Iwan Podkowa i inne opowiadania historyczne - Antoni Józef Rolle


Reflow text when sidebars are open.
W początkach panowania Stefana Batorego, urósł Bar na pierwszorzędną warownię, zwłaszcza, kiedy południowe pogranicze zostało wepchnięte w głąb kraju. Sarnicki, piszący w końcu XVI stulecia, utrzymywał, że forteczka Barska leży u krańców ziemi tatarskiej - in ipso aditu Scythiae excitata. Uważano ją za stanowisko stracone, na którym ostać się mogą tylko ludzie wielkiej odwagi.
Na południe, od rzeczonej placówki, biegł step samotny a smutny, przytulisko dzikiego zwierza, przechodził ku wschodowi w dzikie pola, ku zachodowi dosięgał płaskich Dniestru wybrzeży. Nieledwie u stóp miasta, rozścielały się pustkowia, które stosownie do pory roku, rozmaite przybierały cechy. Zimą szalała tu śnieżnica, wiatr tłukł o ściany grodu, waląc w nie, jakby taranem; z wiosną rozścielał się kwiecisty kobierzec, a nad kobiercem świegotało rozliczne ptactwo i powietrze było pełne dźwięku, pieśni i woni... Ale już w czerwcu, kiedy trawy w chłopa urosły, czujność podwoić należało, bo pod osłoną szuwarów zdradliwy Tatarzyn, podniósłszy się z Białogrodu albo Oczakowa, jarem kujalnickim wpadał na szlak kuczmieński, a szlak ów aż do Baru go doprowadzał, więc często wypadało palić trawy, aby uniknąć zasadzki...
I wówczas step wspaniale, choć groźnie wyglądał. Dniem kłęby dymu unosiły się nad nim, ale w noc ciemną miliony języków ognistych latały w powietrzu, gorąca fala płynęła po płaszczyźnie i gnana wiatrem, obejmowała cały horyzont... Lud wystraszony, wybiegał z puszcz leśnych poza Barem rzuconych, dnie i noce czuwał na ich pobrzeżu, aż się pożar usunął i pomknął ku morzu Czarnemu. Płaszczyzna wypalona świeciła strasznym zniszczeniem, w czarny całun jak w szatę żałobną przybrana...
Niebawem jednak, jeśli deszcze nawiedziły okolicę, trawa ją otulała znowu bujną runią zieloną, a pośród niej rozrastały się chwasty - rodzaj bodiaków, przez gmin perekotypolem zwanych, a przez Kluka do grupy mikołajków polnych (Eryngium campestre) wciągniętych. Skromne owe miotełkowate krzaczki, najeżone kolcami, wcale wdzięcznie wyglądają; z jesienią, kiedy wiatry północne rozgospodarują się na płaszczyźnie, roślina ich siłą u osady podcięta, pochyla się na bok, i z szybkością ptaka ulata na południe. W XV wieku, już się ordyńcy jej połowem bawili, w okolicach bezleśnych zastępowała ona rabusiom paliwo. Niezwykle kraj wygląda podczas tego pochodu uwiędłej krzewiny... Niebo nad nim chmurne, ołowiane, ciężkie; wicher wyje przeciągle i smutno, a cała równina jakby się poruszała z przykrym szelestem, który sprawiają toczące się suche bodiaki... Zbłąkany wędrowiec doświadcza pośród wirującego perekotypola niemiłego uczucia; koń jego się cofa, zżyma, przesadza zielsko, aż zmęczony staje jak wryty: trwoga go opanowuje, tak, że potrzeba wysiłku woli ludzkiej, aby zapanować nad przestrachem zwierzęcia...
Otóż jednego z takich jesiennych wieczorów, roku pańskiego 1570, straż zameczku barskiego w step wypatrzona, dostrzegła kilkunastu jeźdźców, z wolna zbliżających się do wałów miejskich.
Kto byli ci podróżni? domyślić się trudno. Szare sukmany, kozackie kołpaki baranie, konie tęgie, broń połyskująca, bo i ciężkie rusznice i czekany i spisy, a nawet tarcze zwieszone u ramion - słowem goście niezwykli i wcale w tej stronie niespodziewani. Wprawdzie p. starosta wysłał przed tygodniem kilkunastu czeremiskich Kozaków na wywiady i podsłuchy, ale ci inaczej byli przyodziani - barwy miejscowe łatwo miejscowi ludzie poznać mogli. A w ciągu dziesięciu lat ostatnich, tak często tu zaglądali nieproszeni goście z Perekopu i innych koczowisk tatarskich, że mimo woli trwoga zdejmowała na widok tej drobnej kupki... Nuż to poprzednicy czambułu?...
Jeźdźcy jednak śmiało, z pokojowymi oznakami zbliżyli się ku bramie, a dowódca oddziału zapowiedział, że się potrzebuje widzieć natychmiast ze starostą miejscowym.
Urząd ten sprawował podówczas Mikołaj Pilawita Buczacki, inaczej Tworowskim zwany, prawdziwy stróż graniczny, bo więcej i częściej tu przesiadywał, aniżeli w rodzinnym Buczaczu, a nawet małżonka jego, Radziwiłłówna z domu, wraz z dziatwą w pogranicznym osiadła miasteczku; snać opieka i bezpieczeństwo tu większe niźli gdzieindziej były.
Przybysz wprowadzony do starosty, opowiedział się, że jest Iwanem Wołoszynem, bratem przyrodnim niedawno zamordowanego Iwoni, że prawa niezaprzeczone posiada do tronu wołoskiego, prosi tedy o pomoc, a na dowód składa listy obywateli mołdawskich, opatrzone pieczęciami. W pismach zawierała się suplika do stróża granicznego Rzeczypospolitej, aby pretendentowi nie odmówił orszaku zbrojnego tylko do Dniestru, bo na przeciwnym brzegu bojarowie czekać będą na nowego władcę. Podobnej treści pisanie miał ze sobą hospodarczyk do ks. Konstantego Ostrogskiego.
Buczacki w niemałym się znalazł kłopocie. Na razie zbył gościa kilku nieobowiązującymi grzecznostkami, w końcu jednak prosił, aby opuścił warownię natychmiast, jeżeli chce uniknąć nieprzyjemności... Porta może się łatwo dowiedzieć o jego pobycie na granicy, a wówczas nie ręczy za następstwa, z drugiej atoli strony przyrzeka, że o wszystkim uwiadomi króla i będzie się starał usposobić monarchę przychylnie dla pretendenta.
Iwan posłuchał dobrej rady i podążył w okolice Bracławia.
Istotnie nie bardzo szczęśliwą wybrał epokę dla urzeczywistnienia swoich projektów. Stefan Batory starał się ile można najprędzej i najzgodniej zamknąć ze Wschodem rachunki. Dzicz dała się nam we znaki; rok po roku niszczyła pograniczne prowincje. Ledwie się uspokoiły kresy po napadzie 1573, aliści we dwa lata wylał się nowy czambuł na południowe prowincje, a tak był straszny, tyle krwi kosztował, że ruscy, podolscy i wołyńscy posłowie przybyli na sejm w szatach żałobnych, i tak się w Izbie prezentowali. Lud dotąd o tym napadzie śpiewa tęskne dumy... Kulisz przytacza urywek z pieśni o hetmanie Rożyńskim, pochodzącej z tej smutnej epoki. Ustęp ów tak brzmi w przekładzie:
Oj Bohdanie, Bohdanie,
Zaporoski hetmanie.
Dlaczego to chodzicie w czarnym aksamicie?
Bo byli u mnie goście,
Tatarowie goście,
Jedną nockę nocowali,
Starą niańkę zarąbali,
I kochankę mi porwali...
Ale i po tym napadzie odwiedziny ordyńskie nie ustawały. Małe oddziały rabusiów wpadały co chwila do Polski, nie bacząc na czujność stróżów granicznych. Król zatrudniony pod Gdańskiem, gotujący się do wojny z Moskwą, pilnie wszakże miał oczy zwrócone i na południe. Jana Siemińskiego, kasztelana halickiego "wypychał" w poselstwie do Carogrodu, polecając mu, aby wyrobił u padyszacha rozkaz, powstrzymujący krymskich i białogrodzkich napastników.
Poseł ociągał się z wyjazdem - król nalegał i miał rację.
Wiemy - pisał do kasztelana - że już Wierność Twoja wziąłeś na drogę turecką dziewięć tysięcy złotych... a przedsię nie wiemy, dlaczego W. T. na tę drogę nie jedziesz? A tak żądamy, abyś co rychlej jechał; już się na żadną rzecz nie rozglądał, na koniec i na poprawę instrukcji za tym wtargnięciem tatarskim, gdyśmy już i przedtem dali znać, abyś był W. T. jechał i przełożył to tylko, co się od tych złych ludzi stało, a potem nie będzie nam ciężko za W. T. posłać poprawę poselstwa Waszego, kiedy będziemy mieć odpis od cesarza tureckiego na listy te, z którymi Dzierżek jechał. Przeto i po wtóre napominamy i pilnie żądamy, co prędzej W. T. w tę drogę wyjeżdżaj; jeślibyś też nie chciał, tedy nam raczej daj znać, ażebyśmy o innym pomyśleli. Ale na to pomnij W. T., że i nam i Rzeczypospolitej wszej winien pozostaniesz, bo acz się już i teraz siła omieszkało, jednak omieszkałoby się jeszcze więcej, kiedy by przyszło nam innego posła szukać, listy i poselstwo odnawiać i przesyłać. A tak czuj się w tym W. T., a uczyń nie omieszkając to, o co już tak wielekroć piszemy. Uczynisz nam rzecz wdzięczną.
W dopisku dołącza król dziesiąty tysiąc należny delegatowi, i jeszcze nawołuje do pośpiechu:
Przeto już jedź W. T., a więcej nie mieszkaj, albo nam i poselstwo i pieniądze odeślij.
Podaliśmy dokument w całej rozciągłości, a ze wszech miar zasługuje on na to, maluje bowiem energię Batorego, jest wzorem czystego stylu, nieskażonego jeszcze, a w końcu dowodzi rozluzowania i rozstroju. Toż p. kasztelan, zaorawszy uwierzytelniające papiery i pieniądze na podróż, czekał spokojnie w rodzinnym Rymanowie na Rusi, aż przeminie burza ostatniego czambułu.
Wyznać atoli potrzeba, że i za posłem przemawiały okoliczności łagodzące. Jak tu bowiem jechać? Rabusie wkroczyli pod Dubno, niby szukając wojewody kijowskiego (ks. Konstantego z Ostroga) i Szacha, nakaźnego watażki Niżowców, który im niedawno zabiegł drogę i porządnie przetrzepał. Sam Machmet Kirej Sułtan, syn hana krymskiego, uczestnik wyprawy, w liście datowanym z Taszliku do wojewody wołoskiego, a przejętym przez Barskich Kozaków, w jaskrawych barwach malował swoje popisy:
Byliśmy pod czterdziestu zamkami, a nie mogliśmy go znaleźć, także potem położyliśmy się pod Dubnem i kazaliśmy go po wsiach szukać wszędzie o dwukoń... Nie masz ziemi ich więcej, jakośmy teraz oczyma widzieli. Po tę stronę Styru i za tą rzeką nikogośmy nie widzieli.
Mówiąc innymi słowy - nigdzie nie znaleźli oporu.
To też i Machmet Kirej i brat jego młodszy Dorsz Machmet, mogli się śmiało chwalić niezwykłym powodzeniem. Na dowód, że tak to należy rozumieć, mamy drugą relację współczesną, mianowicie księcia Zbaraskiego. Wkroczyli, pisze on do podkanclerzego koronnego, między Kijowem i Białocerkwią, dotarli do Dubna, Równego, Łucka i Przemyśla; zniszczyli zupełnie starostwo krzemienieckie, dobra wojewody kijowskiego, ks. Wiśniowieckich, Zasławskich. Przez wielkość ludzi, śmieli uporem szli, łudzi, stada, bydła, majętności, czego nie zabrali, to z domami i gumnami popalili, prawie ziemię pustoszyli, nic jej nie zostawiając. Że się inkursja udała - a niestety, udawały się one zbyt często - więc ordynce na stepach czekali, azali nie wypadnie jej powtórzyć.
Wyznać potrzeba, że i chwila była na to stosowna i pora roku odpowiednia. Piękny maj ubrał ziemię ukrainną w szatę niewysłowionych wdzięków. Roku tego (1577), dziwnie pogodną i ciepłą była wiosna. Już w połowie lutego pługi się uwijały po połach, a po dżdżystym kwietniu zazieleniały płaszczyzny okryte wdzięcznym kobiercem zbóż przeróżnych, zakwitły łąki, drzewa postroiły się w śnieżne bukiety, zapowiadając plon obfity... Ludziom kresowym uśmiechały się zyski jesienne, ale ludzkie projekty nie zawsze przychodzą do skutku...
Tak też i teraz - drapieżni sąsiedzi ciężką trwogę rzucili na lud biedny. Już w pierwszych dniach maja służebni zamku Barskiego wysłani na podsłuchy, przynieśli wieść, że Albikirej sołtan carewicz leży między Oczakowem i Białogrodem o sile 12 000, a Sigoza i Bokaj zapadli na polach białogrodzkich z 10-tysięcznym taborem. Wybierali się pohańce pod Bar, Lisików, Kamienicę - a w niespełna trzy tygodnie zapadli koszem pod Satanowem i Oleskiem, zakreślając dwudziestokilkumilowe koło.
Buczacki nawoływał do przezorności i uprzedzał o wszystkim kolegów starostów pogranicznych, słał także relacje do wojewody podolskiego Mikołaja Mielęckiego; ale przezorność nie na wiele się przydała, bo wojska nie było; wszystko prawie wyruszyło z królem.
Mamy przed sobą spis zastępów, ściągniętych z ziem ukrainnych. Było ich czternaście chorągwi o sile 1350 koni, a mianowicie: chorągiew namiestnicza, Jana Zbaraskiego, wojewody bracławskiego; Mikołaja Buczackiego, starosty barskiego; Aleksandra Wiśniowieckiego, starosty czerkaskiego; Włodka, starosty kamienieckiego; Krupskiego, wojewodzica bełskiego; Michała Jazłowickiego, starosty chmielnickiego; Herberta, starosty przemyskiego; Pretfica, starosty trembowelskiego; Daniłowicza, Strusiów, Jędrzeja i Jakuba, Lanckorońskiego, starosty skalskiego, i rotmistrza Baworowskiego. Liczba niewielka, a jednak wystarczająca do poskromienia pohańców.
Szereg ten nazwisk - to kresowi rycerze, mistrzowie wojennego rzemiosła, doświadczeni, znający szlaki jak dom własny, a nawet może lepiej niż dom własny, bo pewnie mniej przepędzali czasu pod strzechą niźli w polu. Czerń o tym dobrze wiedziała, że stróżów granicznych nie zastanie na kopcach kresowych, więc pozwalała sobie bezkarnie plądrować w ziemiach Rzeczypospolitej.
Owóż, jak już powiedzieliśmy, poseł leniwo wybierający się do Turcji, mógł się łatwo tłumaczyć tym zamętem, panującym dokoła. I w Rymanowie siedzieć nie bardzo było bezpiecznie, ale zawsze weselej niż w łykach tatarskich...
Wszystko to atoli niewymownie drażniło rycerskiego króla, a szlachta szemrała, chcąc mu dać uczuć, że nie brom ziemi powierzonej jego opiece. A tu jeszcze na dobitkę złego hospodar wołoski podnosił głowę. Z przejętych jego listów wiedziano, że się zaleca do Tatarów, że prosił już nieraz sułtana, aby mu pozwolił wtargnąć do Polski a jednocześnie słał supliki do wojewody podolskiego i starosty kamienieckiego, wzywając o poskromienie poddanych Jego Królewskiej Mości. Kiedy rzecz doszła do Stefana Batorego, wysłał natychmiast admonicję Włodkowi, który tylko co przybył spod Gdańska.
Wierność Wasza - nakazy wał król - czyń powinności swej dosyć, według prawa pospolitego i nowej konstytucji krakowskiej, której jeśli kto nieposłuszny, masz brachium regale
W uniwersale do innych starostów zarejestrowane były krzywdy wyrządzone hospodarowi przez ludność pograniczną.
Wsie mu palą, ludzi i bydło biorą i do ziemi naszej wyganiają, kupce odzierają; a na koniec o zacnych niektórych ludziach dawa sprawę, że złoczyńcom tamtym koni dodawali i sami ich do ziemi jego posyłali, iż już dalej nie wie, co z tym czynić... W państwie jego Turki biją, co jemu u cesarza tureckiego złe mniemanie czyni.
Nawoływał król do porządku, nakazywał surowe przestrzeganie prawa, a jednocześnie, jak wiemy, wyprawił posłów do Porty z żądaniem, aby powstrzymała swawolę tatarską... Porta mu odpowiadała, że napady ordyńców, to tylko zadośćuczynienie za gwałty i pożogi, jakie Kozacy w granicach państwa Jego Sułtańskiej Mości popełniają...
Cała więc wina spadała na Kozaków, stąd i oburzenie było na nich wielkie po wszystkiej Rzeczypospolitej. Zgodzi się przeto czytelnik, że wcale nie rychło wybrał się Podkowa z urzeczywistnieniem swoich projektów.
Dziś nawet nie potrafi rozstrzygnąć historia, jak i kiedy na ostrowach dnieprowych powstała drużyna kozackich zuchów. Badacze przeszłości dotąd się nie zgadzają na datę urodzin, nawet na znaczenie nazwy, którą na chrzcie otrzymał związek, co łączył w sobie mieszaninę zbójeckich instynktów i rycerskich popędów, żądzę rabunku i gotowość służenia sprawie swobody. Nie będziemy się też kusili o rozjaśnienie tej ciemnej kwestii, przyszłoby nam bowiem poruszyć cały arsenał sprzecznych sądów, ścierających się w umyśle najbezstronniejszego badacza: zbójcy i rabusie, obrońcy wiary i najemnicy pohańców - słowem cnota i zbrodnia...
A przecież trudno się rozstać z tradycjami najpierwszej młodości... Dumy Zaleskiego, Pieśni Padury, powieści Czajkowskiego, tak wyidealizowały Kozactwo, że pomimo przeświadczenia o likcji, z żalem myśl ku nim powraca i oderwać się od nich nie może - tyle poezji, tyle uroku w tych losach kozaczych...
Obok pieśniarzy i historycy nasi z epoki poprzedzającej Chmielniczczyznę, także inaczej prawią o mołojcach. Paprocki unosi się nad rycerskością zakonną stepowych junaków - przyjaciel Zborowskich, snać patrzył na kozaczyznę okiem Samuela, który sam hetmanił mołojcom. Bielski sumiennie rejestruje fakty, czerpie je nieledwie z pierwszej ręki, a często wyrwie mu się słowo sympatii tak gorącej, że p. Kulisz chyba przez wdzięczność zaliczył go do pocztu Rusinów i nazwisko kronikarza najdowolniej przekręcił, nazywając go nie Bielskim, ale Bilskim. Niedobrych mamy sąsiadów - jedni miasta i wsie polskie chrzczą wedle swej wiary, inni - ludzi. Taka już widać nasza dola...
Łubieński treściwie podaje opisy walk i rabunków, Hejdensztejn gładko a potoczysto, Tacytowym stylem opowiada wydarzenia, jak były, ale dlaczego toczyły się taką a nie inną koleją - o tym ani słowa. O kolski nadto cierpiał, aby się potrafił utrzymać na stanowisku bezstronnym. Pod toporem tłuszczy, która się z Niżu podniosła, widział ginących braci zakonnych i upadek samego zakonu na Rusi - i to w chwili kiedy nad nim przewodził...
Za to obóz przeciwny włożył na barki rozzuchwalonej Siczy religijne posłannictwo. Urojenie to podtrzymywali nieliczni kronikarze ruscy, jak Grabianko, Samowidziec, Wieliczko, i późniejsi Rygelman, Konisski i Markowicz. A przecie znajdujemy niejednokrotne dowody, że Kozacy rabowali tak dobrze ludzi jednego z nimi zakonu, jak i ziemian polskich, ba, nawet chętniej rzucali się na wyznawców greckiej wiary, może dlatego, że mniej w nich znajdowali oporu.
Gdzie więc leży prawda? Przyszłość ją chyba odnajdzie. My w szkicu niniejszym poprzestać musimy na kilku rysach tylko, których nam potrzeba do charakterystyki tła i otoczenia, w jakim wzrósł bohater opowieści.
Jeszcze ostrowy za porohami dnieprowymi stały pustką, kiedy nazwa Kozaków smutną już sobie zjednała sławę. Świat słowiański zapożyczył jej u Tatarów; Kozahami mianowano odważnych rabusiów, przewodników jeśli chcecie, znających dobrze drogi stepowe w pustyniach, które oddzielały legowiska pohańców od osad słowiańskich. W połowie XV wieku, a nawet wcześniej, spotykamy z jednej strony Kozaków razańskich, putywalskich, smoleńskich: z drugiej azowskich, białogrodzkich, krymskich, zawolskich, a już znacznie później na wzór ich powstają czerkascy, bracławscy, barscy, trzymający strażnicze placówki na rubieży Rzeczypospolite.
Z czasem, zawsze naśladując Tatarów, Kozacy robili w państwa ościenne wycieczki. Smoleńscy za panowania Zygmunta Starego wrzynali się na Litwę, czerkascy i chmielniccy pędzili w step daleki, wzdłuż Dniepru, czy to z celem polowania na bobry, czy dla rybołówstwa, czy w końcu z zamiarem urwania coś z licznych stad tatarskich w pustyni. Poczucie własności słabo było rozwinięte, a rabunek zręczny zyskiwał poklask. Wyprawę rozbójniczą zwano na Ukrainie kozakowaniem, chodzeniem w kozaki, szukaniem kozackiego chleba albo jak Pretwic utrzymywał zaleganiem w polu. Jeden, drugi sukcesem uwieńczony pochód, znajdował gorliwych naśladowców. Szukając w dziejach widzimy, że pierwszy Przecław Lanckoroński dał popęd do takich zagonów. Jako starosta chmielnicki (1516) na czele dobrze uorganizowanego oddziału pomknął on ku morzu Czarnemu, zniszczył Białogród położony nad Dniestrem, i - odtąd, konkluduje Gwagnin, poczynają się u nas Kozacy.
Wcześniej jednak powstaje kolonizacja mołojców na Niżu, bo na schyłku XV wieku. Już bowiem w 1499 r. prezentują się Kozacy jako handlarze na rynku kijowskim. Hulankom, rozpuście, pijatykom nie masz końca. Zwyczaj "bałamucenia niewiast" rozpowszechnili do tego stopnia, że grzywny stąd pochodzące stanowiły obfite źródło dochodów metropolity i miejscowego wojewody.
Na początku XVI wieku posiadają Niżowcy pewną organizację, urzędników i watażków, których nie tylko ruscy, ale i nasi historiografowie podnoszą do godności hetmanów i jakby w dynastycznym porządkują rejestrze. Śmiesznie to wygląda, zawsze atoli dowodzi, że Kozacy urabiali się na wzór Rzeczypospolitej, czemu się dziwić nie należy, większość bowiem jednostek, składających owo "bractwo" bez przekonań religijnych i politycznych, chciwe rabunku, choć pełne rycerskiej brawury, stanowili polscy przybysze.
Z czasem Niż bierze przewagę nad innymi drużynami kozackimi i wyzwala się z pęt obowiązujących do szanowania praw, podczas gdy czerkascy, bracławscy i barscy koledzy w dworskie albo zamkowe zmieniają się milicje. Prosta tego przyczyna: tamci zanadto oddaleni byli od ognisk administracyjnych, funkcjonujących w kraju, stąd niemożność okiełznania swawolnej rzeszy i ujęcia jej w pewne formy społecznego porządku. Przyznajmy się jednak szczerze, że nie myślano nawet o tym okiełznaniu. Dla cywilizowanego dworu, reprezentującego władzę, dzikie kresy były ziemią tajemniczą, nieznaną... Czasem, ale rzadko, przedzierały się do stolicy głuche wieści o nich, dziwne, awanturnicze, do fantastycznej powieści podobne... Bój podjazdowy wrzał na całej rubieży pustyń wschodnio-południowych, ludzie ginęli bez szemrania, a tam u góry nie nasłuchiwano nawet, jak rzeczy stoją, czy granica państwowa większe albo mniejsze koło zakreśla, to jest, czy się podnosi w głąb kraju, czy się wrzyna w obszary stepowe. Tylko skargi dywanu, hałas tatarskich chanów ślących do królów zażalenia na napastników, zwracał bodaj na chwilę uwagę naszych dyplomatów w te stronę; suma lamentów pohańczych dowodziła, że na kończynach Rzeczypospolitej zgraja jakaś dokazuje. Zygmunt Stary chciał ją uporządkować, Stefan Batory nie przyznawał sobie nawet władzy nad nią.
Jest to, powiadał Turkom, garstka łudzi różnoplemiennych, samopas błąkających się, niemających ani stałych siedzib, ani stałych praw i od nikogo niezależnych.
A jednak garstka ta nieustannie powtarzała: jesteśmy! i to istnienie swoje znaczyła krwawym śladem na karkach ordyńskich, paliła ich ułusy, niszczyła świeżo wznoszone grody, nabawiała strachem stolicę potężnych padyszachów, a na Wołoszczyźnie gospodarowała jak w domu, lepiej niźli w domu - bo właśnie u siebie domu nie miała... A jednak ta garstka, głośno, nieustannie przyznawała się do poddaństwa Jego Królewskiej Mości i Rzeczypospolitej, rozpinała swoje namioty w dzielnicy polskiej... Wyrzekano się jednak nieprawego a krnąbrnego dziecka - i wyrzekano się, jako żywo, niesłusznie.