Islam - przyszłość czy wyzwanie? - David Pawson

-
Proszę czekać

1ROZPRZESTRZENIANIE SIĘ ISLAMU

Islam jest obecnie z całą pewnością fenomenem o charakterze uniwersalnym.

Jest drugą co do wielkości religią świata i gromadzi pod swoimi skrzydłami co najmniej jedną piątą ludzkości. Jednocześnie liczące półtora miliarda wyznawców chrześcijaństwo obejmuje jedną trzecią światowej populacji.

Islam jest najszybciej rozwijającą się religią na świecie - przyrost wiernych jest ponadczterokrotnie większy niż w chrześcijaństwie.

Jego wyznawcy zamieszkują 165 krajów na pięciu kontynentach, mając przewagę w czterdziestu pięciu azjatyckich i afrykańskich państwach, z których największe to Pakistan, Bangladesz, Indonezja i Iran.

Jeśli obecne trendy nie zmienią się, to do roku 2055, w skali globalnej, połowa dzieci będzie przychodziła na świat w rodzinach muzułmańskich. W niektórych miejscach i środowiskach już mówi się o islamie jako "religii XXI wieku".

Wygląda na to, że nadchodzi era rozwoju tej wiary, tej najmłodszej z wielkich światowych religii, chociaż ma ona już swoją zaskakującą, a liczącą czternaście wieków, historię. Wszystko zaś zaczęło się od 41-letniego mężczyzny, który, co ciekawe, nie umiał ani czytać, ani pisać.

Ponieważ tematem tego rozdziału jest rozprzestrzenianie się islamu, prześledzimy jego historię geograficznie, zaczynając od miejsca, w którym się narodził - od Arabii.

ARABIA

Olbrzymi Półwysep Arabski to w większości jałowa pustynia, na którą składa się monotonny krajobraz z piaskiem i niebem. W czasach, gdzie zaczynamy naszą historię, był on ledwo zamieszkany przez kilka plemion nomadycznych, które - na dodatek - często walczyły ze sobą o przetrwanie, co było zrozumiałe w tak nieurodzajnym środowisku. Znajdowało się tam jednak kilka stałych siedlisk ludzkich, skupionych głównie wokół szlaków handlowych oraz ich połączeń ("węzłów"), na których karawany spotykały się i wymieniały różnego rodzaju dobrami. Głównym takim ośrodkiem była Mekka, położona pośrodku półwyspu.

Miasto było jednocześnie centrum religijnym. Co zaskakujące, w tak monotonnym otoczeniu wierzono w wiele duchów (dżinów) i wielu bogów (co nazywamy politeizmem). Mekka była ośrodkiem praktyk religijnych skupionych wokół wysokiej kamiennej budowli, przypominającej swym kształtem sześcian (w języku arabskim świątynia ta nosi nazwę Al-Kaba), gdzie czczono 360 różnych bożków (jeden na każdy dzień roku księżycowego - dwanaście miesięcy po 30 dni). Księżyc odgrywał szczególną rolę w życiu pustynnym - wierzono, że jest on bogiem płci męskiej, podczas gdy słońce jest bogiem płci żeńskiej, będąc tym samym podległe księżycowi. Słońce i księżyc mieli trzy "córki", których imiona były składowymi słowa allah, co znaczy "bóg". Archeolodzy odkopali sporo kamiennych ołtarzy z wyrzeźbionym symbolem półksiężyca (obecnie widoczny jest on na iglicach sklepień meczetów). Osoby pielgrzymujące do sanktuarium obchodziły świątynię Al-Kaba siedmiokrotnie, całując osadzony w jej zewnętrznej ścianie czarny kamień, który może być pochodzenia meteorytowego. Znaczącym jest również fakt, że owi "bogowie" utożsamiani byli z widocznymi objawami pustynnej egzystencji: od kamieni po gwiazdy.

Dzięki krzyżowaniu się handlu i religii w Mekce, jedna grupa prosperowała w tym mieście szczególnie dobrze. Było nią plemię Kurajszytów (Korejszytów), w którym około 570 roku naszej ery, krótko po śmierci swego ojca (Abdullaha, sługi Allaha), urodził się Mahomet. Gdy miał on sześć lat stracił również matkę i dalej był wychowany był przez licznych krewnych. Znalazł zajęcie w karawanie handlowej, gdzie zatrudniła go bogata wdowa Chadidża, którą poślubił, mimo że była ona starsza od niego o 15 lat.

Podczas swych podróży spotykał na swej drodze zarówno Żydów, jak i chrześcijan, dzięki czemu zetknął się z wiarą w jednego Boga (monoteizmem), co stało się wyzwaniem dla politeizmu, z którego się wywodził. Będąc człowiekiem wrażliwym i zamkniętym w sobie, oddalał się często do górskiej jaskini, gdzie oddawał się medytacjom. To właśnie tu, w wieku czterdziestu lat po raz pierwszy doświadczył zarówno fizycznego, jak i duchowego przeżycia, które powtarzało się w kolejnych latach przez ponad trzy dekady i doprowadziło go do przekonania, że jest "prorokiem" jedynego Boga "Allaha", ostatnim posłańcem, mającym objawić jego wolę ludzkości.

Odważny sprzeciw wobec politeizmu, na którym w dużym stopniu opierała się popularność i powodzenie Mekki, w konsekwencji doprowadziły Mahometa do oczywistych spięć z własnym plemieniem, ostatecznie zmuszając go do ucieczki do Medyny w celu ratowania życia. Data tej ucieczki (hidżry) w roku 622 wyznacza początek kalendarza muzułmańskiego, albowiem podczas niej jego rodzina, przyjaciele i pierwsi naśladowcy utworzyli wspólnotę kierującą się zasadami przekazanymi Mahometowi w czasie jego widzeń. Dotyczyły one między innymi małżeństwa i rozwodu, zakazu spożywania alkoholu, lichwy, a także wprowadzały koncept dżihadu, czyli świętej wojny. Ta pierwsza wspólnota była w konflikcie głównie z wojownikami z Mekki. Po kilku niepowodzeniach Mahomet zgromadził większe siły i pomaszerował na Mekkę, a miasto poddało się jego władzy. Wobec pokonanych wrogów okazał się wielkoduszny, lecz kazał zniszczyć wszystkie ich bożki. Stąd fala świętego podboju rozprzestrzeniła się na cały kraj, mimo że sam "prorok" powrócił do Medyny, by tam spędzić ostatnie lata swego życia. Zmarł w roku 632 (jedenasty rok kalendarza muzułmańskiego), w wieku 63 lat.

Przed śmiercią udało mu się zjednoczyć cały kraj, poddając go władzy Allaha, co dało również skutek uboczny: dotychczas wojujące ze sobą plemiona zaczęły myśleć o sobie jako o jednym narodzie. Było to zadziwiające osiągnięcie, które dokonało się dosłownie w okresie jednego pokolenia, a dokładniej mówiąc w ciągu dwudziestu lat. Trudno się dziwić, że muzułmanie wyjaśniają ten fenomen, jako boskie działanie poprzez najwspanialszego proroka.

Jeszcze bardziej zadziwiająca jest ekspansja owej arabskiej religii w ciągu całego następnego wieku. Wkrótce naród ten urósł do rozmiarów potęgi.

BLISKI WSCHÓD

Pierwszym regionem ekspansji były tereny północne, obejmujące obszar zwany wtedy "Syria Palestina" oraz miasto Jerozolimę. Mimo iż nie jest ono wymienione w Koranie, zostało trzecim najświętszym miastem islamu, zaraz po Mekce i Medynie. Stało się tak, ponieważ Mahomet miał wizję (lub też sen), w której wjeżdżał do nieba na swoim koniu właśnie z Jerozolimy. Jerozolima upadła w roku 634, a za nią, w kolejnym roku, Damaszek, stolica Syrii. Ta północna ekspansja została zatrzymana dopiero pod Konstantynopolem przez armię chrześcijańskiego Cesarstwa Bizantyjskiego. Tymczasem w Jerozolimie, na ruinach Świątyni Salomona, zbudowano meczet Omara zwany także "Kopułą na Skale". Było to oczywiście posunięcie wymierzone jednocześnie w godność i serca zarówno Żydów (lokalizacja meczetu), jak i chrześcijan (na jednej ze ścian tego meczetu wyryto bowiem werset koraniczny: "On [Bóg] jest nazbyt wyniosły, by mieć syna!").

W obecnych czasach na terenach Bliskiego Wschodu żyje ponad 300 milionów muzułmanów arabskiego pochodzenia, z czego połowa jest w wieku poniżej 15 lat.

AFRYKA

Jednocześnie z naporem na północ odbywały się ruchy w kierunku zachodnim. W dziesięć lat po Palestynie i Syrii podbity został także Egipt. Paradoksem jest to, że fakt ów został przyjęty z radością przez tamtejszych chrześcijan. Byli bowiem oni w oczach bizantyjskich władców heretykami i w ten sposób pobudziła się ich nadzieja na niezależność.

Do roku 710 muzułmanie rozprzestrzenili się po całym północnym wybrzeżu Afryki, które miało przecież wielkie tradycje chrześcijańskie i znane było z takich wpływowych postaci, jak: Klemens Aleksandryjski, Orygenes czy Augustyn z Hippony (miejsce to znajduje się w obecnej Tunezji). Kościoły dosłownie popadły w zapomnienie.

Arabscy handlarze (oraz ich niewolnicy) pływali swoimi dau (statkami żaglowymi) wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki, zanosząc swoją religię do takich miejsc, jak np. Zanzibar. W ten sposób Islam dobrze się ugruntował w południowej Afryce, a Durban stał się bazą dla Ahmeda Deedata, który jest jednym z najbardziej znanych mówców muzułmańskich.

Islam przeszedł przez Saharę i dotarł do narodów na zachodnim wybrzeżu. Typowym przykładem może być Nigeria, której północny region w okolicach miasta Kano jest w większości muzułmański. Region środkowy, pomimo faktu, iż chrześcijanie są tam większością, kontrolowany jest przez muzułmanów. Jedynie południe kraju pozostaje wciąż w większości chrześcijańskie.

Na kontynencie afrykańskim obecnie żyje ponad 300 milionów muzułmanów.

AZJA

Sukces islamizacji Azji można zmierzyć ilością krain, których nazwa kończy się przyrostkiem "-stan". Są liczne w południowej Rosji oraz na terenach dawnej Persji (obecnie Iranu). Ostatnie wydarzenia skupiły uwagę także na Afganistanie, który jest siedzibą wielu muzułmańskich grup militarnych.

Kiedy skończyła się brytyjska dominacja nad Indiami, zostały one podzielone między rząd hinduski i muzułmański, czemu towarzyszył straszliwy rozlew krwi i migracje uchodźców. W efekcie z północnych Indii wydzieliły się dwa muzułmańskie kraje: Pakistan (na zachodzie) oraz Bangladesz (na wschodzie). Często nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że w samych Indiach wciąż żyje ponad 100 milionów muzułmanów.

Z Półwyspu Indyjskiego islam rozprzestrzenił się dalej na wschód. Malezja, kolejna brytyjska kolonia, jest obecnie krajem muzułmańskim, jakkolwiek tolerowane są tam inne religie, pod warunkiem jednak, że ich członkowie nie próbują nawracać muzułmanów. Dużo mniej tolerancyjna jest Indonezja, czego dowodem mogą być często ostatnio zdarzające się tam ataki na chrześcijan.

Azja jako kontynent cieszy się obecnie największą populacją muzułmanów, sięgającą 800 milionów ludzi, co jest godne uwagi, jako że w procesie tym konieczne było zaakceptowanie i dostosowanie arabskiego języka, kultury oraz architektury do lokalnej, jakże innej, tradycji.

EUROPA

Kontynent ten stał się sercem kultury judeo-chrześcijańskiej, eksportując swą "zachodnią" cywilizację na cały świat poprzez stosowanie swoistej mieszanki imperialnej kolonizacji i misyjnych przedsięwzięć.

Na terenie tym zaistniały trzy rodzaje muzułmańskiego wtargnięcia - militarny, mentalny, a także migracyjny.

Inwazje militarne rozpoczęły się wraz z pierwszą falą islamskiej ekspansji. Po zdobyciu linii wybrzeża Północnej Afryki, siły muzułmańskie w roku 711 wkroczyły do Gibraltaru. Podbijając Hiszpanię i wdzierając się na tereny Francji, dotarły na odległość nieco ponad 100 km od Paryża. Zostały pokonane w bitwie pod Poitiers w roku 732, w setną rocznicę śmierci Mahometa. Jednak Hiszpania przez kilka kolejnych wieków znajdowała się pod ich panowaniem z nazwą zmienioną na al-Andalus (Andaluzja), mając za swoją stolicę Kordobę. Dopiero w roku 1492, tym samym, w którym Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, dominacja ta dobiegła końca.

Druga inwazja na Europę przyszła ze wschodu. W roku 1071 chrześcijańska armia bizantyńska pokonana została przez Turków Seldżuckich. Cesarz Bizancjum zwrócił się z prośbą o pomoc do papieża, co w konsekwencji doprowadziło do niesławnych i katastrofalnych krucjat, które odbywały się pod pozorem uwolnienia świątyń, będących celem pielgrzymek do Ziemi Świętej, spod kontroli muzułmanów.

Imperium Osmańskie zostało ustanowione w roku 1281, a bizantyńską stolicę podbito w roku 1453. Konstantynopol przemianowano na Stambuł, a jego gigantyczny centralny kościół Hagia Sophia przekształcono w meczet, który obecnie pełni rolę muzeum. Podbój Półwyspu Bałkańskiego (Serbowie i Bośniacy) dokonał się podczas bitwy na Kosowym Polu w roku 1389 (co ciekawe, całkiem niedawno, w czasie konfliktu bałkańskiego, brytyjscy żołnierze musieli bronić muzułmanów przed atakami serbskich chrześcijan!). Muzułmanie parli do oblężenia Wiednia, jednak 12 września 1683 roku zostali tam rozniesieni w pył przez polską husarię pod dowództwem Jana III Sobieskiego, króla Polski. Po tej klęsce islam przeszedł w tym rejonie do wyraźnej defensywy. I chociaż dominacja osmańska na Bliskim Wschodzie była mocno wspierana przez cesarzy niemieckich, to ostatecznie dobiegła końca w roku 1918.

Wpływ mentalny islamu na całą Europę jest faktem, z którego nie do końca zdajemy sobie sprawę i czego do końca nie rozumiemy. Zdecydowanie jednak wychodzi poza ramy pozostałości inwazji militarnej. Większość z nas słyszała o Odrodzeniu, które zdominowało zachodnią kulturę i cywilizację w XVI wieku. Alternatywna nazwa tej epoki to Renesans - wskazuje ona na ponowne odkrycie osiągnięć oraz kultury i sztuki starożytnego, "klasycznego" świata greckich i rzymskich filozofów. Niewielu z nas jest świadomych zasadniczej roli, jaką muzułmanie pochodzenia arabskiego odegrali w tej intelektualnej rewolucji.

Od X wieku świat muzułmański rozwijał znacząco zaawansowaną kulturę, a nawet cywilizację skupioną wokół Bagdadu (będącego obecnie stolicą Iraku). Al-Farabi, filozof wykształcony w środowisku chrześcijańskim, znany był jako "drugi Arystoteles". Grecka literatura z powodu zachowanej w niej mądrości była penetrowana przez arabskich uczonych i tłumaczona na język arabski. Świat starożytny powrócił do kultury i rozwinął się zwłaszcza na trzech płaszczyznach - matematyki, medycyny i architektury (wynalezienie liczby zero jest sednem współczesnej technologii komputerowej, a cała zachodnia cywilizacja opiera się na arabskim zapisie numerycznym). Kto odwiedza pałac Alhambra w hiszpańskiej Granadzie czy też Taj Mahal w Indiach, nie będzie zawiedziony pięknem i symetrią tych budowli.

To właśnie w XII wieku żydowscy i chrześcijańscy uczeni w Hiszpanii, a w szczególności w Toledo, rozpoczęli pracę nad tłumaczeniem greckich tekstów oraz ich muzułmańskich komentarzy na łacinę. W ten sposób położone zostały fundamenty pod renesansową rewolucję, która miała wpłynąć na zmianę stylu życia w Europie, a także zaszczepione nowe prądy w europejskim myśleniu.

Nim przejdziemy dalej, ważne jest, abyśmy zwrócili uwagę na trzy duchowe fazy tych intelektualnych zabiegów. Arabowie przejęli wiele od Greków, ale bez ich politeizmu i całej mnogości mitycznych bogów i bogiń. Dla nich wszystkie poszukiwania intelektualne odbywały się w ścisłych ramach wyznawanego monoteizmu i w poddaniu Allahowi, tak by służyły jego chwale. Europejczycy zaś przejęli całe to dziedzictwo myślowe jednak bez żadnego religijnego filtra - w sposób wyłącznie praktyczny. Odrodzenie więc podeszło do zagadnienia całkowicie ateistycznie, traktując wiarę w nieme bożki na równi z wiarą w Jedynego Boga i uznało obie za zbędne i nieistotne.

Współcześnie obserwowana inwazja islamu na Europę, zwłaszcza na jej północne i zachodnie tereny, nie jest ani agresywna, ani naukowa. Dokonuje się poprzez masową migrację. W jakimś sensie jest to skutek imperialnej historii narodów brytyjskiego i francuskiego. Muzułmanie "wlewają się" tam wręcz jak do swoich "ojczyzn". Są nimi mieszkańcy z byłych kolonii: Algierczycy do Francji, Pakistańczycy do Wielkiej Brytanii. Dwa główne powody stojące za tą migracją to mobilność i dobrobyt. Niektórzy migrują w celu poprawienia sytuacji ekonomicznej swojej i swoich rodzin. Prawdopodobnie zdecydowana większość legalnych imigrantów mieści się w tej właśnie kategorii. Inni uciekają przed despotycznymi reżimami, które - jak się wydaje - rozkwitają w krajach muzułmańskich. Jest to najprawdopodobniej nieunikniony proces spowodowany wpływem religii, która zdecydowanie bardziej ceni autorytaryzm od demokracji. W tej kategorii przypuszczalnie mieści się większość nielegalnych imigrantów.

Wszyscy oni z kolei przywożą ze sobą swoją religię. Podczas gdy tylko niewielka garstka z nich asymiluje się z laickim społeczeństwem, w którym przychodzi im żyć, większość, odkrywszy powszechną i tak obrzydliwą dla nich dekadencję, pozostaje wierna swemu duchowemu dziedzictwu, zachowując jego korzenie i standardy moralne. To z kolei doprowadza wielu z nich do przekonania, iż mają swój unikalny wkład w "ocalanie" świata zachodniego przed totalną moralną i społeczną anarchią, dając asumpt do wiary w niepowtarzalność ich misji. W tym rozwoju pewności siebie znajdują oni także pewną dozę sympatii u swoich sąsiadów.

Nie tak dawno, w roku 1936, George Bernard Shaw, dramaturg irlandzkiego pochodzenia, który osiadł w Hertfordshire, w północnym Londynie, napisał:

Jeśli jakakolwiek religia miałaby szanse panowania w Anglii, a nawet w Europie, w ciągu najbliższych stu lat, byłby to islam. Zawsze wysoko ceniłem sobie religię Mahometa, z powodu jej cudownej żywotności. Jest to jedyna religia, posiadająca według mnie zdolność dostosowywania się do zmieniających się stadium egzystencji, które mogą wydarzyć się w każdym wieku. Studiowałem dzieła tego niezwykłego człowieka i w mojej opinii należy nazwać go Zbawicielem Ludzkości, z całą pewnością nie Antychrystem. Wierzę, że jeśli człowiek taki jak on wziąłby na siebie panowanie nad współczesnym światem, odniósłby sukces w rozwiązaniu jego problemów w sposób, który wprowadziłby jakże potrzebny pokój i szczęście. Prorokuję, że wiara Mahometa będzie akceptowana w Europie przyszłości, tak jak zaczyna być akceptowana w Europie dnia dzisiejszego.

(The Genuine Islam - Autentyczny islam2, część 1, nr 8, 1936, dostępne w Internecie)

Znaczące "proroctwo", szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę dane demograficzne i uświadomimy sobie, że do terminu jego wypełnienia się pozostało nam jakieś dwadzieścia lat!

W kolejnym rozdziale przyjrzymy się konkretnemu przypadkowi Wielkiej Brytanii i predyspozycjom tego kraju do przyjmowania u siebie obecności islamu. Premier Blair naciskał na przyjęcie Turcji do wspólnoty europejskiej, mimo iż większa część tego kraju leży na terenach Azji. Turcja, założona jako laicka republika z populacją około 80 milionów, jest niemal całkowicie muzułmańska, a wybory z początku XXI wieku przechyliły szalę w stronę panowania religii3. Co do rozmiaru, jest ona nieco tylko mniejsza od Niemiec, z którymi jednoczyła się w obu wojnach światowych.

AMERYKI

W Ameryce Południowej muzułmanie wciąż jeszcze należą do mniejszości. Jest to najmniej zislamizowany kontynent!

Sytuacja w Ameryce Północnej jest podobna do Europy, co częściowo spowodowane jest otwartą (do niedawna) polityką imigracyjną. Obecnie w Stanach Zjednoczonych mieszkają miliony muzułmanów, z czego jedna trzecia należy do czarnej sekty muzułmańskiej, mającej swoją własną teologię i jest nieakceptowana przez ortodoksyjny islam. Ogólnie islam jest tu drugą co do wielkości i również najszybciej rozwijającą się religią, tak samo jak w większej części świata. We wszystkich głównych miastach Stanów Zjednoczonych meczety wyrastają jak grzyby po deszczu. Należy jednak przyznać, że religijna różnorodność była tu zawsze widziana lepiej, niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Rozprzestrzenianie się islamu w USA nie ma charakteru stałego procesu. Ma ono raczej charakter falowy, przy czym każda fala sięga coraz dalej i głębiej. XXI wiek (w kalendarzu chrześcijańskim, ale nie muzułmańskim) jest świadkiem prącego naprzód w świecie zachodnim przypływu muzułmańskiego, stąd też tytuł pierwszej części tej książki. Okres ten naznaczony jest świeżą pewnością siebie wśród muzułmanów, która bynajmniej nie pozostaje w oderwaniu od dwóch czynników rozwoju w bliskowschodnim sercu islamu.

Pierwszym z nich jest wypuszczenie arabskich nacji spod kolonialnej kontroli sił europejskich, takich jak Wielka Brytania czy Francja. Dwie wojny światowe zapewniły im polityczną autonomię. Ten czynnik był silnym motywatorem dla wyczynów "Lawrence'a z Arabii"4. Narody te są obecnie broniącymi swych praw graczami na światowej scenie politycznej. Rozwój ten wyjaśnia także rosnącą niechęć do inwazji kultury amerykańskiej, jak również interwencji militarnej, które zastąpiły poprzednie panowanie Europy na tych terytoriach. Co naturalne, ich gniew jest skierowany przede wszystkim na państwo Izrael, mające charakter zadecydowanie zachodni.

Drugim czynnikiem jest odkrycie ogromnych zasobów ropy naftowej ("czarnego złota") na terenach tych właśnie krajów. Wraz z rosnącą zależnością zachodniej ekonomii od tej kopaliny, dało im to niewiarygodne bogactwo, a także wpływ na światowe rynki.

Świeżo zdobyta siła polityczna oraz finansowa wzmogła pewność muzułmanów na całym świecie. Zakończę przytoczeniem kilku zdań wypowiedzianych podczas otwarcia meczetu w Sztokholmie:

W ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat zdobędziemy zachodni świat dla islamu. Mamy ludzi, którzy mogą tego dokonać; mamy pieniądze, dzięki którym możemy tego dokonać; a ponad wszystko już to robimy.

PROLOG

HISTORIA POWSTANIA KSIĄŻKI

Spojrzałem w lustro i zobaczyłem w nim kogoś obcego. Jedna strona twarzy tego obcego zwisała w dół, wykrzywiając usta pod dziwnym kątem.

Od razu zrozumiałem, że jestem ofiarą wylewu. Jednak mój lekarz nie był tego pewien, podejrzewając porażenie nerwu twarzowego, jako że tylko jedna strona mojej twarzy nosiła oznaki choroby. Minęły tygodnie zanim neurolog postawił diagnozę, potwierdzając wylew krwi do mózgu. Jednakże badania wykazały, że ciśnienie krwi, jej przepływ przez główne arterie, poziom cukru oraz cholesterolu były całkowicie w normie. Tomografia mózgu potwierdziła uszkodzenie nerwu czaszkowego, co wpłynęło na funkcjonowanie mojego gardła, języka i warg, czego efekty są wciąż widoczne, mimo upływu wielu miesięcy.

Pogorszenie się stanu mojego zdrowia fizycznego miało swoje wyjaśnienie w wydarzeniach, jakie je poprzedziły, i jakie po nim nastąpiły.

Kilka tygodni wcześniej przemawiałem na polderze w Zuiderzee w Holandii do ponad trzydziestu tysięcy chrześcijan podczas zjazdu z okazji Święta Pięćdziesiątnicy, gdzie nabawiłem się paskudnej infekcji gardła. Dwadzieścia cztery godziny później poleciałem do USA, gdzie miałem do wygłoszenia kazanie podczas pewnej ogólnokrajowej konferencji oraz prowadziłem wykłady na seminariach - po około sześć godzin dziennie. To wszystko plus podróż powrotna trzema różnymi samolotami sprawiło, że byłem całkowicie wykończony. Odpoczywałem tydzień i kiedy wydawało mi się, że jestem już dobrze zrelaksowany nagle zaskoczyła mnie ta choroba. Czy w ten sposób odezwała się moja ludzka "natura" czy też sam Bóg przemówił, abym nieco zwolnił tempo i zaczął postępować stosownie do mego wieku (dawno bowiem skończyłem siedemdziesiąt lat)? A może było też to coś innego?

Podjęte wcześniej i ciągle czekające zobowiązania rzucały zupełnie nowe światło na mój stan. Miałem zaplanowane całodzienne nagrania na temat Islam jako wyzwanie dla chrześcijan. W tym celu wynajęto salę w Opactwie Waverley w Surrey, opłacono drogi sprzęt i zaproszono publiczność. Teraz jednak wydawało się, że nie będę w stanie sprostać temu zadaniu.

Wieści o moim stanie zdrowia rozeszły się szybko, również za pośrednictwem internetu. Setki ludzi modliły się o zdrowie dla mnie i o powrót do pełni sił, abym jako mówca mógł nagrać to ważne przesłanie. Wielu było przekonanych, że "wróg" robi co może, by przesłanie to nie zostało wygłoszone. W efekcie tych modlitw, podczas nagrania, byłem w stanie mówić przez pięć i pół godziny, jakkolwiek pod koniec musiałem stać tylko na prawej nodze, gdyż całą lewą stronę mego ciała złapał straszliwy skurcz. Mężczyźni siedzący w pierwszym rzędzie powiedzieli mi później, że obserwowali moje zmagania, i w każdej chwili byli gotowi skoczyć, aby mnie złapać, gdybym upadał. Mimo wszystko nagrania się udały.

Reakcja była niesamowita. Tysiące ludzi na całym świecie zamawiało to nagranie, a przesłanie przyciągnęło uwagę mediów: prasy, radia i telewizji. W efekcie mój wydawca Hodder & Stoughton poprosił mnie o napisanie tej książki, dzięki czemu mogę szeroko podzielić się tym, co leży mi na sercu.

Najbardziej zaskakującą kwestią dla mnie samego jest fakt, że do stycznia 2002 roku nie byłem w ogóle zainteresowany tą tematyką, nie wspominając poruszania jej w moich wykładach. Wiedziałem, że wiele osób ma ode mnie dużo większą wiedzę i doświadczenie w sprawach związanych z islamem. Patrząc wstecz, widzę jednak, że byłem do tego przygotowywany przez ponad pięć dekad.

W latach 50. XX wieku służyłem jako kapelan Królewskich Sił Lotniczych, stacjonując w bazie w Adenie1. Moja "parafia" rozciągnęła się na południowe wybrzeże Arabii wzdłuż Rijan (Jemen), na Salalę (Oman) i wyspę Masirę aż do Zatoki Perskiej - i dalej przez Szardżę do Bahrajnu. Odwiedzałem także Jemen, Somalię, Etiopię i Kenię. Miałem więc okazję przebywać pewien czas w samym sercu islamu. Wraz z żoną i naszym pierwszym dzieckiem mieszkaliśmy w arabskim miasteczku zbudowanym wewnątrz krateru wygasłego wulkanu, do którego docierało się tunelem wydrążonym w zboczu. Budzeni każdego ranka modlitewnym nawoływaniem muezina przyzwyczailiśmy się do widoku mężczyzn modlących się na rogach ulic w ciągu dnia. Jako kapelan "innych denominacji" byłem odpowiedzialny także za żołnierzy muzułmańskich, jednak moim podstawowym wobec nich obowiązkiem było upewnianie się, że ich dieta jest wolna od najmniejszych nawet śladów wieprzowiny. Szybko zrozumiałem, że muszę być niezwykle ostrożny podczas Ramadanu, gdyż nastroje panujące wśród żołnierzy były bardziej zmienne i napięte z powodu przymusowego postu w ciągu dnia i nocnego ucztowania. Pamiętam swój szok, gdy byłem świadkiem nagłej amputacji ręki człowieka, który ukradł coś na rynku; wyraz jego twarzy, gdy jego kikut przypalano w smole, prześladował mnie w snach przez długi czas. Z balkonu na trzecim piętrze widziałem grupkę podekscytowanych mężczyzn ciągnących za włosy nagą kobietę przez zakurzone ulice; chciałem zainterweniować, ale przyjaciele powiedzieli mi, że jest to prawo, które, tak samo jak w prawie Mojżeszowym, za cudzołóstwo nakazuje ukamienowanie. Przede wszystkim odkryłem jednak, że kara śmierci stosowana była wobec wszystkich, którzy przechodzili z islamu na chrześcijaństwo. Chrzest traktowano jako kluczowy dowód tej "zdrady stanu". Moje pierwsze doświadczenia wynikające z zamieszkania w obcym kraju były swego rodzaju szokiem kulturowym i skłamałbym mówiąc, że nie cieszyłem się, gdy wskutek odniesionych ran odesłano mnie w końcu do domu.

W latach 60. złożyłem dwie z moich siedemnastu wizyt w Izraelu. Pierwsza z nich miała charakter czysto nostalgiczny - pragnąłem zobaczyć wszystkie miejsca, o których czytałem w Biblii. Podczas kolejnej, tuż po słynnej wojnie sześciodniowej, zwróciłem uwagę na ludzi mieszkających w miejscach niedawnych batalii. Gdy chcieliśmy się dostać na wzgórza Golan, otrzymaliśmy za przewodnika izraelskiego majora, który miał nas ostrzegać przed miejscami, w których należało zachowywać szczególną ostrożność z uwagi na niewybuchy. Tam też spytałem go, w jaki sposób udało się przejąć te wzgórza, skoro były one wręcz naszpikowane bronią produkcji rosyjskiej. W odpowiedzi bez słów mój przewodnik wskazał na niebo. Właśnie obserwacja tego zadziwiającego konfliktu doprowadziła mnie do dwóch wniosków, które od tamtej pory są moimi głębokimi przekonaniami. Pierwszy z nich jest taki, że Bóg jeszcze nie zakończył pracy nad narodem wybranym (nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi na fakt, że Nowy Testament wspomina o tym w Liście do Rzymian, w rozdziale 11.). Drugi wniosek doprowadził mnie do konkluzji, że wszystkie konflikty bliskowschodnie nie są jedynie konfliktami politycznymi, społecznymi i religijnymi, ale także duchowymi, angażującymi dwie przeciwstawne sobie duchowe istoty, a w konsekwencji także dwa narody, które im służą. Późniejsza historia jedynie pogłębiła moje przekonania.

W latach 70. do mojego nauczania wkradła się nowa nuta. Zorientowałem się, że mówię, iż islam jest dużo większym zagrożeniem i wyzwaniem dla chrześcijaństwa niż komunizm. Mówiłem tak mimo tego, że wciąż tkwiliśmy w zimnej wojnie. Kiedy szach Persji, świętując dwu i pół tysiąclecie swego państwa, nazwał się "Królem królów i Panem panów", publicznie zapowiedziałem jego upadek, co też wkrótce nastąpiło. Wcale nie wyczekiwałem z niecierpliwością jego następcy, ajatollaha Chomeiniego, który umacniając prawo muzułmańskie (Szariat), zmienił kierunek reżimu z prozachodniego na antyzachodni (Iran). Jedno zło przeszło w drugie. Był to złowrogi precedens, którego zdaje się politycy zachodni zupełnie nie docenili.

Pewnego roku w latach 80. miałem wziąć udział w wielkosobotnim marszu w Londynie, którego kulminacją miało być publiczne wygłoszenie kazania na jednym z dużych parkingów. Około południa wraz z żoną jechałem wzdłuż Mile End Road we wschodnim Londynie w kierunku okazałego nowego meczetu, gdy nagle jego drzwi gwałtownie się otworzyły, a ze środka wybiegły na ulicę setki mężczyzn, wielu młodych i sprawnych w swym najlepszym wieku. Ich wyjście na ulicę wstrzymało ruch uliczny na dłuższą chwilę. Gdy dojechaliśmy do celu i następnego dnia szliśmy główną ulicą wraz z kilkoma setkami chrześcijan, zauważyliśmy, że w grupie tej przeważają kobiety. Mężczyzn było niewielu, a ci co byli, okazywali się albo bardzo młodzieńczy, albo wyraźnie starsi. W drodze do domu spytałem moją żonę, na którą religię byłaby skłonna postawić, gdyby była hazardzistką i chciała obstawiać zakłady. Jej natychmiastowa odpowiedź brzmiała - "Z całą pewnością na islam". Ten jaskrawy kontrast na długo został w mej pamięci.

W latach 90. Ahmed Deedat, muzułmański propagandzista mieszkający w Południowej Afryce, wezwał brytyjskich chrześcijan do debaty na temat rywalizujących ze sobą wartości islamu i chrześcijaństwa w Royal Albert Hall w Kensington. Clive Calver, który był wtedy przewodniczącym Aliansu Ewangelicznego, zachęcał mnie do reprezentowania strony brytyjskiej w tym wydarzeniu. Słysząc opowieści o pełnym perswazji wdzięku i bystrym umyśle mego oponenta, byłem jednak bardzo niechętny i proponowałem na moje miejsce bardziej odpowiednich kandydatów. Niestety, nikt nie podjął wyzwania, więc propozycja wróciła do mnie. Ostatecznie zgodziłem się, ale ku mojemu zaskoczeniu, gdy już zaczęto reklamować to spotkanie, moje nazwisko zastąpiono nazwiskiem jakiegoś ewangelisty pochodzenia arabskiego ze Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony poczułem ulgę, z drugiej jednak byłem zawiedziony, że wcześniej nikt nie poinformował mnie o tej zamianie. Obawiałem się także, że mój zastępca nie jest wystarczająco dobrze znany w Wielkiej Brytanii, by ściągnąć tak potrzebne wsparcie chrześcijan, a muzułmański mówca wyśmieje naszą porażkę i niemożność wystawienia brytyjskiego obrońcy wiary. Wszystkie moje lęki ziściły się w pełni. Gdy w większości muzułmańska publiczność rozkoszowała się oczywistym zwycięstwem swego lidera i świętowała to hucznie, Alians odciął się od powtórki tego wydarzenia w Birmingham. Patrząc wstecz, jestem przekonany, że Bóg powstrzymał mnie przed wejściem w tę konfrontację, gdyż nie byłem na to jeszcze wystarczająco dojrzały. Nie był to też właściwy czas.

Nowe stulecie przyniosło trzy znaczące wydarzenia łączące mnie po raz kolejny z islamem.

Pierwsze z nich to straszliwe wydarzenia z 11 września 2001 roku, w czasie których nastąpiło zniszczenie dwóch bliźniaczych wież World Trade Center w Nowym Jorku przez porwane samoloty prowadzone przez muzułmańskich pilotów samobójców. Jak wielu z nas, oglądałem to wszystko w telewizji. Największym szokiem dla mnie była nie tyle delikatna konstrukcja budowli, ani nawet przerażająca ilość ofiar (włączając w to ratowników), ile fakt, że zniszczenia tego dokonano celowo, w imię religii, w imię boga islamu - Allaha. Pięć dni później przemawiałem do grupy kościołów w Southampton. Koncentrując się na zasadniczym pytaniu, dlaczego Bóg pozwala na takie cierpienie, pozwoliłem sobie skomentować także kilka czynników religijnych, co dla wielu okazało się pouczające. Świat w tamtej chwili chciał dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej wiary, a także zrozumieć, czy te akty terroru były prawdziwym, czy jedynie wypaczonym jej wyrazem. Nagrania z moim wykładem rozeszły się szeroko i przyprowadziły wiele osób do pokuty, jako że zaczęły one traktować Boga poważniej.

Kolejne wydarzenie to odwiedziny w pobliskim liceum. Pewien mułła został tam zaproszony, aby opowiedzieć o islamie, a cała szkoła aż wrzała od zainteresowania tą nieznaną nikomu religią. Jeden z zatroskanych pracowników (nie był to bynajmniej kierownik Studiów nad Religiami, którym tam był akurat zdeklarowany ateista!) błagał mnie, bym pojawił się w szkole i pomógł odświeżyć zainteresowanie chrześcijaństwem. Przekonał dyrektora szkoły, by dał mi piętnaście minut na przemowę. I tak stanąłem przed 850 chłopcami i trzydziestką nauczycieli. Przygotowanie się do tego krótkiego wykładu zajęło mi wiele dni (przygotowanie do dłuższych wystąpień zabiera mi znacznie mniej czasu!), ale stał się on podstawą 9. rozdziału poniższej publikacji. Z całą pewnością spełnił swoje zadanie, a początkowe zainteresowanie młodzieży nowością zostało zastąpione pragnieniem Prawdy, za co jestem Bogu niezwykle wdzięczny.

Trzecie wydarzenie to spotkanie w Reading, na które udałem się w styczniu 2002 roku. Nie sądziłem wtedy, że radykalnie odmieni ono moje życie, oznaczając powrót ze spokojnej emerytury do życia publicznego. Mówcą był ks. dr Patrick Sookhdeo, który uprzejmie się zgodził napisać przedmowę do tej książki. Udałem się na to spotkanie jedynie po to, by pogłębić nieco swą wiedzę na temat islamu, słuchając uznanego znawcy tematu.

W samym środku jego wystąpienia zupełnie niespodziewanie i bez związku z tym, co słyszałem, zostałem przytłoczony czymś, co można by określić jako przeczucie, że islam przejmie władzę nad naszym krajem. Pamiętam, jak siedziałem tam zszokowany i drżący. Nie słuchaliśmy jedynie ciekawego wykładu na temat religii i kultury, w którą inni wierzyli i którą praktykowali. Słuchaliśmy o tym, jak będzie wyglądać nasza przyszłość!

Szok spowodowany tą nagłą świadomością pozostał ze mną przez długi czas. Przez wiele tygodni nie dzieliłem się tym z nikim, próbując sam uporać się z jej znaczeniem. Chciałem nabrać pewności, skąd przyszła do mnie ta myśl - czy była wytworem mojej podświadomości, owocem lęku czy też ponadnaturalnym objawieniem; czy pochodziła od Boga, czy może była demoniczna? Wyjaśnienie sposobu, w jaki zrozumiałem, iż było to Boże przesłanie zamieściłem w 7. rozdziale tej książki.

Dość powiedzieć, że zatrważająca liczba przywódców chrześcijańskich, z którymi ostatecznie podzieliłem się moimi obawami, zachęcała mnie, a nawet ponaglała do ich upublicznienia, dodając, że jestem właściwą osobą, by to uczynić. Nigdy wcześniej tylu ochotników nie chciało nadstawić mojej głowy! Może zdawali sobie sprawę, że mam niewiele do stracenia, nie zajmując żadnego oficjalnego stanowiska, żadnej katedry naukowej, nie reprezentując żadnej organizacji, fundacji, i nie mając biura, ani nawet sekretarki, jedynie moją "sławę" nauczyciela Biblii, z którą zresztą pożegnałem się wiele lat temu.

W ten oto sposób wdałem się w to przedsięwzięcie, a teraz oddaję w Państwa ręce tę książkę. Jedynie Najwyższy wie, do czego to doprowadzi, lecz moja przyszłość jest w Jego rękach. A moja książka jest w rękach twoich, Drogi Czytelniku. Pisarzy i mówców ostrzega się często, by nie zaczynali od wielu negatywnych stwierdzeń, ja jednak czuję, że muszę złamać ten zwyczaj i powiedzieć, czym ta książka nie jest po to, żeby uniknąć rozczarowania, nieporozumień, niepotrzebnej polemiki i jakichś uraz.

Celem tej książki nie jest to, by stała się podręcznikiem czy zbiorem informacji na temat islamu. Inni wykonali to zadanie daleko lepiej ode mnie (na początek zdecydowanie polecam przeczytanie publikacji ks. dr. Patricka Sookhdeo A Christian's Pocket Guide to Islam (Podręczny przewodnik po islamie dla chrześcijan). Jestem zobowiązany do podawania zarówno faktów, jak i stwierdzeń na temat tej religii, muszę jednak podkreślić, że nie są one wynikiem osobiście przeprowadzanych badań, lecz zostały wybrane z szeregu publikacji tak chrześcijańskich, jak i muzułmańskich autorów, na których dokładności muszę polegać, ale też i nie mogę o tych faktach zapewniać. Do mnie należy jedynie wysnuwanie wniosków.

Chcę też podkreślić, że ta książka nie jest bynajmniej w moim zamyśle jakimkolwiek atakiem na muzułmanów. Byłbym głęboko zasmucony, gdyby materiał ten spowodował lęk lub został użyty do wywołania strachu albo nienawiści wobec wyznawców islamu. Obydwie z tych emocji karmią siebie nawzajem. Niektórzy chrześcijanie są i tak już wystarczająco zastraszeni, co z łatwością może przerodzić się w irracjonalną i paraliżującą fobię generującą rasistowskie postawy i czyny. Wszyscy muzułmanie są istotami ludzkimi stworzonymi na Boży obraz i podobieństwo, za które Jezus Chrystus, nasz Pan, złożył swe życie w ofierze. Jeśli Bóg otacza ich swoją miłością, tak samo i my powinniśmy to czynić. A skoro my zostaliśmy zbawieni dzięki łaskawości Boga, to również i oni mogą tego dostąpić.

Celem książki, pomimo ostatniego akapitu, nie jest przekazanie instrukcji dotyczących prowadzenia ewangelizacji pośród muzułmanów. Wielu ma dużo więcej mądrości i doświadczenia w tej kwestii ode mnie, a pomocne wskazówki można znaleźć w każdej księgarni chrześcijańskiej. Chciałbym jedynie podzielić się dwiema obserwacjami. Po pierwsze, nasze służenie i Boże zbawienie muszą w tej misji iść ręka w rękę. Po drugie, znaki Bożej mocy są potrzebne tak samo, jak nasze słowa i uczynki, gdyż te widoczne znaki Bożego działania w postaci uzdrowień są nadzwyczaj skuteczne w otwieraniu zamkniętych ludzkich serc.

Chciałbym jednak zakończyć pozytywnym tonem. Jest to książka przeznaczona dla chrześcijańskiego czytelnika, lecz mam odwagę wierzyć, że jeśli dostanie się w ręce muzułmanina, przekaże mu Dobrą Nowinę o zbawieniu, jakie jest w Chrystusie. Pisałem ją, czując na sercu ciężar i powołanie dla Kościoła, i cały jej układ, a zwłaszcza Część druga (rozdziały 7-12), jest wołaniem do chrześcijan o przebudzenie i przygotowanie się do tego, co przed nami. Tytuł został wybrany bardzo rozważnie i mówi wszystko.