne - gdy puszczają mu nerwy, wydaje krzyk "niby gwizd lokomotywy wyjeżdżającej z tunelu" (pierwszą parową towarowo-pasażerską linię kolejową otwarto w Anglii w 1825 roku, a pierwszy tunel kolejowy jest pięć lat młodszy).

Wszystko to oczywiście okazuje się od początku do końca błędne. Dowiadujemy się, że opowieść dzieje się "dawno, dawno temu, w czas dla świata spokojny, gdy mniej na nim było zgiełku, a więcej zieleni" (Hobbit, 6-7). Tolkien jednakże nie zapomniał o żadnym z wymienionych wyżej punktów i - mimo że później usilnie starał się je wyjaśnić lub przynajmniej złagodzić - hobbici są i zawsze będą wysoce anachroniczni w świecie Śródziemia. Taka jest w istocie ich główna funkcja. Dzięki bowiem swojej anachroniczności pozwalają uniknąć problemu, z jakim musiało sobie radzić wielu autorów powieści historycznych, proponujących zresztą podobne rozwiązania. Bywało, że umieszczając opowieść w odległych czasach, autor odkrywał, że przepaść między owymi czasami a współczesną świadomością czytelnika jest zbyt głęboka, by dało się ją łatwo zasypać. Wówczas to importował do historycznego świata postać z gruntu współczesną w swoich odczuciach i w stosunku do rzeczywistości, aby sterowała reakcjami czytelnika, pomagając mu wyobrazić sobie, "jak by to było", gdyby on sam się tam znalazł. Oczywistym przykładem może być cykl o Hornlowerze C.S. Forestera, którego publikacja zaczęła się dokładnie w tym samym czasie co Hobbit. Wszyscy czytelnicy pamiętają na pewno Busha o twardej głowie i twardym sercu, który reprezentuje codzienność czasów nelsońskich, i jego przeciwieństwo: bardziej inteligentnego, wrażliwego i bardziej dwudziestowiecznego Hornlowera wzdragającego się przed wymierzaniem chłosty, wierzącego w zimne prysznice i czystość oraz wyznającego niebezpiecznie demokratyczne poglądy. Bilbo, nawet bardziej niż jego następcy z Władcy Pierścieni, podejmuje swoistą rolę "reflektora". Jego słabostki są dokładnie takie, jakimi mógłby się odznaczać dziecięcy, a nawet dorosły czytelnik, magicznym sposobem przeniesiony do Śródziemia. Przyzwyczajony był do tego, że "odbierał [mięso] od rzeźnika już przygotowane" (Hobbit, 90), nie miał pojęcia, jak huknąć "dwa razy jak sowa i raz jak puszczyk" (Hobbit, 31), i musiał ukrywać swoją nieznajomość ptasiej mowy, czy była ona "za szybka i za trudna" (Hobbit, 198), czy nie. Jest osobą z dzisiejszych czasów, która co rusz okazuje się nie na miejscu w archaicznym i heroicznym świecie, w który wciągnął go, czy raczej wrzucił, Gandalf.

Z drugiej strony Bilbo jest solidnie umiejscowiony w hobbickiej społeczności, czego nie trzeba wcale tłumaczyć (a przynajmniej nie trzeba było tłumaczyć czytelnikowi z 1937 roku). Gdy już omówiono jego "norę" i sprostowano wszelkie niepoprawne skojarzenia, jakie słowo to mogłoby sprowokować, pierwsza informacja dotycząca Bilba, która pojawia się w utworze, dotyczy jego statusu społecznego, a jest ona niezwykle precyzyjna. Tak więc Bilbo jest "zamożny" (Hobbit, 5), choć niekoniecznie "bogaty"; większość jego krewnych od strony ojca była bogata, choć nie tak bogata jak krewni ze strony matki. OED, doskonały przewodnik po wiktoriańskich i edwardiańskich znaczeniach większości słów, definiuje słowo "zamożny", well-to-do, jako "posiadający środki do życia, dobrze sytuowany", przez co rozumie przede wszystkim człowieka, który nie musi pracować. Natomiast "bogaty" (rich) jako starsze słowo ma kilka znaczeń, z których interesuje nas "posiadający duży majątek albo obfite zasoby" - obfitość pozostaje tu w opozycji do wystarczających środków do życia. Tak więc Bilbo miał dosyć i trochę nadto, ale nie więcej. Wszakże to, co on i jego rodzina mają bez żadnych ograniczeń, to "szacunek", co w angielskim społeczeństwie nie miało i wciąż nie ma najmniejszego związku z majątkiem. Nic nie stoi na przeszkodzie, więcej, jest to całkowicie normalne, aby być szanowanym przedstawicielem klasy pracującej, i równie normalne, aby należeć do klasy wyższej i nie cieszyć się żadnym szacunkiem. OED definiuje "szanowany" (respectable) jako "posiadający dobrą czy przyzwoitą pozycję społeczną i wartości moralne pozycji tej przysługujące z natury": proszę zwrócić uwagę na słowo "przyzwoita", z którym zgodziłby się Tolkien (nie ma wątpliwości, że rodzina Gamgee jest szanowana i zdolna do poważnej społecznej mobilności, choć na początku nie ma żadnych "środków do życia"), a także na niedookreślony i niedomyślany zwrot "przysługujące z natury", który Tolkien prawdopodobnie uznałby za jeszcze jeden przykład nieuleczalnie drobnomieszczańskich nawyków redaktorów. Pozycja społeczna Bilba bliska byłaby wyższych warstw klasy średniej, gdyby nie jeden element, który temu przeczy, mianowicie jego nazwisko - Baggins.

"Baggins" jest u swych korzeni nazwiskiem prostackim. Jeden z trolli, które - jak to stwierdził Tolkien (patrz wyżej) - są niezmiernie prostackie, nazywa się Huggins, i w istocie od Billa Hugginsa niedaleko jest do Bilba Bagginsa. Jednak Huggins - powtarzam, że Tolkien był doskonale obeznany w nazwach włas­nych - jest zdrobniałą formą imienia (Hugo, Hugh), podobnie jak pospolite nazwiska w rodzaju Watkins, Dickens, Jenkins i tak dalej. Baggins natomiast nie pochodzi od żadnego imienia, choć jest pospolitym słowem, i to w dwóch znaczeniach. Jest "pospolite", gdyż jest niestandardowe, a więc (w Anglii postśredniowiecznej, choć nie wcześniej) prostackie, gwarowe, przynależne klasie niższej. Było też pospolitym (a więc powszechnym) w całej północnej Anglii określeniem jedzenia, jakie robotnik zabiera ze sobą do pracy, czy czegokolwiek podjadanego między posiłkami, a szczególnie - jak podaje OED - popołudniowej herbatki "jako posiłku". Tolkien niewątpliwie o tym wiedział, podobnie jak o tym, że - chociaż OED podaje nie "mówioną" wersję baggins, ale hiperpoprawną bagging - słowo to znalazło się w New Glossary of the Dialect of the Huddersfield District, do którego napisał w 1928 roku pochlebną przedmowę. Tolkien nie pochodził z północy, ale przez całe życie pozostał wdzięczny, a nawet "oddany" uniwersytetowi w Leeds (por. Listy, 457) i cenił sobie północny dialekt. Hobbit w istocie kończy się żartem pochodzącym ze wspomnianego tu glosariusza, gdyż w dialekcie Huddersfield słowo okshen oznacza nie aukcję czy licytację, lecz bałagan. Walter Haigh, redaktor New Glossary, odnotowuje niepochlebne zdanie jednej kobiety o drugiej: "Shu'z nout but e slut; er ees eze feer okshen" ["Jest zwykłym flejtuchem; jej dom to istna aukcja/bałagan"]. A kiedy Bilbo powraca do domu, znajduje tam okshen w obydwu znaczeniach - jako bałagan i aukcję, która się właśnie tam odbywa.

Powróćmy do Bilba Bagginsa. Jest on miłośnikiem wszelkich posiłków, jak się wkrótce dowiemy, ale w szczególności popołudniowej herbatki. "Nieproszeni goście" z rozdziału 1 bez wątpienia pojawili się na herbatce jako posiłku. Jest to kolejny anachronizm cechujący Bilba i hobbitów w ogóle: są oni mianowicie wyraźnie angielscy. Tolkien podkreślił to szczególnie w prologu do Władcy Pierścieni, gdzie cała historia Shire jest przedstawiona jako analogiczna do wczesnej historii Anglii. Wyraźnie to już widać przy pierwszym spotkaniu Bilba i Gandalfa. Nie owijajmy w bawełnę - Bilbo jest snobem. Nie jakimś tam strasznym snobem, gdyż gotów jest poczęstować fajką nieznajomego przechodnia, ale niewątpliwie przejawiającym tendencje do dzielenia świata na "naszych" i "obcych". Kilkakrotnie ujawnia tę klasową ekskluzywność, która jakże często irytowała odwiedzających Anglię. Odrzuca sam pomysł "przygód" stwierdzeniem: "Nie pojmuję, co się w tym komuś może podobać" (Hobbit, 8) i próbuje pozbyć się Gandalfa, gdy tylko uznaje, że "nie jest to odpowiednie dla niego towarzystwo" (Hobbit, 8), po prostu ignorując go. Później z całkowicie nieszczerą uprzejmością stara się odprawić czarodzieja: najpierw powtarza "dzień dobry" w sensie pożegnania, a nie pozdrowienia, później dwukrotnie próbuje słowa "dziękuję" w tym samym duchu (wypowiedziane ostrym, stanowczym tonem znaczy to "dziękuję, nie"), a w końcu zaprasza go na herbatkę, ale nie w tej chwili. Oczywiste jest, że większość z tego, co mówi Bilbo, w kodzie społecznym oznacza swoje przeciwieństwo, podobnie jak wówczas, gdy kilka stronic dalej spytał krasnoludy "jak umiał najgrzeczniej, ale bez nalegania": "Przypuszczam, że zechcecie wszyscy zostać na kolacji?" (Hobbit, 13) (co dla wszystkich obznajomionych z kodem oznacza: "Zasiedzieliście się, wynocha").

Nic z tego nie jest obce angielskiemu czytelnikowi. Podstawowym źródłem komizmu jest tu konsekwentne ignorowanie tego kodu przez Gandalfa, który reaguje niczym obcokrajowiec, biorąc za dobrą monetę zdania takie jak choćby: "Wybacz, proszę" (Hobbit, 9). Istnieje słowo, które znakomicie podsumowuje Bilba, często używane na określenie angielskiej klasy średniej, do której hobbit niewątpliwie należy: mieszczuch, bourgeois, Nie jest to angielskie słowo, lecz francuskie, i wątpliwe, by Tolkien go używał. Z przyczyn zawodowych uważał bowiem za godne pożałowania zdominowanie języka angielskiego przez normandzką francuszczyznę od czasów średniowiecza i gdy tylko mógł, próbował odwrócić ten proces. Mógł jednak myśleć właśnie o tym słowie, o czym świadczy kilka kolejnych prywatnych żartów. We Władcy Pierścieni okaże się, że droga wiodąca do nory Bilba zwie się Bag End: nazwa ta pasuje do kogoś o nazwisku Baggins, ale nie pasuje do drogi. A jednak w pewnym sensie brzmi ona znajomo. Na fali ciągłego profrancuskiego snobizmu panującego w angielskim społeczeństwie w czasach Tolkiena (i później) rady miejskie miały (i ciągle mają) zwyczaj określania ulicy bez wyjazdu jako cul-de-sac. Jest to francuski odpowiednik bag end, chociaż Francuzi nazywają zaułek impasse, rdzenni Anglicy zaś - dead end. Cul-de-sac jest więc głupim zwrotem i trzeba policzyć rodzinie Bagginsów na plus, że go nie używają. Także rodzinie Tolkienów, gdyż dom jego ciotki, Jane Neave, stał przy ślepej alejce, wyzywająco nazwanej właśnie Bag End. Paskudnie świadczy o obdarzonej społecznymi aspiracjami gałęzi rodu Bagginsów próba sfrancuzienia i ukrycia swoich korzeni: nazywają się Sackville-Bagginsami, jak gdyby pochodzili z ville (czy może willi?) i cul-de-sac(k) (czyli Bag End). A więc to oni są prawdziwą burżuazją. Bilbo zaledwie zmierza w tym kierunku.

Gandalf wszakże ma zamiar zawrócić go z tej drogi i dlatego robi zeń włamywacza. Burglar, włamywacz, to kolejne dziwne słowo. Angielscy użytkownicy zakładają, że końcówka -ar oznacza to samo co -er4. Skoro słowo worker oznacza kogoś, kto pracuje (works), słowo burglar musi oznaczać kogoś, kto się włamuje (burgles). Ale jest to etymologia z gruntu fałszywa i stanowi przykład dwóch rzeczy, doskonale znanych Tolkienowi: derywacji wstecznej i "ludowej" etymologii. Źródłosłów słowa burglar jest ten sam co źródłosłów słowa bourgeois: jest to staroangielskie (a prawdopodobnie i starofrankońskie) słowo burh, "miasto, fort, opalisadowany dom". Burgulator, jak powiada OED, to ktoś, kto włamuje się do domów, bourgeois to ktoś, kto w nich mieszka. Są to związane ze sobą przeciwieństwa, jak Sackville'owie i Bagginsowie. Gandalf zamierza przenieść Bilba z jednego - snobistycznego - bieguna na drugi.

W ten sposób Bilbo stanie się nie mniej, lecz bardziej angielski. Trzeba tu zauważyć, że "angielskość" miała fatalną prasę niemal przez cały dwudziesty wiek. Tolkien, przeciwnie, gorliwie podkreślał niektóre z narodowych cnót Bilba, cnót cenionych także przez współczesnego Tolkienowi George'a Orwella. Ten ostatni zresztą to kolejny, obok Tolkiena, przykład angielskiego "samokształtowania": jego prawdziwe nazwisko brzmiało Blair, lecz odrzucił je, ponieważ było ono nazbyt szkockie, Tolkien zaś, świadom niemieckiego pochodzenia swego nazwiska, skłaniał się do utożsamiania z nazwiskiem Suffield (było to panieńskie nazwisko jego matki, pochodzącej z Worcestershire; por. Listy, 326). Gdy Bilbo rozpoznaje Gandalfa, reagując z autentycznym zainteresowaniem i podnieceniem, narrator dodaje swój komentarz: "Zauważyliście już z pewnością, że pan Baggins nie był wcale tak prozaicznym hobbitem, za jakiego chciał uchodzić, i że bardzo lubił kwiaty" (Hobbit, 8). A więc hobbici, podobnie jak cała angielska klasa średnia, do której wyraźnie należą, mogą aspirować do roli burżujów i nudziarzy, ale nie jest to rola im przyrodzona. Tolkien w istocie nie miał nic przeciwko angielskiej klasie średniej. Sam do niej należał i - w przeciwieństwie do wielu anglojęzycznych pisarzy owych czasów, takich jak Lawrence, Forster, Woolf czy Joyce - nie czuł się w jakikolwiek sposób wyalienowany ani nie odczuwał potrzeby przybierania jakiejkolwiek spektakularnej pozy: członka klasy pracującej, nie-Anglika, wewnętrznego emigranta. Jest to jeden z powodów, dla których nigdy nie znalazł uznania w oczach zdecydowanie kosmopolitycznej brytyjskiej inteligencji (intelligentsia - kolejny obcy termin).

Tak więc już na samym początku wiemy, do jakich czasów, klasy i kultury należy Bilbo. Jest Anglikiem z klasy średniej, z czasów na styku epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej. Później się okaże, że hobbici są tym wszystkim w stopniu znacznie większym niż Bilbo; chociaż niektórzy z nich będą należeć do klasy pracującej (rodzina Gamgee), żaden nie sięgnie poziomu klasy wyższej, nawet Tukowie czy Brandybuckowie. Ale też stale podkreśla się ich anachroniczność w świecie, w którym żyją. Przynajmniej z pozoru - temat ten jest eksploatowany w Hobbicie i Władcy Pierścieni - nie pasują oni wcale do Śródziemia, świata krasnoludów i elfów, czarodziei i smoków, trolli i goblinów, Beorna, Smauga i Golluma.

Świat baśni

Tolkien nie stworzył tego świata od początku, choć niewątpliwie ma wielkie zasługi w otwarciu nań współczesnej wyobraźni. W 1937 roku (choć nie obecnie) świat ten i jego mieszkańcy znany był ze stosunkowo nielicznych i skąpych zbiorów klasycznych europejskich baśni - braci Grimm w Niemczech, Asbj?rnsena i Moego w Norwegii, Perraulta we Francji czy Josepha Jacobsa w Anglii - z ich artystycznych naśladownictw (jak teksty Andersena w Danii) lub baśni literackich w rodzaju "kolorowych" ksiąg baśni Andrew Langa, a także z wielu wiktoriańskich opracowań na temat "mitów i legend". Opowieści te sprawiły, że pojęcia takie jak "krasnolud", "elf' czy "troll" były znane wielu ludziom od wczesnego dzieciństwa. Na przykład krasnoludy, czy raczej krasnoludki5, są ważnymi postaciami w Królewnie Śnieżce i mają pewne cechy wspólne z ludem Thorina, mianowicie górnictwo i fascynację bogactwem. Trolle nie były tak znane w świecie anglosaskim (jest to słowo skandynawskie), ale weszły w angielską świadomość za pośrednictwem baśni o trzech gburowatych kozłach ze zbioru Asbj?rnsena i Moego. Elfy pojawiają się w opowieści o małych elfach i szewcu, gobliny zaś w literackich baśniach George'a MacDonalda6. Niewiele dzieci wychowało się, nie poznawszy tych baśni, a te, które je poznały, polubiły je.

Jednakże owe tradycyjne baśnie są ograniczone na co najmniej dwa sposoby. Przede wszystkim są od siebie niezależne. Można mieć niejasne poczucie, że wszystkie dzieją się mniej więcej w tym samym świecie, w odległej i zamierzchłej przeszłości, która - jak Bilbo powiada o opowieściach Gandalfa - jest pełna historii "o smokach, goblinach i wielkoludach, o ratowaniu księżniczek i o niespodziewanym szczęściu wdowich synów" (Hobbit, 8). Nie jest to jednak świat związany z jakąkolwiek znaną historią czy geografią, a co więcej, brak jakiegokolwiek związku między samymi opowieściami. Nie można ich więc rozwijać. Stymulują wyobraźnię, ale nie satysfakcjonują jej w pełni - przynajmniej nie tak, jak oczekiwałby tego współczes­ny czytelnik, który pragnie pełnej fabuły, rozwiniętych postaci i, zapewne nade wszystko, map.

Jest jeszcze jeden problem z baśniami, z którego doskonale zdawał sobie sprawę Tolkien. Chodzi o to, że na samym początku - to znaczy w czasach, gdy zaczęły one interesować badaczy i gdy powstały pierwsze ich zbiory - były, by tak rzec, w ruinie. Zbiory Haus- und Kindermärchen braci Grimm można określić jako swego rodzaju archeologię ratunkową. Grimmowie byli przekonani, że zebrane przez nich opowieści, choć tak krótkie i skażone późniejszymi literackimi i socjologicznymi naleciałościami, wciąż zachowały ułamki jakichś dawnych, rdzennie germańskich wierzeń, w końcu przytłumionych przez zagranicznych misjonarzy, obce piśmiennictwo i chrześcijaństwo. Jacob Grimm, starszy z braci, próbował złożyć te ułamki w całość, a przynajmniej zebrać ich tyle, ile się da, w swoim monumentalnym dziele Deutsche Mythologie. Praca ta była jak dotąd czy to ignorowana, czy pomniejszana, ale zawiera kilka celnych obserwacji. Grimm zauważył na przykład, że w niektórych przypadkach wszystkie języki germańskie zachowały ten sam wyraz, chociaż najwyraźniej nie było to zapożyczenie, ponieważ dane słowo przechodziło zmiany będące udziałem każdego z tych języków przez tysiąclecia (por. s. 17-18). Tak było chociażby ze słowem "krasnolud", "karzeł", którego angielski odpowiednik brzmi dwarf, niemiecki Zwerg, a islandzki dvergr. Wynika z tego wyraźnie, że słowo to jest bardzo stare, starsze niż baśnie, w których się zachowało i w których występowało od zawsze. Jak mogły brzmieć wcześniejsze wersje tych baśni, zanim cała mitologia nie została zdegradowana do historyjek opowiadanych dzieciom przez piastunki?

Potwierdzeniem tej teorii były późniejsze osiemnastowieczne i dziewiętnastowieczne odkrycia fragmentów dawnej literatury Europy Północnej, adresowanej do dorosłych czytelników z klas wyższych. Zauważmy, że pozostawały one w ukryciu i zapomnieniu przez całe stulecia. Na przykład Szekspir mógł nic nie wiedzieć o szlachetniejszej literaturze u podłoża baśni (choć wyraźnie o samych baśniach wiedział więcej, niż był gotów przyznać). Jedyna zachowana kopia staroangielskiego eposu Beowulf, z jego fascynacją potworami, elfami i orkami, spoczywała nieczytana i niemal niedostrzeżona od czasów podboju normandzkiego aż do roku 1815, kiedy to opublikowano ją w Kopenhadze. Staroskandynawskie poematy składające się na Eddę starszą także leżały niezauważone - w większej części w jednym rękopiśmiennym egzemplarzu - na islandzkiej farmie, aż nie odkryli ich badacze, w tym bracia Grimm, i nie zaczęli publikować kolejnych fragmentów. Średniowieczny poemat Sir Gawain and the Green Knight (Sir Gawain i Zielony Rycerz), wykazujący podobne zainteresowanie elfami i zjawami (ettins), był niemal nieznany i wyłączony z programów uniwersyteckich do roku 1925, gdy ukazał się w redakcji Tolkiena i jego młodszego kolegi z Leeds, E.V. Gordona. Jednak ci, którzy czytali te poematy oraz wiele gorzej zachowanych ich odpowiedników, mieli wrażenie kryjącej się poza nimi wiedzy o innym świecie, spójnym wewnętrznie i powiązanym z dużo późniejszymi baśniami ze współczesnych czasów; i że możliwe jest odtworzenie tego świata. Na tym polega filologiczna czynność "rekonstrukcji", o której mówiłem w przedmowie (s. 18).

Tak więc baśnie i ich źródła stymulowały wyobraźnię na dwa sposoby, sugerując istnienie świata szerszego niż ten, w który się zapuszczały. Można zacząć od krasnoludków w Królewnie Śnieżce, od krasnoludów w Ruodlieb (jest to poemat napisany po łacinie przez dwunastowiecznego niemieckiego poetę) albo od karłów z Eddy starszej (zbioru poematów w języku staronordyckim, z których niejeden jest zapewne starszy niż Ruodlieb). Tak właśnie czynił Tolkien. Dowodzi tego na przykład jego upór przy pisowni dwarves, którą wymuszał na drukarzach, chociaż - jak przyznaje w nocie wstępnej do Hobbita - "W języku angielskim jedyną poprawną formą liczby mnogiej rzeczownika dwarf jest dwarfs"7. Skoro tak, to dlaczego używać formy niepoprawnej? Ponieważ końcówka -ves jest znakiem starożytności słowa, a więc i jego autentyczności. Nawet we współczesnej angielszczyźnie dawne słowa kończące się na -f w liczbie mnogiej mają końcówkę -ves, jeśli były w ciągłym użyciu: hoof/hooves ("podkowa"), life/lives ("życie"), sheaf/sheaves ("wiązanka"), loaf/loaves ("bochenek"). Słowo dwarf/dwarves mogło się rozwinąć w taki sam sposób, ale wyraźnie wyszło na dłużej z użycia i w rezultacie zostało włączone (prawdopodobnie przez literatów, nauczycieli i drukarzy) do prostszego układu zawierającego tiff(s) ("łyk wódki"), rebuff(s) ("odprawa") i tak dalej. Tolkien pragnął cofnąć wskazówki zegara. Grimmowie zrobili dokładnie to samo, przekonując, że niemiecka forma liczby mnogiej rzeczownika "elf' winna brzmieć Elben, a nie Elfen (forma późno zapożyczona z języka angielskiego, gdzie sama jest błędna z perspektywy rozwoju języka). Co więcej, zaczynając Hobbita, Tolkien wyraźnie myślał o jednym z poematów Eddy starszej, który dostarczył mu imion dla kompanii Thorina.

Nietrudno zauważyć, że w Hobbicie jest zaskakująco mało nazw własnych, szczególnie w porównaniu z Władcą Pierścieni. Większość elementów krajobrazu nosi nazwy, które są po prostu pisanymi z dużej litery rzeczownikami pospolitymi, niekiedy poprzedzonymi przymiotnikami: Pagórek, Woda, Dal, Długie Jezioro, Bystra Rzeka, Samotna Góra, Zwiędłe Wzgórza i wreszcie Samotna Skała. Na nieśmiałe pytanie Bilba o znaczenie tej ostatniej nazwy Gandalf odpowiada nieżyczliwie: "To on ­[Beorn] ją tak nazwał, bo tak mu się podobało. Nazywa wszystko, jak chce, a to jest w dodatku jedna jedyna skała w pobliżu jego domu i on o tym dobrze wie" (Hobbit, 93). Mamy jeszcze kilka nazwisk i nazw hobbickich (Baggins i Tuk, Hobbiton, i firmę aukcyjną Grubb, Grubb i Borrowes), nieco więcej imion i nazw z istniejącej już, lecz tu jedynie zasugerowanej elfickiej mitologii (Elrond, Gondolin, Girion, Bladorthin, Dorwinion, a być może Orkrist i Glamdring) i jeszcze kilka imion bardziej przypadkowych (Radagast, gobliny Bolg i Azog, kruki Roak i Kark, Bard). Ale gdy chodzi o imiona krasnoludów, Tolkien jest wyjątkowo hojny.

Znalazł je w poemacie Vӧluspá ("Wieszczba Wӧlwy"), we fragmencie zwanym Dvergatal ("Rejestr karłów"). Staroskandynawski oryginał zawiera ponad sześćdziesiąt imion, głównie zestrojonych w prostą rytmiczną listę, powtórzonych z niewielkimi zmianami w trzynastowiecznym przewodniku po skandynawskiej mitologii Snorriego Sturlusona zatytułowanym Skaldskaparmál ("Traktat o statku skalda" czy, jak można powiedzieć, "Sztuka poetycka"). Część wersji Snorriego brzmi, jak następuje, i można dostrzec wyraźnie związki z Tolkienem:

Nár, Náinn, Nípingr, Dáinn,

Bífur, Báfur, Bӧmbur, Nóri,

Órinn, Ónarr, Óinn, Miӧ?vitnir,

Vigr og Gandálfr, Vindálfr, ?orinn,

Fíli, Kíli, Fundinn, Váli,

?rór, ?rórinn, ?ettr, Litr, Vitr...8

Jest tu osiem z trzynastu imion krasnoludzkich kompanii Thorina wraz z imieniem krewniaka Thorina, Dáina, jego ojca Throra i imieniem zbliżonym do imienia jego dziadka, Thráina. Cztery z pozostałych imion (Dwalin, Glóin, Dori i Ori) nie odbiegają daleko od nich brzmieniem, podobnie jak imię Durina, legendarnego przodka krasnoludów w Hobbicie i we Władcy Pierścieni, oraz przydomek Thorina, Dębowa Tarcza, czyli ­Eikinskjaldi. Jedynie Balina - słynnego imienia rodem z arturiańskich romansów, choć to zapewne zbieg okoliczności - nie ma na liście Snorriego.

Jednak Tolkien nie przepisał po prostu "Rejestru karłów" ani też nie przekopywał się przezeń wyłącznie w poszukiwaniu imion. Raczej przyjrzał mu się i zamiast potraktować go jak inni badacze jako nieznaczący i niezrozumiały bełkot, zadał sobie wiele pytań. Co na przykład robi na liście "Gandálfr", skoro drugim członem imienia jest wyraźnie álfr, "elf', istota według przekazów całkowicie odmienna od karłów czy krasnoludów? I skąd się wziął "Eikinskjaldi", skoro, w przeciwieństwie do pozostałych, wyraźnie nie jest to imię, lecz przydomek "Dębowa Tarcza"? U Tolkiena rzeczywiście jest to przydomek, którego pochodzenie podano w dodatku A (III) Władcy Pierścieni. A co do Gandálfa czy Gandalfa, Tolkien wyraźnie wypracował bardziej złożone wyjaśnienie. We wczesnych szkicach Hobbita imię "Gandalf" nosił przywódca krasnoludów, podczas gdy w pierwszym wydaniu Bilbo widzi o poranku po prostu "małego staruszka". Nawet jednak w pierwszym wydaniu dosyć wcześ­nie pojawia się jego laska, podczas gdy w wydaniu trzecim - Tolkien poczynił znaczne zmiany w drugim i trzecim wydaniu, odpowiednio z 1951 i 1966 roku, o czym później - Gandalf staje się "staruszkiem z laską"9 (podkreślenie moje). Wydaje się to jak najbardziej stosowne. Nawet obecnie "magiczna różdżka" jest powszechnym atrybutem magika, podczas gdy w całej popularnej i uczonej literaturze, od Szekspirowskiego Prospera poprzez Comusa Miltona aż po Świat Dysku Terry'ego Pratchetta, laska jest znakiem wyróżniającym czarodzieja. Wygląda na to, że Tolkien prędzej czy później zinterpretował pierwszy element imienia "Gandálfr" całkiem wiarygodnie jako "różdżkę" (wand) czy "laskę", podczas gdy drugi człon, jak już mówiliśmy, znaczy oczywiście "elf". Gandalf u Tolkiena elfem zdecydowanie nie jest, ale wkrótce się okazuje, że nie jest też takim sobie "staruszkiem" spośród tych, którzy nie wiedzieli zbyt dużo o elfach (jak na przykład dużo później Éomer we Władcy Pierścieni), mógł wydawać się szczególnie "elfowaty". W którymś momencie Tolkien musiał dojść do wniosku, że "Gandálfr" oznacza "elf z laską", a więc musi to być imię czarodzieja. A jednak pojawia się ono w Dvergatal, stąd wniosek, że między karły musiał się jakoś zaplątać czarodziej. Czy to możliwe, że powodem zachowania Dvergatal był fakt, że stanowił on blaknący zapis czegoś, co ongiś się wydarzyło, jakiegoś wielkiego wydarzenia w nieludzkiej mitologii, w jakiejś Odysei karłów? Tak w każdym razie interpretuje to Tolkien. Można określić Hobbita jako opowieść kryjącą się poza Dvergatal, która nadaje mu sens, a pośrednio stanowi swego rodzaju kontekst nawet dla Królewny Śnieżki i okruchów dawnych baśni ocalonych przez braci Grimm.

Głos autora

Widać więc wyraźnie dwie strony uniwersum Hobbita: jedną jest rzeczywistość Bilba albo współczesnej angielskiej klasy średniej, drugą archaiczny świat znajdujący się zarówno u podłoża pospolitych opowieści folklorystycznych, jak też ich arystokratycznych czy wręcz heroicznych przodków. Pierwszy reprezentują zegary i drobiazgowość: zasapany Bilbo oznajmia: "Przeczytałem wasz list dopiero o godzinie dziesiątej minut czterdzieści pięć, punkt" (Hobbit, 28) i odkrywa, że zapomniał chusteczki do nosa. Drugi tworzy poezja i Góry Mgliste oraz Bilbo czujący, jak byłoby wspaniale "miecz nosić u boku zamiast laski" (Hobbit, 16). Naturalnie obie strony muszą się kiedyś ze sobą zetrzeć i większą część Hobbita stanowią właśnie takie konflikty stylów, postaw czy zachowań, chociaż na końcu okazuje się, że różnice nie są aż tak wielkie, jak mogło się wydawać, i że Bilbo ma takie samo prawo do dawnego świata i jego skarbów co Thorin czy Bard. Jednak podstawowym problemem Tolkiena było nie samo wprowadzenie archaicznego świata - którego znaczna część, a przynajmniej jego mieszkańcy, jak powiedzieliśmy, była znana nawet najmłodszym czytelnikom - lecz nadanie mu intelektualnej spójności, stworzenie wrażenia, że istniał w jakiś sposób niezależnie od opowieści. Tolkien rozwiązał ten problem w Hobbicie zupełnie inaczej niż we Władcy Pierścieni, bo za pomocą wtrąceń i komentarzy funkcjonujących jako głos autora.

Już kilka pierwszych stron ilustruje tę strategię. Na początku czwartego akapitu Tolkien wyobraża sobie pytanie zadane przez czytelnika, "...ale co to jest hobbit?" (Hobbit, 5), i odpowiada, że hobbici nie są istotami nieznanymi, choć mogli ujść uwagi czytelników: "Zdaje mi się, że wymaga to wyjaśnienia. W dzisiejszych czasach bowiem hobbitów bardzo rzadko można spotkać" (Hobbit, 5-6; podkreślenie moje). Gdy tylko się kończy wyjaśniający wtręt, dowiadujemy się, że matką naszego hobbita była "słynna Belladonna Tuk" (Hobbit, 6; znów moje podkreślenie), co sugeruje, że autor jedynie wybiera informacje ze znacznie szerszego zasobu. Szczególność Belladonny ma po części wyjaśniać teoria, że "dawnymi czasy ten i ów Tuk brał żonę z plemienia czarodziejów" (Hobbit, 6), co natychmiast zostaje skorygowane w edycji z 1966 roku, wcześniejsze różnią się nieco - przez słowa "Ale to oczywiście niedorzeczność"10. Tym razem słowo "niedorzeczność" sugeruje, że istnieją znane sposoby oceniania podobnych opinii, tak znane, że autor nie musi ich relacjonować, podczas gdy słowo "oczywiście" zakłada, że zna je również czytelnik. W każdym razie pojawia się sugestia, że istnieje - by tak rzec - jakaś opowieść poza opowieścią, cały szeroki świat, z którego dane jest nam ujrzeć jedynie mały wycinek. Jest to całkowicie jasne, gdy narrator woła: "Gandalf! Gdybyście o nim słyszeli bodaj ćwierć tego co ja - a ja słyszałem ledwie małą cząstkę tego, co o nim mówią - już byście wiedzieli, że czeka was na pewno niezwykła historia" (Hobbit, 7).

Wszystkie te zabiegi powtarzają się, niekiedy wielokrotnie. W swoim eseju Some of Tolkien's Narrators w wydanym w 2000 roku zbiorze Tolkien's "Legendarium" Paul Edmund Thomas wymienia około czterdziestu pięciu przypadków bezpośrednich zwrotów narratora Hobbita do czytelnika, a lista ta nie zawiera przywoływanych tu wykrzykników. Echem "słynnej Belladonny Tuk" jest "sławny Thorin Dębowa Tarcza we własnej osobie" (Hobbit, 12) (pochodzenie jego sławy i przydomka zostało wyjaś­nione dopiero w przypisie w dodatku A Władcy Pierścieni, siedemnaście lat i ponad tysiąc stron później). Nawet w pierwszym wydaniu Tolkien wykorzystał zabieg z "oczywiście" co najmniej jeszcze trzykrotnie w dokładnie ten sam sposób co teorię o "żonie z rodu czarodziejów": "to były oczywiście elfy" (Hobbit, 43), "to były oczywiście elfy" (Hobbit, 132), "oczywiście tak właśnie, a nie inaczej należy rozmawiać ze smokami" (Hobbit, 173). Podobny zabieg polega na nagłym rzuceniu całkowicie nieoczekiwanej i nieprzewidywalnej informacji z samego wnętrza baśniowego świata i udawaniu, że jest to rzecz powszechnie znana. Najbardziej dramatycznym przykładem jest punkt kulminacyjny epizodu z trollami, kiedy nad wzgórzem wstaje świt, ptaki zaczynają świergotać, a trolle zamieniają się w kamień: "Albowiem trolle, jak zapewne wam wiadomo, muszą przed świtem wracać pod ziemię, a jeśli tego nie zrobią, obracają się z powrotem w skałę, z której powstali" (Hobbit, 37). Sam pomysł ma starożytne korzenie. Odyn użył tego samego podstępu co Gandalf (choć chodziło o karła) w staroskandynawskim poemacie Alvíssmál. W tym kontekście jest zupełnie nieoczekiwany, chociaż Tolkien przygotowywał nań czytelnika już wcześniej, także odwołując się do jego wiedzy: "Tak, niestety, nie inaczej zachowują się trolle, i to nawet te, które mają tylko po jednej głowie. [...] co się prawie zawsze opłaca, o ile oczywiście się uda [...] Bo sakiewki trollów z reguły bywają zaczarowane, a ta nie stanowiła wyjątku" (Hobbit, 32-33). Nie jest to gra do końca uczciwa, gdyż autor wie wszystko o przedstawionym świecie, a czytelnik nic, ale głos narratora zakłada swego rodzaju współudział; za każdym razem wypełnia się kolejny fragment obrazu, otwiera kolejna część mentalnej mapy. Pod koniec Hobbita - a był to jeden z powodów, dla których natychmiast zaczęto domagać się dalszego ciągu - mamy już szczegółowy i spójny obraz baśniowego świata i jego wielu mieszkańców. Tolkien musiał stworzyć scenerię, czy wręcz zapewnić jej istnienie, zanim pozwolił toczyć się opowieści.

Sama opowieść jest wysoce epizodyczna i niełatwa do streszczenia. Krótko można powiedzieć, że połowa z dziewiętnastu rozdziałów książki poświęcona jest przygodom Bilba i krasnoludów, zanim dotarli do Samotnej Góry i legowiska Smauga, druga połowa zaś komplikacjom towarzyszącym zdobyciu, strzeżeniu i dzieleniu smoczego skarbu, gdy krasnoludy dotarły już do Samotnej Góry. Rozdziały mają tendencję do łączenia się po trzy: rozdziały 1-3 wiodą kompanię do Gór Mglistych, gdzie wpada ona w łapy goblinów; rozdziały 4-6 opowiadają o przejściu przez góry i zdobyciu przez Bilba pierścienia niewidzialności; rozdziały 7-9 umieszczają akcję w Mrocznej Puszczy, gdzie Bilbo dwukrotnie używa pierścienia: raz, aby uwolnić krasnoludy z pajęczych sieci, a raz z więzienia leśnych elfów. Rozdziały ­12-14 przedstawiają dwie próby "włamania się" do jaskini Smauga podjęte przez Bilba, mściwy odwet smoka i jego śmierć z rąk Barda Łucznika; rozdziały 15-17 zaś to spory o skarb prowadzone przez krasnoludy, elfy, ludzi i wreszcie gobliny. Ostatnie dwa rozdziały to oczywiście rodzaj kody, kiedy to Bilbo powraca do domu, podczas gdy rozdziały centralne (10 i 11) zaznaczają swego rodzaju przejście, gdy Bilbo wynurza się na krótką chwilę z archaicznego świata romansu i przygody w świat ponownie zdominowany przez ludzi i banalne pojęcie "interesów", świat władcy Miasta na Jeziorze, gorszego jeszcze burżuja niż Bilbo.

Oczywiście żaden z tych podziałów nie jest istotny i najprawdopodobniej Tolkien ani ich nie planował, ani nie zauważył. Pokazują jednak, jak stopniowo dostarczał kolejnych baśniowych elementów, wprowadzając je oddzielnie w poszczególnych rozdziałach, by wreszcie podjąć próbę połączenia ich w całość. Mamy więc - w porządku pojawiania się - krasnoludy (i czarodzieja), trolle, elfy, gobliny, Golluma, wargów i orły, Beorna, leśne elfy i pająki (w rozdziałach 1-8), potem zaś tylko jedną całkowicie nową postać - Smauga w rozdziale 12 - oraz starcie wszystkich tych istot (z wyjątkiem Golluma i trolli) w negocjacjach dotyczących skarbu i w Bitwie Pięciu Armii. Ta stopniowa prezentacja idzie w parze z innym jeszcze procesem, mianowicie z ciągłym wzrostem statusu Bilba i zrównaniem reprezentowanych przezeń współczesnych wartości z wartościami dawnymi, których jest świadkiem.

Spór o autorytet

Na początku książki Bilbo, jak przystało anachronicznej postaci mieszczucha, jest bezradny i - nawet jeśli niepogardzany - to narażony na pogardę swoich towarzyszy. Ponura przemowa Thorina, od niechcenia zakładająca śmierć kilku czy wręcz wszystkich uczestników wyprawy, prowokuje go do krzyku przerażenia, który nawet Gandalfowi trudno wytłumaczyć. Słowa Gloina: "Wygląda mi bardziej na korzennego kupca niż na włamywacza" (Hobbit, 19) w innych okolicznościach nie byłyby potępieniem, ale są nim w heroicznym świecie. Żaden bohater średniowiecznego eposu czy skandynawskiej sagi nie mógłby zachowywać się jak Bilbo. Kucharz błagający o darowanie życia w eddyjskim poemacie Atlamál (podobno napisanym na Grenlandii) uważany jest po prostu za postać humorystyczną; starzec wybuchający płaczem w Sadze o Hrafnkelu kapłanie Freya (wydanej kilka lat przed Hobbitem przez kolegę Tolkiena, E.V. Gordona) jest traktowany z taką pogardą, że miejsce, gdzie płakał, wciąż jest zwane, jak powiada autor sagi, Grátsmýrr, "Wrzosowisko Płaczu" (po angielsku Greeting-moor, gdzie greet to północnoangielski i szkocki odpowiednik weep, "szlochać"). Prawda, że Bilbo pod wpływem Gandalfa dochodzi do siebie i odzyskuje godność, ale wciąż trzeba za niego przepraszać: "Nie zapominajcie, że Bilbo był tylko małym hobbitem" (Hobbit, 21).

Niewiele lepiej radzi sobie w scenie z trollami, chociaż próbuje podjąć walkę: "włączył się do niej, jak umiał" (Hobbit, 35), jednak tak nieskutecznie, że nikt tego nie zauważa. Odczuwa pewną presję, by zadośćuczynić wymaganiom baśniowego świata (który zawiera opowieści takie jak O dzielnym krawczyku braci Grimm, z bardzo podobną sceną, i Mistrz złodziei Absj?rnsena i Moego, którym Bilbo pragnie zostać), jako że próbuje okraść kieszeń trolla, ponieważ "nie wiedzieć czemu, nie mógł się zdecydować na powrót do Thorina i kompanii z pustymi rękami" (Hobbit, 33). Ale zupełna ignorancja co do natury trollich sakiewek sprawia, że ponosi klęskę. Jedyna posiadana przezeń zdolność, o której słyszymy, fakt, że "hobbici umieją posuwać się lasem bezszelestnie, tym się szczycą" (Hobbit, 31), zrównoważona jest zupełną nieumiejętnością wykonania czynności dla krasnoludów oczywistej: huknąć "dwa razy jak sowa i raz jak puszczyk" (Hobbit, 31). Tym razem Bilbo nie popisuje się i chociaż znajduje klucz trolli, pozostaje komicznie nie na miejscu.

Podobny układ powtarza się w rozdziale 4, gdzie Bilba trzeba nieść podczas ucieczki przed goblinami i gdzie on oraz Bombur w swoich antytetycznych wypowiedziach zgadzają się, że jest on "nie na miejscu" także w sensie dosłownym: "Po cóż, ach, po cóż opuściłem moją własną norkę?! [...] Po cóż, ach, po cóż zabraliśmy z sobą na wyprawę po skarby tego mazgaja hobbita?!" (Hobbit, 55). Jednak, jak wcześniej przyznano, że hobbici przynajmniej potrafią cicho się poruszać, tak też i tu przyznaje się, że Bilbo w końcu robi coś pożytecznego, wychodząc z jaskini i wrzaskiem ostrzegając Gandalfa. Ale trzeba przyznać, że nie jest to nic, czego nie byłby w stanie uczynić dziecięcy czytelnik w podobnej sytuacji.

Wszystko zmienia się, gdy Bilbo znajduje pierścień, który to "moment miał odmienić całe jego życie, ale Bilbo wówczas tego nie wiedział" (Hobbit, 57), jak pisze Tolkien (jest w tym pewna ironia, gdyż był to także punkt zwrotny dla Tolkiena, choć w 1937 roku był tego jeszcze mniej świadom niż Bilbo). Chwilę po tym Bilbo wciąż myśli o swojej norce i o tym, jak "we własnej kuchni osobiście smażył jajka na boczku" (Hobbit, 57), co jest typowym angielskim menu, i szuka zapałek, aby zapalić fajkę, co jest kolejnym anachronizmem, gdyż zapałki wynaleziono dopiero w roku 1827. W tym momencie przypomina sobie o mieczyku, wyciąga go i uświadamia sobie, że podobnie jak Orkrist i Glamdring jest to "robota elfów" (Hobbit, 58). To odkrycie dodaje mu otuchy. "Niemały to zaszczyt nosić u boku ostrze wykute w Gondolinie na wojnę z goblinami, opiewaną w tylu pieśniach" (Hobbit, 58), powiada narrator, i choć ta romantyczna postawa natychmiast otrzymuje swą praktyczną przeciwwagę - "A przy tym Bilbo już wiedział, jakie wrażenie robi taka broń na goblinach, gdy im błyśnie znienacka nad głowami" (Hobbit, 58) - oznacza pierwszy etap zdobywania przez Bilba swojego miejsca w baśniowym uniwersum. Dalej narrator dystansuje nieco Bilba od współczesnego świata i dziecięcego czytelnika. Był w opałach, to prawda. "Pamiętajcie jednak, że dla Bilba to położenie nie było tak okropne, jak by się wydawało mnie albo tobie na jego miejscu" (Hobbit, 58). W końcu hobbici "różnią się bardzo od zwykłych ludzi" (Hobbit, 58). Żyją pod ziemią, poruszają się bezszelestnie (o czym już wiemy), szybko przychodzą do siebie, a nade wszystko posiadają "ogromny zasób wiedzy i mądrych przysłów, o których większość ludzi nigdy nie słyszała albo od dawna zapomniała" (Hobbit, 58).

Gra w zagadki Bilba i Golluma pasuje właśnie do drugiej z tych kategorii, do spraw zapomnianych, gdyż sam pomysł poddawania kogoś próbie przez zagadki pochodzi z dawnej i arystokratycznej literatury północnego świata, odkrytej w dziewiętnastym wieku przez poprzedników Tolkiena filologa. Z tej samej kultury pochodzą też niektóre z istniejących do dziś zagadek. Gollum zadaje pięć zagadek, Bilbo cztery - piąte pytanie nie jest już zagadką: "Co ja mam w kieszeni?" (Hobbit, 65) - i spośród tych dziewięciu zagadek kilka ma znane i pradawne źródła. Prawdopodobnie wszystkie pochodzą z jakichś źródeł - jak to drażniąco pisze Tolkien w swoim liście do "Observera" z 1938 roku (por. Listy, 48), a Douglas Anderson w The Annotated Hobbit (1988) lokalizuje możliwie jak najwięcej z nich, lecz w przeciwieństwie do Bilba zagadki Golluma mają ­archaiczne korzenie. Tak więc ostatnia z nich, kiedy postanawia "zadać hobbitowi najtrudniejszą i przerażającą zagadkę" (Hobbit, 64), pochodzi ze staroangielskiego poematu o grze w zagadki, a właś­ciwie w sprawdzanie mądrości, prowadzonej między Salomonem a Saturnem. Saturn, reprezentujący mądrość pogańską, pyta Salomona: "Co to jest [...] płynie nieprzerwanie, uderza w fundamenty, wyciska łzy żalu [...] w jej ręce trafia, co twarde i miękkie, co małe i wielkie?". Odpowiedź w Salomonie i Saturnie brzmi nie "Czas", jak rozpaczliwa i przypadkowa odpowiedź Bilba, ale "Starość": "Walczy lepiej od wilka, czeka dłużej niż kamień. Jest silniejsza od stali, przegryza żelazo rdzą i to samo czyni z nami". To bardziej wypracowana i godna wersja Gollumowej rymowanki:

Coś przed czym w świecie nic nie uciecze,

Co gnie żelazo, przegryza miecze,

Pożera ptaki, zwierzęta, ziele,

Najtwardszy kamień na mąkę miele,

Królów nie szczędzi, rozwala mury.

Poniża nawet najwyższe góry. (Hobbit, 64)

Natomiast zagadka o rybie:

Żyje bez tchu

zimne jak trup

nie pragnie, a wciąż pije

nie dźwięczy łusek zbroją. (WP II, 280; por. Hobbit, 63)11

ma swój odpowiednik w staronordyckich zawodach mądrości w Sadze o królu Heidreku Mądrym (wydanej wiele lat później przez syna Tolkiena, Christophera) i odległe echo w średniowiecznym poemacie z Worcestershire podziwianym przez Tolkiena, Layamon's "Brut": martwi rycerze spoczywający w kolczugach na brzegu rzeki postrzegani są jako dziwne ryby. Z kolei zagadka o ciemności - "trudniejsze i mniej przyjemne zadanie" (Hobbit, 62) - znów ma swój odpowiednik w Salomonie i Saturnie, tyle że nie chodzi tam o "ciemność", lecz o "cień". Okrutne i ponure zgadywanki Golluma umiejscawiają go zdecydowanie w dawnym świecie eposów i sag, bohaterów i mędrców.

Jednak Bilbo także potrafi grać w tę grę, choć jego zagadki - co istotne - pochodzą z innych źródeł i inna jest ich natura. Trzy z nich o "zębach", "jajku" i "beznogim" pochodzą z tradycyjnych nursery rhyme, dziecięcych rymowanek (ich wersje znajdują się w The Annotated Hobbit). Ktoś mógłby jednak spytać, skąd pochodzą owe tradycyjne wierszyki? Tolkien niewątpliwie zadał sobie to pytanie, które odsyła nas prosto do wcześniejszych rozważań na temat źródeł baśni, na długo nim zaczął pisać Hobbita. W 1923 roku opublikował długi utwór o "Człowieku z Księżyca", znanym z nursery rhyme, "Człowiek z Księżyca świetliste lica...", w końcu włączony jako szósty wiersz do Przygód Toma Bombadila. W tym samym roku wydał utwór Jest taka knajpa... (The Cat and the Fiddle: A Nursery Rhyme Undone and its Scandalous Secret Unlocked), który później stał się tekstem piosenki śpiewanej przez Bilba w gospodzie "Pod Rozbrykanym Kucykiem" w Bree we Władcy Pierścieni, i wreszcie także został włączony do Przygód Toma Bombadila. Opublikowany w 1949 roku Rudy Dżil i jego pies (napisany mniej więcej w tym samym czasie co Hobbit; por. Wayne Hammond i Douglas Anderson, Descriptive Bibliography, 73-74) jest także silnie zakorzeniony w tradycji rymowanek o Starym Królu Cole i "wszystkich królewskich koniach i wszystkich królewskich ludziach". Tolkien pisze w liście do Stanleya Unwina z 1938 roku, że jego przyjaciel i kolega z Oksfordu napisał długą "rymowaną opowieść w czterech tomach" (Listy, 55) zatytułowaną Old King Coel - Coel, a nie Cole, gdyż taka właśnie wersja tego imienia pojawia się w walijskich przekazach. Może się wydać dziwne, że ktokolwiek mógłby uznać wierszyki dla dzieci za warte tyle trudu i zachodu, jeśli nie przekładają się one na poważne ich traktowanie. Poza wszystkimi tymi odtworzeniami i naśladownictwami kryje się filologiczne przekonanie, że podobnie jak baśnie dla dzieci o elfach i krasnoludkach łączy jakiś zagubiony związek z czasami, gdy istoty te były rzeczywistością dla dorosłych i poetów, tak też współczesne zagadki i rymowanki są późnymi potomkami dawnej tradycji. Tolkien - jak miał to w zwyczaju - próbował ponadto wypełnić lukę czasową, w tym przypadku pisząc staroangielską wersję dziecięcej zagadki o jajku. Opublikował ją w 1923 roku jako Enigmata Saxonica Nuper Inventa Duo ("Dwie anglosaskie zagadki niedawno odkryte"). Ma dziesięć wersów i zaczyna się tak oto:

Meolchwitum sind marmanstane

wagas mine wundrum fr?twede...

"Moje ściany są ozdobione cudownie mlecznobiałym marmurem...". Można powiedzieć, że tak właśnie mógłby wyglądać przodek współczesnej dziecięcej zagadki. Jest to (por. s. 18) "zagadka z asteryskiem".

Kiedy Bilbo odpowiada na dawne zagadki Golluma współczesnymi, obydwaj zawodnicy nie różnią się zanadto od siebie. Wiele lat później Gandalf miał rzec do Froda (do tego czasu koncepcja Golluma przeszła znaczną ewolucję): "Rozumieli się wzajem doskonale [...] Pomyśl choćby o zagadkach, które obaj znali" (WP I, 83). Sugeruje to, że chociaż Bilbo pozostaje anachronizmem, przedstawicielem angielskiej klasy średniej w baśniowym świecie, nie jest on "jak zwykli ludzie". Różnica polega na tym, że nie utracił kontaktu z dawną tradycją. Oczywiście "zwykli ludzie" także. Ale zdegradowali ją do opowiastek dla dzieci i dziecięcych piosenek, zaczęli się jej wstydzić, zrobili z niej "folklor". Pod tym względem Bilbo i inni hobbici są mądrzejsi. Mądrość - przechowana przez nich w pamięci - po raz pierwszy stawia Bilba na równi z istotami ze świata, do którego się zapuścił.

Bilbo jest też odtąd posiadaczem pierścienia: w Hobbicie nie jest to jeszcze Pierścień, ale wciąż ma wystarczającą moc, by zapracować na niechętny szacunek krasnoludów dla swego właściciela. Jeszcze dwie cechy wyróżniają hobbita. Jedną z nich jest szczęście. Krasnoludy zauważają to nieraz. Thorin - wysyłając Bilba w głąb smoczego korytarza - powiada, że hobbit jest "wielki męstwem, niewyczerpany w pomysłach, a także, pozwolę sobie rzec, obdarzony nad zwykłą miarę szczęściem w przygodach" (Hobbit, 164). Wcześniej, gdy Bilbo uratował krasnoludy z łap pająków, uznały one: "Hobbit miał nie mniej rozumu niż szczęścia, a na dodatek jeszcze czarodziejski pierścień - trzy bardzo cenne skarby" (Hobbit, 131). Przekonanie, że szczęście jest skarbem, czymś, co można posiadać, a nawet przekazać czy podarować komuś innemu, wygląda na typowo krasnoludzkie, czyli dawne, sprzed współczesnych czasów: jest powszechne choćby w staroskandynawskich sagach, gdzie mamy płaszcze, broń czy ludzi przynoszących innym szczęście lub nieszczęście. Obecnie ludzie tak nie myślą. Ale czy na pewno? W istocie przesądy dotyczące natury szczęścia pozostają zdumiewająco powszechne - powtarzają się jako poboczny temat w długiej serii historycznych powieści Patricka O'Briana12, choć odnotować trzeba, że są przedstawione jako przekonania należące zdecydowanie do "dolnego pokładu", a więc marynarzy, a nie oficerów i klas wykształconych. (Trudno byłoby wypisać wszystkie wzmianki o szczęściu z dwudziestotomowej serii O'Briana o Aubreyu i Maturinie, ale warto odnotować szczególnie wyróżniające się zdanie w The Ionian Mission (1982), gdzie w rozdziale 9 odróżnia się "szczęście" od "przypadku, zwykłej fortuny" i określa się je jako "zupełnie inne pojęcie, niemal religijne").

Tolkien prawdopodobnie uważał, że słowo luck - "szczęście", "szczęśliwy traf" - miało staroangielskie korzenie (OED podaje, że "jego etymologia [...] jest niejasna"; por. s. 209) i że ilustruje jeszcze jedno dawne wierzenie, które niezauważalnie (zupełnie jak hobbici) przetrwało do naszych czasów. Podobnie jak zagadki, "szczęście" Bilba sprawia, że coraz lepiej wpasowuje się on w baśniowy świat, nie popadając zarazem w sprzeczność ze swoją współczesną angielską naturą.

Inną cechą, którą Bilbo będzie miał okazję nieraz się wykazać, jest - jak to zauważył Thorin - odwaga. Jednak, co istotne, nie jest to heroiczny ani agresywny typ odwagi, jakim odznaczają się jego kompani, a także ich wrogowie i sprzymierzeńcy. Bilbo do końca nie potrafi walczyć z trollami, strzelać do smoków ani wygrywać bitew. W Bitwie Pięciu Armii Bilbo "nie odegrał [...] wcale doniosłej roli", mimo że jego pozycja wzrosła tak bardzo, jak to tylko możliwe. "Właś­ciwie trzeba wyznać, że dość skwapliwie już na początku walki wsunął na palec pierścień i zniknął sprzed oczu zarówno przyjaciół, jak wrogów, chociaż nie chroniło go to całkowicie przed niebezpieczeństwem" (Hobbit, 217). Jednak po spotkaniu z Gollumem i ucieczce przed goblinami Bilbo wykazuje swego rodzaju odwagę porównywalną z odwagą krasnoludów, a może nawet większą. Ma pierścień, więc "czy nie powinienby teraz [...] wrócić do tamtych okropnych, okropnych lochów i poszukać przyjaciół? Doszedł wreszcie do wniosku, że jest to jego obowiązkiem, i postanowił - choć bardzo zrozpaczony - zawrócić" (Hobbit, 75). Nagle słyszy kłótnię krasnoludów spierających się o to, czy nie należałoby wrócić i poszukać Bilba. Przynajmniej jeden z nich powiada: "Jeślibyśmy teraz mieli wracać do tych obrzydliwych lochów po niego, to niech go kaczki zdepcą" (Hobbit, 76). Gandalf oczywiście zmusza ich do zmiany zdania, ale po raz pierwszy zdarza się, że Bilbo stoi wyżej niż jego towarzysze. Jego odwaga nie jest agresywna ani pochopna. Jest wewnętrzna, cechuje ją samotność i poczucie obowiązku, jest też wyraźnie współczesna, jako że nie ma o niej mowy w Beowulfie, poematach eddyjskich czy sagach staroskandynawskich. Tak czy inaczej, jest to jakiś rodzaj odwagi i nawet bohaterowie oraz wojownicy winni ją uszanować.

Istotnie od tego momentu krasnoludy darzą Bilba szacunkiem, a Tolkien oznacza momenty, kiedy szacunek ten stopniowo wzrasta. W rozdziale 6 "hobbit znacznie poprawił sobie reputację u krasnoludów" (Hobbit, 77). "Ten i ów nawet wstał i kłaniał się mu w pas" (Hobbit, 131) w rozdziale 8, natomiast w rozdziale 9 Thorin "powziął [o Bilbie] bardzo wysokie mniemanie" (Hobbit, 138). W rozdziale 11 ma więcej ducha niż pozostali, a w rozdziale 12 "stał się właściwie dowódcą wyprawy" (Hobbit, 171). Nic z tego nie powstrzymuje krasnoludów przed powrotem do poprzedniej opinii - "Jaki sens jest posyłać hobbita?" - a sam Bilbo na większą część czasu powraca do roli bezużytecznego członka drużyny, jak w scenach z Beornem. Jednak rodzaj odwagi cechującej Bilba jest podkreślany w scenach, gdy jest on samotny i przebywa w mroku. Bilbo zabija olbrzymiego pająka "zupełnie sam, w ciemnościach", co sprawia, że czuje się "mężniejszy, bardziej bojowy" (Hobbit, 124). Po tym czynie nadaje imię swojemu mieczykowi: "Odtąd nazywasz się Żądłem" (Hobbit, 124), co bardziej pasuje do bohatera z dawnego eposu niż do współczesnego mieszczucha. Jego największą chwilą jest jednak samotna wyprawa w głąb mrocznego korytarza, kiedy słyszy chrapanie smoka Smauga:

To, że po chwili znów ruszył naprzód, było największym dowodem męstwa, na jaki w życiu się zdobył. Wszystkie okropności, które zdarzyły się potem, były niczym w porównaniu z tą decyzją. Prawdziwą walkę stoczył samotnie w ciemnym tunelu, nim jeszcze zrozumiał ogrom czyhającego niebezpieczeństwa. (Hobbit, 166)

W taki oto sposób Tolkien dowodzi, że Bilbo - czy "pan Baggins", jak się go wciąż często nazywa - jest wprawdzie reprezentantem naszej społeczności, ale też, że jako taki nie musi się czuć ani kimś obcym, ani gorszym w rzeczywistości baśniowej.

Filologiczne fikcje

Tak więc jedną z zasad konstrukcyjnych Hobbita jest stopniowy rozwój Bilba, który coraz swobodniej czuje się w baśniowym świecie, czyli w przyszłym Śródziemiu. Inną natomiast - której można byłoby oczekiwać właśnie od Tolkiena - jest stopniowe oswajanie tego świata, czy, jak można powiedzieć, stwarzanie go, choć sam Tolkien mógłby odrzucić takie określenie. Znaczna część Hobbita, jak już powiedziano, służy wprowadzaniu kolejnych nowych istot (Golluma, Beorna, Smauga) i nowych ras (krasnoludów, goblinów, wargów, orłów, elfów) albo nowych miejsc (Góry Mgliste, Mroczna Puszcza, Miasto na Jeziorze) zwykle w jednym czy w dwóch rozdziałach. Niektóre z tych nowości to własne twory Tolkiena. Gollum na przykład to wyłącznie jego dzieło, podobnie jak genialny pomysł, by wyróżnić go dziwacznym użyciem zaimków. Od pierwszej uwagi: "Smaczny kąsssek widzimy" (por. Hobbit, 60) Gollum nigdy - w Hobbicie, bo inaczej jest we Władcy Pierścieni - nie mówi o sobie w liczbie pojedynczej. Zawsze jest to "my" albo "mój ssskarbie". Nie używa też zaimka "ty", chociaż - jak to było także z mową trolli - drukarze zrobili, co mogli, aby "nadać sens" tym anomaliom, na przykład zmieniając po cichu zaimek we ("my") na ye (dawna forma "wy"). (Błędy korektorskie i błędy drukarskie prześladowały Hobbita przez wiele lat. Dopiero w najnowszych wydaniach została rozwiązana sprzeczność dotycząca Dnia Durina, na jaką natkną się właściciele wcześniejszych edycji. Oto na końcu rozdziału 3 jest to "ostatni księżyc jesienny", a na początku rozdziału 4 "pierwszy księżyc jesieni" (Hobbit, odp. 46 i 47. Powinno być "ostatni"). Konsekwentne dziwactwa słowne Golluma wyróżniają go jako osobę czy raczej nieosobę, co jest wyjątkowo oryginalne. To samo dotyczy olbrzymich pająków. Wprawdzie Tolkien twierdził podobno wiele lat później, że zapożyczył je z germańskich legend, ale nie jest to prawda. Są jego własnym tworem.

Jednak Gollum i pająki to wyjątki. Większość tworów Tolkiena w Hobbicie i we Władcy Pierścieni to produkt dyscypliny, którą uprawiał. Prosta sprawa jest z "wargami". Istnieje staronordyckie słowo vargr, które oznacza zarówno wilka, jak i banitę. W staroangielszczyźnie natomiast słowo wearh oznacza wyrzutka, banitę, ale nie wilka, natomiast awyrgan znaczy "potępić", ale i "udusić" (była to kara stosowana wobec wyjętych spod prawa), a może i "zamartwiać się, zagryźć na śmierć". Po co dawnym Skandynawom było kolejne słowo oznaczające wilka, skoro mieli już jedno, powszechnie stosowane - úlfr? I dlaczego dawni Anglosasi nadali temu słowu bardziej niesamowite i ewidentnie mniej fizyczne znaczenie? Słowo Tolkiena, warg, wyraźnie wypośrodkowuje różnicę między wymową staronordycką a staroangielską, a stworzone przezeń istoty - wilki, ale nie zwykłe zwierzęta, lecz stworzenia inteligentne i złowrogie - łączą w sobie obydwa dawne pojęcia.

Kolejnym przypadkiem jest Beorn. Tu można sobie wyobrazić, że umysł Tolkiena pracował nieco inaczej. Prawdopodobnie jako wykładowca uniwersytetu co roku musiał omawiać ze studentami staroangielski poemat Beowulf. Jedną z podstawowych spraw dotyczących tego poematu (której dostrzeżenie oraz większości innych jego cech zajęło badaczom pół wieku) jest fakt, że imię bohatera znaczy "niedźwiedź": jest on "wilkiem na pszczoły" (beowulf), niszczycielem pszczół, stworzeniem kradnącym im miód, a więc (jak domyśli się każdy czytelnik Kubusia Puchatka) niedźwiedziem. Wszakże choć Beowulf jest niezwykle silny i jest doskonałym pływakiem - obie te cechy typowe są dla niedźwiedzi, niedźwiedzie polarne to na wpół wodne zwierzęta - do końca opowieści pozostaje człowiekiem, od czasu do czasu tylko pojawiają się sygnały, że jest w nim coś dziwnego. Jednak jego przygody mają swój odpowiednik w staroskandynawskim tekście z innych jeszcze powodów związanym z Beowulfem: w Sadze o Hrolfie Krakim, niekiedy zwanej Sagą o królu Hrolfie i jego bohaterach. Dowódcą drużyny króla Hrolfa jest niejaki Bӧthvarr Bjarki, wyraźny odpowiednik Beowulfa. Bӧthvarr jest zwyczajnym imieniem (przetrwało ono w nazwie Battersby, wioski w Yorkshire), ale jego przydomek "Bjarki" znaczy "niedźwiadek". Ponieważ jego ojciec ma na imię Bjarni ("niedźwiedź"), a matka Bera ("niedźwiedzica"), jest całkiem jasne, że Bjarki ma w sobie coś z niedźwiedzia: istotnie jest niedźwiedziołakiem. Podobnie jak wielu innych staroskandynawskich bohaterów, jest on eigi einhámr, nosi "więcej niż jedną skórę". W bitwie stanowiącej punkt kulminacyjny sagi zmienia się w niedźwiedzia, a raczej rzuca do walki swój niedźwiedzi obraz czy sobowtóra, aż ktoś głupio odwraca jego uwagę i bitwa kończy się klęską.

Wszystkie te elementy doskonale znane jakiemukolwiek badaczowi Beowulfa - nie tylko klasy Tolkiena - w Hobbicie zostały zebrane w całość. Jeśli coś wiadomo na pewno o Beornie, to to, że jest niedźwiedziołakiem: jest niezwykle silny, żywi się miodem, za dnia jest człowiekiem, lecz w nocy niedźwiedziem, potrafi pojawić się w bitwie "w skórze niedźwiedzia" (Hobbit, 223). Jego imię, Beorn, jest wyrazem pokrewnym czy odpowiednikiem imienia ojca Bӧthvarra, Bjarniego, i w języku staroangielskim oznacza "mężczyznę". Kiedyś wszakże oznaczało "niedźwiedzia", tyle że zostało przejęte i "zhumanizowane" podobnie jak chociażby zwykły współczesny "Graham" (grey-hame staroangielski *gr?g-háma = "szary płaszcz" = "wilk"). Jednak podobnie jak było to w przypadku "Rejestru karłów", Tolkien wykroczył poza zwykłe zagadki słowne i mając wszystkie powyższe dane, zadał sobie pytanie, jak właściwie wyglądałby taki niedźwiedziołak. Odpowiedzią jest Beorn, dziwna mieszanka gburowatości i serdeczności, okrucieństwa i dobroduszności, z dominującą cechą, którą moglibyśmy określić jako nieprzystosowanie do życia w społeczeństwie. Wszystko to oczywiście wynika z faktu, że "umie zmieniać skórę". Gandalf podkreśla tę jego dwoistość na samym początku: "Bywa straszny, kiedy się gniewa, chociaż jest dość łagodny, jeśli go udobruchać" (Hobbit, 93) i jest ona podtrzymywana aż do momentu, kiedy wędrowcy ujrzeli głowę goblina i skórę warga przybitą przed domem: "Beorn był straszliwy dla wrogów. Lecz teraz już krasnoludy zyskały jego przyjaźń" (Hobbit, 106). Jest to oczywiście przyjaźń warunkowa, o czym krasnoludy zapewne by się przekonały, gdyby ośmieliły się zabrać jego kucyki do Mrocznej Puszczy. Beorn pochodzi z samego środka dawnego świata, który istniał, zanim zrodziły się baśnie, z bezlitosnego świata sprzed konwencji genewskiej. To, co w nim może zaskakiwać i urzekać, a co nie jest ani trochę sprzeczne z jego pochodzeniem, to fakt, że jest wegetarianinem, przykładem dbałości o ekologię, i że łatwo go rozbawić. W Beornie Beowulf i Saga o Hrolfie zasymilowały się i znaturalizowały.

Tolkien przejął z dawnej literatury nie tylko zagadki i postaci, ale także miejsca. Jedna ze strof innego eddyjskiego poematu Skírnismál mogła być dlań równie inspirująca jak wspomniane już strofy z Dvergatal. Oto bóg Freyr, namiętnie zakochany w olbrzymce, decyduje się wysłać do niej w swaty swego sługę Skírnira, pożyczając mu własnego konia i czarodziejski miecz. Z heroiczną rezygnacją Skírnir powiada - do konia, nie do Freyra:

Myrct er úti, mál qve? ec ocr fara

úrig fiӧll yfir

?yr[s]a ?ió? yfir;

ba?ir vi? komomc, e?a ocr bá?a tecr

sá inn ámátki iӧtunn.

Tłumaczę, starając się być jak najwierniejszy oryginałowi:

Mrok panuje na dworze, naszą sprawą jest wędrówka

pośród deszczowych gór,

pośród plemion thyrsów;

albo obaj powrócimy, albo pojmie nas obu

potężny olbrzym13.

Typowe dla Tolkiena było ignorowanie kontekstu, szukanie sugestii w imionach i nazwach. Tu nie czyni użytku z Freyra, Skírnira czy miłości do młodych olbrzymek, ale wyraźnie zadaje sobie pytanie: "Co naprawdę znaczy úrig? I co to za plemiona thyrsów?". Na drugie pytanie można odpowiedzieć, że jest to rodzaj orków - w staroangielskim istnieje złożenie orc-?yrs sugerujące, że orkowie to to samo co tyrsowie. Co do słowa úrig, to niemieccy wydawcy proponują tłumaczenie: "wilgotne, lśniące od wilgoci". Tolkien wyraźnie wolał "mgliste" z jego konotacjami ukrytych krajobrazów. W Hobbicie Bilbo robi dokładnie to, co Skírnir: przekracza Góry Mgliste i przechodzi pośród plemion orków. Jednak zarówno orkowie, jak i Góry Mgliste znajdują się tu w centrum uwagi, a nie na obrzeżu znaczeń jak w skandynawskim poemacie.

W podobny sposób Tolkien utworzył Mroczną Puszczę. Myrcvi?r wspomniana jest kilkakrotnie w Eddzie. Burgundzcy bohaterowie jadą przez Myrcvi?r inn ókunna - "Mroczną Puszczę nieznaną" - na tragiczne w skutkach spotkanie z Hunem Attylą. Hun Hlӧthr domaga się jej od brata jako części swojego spadku w Bitwie Gotów i Hunów: Hrís ?at it m?ta, er Myrcvi?r heitir - "wspaniały las zwany Mroczą Puszczą". Poemat ten stanowi część wspomnianej już Sagi o królu Heidreku Mądrym. Staroskandynawscy pisarze wyraźnie zgadzają się co do tego, że Mroczna Puszcza znajduje się gdzieś na wschodzie i tworzy rodzaj granicy, zapewne między górami a stepem. I znów Tolkien umieścił ją w centrum uwagi, czyniąc ją "nieznaną" i niemal pozbawioną ścieżek; robiąc z niej miejsce, przez które trzeba przejść, aby przedostać się na wschód; zaludniając ją elfami.

Jak wiemy obecnie, Tolkien zaczął tworzyć świat elfów i ich mitologię ponad dwadzieścia lat przed Hobbitem w serii opowieści, które miały stać się Silmarillionem i których bardziej szczegółowe wersje zostały opublikowane w kolejnych tomach The History of Middle-earth ("Historii Śródziemia"). Jednak w 1937 roku korzystał z nich niewiele. Wpływ ich widać w rozdziale 3, gdzie pojawia się postać Elronda, którego "przodkowie brali udział w niezwykłych sprawach w czasach przedhistorycznych" (Hobbit, 44); w rozdziale 12, gdzie mówi się o języku "którego [ludzie] się nauczyli od elfów w czasach, gdy świat cały był czarodziejski" (Hobbit, 167); i przede wszystkim w długim akapicie w rozdziale 8, gdzie omawia Elfy Leśne, Elfy Światła, Elfy Podziemne, Elfy Morskie i Elfy Wysokie. Bezpośrednią inspiracją leśnych elfów w Hobbicie był ponownie pojedynczy passus ze średniowiecznego angielskiego romansu Sir Orfeo, którego pełny przekład pióra Tolkiena ukazał się w 1975 roku. Zawiera on słynny fragment, kiedy to obłąkany król Orfeo tuła się samotnie po puszczy, po tym jak jego żona została porwana przez króla krainy elfów - sam romans jest zmienioną wersją klasycznego mitu o Orfeuszu i Eurydyce - i dostrzega elfy jadące na polowanie:

Często, gdy wchodził w leśną głuszę,

widywał, zwłaszcza w samo południe,

króla elfów ze swym pocztem wspaniałym.

W lesie na zwierzynę oni polowali,

przy rogów graniu i okrzykach stłumionych

oraz szczekaniu psów wielkiej sfory;

lecz zdobyczy żadnej nigdy nie chwytali,

i nigdy nie zgadł, dokąd dalej jechali. (Król Orfeo, 204)

Pierwszą oznaką obecności elfów w rozdziale 8 Hobbita jest uciekający jeleń, który wpada prosto na krasnoludy, gdy próbują przebyć strumień zapomnienia w Mrocznej Puszczy. Gdy przeskoczył on strumień i padł od strzały Thorina,

do uszu ich doszło jakby z wielkiej dali przytłumione granie rogu i szczekanie psów. Krasnoludy umilkły i przysiadły na ziemi. Zdawało im się, że gdzieś od północy słyszą odległy gwar wielkiego polowania, nie zobaczyli jednak nic i nikogo. (Hobbit, 116)

Orfeo słyszy "stłumione" dźwięki polowania, gdyż nie wiadomo, czy istnieje on w tej samej rzeczywistości co elfy, które ścigają zwierzęta, lecz ich nie chwytają. Polowanie słyszane przez Thorina jest "przytłumione" z powodów bardziej praktycznych - w końcu wędrowcy znajdują się w Mrocznej Puszczy i nie są w stanie widzieć ani nawet słyszeć wyraźnie. Ale w obydwu tekstach chodzi o to samo: potężny władca zajmuje się królewskimi sprawami w świecie na zawsze niedostępnym dla obcych i intruzów. Tolkien rozwinął później ten temat, czerpiąc zarówno z własnej mitologii (podziemna forteca), jak i z tradycyjnej baśni (elfy znikające, gdy tylko zbliża się jakiś obcy), ale wykorzystał tę samą technikę co z Beornem, imionami krasnoludów i nazwami miejsc: wziął fragmenty dawnej literatury, rozwinął ich najbardziej wyraźne sugestie głębszych znaczeń i wreszcie przerobił je na spójną i zwartą opowieść (co nie udało się autorom dawnych poematów, a może po prostu ich to nie interesowało).

Istnieje jeszcze jeden przypadek oczywistego wykorzystania poezji heroicznej w Hobbicie. Tym razem mamy tu wyraźną Tolkienowską grę z anachronizmami, z kontrastem między dawnym a nowym. Chodzi o rozmowę Bilba ze Smaugiem. Według Tolkiena w dawnej literaturze było stanowczo zbyt mało smoków; w istocie, doliczył się zaledwie trzech: Mi?gar?sorma, czyli Gada Śródziemia, który miał zabić boga Thora podczas Ragnarӧk, duńskiego końca świata; smoka, z którym walczy Beowulf i którego zabija kosztem własnego życia; Fafnira, który ginie z ręki skandynawskiego bohatera, Sygurda. Pierwszy z nich jest zbyt potężny i zbyt mityczny, aby mógł się pojawić w opowieści skrojonej na ludzką miarę, drugi ma parę ciekawych rysów, ale pozostaje niemy i bez charakteru (chociaż to z Beowulfa Tolkien zaczerpnął pomysł złodzieja kradnącego kielich oraz powrotu w trzynaście osób). Tak więc Tolkienowi pozostał trzeci ze smoków, Fafnir. W eddyjskim poemacie Fáfnismál Sygurd (Sigur?) przebija go od spodu, wykopawszy dół na ścieżce, którą gad zwykł pełzać - jest to zapewne jeden ze "sztychów, pchnięć, ciosów zadanych w brzuch" (por. Hobbit, 177), o których wspominają krasnoludy, dyskutując o "upamiętnionych w dziejach lub legendach wypadkach zgładzenia smoka" (por. Hobbit, 177) w rozdziale 12, ale Fafnir nie umiera od razu. Bohater i smok wiodą rozmowę, która ciągnie się przez dwadzieścia dwie strofy, a z której Tolkien zapożyczył kilka rzeczy.

Po pierwsze, w Eddzie Sygurd nie wyjawia swojego imienia, ale odpowiada zagadkami, mówiąc, że nie miał nigdy ani ojca, ani matki. Tolkien podaje zupełnie nowe motywy takiego zachowania: "Tak właśnie, a nie inaczej należy rozmawiać ze smokami [...] Żaden smok w świecie nie oprze się urokowi zagadek" (Hobbit, 173). Sygurd zataił swoje imię, gdyż Fafnir umierał, a "jak wierzono w dawnych czasach, słowa męża zdanego na śmierć mają wielką moc, jeśli przeklnie wroga własnym imieniem" (Edda poetycka, strofa 2, s. 260-261). Tu Edda, jak to się często w niej dzieje, przynosi rozczarowanie logicznemu umysłowi, ponieważ Sygurd niemal natychmiast podaje swoje imię, a i Fafnir wyraźnie wie o nim wszystko. Tolkien zatem wykorzystał początek rozmowy, ale zignorował ciąg dalszy. Drugą z jego inspiracji była podstępna i udana próba Fafnira zasiania niezgody wśród zabójców. Oto smok daje Sygurdowi nieproszoną radę:

Radzę ci teraz, Sygurdzie - jeśli radę przyjmiesz -

Jedź stąd prosto do domu [...]

Reginn mnie zdradził, zdradzi on i ciebie,

On nam obydwu zgotuje śmierć.

(Edda poetycka, strofa 20,11.1-2, strofa 22,11.1-2, s. 264)

Podobnie Smaug radzi Bilbowi strzec się krasnoludów, a Bilbo (który ma mniej rozumu niż Sygurd) przez moment daje się na to złapać. Jest jeszcze trzecia rzecz. Gdy smok już nie żyje, Sygurd, skosztowawszy smoczej krwi, zaczyna rozumieć mowę ptaków i słyszy, o czym rozmawiają sikorki: oto Reginn istotnie zamierza go zdradzić. W Hobbicie oczywiście to drozd rozumie ludzką mowę, a nie odwrotnie, i jego interwencja kończy się fatalnie dla smoka, a nie dla krasnoludów. Można tylko powiedzieć, że Tolkien był w pełni świadom istnienia w dawnej literaturze owej słynnej rozmowy ze smokiem i podziwiał sposób, w jaki kreuje ona zimną, podstępną, nadludzką inteligencję, "przytłaczającą osobowość", by użyć na wskroś nowoczesnej terminologii Tolkiena. Jednak, jak to się często zdarzało, Tolkien podejmował sugestie, bo czuł, że potrafi je ulepszyć.

Część z tych ulepszeń wynika ze swego rodzaju anachronizmu, który tak często w Hobbicie tworzy dwa różne style mowy. Smaug na początku nie mówi jak Beorn, Thorin, król elfów Thranduil czy inne postaci z wnętrza heroicznego świata. Mówi jak dwudziestowieczny Anglik, zdecydowanie pochodzący z klasy wyższej, nie z mieszczaństwa. Główną cechą jego mowy jest swego rodzaju wyszukana werbalna uprzejmość, wręcz wymijająca, oczywiście całkowicie nieszczera (jak to często bywa z angielską klasą wyższą), ale zdradliwa i trudna do odparcia. "Widzę, że znasz moje imię - powiada Smaug z nutką nagany (zwracanie się do innych po imieniu podczas pierwszego spotkania to zachowanie typowe dla klasy niższej) - ale ja nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spotkał twój zapach" (Hobbit, 172). W taki sposób jakiś ostrożny brytyjski pułkownik mógłby zareagować na próbę nawiązania z nim rozmowy w przedziale kolejowym przez kogoś, kto nie został mu należycie przedstawiony, więc traktuje go z zimną wyniosłością. Mówi dalej z charakterystyczną, obraźliwą mieszaniną obcesowości i udawanego szacunku: "Ktoś jest i skąd przybywasz, jeśli wolno zapytać?" (Hobbit, 172 - podkreślenie moje). Później Bilbo wdaje się w przedstawiające go zagadki, ale kiedy Smaug znów dochodzi do głosu, mowa jego brzmi znajomo, wręcz kolokwialnie: "Nie zawracaj mi głowy! - co ma oznaczać "Nie próbuj mnie oszukać" [...] Źle skończysz, jeśli będziesz przestawał z takimi przyjaciółmi" (por. Hobbit, 173) - słowo "przyjaciele" oczywiście jest tu użyte z sarkazmem. "Nie mam nic przeciw temu, żebyś im moje słowa powtórzył" (Hobbit, 173 - podkreślenie moje). Smaug mówi to od niechcenia, ale podtekst jest wyraźnie pogardliwy, a gdy konfidencjonalnie ciągnie dalej, jego mowa wypełnia się wykrzyknikami: "Ha, ha! [...] Tam do licha!" (Hobbit, 174) i dalszą gładką niby-kurtuazją: "może nie zmarnujecie czasu bez żadnego pożytku [...] A czy nie przyszło wam do głowy..." (Hobbit, 174). To mowa zupełnie nie w stylu Fafnira i Sygurda ani jakiejkolwiek postaci z eposu czy sagi, lecz jest przekonująco smocza: groźna, zimna i przeraźliwie wiarygodna. Nic dziwnego, że Bilbo "speszył się okropnie" (Hobbit, 174).

Jednak nie jest to jedyny styl mowy dostępny Smaugowi. Gdy Bilbo w końcu wspomina bohaterski motyw "zemsty" - a w całej tej rozmowie używa daleko górniejszego stylu niż zazwyczaj - Smaug odpowiada w stylu bardziej archaicznym i heroicznym niż ktokolwiek dotąd w Hobbicie: "zjadłem jego podwładnych, wpadłszy niby wilk między owce. Gdzież są synowie jego synów, którzy ośmieliliby się zbliżyć do mnie? [...] Moja zbroja warta jest dziesięciu tarcz, zęby służą mi za miecze, pazury - za włócznie, cios mojego ogona to grom" (Hobbit, 175). Jego język zbliża się tu do języka Starego Testamentu i ma swój odpowiednik w opisach narratora. Po pierwszej kradzieży popełnionej przez Bilba, kiedy Smaug odkrywa, że go obrabowano, "Krasnoludy usłyszały przerażający szum tego lotu" (Hobbit, 168 - użyte jest tu słowo rumour, nie we współczesnym znaczeniu "plotki", ale w dawnym sensie jako "odległy hałas"). Kilkakrotnie Tolkien zastępuje przysłówki przymiotnikami: "Powolny, cichy wpełznął z powrotem do pieczary [...] pożeglował ciężki, powolny, niby potworny kruk" (por. Hobbit, 170, 180), znów tworząc wrażenie dawności. W przechwałce pod koniec rozdziału 12: "Zobaczą mnie i przypomną sobie, kto jest naprawdę Królem spod Góry" (Hobbit, 180: They shall see me and remember who is the real King under the Mountain) Smaug używa w trzeciej osobie czasownika modalnego shall, typowego dla przechwałek wojowników z poematów staroangielskich i staroskandynawskich, lecz obecnie zakazanego albo określanego jako anomalia przez współczesnych gramatyków. Smaug wyraźnie stoi, czy raczej spoczywa, w dwóch światach naraz. I przynajmniej w tym podobny jest do Bilba.

Starcie stylów

Prawdopodobnie największym problemem fabularnym dla Tolkiena było pozbycie się Smauga. Dawne źródła niezbyt mu pomogły. Syn Thora, Vi?ar, zabija Mi?gar?sorma, kładąc stopę na jego żuchwie, chwytając go za górną szczękę i rozdzierając na pół. Mało prawdopodobne, by podobny wyczyn udał się komukolwiek w Śródziemiu. Podkop Sygurda pod Fafnirem był zbyt oczywisty, by go znów wykorzystać, a zwycięstwo Beowulfa osiągnięte za cenę własnego życia wymagałoby stworzenia "wojownika", postaci niewątpliwie i w pełni heroicznej, trudnej wszakże do wpasowania w towarzystwo Bilba. Tolkien rozwiązał problem, jak to zwykle czynił, za pomocą swego rodzaju anachronizmu, w postaci Barda.

Na swój sposób Bard należy do dawnego świata bohaterów. Dumny jest ze swojego pochodzenia od Giriona, pana Dali. Przywraca monarchię w Mieście na Jeziorze, które dotąd było wyraźnie rodzajem kupieckiej rzeczypospolitej. Dowodem jego pochodzenia jest odziedziczona broń, do której przemawia jak do żywej istoty, jakby i ona żądna była pomsty za nieszczęścia dawnego pana: "Czarna strzało! [...] Dostałem cię od ojca, on zaś miał cię po swoich dziadach. Jeśli to prawda, że wyszłaś z kuźni prawowitego Króla spod Góry, leć teraz celnie!" (Hobbit, 193). I to ta właśnie strzała, wystrzelona przez Barda, ale kierowana przez drozda, a ostatecznie przez Bilba, zabija smoka, podobnie jak uczynił to Sygurd czy Beowulf.

Jednak scena śmierci Smauga - poza strzałem - ukazana jest w sposób znacznie bardziej współczesny. Jest to przede wszystkim scena zbiorowa. Gdy smoczy ogień po raz pierwszy pojawia się na niebie, Bard nie szykuje, jak Beowulf, swojej broni, ale zaczyna organizować zbiorową obronę, niczym dwudziestowieczny oficer piechoty. Każe całemu miastu napełnić wszystkie naczynia wodą, przyszykować łuki i strzały, zerwać most, co jest śródziemskim odpowiednikiem kopania rowów, zbierania amunicji, organizowania kontrolowanych zniszczeń. Smaug napotyka umocnione pozycje i zmasowany ogień. Bard uwija się między łucznikami, "dodając im ducha, nakłaniając władcę, by dał rozkaz walki do ostatniej strzały" (Hobbit, 191). Ostatnie słowo ujawnia mieszaną naturę tej sceny, gdyż zwrot, jakiego moglibyśmy oczekiwać, to "walczyć do ostatniego naboju", z epoki muszkietów. Podobnie rzecz się ma z informacją, że "jeden oddział łuczników trwał jeszcze na stanowisku" (Hobbit, 192). "Trwać na stanowisku" to znowu współczesna fraza, sugerująca mapy i linie frontu. Staroangielski odpowiednik brzmiałby "trwać na miejscu", to znaczy tam, gdzie się stoi. Cała ta scena, choć rozgrywa się w epoce łuków i strzał, przypomina bardziej pierwszą wojnę światową, w której walczył Tolkien, niż jakąkolwiek legendarną bitwę z wczesnego średniowiecza. Chociaż ostatecznie zwycięstwo należy do jednego człowieka i rodowej broni, żywość opisu bierze się z działania zbiorowego, z zapobiegliwości i organizacji, jednym słowem: z dyscypliny.

Pisałem już w innym miejscu o dziewiętnastowiecznej idealizacji tej cechy, najwyżej cenionej spośród wszystkich cnót w brytyjskim imperium (Droga, 2001, s. 107-109), z którą i sam Tolkien spotkał się w prawdziwym życiu. Kiedy w 1936 roku w swoim wykładzie o Beowulfie wspomniał o współczesnych sobie ludziach, "którzy słyszeli o bohaterach i widzieli ich naprawdę" (Potwory, 29), musiał odwoływać się do własnej służby wojskowej. Nie mam wątpliwości, że wiedział - to kwestia dumy z własnej jednostki - iż jego regiment, Strzelcy z Lancashire, zdobył najwięcej Krzyży Wiktorii (siedemnaście). Zestawienie współczesnych bohaterów wojennych z dawnymi herosami tylko uwydatnia różnice między nimi. Pierwsi na przykład (jak się przyjęło) nie działają z żądzy sławy i osobistych pobudek, tak częstych w dawnej epice i sagach, a obecnie traktowanych jako bezwstydne samochwalstwo. Drugim natomiast niemal zupełnie obca jest troska o innych: w żadnej sadze nikt nie otrzymuje pochwał - nie mówiąc o odznaczeniach - za wynoszenie rannych spod ostrzału. A jednak, jak zapewne myślał Tolkien, czy istotnie zupełnie nic ich nie łączy? Czy relacja między bitwami wczesnego średniowiecza a pierwszą wojną światową nie przypominałaby relacji między Gollumem a Bilbem: różnymi z pozoru, a gdzieś w głębi jednak podobnymi do siebie? Takim łącznikiem jest najwyraźniej właśnie Bard.

Powierzchowne starcie stylów prowadzące do głębszego zrozumienia jedności to przecież jeden z głównych tematów (wręcz jedna z głównych lekcji) Hobbita. Powierzchowny kontrast przedstawiono komicznie na początku - w rozdziale 1 i 2 - gdy "rzeczowe maniery" Bilba zderzają się z mową narratora i Thorina. Bilbo wypowiada się z samego serca mieszczańskiego świata, gdy się upiera: "Chciałbym też wiedzieć, na jakie narażam się ryzyko, jakie są przewidziane wydatki gotówką, ile czasu zajmie ta robota, ile będzie wynosiło moje wynagrodzenie i tak dalej! - i narrator natychmiast kpi sobie z niego, przekładając jego kupiecki język na zwykłą mowę - a mówiąc to, hobbit myślał po prostu: "Co ja z tego będę miał? I czy wrócę żywy?"" (Hobbit, 22). Thorin wyrównuje rachunki w liście, który brzmi jak parodia języka interesów: "Warunki: zapłata przy dostawie w wysokości nieprzekraczającej czternastej części całego zysku (jeżeli w ogóle będą zyski); zwrot kosztów podróży zapewniamy w każdym przypadku; koszty pogrzebu - jeśli okaże się to konieczne i nie będzie załatwione inaczej - ponosimy my lub nasi przedstawiciele" (Hobbit, 28). Zwroty takie jak "zapłata przy dostawie", "koszty podróży" czy "zysk" nie były i nie mogły być używane w czasach średniowiecznych (słowo "zysk", profit, nie było używane we współczesnym znaczeniu - jak to odnotowuje OED - przed 1604 rokiem). Z drugiej jednak strony niewiele współczesnych kontraktów dodaje ponure "jeżeli w ogóle będą zyski" czy zakłada prawdopodobieństwo, że nie będzie żadnych kosztów pogrzebu, gdyż jedna bądź obie strony umowy zostaną pożarte (choć Beowulf mówi dokładnie to samo w wersach ­445-455 eposu). Nawet podpis na liście "Thorin i kompania" (Thorin & Co.) jest dwuznaczny. Nic nie jest bardziej znajome we współczesnym biznesie niż "& Co.". Ale kompania Thorina to nie żadna spółka, lecz kompania w dawnym tego słowa znaczeniu - towarzysze podróży, towarzysze broni. W tym początkowym starciu celowo dojrzały styl Bilba przegrywa z kretesem. Wydaje się pompatyczny, wykrętny, samooszukujący się, natychmiast obnażony w zetknięciu z krasnoludzkim koncentrowaniem się na rzeczywistych możliwościach.

Potem, można powiedzieć, obydwa style pozostają w równowadze. Styl Thorina wciąż dominuje, gdy wędrowcy przybywają do Miasta na Jeziorze i krasnolud przedstawia się jako "Thorin, syn Thráina, a wnuk Throra, Króla spod Góry!" (Hobbit, 152). Fili i Kili potraktowani są w taki sam sposób: "Ci dwaj to synowie córki mojego ojca [...] Fili i Kili z rodu Durina" (Hobbit, 152), a dla Bilba pozostaje antyklimaks: "A to jest pan Baggins, który wraz z nami odbył podróż z zachodu" (Hobbit, 152). Warto zauważyć, że samo Miasto na Jeziorze to miejsce ścierających się stylów, gdzie widać przynajmniej trzy postawy: ostrożny sceptycyzm charakterystyczny dla władcy, początkowo podobny do postawy Bilba, ale potem, w przypadku młodszych ludzi, sięgający aż do zdecydowanej niewiary w stare opowieści o smokach; przeciwstawiony mu i równie niemądry romantyzm, oparty na "starych pieśniach" nie w pełni zrozumiałych, gdzie smoki mogą istnieć, ale nie ma się ich co bać; oraz ponure i niepopularne poglądy Barda wyważone między obydwiema skrajnościami. Miasto na Jeziorze, w centrum książki, funkcjonuje jako kolejny, początkowo wrogi obraz współczesności, na tle którego Thorin i pozostałe krasnoludy jawią się jako wspaniałe i realistyczne.

Potem jednak stylistyczna waga przechyla się w drugą stronę. Kiedy Thorin wygłasza kolejną pompatyczną przemowę na początku rozdziału 12, zawierającą epicką formułę "wybiła godzina", narrator ucina ją, mówiąc: "Znacie już styl, jakim Thorin zwykł przemawiać w doniosłych chwilach" (Hobbit, 164); podobnie czyni i Bilbo, w mieszaninie zwykłej mowy i sarkastycznej przesady: "Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że twoim zdaniem ja powinienem pierwszy zapuścić się w ten tajemniczy korytarz, o Thorinie, synu Thráina, zwany Dębową Tarczą, oby broda twoja urosła jeszcze dłuższa! [...] mów tak od razu i daj spokój ceregielom" (Hobbit, 164). Krasnoludzka retoryka i splendor powracają na dawne pozycje na widok skarbu, który sprawia, że nawet Bilba "owładnęła [...] pożądliwość znana wszystkim krasnoludom" (Hobbit, 167), ale moderuje je reakcja Bilba. Jego zbroja z mithrilu i wysadzany klejnotami hełm winny przeobrazić hobbita jeszcze bardziej niż chwila, gdy nadał swojemu mieczykowi imię, ale choć podobają mu się te przedmioty, mimowolnie postrzega siebie w kontekście Hobbitonu: "Czuję się wspaniale [...] ale wyglądam pewnie dość śmiesznie. Jakżeby się ze mnie śmiali hobbici w kraju! Szkoda, że nie mam pod ręką lustra" (Hobbit, 185).

Ostateczna konfrontacja stylów przychodzi w rozdziałach 15 i 16. W rozdziale 15 "Chmury się zbierają" archaizmy sięgają szczytów. Kruk Roak, syn Karka, przemawia z imponującą godnością; wyzwanie Thorina powtarza jego tytuły i poparte jest nową, agresywną wersją pieśni krasnoludów z rozdziału 1; rokowania między Thorinem a Bardem są prowadzone w tak archaicznym stylu i tak są przeładowane retorycznymi pytaniami, że trudno śledzić ich sens. Styl ten oddaje znakomicie trudności, jakie napotykają rokowania, gdy w grę wchodzi honor. Znaczna część tego rozdziału mogłaby znakomicie wpasować się w sytuacje rodem z islandzkich sag królewskich. Już jednak w kolejnym rozdziale Bilbo przejmuje inicjatywę, a czyni to, powracając do maniery człowieka interesu, tak niefortunnej na początku. Wręczając Arcyklejnot Bardowi i królowi elfów, mówi "rzeczowym tonem człowieka interesów": "Doprawdy, moi panowie [...] położenie jest niemożliwe. [...] Chciałbym co prędzej znaleźć się z powrotem w moim ojczystym kraju na zachodzie, wśród rozsądnych stworzeń" (Hobbit, 208). Po tych słowach wyciąga z kieszeni starej kurtki, którą wciąż nosi na zbroi, list od "Thorina i kompanii". Dalsza propozycja, jaką im składa, opiera się na dosłownym znaczeniu słowa "zysk"; Bilbo używa tam słów takich jak "żądania", "odjąć od ogólnej sumy", które są częścią słownictwa współczesnej (zachodniej) rzeczywistości, a były zupełnie nieznane dawnemu (północnemu) światu. Na tym etapie Bilbo powraca do swoich korzeni i, co więcej, ujawnia ich moralną wyższość. Odrzuca propozycję króla elfów, aby pozostać z nim otoczony szacunkiem i życzliwością, kierując się - zauważmy - czysto prywatnymi skrupułami: chodziło o słowo dane Bomburowi, na którego spadłaby cała wina, gdyby Bilbo nie powrócił. Ma on wprawdzie swoich klasycznych poprzedników - można pomyśleć o Regulusie powracającym do kartagińskich siepaczy po tym, jak oznajmił Rzymianom, żeby nie płacili okupu za niego ani za jego ludzi - jednak Bilbo zachowuje się w sposób uprzejmy, nieagresywny i nieheroiczny, choć - podobnie jak wówczas, gdy podejmował decyzję powrotu do tunelu goblinów czy do pieczary Smauga - niewątpliwie odważny. W tym momencie właśnie powraca Gandalf, by usankcjonować decyzję Bilba, ponownie nazwać go "panem Bagginsem" i odesłać z powrotem, by śnił nie o skarbach, lecz o jajkach na boczku.

Wtedy to szala najsilniej przechyla się na niekorzyść Thorina. Krasnolud przeklina Bilba, gdy hobbit drąży krasnoludzką formułę powitalną, podobnie jak ongiś Gandalf drążył jego własną: "To tak wyglądają usługi, które przyrzekałeś mi, Thorinie, w imieniu swoim oraz swego potomstwa do siedmiu pokoleń?" (Hobbit, 212). Potrzeba dopiero Bitwy Pięciu Armii i heroicznego czynu, by z powrotem wynieść Thorina na wyżyny; w wydarzeniach tych Bilbo niemal nie odgrywa żadnej roli, tyle że oznajmia wyzywająco: "Ano, widzę, że zwycięstwo to bardzo smutna historia" (Hobbit, 221). (Może to być prywatny żart. Szkolny hymn King Edward's School, który Tolkien nieraz musiał śpiewać w młodości, jest agresywny nawet według standardów wiktoriańskich i zawiera słowa: "Często klęska jest wspaniała / Zwycięstwo może być wstydem, / Szczęście jest dobre, nagroda miła / Ale chwała leży w grze").

Dwie ostatnie przemowy wykazują pełną równowagę między godnością dawnego eposu a samoświadomością współczesnego pisarza. Z jednej strony mamy słowa: "Odchodzę do wielkiego domu, by zasiąść wśród przodków i oczekiwać, aż świat się odrodzi" (Hobbit, 222), z drugiej zaś uznanie dla "miłego Zachodu" i "weselszego świata" (Hobbit, 222). Jednak ostateczna i absolutnie dokładna równowaga zostaje osiągnięta dopiero wówczas, gdy Bilbo i ocalałe krasnoludy rozstają się, wypowiadając słowa z pozoru całkowicie przeciwstawne:

- Do widzenia! Szczęśliwej drogi, dokądkolwiek zechcesz wędrować! - rzekł wreszcie Balin. - Jeżeli nas odwiedzisz w przyszłości, gdy pałac znów będzie piękny, wyprawimy wspaniałą ucztę na twoją cześć.

- A jeśli któryś z was znajdzie się w moich stronach - odparł Bilbo - niech bez namysłu puka do moich drzwi. Podwieczorek jest zwykle o czwartej, ale będę wam rad o każdej porze. (Hobbit, 225)

"Odwiedzisz" / "znajdziesz się w moich stronach", "wspaniała" / "rad", "uczta" / "podwieczorek" - kontrast słów i zachowań jest tu oczywisty i celowy. Równie oczywiste jest to, że niezależnie od owego powierzchownego kontrastu obydwaj mówią dokładnie to samo. Jak rzecz się miała z Gollumem i Bilbem, Bardem łucznikiem i Bardem przywódcą, bohaterami z przeszłości i Strzelcami z Lancashire, istnieje ciągłość między tym, co dawne, a tym, co współczesne, która jest co najmniej równie silna jak różnice.

Mosty nad przepaścią

Powyższe spostrzeżenia mogą nas zawieść z powrotem do królików i hobbitów. Tolkienowcy hobbici są podobni do królików w sposób, który niewielu by podejrzewało, ale który tylko Tolkien mógł zauważyć, mianowicie w swojej etymologii (prawdziwej czy fikcyjnej). Rabbit, "królik", to dziwne słowo. Niemal wszystkie nazwy dzikich ssaków w Anglii nie zmieniały się zasadniczo od ponad tysiąca lat. Słowa takie jak fox - "lis", weasel - "łasica", otter - "wydra", mouse - "mysz", hare - "zając" to prawie te same słowa co w języku staroangielskim, w którym brzmiały odpowiednio: fuhs, wesel, otor, mús, hasa. Stosunkowo niedawnym słowem jest badger - "borsuk", zapożyczony z francuskiego, ale wciąż używa się dawnego słowa broce. W późniejszym okresie Tolkien miał problemy z tłumaczami, którzy nie zdawali sobie sprawy, że Brockhouses, miejscowość w Shire, oznacza borsucze jamy (badger sett). Słowa te są podobne i w pozostałych językach germańskich: po niemiecku "zając" to Hase, a po duńsku hare. Powodem tego jest niewątpliwie fakt, że są to stare słowa oznaczające z dawna znane zwierzęta. Jednak nie rabbit. Słowa oznaczające królika w pokrewnych językach są zupełnie różne: po niemiecku jest to Kaninchen, po francusku lapin. Nie ma też staroangielskiego słowa oznaczającego to zwierzę. Znów oczywistym powodem jest fakt, że króliki są stosunkowo niedawnym nabytkiem; podobnie jak norki zostały przywiezione do Anglii przez Normanów jako zwierzęta futerkowe, aż w końcu zdziczały. Jednak zdaje sobie z tego sprawę może jedna osoba na tysiąc w Anglii, a nikogo to nie obchodzi. Króliki przyjęły się, weszły do opowieści ludowych, powszechnych wierzeń i opowiastek dla dzieci, od Szarego Króliczka Alison Uttley do Piotrusia Królika Beatrix Potter. Wydaje się, że były tu od zawsze.

Tolkien wyraźnie chciałby, aby taki los spotkał również hobbitów. Jego krasnoludy i elfy, jeżeli chodzi o wiek, nazwy i rozpowszechnienie, są podobne do zajęcy i lisów. Hobbici natomiast (jeżeli zapomnimy o niepewnym świadectwie z Denham Tracts) to towar importowany. Ale być może w końcu (czy nawet dzięki sztuce literackiej, na początku) można sprawić, że nie będą zgrzytem, że się zadomowią, jakby były tu od zawsze - była to nisza, którą Tolkien zawłaszczył dla hobbitów, lud "skromny, ale bardzo starożytny" (WP I, 16; podkreślenie moje). Tolkien znalazł nawet dla nich etymologię, coś co nie udało się OED w odniesieniu do królików. Pierwsze słowa im poświęcone, jak już powiedzieliśmy, brzmiały: "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit" (Hobbit, 5). Wiele lat i wiele setek stron później, niemal w ostatnich słowach swoich dodatków do Władcy Pierścieni, Tolkien zasugerował, że słowo "hobbit" może być współczesną formą nieodnotowanego, acz prawdopodobnego staroangielskiego słowa holbytla. Hol oczywiście oznacza dziurę. Bottle to - nawet obecnie w niektórych angielskich nazwach miejscowości - miejsce, mieszkanie. A zatem holbytla to mieszkaniec nory. "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien mieszkaniec nor". Czy może być coś bardziej oczywistego? Niewykluczone, że Tolkien, jeden z wielkich filologów, który wiedział więcej o języku staroangielskim w latach trzydziestych niż ktokolwiek z żyjących, mógł mieć ową etymologię w głowie, gdzieś w podświadomości, gdy pisał owo brzemienne w skutkach zdanie na pracy egzaminacyjnej, choć sądzę, że to niezbyt prawdopodobne. Bardziej prawdopodobne jest, że postawiony twarzą w twarz ze słowną zagadką nie spoczął, zanim nie wypracował dla niej w pełni przekonującego uzasadnienia; nawet tworząc nowe słowa, czynił to z silnym poczuciem tego, co pasowało do staroangielszczyzny, a co nie.

Te komentarze na temat słowa "hobbit" pasują także do pojęcia hobbitów. Są oni nade wszystko anachronizmem, novum w dawnym świecie wyobraźni, baśni, nursery rhymes i wszystkiego, co je poprzedzało. Uparcie zachowują ową anachroniczność do samego końca, paląc tytoń (nabytek z Ameryki, nieznany dawnej Północy) i jedząc kartofle (kolejny nabytek amerykański, którego znawcą jest Dziadunio Gamgee). Scena w rozdziale "O ziołach i potrawce z królika" z Dwóch wież, gdzie hobbit Sam przyrządza królika, marzy o ziemniakach i obiecuje Gollumowi, że gdy nadejdą lepsze dni, przyrządzi mu "rybkę z frytkami" (por. WP II, 32314) jest skupieniem anachronizmów. I oczywiście Tolkien był ich świadom, skoro we Władcy Pierścieni zmienił obco brzmiące słowo "tytoń" (tobacco) na bardziej swojskie "fajkowe ziele", a równie obce pota­toes ("kartofle") zastąpił swojskimi tatters czy spuds. Natomiast w wydaniu Hobbita z 1966 roku zamiast pomidorów (znów obce słowo tomatoes) w spiżarni Bilba znalazły się "pikle" (por. Bibliography, 30)15.

Jednak Tolkien zachował anachronizm w postaci hobbitów z powodu zasadniczej funkcji, jaką pełnią w jego utworze. Drogi tworzenia są trudne, jeśli nie niemożliwe do prześledzenia, a zgrabne schematy mogą się mylić w swojej schludności, nawet jeśli ogólny kierunek jest właściwy. Można powiedzieć, niewątpliwie upraszczając, że Tolkien, jak wielu filologów z wcześniejszych pokoleń, świadom był głębokiej przepaści między dawną literaturą (jak Beowulf) a jej zdegradowanymi współczesnymi spadkobiercami (jak opowieść o niedźwiedziu i prostaku znad wody), a także zarówno jakościowych, jak i ilościowych dysproporcji między obydwiema grupami. Czuł potrzebę zasypania owych przepaści - nie bez powodu jego pierwsza nieopublikowana próba stworzenia elfickiej mitologii nazywała się "Księga zaginionych opowieści". Pragnął też, czyniąc to, oddać czar i fascynację poematami i opowieściami, którym poświęcił swoje zawodowe życie, i wreszcie pragnął ostatecznie przerzucić most nad otchłanią dzielącą dawny świat od współczesnego. Mostem takim są właśnie hobbici. Świat, w który nas prowadzą, Śródziemie, jest zarazem światem baśni, jak i spoczywającej u jej podłoża dawnej północnej wyobraźni, dostępnym współczesnemu czytelnikowi.

Wreszcie przymioty Śródziemia stają się oczywiste. Jego mieszkańcy często stanowią wyzwanie dla współczesnych wartości dzięki swojej godności, lojalności (Kili i Fili ginący za Thorina, ich władcę i brata ich matki), skrupulatności (Dáin wywiązujący się z przyrzeczeń Thorina, choć ten już nie żyje) czy wszechstronnym umiejętnościom. Z drugiej strony współczesne cnoty reprezentowane przez Bilba nierzadko ujawniają się w decyzjach podjętych w duchu, bez świadków, podpowiadanych poczuciem obowiązku czy sumieniem bardziej niż pragnieniem bogactwa lub chwały. Bilbo i hobbici, a za ich pośrednictwem czytelnicy Tolkiena, mogą sobie uświadomić, że i oni mają prawo do istnienia w Śródziemiu, nie muszą czuć się z niego wyłączeni (nawet jeśli ortodoksyjna historia literatury twierdzi inaczej).

Trzeba wspomnieć jeszcze o dwóch kolejnych przymiotach, którymi cechuje się Tolkienowska wersja Śródziemia - to głębia emocjonalna i bogactwo wyobraźni. Pierwsza z nich jest niezwykła, choć niepozbawiona odpowiedników w literaturze dziecięcej. Niewielu współczesnych pisarzy dla dzieci ośmieliłoby się umieścić scenę śmierci Thorina; zakończyć wyprawę tylko częściowym zwycięstwem: "Nie było już oczywiście mowy o dzieleniu skarbu wedle pierwotnego planu" (Hobbit, 224); uśmiercić wielu, włączając w to nieśmiertelnych, którzy mogli "jeszcze wiele lat przeżyć radośnie w swoim ojczystym lesie" (Hobbit, 219); czy kazać bohaterowi płakać, "że oczy mu zapuchły" (Hobbit, 223). Ani też nie zaryzykowałoby podjęcia tematów takich jak "smocza choroba", która poraża zarówno Thorina, jak i władcę Miasta na Jeziorze, tak że jeden "zagubił się" moralnie, gdy "owładnął nim już czar bogactw" (Hobbit, 213), drugi zaś fizycznie, kiedy to uciekając ze złotem, "zginął śmiercią głodową na Pustkowiu, opuszczony przez swych zauszników" (Hobbit, 234). A co do nieznającej przebaczenia srogości Beorna, pełnej uporu konfrontacji Thorina i króla elfów, posępnej formalności Barda, a nawet napadów irytacji Gandalfa, to nie mają one nic wspólnego z konwencjonalnym przedstawieniem cnoty uznanym za stosowne w fikcji dla dzieci i niewątpliwie są jednym z powodów, dla których książka ta jest wciąż tak popularna.

Gdy mowa o bogactwie inwencji, należałoby tu wspomnieć, że Śródziemie w Hobbicie sprawia silne wrażenie, iż można powiedzieć o nim znacznie więcej. Gdy Bilbo powracał do domu: "Wiele jeszcze przeżył trudów i przygód, nim wrócił na Pagórek", ponieważ "dzikie kraje były podówczas naprawdę dzikie i mieszkało w nich mnóstwo groźnych stworzeń prócz goblinów" (Hobbit, 226). Aż chciałoby się wiedzieć, co to za stworzenia. Gdy zginął Smaug, "Wielkie było poruszenie wśród skrzydlatych stworzeń żyjących na granicy ziemi spustoszonej przez smoka. [...] Liście szeleściły, nadstawiano uszu w zdumieniu" (por. Hobbit, 196). Nigdy się nie dowiadujemy, kto nadstawiał owe uszy, ale pozostaje poczucie, że w Śródziemiu kryje się wiele stworzeń i wiele opowieści poza tymi, na których przez czas jakiś skupiała się nasza uwaga. To stara sztuczka - Tolkien nauczył się jej, jak i wielu innych, z dawnych źródeł, z Beowulfa i Sir Gawaina - ale zawsze działa. Mogło zdumieć wydawców, że utwór tak sui generis jak Hobbit odniósł sukces, ale gdy tak się stało, nie mogą dziwić żądania dalszego ciągu. Tolkien otworzył wymyślony kontynent i domagano się, by zobaczyć więcej.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Por. Hobbit, s. 33 (w przekładzie Marii Skibniewskiej: "małe paskudztwo").

2 Tamże, s. 212.

3 W oryginale: little bunny, co Maria Skibniewska tłumaczy jako "brzuszek".

4 W języku angielskim rzeczowniki utworzone przez dodanie końcówki -er do czasownika oznaczają wykonawcę czynności przez ten czasownik oznaczanej.

5 Angielskie słowo dwarf ma co najmniej trzy polskie odpowiedniki: "karzeł" (także w odniesieniu do karłów z mitów skandynawskich), "krasnoludek" i "krasnolud".

6 W polskim przekładzie stały się one koboldami. Por. George MacDonald, Księżniczka i koboldy, tłum. Monika Auriga, Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1990.

7 Wstępu tego brak w wydaniu polskim.

8 W polskim przekładzie Eddy poetyckiej (wcześniejszej niż zbiór Snorriego) mamy:

Austri i Westri, Althjof, Dwalin,

Nar i Nain, Niping i Dáin,

Bifur, Bofur, Bombur, Nori,

An i Onar, Ai, Mjӧdwitnir,

Wigg i Gandalf, Windalf, Thorin,

Thror i Thráin, Thekk, Witr i Lit [...]

Fili, Kili, Fundin, Nali

(Edda poetycka, tłum. Apolonia Załuska-Strömberg, Ossolineum, Wrocław 1986, s. 6, strofa 11-13. Tam też w strofie 15 mamy imiona "Gloin, Dori, Ori", zaś w strofie 14 mowa jest o ludzie "Dwalina / Rzeszy karłów").

9 W wersji Marii Skibniewskiej jest to wciąż "mały staruszek", jeszcze bez laski. Por. Hobbit, 7.

10 Fragmentu tego w przekładzie Skibniewskiej nie ma.

11 Przytaczamy tu przekład z Władcy Pierścieni jako wierniejszy oryginałowi (cytowany fragment jest częścią piosenki Golluma o rybie). W Hobbicie czterowiersz ten uległ drastycznemu skróceniu: "Nie oddycha, a żyje, / Nie pragnie, a wciąż pije".

12 Chodzi o cykl powieści marynistycznych, których protagonistami są kapitan Aubrey i lekarz okrętowy Maturin. Częścią tego cyklu jest między innymi Pan i władca. Na krańcu świata, znany także z filmowej wersji.

13 W polskim przekładzie Eddy poetyckiej (strofa 10, 11.1-5, s. 80) fragment ten brzmi:

Ciemność nocy wkoło, czas nam w drogę

Przez wilgotne szczyty górskie,

Oszroniony Thursów kraj;

Obaj przebrniemy, lub obu nas weźmie

Olbrzym okrutny.

14 W wersji Marii Skibniewskiej Sam proponuje Gollumowi, że kiedyś poczęstuje go "smażonymi ziemniakami z rybką".

15 W przekładzie Skibniewskiej Gandalf domaga się od Bilba pomidorów z jego spiżarni (por. Hobbit, 13).