JedenKAŻDY W COŚ WIERZY
W Nightside jest tylko jeden kościół. Pod wezwaniem Świętego Judy. Zaglądam tam tylko w interesach. Daleko stamtąd do Promenady Bogów i jej rozmaitych świątyń. Kościół Świętego Judy znajduje się w cichym zaułku, ukryty w głębokim cieniu, z dala od tak typowych dla Nightside jaskrawych i krzykliwych neonów. Nie reklamuje się, nie wabi, nie dba o to, czy z przyzwyczajenia przejdziesz szybko na drugą stronę ulicy. Po prostu jest, w razie gdybyś go akurat potrzebował. Pod wezwaniem patrona spraw przegranych.
Kościół Świętego Judy to stare, bardzo stare miejsce; budowla ma więcej lat niż samo chrześcijaństwo. Nagie kamienne ściany są szare i nijakie, nie naznaczył ich ani czas, ani zamysł budowniczego. Zwykły blok kamienia, nakryty białym suknem, odgrywa rolę ołtarza, za nim wisi pojedynczy srebrny krzyż, a przed nim stoją dwa rzędy prostych drewnianych ławek i to wszystko. Tu nie ma miejsca na luksus, na ozdóbki i dekoracje, na żadne pozłacane wabiki religii. Nie ma tu też księdza ani kościelnego, nie odbywają się nabożeństwa. Kościół pod wezwaniem Świętego Judy to po prostu ostatnia szansa na zbawienie w Nightside, sanktuarium, miejsce na ostateczną rozmowę ze swoim Bogiem. Przychodząc tu w poszukiwaniu plasterka na zbolałą duszę, możesz dostać o wiele, wiele więcej, niż byś się kiedykolwiek spodziewał.
U Świętego Judy modlitwy zostają wysłuchane, a czasem nawet uzyskuje się odpowiedź.
Wykorzystuję ten kościół jako miejsce spotkań. Neutralny grunt, o jaki w Nightside wyjątkowo trudno. Ale nie robię tego zbyt często. Świątynia otwiera podwoje dla wszystkich, ale nie wszyscy zeń wychodzą. Kościół się broni i walczy o swoje przetrwanie, i nikt nie chce wiedzieć, jak to się dzieje. Tym razem jednak miałem dość szczególny powód, by przekroczyć progi Świętego Judy. Liczyłem na to, że niezwykła natura tego miejsca ochroni mnie przed nadchodzącą straszliwością. Przed potworną istotą, z którą wyjątkowo niechętnie zgodziłem się spotkać.
Siedziałem sztywno na twardej drewnianej ławce, w pierwszym rzędzie, owinąłem się połami prochowca, chroniąc się w ten sposób przed gryzącym chłodem, jaki zwykle mieszkał w tych murach. Rozglądałem się raz po raz, starając się przy tym nie wiercić niespokojnie. Nie było na czym oka zawiesić ani nic do roboty, a nie zamierzałem marnować czasu na modły. W chwili, kiedy to moi wrogowie próbowali zgładzić mnie po raz pierwszy, czyli już we wczesnym dzieciństwie, przyswoiłem sobie trudną i bolesną lekcję, że liczyć mogę tylko na siebie. Kręciłem się więc bezczynnie, próbując powstrzymać chęć kołysania się w przód i w tył. Gdzieś tam, w mroku wiecznej nocy, straszliwa, niszcząca siła kroczyła na spotkanie ze mną, a ja mogłem jedynie siedzieć i czekać. Pozwoliłem, by moja dłoń odszukała pudełko po butach, które stało obok na ławce, ot tak, by sprawdzić, że nie zniknęło od czasu, gdy sprawdzałem po raz ostatni. Zawartość pudełka mogła ochronić mnie przed tym, co nadciągało. Albo i nie. Takie jest życie, szczególnie tu, w Nightside. I szczególnie jeśli jesteś sławnym - czy może niesławnym - Johnem Taylorem, który zwykł się chwalić, że potrafi znaleźć wszystko. Nawet jeśli przez to pakuje się w sytuacje jak ta.
Tuzin świec, które przyniosłem ze sobą i zapaliłem, nie rozjaśnił zbytnio tego miejsca. Powietrze było nieruchome, a przy tym przesycone zimną wilgocią. Po kątach zalegało stanowczo zbyt wiele cieni. Siedząc tak w ciszy, słuchając, jak kurz ściele się na posadzce, czułem wiek tego miejsca, przygniatający ciężar minionych stuleci. Kościół pod wezwaniem Świętego Judy był ponoć najstarszym budynkiem w Nightside. Starszym niż Promenada Bogów, niż Wieża Czasu, starszym niż Obcy Znajomkowie nawet. Tak starym - i od tak dawna - miejscem kultu, że niektórzy ośmielali się zauważyć, że tak naprawdę wcale nie był kościołem, a po prostu miejscem, gdzie możesz porozmawiać z Bogiem i czasem otrzymać odpowiedź. Czy ci się ta odpowiedź podobała, czy nie, stanowiło już odrębną kwestię, uznawaną z założenia za problem pytającego.
W sumie niewiele trzeba, by gorejący krzak stał się gorejącym heretykiem. Staram się nie niepokoić Boga, licząc, że zrewanżuje mi się tym samym.
Nie mam pojęcia, dlaczego w Nightside brak innych kościołów. Przecież nie dlatego, że ludzie tutaj są niewierzący. Powodów należy się raczej doszukiwać w tym, że do Nightside przybywasz po to, by robić rzeczy, których Bóg z definicji nie pochwala. Tutaj nikt nie traci duszy, tylko ją sprzedaje, wymienia w barterze albo zwyczajnie się jej pozbywa, skazując na zatracenie. Spotkasz tu najróżniejsze manifestacje, awatary, a nawet Moce i Dominacje, wystarczy, że zajrzysz na Promenadę Bogów - i już możesz układać się z nimi o wszystkie te rzeczy, których posiadania Bóg ci odmówił.
W ciągu wieków pojawili się i tacy, którzy chcieli zniszczyć kościół Świętego Judy. Od dawna ich już nie ma, a kościół stoi, jak stał. Aczkolwiek istniała szansa, że tej nocy sytuacja zmieni się drastycznie, jeśli popełniłem błąd w kwestii zawartości pudełka po butach.
Była trzecia nad ranem, ale w Nightside zawsze jest trzecia nad ranem. Noc, której nigdy nie rozjaśnia świt, i godzina, która trwa w nieskończoność. Trzecia nad ranem, czas wilka, kiedy człowiek jest najsłabszy. Godzina, w której rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera. Ta najgorsza pora nocy, kiedy można tylko leżeć bezsennie w łóżku, zastanawiając się, jak to możliwe, że nasze życie tak bardzo odbiega od tego, co sobie zaplanowaliśmy.
No i oczywiście najlepszy moment na dobijanie interesów z diabłem.
Nagle wszystkie włoski na karku stanęły mi dęba, a serce zamarło na sekundę, jak gdyby ściśnięte lodowatymi palcami. Podniosłem się, a moim ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz, niemal spazm. Była już bardzo blisko. Czułem jej obecność, jej spojrzenie, przerażający chłód jej determinacji. Złapałem pudełko po butach i przycisnąłem do piersi, jakby to mogło uratować mi życie. Zmusiłem się, by wyjść z ławki i stanąć naprzeciw drzwi. Patrzyłem na solidne dębowe skrzydło, wysokie na pięć stóp, a grube na pięć cali, zamknięte na cztery spusty, i wiedziałem, że ono jej nie powstrzyma. Nic nie mogło. Nadchodziła Bolesna Jessica. Pani Niewiara. Nie było na świecie siły zdolnej ją powstrzymać. Monstrum, potworność, Niewierna. Powietrze trwało w bezruchu, pełnym tego nieokreślonego napięcia, które zwiastuje nadchodzący sztorm. Burzę zrywającą dachy, wyrywającą drzewa z korzeniami, strącającą ptaki z nieba. Bolesna Jessica przybywała w progi Świętego Judy, bo powiedziano jej, że tam będę i że mam to, czego ona szuka. Jeśli było inaczej, to nie było najmniejszej wątpliwości, że słono za tę pomyłkę zapłacimy. Nie noszę pistoletu ani innej broni. Nigdy nie miałem takiej potrzeby. Zresztą żadna broń nie zdałaby się na wiele przeciwko Jessice. Już nic nie mogło jej zranić. Coś wydarzyło się w jej życiu dawno, dawno temu, coś tak potwornego, że utraciła swe człowieczeństwo i stała się Niewierną. Teraz nie wierzyła w nic. A jej niewiara była tak potężna, tak głęboka i tak niezachwiana, że świat i wszystko, co z nim związane, nic dla niej nie znaczyły. Nic nie mogło już jej dotknąć. Mogła pójść wszędzie i zrobić wszystko. I tak też czyniła. Mogła dokonywać rzeczy potwornych i okrutnych. I je czyniła. I nic już jej nie dotykało, nie obchodziło. Nie ma sumienia ani moralności, nie ma żalu i nigdy się nie waha. Świat materialny jest dla niej jak kartka papieru, a każdy krok Pani Niewiary drze go na strzępy. Szczęśliwie dla świata Jessica rzadko opuszcza Nightside. A szczęśliwie dla nas tutaj przeważnie śpi czy też po prostu nie opuszcza swojej kryjówki. Ale kiedy się obudzi, kiedy wyjdzie na ulice, kto tylko może, spieprza jej z drogi. Albowiem gdy Jessica skoncentruje na kimś lub na czymś moc swej niewiary, to ta rzecz przestaje istnieć. Znika. Na zawsze. Nawet sklepy na Promenadzie Bogów zamykane są na głucho, a ich właściciele decydują się spędzić wieczór w domu. Okolica pustoszeje, gdy Bolesna wędruje poprzez niekończącą się noc w Nightside.
Jej ostatni napad szału był zarazem i najgorszym, bo za cel obrała sobie najbardziej wrażliwe rejony Nightside, zostawiając za sobą chaos i ruiny - widomy dowód, że obsesyjnie szukała... czegoś. Nikt do końca nie wiedział, co to mogło być, nikt też się nie kwapił zbliżyć się do niej na tyle, by zadać pytanie. To musiało być coś niezwykłego, coś potężnego... Z drugiej strony mieliśmy do czynienia z Panią Niewiarą, która słynęła z tego, że nic nie jest dla niej szczególnie wyjątkowe lub potężne. Co mogło dać Bolesnej Jessice posiadanie jakiegokolwiek przedmiotu? Potężnych artefaktów w Nightside nie brakowało, od magicznych pierścieni po opisy budowy bomby, i wszystkie były na sprzedaż. Ale Niewiara żadnego nie chciała, kontynuowała swój marsz zniszczenia, a pod jej gniewnym spojrzeniem miejsca i ludzie rozpływali się w nicości. Plotka głosiła, że poszukiwała czegoś tak REALNEGO, że nie zdoła zwątpić w jego istnienie. Być może czegoś realnego na tyle, by ją zabić, a tym samym skrócić męki i jej, i otoczenia.
Tak oto Walker trafił do mnie i zlecił odnalezienie owego przedmiotu. Walker jest przedstawicielem Władz. O ile można mówić o jakimkolwiek rządzie w Nightside, bo Nightside nikt tak naprawdę nie rządzi, aczkolwiek wielu próbowało. Mówiąc o Władzach, mamy na myśli tych, którzy wkraczają i rozwalają łby, gdy sprawy wymykają się spod kontroli. Walker jest spokojny i cichy, nosi schludne garnitury biznesmena i nigdy nie podnosi głosu. Nie musi. Nie pochwala prywatnej inicjatywy, do której się niewątpliwie zaliczam, ale od czasu do czasu zleca mi jakąś robotę. W zasadzie dlatego, że nikt inny nie ma moich zdolności i nie potrafi tego co ja. No i dlatego, że uważa, iż można mnie bez żalu spisać na straty.
Dlatego za każde zlecenie wyciskam z niego kupę forsy.
Potrafię znaleźć dowolną rzecz. To dar. Od mojej drogiej nieobecnej mamusi, która okazała się nie być człowiekiem. Tak naprawdę nie jest martwa, to tylko takie moje pobożne życzenie.
W każdym razie udało mi się znaleźć to, czego szukała Bolesna Jessica. Miałem to w pudełku po butach, które przyciskałem do piersi. Wiedziała, gdzie to jest, i właśnie po to szła. Moim zadaniem było oddać jej to we właściwym momencie i we właściwy sposób, tak by uciszyć jej gniew i odesłać tam, gdzie przebywała wtedy, gdy nie próbowała doprowadzać nas wszystkich do tego, byśmy posrali się ze strachu. Zakładając oczywiście, że znalazłem właściwą rzecz. No i że nie wedrze się tu i NIEUWIERZY we mnie, kładąc tym samym kres memu istnieniu.
Była już niemal na progu kościoła. Pode mną kamienne płyty zawibrowały przerażającym echem zbliżających się kroków. Jej stopy raz po raz waliły głucho w powierzchnię świata, w który zdecydowała się nie wierzyć. Płomienie świec migotały dziko, a cienie czołgały się ku mnie, jak gdyby i je przepełniał strach. W ustach mi zaschło, konwulsyjny uścisk moich dłoni już dawno pozbawił pudełko po butach kształtu. Zmusiłem się, żeby odstawić je na ławkę, i wcisnąłem ręce w kieszenie. Nie byłem w stanie wyglądać na wyluzowanego, ale przynajmniej mogłem się postarać, żeby nie zrobić wrażenia słabego czy niezdecydowanego. Miałem tylko nadzieję, że kościół Świętego Judy wchłonął przez wieki tak potężny ładunek wiary i świętości, że obroni mnie przed siłą niewiary Jessiki. Ale wcale nie byłem tego pewien. Nadchodziła. Jak sztorm, jak fala przypływu, jak jakaś niezmierzona i niezwyciężona siła natury, która już za chwilę zwali mnie z nóg, zmiecie z powierzchni ziemi, zdmuchnie niczym pyłek. Nadchodziła. Jak przerzuty raka, jak depresja, jak wszystkie te rzeczy, których nie da się odwołać, którym nie da się zaprzeczyć, z którymi nie można negocjować. Była Niewiarą. W porównaniu z nią Święty Juda był niczym, ja byłem niczym... Wziąłem głęboki wdech i podniosłem dumnie głowę. Do diabła z tym. Jestem John Taylor, do kurwy nędzy, i zręczną gadką wywinąłem się z gorszego gówna niż to tutaj. Zmuszę ją, by uwierzyła we mnie.
Dębowe drzwi wzmocniono jeszcze ciężkimi okuciami z czarnego żelaza. Jak nic ważyły z pięćset funtów. Nawet jej nie spowolniły. Kroki załomotały na progu, a palce rozdarły drewno niczym zetlałą szmatkę. Przeszła przez dębowe dechy, jakby to była kurtyna. Ruszyła w moją stronę. Naga, wychudzona, trupio blada. Ciężkie kamienne płyty implodowały pod jej stopami. Oczy miała szeroko otwarte i nieruchome jak u dzikiego kota, i tak samo pozbawione wyrazu. Cienkie wargi rozciągnął ni to grymas, ni uśmiech. Nie miała włosów, chudość wyostrzyła rysy jej mizernej twarzy, a tęczówki żółciły się jak mocz. Ale była w niej siła, jakaś straszliwa, potworna energia, która ją napędzała, nawet jeśli w tym samym czasie pożerała wątłe ciało.
Trwałem w bezruchu, gapiąc się na nią tak, jak ona gapiła się na mnie, póki z hukiem nie zatrzymała się tuż przede mną. Śmierdziała... jak coś, co się zepsuło. Nie mrugała, a jej oddech był nierówny, jakby musiała sobie przypominać o kolejnych haustach powietrza. Miała może z pięć stóp, a i tak miałem wrażenie, że góruje nade mną. Czułem, jak moje plany, moje myśli rozpadają się, tworząc w głowie chaos pod wpływem potęgi jej obecności. Zmusiłem się do uśmiechu.
- Witaj, Jessico. Wyglądasz... bardzo w swoim stylu. Mam to, czego potrzebujesz.
- Skąd wiesz, czego potrzebuję? - zapytała głosem, który był przerażający dlatego, że brzmiał niemal zwyczajnie. - Skąd możesz to wiedzieć, skoro nawet ja sama tego nie wiem?
- Bo ja jestem John Taylor, znajduję rzeczy. Znalazłem więc to, czego szukasz. Ale musisz we mnie uwierzyć albo nigdy tego nie dostaniesz. Jeśli zniknę, nigdy się nie dowiesz...
- Pokaż - zażądała i wiedziałem, że nie mogę tej struny przeciągnąć bardziej. Ostrożnie schyliłem się ku ławce i podniosłem pudełko po butach. Wyrwała mi je z rąk i niemal natychmiast zniknęło pod jej spojrzeniem, ujawniając swoją zawartość - zniszczonego pluszowego misia bez jednego oka. Bolesna Jessica ściskała misia w swoich białych, trupich dłoniach, wlepiła weń spojrzenie nieruchomych, dzikich oczu i patrzyła. Patrzyła. I nagle przycisnęła misia do zapadniętej klatki piersiowej, przytuliła się, jak dziecko tuli się we śnie do ukochanej zabawki. A ja zacząłem oddychać.
- To moje - powiedziała, wciąż patrząc na misia, nie na mnie, za co byłem wdzięczny. - To... było moje, kiedy byłam mała. Dawno temu, kiedy byłam człowiekiem. Zapomniałam o nim... na tak długo, tak bardzo długo...
- Tego szukałaś - odparłem ostrożnie. - Tego potrzebowałaś, czegoś, co będzie miało dla ciebie znaczenie. Czegoś tak realnego jak ty sama. Czegoś, w co można uwierzyć.
Głowa jej podskoczyła jak u kukiełki, gdy gwałtownie skierowała na mnie spojrzenie i niczym niezachwianą uwagę. Zrobiłem, co mogłem, żeby się nie skrzywić. Przechyliła ją na bok, niczym ptak.
- Gdzie go znalazłeś?
- Na cmentarzysku pluszowych misiów.
Zaśmiała się - krótko, ale i tak zdziwił mnie ten śmiech.
- Nigdy nie pytaj magika, jak robi swoje sztuczki. Wiem. Jestem szalona, ale to akurat wiem. I wiem, że jestem szalona. Wiedziałam, co kupuję i ile za to zapłacę. Teraz jestem zawsze sama. Oddzielona od świata i tych, co w nim żyją. To przez to, co sobie zrobiłam. Co zrobiłam z siebie. La la la... tylko ja, gadająca do siebie... To nie było przyjemne - odciąć się od człowieczeństwa i stać się Niewierną. Idę przez świat i jestem w nim tylko ja. Do dziś. Teraz będziemy we dwoje, ja i miś. Tak. Coś, w co można uwierzyć. A w co ty wierzysz, Johnie Taylor?
- W mój dar. Moją pracę. I chyba w swój honor. Co ci się stało, Jessico?
- Już nie wiem. O to właśnie chodziło. Moja przeszłość była tak straszna, tak potworna, że musiałam zmusić się, by o niej zapomnieć. Sprawić, że stanie się nierzeczywista, sprawić, że nigdy się nie wydarzyła. I dokonałam tego, ale straciłam swoją wiarę w rzeczywistość - czy może rzeczywistość przestała wierzyć we mnie i teraz istnieję tylko dzięki nieustannemu wysiłkowi woli. Jeśli przestanę się na tym koncentrować, to zniknę. Tak długo byłam sama, otoczona jedynie przez cienie i szepty, które nic dla mnie nie znaczyły. Czasem udaję, że mogę z kimś porozmawiać, ale wiem, że to nie jest rzeczywiste... A teraz mam mojego misia. Ulgę i pamiątkę tego, kim byłam i czym byłam. - Uśmiechnęła się do zniszczonej, wiekowej zabawki, zamkniętej w uścisku patykowatych ramion. - Miło się z tobą rozmawiało, Johnie Taylor. Dzięki temu miejscu, tej chwili ta rozmowa stała się możliwa. Nie próbuj tego powtórzyć. Nie będę cię znać. Nie będę pamiętać. Nie będziesz bezpieczny.
- Pamiętaj o misiu - odpowiedziałem. - Może kiedyś zaprowadzi cię do domu.
Ale jej już nie było. Wyszła z kościoła prosto w wieczną noc. Westchnąłem głęboko i usiadłem w pierwszej ławce, zanim kolana na dobre ugięły się pode mną. Bolesna Jessica była cholernie straszna, nawet jak na standardy Nightside. Nie jest łatwo rozmawiać z kimś, kto jest przekonany, że jesteś tylko głosem w jego głowie. I kto może unicestwić cię, bo tak.
Podniosłem się i podszedłem do ołtarza pozbierać świece.
I wtedy właśnie usłyszałem kroki zmierzające szybko ku kościołowi. Ktoś tu biegł. I nie była to Jessica. Tym razem kroki były najzupełniej ludzkie. Wycofałem się na tył kościoła i ukryłem w najgłębszym cieniu. Poza Jessicą i Walkerem oczywiście nikt nie powinien wiedzieć, że tu byłem.
Ale mam wrogów. A ich straszliwi agenci, Siewcy Udręki, starali się pozbawić mnie życia od chwili narodzin. No i miałem serdecznie dość wrażeń jak na jedną noc. Ktokolwiek tu się zbliżał, nie byłem zainteresowany.
Przez dziurę po drzwiach wpadł do kościoła mężczyzna w czerni. Garnitur miał złachmaniony i podarty, twarz mokrą od wysiłku. Wyglądało na to, że biegł już od dawna. Wyglądało i na to, że bał się już od dawna. Miał na nosie okulary słoneczne, wielkie i czarne jak oczy muchy albo żuka, mimo że na zewnątrz bynajmniej nie świeciło słonko. Rzucił się do ołtarza, przytrzymując się ławek jedną ręką, drugą przyciskał do piersi przedmiot owinięty czarnym materiałem. Nie przestawał oglądać się przez ramię, nie było wątpliwości, że panicznie bał się tego, co podążało jego śladem. Upadł na kolana, cały drżący, ściągnął okulary i odrzucił je na bok. Miał zaszyte powieki. Uniósł swój pakunek w dygocących rękach, odwracając twarz ku ołtarzowi.
- Schronienia! - krzyknął; głos miał ochrypły i twardy, jakby od dawna go nie używał. - W imię Boże, błagam o azyl.
Przez długą chwilę nic się nie działo. Panowała niezmącona cisza, którą przerwał odgłos kroków. Miarowych, niespiesznych. Zbliżających się do kościoła. Mężczyzna w czerni też je usłyszał. Aż się skulił na ich dźwięk, ale się nie obejrzał. Okaleczoną twarz wykrzywił grymas desperacji. Kroki ucichły na progu. Wiatr przeleciał nawą, jak gdyby ktoś odetchnął głęboko. Płomyki świec stojących najbliżej drzwi zamigotały i zgasły. Powiew sięgnął i mnie, ukrytego w cieniach, liznął mi twarz, rozpalony i wilgotny jak gorączka nocą. Pachniał olejkiem różanym, esencją zgniecionych płatków róż, ale woń była ciężka i mdląca, niemal obezwładniała. Mężczyzna w czerni skulił się u stóp ołtarza, chciał powtórzyć: "azyl", ale nie zdołał wydusić z siebie nawet skrzeknięcia.
Odpowiedział mu głos z ciemności za kościelnym progiem. Głos ostry i szorstki, a zarazem miękki i łagodny, niczym gorzka melasa. Głos brzmiący jak kilka głosów szepczących w niezwykłej harmonii, która szorowała po duszy jak pazury po tablicy. To nie był głos człowieka. Ta istota była zarazem czymś więcej i czymś mniej niż człowiek.
- Dla takich jak ty nie ma azylu. Ani tu, ani nigdzie indziej - powiedziała istota, a mężczyzna w czerni zadygotał jak liść na wietrze. - Nie masz przed nami ucieczki. Gdziekolwiek pójdziesz, my podążymy za tobą. Oddaj, coś zabrał.
Tamten nie znalazł w sobie odwagi, by się odwrócić w stronę prześladowców, ale przycisnął swój pakunek do piersi jeszcze mocniej.
- Nie możesz go dostać. Wybrał mnie. Jest mój - odpowiedział, ze wszystkich sił starając się brzmieć pewnie.
Coś stanęło w progu, coś ciemniejszego niż cienie. Czułem obecność tej istoty, jakby nagle noc zaległa na mojej piersi ogromnym ciężarem. Miałem wrażenie, że nieznana mi potęga, coś ogromnego i absolutnie nieludzkiego znalazło sposób, by wkroczyć w wymiar ludzkiego świata. Miejsce tej istoty z pewnością nie było tutaj, ale przybyła, bo mogła to uczynić. Dziwny głos przemówił ponownie.
- Oddaj go nam. Oddaj go nam teraz. Albo wyrwiemy ci duszę z ciała i ciśniemy w Otchłań, gdzie będzie płonąć w ogniach Piekła przez wieczność.
Męka niepewności wykrzywiła rysy mężczyzny w czerni. Spomiędzy grubych szwów wypłynęły łzy i potoczyły się po trzęsących się policzkach. I wreszcie skinął głową. Wydawał się zbyt zmęczony, by biec dalej, i zbyt przerażony, by nawet pomyśleć o walce. Nie dziwiłem mu się. Choć stałem ukryty w głębokim cieniu, niewidoczny, to słysząc ów nieludzki, bezlitosny głos, mało się nie posrałem ze strachu. Mężczyzna w czerni zaczął powoli rozwijać materię, która ukrywała jego zdobycz. Wolnymi, uważnymi ruchami wydobył z niej przepiękny srebrny kielich wysadzany szlachetnymi kamieniami. Naczynie lśniło w mdłym świetle niczym okruch samych niebios, który spadł na Ziemię.
- Bierzcie - powiedział gorzko, przez łzy. - Zabierzcie Graala! Tylko... nie krzywdźcie mnie więcej. Błagam.
Zapadła cisza, jak gdyby cały świat przysłuchiwał się w napięciu. Ręce człowieka w czerni zaczęły dygotać tak bardzo, że obawiałem się, iż upuści naczynie. Głos utkany z wielu szeptów przemówił raz jeszcze, ciężki i niewzruszony niczym los.
- To nie jest Graal.
Ogromny cień rzucił się nawą ku ołtarzowi i pochłonął mężczyznę w czerni, zanim ten zdołał choćby krzyknąć. Przycisnąłem plecy do kamiennej ściany, modląc się, by cienie mnie pochłaniające były mi schronieniem. Potworny ryk wstrząsnął budowlą, jakby wszystkie lwy świata zdecydowały się odezwać chórem. I cień wycofał się, powoli sunął ku wyjściu, sprawiał przy tym wrażenie... sytego. Po chwili zniknął na zewnątrz. Nie czułem już ciężaru jego obecności. Ostrożnie zrobiłem krok naprzód i przyjrzałem się figurze przy ołtarzu. Lśniący biały posąg wciąż był odziany w zniszczony garnitur, a białe dłonie nadal trzymały wzgardzony kielich. Biała twarz zastygła w wiecznym krzyku przerażenia.
Zebrałem swoje świece, sprawdziłem, czy nie zostawiłem innych śladów swojej obecności, i opuściłem przybytek Świętego Judy. Ruszyłem do domu spacerem, wybierając drogę przez ładniejsze okolice. Graal... Jeśli Święty Graal trafił do Nightside albo jeśli tylko zainteresowane strony uznały, że trafił, wszyscy siedzieliśmy po uszy w gównie. Istoty, które staną do walki o Graala, dadzą solidny wycisk nawet największym tutejszym rekinom. Człowiek mądry rozważyłby wszelkie możliwe skutki takiego obrotu zdarzeń i zrobił sobie wakacje. I nie wracał, póki pył bitewny całkiem nie opadnie, a gruzowiska nie przestaną się osuwać.
Ale jeśli Graal naprawdę gdzieś tu jest... Jestem przecież John Taylor. Znajduję rzeczy.
Musi być jakiś sposób, żebym mógł zarobić na tym piekielnie dużo forsy.
Być może dosłownie.