Iskra w popiele - Paula Uzarek

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (35,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Prawdziwa miłość jest jak chleb. Potrzebuje odpowiednich składników, trochę ciepła i odrobiny magii, żeby wyrosnąć.

Jodi Picoult To, co zostało

Czekał.

Nierozpalany od lat, czuł się gotowy, choć czasem w to wątpił. Nie miał nikogo, kto sprawdziłby jego stan, czule pogłaskał po czole i powiedział, że wszystko skończy się dobrze. Nadzieja rodziła się wraz z odgłosami zabaw dziecięcych w sadzie za domem. Słyszał ich krzyki i pragnął, by wdarły się do budynku i wyswobodziły go z niedoli. Kiedy nadciągał wieczór, a śmiech i odległe dźwięki kroków cichły, wszelkie marzenia gasły; zupełnie tak jak on, wiele lat temu. Czas upływał, a on nawet nie zauważał zmian pór dnia i nocy, potem wiosny i zimy. Wszystko zlało się w jedno.

Miał już dość zimna i samotności. W kominie huczał wiatr, roztrącając resztki popiołu. Pozostałości spalania zalegały w gardle, poprzedni domownicy wynieśli się szybko, chyba w popłochu. W zbyt wielkim pośpiechu. Nie zdążyli wymieść porządnie kratownicy, a nawet domknąć drzwiczek, przez co przeciąg gwizdał nieznośnie, raz po raz stukając metalem o ramę.

Te popioły po unicestwieniu w ogniu drewnianych szczap, których esencja ulatuje z dymem, po śmierci... Te pozostałości spalania, marne resztki, to jedyne, co teraz miał, a i tego niewiele zostało.

Ten stan nie był śmiercią. To limbo, z którego nie było wyjścia.

Czekał więc na choćby jedną iskrę. Na wysuszone drewno. Na żar, który zwęgli szczapki w komorze paleniska. Nawet na ten gryzący dym, który ulatywał niegdyś z wiatrem przez długi komin, teraz niedrożny. Dusze już nie mogły swobodnie przez niego przechodzić. Z zaświatów tu ani z ziemi tam. Przepychały się czasem, jednak bezskutecznie.

Swędziały go gałązki, które opadały z gniazda kawek na samym szczycie komina. Kości i resztki jedzenia. Dokuczały skrzeki ptaków, teraz młodych. Czasem bał się, że jedno z piskląt spadnie z wysokości w sam jego brzuch. Nie powstrzymałby się przed palącym pragnieniem, by je pochłonąć. Ogniem.

Ale nawet i tego nie mógł zrobić sam. Czekał więc, aż nowa rodzina się nim zajmie. Był w końcu sercem domu, a serce stworzone jest do wybijania rytmu dla całego organizmu. Do rozgrzewania krwi. Rozbudzania magii uśpionej w murach.

Gdy już prawie stracił nadzieję, poczuł, że coś się zmieniło. Pojawiła się obecność. Nowa i niepodobna do żadnej wcześniejszej. Nie widział nikogo, poczuł lekkie muśnięcie czyichś palców na gałce zamknięcia. Skrzypnięcie drzwiczek. Panikę, gdy ten ktoś zajrzał do jego trzewi, zimnych i nieoporządzonych. Bał się, że ten człowiek sobie pójdzie, widząc, w jakim jest stanie. Cóż za wstyd!

Zaraz potem pojawiła się jeszcze większa panika. Zawód. Znowu go zostawiono. Czyjeś kroki oddaliły się... by wrócić w towarzystwie dwóch innych osób. Zdziwiła go pieczołowitość, z jaką przepychano komin. Czyżby coś miało się w końcu odmienić?!

Wymiatanie popiołów, które tak długo go dławiły, obudziło jeszcze większe zdziwienie. Błogość towarzyszyła wkładaniu w jego paszczę świeżutkich polan. Mocno żywiczne, ale po miesiącach, a może i latach, tak smaczne! Tak, tak, tak!

Na koniec poczuł niewiarygodną ulgę. Drewno zajęło się płomieniem, iskry strzeliły. Jęzory ognia oblizały go od środka, a ręka tego człowieka, którego zaczął rozpoznawać, przymknęła szczelnie drzwiczki.

Ożył.