Istny cyrk - Lidia Miś
49.90 zł
43.71 zł
(49,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
1
Mila
Wiszenie głową w dół z okna wysokiego parteru ma swoje zalety. Na przykład takie, że do ziemi brakowało niecałych trzech metrów - w razie błędu w obliczeniach ucierpiałaby wyłącznie moja duma, a nie kręgosłup. Poza tym nagły napływ krwi do mózgu zaskakująco dobrze stymuluje myślenie, którego zabrakło mi kilkanaście minut wcześniej.
Czterej napastnicy z mojej szkoły, którzy trzymali mnie za kostki, byli przekonani, że fundują mi życiową traumę. Patrzyli z góry, sapiąc z wysiłku, zadowoleni z przewagi liczebnej. Żyli w ograniczonym świecie, w którym liczyła się tylko siła. Nie wiedzieli, że dla kogoś z rodziny o cyrkowym fachu takie położenie to zaledwie rozgrzewka. Wymyki, praca na drążkach i kontrolowanie środka ciężkości były dla mnie naturalne, odkąd skończyłam cztery lata. Gdyby puścili mnie teraz, ciało wykonałoby ciasne salto, a ja wylądowałabym na nogach z gracją, która wpędziłaby ich w kompleksy.
- I co się szczerzysz? - warknął ten, który tu dowodził. Chwyt miał mocny, palce wbijały mi się w skórę nad butem. - Zaraz sprawdzimy, czy twój uśmieszek wytrzyma zderzenie z podłożem.
- Ej, szkoda czasu, niech leci - rzucił drugi, rozglądając się po dziedzińcu. - Wytrzepiemy z niej resztę kasy na dole, zanim ktoś nadejdzie.
- Czekaj, niech no tylko piśnie - burknął trzeci, próbując brzmieć złowrogo. - Gwiazda zaraz spadnie z nieba.
Jak znalazłam się w tak malowniczym położeniu? Klasyczny błąd nowicjusza - nadmiar pewności siebie i brak instynktu samozachowawczego. Weszłam między nich bez planu awaryjnego, licząc, że zimna krew wystarczy, by rozładować sytuację. W efekcie właśnie dyndałam w chłodnym powietrzu.
Nagle na pustym dziedzińcu pojawił się Mati. Szedł wolno, niosąc torbę wyładowaną jabłkami z sadu ojca. Gdy dostrzegł moją sylwetkę, zatrzymał się. Widziałam z tej perspektywy, jak jego ciało sztywnieje, a rysy twarzy zastygają.
- Zostawcie ją! - wrzasnął i rzucił się w stronę wejścia do budynku. Chciał brzmieć groźnie, ale głos załamał mu się na pierwszym słowie i bas przeszedł w piskliwy falset.
Ironia losu polegała na tym, że gdyby zbiry go posłuchały, grawitacja ściągnęłaby mnie na dół. Analiza taktyczna Matiego nie była zbyt dobrze rozwinięta. Chłopak pędził przed siebie, na przemian rycząc jak wściekły niedźwiedź i wydając dźwięki przypominające gwiżdżący, przegrzany czajnik.
- Patrzcie na nią... ona się śmieje - zauważył czwarty. Spojrzał na moją twarz z niesmakiem. - Jest nienormalna.
Wtedy torba Matiego pękła, a twarde jabłka z głuchym stukotem poturlały się po bruku, jednak on nawet na nie nie spojrzał. Wpadł przez drzwi jak taran. Chwilę później z oddali dobiegł mnie dźwięczny łomot docierający z klasy, po którym nastąpił krótki, urwany krzyk zaskoczenia.
Chwyt wokół kostek zelżał. Słysząc hałas, napastnicy wpadli w panikę. Puścili moje nogi i odskoczyli, by stawić czoła nowemu przeciwnikowi.
Wykorzystałam ten moment. Pozwoliłam, by ciało wykonało obrót, i ugięciem kolan zamortyzowałam lądowanie. Stanęłam na wilgotnej trawie. Dmuchnęłam w grzywkę, by zeszła mi z oczu, i podwinęłam rękawy bluzy.
"Wariatka", "nienormalna" - słyszałam te szepty na szkolnych korytarzach od czasów podstawówki. Ludzie od zawsze bali się tego, czego nie potrafili przewidzieć ani zamknąć w schematach. A ja po prostu, dzięki lekcjom dziadka i ojca, bardzo wcześnie zapomniałam, czym jest strach.
Mati
Profil biologiczno-chemiczny, klasa pierwsza. Tyle faktów z mojej szkolnej metryki. W praktyce właśnie spóźniałem się na informatykę, ponieważ poranne zbiory owoców okazały się ważniejsze niż dzwonek. Nasza rodzina zarządzała kilkudziesięcioma hektarami ziemi na przedmieściach Starego Sącza. Sad założył jeszcze mój dziadek, Jan, a praca przy cięciu drzew i dźwiganiu skrzyń dała mi sporo krzepy. Jednak w zderzeniu ze szkolną dżunglą mięśnie na niewiele się zdawały.
Gdy wszedłem na szkolny dziedziniec, powietrze uwięzło mi w płucach. Z okna na parterze zwisała sylwetka. Głową w dół.
Mila.
Wyglądała, jakby ktoś zaraz miał nią rzucić o ziemię, a ona... się śmiała. Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. Ta dziewczyna miała wyjątkowy talent do skracania mi życia. Może dlatego tak reagowałem, bo mieszkaliśmy płot w płot, a do jej ogrodu prowadziła tylko furtka i wydreptana przez nas ścieżka. A może powód tkwił głębiej, w nocy, gdy nasze matki - Zola i Zyta - rodziły na tej samej sali, oddzielone jedynie płóciennym parawanem. Skurcze złapały je równocześnie, ojcowie gnali przez miasto jak szaleńcy, a my przyszliśmy na świat w odstępie zaledwie kilku minut. Ja urodziłem się dwudziestego ósmego lutego o 23.58, a Mila cztery minuty później dwudziestego dziewiątego lutego. Trafił się rok przestępny, więc jej urodziny wypadały raz na cztery lata. Coś takiego mogło przytrafić się tylko jej.
Od zawsze uważałem, że muszę być tym odpowiedzialnym i twardo stąpającym po ziemi. Różnica czterech minut zobowiązywała. Mila kochała ryzyko, ale często zapominała o prawach fizyki.
W efekcie moja codzienność kręciła się wokół jej brawury. Oczyszczałem jej otarcia, bandażowałem rozbite kolana i opatrywałem rany, których pochodzenia nawet nie próbowała mi tłumaczyć. Bywały dni, kiedy - gdy z błyskiem uporu w oczach i łzami wściekłości udawała, że nic się nie stało - po prostu brałem ją na barki i zanosiłem do domu. Byłem jej prywatnym sanitariuszem - kimś, kto zawsze czuwał w cieniu z apteczką w dłoni, gotowy naprawiać skutki jej kolejnych zderzeń z grawitacją.
Ruszyłem sprintem, odcinając logiczne myślenie. Czułem, jak adrenalina rozlewa mi się po żyłach, uderzając w skronie. Świat stracił ostrość - zredukował się do jednego punktu w oknie parteru. Nawet nie zarejestrowałem momentu, w którym torba pękła i jabłka rozsypały się po schodach. Liczył się czas. Wpadłem przez drzwi wejściowe budynku i nie zwalniając, pokonałem hol. Klatka piersiowa mi płonęła, a tętno gnało, gdy wbiegłem na korytarz, a potem do sali lekcyjnej. Musiałem działać, zanim strach zdążyłby sparaliżować moje ruchy.
To, co zobaczyłem, ścięło mnie z nóg, uderzając we mnie mocniej niż jakikolwiek fizyczny cios.
W sali było kilkunastu uczniów, którzy zdążyli wejść przed pierwszym dzwonkiem, ale nikt nie ruszył się, żeby jej pomóc. Kątem oka dostrzegłem Marcina - siedział zesztywniały, blady, zaciskając dłonie na krawędzi blatu. Dwie ławki dalej Żaneta i Magda tkwiły wciśnięte w krzesła, z oczami wbitymi w podłogę, jakby nagle odkryły tam coś fascynującego. Bartek udawał, że szuka czegoś na dnie swojego plecaka, byle tylko nie patrzeć w stronę okna. Rozumiałem ten mechanizm. W szkolnej społeczności otwarty sprzeciw wobec tych kolesi oznaczał wyrok. Tak powstają gangi, a potem mafie.
A przy oknie stało czterech napastników. Rozparci na nogach, czerpali satysfakcję ze swojej bezkarności. Trzymali Milę za kostki, drwiąc i rzucając teksty, od których skręcało mnie w żołądku.
Mój mózg skapitulował. Dopadła mnie furia. Nie potrafiłem wymyślić żadnego mądrego sposobu, jak przerwać ten koszmar - rozwiązanie siłowe wydało mi się jedynym wyjściem. Chwyciłem najbliższe krzesło, uniosłem je nad głowę i cisnąłem przed siebie, celując prosto w kolesia z blizną na brwi.
Dopiero gdy mebel opuścił moje dłonie, dotarło do mnie, co zrobiłem. Czy odpowiadając przemocą na przemoc, zachowałem się tak samo jak oni?
Nie było jednak czasu na rozliczenia. Moja decyzja miała sporą wadę. Typy zareagowały natychmiast. Słysząc mój krzyk, odskoczyli, żeby uniknąć uderzenia.
I w tym samym momencie puścili nogi Mili.
Krzesło łupnęło o framugę, a potem wyleciało za okno i po chwili wbiło się w trawę pod drzewem. Dzwonek obwieścił początek lekcji, a jednocześnie w sali rozległ się pisk dziewcząt. Po nim zapadła cisza. Żaneta z Magdą zerwały się z miejsc i dopadły do okna, wychylając się na zewnątrz, żeby sprawdzić, co stało się z Milą.
Wszystko we mnie zamarło. Przez klatkę piersiową przetoczył się strach, ale nie o siebie.
Mila.
Przecież oni ją puścili. Spadła z kilku metrów. Czy żyje? Czy nic sobie nie złamała? Niepewność odebrała mi oddech.
Nagle dotarła do mnie rzeczywistość. Czterej trzecioklasiści powoli obrócili się w moją stronę. Ich wzrok nie pozostawiał złudzeń - właśnie podpisałem na siebie wyrok. Wiedziałem, że najrozsądniej byłoby czekać na nauczyciela, którego obecność rozwiąże problem. Nie miałem jednak czasu. Musiałem dowiedzieć się, co z Milą.
Wycofałem się ku drzwiom.
Ten z blizną zacisnął pięści, aż chrupnęły mu kostki. Ruszył na mnie, a reszta za nim.
Mila
- Żyję! - krzyknęłam w stronę okna, by uspokoić Matiego. - Ale następnym razem zamiast rzucać we mnie meblami, mógłbyś podejść i mnie złapać!
Słowa uciekły mi z ust, zanim pomyślałam. Przecież to Mati. Kumpel, sąsiad zza płotu, któremu od dziecka podkradałam czereśnie i z którym dzieliłam tajemnice.
Gdy zobaczyłam, jak wypada przez drzwi frontowe i biegnie w moją stronę, poczułam ulgę. Uśmiechnęłam się. Był cały. Ten wariat zaryzykował starcie ze starszym rocznikiem, by mnie ratować, a widok jego potarganych włosów i zszokowanej miny przyniósł mi nagłe rozbawienie. Sytuacja wydawała się tak niedorzeczna, że ledwo powstrzymałam śmiech.
- Następnym razem nie prowokuj przygłupów! - wysapał, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Słusznie, bo z budynku z wrzaskiem wybiegła już czwórka napastników, żądna odwetu.
- Czyli to jest twoja strategia? - docinałam mu, gdy gnaliśmy wzdłuż ogrodzenia. - Uciekamy?
Podkręciłam tempo, wysuwając się na prowadzenie. Jeśli chodzi o dynamikę i zwrotność, Mati ze swoją masą i szerokimi ramionami nie miał ze mną szans.
- To lepsze niż łomot na oczach całej klasy! - odkrzyknął, łapiąc oddech.
- Ale sprowadziłeś ich z powrotem prosto na mnie! - zauważyłam.
- To patrz teraz!
Mati skręcił i wpadliśmy na szkolną bieżnię. Pan Borecki, nasz wuefista, biegał właśnie z gwizdkiem wokół uczniów z mat-fizu. Wykorzystując zamęt na torze, wtopiliśmy się w tłum z drugiej "e". Pech chciał, że to była grupa samych chłopaków. Jako jedyna dziewczyna w bluzie oversize i z rozwichrzonymi włosami, świeciłam pośród nich niczym neon.
Napastnicy zwolnili na widok Boreckiego. Zawrócili, udając, że tylko spacerują, lecz ten z blizną skierował dwa palce najpierw na swoje oczy, a potem na nas. Chwilę później pospiesznie się wycofali i odeszli.
Zrobiliśmy z klasą okrążenie. Gdy mijaliśmy nauczyciela, uniósł gwizdek, ale zrezygnował z interwencji. Czwórka trzecioklasistów w pobliżu bieżni była dowodem na to, że bierzemy udział w zupełnie innej rozgrzewce. Dopiero po drugiej stronie boiska, w cieniu betonowych trybun, Mati zwolnił.
Usiadł okrakiem na drewnianej ławce. Na jego twarzy malowało się przejęcie. Zanim zdążyłam złapać oddech, zbliżył się, ujął mój podbródek i zmusił, bym na niego spojrzała. Marszczył brwi.
Jego dotyk był ostrożny, jakby miał do czynienia z odbezpieczonym granatem. Zaczął uważnie badać moją twarz; przesunął kciukiem wzdłuż żuchwy, sprawdzając, czy skóra nie jest rozcięta, po czym uniósł moje ręce i obejrzał nadgarstki. Szukał stłuczeń.
- Nic ci nie jest? - zapytał, a jego głęboki głos, wciąż lekko zachrypnięty po biegu, brzmiał cicho i miękko. - Dobrze wylądowałaś? Głowa, kręgosłup, wszystko całe?
Nie odrywał ode mnie wzroku, a ja poczułam, że traktuje mnie śmiertelnie poważnie.
Odepchnęłam jego rękę.
- Nic. Przecież mówię.
- O co chodziło, Mila?
- O nic. Szukali zaczepki. - Wzruszyłam ramionami, próbując zakończyć temat.
- Co za patologia - warknął, rozglądając się nerwowo. - Żeby dziewczynę... za nogi... przez okno? Pogięło ich?
Do szkoły wchodziłam bez pośpiechu, odcięta od świata przez pulsujący rytm Physical Duy Lipy rozbrzmiewający w słuchawkach. Przy szafkach w szatni nadziałam się na oprycha numer jeden. Trącił mnie ramieniem - celowo, bezczelnie. Zignorowałam to. Spokojnie zmieniłam buty na trampki, choć widziałam, że sytuacja staje się napięta.
I wtedy osaczyli chłopaka z humana. Znałam go z podstawówki - był cichy, nikomu nie wadził. Szarpnęli go za plecak, zapędzili w kąt i zaczęli wyciągać pieniądze. Rozejrzałam się. Inni uczniowie uciekali na korytarz. Ta bierność wyprowadziła mnie z równowagi. Nie znoszę, kiedy ktoś załatwia sprawy siłą.
Zdjęłam słuchawki, wrzuciłam je do szafki i pewnym krokiem podeszłam do grupy.
- Zostawcie go - powiedziałam, stając między chłopakiem a napastnikami.
Ten z blizną, wciąż rozjuszony moim wcześniejszym brakiem reakcji, zmierzył mnie wzrokiem. Zrobił krok w moją stronę, odcinając mi drogę, i położył dłoń na moim ramieniu. Zacisnął palce na bluzie.
- Popatrzcie, młoda ma coś do powiedzenia - warknął z kpiną w głosie. - Słyszeliśmy, że twoja rodzinka ma kasę. Może podzielisz się z nami, żebyś miała spokojny semestr? A ten mały i tak zaraz zapłaci.
Jego trzej kumple zarechotali, zacieśniając wokół mnie krąg. Poczułam jeszcze większą irytację.
- Weź tę rękę - powtórzyłam, patrząc mu prosto w oczy.
- Bo co?
- Bo zaraz nauczę cię fizyki.
Chłopak parsknął śmiechem i pchnął mnie w stronę ściany, pewny przewagi.
- Bo co mi zrobisz?
Wtedy nastąpiła improwizacja. Wykorzystałam zasadę, którą mama powtarzała mi na treningach: nie walcz z masą przeciwnika, użyj jej przeciwko niemu. Gdy poczułam napór, zrobiłam unik, zanurkowałam pod jego ramieniem, przenosząc środek ciężkości. Stracił równowagę, potknął się o moją wystawioną nogę i upadł na posadzkę z jękiem.
Zanim pozostali zareagowali, odbiłam się od ławki, oparłam dłonią o szafkę i przeskoczyłam ponad meblem. Znalazłam się po drugiej stronie, lecz we wnęce, gdzie natychmiast wpadło trzech napastników. Wszystko szło gładko, dopóki błędnie nie oceniłam odległości. Przez ten tłok nie zdążyłam się schylić i uderzyłam jednego głową w brzuch. Zwinął się ze zduszonym sykiem. Niestety, za taki manewr płaci się cenę. Pozostała dwójka, zamiast odpuścić, ruszyła do ataku. Uznałam, że muszę uciekać, zrobiłam unik i popędziłam do sali informatycznej. Liczyłam, że obecność nauczyciela ostudzi ich zapał, jednak jeszcze go nie było. Chwilę później wisiałam już za oknem.
Spojrzałam na siedzącego naprzeciwko Matiego, czując, jak uchodzi ze mnie napięcie. W jego oczach malowała się troska.
- Wszystko w porządku - zapewniłam go cicho, choć na wspomnienie tego zdarzenia wciąż przechodziły mnie ciarki.
Mati nie skomentował sytuacji złośliwością ani kazaniem o braku instynktu samozachowawczego. Zamiast tego jego wzrok złagodniał. Przesunął dłoń po moim ramieniu, ściskając je krótko. Poczułam wdzięczność, że mam obok siebie kogoś, kto potrafi rzucić dla mnie krzesłem i uciekać, nie zadając zbędnych pytań. Siedzieliśmy na ławce, słuchając dalekiego gwizdka wuefisty.
Mati
Wróciliśmy na drugą lekcję informatyki. Spóźnienie uszło nam na sucho. Reszta klasy zdążyła tak ubarwić opowieść o zajściu, że pan Wańkowicz bez oporów usprawiedliwił nieobecność.
Gdy na przerwie słuchałem szeptów, złapałem się na jednej myśli. W sali przebywało kilkanaście osób, każdy miał telefon, a nikomu nie przyszło do głowy, by nagrać bójkę i pójść do dyrektora. Gdyby ktoś zabezpieczył dowód, sprawa zyskałaby bieg. Miałem świadomość, że poniósłbym konsekwencje za rzucone krzesło, ale przynajmniej tamta czwórka nie czułaby się bezkarnie. Koledzy kreowali mnie na bohatera, klepiąc po ramieniu, podczas gdy sprawa rozmyła się w ogólnym milczeniu.
Zaraz potem zaczęła się godzina wychowawcza i wybory przewodniczącego. Mila siedziała po lewej stronie przy oknie, kilka ławek przede mną. Wrześniowe słońce oświetlało jej długie, kasztanoworude włosy, spływające na ramiona lekką falą. W pewnym momencie odwróciła się i zmierzyła mnie zielonym spojrzeniem. Spokojnie żuła gumę. Cała ona - przed chwilą wisiała głową w dół, a teraz zachowywała się, jakby siedziała na nudnej lekcji. Wrzuciła kartkę do koszyka, który trzymał Eryk, po czym nadmuchała balon. Gdy pękł, zmarszczyła czoło i poruszając wargami, rzuciła bezgłośnie:
- Miałeś jabłka.
Miałem. Tyle że większość leżała przed szkołą albo zebrali je z ziemi głodni maturzyści. Oczami wyobraźni widziałem, jak pakują moje zapasy do kieszeni.
W plecaku wciąż jednak kryło się jedno. To wyjątkowe, rosnące w sadzie specjalnie dla niej.
Tylko wzruszyłem ramionami, robiąc przepraszającą minę. Dzisiaj znowu zabraknie mi odwagi i jej go nie dam. Dokładnie tak samo jak wczoraj. I przedwczoraj. Dlaczego tak mnie to paraliżowało? Przecież to tylko owoc, a czułem się, jakbym miał wyskoczyć z pierścionkiem zaręczynowym. To nie miało sensu.
- Milena Orłowska! - Słowa nauczyciela wyrwały mnie z zamyślenia.
Pan Radosław Rymanowicz, nasz chemik i wychowawca, podniósł głowę znad zliczonych głosów.
- Tak? - Mila od razu się wyprostowała.
- Gratuluję. Przyjmujesz funkcję przewodniczącej klasy?
- Ja? - zdziwiła się, rozglądając się po rówieśnikach.
Nie rozumiałem, dlaczego tak ją to zszokowało. Miała wrodzoną potrzebę reagowania na każdą sytuację, która wydawała jej się niesprawiedliwa. Niezależnie od tego, czy reguły naruszała grupa z trzeciej klasy, czy nauczyciel - zawsze stawała po stronie słabszych. Podczas gdy większość z nas w krytycznych momentach odruchowo wbijała wzrok w podłogę, licząc, że problem sam zniknie, ona bez wahania szła na zderzenie czołowe. Ta bezkompromisowość dawała jej siłę, nawet jeśli ostatecznie to ona ponosiła największe koszty. Klasa dostrzegła w niej determinację, której im samym brakowało.
Był ósmy września, piątek, a oni już po pierwszym tygodniu nauki zdążyli wyciągnąć wnioski. Zrozumieli, że na czele potrzebują kogoś, kto nie wycofuje się pod presją.
A ja nie potrafiłem oderwać od niej wzroku.
Gdy rozbrzmiał dzwonek, Natalia stanęła przy mojej ławce, odcinając mnie od reszty klasy. W tej sali miała być zaraz chemia z wychowawcą, więc nie musieliśmy wychodzić.
- Co za widowisko z tym krzesłem! - zawołała głośno, wywołując u mnie zakłopotanie. - Nie podejrzewałam, że masz taki temperament.
Karolina, siedząca przede mną, odwróciła się i spojrzała na mnie uważnie.
- Ty i Mila... coś was łączy? - wypaliła. - Patrzę na was i to mi wygląda na skomplikowaną historię.
Baśka, słysząc rozmowę, przesunęła krzesło w moją stronę. Tymczasem Oskar, mój kumpel z ławki, z westchnieniem pokręcił głową i mruknął:
- Dobra, uciekam. - Zabrał z blatu telefon i wyszedł na korytarz, zostawiając mnie z dziewczynami.
- Dajcie spokój, wy nic nie wiecie? - W rozmowę wtrąciła się Dora. Chodziła ze mną i Milą do podstawówki, więc dysponowała wiedzą. - Oni są nierozłączni od małego. Jak... no, wiecie.
Poczułem, jak skóra mi cierpnie na plecach. Uszy na pewno mi płonęły.
- Jak rodzeństwo - wysapałem, desperacko próbując uciąć plotki. Głos załamał mi się na ostatniej sylabie. Odchrząknąłem, by ratować sytuację.
Dora pokręciła głową, nie kupując tej wersji. Przeniosła wzrok na Milę, która na drugim końcu sali stała oparta o biurko nauczyciela i rozmawiała z przedstawicielami samorządu.
- W podstawówce może i tak to wyglądało - podsumowała Dora, zniżając głos. - Ale teraz? Przykro mi, Mati, ale wyglądacie raczej jak stare, dobre małżeństwo, które nie potrzebuje słów, żeby się porozumieć.
Odruchowo zerwałem się z miejsca, ogarnięty potrzebą ucieczki. Zapomniałem o plecaku rzuconym pod ławkę. Zaplątałem się stopą w szelki, szarpnąłem zbyt mocno i straciłem równowagę.
Gdy odzyskałem pion, z bocznej kieszeni wypadło czerwone jabłko.
Owoc zamiast zatrzymać się pod moją ławką, potoczył się przez sam środek sali. Przemierzył długą trasę pomiędzy nogami krzeseł, przykuwając uwagę zebranych. Wszyscy umilkli. Odprowadzali go wzrokiem, aż wyhamował z głuchym puknięciem tuż przy bucie Marleny.
Poczułem na sobie spojrzenia. Nadmuchany przez Milę balon z gumy pękł. Dziewczyna patrzyła w ciszy, jak Marlena podnosi owoc.
Na jaskrawej skórce widniał jasny napis: "MILA ?" - ślad po naklejce, która osłoniła owoc przed słońcem, gdy dojrzewał.
Pragnąłem jednego: zniknąć. Zapaść się pod ziemię, zostawiając po sobie tylko chmurę dymu, jak w cyrkowej sztuce.
Jednak wciąż tam stałem, wystawiony na widok klasy, podczas gdy Mila odbierała owoc od Marleny. Czułem się, jakby moje serce było przekładane z rąk do rąk. Jej spojrzenie przeniosło się na mnie, a w kącikach ust błądził uśmiech. Znowu znalazłem się w centrum uwagi i to z tak absurdalnego powodu.
Mila
Dziewczyny osaczyły Matiego, tworząc wokół jego ławki kordon. Obserwowałam to z drugiego końca sali, zastanawiając się, czego od niego chcą. Podobał im się? Miał w sobie coś, co mogło budzić zainteresowanie. Gęste, ciemne włosy żyły własnym życiem, opadając mu na czoło w nieładzie, ale oczy - wyjątkowo jasne, niebieskie i przenikliwe - skupiały uwagę. Były jak sejsmograf: rejestrowały zagrożenie, przechodząc w stan czujności, choć w mojej obecności łagodniały. Praca w sadzie obdarzyła go szerokimi barkami i solidną postawą, którą trudno wypracować nawet na siłowni. Pod tą powierzchownością krył się chłopak tak lojalny, że był zdolny rzucać meblami w obronie uciśnionych.
Gdy przedstawiciele samorządu zasłonili mi kadr, skupiłam się na Eryku i Marlenie.
- Tak, rozumiem. Otrzęsiny, dwudziestego dziewiątego września. Klub Labirynt w szkolnych podziemiach - powtórzyłam.
Nagle naszą rozmowę przerwał jakiś hałas. Odwróciłam głowę. Mati, spanikowany i szukający drogi ucieczki przed dziewczynami, zerwał się z krzesła i stracił równowagę. Chcąc zrobić krok, pociągnął za sobą szelkę plecaka, jakby wpadł w sidła. Przechylił się niebezpiecznie i tylko dzięki stojącej obok ławce uniknął upadku. Z plecaka coś wypadło i potoczyło się po posadzce. Duże, krwistoczerwone jabłko. A więc jednak miał je przy sobie.
Marlena odruchowo schyliła się po zgubę. Nim zdążyła się wyprostować, odebrałam owoc z jej rąk i bezwiednie podrzuciłam go w górę. Zadziałał wypracowany nawyk - efekt żonglerki, którą dziadek Zigi i ojciec wpoili mi jeszcze przed podstawówką. Na widok napisu zamarłam.
Przed oczami, z uderzającą ostrością, stanął mi sad Matiego z końcówki lipca. Powietrze było gęste od upału. Włóczyłam się między rzędami drzew, robiąc gwiazdy na przemian z rundakami na trawie. Kiedy w końcu stanęłam na nogi, mój wzrok utkwił w owocu. Jabłko było jeszcze twarde, a na jego skórce widniała ciemna naklejka wycięta w kształt mojego imienia zwieńczonego serduszkiem. Zaintrygowana przesunęłam liście i spojrzałam na owoc obok, a potem na kolejny. Każdy egzemplarz na tym drzewie nosił tę samą matową folię. Zastanawiałam się wtedy, czy to pracochłonny żart, czy może Mati przygotował dla mnie wyznanie, którego nie miał odwagi ubrać w słowa.
Szybko jednak odsunęłam tę myśl. Byliśmy przyjaciółmi od zawsze i to nie mogło znaczyć nic więcej. Mati miał sad, a ja uwielbiam jabłka - z życzliwości zadedykował mi to drzewo. Nie potrzeba było doszukiwać się znaczenia. Uśmiechnęłam się i poszłam dalej.
Wróciłam do rzeczywistości. Twarz Matiego była czerwona, a w jego oczach malowała się panika. Zrozumiałam, że jeśli nie przejmę inicjatywy i nie rozbiję tego paraliżu, sytuacja go zmiażdży.
W głowie przywołałam słowa taty z naszych rozmów przy kolacji: "Mila, gdy chcesz odwrócić czyjąś uwagę, nie walcz z jego wzrokiem. Zamiast tego przejmij kontrolę nad tym, co widzi. Jeśli spojrzenie skupia się na podrzucanej przez ciebie srebrnej monecie, to tylko dlatego, że sama wyznaczyłaś cel". Technika misdirection - psychologicznego odwrócenia uwagi - była najstarszą bronią w naszym rodzinnym arsenale. Umysły w naszej klasie działały tak samo jak na widowni: wystarczyło dać im silny bodziec, by porzucili to, co istotne. Mati potrzebował niewidzialności, ja zaś musiałam przyciągnąć wzrok, by oślepić salę.
- To należy do mnie! - rzuciłam głośno.
Odebrałam Marlenie jabłko, co natychmiast przykuło uwagę obecnych. Pozwoliłam, by owoc zsunął mi się po nadgarstku wzdłuż przedramienia, aż do linii łokcia. Podbiłam go w locie i złapałam. Przejęłam scenę.
- Widzę, że w końcu pamiętałeś, żeby mi je przynieść. Nasz eksperyment botaniczny uważam za zakończony.
Uniosłam owoc na otwartej dłoni, by jesienne słońce wpadające przez okno podbiło kontrast na skórce, i zaprezentowałam go klasie.
- Rodzina Matiego ma sad, o czym pewnie większość z was wie - zaczęłam swobodnie, wodząc wzrokiem po twarzach Karoliny, Natalii i Baśki. - W wakacje wpadłam na pomysł: nakleiłam na zielone owoce folię i słońce opaliło skórkę na czerwień, a pod naklejką został jasny ślad. Widzicie ten napis i serduszko?
Zauważyłam, jak twarz Matiego przechodzi z purpury w kredową biel. Wyglądał, jakby uszło z niego życie, ale ta historyjka zadziałała. Przejęłam kontrolę nad narracją. Dziewczyny wpatrywały się w owoc, przekonane, że to ja byłam autorką tego projektu. Odetchnęłam w duchu, że ta zasłona dymna odciągnęła od niego uwagę.
- W lipcu musicie zorganizować najazd na jego sad i zaprojektować własne egzemplarze - dodałam z uśmiechem, przekierowując ich entuzjazm na bezpieczniejszy temat.
Wbiłam zęby w chrupkie jabłko. Do moich ust napłynął słodko-kwaskowaty sok. Szampion. Moja ulubiona odmiana, którą potrafiłam rozpoznać z zamkniętymi oczami.
- To takie proste, a genialne! - rzuciła Natalia, po czym rozejrzała się zdezorientowana. - Zaraz, a gdzie się podział nasz właściciel sadu?
Spojrzałam w stronę jego ławki. Krzesło było odsunięte. Mati zniknął, wykorzystując zamieszanie. Miło było się odwdzięczyć.
Równowaga w naszej relacji została zachowana. Czas odnaleźć uciekiniera, zanim zaszyje się w jakimś kącie. Przełknęłam słodki miąższ i ruszyłam w stronę wyjścia.
Mati
Powiedziałem Mili, że idę na lekcję śpiewu i nie wrócę z nią do domu. Był piątek i rzeczywiście miałem zajęcia, ale na nie nie dotarłem. I nie chodziło o mutację, przez którą mój głos wymykał się spod kontroli, serwując mi falset. Bałem się, że Mila w drodze powrotnej natknie się na tamtych czterech cwaniaczków. Snułem się za nią w bezpiecznej odległości. Chciałem ją mieć w zasięgu wzroku na wypadek, gdyby znowu spróbowali ją zaczepić.
Choć byłem jej wdzięczny za ratunek, upokorzenie wciąż wierciło mi dziurę w brzuchu i nie chciałem, by skłoniła mnie do rozmowy. Dlaczego tak dotkliwie to przeżywałem? Przecież nie wyśmiała moich uczuć, mimo że po akcji z owocem znała je już na pewno. Moje intencje, wycięte z matowej folii, stały się jasne. Czy cierpiałem, bo nie uzyskałem odpowiedzi? Chciałem wiedzieć, czy cokolwiek do mnie czuje. A może panicznie bałem się tej wiedzy, bo mogłaby zburzyć nasz dotychczasowy świat?
Mila szła dziarskim krokiem, a jej drobna postać gubiła się w szerokich spodniach i bluzie. Długie włosy rozsypały się na kapturze, lśniąc w słońcu. Głęboka, butelkowa zieleń dresu tworzyła idealny kontrast z miedzianymi refleksami jej włosów, co przyciągało mój wzrok.
Życzyłem sobie w duchu, żeby coś poczuła. Byłem niepewny jutra. A niepewność podpowiadała, że muszę się liczyć także z odrzuceniem. Właśnie wtedy dotarło do mnie, czego boję się najbardziej: że Mila, odrzucając moje uczucia, odrzuci mnie jako przyjaciela.
Przystanąłem na środku chodnika jak sparaliżowany.
Świadomość tego, co do niej czuję, pojawiła się we mnie chyba w trzecim roku życia. Wciąż pamiętam tamto popołudnie. Biegła w moją stronę, nagle straciła równowagę i upadła. Kiedy się podniosła, na jej rozciętej wardze lśniła krew. Była umorusana, a z jej gardła wydobył się rozpaczliwy krzyk. Płakała tak głośno, że sam zacząłem ryczeć.
I wtedy, niespodziewanie, parsknęła śmiechem - tylko po to, bym przestał. Gdy jednak odzyskałem spokój, ona ponownie zalała się łzami, bo ból nie ustępował. Śmiała się i płakała na przemian, a ja stałem przed nią, bezradny. Wywołała we mnie tak skrajne stany, że się zakochałem. Mila od zawsze miała tę zdolność budzenia we mnie sprzecznych uczuć. I nic się nie zmieniło - wciąż nie potrafiłem przestać się o nią bać.
Od tamtego momentu wiem, że Mila napięcie rozładowuje śmiechem. Lęk, ból, smutek czy gniew znajdują ujście w rozbawieniu. Przeżywa emocje głęboko, lecz jej mechanizmy obronne zamykają ją w bezpiecznej bańce. Nieraz mój rękaw był wilgotny od jej łez i wymięty przez palce, podczas gdy jej ciałem wstrząsał śmiech. Doświadczyłem tego, gdy odeszła Lornetka, jej ukochana suka, którą nazywała Lori.
I to samo dostrzegłem, gdy tamte typki usiłowały wyrzucić ją przez okno. Właśnie dlatego tak się zagotowałem. Wiedziałem, że wcale jej to nie bawi. Że pod prowokacyjnym uśmiechem kryje się strach.
Nagle wzrok wyostrzył mi się na rzeczywistość. Mila skręcała między szare bloki. Zza rogu, tuż za nią, wyłoniła się ta sama czwórka napastników. Szli szybko, a ten z blizną wymachiwał rękami. Żołądek podszedł mi do gardła. Byłem gotów wrzasnąć i zerwać się do biegu, byle odgonić ich od Mili...
I wtedy zamarłem.
Zza kolejnego zakrętu wyszło czterech chłopaków w luźnych, ciemnych bluzach z kapturami. Poruszali się cicho, jak ekipa, która wie, na kogo poluje. Nim którykolwiek ze szkolnych zbirów zdołał zarejestrować ich obecność, tamci skrócili dystans. Nie było bójki ani szamotaniny. Działali szybko, z zaskoczenia. Każdy z nich zaszedł jednego trzecioklasistę od tyłu, zacisnął mu ramię wokół szyi i dłonią stłumił okrzyk. Nastolatkowie zostali bezceremonialnie wciągnięci za róg, w zaułek między blokami.
Wszystko trwało sekundy. Mila - ze słuchawkami na uszach - nawet nie zwolniła kroku, nieświadoma, że jej prześladowcy pojawili się i zniknęli. Kiedy dotarłem do zakrętu, zastałem pusty chodnik. Rozpłynęli się w powietrzu, jakby ta akcja była wytworem mojej wyobraźni.
Wokół panowała cisza, przerywana jedynie dalekim szumem przejeżdżających aut. Mój umysł, ogarnięty adrenaliną, próbował przetworzyć to, co zobaczyłem. Mózg podsunął mi racjonalne wytłumaczenie.
To nie mogło mieć związku z Milą. To statystycznie niemożliwe. To musiał być żart, zakład między starszymi rocznikami. Kumple z osiedla postanowili ich nastraszyć. Przecież tacy ludzie nie wyskakują znienacka, bez powodu, to nie film. Dzisiejsze stresujące wydarzenia wyolbrzymiły ten incydent.
Spojrzałem przed siebie. Jej zielona bluza zamajaczyła na zakręcie, tuż przed willą. Zgłaszać to na policję? Wyśmialiby mnie na komisariacie, gdybym powiedział, że paczka nastolatków została porwana przez inną grupę. Czy to naprawdę było porwanie, czy tylko niesmaczny żart, z którego teraz wszyscy śmieją się w jakimś garażu? Ta myśl przynosiła ulgę, chociaż na krótko, bo uświadomiłem sobie, że w poniedziałek zobaczę ich na korytarzu.
Wróciłem do domu oszołomiony i opadłem na łóżko. Patrzyłem tępo w sufit, a serce waliło mi jak szalone. Emocje wciąż we mnie buzowały. Obrazy mieszały się ze sobą: akcja na osiedlu, Mila wisząca za oknem, Mila z jabłkiem w ręce - niczym z moim sercem, w które wbija zęby.
Najbardziej paraliżowała mnie myśl, że Mila dowiedziała się o wszystkim. Moja tajemnica została obnażona przed całą klasą.
Nagle zrozumiałem znaczenie jej słów. Twierdziła, że sama okleiła to jabłko. Ze szczegółami opisała cały proces, podając jako swój pomysł. Czy to oznacza, że je widziała? Musiała. A skoro widziała jedno, wie też o pozostałych. Od jak dawna? Ta myśl uderzyła we mnie jak grom. Przecież całe to drzewo było deklaracją. Jeśli odkryła je tygodnie temu, znała mój sekret, a co gorsza - milczała.
Poczułem się bezbronny, jakby ktoś jednym szarpnięciem zerwał ze mnie pancerz chroniący naszą przyjaźń. Świadomość, że ona już wie - że zniknęła granica oddzielająca oddanie od uczucia - napełniała mnie lękiem.
Wysunąłem skrzynkę spod łóżka. Każde leżące tam jabłko było czerwone, z zarysem imienia MILA i kształtem serduszka. Dlaczego przygotowałem ich aż tyle? Chciałem podrzucać jej je jedno po drugim. Po co?
Teraz muszę wszystkie zjeść. Mimo że mój żołądek nie znosi jabłek - bo po fruktozie reaguję skurczami - zrobię to. Choćbym miał przez to odchorować każdą sztukę, ona nie dostanie ani jednej!
Zakryłem dłońmi twarz, po czym przejechałem palcami po włosach, mierzwiąc je.
- Mileno Orłowska! - warknąłem w sufit. - Kończę z tobą!
Muszę to uczucie w sobie zdławić, spalić, zniszczyć. Zrobię wszystko, byle przy niej zostać.