Insula
Strumyk wił się między bujną zielenią, a jego woda ochlapywała mnie nieprzerwanie. Przeskakiwałam po wystających nad powierzchnię kamieniach. Kucnęłam i przyjrzałam się ławicy kolorowych rybek, które wprawnie omijały przeszkody stojące na ich drodze. Wstałam i odbiłam się mocniej, gdyż kolejny wystający wierzchołek był w znacznej odległości. Doskoczyłam do niego i zachwiałam się. Zamachałam rękami, łapiąc równowagę. Zaśmiałam się, gdy stopa zanurzyła się na moment w chłodnym strumieniu. Potem już tylko trzy skoki i wylądowałam na "mojej polanie".
Byłam tu w każdej wolnej chwili. Lubiłam obcować z naturą, dawała mi wytchnienie i ukojenie, a nade wszystko przestrzeń na spotkanie z Bogiem. On pokazywał mi kim jestem, w czym byłam dobra, a co przeszkadzało mi kochać innych. Czasami po takim spotkaniu niemal lewitowałam ze szczęścia, widząc piękno moich talentów, innym razem ze łzami w oczach błagałam Go o wybaczenie za naganną postawę. Bez względu na to, w jakim stanie emocjonalnym kończyłam modlitwę, zawsze owocem było poznanie - czułam, że wzrastałam i wiedziałam, jak nad sobą pracować.
Gdy myśli mi się uspokoiły i cisza wypełniła wnętrze, a świat zewnętrzny przestał mnie zajmować, pojawiła się we mnie pustka, którą przygotowałam dla Niego, aby mnie wypełniał. Trwałam i trwałam...
- Iszszo! - Głos Rut niósł się ponad roślinnością.
Nie odzywałam się, tkwiąc w bezruchu. Umysł szybko wszedł w rozproszenie i zaczęłam ponownie przyjmować otaczającą mnie rzeczywistość. Potrzebowałam chwili na opuszczenie pustelni, w której przebywała moja dusza. W bezruchu czekałam, aby ta wesoła zazwyczaj dziewczyna podeszła bliżej.
- Iszszo, wychodź, to nie czas na żarty! - W jej głosie usłyszałam rozżalenie.
Byłam gotowa, ale zawahałam się czy nadszedł już czas, aby jej się pokazać. Może jeszcze się z nią podroczyć? Widziałam z daleka na jej twarzy niepokój, więc zaniechałam realizacji mojego planu.
- Coś się stało? - Wyszłam do niej na ścieżkę.
- Tu jesteś. - Drgnęła nieznacznie na mój widok.
Miałam przeczucie, że to nie moje nagłe pojawienie się wywołało w niej tę reakcję. Czułam, że coś było nie tak. Jej zwykle radosna twarz, wygięte w uśmiechu usta, lśniące oczy, teraz wyrażały niepokój.
- Złe wieści? - Próbowałam przeniknąć przez jej skupienie, wyczytać, co było przyczyną tej powagi.
- Tak. - Ciężko westchnęła.
- Powiesz?
Pokręciła przecząco głową.
- Chodź ze mną do mojej mamy.
Nie miałam pojęcia, co mogło wywołać niepokój w przyjaciółce, więc nie tracąc czasu, ruszyłyśmy do osady. Jej mama była dyrektorką szkoły, którą w tym roku kończyłam. W planach miałam studia na Uczelni M.M.G, która była dla mnie wymarzonym miejscem, ale nie sądziłam, aby odpowiedź z uczelni była źródłem stanu emocjonalnego Rut.
- Wiesz o co chodzi? - Wstrzymałam oddech.
- Nie, ale sądzę, że to złe wieści - powiedziała przygnębiona.
Przyspieszyłam więc, bo chciałam mieć to za sobą. Masa przypuszczeń przeleciała mi przez głowę, ale żadne z nich nie wydawało się realnym scenariuszem złych wieści. Przyjaciółka zatrzymała się przed bramą. Widziałam jej smutną minę i to, że nie chciała ze mną iść, przeczuwając, że wydarzyło się coś niedobrego. Rozumiałam ją, była wrażliwą duszyczką, mimo to poczułam się na moment opuszczona. Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. Tę drogę pokonywałam niemal codziennie, ale nigdy nie wydała mi się taka trudna. Niepokój w oczach Rut sprawił, że bałam się tego, co mnie na jej końcu dzisiaj czekało.
Dotarłam do chłodnego korytarza dającego wytchnienie od upału. Kroki wybijały rytm na kamiennej podłodze. Stanęłam przed skromnymi drzwiami prowadzącymi do gabinetu dyrektorki. Zapukałam i natychmiast usłyszałam zaproszenie.
- Dzień dobry, ciociu. - Tak naprawdę nie była moją ciocią, tylko najlepszą przyjaciółką mamy i jednocześnie moją matką chrzestną.
- Usiądź, moje dziecko - powiedziała miękko, niemal szeptem, z wyrysowaną na twarzy miłością do mnie.
- Ciociu? - Poczułam ukłucie niepokoju, widząc jej zatroskaną twarz.
- Iszszo, skarbie, wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna. - Usiadła na krześle obok i wzięła moje dłonie w swoje.
- Wiem, ciociu. - Utkwiłam wzrok w jej migdałowych oczach.
- Masz wielu przyjaciół na wyspie, na których możesz liczyć. Na mnie możesz liczyć. Jestem z tobą kochanie. - Jej głos się łamał.
- Stało się coś złego? - Niepokój wzrósł we mnie jeszcze bardziej.
O czym mówiła? Co ją tak poruszyło? Dlaczego miałam liczyć na innych?
- Bardzo mi przykro, że przynoszę złe wieści. Kochanie, twoi rodzice nie żyją, zginęli w wypadku. Samolot rozbił się nad oceanem i nikt nie przeżył. Był wybuch na pokładzie, usterka silnika - mówiła, a w jej oczach szkliły się łzy.
Jej głos docierał do mnie jakby przez watę w uszach. Moi rodzice lecieli do Metropolis, mieli się spotkać ze studentami kilku tamtejszych uczelni. Ich wykłady były zaplanowane od wielu miesięcy. To niemożliwe, potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Wypadki lotnicze się nie zdarzały i to od dawna. Wypadki komunikacyjne były prehistorią, a jednak mówiła mi to osoba, której usta nie skalały się kłamstwem. Ukryłam twarz w dłoniach i bez udziału świadomości wyrwał mi się z gardła niemal niesłyszalny krzyk, a potem wyartykułowałam:
- Nie! To nie może być prawdą. Po wykładach wracają do domu, do mnie. Za pięć dni będą z powrotem. Obiecali mi, a oni nigdy nie złamali danego słowa... - mówiłam coraz ciszej, a łzy kapały mi po policzkach.
- Iszszo, spełnienie tej obietnicy nie zależy od nich. - Szept Menahel ledwo przebijał się do mojej świadomości.
Znowu zakryłam twarz dłońmi i kręciłam głową, zaprzeczając rzeczywistości. Wstałam przygnębiona i poszłam na polanę, aby wyżalić się Temu, który nad wszystkim czuwał. Oddałam mu serce, ból i łzy.