Słowo wstępne
Jeden z moich następców na stanowisku rektora Kolegium Europy, Otto von der Gablentz, absolwent Kolegium i były ambasador Republiki Federalnej Niemiec, postanowił uczcić pięćdziesięciolecie instytucji wydaniem książki poświęconej jej historii. W przedmowie do tego dzieła napisał, używając terminu niemieckiego, że Traditionspflege (pielęgnowanie tradycji) nigdy nie było mocną stroną Kolegium i nadszedł czas, aby temu zaradzić.
Zostałem zaproszony do współpracy przy redagowaniu książki, ale odmówiłem. Kolegium Europy poświęciłem trzydzieści lat życia, z czego osiemnaście lat jako rektor (1972-1990). Całą moją energię kierowałem na realizację celów, które sobie wytyczyłem, i na przezwyciężanie piętrzących się na mojej drodze trudności. Nigdy nie miałem wolnej chwili na Traditionspflege. Ale nawet gdybym ją miał, to i tak myślenie i pisanie o przeszłości uważałbym za stratę czasu. Było to pewnie stanowisko zbyt jednostronne, bo ciągłość jest sprawą ważną w życiu jednostek, społeczności oraz instytucji. Ale nawet w roku 1999 wciąż nie mogłem przezwyciężyć niechęci do pisania o historii Kolegium. Niechęci tym większej, że wymagałoby to mówienia o moich własnych pomysłach, reformach i realizacjach. Wolałem, aby zrobili to inni.
Powstało więc bez mojego udziału duże ładnie wydane i bogato ilustrowane dzieło zbiorowe piętnastu autorów - profesorów i byłych studentów[1]. Na stronie 48 znajduje się następujący ustęp: "W czerwcu 1990 Łukaszewski przedłożył swoją dymisję Przewodniczącemu Rady Administracyjnej. Coens[2] jej nie przyjął i nalegał, aby Łukaszewski zachował stanowisko do końca swego mandatu, tzn. do lipca 1992. Łukaszewski pozostał jednak przy swoim i Kolegium zmuszone było szukać w pośpiechu nowego rektora (...). Skubiszewski, polski minister spraw zagranicznych, zaproponował mu stanowisko ambasadora w Paryżu i Łukaszewski przyjął je z radością (gladly). W ten sposób zamienił swoje skromne, ale przyjemne mieszkanie przy Hornstraat 4 na okazały pałac paryski, w którym niegdyś rezydował Talleyrand".
Ten krótki ustęp przedstawia w sposób bardzo uproszczony sytuację w rzeczywistości skomplikowaną, przykrą, niemożliwą do kompromisowego rozwiązania.
Nie pozwala też odczuć atmosfery, w jakiej odbyło się moje przejście z Brugii do Warszawy, następnie do Paryża. Zawsze wiedziałem, iż życie jest doświadczeniem dramatycznym, ale odczułem to szczególnie dotkliwie, kiedy rozstawałem się z Kolegium. Wielokrotnie myślałem o tym, aby napisać sprostowanie albo komentarz do przytoczonego wyżej cytatu. I w końcu uczynię to poniżej. Skoro jednak zdecydowałem się po latach zapełnić białe kartki czymś w rodzaju prozy pamiętnikarskiej, to pomyślałem, iż nie byłoby może od rzeczy, abym napisał nie tylko o okolicznościach mojej rezygnacji ze stanowiska rektora w Brugii, ale również o innych sprawach. Może warto przypomnieć, jak blisko pół wieku temu Polak uzyskał ważną funkcję w sieci organizacji europejskich, jak wywiązał się ze swego zadania, do jakich celów wyzyskał swoje możliwości działania, jak znalazł się następnie na czele ważnej placówki dyplomatycznej, jakie zadania sobie postawił, co osiągnął.
Może warto rzucić okiem jeszcze dalej wstecz. Kto, z wyjątkiem zawodowych historyków, wie jeszcze dzisiaj, że od wczesnej wiosny 1919 roku do czerwca roku następnego Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich znajdował się w Mińsku, że miasto miało wówczas charakter polski, a raczej polsko-żydowski, jak wiele innych miejscowości na Kresach, że wysuniętą placówką polskiej administracji tych terenów był Borysów nad Berezyną (gdzie ojciec piszącego te słowa pełnił funkcję starosty)?
A poza tym, czy nie trzeba wykorzystać tych stron, aby powiedzieć, że nigdy nie wolno tracić nadziei. Nawet wtedy, kiedy może się ona wydawać czystą utopią. Że klęska nie może oznaczać rezygnacji, lecz musi mobilizować do nowego startu. Takie słowa mogą się wydać banalnym moralizatorstwem. Ale jestem przekonany, że - banalne czy niebanalne - one właśnie wiodą człowieka, kiedy następują niespodziewane zwroty w życiu, kiedy nadchodzą nowe wyzwania, kiedy rysuje się ryzyko.
Niech wolno mi będzie dodać, że dwie trzecie życia spędziłem za granicą, że wypadło mi mówić i pisać głównie po francusku i po angielsku, ale pozostałem Polakiem, wszystkimi włóknami związanym z krajem pochodzenia, na co dzień żyjącym jego sprawami i jego rytmem. Piszę to, bo znam Polaków przywiązanych do kraju, ale takiego, jakim był przed wojną, a nie takiego, jakim jest dzisiaj, noszącego blizny wojny i okupacji, komunizmu i zależności od Moskwy, mówiącego językiem utkanym z terminów i zwrotów powstałych w ostatnich dziesięcioleciach, językiem, którego melodia się zmieniła. Znam Polaków, którzy za granicą starają się stopić z otoczeniem, pozbyć cech odróżniających ich od niego, niechętnie mówiących o swoim pochodzeniu. Znam też Polaków żyjących w kraju, ale będących w stanie swojego rodzaju emigracji psychologicznej. Bo mają dosyć opowiadań o męczeńskiej historii kraju, bo nie znoszą panujących w nim obyczajów, bo atmosfera wydaje im się duszna, bo woleliby żyć w Ameryce, w Anglii albo we Francji, ale okoliczności im na to nie pozwalają.
Nic takiego w moim przypadku. Żyję za granicą, bo w moim wieku przenosiny do Polski byłyby trzęsieniem ziemi, którego pewnie bym nie zniósł. Ale wolałbym żyć w kraju - w Warszawie, w Poznaniu, a najchętniej w Lublinie, bo miasto ma wiele uroku, a nadto czuć w nim wiatr od wschodu. Matka wpoiła mi polski patriotyzm i nauczyła mnie pacierza. I tak to zostało. Nigdy nikomu, ani w Europie, ani w Ameryce, nie dałem powodu, aby uważał mnie za kogoś innego niż Polaka. A wierność chrześcijańskiemu posłaniu jest częścią mojego osobistego credo albo mojej tożsamości. Po prostu. W dzisiejszej Europie Zachodniej, wciąż noszącej ślady "rewolucji" 1968 roku, taki profil czy taka tożsamość nie są dobrze widziane, przynajmniej w środowiskach, które dominują w mediach, kształtują opinię publiczną i odnawiają się przez kooptację. Łatwo można się narazić na zarzut wstecznictwa. Środowiska, o których mowa, nie grzeszą tolerancją. Sam trochę się dziwię, że jakoś przeżyłem, mogłem rozwijać interesującą działalność i mimo wszystko wypowiadać się publicznie. Optymizm nigdy mnie nie opuścił, więc mam nadzieję, że obecny klimat Zachodu jest zjawiskiem przejściowym, że to siedlisko wielkiej kultury i źródło wielkiego promieniowania na świat odzyska równowagę wewnętrzną i przynajmniej część dawnego znaczenia.
Europa Zachodnia i Ameryka nie są dla mnie światem obcym i trudnym do przeniknięcia. Pomogła mi znajomość języków. Rad jestem, że w młodości zrobiłem wysiłek, aby nabyć tych umiejętności. Ich wartość jest nie tylko praktyczna. Jestem przekonany, że nie ma wielkiej przesady w maksymie, iż człowiek żyje tyle razy, ile zna języków. Dzięki ich znajomości odkrywa wielkie i bogate obszary kultury. I nie można tak naprawdę poznać i rozumieć jakiegoś kraju, jeśli nie zna się jego języka, bo on stanowi odbicie jego historii, położenia, klimatu, temperamentu jego mieszkańców oraz ich obyczajów.
Skądinąd nic wyraźniej niż język nie oświetla różnic między krajami i narodami. Te różnice są znaczne i trzeba sobie życzyć, aby nie znikały. One stanowią bogactwo i urok Europy. A mądrość integracji europejskiej polega na dążeniu do tego, aby nie były źródłem konfliktów, ale pokojowej i wzajemnie korzystnej wymiany kulturowej i gospodarczej. Odmienność może niepokoić i odpychać. Ale może również ciekawić, przyciągać i generować owocną współpracę. Trzeba jedynie, aby nad większymi czy mniejszymi rozpadlinami różnic istniały mosty, a funkcję ich spełnia w wielkiej mierze znajomość języków. W świecie takim, jakim jest dzisiaj, z uczenia się obcych języków mogą się czuć - teoretycznie - zwolnieni politycy, dyplomaci i biznesmeni amerykańscy i angielscy. Ale i od nich się wymaga, aby nabywali efektywnej znajomości obcych języków. Patrząc na ekran telewizyjny, słuchałem z przyjemnością, jak sekretarz stanu John Kerry składał deklaracje i udzielał wywiadów po francusku. Wiem również z własnego doświadczenia, że ambasadorowie Jej Królewskiej Mości chętnie, a nawet z przyjemnością, prowadzą konwersację w języku Pascala i Voltaire'a.
Polacy powinni sobie przyswajać nie tylko angielski, ale również inne języki. To ważne dla kultury osobistej i perspektyw zawodowych. Niemcy, Francja, Włochy, Rosja wciąż coś znaczą w sensie politycznym, ekonomicznym i kulturowym; wciąż są i nadal będą naszymi ważnymi partnerami. Prawdziwym koszmarem wydaje mi się Europa z jednym językiem albo jednym językiem urzędowym - angielskim. Jak w Afryce i w Azji. Nie brak ludzi, którzy sobie tego życzą. W interesie "ułatwień" i "uproszczeń". Ale języki Europy to nie narzecza plemienne. One były nośnikami wielkich przełomów naukowych, filozoficznych i artystycznych. One przekazywały bezcenne posłania myśli i uczuć. Powinny nadal żyć i bez przerwy się wzbogacać.
Moja proza wspomnieniowa będzie miała w zasadzie strukturę chronologiczną, aby uniknąć nieczytelnego galimatiasu. Nie zamierzam jednak pedantycznie trzymać się tego porządku, aby nie stała się równie nieczytelną piłą. Pragnę przedłożyć Czytelnikowi opowiadanie, które będzie przypominać nie tyle starannie uregulowaną rzekę, ile strumień płynący nierównym i nieprostym łożyskiem, tu i tam rozlewający się na jedną albo na drugą stronę. Pragnę podzielić się z Nim tym, co przeżyłem, czego doświadczyłem, czego się nauczyłem i czego byłem świadkiem, z nieśmiałą nadzieją, iż może Go to zainteresować i okazać się dlań pożyteczne.