1. ZWŁOKI
Wrzesień, 1773.
Dzień Św. Jamarego, przed wieczorem.
- Trupy, wielmożny panie! - wrzasnął pocztylion. - Trupy przed nami!
Gościniec wiódł dnem jaru. Zachodnie słońce migotało przez rzadkie korony buków. Za oknami, na żółtym tle piaszczystych ścian, liście opadały z góry jak deszcz. W purpurowej zadymce dyszlowe konie szarpały się, ledwie nie wywróciły dyliżansu unieruchomionego w głębokich koleinach. Jeden z pocztylionów uwiesił się przy ich spienionych pyskach, drugi pobiegł sprawdzić przyczynę paniki.
Porucznik Zass wychylił się z okna, przytrzymując dłonią wielką kędzierzawą perukę. W powietrzu wisiał zbutwiały zapach jesieni - wilgoci, grzybów, liści gnijących w wieczornym chłodzie.
- Jakie tam znowu trupy?
- Nieżywe, panie! Martwe jak kołek w płocie!
Młody Bredt, siedzący naprzeciw Zassa, przez całą drogę był zaprzątnięty wąchaniem uperfumowanej chusteczki. Zachichotał w nią teraz kpiąco.
- Nie warto go pytać - wyjaśnił. - Zajmuje w hierarchii myślących stworzeń takie samo miejsce jak na koźle. Pomiędzy nami a końmi zaprzęgowymi.
Przeprosili damy, wysiedli. Każda okazja była dobra, żeby rozprostować kości, wytrzęsione w źle resorowanym pudle. Konie wierzgały, strzygły uszami, parskały pianą. Trudno było przejść obok nich w wąskim tunelu jaru.
Kupiec Malada, który wyskoczył śladem obu towarzyszy podróży, utknął tłustym ciałem w przejściu pomiędzy dyliżansem a ścianą wądołu. Jego obwisłe policzki spotniały od strachu. Śliczna Zefka, kuzynka Bredta, wyglądała przez okno po przeciwnej stronie powozu. Tam było szerzej i lepiej się widziało.
- Tylko nie zasłaniajcie mi umyślnie, messieurs! - ostrzegła trzpiotowato. - Ja już niczego się nie boję, trupa też! Byle nie miał złych zamiarów!
Jej ciotka modliła się nie wyściubiając nosa na zewnątrz.
- Lepiej nie kusić licha, panno Zefko! - poradził Malada.
Mówiąc, nie patrzył w głąb otwartego pudła dyliżansu. Wychylona przez okno panna od tej strony wyglądała zbyt frywolnie jak na przyzwyczajenia sukiennego kupca.
Zass i Bredt zatrzymali się w głębi jaru obok pocztyliona. Bredta, zawiniętego przed chłodem w poły pikowanego kaftana, mało co ciekawiło. Porucznik przeciwnie - pochylił się skupiony ku ziemi, przytrzymując na głowie rudą perukę.
- Na psa urok, panie! - splunął przez ramię pocztylion.
Zwłoki kryła warstwa świeżo opadłych liści. Bzyczało nad nimi bez animuszu parę ospałych jesiennych much. Gdyby nie zachowanie koni, można by przeoczyć trupy, póki nie dostałyby się pod koło. Jedno z ciał leżało na uboczu piaszczystego gościńca, dwa mniejsze wtłoczono w oploty suchych korzeni sterczących ze ścian jaru. Dorosła kobieta i dwójka dzieci, nadzy od pasa w górę.
Wędrowali prawdopodobnie z jarmarku w Motowidle. Dziewczynka zaciskała w garści niedojedzonego precelka, a obok kobiety, matki tych dzieci lub opiekunki, upadł w piach węzełek.
Zass wskazał palcem Bredtowi trzy rozsypane miedziaki.
- Rozrzutne jak na rabunek, mości panie. Czyżby zwierzęta?
Ale nie wypatrzył ran od kłów i pazurów, gdy pocztylion zgarnął liście ze zwłok. W ustach jasnowłosego chłopczyka zakrzepła kropla czerwonej śliny.
- A nuż trujące opary? - krzyknął z tyłu Malada, przysłuchujący się rozmowie. - Z oparzelisk. Gromadzą się na dnie rozpadlin, wiadomo. Nie lepiej zawrócić?
- A gdzie tu oparzelisko? - zachichotał w perfumowaną chusteczkę Bredt.
Zass wyprostował się i klasnął w dłonie.
- Okręć ich na brzuchy! - nakazał pocztylionowi tonem oficera nawykłego do komenderowania.
Przy poruszeniu musiał uwolnić się ze zwłok niewyczuwalny jeszcze dla ludzi zapach śmierci, bo konie znów stanęły dęba. Zagapionego Malady pudło dyliżansu omal nie przygniotło do ściany jaru.
Za plecami pocztyliona Bredt rozkaszlał się w chusteczkę, jakby jego wydelikacony organizm także wyczuł coś przykrego. A Zass, doświadczony wojak, weteran dwóch krwawych kampanii w Bari, cofnął się odruchowo o krok.
Widok był w samej rzeczy paskudny.
Plecy zabitych obdarto ze skóry. Do obnażonych mięśni kleiły się liście, ziarenka piasku, w makabrycznym krajobrazie skrzepów mrowiło się robactwo.
- Tam do licha! - odezwał się z wahaniem Zass. - Co to za diabelstwo?
Konie chrapały ze strachu jak oszalałe. Niebo na zachodzie powlekło się chmurami, jakby zza niewidocznego horyzontu szła ciemność większa niż noc.