Rozdział pierwszy
Jest północ, jest gorąco i być może jestem na haju po vicodinie, ale
tamten koleś - ten, o, tutaj - to przecież on.
On!
Jego sylwetka wydaje mi się znajoma jak powtarzający się sen. Pochylone
ramiona, głowa przechylona na prawo, nos kilka centymetrów nad końcówką
pisaka. Siedzi w całkowitym skupieniu. Serce mi rośnie w bolesnej
euforii. Jest blisko, zaledwie dwa stoliki dalej, zwrócony twarzą w moją
stronę. W kawiarni jest gorąco, a powietrze przepełnia słodko-gorzki
aromat kawy. Trzy lata pożądania wyrywają się ze mnie i wypadają przez
usta:
- Josh!
Podrywa głowę. Przez dłuższą chwilę, bardzo długą chwilę, wpatruje się
we mnie. A potem... mruga oczami.
- Isla?
- Wiesz, jak mam na imię. I potrafisz je wymówić - większość ludzi mówi
na mnie "Izla", ale moje imię wymawia się "Ajla". Jak wyspa - island -
bez dwóch ostatnich liter1. Na mojej twarzy rozkwita szeroki
uśmiech, który jednak natychmiast znika. Auć.
Josh rozgląda się wokół, jakby kogoś wypatrywał, a potem ostrożnie
odkłada pisak.
- No, tak. Siedzieliśmy obok siebie na wielu lekcji.
- Na pięciu obok siebie, a w sumie na dwanaście chodziliśmy razem.
Pauza.
- Tak - mówi wolno.
Kolejna pauza.
- Wszystko w porządku?
Koleś wyglądający jak młody Abraham Lincoln z piercingowym fetyszem
rzuca na mój stolik jednostronicowe, zalaminowane menu.
Nie patrzę na nie.
- Poproszę coś miękkiego.
Abe drapie się po brodzie, jest znużony.
- Tylko nie zupę pomidorową, pudding czekoladowy ani mus
malinowo-jabłkowy. To wszystko, co dzisiaj jadłam - dodaję.
- Aha - nastrój Abego się poprawia. - Jesteś chora.
- Nie.
Jego wygląd znów staje się mroczny.
- Nieważne - chwyta menu. - Masz na coś alergię? Dieta wegetariańska?
Koszerna?
- Co?
- Zobaczę, co mają w kuchni - mówi i odchodzi.
Wracam wzrokiem do Josha, który nadal mi się przygląda. Patrzy na swój
szkicownik, a potem znów na mnie, po czym znów na szkicownik. Jakby nie
potrafił zdecydować, czy nadal prowadzimy tę rozmowę. Ja też spuszczam
wzrok. Mam coraz bardziej niepokojące wrażenie, że jeśli będę dalej
mówiła, to jutro mogę mieć czego żałować.
Ale... jakbym nie potrafiła się powstrzymać - bo nie potrafię, nie kiedy
jestem blisko niego - znów na niego spoglądam. Moje żyły pulsują, kiedy
spijam go wzrokiem. Jego piękny długi nos. Jego smukłe, mocne ramiona.
Jego blada skóra - nieco ciemniejsza od letniego słońca, i wystający
spod rękawa czarnej koszulki czarny tatuaż.
Joshua Wasserstein. Moje zauroczenie, niemal niemożliwe do zniesienia.
Ponownie podnosi wzrok, a ja się rumienię. Tak na całego. Przekleństwo
rudzielców. Czuję ulgę, kiedy Josh chrząka, a potem się odzywa:
- To dziwne, wiesz? Że nigdy wcześniej na siebie nie wpadliśmy.
Natychmiast podchwytuję.
- Często tu bywasz?
- Yyy - bawi się pisakiem. - Miałem na myśli: tu, w mieście. Wiedziałem,
że mieszkasz na Upper West, ale nigdy cię tu nie spotkałem.
Czuję ucisk w klatce piersiowej. I ja wiedziałam o nim to samo, ale nie
miałam pojęcia, że on wie to o mnie. Chodzimy razem do szkoły z internatem dla Amerykanów w Paryżu, ale ferie i wakacje spędzamy
obydwoje na Manhattanie. Wszyscy wiedzą, że Josh tu mieszka, bo jego
tata jest jednym z reprezentantów stanu Nowy Jork w Senacie USA.
Ale nie ma najmniejszego powodu, żeby ktokolwiek pamiętał, że ja też tu
mieszkam.
- Rzadko wychodzę z domu - wyrzucam z siebie. - Ale umieram z głodu, a w domu nie ma nic do jedzenia. - I nagle, w jakiś sposób, przesiadam się
na puste krzesło naprzeciw niego. Mój naszyjnik z kompasem stuka o blat
jego stolika. - Rano usunięto mi zęby mądrości i przyjmuję jakieś leki,
a mimo to usta mam nadal takie obolałe, że nie mogę jeść nic innego poza
miękkimi pokarmami.
Josh uśmiecha się po raz pierwszy.
Wzbiera we mnie radość spełnienia. Odwzajemniam uśmiech tak szeroko, jak
potrafię, mimo bólu.
- No co?
- Środki przeciwbólowe. Teraz to ma sens.
- O, cholera - wsuwam nogę pod stolik i uderzam w blat kolanem. - Aż tak
ze mną źle?
Śmieje się zaskoczony. Ludzie zawsze wybuchają śmiechem, bo nie
spodziewają się słów takich jak "cholera" z ust tak drobnej osóbki z delikatnym głosem, po prostu uroczej.
- Zauważyłem jakąś zmianę - wyjaśnia. - I tyle.
- Skutki uboczne obejmują okrutne połączenie wyczerpania i bezsenności.
I dlatego jestem tu teraz.
Josh znów się śmieje.
- Ja swoje miałem usuwane w zeszłe wakacje. Jutro poczujesz się lepiej.
- Obiecujesz?
- Nie na sto procent. Ale na pewno za kilka dni.
Nasze uśmiechy przechodzą w zamyślenie. W szkole rzadko ze sobą
rozmawialiśmy, a poza nią wcale. Jestem zbyt nieśmiała, a on zbyt
wycofany. A do tego miał jedną dziewczynę przez jakieś... zawsze.
Miał.
Zerwali ze sobą w zeszłym miesiącu, tuż przed ukończeniem przez nią
szkoły. Josh i ja nadal mamy jeszcze jeden rok do końca. I chciałabym,
aby istniał jakiś logiczny powód, by on nagle się mną zainteresował,
ale... taki nie istnieje. Jego dziewczyna była nieustępliwa i bezpośrednia. Czyli była moim całkowitym przeciwieństwem. Być może
dlatego sama siebie zaskakuję, kiedy orientuje się, że wskazuję na jego
szkicownik, chętna, żeby przedłużyć ten chwilowy stan. Ten cud
konwersacji.
- Nad czym pracujesz? - pytam.
Jego ręka przesuwa się, żeby zasłonić rysunek przedstawiający kogoś, kto
przypomina młodego Abrahama Lincolna.
- Tak tylko... bazgrzę.
- To nasz kelner - szczerzę się. Auć.
Wygląda na nieco zakłopotanego, odsuwając rękę, ale tylko wzrusza
ramionami.
- I ta para w rogu.
Nie jesteśmy tu sami?
Odwracam się i widzę mężczyznę i kobietę w średnim wieku, siedzących na
samym końcu sali i czytających wspólnie tygodnik "Village Voice". Nikogo
więcej tu nie ma, więc aż tak się nie pomyliłam. Nie myślę. Odwracam się
z powrotem do Josha, a moja odwaga rośnie.
- Mogę zobaczyć?
Zapytałam. Nie wierzę, że to zrobiłam. Od zawsze marzyłam, żeby móc
zajrzeć do jego szkicownika, zawsze chciałam go potrzymać. Josh to
najbardziej utalentowany artysta w naszej szkole. Tworzy w kilku
gatunkach, ale jego prawdziwą pasją jest forma komiksowa. Kiedyś
podsłuchałam, jak mówił, że pracuje nad powieścią graficzną o swoim
życiu.
Autobiografia. Pamiętnik. Jakie sekrety mogłyby się w nim skrywać?
Zadowalałam się bazgrołami, które podglądałam, patrząc mu przez ramię,
obrazami, które schły w studiu malarskim, szkicami przyczepionymi do
drzwi jego przyjaciół. Jego styl jest niemal dziwaczny. Melancholijny,
piękny i jedyny w swoim rodzaju. Linie kreślone są uważnie i ujawniają,
że Josh jest tak naprawdę spostrzegawczy. A ludzie sądzą, że taki nie
jest, bo ciągle śni na jawie, opuszcza lekcje i zaniedbuje prace domowe,
ale kiedy widzę jego rysunki, wiem, że wszyscy się mylą.
Szkoda, że na mnie nie patrzy tak jak na swoje modele. Bo wtedy
dojrzałby, że jest we mnie coś więcej niż tylko nieśmiałość, tak jak ja
dostrzegam w nim kogoś więcej niż tylko obiboka.
Policzki znowu mnie palą - mam wrażenie, jakby słyszał moje myśli - ale
uświadamiam sobie, że po prostu mi się przygląda. Nie zasiedziałam się
czasem? Jednak widzę, że wygląda na zaniepokojonego, więc marszczę brwi.
Josh kiwa głową w kierunku stołu. Jego szkicownik leży przede mną.
Śmieję się. On także, chociaż z niepokojem.
Szkicownik nadal jest otwarty na stronie z niedokończonym rysunkiem.
Dreszcz przebiega przez moje ciało. Na jednej stronie twarz Abego patrzy
znudzona na grzbiet szkicownika. Nawet kolczyki w jego przegrodzie
nosowej, brwiach i uszach wydają się apatyczne i poirytowane. Na
sąsiedniej stronie Josh idealnie ujął zamyślone, łagodne rysy twarzy tej
pary w średnim wieku.
Dotykam rogu, tego niezamalowanego, najdelikatniej jak potrafię. Żeby
sobie udowodnić, że ten moment jest rzeczywisty.
Odzywam się głosem pełnym szacunku.
- To jest cudowne. W całym szkicowniku masz takie portrety?
Josh zamyka go i przesuwa z powrotem do siebie. Strony notesu są grube
od używania. Na okładce umieścił naklejkę w kształcie Ameryki. W jej
poprzek odręcznie napisano: WITAJ. Nie wiem, co to oznacza, ale podoba
mi się.
- Dzięki - znowu się do mnie uśmiecha. - Mam w nim różne rzeczy, ale
tak. Głównie portrety.
- A wolno ci?
Marszczy brwi.
- Co?
- No, czy nie potrzebujesz ich zgody?
- Żeby ich rysować? - pyta. Kiwam głową, więc kontynuuje. - Niee. Nie
wykorzystuję ich do niczego specjalnego. To nawet nie jest mój dobry
szkicownik. Widzisz? Nie mogę usunąć z niego stron.
- Często to robisz? Rysujesz obcych?
- Pewnie - sięga palcem wskazującym po kubek z kawą. Niedaleko paznokcia
ma na nim plamę czarnego tuszu. - Żeby być w czymś dobrym, trzeba
ćwiczyć.
- A chcesz poćwiczyć na mnie? - pytam.
Róż wykwita na policzkach Josha dokładnie w chwili, w której Abe
niedbale stawia na stoliku dwa talerzyki, rosół i sernik, i zwraca się
do mnie:
- Nic innego nie mamy.
- Merci - mówię.
- De nada - Abe przewraca oczami i odchodzi.
- Z czym on ma problem? - pytam, pałaszując sernik. - OBożekochany,
jakie to dobre - bełkoczę z pełną buzią. - Chcesz kawałek?
- Yyy, nie, dzięki - Josh wygląda na speszonego. - Sprawiasz wrażenie
głodnej.
Zaczynam z radością pożerać resztę.
- Więc mieszkasz gdzieś blisko? - pyta po chwili.
Przełykam.
- Dwie minuty stąd.
- Ja też. Dziesięć minut.
Muszę wyglądać na zaskoczoną, bo wyjaśnia:
- Wiem. Dziwne, nie?
- To super - piję duszkiem rosół. - OBożekochany. To jest niewiarygodne.
Przygląda mi się w milczeniu przez kolejną minutę.
- Więc... mówiłaś poważnie? Naprawdę mógłbym cię naszkicować?
- Pewnie, byłoby super. - Koooooochamcieeeę. - Co mam zrobić?
- Nie martw się. Po prostu nie przeszkadzaj sobie.
- Ha! Narysujesz, jak jem jak koń. Nie. Jak świnia. Miałam na myśli
świnię. Świnię czy konia?
Josh potrząsa głową rozbawiony. Otwiera szkicownik na kolejnej stronie i podnosi wzrok. Wpatruje się w moje oczy. Jestem oniemiała.
Orzech.
Słowo dodaje się samo do mojej wewnętrznej "Listy faktów na temat
Josha". Czasami jego oczy wydawały mi się zielone, a czasami brązowe.
Teraz wiem dlaczego.
To orzech. Ma orzechowe oczy.
Zatapiam się w zielonobrązowej mgle. Skrobanie jego pisaka miesza się z chropawym dźwiękiem starej folkowej piosenki, która dobiega z głośników.
Ich połączenie brzmi jak tęsknota i niepokój, udręka i miłość. Na
zewnątrz rozpętuje się burza. Deszcz i wiatr przyłączają się do muzyki,
a ja nucę razem z nimi. Moja głowa puka o szybę.
Prostuję się, zaskoczona. Miska i talerz są puste.
- Jak długo tu jestem?
- Trochę - Josh się uśmiecha. - Więc. Te twoje prochy. To dobry towar,
co?
- Powiedz, że się nie śliniłam - jęczę.
- Nie. Wyglądasz na szczęśliwą.
- Jestem szczęśliwa - odpowiadam. Bo... jestem. Oczy zachodzą mi mgłą.
- Isla - szepcze. - Trzeba już iść.
Podnoszę głowę ze stolika. Kiedy ona się tam znalazła?
- Zamykają już Kismet.
- Co to jest Kismet?
- Przeznaczenie.
- Co?
- To nazwa tej kawiarni.
- Ach. OK.
Wychodzę za nim na zewnątrz, w noc. Deszcz nadal pada. Krople są duże i ciepłe. Zasłaniam głowę dłońmi, a Josh wpycha sobie szkicownik pod
koszulkę. Zerkam na jego brzuch. Mniam.
- Mniam, mniam.
- Co? - pyta zaskoczony.
- Hmm?
Uśmiech czai się w kącikach jego ust. Chcę go pocałować, po jednym
całusie w każdy kącik.
- Dobra, wariatko - potrząsa głową. - Którędy?
- Którędy dokąd?
- Do ciebie?
- Idziesz do mnie? - jestem zachwycona.
- Odprowadzam cię do domu. Już późno. I leje.
- Aha. To miło - mówię. - Jesteś miły.
Lampy uliczne odbijają się żółtym światłem w mokrym asfalcie. Wskazuję
drogę i przebiegamy na drugą stronę Amsterdam Avenue. Deszcz pada
jeszcze mocniej.
- Tam! - mówię i wbiegamy pod rusztowania ustawione na chodniku wzdłuż
budynków. Ciężkie krople uderzają w aluminiowy daszek jak kule we
flipperach.
- Isla, poczekaj!
Ale już za późno.
Rusztowanie to na ogół idealne miejsce, żeby umknąć przed brzydką
pogodą, ale czasem pręty krzyżują się i powstaje lej, w którym zbiera
się woda, która może przemoczyć człowieka do suchej nitki. No i oto
jestem przemoczona. Całkowicie. Włosy przylgnęły mi do twarzy, sukienka
do ciała, a w sandałach chlupie mi woda.
- Ha, ha - nie jestem nawet pewna, czy to prawdziwy śmiech.
- Nic ci się nie stało? - Josh schyla się i wchodzi pod rusztowania,
potem obchodzi lej i znowu wsuwa się pod rusztowanie, tuż obok mnie.
Teraz już naprawdę się śmieję. Ściskam brzuch.
- Bolą... usta... od śmiechu. Moje usta. I brzuch. I usta.
On też się śmieje, ale jest rozkojarzony. Jego oczy nagle
demonstracyjnie przesuwają się w górę na moją twarz i uświadamiam sobie,
że patrzył na coś innego. Uśmiecham się szerzej. Dziękuję bardzo, ty
perwersyjne rusztowanie.
Josh przesuwa się, widać, że czuje się niekomfortowo.
- Prawie dotarliśmy, co?
Wskazuję na rząd dwuspadowych budynków po drugiej stronie ulicy.
- Ten drugi. Z ramami okiennymi w kolorze patyny i z dachówką.
- Kiedyś je szkicowałem - jego oczy rozszerzają się, jest pod wrażeniem.
- Są przepiękne.
Mieszkanie rodziców mieści się w jednym z domów inspirowanych kulturą
flamandzką, zbudowanych pod koniec dziewiętnastego wieku. Mieszkamy w jednej z niewielu dzielnic, na tyle miłej, że mieszkańcy mogą trzymać na
schodach kwiaty i przechodnie ich nie niszczą.
- Maman2 też je lubi. Lubi ładne rzeczy. Jest Francuzką.
Dlatego chodzę do naszej szkoły - głos mi się załamuje, kiedy Josh
prowadzi mnie w kierunku wejścia z pnącymi różowymi różami nad drzwiami.
Do domu. Josh zabiera dłoń z dolnej części mojego kręgosłupa i dopiero
wtedy uzmysławiam sobie, że tam w ogóle była.
- Merci - mówię.
- Proszę bardzo.
- Dzięki - odpowiadam.
- De rien.
W powietrzu unosi się intensywny zapach skropionych deszczem róż. Wlokę
się do środka, a on czeka na chodniku, stoi jak posąg. Ciemne włosy ma
teraz mokre tak jak ja. Strumień wody spływa mu po nosie.
Jedną ręką przytrzymuje szkicownik przy piersi, pod koszulką.
- Dziękuję - powtarzam.
Podnosi głos, żebym go usłyszała przez szklane drzwi.
- Wypocznij, wariatko. Słodkich snów.
- Słodki - powtarzam za nim. - Marzenie.
Rozdział trzeci
Wszystko mi się zamazało! I kompletnie nie pamiętam, co mówiłam ani co
on mówił. No i musiał mnie odprowadzić do domu, bo wiedział, że byłam na
takim haju, że wpadłabym pod taksówkę.
Kurt Donald Cobain Bacon patrzy na mój sufit.
- Więc Josh zapłacił za twoje jedzenie.
Dopiero po chwili dociera do mnie znaczenie tych słów. Razem z najlepszym przyjacielem leżymy na moim łóżku. Jedną ręką bezwiednie
powoli sięgam w jego stronę i skręcam przód jego koszuli w ciasny supeł.
- Nie rób tego - mówi szorstko, co często mu się zdarza, chociaż wcale
nie jest niemiły.
Odsuwam rękę, która wędruje prosto do opuchniętych, pulsujących,
gorszych niż wczoraj dziąseł. I wtedy wydaję dość przerażający jęk.
- Mówiłaś, że cię obudził, a potem wyszliście z kawiarni - stwierdza
Kurt. - To oznacza, że zapłacił twój rachunek.
- Wiem. Wiem! - odpowiadam, ale i tak wyskakuję z łóżka. Chwytam
torebkę, odwracam ją do góry dnem i potrząsam nią gorączkowo.
- Nie znajdziesz go tam - mówi.
Moja ukochana książka w miękkiej oprawie o katastrofie podczas
wspinaczki na Mount Everest uderza o dywan. Wypadają też długopisy,
szminki i ćwierćdolarówki i rozsypują się po podłodze. Mój portfel.
Puste opakowanie chusteczek, okulary przeciwsłoneczne, pomięta ulotka
sklepu z bajglami. Nic. Potrząsam jeszcze mocniej. Nadal nic. Sprawdzam
portfel, chociaż wiem, że nie znajdę go tam - rachunku z kawiarni.
- A nie mówiłem? - szydzi.
- Muszę przeprosić, że zachowywałam się jak nienormalna. Muszę mu się
odwdzięczyć.
- Komu? - pyta Hattie.
Odwracam głowę i widzę, że moja młodsza siostra obserwuje mnie od progu.
Opiera się o framugę drzwi ze skrzyżowanymi ramionami, a mimo to i tak
wygląda na zbyt wysoką. Bo i taka jest. Nie dość, że doścignęła mnie
wzrostem w ubiegłym roku, to jeszcze znacznie przerosła.
- Wiem, co zrobiłaś w nocy - mówi. - Wiem, że się wymknęłaś.
- Nie wymknęłam się. Tylko wyszłam na kilka godzin.
- Ale maman i tata o tym nie wiedzą.
Nie odpowiadam, a Hattie się uśmiecha. Jest tak zadowolona z siebie jak
domowy kocur. Wiem, że nic nie powie. Przy tak cennej informacji zachowa
ją dla siebie do czasu, gdy będzie mogła się nią posłużyć. Hattie
zgarnia mój portfel z podłogi i, patrząc na mnie z góry, eksponując ten
swój głupi wzrost, upuszcza go do mojej torebki. A potem znika.
Rzucam torebką w miejsce, w którym stała, i wdrapuję się do łóżka.
Owijam obiema rękami jedną z rąk Kurta.
- Musisz ze mną pójść - proszę. - Do tej kawiarni. Dzisiaj.
Jego brwi unoszą się w znajomy kształt litery V.
- Myślisz, że może tam być stałym klientem?
- Może - nie mam powodu, żeby tak sądzić. Po prostu chcę, żeby tak było.
- Proszę. Muszę mu się wytłumaczyć.
Wzrusza ramionami.
- W takim razie znajdę Właściwą Drogę.
Kurt lubi rutynę i zawsze lubi zawczasu wiedzieć, gdzie idzie.
Obsesyjnie oznacza najlepsze trasy do każdego miejsca, do którego się
wybiera... nawet do kawiarni, która jest oddalona o kilka minut drogi.
Nazywa te trasy Właściwymi Drogami. Właściwa Droga nigdy nie obejmuje
środków komunikacji miejskiej, zatłoczonych skrzyżowań ani ulic, na
których znajdują się sklepy typu Abercrombie & Fitch, z których
uderza niemiła muzyka i/albo zapach perfum.
Kurt fascynuje się kartografią od szóstego roku życia, kiedy odkrył
Atlas Świata "The Times'a", którym podklejona była od spodu jakaś
praca plastyczna mojej starszej siostry. Księga stała się jego obsesją.
Kurt ślęczał nad jej stronicami przez lata, zapamiętując nazwy, kształty
i odległości. Kiedy byliśmy mali, kładliśmy się na podłodze w moim
pokoju i rysowaliśmy własne mapy. Te Kurta były dokładnymi,
szczegółowymi i mieszczącymi się w odpowiedniej skali mapami naszej
dzielnicy, a ja tworzyłam wyspy w kształcie Anglii z nazwami brzmiącymi
jak staroangielskie. Były tam gęste lasy i pajęczaste rzeki oraz
ośnieżone szczyty gór, które otaczałam trójkątami z rekinami i łukami z potworami morskimi. Doprowadzałam Kurta do szału, bo nie chciałam
rysować nic prawdziwego.
Znam Kurta od zawsze. Nasze mamy są przyjaciółkami - i obie są
Francuzkami mieszkającymi w Nowym Jorku - więc on... zawsze był przy
mnie. Chodziliśmy do tych samych szkół na Manhattanie, a teraz razem
chodzimy do liceum w Paryżu. Kurt jest ode mnie młodszy o trzynaście
miesięcy, więc tylko jeden rok byliśmy rozdzieleni - kiedy on był w ósmej klasie, a ja pierwszej liceum. Żadne z nas nie lubi wspominać
tamtego okresu.
Zdmuchuję pukiel jego niechlujnych blond włosów z mojej twarzy.
- Nie myślisz...
- Będziesz musiała dokończyć to zdanie.
- Chodzi o to, że... rozmawialiśmy z Joshem. Pamiętam, że czułam się
szczęśliwa. Nie sądzisz, że to możliwe, że wczoraj... nie było tylko
żenującą wpadką, ale... początkiem?
Znowu marszczy brwi.
- Początkiem czego?
Kurt nie radzi sobie z dopowiadaniem zdań. I mimo że od samego początku
wiedział, co czuję do Josha, i tak waham się, zanim wypowiadam to na
głos. Tę maleńką, migoczącą nadzieję.
- Związku. Kismet, no wiesz.
- Przeznaczenie nie istnieje - prycha lekceważąco. - Zalicz wczorajszy
wieczór do listy żenujących wpadek. Od ostatniej minęło już trochę czasu
- dodaje.
- Prawie rok - wzdycham. - Zgodnie z regułą.
Josh i ja zaliczamy dokładnie jeden znaczący kontakt na rok, przy czym
podczas żadnego z nich nie wypadłam pociągająco. W pierwszej klasie Josh
zobaczył, że czytam w kawiarni komiks Joanna Sfara. Był podekscytowany,
że spotkał kogoś, kto też interesuje się europejskimi komiksami, więc
zaczął mnie zasypywać pytaniami, ale byłam zbyt onieśmielona, żeby
odpowiedzieć. Gapiłam się tylko na niego, milcząc. Więc spojrzał na mnie
dziwnie i poszedł sobie.
W drugiej klasie nauczyciel angielskiego połączył nas w parę, żebyśmy
napisali artykuł prasowy. Tak się denerwowałam, że nie mogłam przestać
stukać długopisem, który potem wyśliznął mi się z dłoni i poleciał
prosto w czoło Josha.
Kiedy byliśmy w przedostatniej klasie, przyłapałam go, jak całował się w windzie z dziewczyną. I to nawet nie w szkole. To było w BHV, tym
olbrzymim centrum handlowym. Wymamrotałam niezrozumiałe "cześć",
poczekałam, aż drzwi się zamkną, i poszłam schodami.
- Ale - naciskam - teraz mam rozsądny powód, żeby z nim porozmawiać. Nie
sądzisz, że istnieje możliwość, że to może do czegoś doprowadzić?
- Od kiedy ludzie zachowują się rozsądnie?
- No weź - robię duże oczy, jak niewinna sarenka. - Nie mógłbyś ze mną
poudawać? Nawet przez chwilę?
- Nie widzę sensu w udawaniu.
- To był żart - wyjaśniam, bo czasami Kurtowi trzeba coś wyjaśnić.
Spogląda gniewnie, sfrustrowany.
- Odnotowano.
- Nieee wiem - wtulam się w jego bok. - To nielogiczne i nie potrafię
tego wyjaśnić, ale... myślę, że Josh będzie tam dzisiaj. Myślę, że się z nim zobaczymy.
***
- Zanim zapytasz - Kurt wpada do mojego pokoju w internacie w Paryżu,
trzy miesiące później, cudem omijając moją pustą walizkę. - Nie, nie
widziałem go.
- Wcale nie zamierzałam o to pytać - odpowiadam. Chociaż chciałam.
Gaśnie we mnie ostatnia iskierka nadziei. W ciągu wakacji gasła i gasła,
aż stała się ledwie zauważalna. Była jak duch nadziei. Ponieważ Kurt
miał rację, ludzie nie zachowują się racjonalnie. Ani przewidywalnie.
Wtedy o północy Josha nie było w kawiarni. Ani następnego wieczora. Ani
kolejnego. Zaglądałam tam codziennie o różnych porach przez dwa
tygodnie. Moje wspomnienia tamtego szczęścia rozpadły się w końcu
całkowicie, kiedy stawiłam wreszcie czoła rzeczywistości. Było tak,
jakbym wcale nie słuchała wtedy żadnej muzyki. Nie czuła żadnego deszczu
na skórze. Nie widziała żadnego Abego.
Było tak, jakby tamten wieczór nigdy się nie wydarzył.
Sprawdziłam Josha w internecie. Znalazłam jego adres mailowy w zeszłorocznym informatorze szkolnym, ale kiedy spróbowałam mu wysłać
niezobowiązujące/przyjacielskie wyjaśnienie/przeprosiny - czyli mail,
który pisałam przez cztery godziny - serwer poinformował mnie, że konto
nie było używane i zostało dezaktywowane.
Wtedy poszukałam w różnych mediach społecznościowych. Ale daleko nie
zaszłam. Nie mam w nich żadnych kont, bo zawsze wydawało mi się, że
korzystanie z takich portali to jeden wielki konkurs popularności.
Publiczny rejestr własnych niedoskonałości. Wciąż znajdowałam tylko to
samo czarno-białe zdjęcie Josha stojącego nad Sekwaną, wpatrującego się
ponuro w jakiś punkt w oddali. Przysięgam, że widziałam je już
wcześniej. Josh od wielu miesięcy używał go w sieci. Ale zakładanie
gdzieś konta tylko po to, żeby stać się jego tak zwaną znajomą, byłoby
zbyt żałosne.
Więc zrobiłam to, czego obiecałam sobie nigdy nie robić. Wyguglowałam
jego adres domowy. Fale mojego wstydu były odczuwalne nawet w sąsiednich
stanach. Ale to właśnie na tym etapie mojej drogi do stalkingu
napotkałam informację, której szukałam. Na stronie internetowej jego
ojca znalazłam zdjęcie ich rodziny wychodzącej z terminala na lotnisku w Waszyngtonie. Zdjęcie zrobiono dwa dni po spotkaniu w Kismet, a podpis
pod nim wyjaśniał, że rodzina pozostała w stolicy aż do jesieni. Senator
wyglądał na dostojnego i zadowolonego. Rebecca Wasserstein machała ręką
w kierunku aparatu, świecąc zębami w specyficznym dla polityków
uśmiechu.
A ich jedynak?
Wlókł się za nimi z opuszczoną głową i ze szkicownikiem w dłoni.
Kliknęłam na zdjęcie, żeby je powiększyć, i zauważyłam niebieską
naklejkę w kształcie Ameryki.
Jestem tam. W tamtym szkicowniku.
Nigdy nie zobaczyłam jego rysunku. Ciekawe, co o mnie ujawnił? Albo co o nim? Zastanawiałam się, czy mu się przyglądał. Zastanawiałam się nad tym
przez całe długie wakacje.
Kurt szarpie za klamkę w drzwiach, sprawiając, że wracam z powrotem do
Francji.
- Nie zamykają się. Muszą ci to naprawić.
- Im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej pozostają takie same -
mówię.
Marszczy brwi.
- To nie ma żadnego sensu. Przecież drzwi, które miałaś w zeszłym roku,
działały, jak należy.
- Nieważne - odpieram. Trzy miesiące to szmat czasu. Wszelka pewność
siebie, którą miałam podczas spotkania z Joshem, rozpadła się na
kawałeczki, a na jej miejsce powróciły stary strach i nieśmiałość. Nawet
gdyby Kurt jednak zobaczył go na korytarzu, już nie wyszłabym z pokoju,
żeby z nim porozmawiać.
Kurt napiera ciałem na drzwi, nasłuchuje ich charakterystycznego
kliknięcia, a potem wskakuje na łóżko i kładzie się obok mnie.
- Nasze drzwi powinny się zamykać automatycznie. Nie powinienem móc
tutaj wejść ot tak.
- A mimo to...
- Ciągle tu wchodzę - szczerzy się.
- Ale to dziwne, prawda? - mówię tym samym, pełnym wrażenia głosem, jaki
mam od momentu powrotu przed dwoma dniami. - Czyje to były kiedyś drzwi,
nie?
- Statystycznie nieprawdopodobne. Ale nie niemożliwe.
Mam wieloletnie doświadczenie w ignorowaniu zdolności Kurta do zabijania
zachwytu, więc jego odpowiedź mnie nie rusza. Przede wszystkim dlatego,
że mimo całych wakacji spędzonych w poczuciu rozczarowania i na
śledzenia... ja, Isla Martin, zajmuję teraz ostatnie miejsce
zamieszkania Joshui Wassersteina.
To były jego ściany. To był jego sufit. Ta tłusta plama na listwie
przypodłogowej, ta tuż nad gniazdkiem elektrycznym? Pewnie jest jego
autorstwa. Przez cały rok będę miała ten sam widok z okna na tę samą
ulicę. Będę siedziała w jego krześle, myła się pod jego prysznicem i spała w jego łóżku.
Jego łóżko.
Przeciągam palcem wzdłuż szwu narzuty. To wyhaftowana mapa Manhattanu.
Kiedy jestem na Manhattanie, mam na łóżku narzutę z wyhaftowana mapą
Paryża. Ale tu, pod tą narzutą i pod tą pościelą, znajduje się święte
miejsce, które kiedyś należało do Josha. Tutaj śnił. Chcę, żeby to coś
znaczyło.
Drzwi otwierają się z impetem.
- Mój pokój jest większy niż twój - mówi Hattie. - Tutaj jest jak w celi
więziennej.
Taaa. Będę musiała naprawić te drzwi.
- To prawda - odpowiada Kurt, ponieważ pokoje w Résidence Lambert są
wielkości szafy. - Ale ile masz współlokatorek? Dwie? Trzy?
To pierwszy rok mojej siostry w SOAP, czyli School of America w Paryżu.
Kiedy ja byłam w pierwszej klasie, nasza starsza siostra Gen była w ostatniej. Teraz ja jestem w ostatniej, a Hattie w pierwszej. Mieszka w internacie dla młodszych klas - Grivois. Uczniowie mają tam
współlokatorów, całe mnóstwo nadzoru i ciszę nocną. A w Lambert mamy
własne pokoje, jednego kierownika - résidence director - i zdecydowanie więcej wolności.
Hattie spogląda groźnie na Kurta.
- Ale przynajmniej nie będę musiała się ukrywać przed współlokatorkami.
- Nie bądź taką żmiją! - odpowiada.
W zeszłym roku, kiedy byłam w tym internacie, a on nadal mieszkał w Grivois, spał u mnie częściej niż u siebie, bo nie dogadywał się ze
współlokatorami. Ale mnie to nie przeszkadzało. Dzieliliśmy łóżko,
jeszcze zanim nauczyliśmy się mówić. I jesteśmy z Kurtem wyłącznie
przyjaciółmi. Nie ma mowy o nonsensach typu "on jest moim przyjacielem,
ale w tajemnicy jesteśmy w sobie zakochani". Związek z nim byłby jak
kazirodztwo.
Moja siostra mruży oczy.
- Wszyscy czekają w holu na obiad - ma na myśli naszych rodziców. -
Pospieszcie się - trzaska drzwiami. A one odskakują i otwierają się na
oścież, z tym, że jej już za nimi nie ma.
Zwlekam się z łóżka.
- Szkoda, że rodzice nie wysłali jej do szkoły z internatem w Belgii.
Tam też mówią po francusku.
Kurt siada.
- To żart, prawda?
Prawda. Dla rodziców ważne jest, żebyśmy z siostrami część edukacji
odebrały we Francji. Mamy podwójne obywatelstwo. Wszystkie chodziłyśmy
do szkoły podstawowej w Stanach Zjednoczonych, a do szkoły średniej
wysłano nas tutaj. O dalszej nauce możemy już jednak zdecydować same.
Gen wybrała Smith College w Massachusetts. Ja nie wiem jeszcze, gdzie
chcę zamieszkać, ale wkrótce składam dokumenty na Sorbonę, tu, w Paryżu,
i na Columbię, w Nowym Jorku.
Kurt naciąga kaptur swojej ulubionej grafitowej bluzy dresowej, chociaż
na dworze jest ciepło. Biorę klucz do pokoju i wychodzimy. Musi
przyciągnąć drzwi dwiema rękami, żeby się zamknęły.
- Naprawdę musisz o tym porozmawiać z Nate'em - wskazuje głową na
mieszkanie naszego kierownika, które znajduje się zaledwie dwa pokoje
dalej.
OK. Co oznacza, że dawny pokój Josha ma jednak jakieś wady. Jest też
usytuowany na parterze, gdzie jest głośno. Właściwie to bardzo głośno,
bo mieści się również tuż przy schodach.
- Tam jest - mówi Kurt.
Zakładam, że chodzi mu o Nate'a, podążam za jego wzrokiem i wreszcie go
dostrzegam.
To on.
Josh czeka w holu na windę. W niecałą sekundę całe lato snów na jawie i planowania, i ćwiczeń obraca się w nicość. Zamykam oczy, żeby się
uspokoić. Kręci mi się w głowie. Czuję fizyczny ból, kiedy na niego
patrzę.
- Nie mogę oddychać.
- Oczywiście, że możesz - odpowiada Kurt. - Przecież oddychasz.
Josh wygląda na samotnego.
Znaczy, jest sam, ale też... wygląda samotnie. Trzyma bawełnianą torbę
na zakupy i wpatruje się w windę, kompletnie obojętny na tłum tuż za
nim. Kurt ciągnie mnie w kierunku holu. Winda dźwięczy, drzwi się
otwierają i Josh odpycha jej staromodne drzwi, przypominające metalową
bramę. Uczniowie i ich rodzice wpychają się za nim - jest ich tam
zdecydowanie za dużo jak na tak małe pomieszczenie - a my ich mijamy, on
wzdryga się, bo został wepchnięty do kąta. Ale to tylko zwykłe
wzdrygnięcie, jedna krótka chwila, a po niej wyraz jego twarzy znów
powraca do obojętności.
Tłum przepycha się i uderza w przyciski windy, a czyjś ojciec na siłę
zamyka kratę i wtedy dzieje się coś dziwnego. Josh spogląda ponad morzem
pasażerów przez metalową klatkę. I jego oczy z nieobecnych zmieniają się
w świadome. Zauważają mnie.
Wtedy drzwi windy się zamykają.
Rozdział czwarty
Dyrektorka kończy swoją tradycyjną mowę powitalną po śniadaniu
pierwszego dnia szkoły. Razem z Kurtem stoimy na tyłach dziedzińca
pomiędzy dwoma drzewami przyciętymi tak, że wyglądają jak gigantyczne
lizaki. W powietrzu wyczuwalny jest delikatny zapach żelaza. Budynek
szkoły góruje nad nami, cały z szarego kamienia, z masywnymi drzwiami,
obrośnięty zwieszającymi się zewsząd winoroślami. Uczniowie wypełniają
cały dziedziniec.
W każdej klasie jest tutaj dwudziestu pięciu uczniów - zawsze łącznie
sto osób - i trudno tu się dostać. Trzeba mieć idealne oceny, wysoką
punktację na egzaminach i kilka listów z rekomendacjami. Przydają się
także koneksje. Gen dostała się, bo maman znała kogoś z administracji,
a ja dostałam się dzięki Gen, no i Hattie - dzięki mnie. To jak klika.
Poza tym drogo tutaj. Musisz pochodzić z bogatej rodziny, żeby się tutaj
uczyć.
Kiedy tata miał zaledwie dziewiętnaście lat, skonstruował przester
gitarowy o nazwie Cherry Bomb. Był czerwony i rewolucyjny i zmienił tatę
z syna rolnika z Nebraski w bardzo zamożnego człowieka. To jeden z najczęściej kopiowanych przesterów wszech czasów, ale muzycy i tak wolą
płacić krocie, żeby kupić oryginał. Firma taty nazywa się Martintone i chociaż on nadal dłubie przy przesterach, jako dorosły człowiek, pracuje
głównie jako inżynier w studio.
- Jeszcze jedno ogłoszenie na koniec - głos pani dyrektor jest dostojny
jak jej śnieżnobiały kok. Jest Amerykanką, ale równie dobrze mogłaby być
Francuzką.
Kurt przygląda się mapie w telefonie.
- Znalazłem lepszą drogę do Domku na drzewie.
- Naprawdę? Dopiero teraz? - przyglądam się tłumowi, poszukując Josha.
Albo zaspał, albo już zdążył się urwać. Dokładnie zaplanowałam
dzisiejszy strój, bo to pierwszy dzień od kilku miesięcy, w którym
jestem pewna, że go spotkam. Mam raczej dziewczyński styl i dzisiaj
założyłam sukienkę w kropki. Ma dość głęboki dekolt i krótki dół, dzięki
czemu wyglądam na wyższą, ale i tak dodałam do tego awangardowe paryskie
buty na obcasach, żeby nie wyglądać zbyt niewinnie czy cukierkowo. Nie
wyobrażam sobie, żeby Josh mógł się zakochać w kimś cukierkowym.
Nie żeby Josh miał kiedykolwiek się we mnie zakochać. Ale nie chciałabym
zniszczyć potencjalnej szansy. Chociaż na pewno nie mam żadnych szans.
Ale tak na wszelki wypadek, gdybym jednak miała. Chociaż nie mam.
- Ale niech on sam wam o tym opowie - mówi dyrektorka, kontynuując
zdanie, którego początku nie usłyszałam. Odsuwa się, a przed nią
wychodzi niska postać z ogoloną głową. To Nate, kierownik naszej
Résidence. Pełni tę funkcję już trzeci rok. Też jest Amerykaninem, ale
jest młody, pisze doktorat i jest znany z luźnego podejścia do zasad.
Mimo wszystko jest na tyle stanowczy, żeby trzymać nas w ryzach. To taki
typ człowieka, którego wszyscy lubią.
- Cześć - zmienia pozycję, jakby było mu niewygodnie we własnej skórze.
- Dotarło do kadry... - spogląda na dyrektorkę i zmienia narrację. -
Dotarło do mnie, że w ubiegłym roku sytuacja w Lambert nieco wymknęła
się spod kontroli. Odnoszę się, oczywiście, do zwyczaju odwiedzin w pokojach osób płci przeciwnej. Jak wiecie, mamy ścisłe zasady...
Ciało studenckie chichocze.
- Mamy twarde zasady, że panie i panowie mogą odwiedzać się w pokojach
jedynie przy otwartych drzwiach.
- Isla - Kurt jest rozdrażniony. - Nie patrzysz na mój telefon.
Potrząsam głową i szturcham go, żeby słuchał. To nie może oznaczać nic
dobrego.
- W tym roku będzie inaczej. Żeby przypomnieć wam o panujących
zasadach... - Nate pociera głowę i czeka na zakończenie rumoru. - Po
pierwsze. Jeśli w waszym pokoju przebywa osoba płci przeciwnej, wasze
drzwi muszą być otwarte. Po drugie. Osoby płci przeciwnej muszą opuścić
wasz pokój do zmroku, zgodnie z wytycznymi umieszczonymi w waszych
informatorach. A to oznacza, że, po trzecie, nie będzie żadnego
nocowania. Rozumiemy się? Konsekwencje łamania tych zasad są poważne: od
kozy przez zawieszenie po usunięcie z listy uczniów.
- Więc co, będziesz przeprowadzał kontrole w pokojach? - krzyczy Mike z ostatniej klasy.
- Tak - odpowiada Nate.
- To niezgodne z konstytucją! - krzyczy Dick, przyboczny Mike'a.
- W takim razie dobrze, że jesteśmy we Francji - Nate cofa się do grupy
zebranych wykładowców i wsuwa dłonie do kieszeni. Widać, że jest
zdenerwowany tą nową niedogodnością w jego życiu. Tłum rozchodzi się tak
nagle, jak nagłe było wystąpienie Nate'a, wszyscy narzekają, idąc na
pierwszą lekcję.
- Może nas nie będzie to dotyczyło - mówię, mając nadzieję, że przekonam
sama siebie. - Nate wie, że się tylko przyjaźnimy. A czy dla przyjaciół,
którzy w żaden sposób nie wykazują wzajemnego zainteresowania swoimi
ciałami, nie powinno być wyjątków?
Kurt zaciska usta.
- Nic nie mówił o wyjątkach.
Z powodu różnicy wieku w szkole spędzamy razem tylko lancz. Idę więc
sama na lekcję angielskiego i zajmuję miejsce przy oknie ze szkła
ołowiowego. Sala wygląda identycznie jak przed rokiem - z wykończeniami
z ciemnego drewna, czystymi białymi tablicami i krzesłami przymocowanymi
do ławek; chociaż nadal czuć w niej wakacyjną pustkę.
Gdzie jest Josh?
Professeur Cole pojawia się jak zwykle w momencie, w którym dzwoni
dzwonek. Co roku mamy tych samych nauczycieli do każdego przedmiotu.
Professeur Cole jest głośna jak na nauczyciela, ale przyjacielska i dostępna.
- Bonjour a tous - stawia na biurku kubek z kawą i rozgląda się po
klasie. - Dobrze. Żadnych nowych twarzy, więc nie trzeba nic tłumaczyć
od nowa. Ach, pardon - przerywa. - Jedna ławka jest pusta. Kogo nie
ma?
W odpowiedzi na jej pytanie skrzypią drzwi.
- Monsieur Wasserstein. Oczywiście pusta ławka należy do ciebie -
mówi, ale puszcza do niego oko, kiedy ten wślizguje się na wolne miejsce
tuż przy drzwiach.
Josh wydaje się zmęczony, ale... nawet taki wygląda dobrze. Ma na sobie
granatową koszulkę z obrazem, którego nie rozpoznaję, to z pewnością coś
ze świata alternatywnych komiksów. Dobrze na nim leży, jest lekko
obcisła; kiedy Josh sięga po swoją kopię programu zajęć, unosi mu się na
ramieniu rękaw, odsłaniając tatuaż.
Kocham jego tatuaże!
Ten to czaszka i skrzyżowane piszczele, ale namalowane w zabawny sposób,
prosty i czysty. To z pewnością jego własny projekt. Zrobił go sobie w drugiej klasie, mimo że we Francji osoby nieletnie potrzebują na to
zgody rodziców. A szczerze wątpię, żeby ją dostał. Co, choć wstyd się do
tego przyznać, w jakiś sposób sprawia, że wydaje mi się on jeszcze
bardziej seksowny. Krew pulsuje mi gorączkowo w uszach. Rozglądam się po
sali, ale inne dziewczyny wydają się niewzruszone. Dlaczego nie robi na
nich takiego wrażenia jak na mnie? Czy one go nie widzą?
Professeur Cole każe nam zestawić ławki w okrąg. Jest tutaj jedynym
nauczycielem, który zmusza nas, żebyśmy na siebie patrzyli podczas
lekcji. Znowu siadam w ławce i - nagle - zauważam, że Josh siedzi
naprzeciwko mnie.
Gwałtownie pochylam głowę. Włosy osłaniają mi twarz jak tarcza. Nigdy
nie będę w stanie porozmawiać z nim o tamtym wieczorze w Nowym Jorku.
W połowie lekcji chłopak siedzący obok niego zadaje pytanie. Pokusa jest
zbyt silna, więc korzystam z okazji, żeby znów na niego spojrzeć. Josh
natychmiast podnosi wzrok. Nasze oczy się spotykają, a przez moje
policzki rozlewa się fala gorąca. Przez resztę lekcji odwracam wzrok,
ale czuję jego obecność coraz mocniej i mocniej. Praktycznie czuję jej
nacisk na moje ciało.
Pomimo faktu, że nasz plan lekcji jest, jak dotąd, taki sam - angielski,
matematyka, WOS - jakoś udaje mi się unikać go przez cały ranek. Pomocna
jest jego umiejętność zarówno znikania pomiędzy lekcjami, jak i spóźniania się na nie. Nawet jeśli następna lekcja jest dosłownie w sali
naprzeciwko. Kiedy dzwonek obwieszcza przerwę na lancz, pocieszam się
myślą o towarzystwie Kurta. Idziemy razem tylnymi schodami, tymi
najmniej uczęszczanymi. To jest Właściwa Droga.
- Rozmawiałaś z nim? - pyta.
Wydaję westchnięcie. Długie i pozbawione nadziei.
- Nie.
- No. To całkiem do ciebie podobne.
Kurt zaczyna opowiadać o nowej uczennicy na lekcjach z programowania
komputerowego, która jest wysoka, pogodna i płynnie posługuje się
kilkoma językami - czyli jest totalnie w jego typie - ale nie mogę się
na tym skupić. Wiem, że to głupie. Wiem, że są ważniejsze rzeczy, o których mogłabym rozmyślać pierwszego dnia w szkole, na przykład o tym,
co właśnie mówi mój przyjaciel. Ale Josh podoba mi się tak bardzo, że
czuję się nieszczęśliwa.
Do tej pory nie pojawił się jeszcze w stołówce i prawdopodobnie już się
nie pojawi, bo widziałam, jak przedzierał się przez tłum w przeciwnym
kierunku. Jego przyjaciele w ubiegłym roku skończyli szkołę. Wszyscy.
Żałuję, że nie wystarczyło mi odwagi, żeby zaprosić go do naszego
stolika, ale jego przyjaciele byli zdecydowanie fajniejsi od nas.
A poza tym Josh trzyma się na uboczu. Jest niedostępny. A my nie.
W kolejce po lancz Mike Reynard, ten, który jako pierwszy krzyknął
podczas przemówienia Nate'a, udowadnia, że mam rację, uderzając swoją
tacą w kręgosłup Kurta. Miska zupy cebulowej rozlewa się na całe plecy
jego bluzy z kapturem.
Mike udaje obrzydzenie.
- Uważaj, przygłupie.
Kurt zszokowany patrzy wprost przed siebie. Kawałek bagietki pokrytej
stopionym serem gruy?re odkleja się od jego pleców i z mlaśnięciem
uderza o podłogę. Za nim bezgłośnie podąża rozmoczona cebula.
Policzki mi się czerwienią.
- Palant.
- Przepraszam, nie dosłyszałem - odpowiada Mike. Chociaż usłyszał, ale
nabija się z mojego delikatnego głosu.
Podnoszę więc głos tak, żeby usłyszał.
- Powiedziałam, że jesteś kretynem.
Uśmiecha się, odsłaniając rząd nienaturalnie ostrych zębów.
- Tak? I co zamierzasz z tym zrobić, kochanie?
Zaciskam dłoń na kompasie zawieszonym na naszyjniku. Nic. Nic z tym nie
zrobię i on to wie. Kurt wsuwa dłonie, które zaczęły się trząść, do
kieszeni w bluzie. Wiem, że jego ręce całe aż trzepoczą. A do tego
wydaje niski dźwięk, więc wsuwam rękę pod jego ramię i wyprowadzam go
stamtąd, porzucając nasze tace z jedzeniem. Udaję, że nie widzę, jak
Mike i Dave nas przedrzeźniają, oraz że nie słyszę ich kretyńskich
śmiechów.
W ciszy korytarza Kurt biegnie do męskiej łazienki. Siadam na ławce i słucham tykania złoconego zegara. Liczę kryształy w kształcie gruszek,
które zwisają z żyrandola. Stukam obcasami w marmurową podłogę. Nasza
szkoła jest okazała i ostentacyjna jak wszystko w Paryżu, ale szkoda, że
jest tutaj tak wielu okropnych, uprzywilejowanych padalców. I wiem, że
ja też jestem uprzywilejowana, ale... to co innego, kiedy znajdujesz się
na najniższym szczeblu drabiny społecznej.
Kurt wraca. Trzyma w rękach zwiniętą bluzę, mokrą od szorowania.
- Wszystko w porządku? - pytam.
Jest spokojny, ale nadal marszczy czoło.
- Teraz nie mogę jej włożyć, dopóki nie będzie czysta.
- Spoko - pomagam mu wepchnąć ją do plecaka. - Od razu po szkole.
Kolejka w stołówce zniknęła.
- Miałem wraszenie, że wrócisie - odzywa się radosny, brzuchaty szef
kuchni, wyjmując nasze tace spod lady i przesuwając je w naszym
kierunku. - Tarta s porem dla mademoiselle i un croque-monsieur dla
monsieur.
Jestem mu wdzięczna za ten gest dobroci.
- Merci, Monsieur Boutin.
- Tamten chopak jes niedobry - mówi o Mike'u. - Nie pszejmujsie się nim.
Jego troska jest jednocześnie zawstydzająca i dodająca otuchy. Odbija
nasze karty na stołówkę, a potem siadamy z Kurtem przy naszym stoliku w najdalszym kącie sali. Rozglądam się wokół. Tak jak myślałam, Josha tu
nie ma, to chyba dobrze. Ale nie ma też Hattie. A to chyba niedobrze.
Rano widziałam, że jadła un mille-feuille i - chociaż nie dziwię się,
że chciała zacząć dzień od deseru - to i tak usiłowałam ją powstrzymać.
Bałam się, że mógł być posypany zmielonymi migdałami, a ona ma alergię
na orzechy. Lecz moja siostra zawsze postępuje na przekór wszystkim,
nawet jeśli to, co robi, jest całkowicie idiotyczne i zagrażające życiu.
Nie wolno nam używać w szkole telefonów, więc po kryjomu piszę do niej:
Żyjesz?!
Nie odpisuje.
Potem dzień jest jeszcze gorszy. Na fizyce professeur Wakefield łączy
nas w pary w kolejności alfabetycznej na zajęcia laboratoryjne i to już
na cały rok. Mnie przypada Emily Middlestone, która jęczy, kiedy słyszy,
kogo ma w parze, bo ona jest popularna, a ja nie. Josh dostaje Sophie
Vernet.
Nienawidzę Sophie Vernet.
Właściwie to nigdy nawet o niej nie myślałam i wydaje się całkiem miła,
ale w tym właśnie rzecz.
Ostatnie dwie lekcje są dowolne. Chciałabym powiedzieć, że wybrałam
historię sztuki dla samej siebie, a nie dlatego, żeby mieć hipotetycznie
więcej tematów do rozmów z Joshem, ale to nieprawda. Do tego wybrałam
informatykę, bo będzie wyglądała lepiej w dokumentach niż La Vie,
czyli zajęcia, na które tak naprawdę chciałabym chodzić. La Vie znaczy
życie i na tych lekcjach uczy się podstawowych umiejętności przydatnych
na co dzień, chociaż wszyscy wiedzą, że są to jedyne lekcje w szkole, na
których można po prostu się obijać. Nie mam wątpliwości, że tam właśnie
jest teraz Josh.
Professeur Fontaine, nauczycielka informatyki, zatrzymuje się przy
mojej ławce w trakcie rozdawania uczniom pierwszej pracy domowej. Ma
spiczastą brodę i olbrzymie czoło. Wygląda jak trójkąt.
- Spotkałam dziś rano twoją siostrę.
Nie wiedziałam, że professeur Fontaine w ogóle mnie zna. Ta szkoła
jest zdecydowanie za mała.
- Ach tak?
Kiedy ktoś zaczyna mówić o Hattie, dalsza część przesłania zawsze jest
nieprzyjemna.
- Była u pielęgniarki. Bardzo źle się czuła.
Hattie! A nie mówiłam?!
Professeur Fontaine zapewnia, że moja siostra nie umierała, ale nie
chce się zgodzić, żebym przekonała się na własne oczy. Kiedy wreszcie
dzwoni ostatni dzwonek, wysyłam Kurtowi esemesa na razie i biegnę w kierunku skrzydła administracyjnego, popycham jego drewniane drzwi z ekstrawaganckimi rzeźbieniami i...
Serce przestaje mi bić.
Josh siedzi na kanapie w poczekalni. Nogi ma tak wyciągnięte, że
znajdują się właściwie pod stolikiem kawowym. Ramiona ma skrzyżowane,
ale unosi brwi - być może nieświadomie, jak na kogoś tak ostentacyjnie
niezadowolonego - na mój widok.
W odpowiedzi znowu moja twarz płonie. Czemu nie mogę mieć normalnej
skóry? Geny są takie niesprawiedliwe. Idę pospiesznie w kierunku
recepcjonistki i pytam ją po francusku o Hattie. Nie podnosząc nawet na
mnie wzroku, skinieniem ręki każe mi siąść na kanapie. Na nadgarstku
brzęczy jej z gracją bransoletka z przymocowaną do niej literką.
Nie mogę się poruszyć. Mam ściśnięty żołądek.
- Poczekaj tam - mówi, jakbym nie zrozumiała jej gestu.
Znowu wskazuje ręką, która brzęczy.
Ruszcie się, stopy. No już. Ruszcie się!
Spogląda na mnie w końcu, raczej rozdrażniona niż zaniepokojona.
Stopy odrywają mi się wreszcie od podłogi i stawiam jedną za drugą, jak
nakręcana lalka, aż wreszcie siadam na drugim brzegu kanapy. Małej
kanapy. Tak naprawdę to prawie fotel.
Josh nie jest już tak rozłożony jak wcześniej. Zmienił pozycję, kiedy
byłam do niego odwrócona plecami, i teraz pochyla się do przodu,
opierając łokcie na kolanach. Patrzy wprost na olejny obraz Joanny
d'Arc.
Ignorowanie go w tej chwili jest znacznie bardziej krępujące niż
dostrzeżenie jego obecności. Myślę, o czym mogłabym go zagadnąć, o czymś
podstawowym, ale mam zaciśnięte gardło. Jego milczenie jest
potwierdzeniem moich obaw. Że w tamtej kawiarni zachowywałam się
tragicznie oraz że jego pomoc wynikała ze współczucia, a także że sam z siebie nie zdecydowałby się na interakcję ze mną i że nigdy tego nie
zrobi...
Josh chrząka.
To chyba dobry znak. Dobry.
- Dobrze ci upłynął pierwszy dzień? - pytam.
Przez jego twarz przebiega zabawna mina. Czy to było durne pytanie? Czy
zabrzmiałam jak jego matka? Hattie ciągle oskarża mnie o zachowywanie
się jak maman.
- Bywały lepsze - kiwa głową w kierunku drzwi pani dyrektor.
- Ach - odzywam się, a potem to do mnie dociera. - Ach! Przepraszam.
Przyszłam do pielęgniarki, więc... założyłam...
- W porządku - odpowiada i brzmi, jakby naprawdę tak myślał.
Zastanawiam się, dlaczego został wezwany do jej gabinetu. Dlatego, że
nie pojawił się na jej powitalnej przemowie? Czy dlatego, że spóźniał
się na lekcje? Wydaje mi się, że karanie za takie rzeczy już pierwszego
dnia jest dość surowe. I - świetnie - teraz milczymy już ze dwadzieścia
sekund.
Powiedz. Powiedz mu. No odezwij się wreszcie!
- Słuchaj - wyrzucam z siebie. - Naprawdę wstyd mi z powodu tamtego
czerwcowego wieczoru. Przyjmowałam wtedy dużo leków i niewiele pamiętam
z tamtego dnia, ale jestem całkiem pewna, że zapłaciłeś za moje
jedzenie, więc chciałabym ci się jakoś odwdzięczyć. I przepraszam cię.
Za moje dziwaczne zachowanie. I dziękuję, że odprowadziłeś mnie do domu.
I że zapłaciłeś za mnie.
Czeka, aż skończę.
- W porządku - mówi znowu.
A ja czuję się jak głupia.
Ale Josh marszczy brwi, jakby też czuł się głupio. Drapie się po czole,
przez co w jakiś sposób udaje mu się zmierzwić swoje króciutkie włosy.
- Znaczy... nie przejmuj się tym. Nie ma się czego wstydzić. I nie
musisz mi zwracać kasy, to tylko parę dolarów.
To ten moment. Właśnie teraz. W tym momencie powinnam położyć mu rękę na
ramieniu, pochylić się i powiedzieć, że przynajmniej tyle mogę zrobić,
żeby mu się odwdzięczyć - zaprosić go na posiłek. Ale te słowa pozostają
jedynie w mojej głowie.
- Wszystko w porządku? - pyta Josh. A potem znów robi dziwną minę.
Kilka sekund zajmuje mi połapanie się, że już trzeci raz powiedział "w porządku". Jest zawstydzony, a to powoduje u mnie przypływ pewności
siebie.
- Co masz na myśli? - pytam.
- Że przyszłaś do pielęgniarki...
- Ach! Nie. Przyszłam sprawdzić, co z moją siostrą. Źle się poczuła.
Wygląda na zdezorientowanego.
- Z Genevi?ve?
Jestem zaskoczona. On pamięta Gen i wie, że jesteśmy spokrewnione. Wie
coś o mnie. Potrząsam głową.
- Chodzi o moją młodszą siostrę, Hattie. To jej pierwszy dzień w szkole.
Krzywi się.
- Aha. To ma sens.
Po raz pierwszy widzę, jak Josh uderza się w głowę. Odwrócenie ról jest
fascynujące. W jakiś sposób sprawiłam, że to on denerwuje się przeze
mnie.
- Więc... jak twoje zęby? - pyta. - Wszystko już zagojone?
Uśmiecham się, bardziej dlatego, żeby zmniejszyć jego dyskomfort niż
swój własny.
- Bez komplikacji.
- To dobrze. Miło to słyszeć.
Spoglądam w dół na dywan, niezdolna do wytrzymania jego spojrzenia.
Szkicownik. Jest tutaj. Wygląda z jego plecaka. Jest czarny i ma tę
niebieską naklejkę; to zdecydowanie ten sam szkicownik. Powinnam
poprosić, żeby pokazał mi tamten rysunek. Powinnam... po prostu otworzyć
usta i poprosić. To tylko jedno pytanie. Jedno cholerne pytanie!
- Możesz już zobaczyć się z siostrą - odzywa się recepcjonistka.
Wzdrygam się zaskoczona.
- Merci - odpowiadam. Pospiesznie wstaję i łapię swój plecak. -
Powodzenia - rzucam, a potem znów czuję się podenerwowana. Tylko
dlatego, że to on. Idę szybko w stronę gabinetu, zanim zdąży
odpowiedzieć. Drzwi do gabinetu pielęgniarki są otwarte, a Hattie
patrzy, jak wchodzę, leżąc na pokrytej papierowym prześcieradłem
leżance. Zakłada półdługie, potargane włosy za ucho, jakby
przygotowywała się do bitwy.
Ja też zakładam za ucho swoje, długie i kręcone.
- Jak się czujesz?
- Po co tu przyszłaś? - pyta oskarżycielko.
- Chciałam się upewnić, że nic ci nie jest. Możesz oddychać?
- Nie, umieram, pozostało mi tylko piętnaście minut życia. I chcę
kucyka.
Pielęgniarska wychodzi z sąsiedniego pomieszczenia. Jest niska, jak ja,
ale silniejsza i bardziej okrągła.
- Isla! Miło cię widzieć, kochanieńka. Twoja siostra nieźle nas
nastraszyła. Ale dostała zastrzyk z epinefryną i przez cały dzień
odpoczywa. Z gardła zeszła jej już opuchlizna i oddech powrócił do
normy.
- Mówiłam, że nic mi nie jest - wtrąca się Hattie.
Mam ochotę krzyczeć. Pytam spokojnie.
- Czy maman i tata wiedzą?
- Przecież są w samolocie, wracają do Nowego Jorku.
Zaciskam zęby.
- Zamierzasz do nich potem zadzwonić?
- Po co, skoro wiem, że ty to zrobisz?
Pielęgniarka wkracza do akcji.
- Szkoła powiadomi waszych rodziców wieczorem - przygląda się nam obu
niespokojnie, z pewnością zastanawiając się, jak to możliwe, że trzy
siostry tak do siebie podobne wyglądem mogą się aż tak różnić.
Wszystkie mamy taką samą bladą cerę i rude włosy, ale Gen jest ambitna,
Hattie wręcz przeciwnie, a ja... jestem tą cichą. Która nigdy nie wpada
w kłopoty.
- Wolno jej wrócić do pokoju? - pytam.
Hattie parska.
- Boże, Isla.
- No co?
- Przestań się zachowywać jak cholerna mamusia!
Jej ulubione oskarżenie uderza we mnie z niespodziewaną siłą. Jej głos
rozbrzmiewa w całym gabinecie. Mrugam oczami, żeby powstrzymać łzy,
zwracając się jednocześnie do pielęgniarki.
- Prze... przepraszam.
- Nic się nie stało - odpowiada, ale jej wzrok pozostaje ostrożny. -
Hattie, prawie skończyłam wypełniać twoje dokumenty. Za dosłownie minutę
będziesz mogła sobie pójść.
To oznacza, że ja też mogę już iść. Kieruję się więc pospiesznie do
wyjścia, z głową wciśniętą w ramiona, prosto przed siebie, mijając Josha
w poczekalni. Nie ma wątpliwości, że wszystko słyszał. Popycham
ramieniem drzwi, a wtedy on odzywa się głośno i wyraźnie:
- Twoja siostra to niezła suka, co?
Zamieram.
Moja miłość do niego właśnie wzrosła czterokrotnie.
Kiedy się odwracam, on się krzywi.
- Nie powinienem był tego mówić.
- Nie! - odpieram pospiesznie. - Znaczy, to prawda, taka właśnie jest.
Dziękuję - dodaję na wszelki wypadek.
Josh się uśmiecha. Szeroko i z ulgą, a przy okazji ujawnia rzadko
oglądaną parę dołków w policzkach. Mogłabym w nich spędzić resztę życia.
- Czy... yyy... - zaczyna. Ale chyba nie miał pytania, które chciałby
dokończyć.
Przechylam głowę na bok.
Otwierają się drzwi pani dyrektor i oboje się wzdrygamy. Ona wychyla się
z gabinetu.
- Monsieur Wasserstein. To już trzy miesiące? A mam wrażenie, jakbyś
nigdy stąd nie wyjeżdżał - mówi, ale jej głos jest spokojny, niemal
rozbawiony. - Wejdź.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki