?
IRYDION
Et cuncta terrarum subacta.
LUCANUS
..... Aestant ingens
Uno in corde pudor mixtoque insania luctu,
Et Furiis agitatus amor et conscia virtus.
AENEIDOS. Lib. X
Już się ma pod koniec starożytnemu światu - wszystko, co w nim żyło, psuje się, rozprzęga i szaleje - Bogi i ludzie szaleją.
A jako Jowisz pan na niebie, tak Rzym pan na ziemi kona i szaleje. - Fatum jedno spokojne, niewzruszone, rozum nieubłagany świata, patrzy z wysoka na wiry ziemi i nieba.
Wśród zamętu wznoszę pieśń, która mi gwałtem z piersi się dobywa. - Niechaj duch zniszczenia ku pomocy mi będzie, - niech moje natchnienie kręci się i toczy się, i rozlega na wsze strony jako piorun burzy, która grzmi teraz nad wiekami przeszłości i wszelkie życie strąca do otchłani - a potem niech umiera jak on po dokonaniu dzieła. - Tam nowy świat na wschodzie! Ale mnie już nic do niego.
Gdzie postacie, które tak dumnie i wzniośle kroczyły dawniej po twoich siedmiu wzgórzach, o Rzymie? - Gdzie patrycjusze twoi z nożem ofiarnym i włócznią w ręku, z sercem pełnym tajemnic, z chmurą zgrozy na czole, ojcowie rodzin, ciemięzcy plebejanów, ukróciciele Włoch i Kartagi? Gdzie westalka wstępująca w milczeniu z ogniem świętym na schody Kapitolu?
Gdzie mówce twoi, panowie duszy tysiąców, stojący ponad falami ludu, gwarem poszeptów obwiani i burzą poklasków? - Gdzie żołnierze legionów bezsenni, ogromni, z twarzą spiekłą od słońca, ochładzaną znojem, rozjaśnianą połyskami mieczów? - Wszyscy zniknęli jedni po drugich - przeszłość ich zagarnęła i jak matka tuli do łona. - Nikt ich nie wydrze przeszłości.
Miasto nich podnoszą się nieznane dotąd kształty, ni piękne jak półbogi, ni silne jak olbrzymy tytańskich czasów; ale dziwaczne, migające złotem, z wiankami na czole, z pucharami w dłoni; a wśród kwiecia sztylety, a wśród biesiady trucizny, a w ich tańcach konwulsyjne podrzuty - niby to życie bez granic wśród pieśni i jęków, ryku hien i nawoływań gladiatorów. - Śmiech z takiej wiosny umajonej krwią i woniami spiekłych kadzideł! - Śmiech z takiego życia! - Ono przejściem tylko, ono nic nie utworzy, nic nie zostawi po sobie, prócz krzyków kilku i sławy marnego skonania!
Motłoch i cezar - oto jest Rzym cały! -
Izydo matko wiadomości i milczenia, stopy twoje zbryzgane pianą morza, okryte pyłem długiej podróży, obca mowa brzmi naokoło ciebie - i stoisz na Forum Romanum i dotąd się rozpatrzyć nie możesz, kędy sama jesteś, kędy brzegi Nilu.
Z pagórków Armenii, z nizin Chaldei, Mitra też, pan młodości i śmierci, ciągnie ku Rzymowi i już stanął w lochach Kapitolu i nożem ofiarnym potrząsa wśród głuchej nocy nad trupami ofiar.
W portykach greckich, w słodkim cieniu korynckich filarów barbarzyńskim chodem stąpa syn północy - stanie czasami i na toporze wsparty szuka błękitnymi oczyma, czy gdzie nie spotka Odyna, Boga ludów swoich.
Odyn Cymbrycki dotąd się nie zjawił - żal mu borów sosnowych i śnieżnej pościeli, i szarego nieba, i chórów Walhalli. - Ale chwil kilka jeszcze - i on puści się na pielgrzymkę do Rzymu!
Naprzód, Bogi i ludzie! - Drogi wasze się pokrzyżują od wschodu na zachód, od północy na południe. Miejsca dla was nie będzie. - Idźcie więc i kołujcie, błądźcie i wracajcie potem.
Tak zwykle przed śmiercią bywa.
Naprzód, Bogi i ludzie! - Szalejcie do woli - ostatni to szał, ostatnia to gonitwa wasza - a Fatum z was się urąga, krzyż godłem swoim wzięło i wy wszyscy wcześniej czy później padniecie przed krzyżem.
Z tego świata, co się zżyma i kona, wycisnę myśl jedną jeszcze - w niej będzie miłość moja, choć ona jest córą szaleństwa i zwiastunką zguby!
Naprzód w szał, naprzód w tan, Bogi i ludzie wokoło myśli mojej - bądźcie muzyką, co przyśpiewuje jej marzeniom - burzą, pośród której ona się przedziera jak błyskawica - bo imię jej nadam, postać nadam, i choć poczęta w Rzymie, dzień, w którym Rzym zginie, nie będzie jej ostatnim. Ona trwa, dopóki ziemia i ziemskie narody - ale za to w niebie dla niej miejsca nie ma!
Gdzież jesteś, synu zemsty - w jakiej ziemi leżą zwłoki twoje? - Duch twój pomiędzy jakimi duchami? -
Ze świata gruzów wywołałem cienie umarłych - w nocy na forum stanął senat przede mną - schylone widma, obarczone pamięcią podłości, i między nimi nie było ciebie!
Gladiator powstał z lochów cyrku i szedł na czele swoich przy świetle księżyca - przebici wszyscy - usta sine powtarzały w śnie śmierci: "Morituri te salutant, Caesar". - Ale pomiędzy nimi nie odkryłem ciebie.
Na Palatynie, na wzgórzu ruin i kwiatów, panów świata dla mnie wzruszyły się prochy - płynęli przede mną - diadema krwią zlutowane trzymało się ich czoła - każdy na czole niżej miał znak potępienia - purpura na ich barkach powiewała, a zza niej świeciły gwiazdy przez otwory wydarte sztyletami zabójców - ale i tam nie ujrzałem ciebie.
Męczenników Chrystusa słyszałem śpiewy i modły. - Dźwięki te wzlatywały z katakumb i szły prosto ku niebu - był tam głos jeden niewieści, smutniejszy, piękniejszy nad inne - znany tobie kiedyś, ale teraz sam jeden, niezwiązany z twoim.
Gdzież jesteś synu zemsty, synu pieśni mojej! Już czas zmartwychwstać, by deptać po zwłokach olbrzyma - pamiętasz - przysiągłeś. - Wyrzekłeś się wiary, nadziei, miłości, by raz tylko, raz jeden spojrzeć, a potem zanurzyć się tam, gdzie miliony. -
Godzina dobija - bo kędy miasto wieczne panowało, dziś grób szeroki, rozwarty, napełniony kośćmi i gruzem, opleciony pełzającym bluszczem i ludem. - Powstań - chodź - wzywam cię. - Ja i straszniejsza potęga jeszcze, od której cię wybawić nie zdołam, ale imię twoje oderwę od ciała twego i ono na zgubę nie pójdzie wraz z tobą!
Z dala ode mnie! - Nie dla was te dzikie manowce - w Kampanii rzymskiej zostańcie u stóp Apeninów, towarzysze moi. - Ja pójdę - ja go raz jeszcze chcę ujrzeć przed zgonem, przed śmiercią na wieki.
W tej jaskini leżącej wśród mroków przepaści, on na marmurowym łożu rozciągnięty, bez oddechu, bez sennych poruszeń, bez żadnego marzenia, czeka na przebudzenie - obiecane - straszne, i na dzień sądu bliższy dla niego, niż dla reszty świata!
Starożytne próchna świecą naokoło jak oczy sfinksów - wąż z łuską promienistą śpi od wieków przy stopach jego - rysy zasępione, spalone gorączką, sen tak długi chłodu po nich rozlać nie potrafił.
Kształty jego ciała podobne do kształtów greckiego posągu i takich już dzisiaj nie ma na tej ziemi - nogi białe jak marmur paryjski w czarnych koturnach, złożone na czarnej pościeli. - Stąd i zowąd, pod nimi, nad nimi, mchy i bluszcze się wiją.
Tunika biała na piersiach spoczywa - odłamek lampy w dłoni i miecz rdzą stoczony u boku spoczywa - a druga ręka opuszczona, martwa i palce jej skurczone, jak gdyby zasnął w rozpaczy.
On cały zawieszony leży między snem a śmiercią - między ostatnią myślą, którą pomyślał przed wiekami, a tą, która niedługo w nim się obudzi - między potępieniem całego życia, a potępieniem wieczności.
Nim powstaniesz, opowiem twe dzieje.
W Chersonesie Cymbrów, w ziemi srebrnej potoków, ojciec twój niegdyś stąpał brat za brat z królami morza, choć przybył z odległych stron, choć cudzą miał grecką mowę i twarz greckiego półboga.
Ale polubiły go niewiasty i męże, bo powieściami długie słodził noce, a we dnie pierwszy do walk i biesiady. Manowce szarego oceanu bitą drogą mu były - w połysku gwiazd niebieskich wyczytywał pogody i burze - najcięższą włócznią przerzucał najwyższe maszty i za wichrami goniąc, spokojne miał czoło.
Na lądzie róg jego dzwonił po dolinach i skałach. - Niedźwiedź nigdy mu się nie potrafi odjąć - a kiedy wrócił z łowów lub rozbicia, kładł się na mech, na paprocie, i spełniając gęste puchary, opowiadał gonitwy, zapasy, rozboje. Na dalekich wodach dom jego nabijany kością słoniową i złotem - sługi niewolniki, stojąc na progu pod lasem filarów, patrzą na morze, zasiane wyspami błyszczącymi jak gwiazdy i wyzierają jego powrotu - ale on się nie spieszy, bo polubił dźwięk trąb konchowych i śpiew kapłanek Odyna - bo młodość swoją puścił na błędy i zmienne losy, by później dokonać wielkiego zamiaru - i puchar podnosi do ust i pije zdrowie króla mężów, starego Sigurda. -
"Grimhildo, córo Sigurda, lud mój od wieków nosi kajdany i jęczy - wraz z ludem moim sto innych ludów po wszystkich brzegach mórz południowych usiadło na żwirze i płacze.
Żeby ich wyzwolić, trzeba mi twojej piersi natchnionej! Ja sam rodem jestem niewolnik, ale duchem mściciel - wrogi moje silne jak tytany - żeby ich podkopać i obalić, trzeba mi twojej piersi natchnionej! Dziewico poświęcona Odynowi, ty wejdziesz w progi moje, ty będziesz towarzyszką moich trudów, i dzieci nasze kończyć będą dzieło moje - a ono się przeciągnie w późne wieki wieków!"
Tu ojciec twój umilkł i stopniami ogarniał ją potęgą wzroku i milczenia swego. - Ona, stojąc na skale, spoziera na szarą nieskończoność morza; z rozpuszczonym włosem, z zamglonymi oczyma, bezsilna, szalona miłością. - Już Odyna pawęż jej nie zasłoni, porzuci stopy ołtarza i pójdzie z obcym na dalekie brzegi.
"Hermesie, dawniej wojowniki nasze nie śmieli spojrzeć na czoło moje. - Tyś się zjawił jak bohater zstępujący z Walhalli, tyś rzekł: "Grimhildo" - i patrz, ja muszę być niewolnicą twoją. -
Nie znam ojczyzny twojej, wrogów twoich nie znam; kraj, do którego mnie ciągniesz, nigdy we śnie nawet nie ukazał się przede mną, ale pójdę, nieszczęśliwa - zhańbiona pośród dziewic - przeklęta gniewem Odyna - tylko pozwól raz jeszcze mi zasiąść na świętym głazie i odśpiewać pieśń ostatnią!"
Amfiloch Hermes szedł za dziewicą na pokładach mchu, na warstwach granitu, przez święte bory szronem obwisłe, wśród ryku wodospadów. Sosny tłumem cisnęły się wszędzie; z ich tłumu czasem szkielet dębu się wydostanie uwieńczon jemiołą. - Wyżej niebo górskie, ołowiane - po bokach tysiąc manowców krąży i woła za sobą na puszczę - ale dziewica zna ścieżki wiodące do Boga, z którym idzie żegnać się na wieki.
Wodzowie hord, panowie gruntów, królowie morza, majtki i ich towarzysze stoją w półkolu przed posągiem Odyna i czekają na kapłankę. - Jeden tylko Sigurd z pokolenia Bogów, król wszystkich, usiadł na pniu ściętej sosny i ogromną dłonią zakrył czoło - pierś jego nadyma się pod pancerzem z łusk rybich - ale milczy i wszyscy za nim milczą - słychać tylko szum morza bijącego o skały za borem.
Grimhilda przeszła pośród nich z oczyma wlepionymi w posąg Odyna, ku któremu stąpała w groźnej powadze. - A cudzoziemiec pozostał z tyłu, wśród orszaku swoich, z założonymi rękoma na korynckiej zbroi, oparty o drzewo.
Pod wstępującym sklepieniem jaskini, na głazie tajemnicami zapisanym, usiadła i zdała się marzyć. - Bóg północnych plemion stoi nad nią, broda jego i włosy skrzepłe lodem, przyprószone śniegiem, oczy szklanne, rażące, w olbrzymiej dłoni maczuga, krwią ofiar zbroczona, a w piersi głęboka rana, którą zadał sobie, kiedy, dopełniwszy ziemskiego wcielenia, zażądał wrócić do biesiad Walhalli.
Sen jej trwał długo i teraz powoli z niego się budzi, z wolna podnosi ramiona, mówi jeszcze tłumionym głosem: "Znam cię, Panie wśród bohaterów twoich. - Duch twój czarnym strumieniem zbliża się do łona mego - huczy wkoło mnie jak potok, co rozrywa głazy. - Ja tam, gdzie wiry twoje. - Ja tam, gdzie wszechmocność gniewu twego - siła twoja moją - słuchajcie mnie wszyscy".
Odrzuciła nagle powieki sponad pałających źrenic - ręce wyrwała ku tłumowi i ręce jej drżały jak w chwili konania - w głosie jej były dźwięki zarwane z mowy bohaterów, co wstąpili na chmury i teraz wśród burzy przelatując, wołają na dzieci swoje:
"Po co biegniecie dniem i nocą, bracia moi? - Syny ludu mego, kto was pędzi z tyłu? - Kto wam kazał porzucić ziemię srebrną potoków?
Olbrzymy przykute podnieśli się z śniegów, na których leżeć mają aż do końca świata, podnieśli się na pół i bijąc łańcuchami o szczyty z lodu, w nozdrza chwytają zapach krwi z oddali. -
Czy słyszycie, jak młot Thora w pył druzgoce hełmy i puklerze, czaszki i piersi ludzkie? - Śmiech karłów rozlega się w przestrzeni - włócznia Horgebrudy zawieszona nad ziemią całą!
Kto wam podoła, o potomki moje? - Coraz dalej pędzicie ku miastu wielkiemu. - Tam czeka na was biesiada - puchary pienią się pełne krwi nieprzyjaciół. - Każdemu z was przygotowane jest miejsce. - Zasiądźcie w chwale, syny moje!" -
Głos jej upadł nagle i w szmer się zamienił - oczy szukają czegoś w świecie widzeń, który się przed nią roztacza - usta wysilają się na słowo jakieś. - To słowo powstaje, rośnie w głębinach jej duszy, jak wąż ucieka, kryje się znowu - ona darmo za nim goni, cała blada, nieszczęśliwa, mdlejąca. - Jeszcze chwila - może go wyrwie z łona, bo wzrok jej płonie, twarz nowym zajaśniała szałem:
"Miasto, miasto na siedmiu wzgórzach pali się pożarem - kruszce drogie, przejrzyste kamienie, topią się i płyną. - Ciała topią się na krew i płyną. - Zamek wielki i Bóg wielki na nim runął! - Na pomoc Odynie - umrę, jeśli nie wypowiem tajemnicy twojej - imię jego - kto mi powie imię jego?"
I opadła głowa matki twojej i zawarły się jej usta - król dotąd trzyma dłoń na twarzy, ani razu nie spojrzał na córkę i wszyscy stoją niewzruszeni, bo nikt nie śmie przystąpić do świętego głazu. -
A więc Bóg twój oniemiał i ty z nim umilkłaś na wieki - ponad twoimi ustami cisza grobowa - na czole twoim lodowatość śmierci. - Ale ten, który ci inną ojczyznę obiecał, nie opuści ciebie - ruszył się spod cieniów dębu i sam natchniony stąpa ku tobie. - Krzyk oburzenia powstał w tłumie, królowie morza włóczniami uderzyli w puklerze. - Siwe Skaldy wyrzekli przekleństwo. - Ale on już przeszedł straszną zagrodę, już nachyla się nad tobą, podaje ci rękę i rzecze:
"Przez imię Roma, imię wrogów moich i twoich wołam cię do życia, powstań Grimhildo!" - I odwrócił się i krzyknął trzy razy: "Roma" - a dziewica obudzona podniosła się, powtórzyła raz jeszcze słowo tajemnicze, powtórzyła głosem pożegnania cichym i niewieścim, i poszła za cudzoziemcem jak żona za mężem. -
To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.