Irmina - Piotr Lasota

-
Proszę czekać

*

Ten dzień był po­dob­ny do in­nych - nic nie wska­zy­wa­ło, że od­ci­śnie tak bo­le­sne pięt­no na lo­sach ży­ją­cych. Tego przed­po­łu­dnia po­now­nie od­grze­ba­no ta­jem­ni­ce daw­no za­ko­pa­ne głę­bo­ko pod zie­mią. Brzmi ba­nal­nie, być może dla­te­go praw­dzi­wie - po­dob­no pra­wie wszyst­ko jest moż­li­we. Może się nic nie wy­da­rzyć i da­lej bę­dzie­my funk­cjo­no­wać w bło­giej świa­do­mo­ści, jak to na­sze ży­cie jest pięk­nie po­ukła­da­ne. Rów­nie do­brze naj­bliż­sze go­dzi­ny mogą nie­źle na­mie­szać w tej, zda­wać by się mo­gło, prze­wi­dy­wal­nej i z ta­kim mo­zo­łem bu­do­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści. Co cie­ka­we, jed­no i dru­gie przyj­mu­jesz ze zro­zu­mie­niem, a mimo wszyst­ko za­da­jesz so­bie py­ta­nia, na któ­re nie ma od­po­wie­dzi. Przy­zwy­cza­jasz się do pew­ne­go sta­nu rze­czy - od­ruch zu­peł­nie na­tu­ral­ny, bo jaki sens mia­ło­by zmie­nia­nie cze­goś, co jest w mia­rę pew­ne i ak­cep­to­wal­ne? Dla świę­te­go spo­ko­ju moż­na coś do­dać, cze­goś ująć, a tak na­praw­dę my­ślisz, żeby zo­sta­wić wszyst­ko po sta­re­mu. Nie­zna­ne po­cią­ga, ale i nie­po­koi. Kwe­stia cha­rak­te­ru i do­świad­czeń. Do­świad­cze­nia kształ­tu­ją cha­rak­ter. Cha­rak­ter de­cy­du­je o tym, jak się od­naj­du­jesz w róż­ne­go ro­dza­ju sy­tu­acjach - nie ma mą­dre­go, któ­ry by prze­wi­dział, co prze­wa­ży. Bio­rąc pod uwa­gę, że nie eg­zy­stu­jesz na sa­mot­nej wy­spie, los nie tyl­ko cię do­pad­nie, ale i od wy­bo­ru nie uciek­niesz. Po­dob­no brak de­cy­zji jest rów­nież swe­go ro­dza­ju de­cy­zją, naj­gor­szą z moż­li­wych. Tyl­ko czy to coś zmie­nia? Gdy­bym znał przy­szłość, nie my­lić z prze­wi­dy­wa­niem, oba­wiam się, że mógł­bym zwa­rio­wać. Nie wiem, nie będę wie­dział i mimo wszyst­ko nie chcę wie­dzieć. A może ina­czej, od­wróć­my sy­tu­ację. Spy­taj ko­go­kol­wiek, czy zmie­nił­by wy­da­rze­nia z prze­szło­ści, wie­dząc już, co się sta­ło i ja­kie to mia­ło kon­se­kwen­cje, a tak­że zda­jąc so­bie spra­wę, gdzie i jaki po­peł­nił błąd. Bę­dziesz miał pro­blem przy pierw­szym i dru­gim py­ta­niu - zdzi­wisz się, na któ­re od­po­wiedź jest trud­niej­sza. Tego wio­sen­ne­go dnia zo­sta­łem wplą­ta­ny w spra­wy, któ­rych do dzi­siaj nie ogar­niam. Hi­sto­ria za­czę­ła się kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej, kie­dy koń­czy­ła się ko­lej­na świa­to­wa woj­na, co, rzecz ja­sna, nie ozna­cza, że za­pa­no­wa­ły po­kój i do­bro. Zda­wać by się mo­gło, że ta jed­na z wie­lu ludz­kich tra­ge­dii zo­sta­ła zar­chi­wi­zo­wa­na, ktoś jed­nak w do­syć wy­ra­fi­no­wa­ny spo­sób wró­cił do tego, co było.

Rozdział 1

Sie­dzia­łem na ta­ra­sie w nie­mi­ło­sier­nie wy­god­nym fo­te­lu z ba­wo­lej skó­ry i słu­cha­łem szu­mu ka­ska­dy z oczka wod­ne­go. Spe­cjal­nie kil­ka lat temu prze­nio­słem je o trzy­dzie­ści me­trów, by nie wy­cho­dząc z domu, mieć moż­li­wość wsłu­chi­wa­nia się w od­gło­sy na­tu­ry. Dwa ty­go­dnie przy­jem­nie fi­zycz­nej pra­cy, je­den dół wy­ko­pa­łem, dru­gi za­sy­pa­łem, a przy oka­zji mia­łem spo­sob­ność wy­słu­chi­wa­nia dzie­sią­tek cie­ka­wych ko­men­ta­rzy - ale było war­to. Kawa, pa­pie­ros, ma­jo­we po­łu­dnie. Co­raz bar­dziej po­do­ba­ła mi się ukwie­co­na łąka, ko­siar­ka rdze­wia­ła w drew­nia­nej szo­pie. Nad kwia­ta­mi krą­ży­ły owa­dy, ob­sta­wia­łem psz­czo­ły, a może osy? Zresz­tą ja­kie to mia­ło znacz­nie... Przy­jem­nie bu­cza­ły. Sta­ra­łem się o ni­czym nie my­śleć, a nie jest to ła­twe. Przez nie­uchwyt­ny uła­mek se­kun­dy mia­łem wra­że­nie, że być może je­stem w ta­kim sta­nie. Nic nie trwa wiecz­nie. Od­głos sa­mo­cho­du wjeż­dża­ją­ce­go na pod­jazd z kost­ki gra­ni­to­wej do­syć sku­tecz­nie spro­wa­dził mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Anna, moja żona, wra­ca­ła z po­grze­bu. Tego dnia że­gna­no na pa­ra­fial­nym cmen­ta­rzu Jó­ze­fa Ja­błoń­skie­go, wie­ko­we­go miesz­kań­ca na­szej miej­sco­wo­ści. Zna­ła zmar­łe­go i uwa­ża­ła, że po­win­na tam być; ja sta­ram się uni­kać uro­czy­sto­ści po­grze­bo­wych - przy­po­mi­na­ją o tym, co nie­unik­nio­ne. Może to swe­go ro­dza­ju bo­jaźń, a może nie­umie­jęt­ność zro­zu­mie­nia tego, co musi się wy­da­rzyć. Wy­ją­tek ro­bię dla naj­bliż­szych. Nie­ste­ty co­raz czę­ściej cmen­tarz sta­je się jed­nym z tych nie­wie­lu miejsc, gdzie spo­ty­ka­my się w ro­dzin­nym gro­nie, ewen­tu­al­nie wśród zna­jo­mych. O po­grze­bie je­ste­śmy po­wia­da­mia­ni, na inne wy­da­rze­nia - za­pra­sza­ni. Chciał­bym po­jąć i uwie­rzyć, że śmierć to nie jest ko­niec wszyst­kie­go.

Zdzi­wi­ły mnie od­gło­sy roz­mo­wy, Ania nie była sama.

- Piotr, pani Anie­la chcia­ła­by z tobą po­roz­ma­wiać.

Nie zna­łem tej ko­bie­ty, wi­dzia­łem ją kil­ka razy w Żó­ra­wi­nie. W każ­dym ra­zie była to na­sza pierw­sza roz­mo­wa i nie ostat­nia, jak się oka­za­ło.

- Dzień do­bry, pew­nie jest pan zdzi­wio­ny, że dzi­siaj i że w ogó­le tu­taj je­stem.

- Na­wet nie po­le­mi­zu­ję, ale pew­nie mia­ła pani po­wód, żeby aku­rat dzi­siaj się ze mną spo­tkać. Chy­ba że to przy­pa­dek?

Za­prze­czy­ła ru­chem gło­wy.

- Mu­sia­łam się z pa­nem spo­tkać, nie mo­głam cze­kać. Ten po­grzeb zmie­nia wszyst­ko, Jó­ze­fa już nie ma, a pew­ne ta­jem­ni­ce nie mogą być po­cho­wa­ne wraz z nim.

Mó­wi­ła szyb­ko, jak­by chcia­ła po­zbyć się drę­czą­cych ją wąt­pli­wo­ści. Oczy­wi­ście nic nie ro­zu­mia­łem z tego, co usły­sza­łem. O czym ona gada? Spoj­rza­łem na żonę, szu­ka­jąc ra­tun­ku, ale Ania spo­koj­nie, jak­by ni­g­dy nic, oznaj­mi­ła, że przy­nie­sie coś zim­ne­go do pi­cia.

- Pani Anie­lo - po­my­śla­łem, że jest to jed­no z naj­bar­dziej ab­sur­dal­nych imion, ja­ki­mi moż­na ob­da­rzyć ko­bie­tę - pro­szę spo­koj­nie po­wie­dzieć, z czym nie mo­gła pani już dłu­żej cze­kać.

- Kie­dy zmarł Ja­błoń­ski, wie­dzia­łam, że mu­szę to zro­bić. Moja mama zna­ła ro­dzi­nę pana Jó­ze­fa i ko­bie­tę, któ­ra miesz­ka­ła kie­dyś w ich domu, a wła­ści­wie to w swo­im domu.

Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki dwa ze­szy­ty, po­ło­ży­ła je na ła­wie i wy­bie­gła z ta­ra­su. Słu­cha­łem, co mówi, i pa­trzy­łem, co robi; kie­dy po­my­śla­łem, żeby co­kol­wiek po­wie­dzieć, jej już nie było. Nie za­uwa­ży­łem, kie­dy Ania sta­nę­ła za mną.

- Gdzie jest Anie­la? - usły­sza­łem py­ta­nie.

- Nie wiem. Od­le­cia­ła - od­po­wie­dzia­łem, pa­trząc na ze­szy­ty.

Nie były nowe, li­czy­ły so­bie co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt lat; sta­re przed­mio­ty, na­wet te naj­bar­dziej ba­nal­ne, po­wszech­nie uży­wa­ne de­ka­dy temu mają swój urok. Na­wet nie bra­łem pod uwa­gę, że mogą być to pu­ste kar­ki pa­pie­ru.

- Skąd tę Anie­li­cę wy­trza­snę­łaś?

- Na cmen­ta­rzu po­de­szła do mnie i py­ta­ła o cie­bie. My­śla­ła, że spo­tka cię na po­grze­bie. Była ja­kaś dziw­na.

- Nie da się ukryć, jest dziw­na. Po­ja­wia się i zni­ka. Pro­blem w tym, że jej nie znam i po­ję­cia nie mam, cze­go ona chce.

- Ale lu­dzie zna­ją cie­bie. Zro­bi­łeś się sław­ny.

Fakt, ja­kiś czas temu na­pi­sa­łem po­wieść Cena wy­bo­ru, któ­rej bo­ha­te­ra­mi byli miesz­kań­cy na­szej gmi­ny. Wy­my­ślo­na hi­sto­ria, jed­nak­że nie­któ­rzy uwa­ża­li, że nie­ko­niecz­nie jest to tyl­ko i wy­łącz­nie li­te­rac­ka fik­cja. Książ­ka na­wią­zy­wa­ła do wy­da­rzeń na Wo­ły­niu w czter­dzie­stym trze­cim roku, któ­re od­ci­snę­ły pięt­no na po­wo­jen­nych re­la­cjach pol­sko-ukra­iń­skiej ro­dzi­ny. Utkwi­ły w mej pa­mię­ci sło­wa z po­wie­ści: "(...) nie­za­go­jo­ne rany będą bo­la­ły i krwa­wi­ły, na­wet po wie­lu la­tach, kie­dy już nie ma wśród ży­wych ofiar i opraw­ców(...)". Zda­nie to nie­po­ko­ją­co za­iskrzy­ło w za­ka­mar­kach mo­jej gło­wy.

Ze­szy­ty jak ma­gnes przy­cią­ga­ły spoj­rze­nie i my­śli. Wzią­łem je do ręki, jak­bym chciał zwa­żyć, ile są war­te. Wła­ści­wie to były kart­ki spię­te zszyw­ka­mi, za­pi­sa­ne od­ręcz­nym pi­smem. Mia­łem nie­po­ko­ją­ce wra­że­nie, że spo­tka­nie z Anie­lą nie było przy­pad­ko­we, a to ozna­cza­ło, że kie­dy po­znam treść tych za­pi­sków sprzed lat, wła­du­ję się w ko­lej­ną awan­tu­rę. Nic nie mu­sia­łem, ale na­wet nie za­kła­da­łem, że tego nie zro­bię. To było tak pod­nie­ca­ją­co oczy­wi­ste. Za­pa­li­łem; jak na za­wo­ła­nie zna­la­zła się bu­tel­ka czer­wo­ne­go wy­traw­ne­go wina. Kie­li­szek bur­gun­da i pa­pie­ros pa­so­wa­ły do cie­ka­wie za­po­wia­da­ją­cej się lek­tu­ry - był­bym co naj­mniej roz­cza­ro­wa­ny, gdy­by oka­za­ło się, że jest ina­czej. Je­den bru­lion był po nie­miec­ku, dru­gi po pol­sku; ten pierw­szy odło­ży­łem, nie znam tego ję­zy­ka. Spoj­rza­łem na rów­no i wy­raź­nie od­no­to­wa­ne sło­wa. Do­brze, że kie­dyś ka­li­gra­fia była czymś po­wszech­nym, dzię­ki temu dzi­siaj moż­na było bez więk­szych pro­ble­mów za­głę­bić się w tekst. Oba­wiam się, że obec­nie na­pi­sa­nie li­stu by­ło­by nie lada wy­zwa­niem - dla więk­szo­ści z nas ta zna­na od wie­ków umie­jęt­ność po­wo­li wy­mie­ra. Pew­nie, są i tacy, któ­rzy będą prze­ko­ny­wać, że ko­rzy­sta­nie z do­bro­dziejstw po­stę­pu nie jest prze­cież grze­chem. Ale nie jest też obo­wiąz­kiem. Za­czą­łem czy­tać. Od pew­ne­go cza­su, a do­kład­nie od mo­men­tu, kie­dy zo­ba­czy­łem te ze­szy­ty, o ni­czym in­nym tak na­praw­dę nie my­śla­łem.

Na­zy­wam się Ir­mi­na Rutz, dzień po mo­ich uro­dzi­nach zmarł mój oj­ciec. Zo­sta­łam sama, mogę wy­je­chać z tego prze­klę­te­go domu, któ­ry był kie­dyś moim ro­dzin­nym, naj­bar­dziej uko­cha­nym miej­scem na zie­mi. Za kil­ka dni być może za­ła­du­ją mnie i in­nych Niem­ców do wa­go­nów, bę­dzie­my je­chać na za­chód. Tam, gdzie te­raz jest na­sze miej­sce. Mo­dlę się o to go­rą­co, cho­ciaż tyle mo­ich próśb nie zo­sta­ło wy­słu­cha­nych. Po­la­cy mó­wią, że mamy szczę­ście, bo ży­je­my i mo­że­my wy­je­chać. Ja tak nie my­ślę. Prze­kli­nam dzień, kie­dy po­sta­no­wi­łam, że zo­sta­nę w na­szym domu. Nie mia­łam wy­bo­ru, a może mia­łam, jed­nak chcia­łam być do­brą cór­ką i Niem­ką. Za­wsze to samo: ko­ściół, dzie­ci i kuch­nia, ta­kie się ro­dzi­ły­śmy i ta­ki­mi umie­ra­ły­śmy. Kil­ka mie­się­cy temu, pod­czas bom­bar­do­wa­nia Wro­cła­wia, moja mama zo­sta­ła za­bi­ta, a cięż­ko ran­ne­mu ojcu mu­sie­li am­pu­to­wać nogę. Tato nie mógł być na­wet na po­grze­bie swo­jej żony, ni­g­dy so­bie tego nie wy­ba­czył, ale prze­cież to nie była jego wina, sam mógł zgi­nąć. Mamę po­że­gna­li ci, któ­rzy mo­gli: ja, moja star­sza sio­stra oraz naj­młod­szy brat, Se­ba­stian, na­sze oczko w gło­wie. Je­den z bra­ci zgi­nął w wal­kach pod Ki­jo­wem, a naj­star­szy, Ka­rol, nie mógł przy­je­chać. Od­wie­dzał nas w Żó­ra­wi­nie pod­czas woj­ny, ni­g­dy nie mó­wił, co ro­bił dla Rze­szy. Po­wta­rzał, że to ta­jem­ni­ca i każ­dy wy­ko­nu­je za­da­nie, ja­kie mu wy­zna­czo­no. Po­dob­no żyje gdzieś pod Mo­na­chium u na­szych krew­nych w Ba­wa­rii, mam na­dzie­ję, że się jesz­cze zo­ba­czy­my. Już na­stęp­ne­go dnia po po­grze­bie mu­sie­li­śmy się roz­dzie­lić. Niem­cy ucie­ka­li, bali się żoł­nie­rzy zwy­cię­skiej Ar­mii Czer­wo­nej. Lu­dzie opo­wia­da­li strasz­ne hi­sto­rie. Prze­gra­li­śmy woj­nę, któ­rą za­czę­li­śmy, i mu­sie­li­śmy za to za­pła­cić. Wie­rzy­li­śmy w Hi­tle­ra, zwłasz­cza kie­dy zwy­cię­żał. Te­raz nas wy­rzu­ca­no z na­sze­go Va­ter­lan­du, ale oj­ciec był bar­dzo osła­bio­ny, dro­gi by nie prze­żył, zresz­tą wie­rzy­li­śmy, że tu jesz­cze wró­ci­my. Jak mo­gli­śmy zo­sta­wić nasz dom, na­szą oj­czy­znę? Naj­waż­niej­sze jed­nak było to, by prze­żyć, a tu­taj ni­cze­go nie by­li­śmy pew­ni. Star­sza sio­stra mia­ła dwo­je młod­szych dzie­ci, nie mo­gła zo­stać, za­bra­ła na­sze­go Se­ba­stia­na i z ty­sią­ca­mi ta­kich jak ona wy­ru­szy­li, byle da­lej. Oj­ciec pro­sił, że­bym ja też z nimi po­je­cha­ła. Za­pew­niał, że da so­bie radę, ale ja wie­dzia­łam, że to nie­praw­da. Zo­sta­łam. Wie­lu Niem­ców zo­sta­ło.

Nie wiem, dla­cze­go to wszyst­ko pi­szę, nie wiem, czy jest sens mó­wić o tym, co się sta­ło, kie­dy zo­sta­li­śmy sami. Tu, gdzie te­raz je­stem, w mo­jej ro­dzin­nej wsi, nie mogę li­czyć na po­moc. Je­ste­śmy Niem­ca­mi, być może za­słu­ży­li­śmy na swój los. Na­wet jak mi się uda spo­tkać z ro­dzi­ną, to nie wiem, czy będę mia­ła od­wa­gę o wszyst­kim opo­wie­dzieć. My­ślę, że moje prze­ży­cia zo­sta­ną tu­taj, gdzie wszyst­kie­go do­świad­czy­łam. Przez mo­ment jest mi lżej, kie­dy prze­le­wam na kart­kę pa­pie­ru swój los, ale po chwi­li strasz­nie boli, gdy spi­su­ję to, cze­go do­świad­czy­łam. Coś wy­rzu­cam z sie­bie, ale nie­ubła­ga­nie pew­ne ob­ra­zy i dźwię­ki wra­ca­ją. Może kie­dyś ktoś się o wszyst­kim do­wie, lu­dzie mó­wią, że spra­wie­dli­wość nie­ry­chli­wa, ale pa­mię­tli­wa.

Jak front prze­szedł da­lej na za­chód, przez ja­kiś czas było jak­by spo­koj­nie. Po­tem do Żó­ra­wi­ny za­czę­li przy­jeż­dżać Po­la­cy, nie­któ­rzy zaj­mo­wa­li pu­ste domy po Niem­cach. Naj­gor­si byli sza­brow­ni­cy: kra­dli, co się dało, pi­ja­ni cho­dzi­li po do­mach, krzyw­dzi­li ko­bie­ty, czę­sto na oczach naj­bliż­szych. Kie­dy już było wię­cej osie­dleń­ców, naj­czę­ściej za­miesz­ki­wa­li te domy, któ­re sta­ły pu­ste, zro­bi­ło się więc tro­chę bez­piecz­niej. Zda­rza­ło się rów­nież, że Po­la­cy wy­rzu­ca­li Niem­ców z ich do­mów albo ka­za­li ca­łej ro­dzi­nie miesz­kać w jed­nym po­ko­ju, a na­wet w bu­dyn­kach go­spo­dar­czych. W koń­cu przy­szli do nas, mie­li­śmy duży dom, a zo­sta­li­śmy tyl­ko we dwo­je. Była to ro­dzi­na z War­sza­wy. Od sa­me­go po­cząt­ku ba­łam się tego czło­wie­ka, miał ta­kie peł­ne nie­na­wi­ści oczy. Przy­je­chał z żoną i sy­nem. Pa­mię­tam, że chło­pak miał na imię Jó­zef, był nie­wie­le młod­szy od mo­je­go bra­cisz­ka Se­ba­stia­na. Ka­za­li nam się wy­nieść na górę, do mo­je­go ma­łe­go po­ko­ju na pod­da­szu. Pró­bo­wa­łam wy­tłu­ma­czyć, że oj­ciec nie może wcho­dzić po scho­dach, po­ka­zy­wa­łam, że nie ma nogi. Tam­ten tyl­ko spoj­rzał na mnie i wska­zał na obo­rę, da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że mogę wy­bie­rać. Tato nie wy­cho­dził ca­ły­mi dnia­mi, w jed­nym wia­drze wy­no­si­łam nie­czy­sto­ści, w dru­gim przy­no­si­łam wodę ze stud­ni. Po­ma­ga­łam, a wła­ści­wie to sama ro­bi­łam wszyst­ko wo­kół domu, na polu, w ogro­dzie. Mu­sie­li­śmy prze­cież coś jeść, by­łam trak­to­wa­na jak pa­ro­bek, ale ży­li­śmy. Mia­łam na­dzie­ję, że jesz­cze ja­koś się to wszyst­ko uło­ży, wró­cą sta­re, do­bre cza­sy. Mo­dli­łam się o to, klę­cząc przed ob­ra­zem Mat­ki Bo­skiej w sta­rej drew­nia­nej ra­mie, któ­ry tak wie­le zna­czył dla na­szej ro­dzi­ny. Był z nami za­wsze, kie­dy szu­ka­li­śmy po­mo­cy. Ten po­kój stał się moją wię­zien­ną celą, ale i na­szym schro­nie­niem.

Tak na­praw­dę to od sa­me­go po­cząt­ku oszu­ki­wa­łam samą sie­bie. Nie mo­gło być już do­brze, tak jak daw­niej, zbyt wie­le się po­zmie­nia­ło. W sy­tu­acji, w któ­rej się zna­la­złam, po­lu­bi­łam ma­łe­go Jó­ze­fa. Był taki we­so­ły, ufny, wszyst­kie dzie­ci są ta­kie same, bo nie są na­uczo­ne nie­na­wi­dzić. Po mie­sią­cu do Ja­błoń­skie­go, bo tak na­zy­wa­ła się ta ro­dzi­na, przy­je­chał jego brat. Z ich roz­mów do­my­śli­łam się, że jest ja­kimś urzęd­ni­kiem i do­stał pra­cę we Wro­cła­wiu. Po­ka­zy­wał ja­kieś pa­pie­ry. Zdzi­wi­łam się, że mówi tak do­brze po nie­miec­ku, pew­nie dla­te­go przy­je­chał na te te­re­ny. Przy sto­le sie­dzia­ła pani Ja­błoń­ska, nie od­zy­wa­ła się, za­wsze była taka mil­czą­ca i smut­na, jak­by nie­obec­na. Kie­dy chcia­łam już wra­cać na górę, ten, któ­ry przy­je­chał, po­wie­dział, że­bym się z nimi na­pi­ła. Ka­zał mi zo­stać, pić za zdro­wie go­spo­da­rzy. Chwa­lił się, ja­kie waż­ne za­da­nia mu wy­zna­czo­no we Wro­cła­wiu. Po­tem opo­wia­dał, co Niem­cy zro­bi­li w War­sza­wie. Usły­sza­łam, jak z ich domu zo­sta­ły ru­iny pod­czas bom­bar­do­wa­nia, jak zgi­nę­li ich ro­dzi­ce, cór­ka jego bra­ta. Ja­błoń­ski z żoną tyl­ko pa­trzy­li na nas, może do­my­śla­li się, o czym roz­ma­wia­my. Po chwi­li ona wy­szła za­pła­ka­na, też chcia­łam wró­cić na górę. Dziw­nie brzmia­ły ich opo­wie­ści o znisz­czo­nej War­sza­wie, prze­cież to nie była moja wina, że ich naj­bliż­si nie żyją. Byli pi­ja­ni, wie­dzia­łam, że za­raz sta­nie się coś strasz­ne­go. Te ich spoj­rze­nia, sło­wa, któ­rych nie ro­zu­mia­łam, były tak wy­mow­ne. Na­gle ten urzęd­nik zła­pał mnie za rękę, po­tem za wło­sy i za­czął mnie cią­gnąć w stro­nę ka­na­py. Pro­si­łam, żeby mnie zo­sta­wił, a on się śmiał, że mogę ojca za­wo­łać, py­tał, gdzie są moi obroń­cy. Sły­sza­łam, co ro­bio­no z nie­miec­ki­mi ko­bie­ta­mi. Tam­te­go wie­czo­ru sama tego do­świad­czy­łam. Od mie­się­cy pa­ra­li­żo­wa­ła mnie świa­do­mość, że mnie też to spo­tka. To jak­by cze­ka­nie na coś nie­uchron­ne­go, co prę­dzej czy póź­niej się sta­nie, na wy­rok, któ­ry już za­padł. Rze­czy­wi­stość oka­za­ła się strasz­niej­sza niż naj­mrocz­niej­sze my­śli. Na­wet nie krzy­cza­łam, za­mknę­łam oczy i mo­dli­łam się, żeby to już się skoń­czy­ło. Sły­sza­łam tyl­ko, jak po­wta­rzał: "gut, gut...". Le­ża­łam sku­lo­na; kie­dy od­wa­ży­łam się otwo­rzyć oczy, jego brat pa­trzył na mnie tak zim­no, nie­ru­cho­mo. Nic nie po­wie­dział, ni­cze­go nie zro­bił, ale bar­dziej prze­ra­żał niż ten, któ­ry mnie tak skrzyw­dził. Wró­ci­łam na górę, oj­ciec spał, mia­łam na­dzie­ję, że ni­cze­go nie sły­szał. Pró­bo­wa­łam w zim­nej wo­dzie zmyć wstyd i ból. Na­stęp­ne­go dnia brat Ja­błoń­skie­go wy­je­chał, ni­g­dy już go nie spo­tka­łam. Od tej nocy wszyst­ko się zmie­ni­ło. Kil­ka dni póź­niej, kie­dy by­łam w kuch­ni, Ja­błoń­ski chwy­cił mnie za wło­sy. Od­wró­ci­łam się - zno­wu tak na mnie pa­trzył. Czu­łam się jak za­szczu­te, bez­bron­ne zwie­rzę. Cią­gnął mnie za war­kocz, rzu­cił na tę samą wer­sal­kę. Kie­dy mnie krzyw­dził, nie po­zwa­lał od­wró­cić gło­wy, mu­sia­łam wi­dzieć jego oczy. Była w nich pust­ka. To nie był ostat­ni raz, trwa­ło to ty­go­dnia­mi. Wie­dzia­łam, co się sta­nie, kie­dy w domu nie bę­dzie jego żony i ma­łe­go Jó­ze­fa. Ale co mo­głam zro­bić? Gdzie ucie­kać, komu się po­skar­żyć? My­śla­łam, żeby go za­bić, sie­bie za­bić. Mo­dli­łam się, żeby oj­ciec wy­zdro­wiał, może wte­dy mój kosz­mar by się za­koń­czył, może by­ła­by szan­sa wy­je­chać z Pol­ski. W koń­cu moje mo­dli­twy zo­sta­ły speł­nio­ne, ale Opatrz­ność chy­ba jed­nak nie do koń­ca zro­zu­mia­ła moje proś­by. Pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy by­łam zno­wu upa­dla­na przez tego po­two­ra (nie li­czy­łam, któ­ry to już raz), za­uwa­ży­łam, jak oj­ciec scho­dzi po scho­dach. Jed­ną ręką trzy­mał się po­rę­czy, dru­gą opie­rał na kuli. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły, pierw­szy raz od mie­się­cy po­my­śla­łam, że ktoś może jesz­cze bar­dziej cier­pieć w tym domu niż ja. W jego oczach było tyle bólu, proś­by o wy­ba­cze­nie. Oj­ciec jak­by chciał biec na ra­tu­nek, a po­tem już tyl­ko wi­dzia­łam, jak spa­da, sły­sza­łam jego krzyk, jak jego cia­ło obi­ja się o drew­nia­ne stop­nie, jak gło­wą ude­rza o pod­ło­gę. Coś we mnie pę­kło, wy­łam jak zwie­rzę, a on... nie prze­sta­wał. Jak nie­my po­twór prze­ni­kał mnie tymi oczy­ma i było coś jesz­cze. Uśmie­chał się, kie­dy sły­szał moją roz­pacz.

Tato zła­mał dru­gą nogę, od­no­wi­ła się sta­ra rana. Już ni­g­dy nie opu­ścił na­sze­go po­ko­ju. Kie­dy mu­sia­łam scho­dzić na dół, pa­trzył na mnie. Ile w tym spoj­rze­niu było emo­cji... Wi­dzia­łam łzy w jego oczach, jak­by chciał po­wie­dzieć, że­bym nie wy­cho­dzi­ła, ale mu­sia­łam. Nie chciał jeść, nie chciał le­ka­rza, chciał umrzeć. Do­my­śla­łam się dla­cze­go. Wie­dział, że dla mnie je­dy­nym ra­tun­kiem może być jego śmierć. A Ja­błoń­ski da­lej mnie krzyw­dził, ale już na nie­go nie pa­trzy­łam, za­my­ka­łam oczy, nic nie czu­łam. Nie chcia­łam się do tego przy­znać, ale cze­ka­łam na coś, co mo­gło­by być moim wy­ba­wie­niem, strasz­li­we uczu­cie, ale to było sil­niej­sze ode mnie. Śmierć ojca mo­gła być szan­są na uciecz­kę, prze­cież inni wciąż wy­jeż­dża­li. Każ­dy dzień w tym pie­kle do­pro­wa­dzał mnie do obłę­du. Cze­ka­łam. Mie­siąc póź­niej tato zmarł. Na po­grze­bie spo­tka­łam Niem­ców, któ­rzy jesz­cze zo­sta­li. Wi­dy­wa­li­śmy się wła­ści­wie tyl­ko na cmen­ta­rzu albo w ko­ście­le. Wszy­scy mó­wi­li o jed­nym: co z nami bę­dzie? Już chy­ba nikt nie wie­rzył, że wró­cą sta­re, do­bre cza­sy. To już nie była na­sza oj­czy­zna, to już nie była na­sza woj­na. Byli tacy, co za­mie­rza­li zo­stać, prze­cze­kać naj­gor­sze, ja już tak nie my­śla­łam. Cho­dzi­ły po­gło­ski o trans­por­tach pla­no­wa­nych w naj­bliż­szych ty­go­dniach, o ni­czym in­nym nie ma­rzy­łam, chcia­łam się zna­leźć jak naj­da­lej stąd. Kie­dy ob­ser­wo­wa­łam swo­ich bliż­szych i dal­szych zna­jo­mych, wi­dzia­łam naj­czę­ściej sta­rych lu­dzi, ko­bie­ty z dzieć­mi, męż­czyzn pra­wie nie było. Zgi­nę­li albo jesz­cze nie wró­ci­li z obo­zów je­niec­kich. Wi­dzia­łam coś jesz­cze: smut­ne i po­go­dzo­ne z lo­sem oczy nie­miec­kich ko­biet. Ofia­ry czy­nów mę­żów, sy­nów, oj­ców i bra­ci. Woj­na to nie tyl­ko wal­ka o prze­trwa­nie na fron­cie. Ni­g­dy żad­na z nas nie mó­wi­ła o tym, co ją spo­tka­ło, żad­na nie po­my­śla­ła, żeby się skar­żyć gdzie­kol­wiek ko­mu­kol­wiek.

Pod ko­niec lata do­wie­dzie­li­śmy się o ko­lej­nych "gru­pach Niem­ców", jak nas okre­śla­no, za­kwa­li­fi­ko­wa­nych do wy­jaz­du. By­łam na li­ście. Ty­dzień przed tym dniem, na któ­ry tak cze­ka­łam, Ja­błoń­ski po­wie­dział, że mu­si­my udać się na po­ste­ru­nek mi­li­cji. Tłu­ma­czył, przy­naj­mniej tak zro­zu­mia­łam, że są ja­kieś urzę­do­we pa­pie­ry do pod­pi­sa­nia. Kie­dy już by­li­śmy w bu­dyn­ku, zo­sta­wił mnie w ma­łym po­ko­ju, a sam po­szedł do są­sied­nie­go. Drzwi były otwar­te, wi­dzia­łam sie­dzą­ce­go przy biur­ku męż­czy­znę w mun­du­rze z bia­ło-czer­wo­ną opa­ską na ra­mie­niu. Przy­wi­ta­li się, roz­ma­wia­li, po chwi­li do­łą­czy­ło do nich jesz­cze dwóch mi­li­cjan­tów albo żoł­nie­rzy. Przy­nie­śli al­ko­hol, chleb, kieł­ba­sę. Sta­ra­łam się na nich nie pa­trzeć, ale co­raz wy­raź­niej sły­sza­łam ich pod­nie­sio­ne gło­sy, śmie­chy. Po nie­ca­łej go­dzi­nie Ja­błoń­ski wró­cił do po­ko­ju, gdzie cze­ka­łam. Prze­szedł obok mnie, na­wet nie spoj­rzał. Za­mknął drzwi wej­ścio­we na taką dużą me­ta­lo­wą za­su­wę. To było je­dy­ne wyj­ście z tego po­ko­ju, w oknach były kra­ty. Wie­dzia­łam już, co mnie cze­ka. Naj­gor­sze, że zno­wu nic nie mo­głam zro­bić, by­łam w klat­ce. Nikt tego nie zro­zu­mie, bo nie jest w sta­nie na­wet w czę­ści wy­obra­zić so­bie tego, co prze­ży­wa­łam i co czu­łam. Za­kry­łam twarz rę­ko­ma i cze­ka­łam. Łzy spły­wa­ły mi po dło­niach, oczy mia­łam za­mknię­te. Krą­ży­li wo­kół mnie jak wy­głod­nia­łe be­stie. Ktoś mnie do­ty­kał, ktoś inny kop­nął w krze­sło, na któ­rym sie­dzia­łam. Upa­dłam na pod­ło­gę. Chcia­łam krzy­czeć, uciec. Pod­nie­śli mnie i po­ło­ży­li na biur­ku. Ktoś trzy­mał mnie za ręce, za wło­sy. Nie wiem, ile to trwa­ło, ilu ich było. Nie­bio­sa się nade mną zli­to­wa­ły, ze­mdla­łam. Kie­dy otwo­rzy­łam oczy, mia­łam wra­że­nie, jak­by ktoś do­ci­skał moją skó­rę ma­łym okrą­głym przed­mio­tem - wszę­dzie, na ca­łym cie­le. Czu­łam śli­skie, zim­ne do­tknię­cia. Krzy­cza­łam, opę­ta­na stra­chem, a oni stem­plo­wa­li mnie ta­ki­mi zwy­kły­mi urzę­do­wy­mi pie­cząt­ka­mi. Ma­cza­li je w czer­wo­nym i czar­nym tu­szu, a może w mo­jej krwi, i ro­bi­li od­ci­ski na moim cie­le. A ten po­twór pa­trzył i się śmiał. Na spra­wie­dli­wość nie mia­łam co li­czyć, bo niby kto miał­by osą­dzić i uka­rać tych lu­dzi? Chcia­łam już tyl­ko, żeby to wszyst­ko się skoń­czy­ło, że­bym mo­gła uciec da­le­ko stąd. Mo­głam w koń­cu wy­je­chać.

O kur­wa, to było na­praw­dę moc­ne. To, co prze­czy­ta­łem, do­słow­nie mnie po­wa­li­ło. Na­pi­sa­ła to dziew­czy­na, któ­rej cia­ło i umysł przez mie­sią­ce były po­twor­nie ka­le­czo­ne. Mia­ła siłę o tym po­wie­dzieć, zmie­rzyć się ze swo­ją trau­mą jesz­cze raz. To było tak oso­bi­ste i praw­dzi­we, tyl­ko dla niej zro­zu­mia­łe. Kil­ka za­pi­sa­nych stron, lek­tu­ra na dzie­sięć, dwa­dzie­ścia mi­nut. Dla niej - mrocz­na wiecz­ność w bólu ko­bie­cej sa­mot­no­ści. Wy­pi­łem dwa kie­lisz­ki wina, wy­pa­li­łem kil­ka pa­pie­ro­sów i nie chcia­ło mi się na­wet my­śleć, by­łem ca­łym sobą odrę­twia­ły, na­wet nie wiem, jak dłu­go to trwa­ło. Chcia­łem na spo­koj­nie jesz­cze raz prze­czy­tać wspo­mnie­nia Ir­mi­ny, emo­cje zo­sta­ły, ale za­czę­ły ro­dzić się też py­ta­nia. Czy to wszyst­ko, co na­pi­sa­ła ta dziew­czy­na? Zda­wać by się mo­gło, że to nie ko­niec jej wspo­mnień. Dla­cze­go jej za­pi­ski zo­sta­ły w Pol­sce, a może w ogó­le nie wy­je­cha­ła do Nie­miec? Za­kła­da­łem, że na­pi­sa­ła swo­ją hi­sto­rię po nie­miec­ku. Kto i kie­dy prze­tłu­ma­czył ją na ję­zyk pol­ski? Czy wszyst­ko, co na­pi­sa­ła, zo­sta­ło prze­tłu­ma­czo­ne? A może są to zu­peł­nie inne opo­wie­ści, a może ta po nie­miec­ku jest kon­ty­nu­acją tego, co prze­czy­ta­łem? Ser­ce wa­li­ło mi po­dej­rza­nie gło­śno, mia­łem na­dzie­ję, że znaj­dę od­po­wie­dzi na swo­je wąt­pli­wo­ści. Zer­k­ną­łem na wspo­mnie­nia, a wła­ści­wie opi­sa­ną ge­hen­nę, jaką tak ko­bie­ta prze­ży­ła kil­ka­dzie­siąt lat temu. Włą­czy­łem in­ter­net. Wstyd się przy­znać, ale li­czy­łem na ciąg dal­szy hi­sto­rii, to nie mo­gło prze­cież tak się za­koń­czyć. Po trzech go­dzi­nach po­zby­łem się złu­dzeń, wpi­sy­wa­łem po ko­lei każ­de zda­nie po nie­miec­ku w trans­la­tor. To, co prze­czy­ta­łem po pol­sku, było wier­nym tłu­ma­cze­niem tego, co kie­dyś na­pi­sa­ła ta mło­da Niem­ka.

Do­pi­ja­łem ko­lej­ną fi­li­żan­kę kawy, nie za bar­dzo wie­dząc, od cze­go za­cząć; wła­ści­wie to za­sta­na­wia­łem się, co miał­bym w ogó­le roz­po­czy­nać. Jaki jest zwią­zek hi­sto­rii sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat z dzi­siej­szym po­grze­bem Ja­błoń­skie­go? Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że ten mały Jó­zek, o któ­rym tak cie­pło się wy­ra­ża­ła Ir­mi­na, zo­stał dzi­siaj po­cho­wa­ny. Nie wie­rzy­łem w zbie­gi oko­licz­no­ści. Dla­cze­go ktoś cze­kał la­ta­mi, żeby od­grze­by­wać sta­re hi­sto­rie? Mo­głem prze­czy­tać i za­po­mnieć. Nie zna­łem Ir­mi­ny, wła­ści­wie ni­ko­go, o kim na­pi­sa­ła, na­wet z Anie­lą roz­ma­wia­łem pierw­szy raz w ży­ciu. Zda­rze­nia te mia­ły miej­sce, kie­dy mnie jesz­cze na świe­cie nie było. Jed­nak­że ktoś przy­niósł te ze­szy­ty, chciał, że­bym za­po­znał się z tym, cze­go ta mło­da Niem­ka do­świad­czy­ła. To było moc­ne, bo­la­ło po la­tach, na­wet kie­dy tyl­ko o tym czy­ta­łem. Nur­to­wa­ło mnie kil­ka py­tań. Kto i dla­cze­go za­mie­rzał wró­cić do tych po­wo­jen­nych wy­da­rzeń oraz czym so­bie "za­słu­ży­łem", że pa­mięt­nik zna­lazł się w moim domu? Z iro­nią uśmiech­ną­łem się do swo­ich my­śli, od sa­me­go po­cząt­ku wie­dzia­łem, że te­ma­tu nie od­pusz­czę. Sła­bość do hi­sto­rii, zwłasz­cza do tych, któ­re nie są ano­ni­mo­we i mają swój "mrocz­ny po­ten­cjał", oraz lata pra­cy w CBŚ tyl­ko wy­ostrzy­ły to swe­go ro­dza­ju wy­na­tu­rze­nie. Bra­ko­wa­ło mi tej ad­re­na­li­ny - jak­bym tyl­ko cze­kał, aż zno­wu coś się wy­da­rzy. Po­my­śla­łem, że ostat­nia spra­wa na­wet po­dob­nie się za­czy­na­ła. Lamp­ka na chwi­lę się za­pa­li­ła, ale szyb­ko ją zga­si­łem, na­wet nie mia­ła szans roz­bły­snąć. Skąd Anie­la mia­ła te sta­re bru­lio­ny? Jesz­cze kil­ka go­dzin temu śmierć Ja­błoń­skie­go zda­wać by się mo­gła nor­mal­ną, nie­unik­nio­ną bio­lo­gicz­nie ko­le­ją rze­czy. Te­raz nie był­bym tego taki pe­wien. Umie­ra czło­wiek, w dniu jego po­grze­bu nie­zna­na mi ko­bie­ta pod­rzu­ca ze­szy­ty ze wspo­mnie­nia­mi Niem­ki, któ­ra prze­ży­ła pie­kło. Ja­błoń­ski był praw­do­po­dob­nie ostat­nim świad­kiem tego, co jego oj­ciec wy­pra­wiał z Ir­mi­ną Rutz. Być może dziew­czy­na nie za­no­to­wa­ła wszyst­kie­go, bra­ko­wa­ło jak­by za­koń­cze­nia - co praw­da w ży­ciu nie na­pi­sa­łem ani też nie prze­czy­ta­łem żad­ne­go pa­mięt­ni­ka, ale chy­ba ina­czej one wy­glą­da­ły. Nie zdą­ży­ła, nie mo­gła prze­lać wszyst­kie­go na pa­pier? No i ja­kim cu­dem ten ta­jem­ni­czy do­ku­ment zna­lazł się u pani Anie­li? Co ona kom­bi­nu­je? Spoj­rza­łem na ze­ga­rek - tro­chę póź­no, żeby o co­kol­wiek ją za­py­tać. Nie dzi­siaj, "ju­tro też jest dzień", nie­jed­no­krot­nie sły­sza­łem to po­wie­dze­nie. Wraz z upły­wem lat co­raz czę­ściej do­ce­nia­my "mą­dro­ści ży­cio­we", któ­re kie­dyś wy­da­wa­ły się nam ba­nal­ne i nie­przy­sta­ją­ce do re­aliów współ­cze­sno­ści.

Rozdział 2

Na­stęp­ne­go dnia po­je­cha­łem do pani Ba­du­ry, bo tak mia­ła na na­zwi­sko Anie­la. Miesz­ka­ła sa­mot­nie w ma­łym po­nie­miec­kim - jak­że­by ina­czej? - domu przy uli­cy No­wo­wiej­skiej, w bli­skim są­siedz­twie na­sze­go sta­re­go ko­ścio­ła pod we­zwa­niem Świę­tej Trój­cy. Per­ła ma­nie­ry­zmu wznie­sio­na na zrę­bie daw­nej go­tyc­kiej bu­dow­li z czter­na­ste­go wie­ku. Przed stu­le­cia­mi świą­ty­nia lu­te­ra­nów. Cie­ka­wa to jest spra­wa z bu­dyn­ka­mi sa­kral­ny­mi na Dol­nym Ślą­sku. W wie­lu miej­sco­wo­ściach, na­wet tych naj­mniej­szych, znaj­do­wa­ły się dwa ko­ścio­ły, je­den ka­to­lic­ki, dru­gi pro­te­stanc­ki. Były rów­nież wio­ski, gdzie mo­dlo­no się wy­łącz­nie w ob­rząd­ku, któ­ry uzna­wa­li rzą­dzą­cy tymi zie­mia­mi. Wier­ni nie mie­li nic do ga­da­nia, wy­bo­ru ra­czej też nie. Cu­ius re­gio, eius re­li­gio. W do­bie pa­no­wa­nia Habs­bur­gów do­mi­no­wa­li ka­to­li­cy, na­to­miast po woj­nach ślą­skich zwy­cię­skie Pru­sy Ho­hen­zol­ler­nów zde­cy­do­wa­nie pre­fe­ro­wa­ły pro­te­stanc­kie do­gma­ty. Żó­ra­wi­na mia­ła szczę­ście, czy­taj: mą­drych go­spo­da­rzy i w mia­rę to­le­ran­cyj­nych pa­ra­fian, gdyż funk­cjo­no­wa­ły tu dwie świą­ty­nie. Gwo­li ści­sło­ści - ta dru­ga po­wsta­ła kil­ka wie­ków póź­niej.

Pani Anie­la przy­ci­na­ła kwia­ty wzdłuż ścież­ki wo­kół domu. Od­nio­słem wra­że­nie, że nie jest za­sko­czo­na mo­imi od­wie­dzi­na­mi, wczo­raj to ona zro­bi­ła pierw­szy ruch, ko­lej­ne na­le­ża­ły do mnie.

- Spo­dzie­wa­łam się pana wi­zy­ty, cze­go się pan na­pi­je? - Jej sło­wa tyl­ko po­twier­dzi­ły moje przy­pusz­cze­nia.

- Kawy, czar­nej, bez cu­kru, bę­dzie się nam le­piej roz­ma­wia­ło.

Mo­gła mieć oko­ło sześć­dzie­się­ciu lat, a może tro­chę wię­cej; drob­na ko­bie­ta o uro­dzie, któ­ra bar­dzo po­wo­li prze­mi­ja. Wy­da­wa­ła się spo­koj­na, jak­by po­zby­ła się nie­wy­god­ne­go cię­ża­ru, ale spod przy­ciem­nio­nych oku­la­rów rzu­ca­ła co ja­kiś czas ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Usie­dli­śmy w ogro­dzie, na drew­nia­nych ła­wach przy sto­le z gru­bych dę­bo­wych de­sek, po­go­da nas roz­piesz­cza­ła. Chwi­lę mil­cze­li­śmy, nie była to jed­nak krę­pu­ją­ca ci­sza.

- Czy­ta­ła pani?

Ski­nę­ła gło­wą. Py­ta­nie ra­czej re­to­rycz­ne, ale chcia­łem mieć pew­ność, że bę­dzie­my wie­dzieć, o czym roz­ma­wia­my. Pa­trzy­ła na mnie z uwa­gą. Lu­bię utrzy­my­wać kon­takt wzro­ko­wy z oso­bą, z któ­rą pro­wa­dzę dia­log - jed­nak moż­li­wie naj­mniej wi­docz­ny, żeby nie mę­czył. Uwia­ry­gad­nia na­sze sło­wa.

- Dla­cze­go chcia­ła pani, że­bym prze­czy­tał wspo­mnie­nia Ir­mi­ny? Czy ktoś inny po­znał losy tej mło­dej Niem­ki?

- My­ślę, że pan jest naj­bar­dziej wła­ści­wą oso­bą, zresz­tą nikt inny nie przy­szedł mi do gło­wy...

Na chwi­lę za­mil­kła i się­gnę­ła po pa­pie­ro­sy. Sam też za­pa­li­łem.

- Cie­ka­we rze­czy pani opo­wia­da, jed­nak­że chciał­bym usły­szeć od­po­wiedź na moje py­ta­nie.

Zero re­ak­cji, tyl­ko za­gad­ko­wy uśmiech na jej twa­rzy. Anie­la wi­docz­nie lu­bi­ła po­gry­wać, chy­ba że była to od­po­wied­nia mina do tyl­ko jej zna­nej gry.

- Pyta pan, czy ktoś czy­tał wspo­mnie­nia Ir­mi­ny? Może kie­dyś. Ze­szy­ty zna­la­złam po śmier­ci mo­jej mamy, pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu. Od tego mo­men­tu tyl­ko ja mo­głam się z nimi za­po­znać. Kie­dy mama zmar­ła, prze­glą­da­łam jej sta­re rze­czy, mia­ła całą wa­liz­kę róż­nych do­ku­men­tów, od­ręcz­nych za­pi­sków. Ko­bie­ty kie­dyś zbie­ra­ły prze­pi­sy ku­li­nar­ne, wzo­ry do ha­fto­wa­nia, szy­cia i ta­kie tam dam­skie cie­ka­wost­ki. Pa­no­wie z re­gu­ły ni­g­dy do nich nie za­glą­da­li. Tam je zna­la­złam i prze­czy­ta­łam tego sa­me­go dnia. Te wspo­mnie­nia to było coś strasz­ne­go, w na­szej wio­sce ta­kie po­twor­no­ści, prze­cież ja zna­łam lub mo­głam znać dzie­ci czy wnu­ków tam­tych lu­dzi. Z ni­kim o tym nie roz­ma­wia­łam, nie po­tra­fi­ła­bym o tym mó­wić. - Po­pra­wi­ła oku­la­ry. - Czy ktoś wcze­śniej oglą­dał te ze­szy­ty? Nie wiem, mama ni­g­dy nie wspo­mi­na­ła o tych pa­mięt­ni­kach.

- Za­sta­na­wia­ła się pani, w jaki spo­sób zna­la­zły się one u was w domu?

- I to nie­je­den raz, ale po­ję­cia nie mam.

- Czy to pi­sa­ła pani mama? - Po­ka­za­łem jej ze­szyt na­pi­sa­ny po pol­sku.

Mia­łem oby­dwa ze­szy­ty ze sobą, nie były moje i pani Ba­du­ra mo­gła­by za­żą­dać ich zwro­tu. Z przy­zwy­cza­ja­nia i na bli­żej nie­okre­ślo­ny wszel­ki wy­pa­dek zro­bi­łem zdję­cia każ­dej stro­ny. Za­nim od­po­wie­dzia­ła, na­po­mkną­łem, że wer­sje pol­ska i nie­miec­ka nie były pi­sa­na przez tę samą oso­bę, róż­ni­ce były wi­docz­ne. Bio­rąc pod uwa­gę, kto i o czym pi­sał, moż­na za­ło­żyć, że ję­zyk nie­miec­ki był tym pier­wot­nym.

- Cie­ka­we, ni­g­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­łam. - Po­chy­li­ła się nad kart­ka­mi. - Wy­da­je mi się, że to cha­rak­ter pi­sma mo­jej mamy, ra­czej na pew­no.

- Mo­że­my po­rów­nać. Pro­szę przy­nieść co­kol­wiek, co ona pi­sa­ła, naj­le­piej jak naj­star­sze za­pi­ski.

- No tak, był pan prze­cież po­li­cjan­tem. - Spoj­rza­ła na mnie za­in­try­go­wa­na, wsta­jąc z ławy.

Cha­rak­ter pi­sma zmie­nia się z wie­kiem. Pro­ble­my z wi­dze­niem, drże­nie rąk i tym po­dob­ne do­le­gli­wo­ści mają wpływ na to, jak pi­sze­my. Lata ro­bią swo­je i każ­de­go z nas w mniej­szym lub więk­szym stop­niu to cze­ka. To je­den z po­wo­dów, dru­gi ma już zwią­zek z nie­odzow­nym "po­stę­pem cy­wi­li­za­cyj­nym". Swe­go cza­su dużo czę­ściej ko­rzy­sta­łem z dłu­go­pi­su i kart­ki, dzi­siaj to już sa­me­go sie­bie nie po­tra­fię roz­szy­fro­wać. Po woj­nie ka­li­gra­fia przez wie­le lat była jed­nym z przed­mio­tów na­ucza­nia. Znam oso­by, u któ­rych ta umie­jęt­ność pra­wie za­ni­kła, licz­ba wtór­nych anal­fa­be­tów ro­śnie w za­stra­sza­ją­cym tem­pie. Na szczę­ście moje uża­la­nie się nad nie­odzow­ny­mi zmia­na­mi w wie­lu aspek­tach na­sze­go ży­cia prze­rwał po­wrót pani Ba­du­ry.

- Mam prze­pis mamy na cia­sto - po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

Wy­raz mo­jej twa­rzy był wy­mow­ną od­po­wie­dzią na jej sło­wa.

- Zna­la­złam sta­re za­pi­ski na tort orze­cho­wy, ni­g­dy bym nie po­my­śla­ła, że mogą się przy­dać do cze­goś in­ne­go.

Świę­tej pa­mię­ci mama Anie­li pew­nie by­ła­by tego sa­me­go zda­nia. Po­rów­na­li­śmy dwa tek­sty, wąt­pli­wo­ści nie było. Pi­sa­ła je ta sama oso­ba, gra­fo­lo­ga nie po­trze­bo­wa­łem.

- Jak pani mama mia­ła na imię?

- Pe­la­gia.

- No tak.

Do­syć cie­ka­we imio­na no­si­ły ko­bie­ty w tej ro­dzi­nie, z ko­men­ta­rza­mi się po­wstrzy­ma­łem, cho­ciaż bar­dzo mnie kor­ci­ło, żeby coś po­wie­dzieć.

- Czy zna­ła ję­zyk nie­miec­ki?

- Zde­cy­do­wa­nie. Jej ro­dzi­ce po­cho­dzi­li spod Opo­la, po woj­nie przy­by­li na te te­re­ny. Sły­sza­łam, że mama po­ma­ga­ła Niem­com w roz­mo­wach z Po­la­ka­mi, mo­gła też po­móc w tłu­ma­cze­niu Ir­mi­nie...

- Pani Anie­lo - prze­rwa­łem jej tok my­śle­nia - nie mamy po­ję­cia, kie­dy Pe­la­gia, prze­pra­szam, pani mama...

- Może pan mó­wić Pe­la­gia, mnie to nie prze­szka­dza. Lu­bię to imię, swo­je zresz­tą też.

- ...tłu­ma­czy­ła te wspo­mnie­nia. Mo­gła jej dyk­to­wać Ir­mi­na, rów­nie do­brze mo­gła to zro­bić po la­tach. Może ina­czej: czy Pe­la­gia mo­gła znać ro­dzi­nę Ir­mi­ny? Były w po­dob­nym wie­ku, mo­gły się na­wet przy­jaź­nić.

- Nie wiem. Nie py­ta­łam, czy zna­ła ro­dzi­nę Rut­zów. Może gdy­bym prze­czy­ta­ła wcze­śniej wspo­mnie­nia Ir­mi­ny... My­ślę jed­nak, że z uwa­gi na jej zna­jo­mość ję­zy­ka mia­ła kon­tak­ty z Niem­ca­mi, któ­rzy tu zo­sta­li po woj­nie, tak więc moż­li­we, że się po­zna­ły.

- Nie wiem, jak pani, ale ja od­nio­słem wra­że­nie, że wspo­mnie­nia Ir­mi­ny są jak­by nie­peł­ne. Czy to są wszyst­kie pa­miąt­ki po tej Niem­ce?

- Nie zna­la­złam żad­nych in­nych do­ku­men­tów zwią­za­nych z ro­dzi­ną Rut­zów, spraw­dzi­łam każ­dy kar­ton.

- Dla­cze­go te­raz zde­cy­do­wa­ła się pani po­ka­zać wspo­mnie­nia Ir­mi­ny? Czy ma to zwią­zek ze śmier­cią Ja­błoń­skie­go?

- Pa­nie Pio­trze, po śmier­ci Ja­błoń­skie­go przy­po­mnia­łam so­bie o tym li­ście i po­now­nie prze­czy­ta­łam, co na­pi­sa­ła Ir­mi­na. Spo­tka­ła czło­wie­ka, któ­ry stał się dla niej ucie­le­śnie­niem zła, był to jego oj­ciec. Po­my­śla­łam, że te­raz, kie­dy nie ma świad­ków tam­tych po­twor­no­ści, może war­to by­ło­by, żeby pa­mięt­ni­ki Ir­mi­ny uj­rza­ły świa­tło dzien­ne. Oni już nie żyją, tyl­ko Bo­ska spra­wie­dli­wość ich osą­dzi, ale niech lu­dzie wie­dzą, że nie wszyst­ko było ta­kie czar­no-bia­łe. Wy­da­je mi się, że by­ło­by to ży­cze­nie mo­jej mamy i tej nie­szczę­snej dziew­czy­ny.

Się­gnę­ła po ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, dużo pa­li­ła.

- Czy sły­szał pan, jak zmarł oj­ciec Jó­ze­fa? - za­py­ta­ła po chwi­li.

Po­ki­wa­łem gło­wą na boki. Przez kłę­by dymu jak zza wo­al­ki ob­ser­wo­wa­łem jej twarz. Ukrad­kiem spoj­rza­ła na mnie, niby tak od nie­chce­nia, a może chcia­ła, że­bym od­niósł ta­kie wra­że­nie?

- Mó­wio­no róż­ne rze­czy na te­mat jego śmier­ci. Spra­wa nie zo­sta­ła ni­g­dy wy­ja­śnio­na. Do dzi­siaj nie wia­do­mo, jak i dla­cze­go zmarł Adam Ja­błoń­ski. - Ści­szy­ła głos, jak­by chcia­ła pod­kre­ślić wagę swych słów.

- Dla­cze­go wspo­mi­na pani o jego śmier­ci?

- Sama nie wiem, ale może war­to się­gnąć do sta­rych hi­sto­rii. Lu­dzie mó­wią, że prę­dzej czy póź­niej czło­wiek za­pła­ci za swo­je czy­ny.

- To lu­dzie wie­dzie­li o Ir­mi­nie? Sły­sze­li, co ona prze­szła?

- Tego nie wiem, ale pew­nych spraw nie da się ukryć.

- Co pani mia­ła na my­śli, mó­wiąc, że za­pła­ci za swo­je czy­ny? Ma to zwią­zek z mło­dą Rutz?

- Nie po­wie­dzia­łam, że cho­dzi mi o Ja­błoń­skie­go. Nie tyl­ko sta­ry Ja­błoń­ski miał coś na su­mie­niu.

Mia­łem dziw­ne wra­że­nie, że od sa­me­go po­cząt­ku Anie­la chcia­ła mi to po­wie­dzieć, a pa­mięt­nik mło­dej Niem­ki był tyl­ko pre­tek­stem. Ro­bi­ła wszyst­ko, że­bym za­in­te­re­so­wał się wy­da­rze­nia­mi sprzed lat; jak­by cze­ka­ła do po­grze­bu Ja­błoń­skie­go. Na­sze spoj­rze­nia przez mo­ment się skrzy­żo­wa­ły. Wie­dzie­li­śmy, że pew­ne sy­tu­acje mają ciąg dal­szy, zda­rzeń z prze­szło­ści nie moż­na za­mieść pod dy­wan. Prze­kaz zro­zu­mia­łem, na­le­ża­ło za­głę­bić się w oko­licz­no­ści śmier­ci sta­re­go Ja­błoń­skie­go.

- Jesz­cze jed­no: gdy­by Jó­zef Ja­błoń­ski żył, to tam­te hi­sto­rie by­ły­by na­dal ta­jem­ni­cą?

Nie od­po­wie­dzia­ła, zresz­tą nie mu­sia­ła, aku­rat na to py­ta­nie zna­łem od­po­wiedź.

Rozdział 3

Jesz­cze tego sa­me­go dnia prze­glą­da­łem stro­ny in­ter­ne­to­we. Wrzu­ci­łem klu­czo­we sło­wa: "Żó­ra­wi­na, Ja­błoń­ski, śmierć". Nic. Do­da­łem: "lata sie­dem­dzie­sią­te". Zero ja­kiej­kol­wiek wzmian­ki. To było wie­ki temu - kogo poza naj­bliż­szy­mi mógł­by in­ter­we­nio­wać zgon star­sze­go pana? Nie je­stem moc­ny w te in­ter­ne­to­we kloc­ki, od­kry­wam moż­li­wo­ści kom­pu­te­ra od nie­daw­na i po­wo­li. Ze słów Ba­du­ry wy­ni­ka­ło, że śmierć Ja­błoń­skie­go mo­gła bu­dzić wąt­pli­wo­ści. Udra­ma­ty­zo­wa­łem zda­rze­nie sprzed lat - "ta­jem­ni­cza śmierć w Żó­ra­wi­nie", "nie­wy­ja­śnio­ne za­bój­stwo Ja­błoń­skie­go" i tego typu ha­sła zna­la­zły się w wy­szu­ki­war­ce. Me­dia nie na­kar­mią się nud­ny­mi fak­ta­mi - im wię­cej krwi i bólu, tym le­piej, od­bior­cy szu­ka­ją emo­cji i praw­do­po­dob­nie o to cho­dzi­ło, gdyż wy­świe­tli­ły się dwie in­for­ma­cje. Pierw­sza - wzmian­ka o czyn­no­ściach ma­ją­cych zwią­zek z wy­ja­śnie­niem śmier­ci Ada­ma Ja­błoń­skie­go, gdzie pod­kre­ślo­no, że spra­wa jest skom­pli­ko­wa­na i wy­ma­ga cza­su. Za­wsze i wszę­dzie pi­sa­no w ten spo­sób, kie­dy oko­licz­no­ści zda­rze­nia nie były zna­ne lub nie chcia­no - czy też nie moż­na było - za dużo się wy­po­wia­dać na dany te­mat. Na­to­miast dru­ga, ar­ty­kuł we wro­cław­skiej ga­ze­cie, to już były new­sy, na któ­re li­czy­łem.

Kil­ka dni temu lo­kal­ną spo­łecz­no­ścią pod­wro­cław­skiej miej­sco­wo­ści Żó­ra­wi­na wstrzą­snę­ła po­nu­ra tra­ge­dia. Ta­jem­ni­cza i okrut­na, dla więk­szo­ści zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­ła. Ofia­rą był sześć­dzie­się­cio­ośmio­let­ni Adam Ja­błoń­ski, sa­mot­nie miesz­ka­ją­cy w sta­rym domu przy uli­cy Urzęd­ni­czej. Zwło­ki ujaw­nił naj­bliż­szy są­siad zmar­łe­go. Za­nie­po­ko­ił go fakt, że od mniej wię­cej dwóch dni nie wi­dział swo­je­go przy­ja­cie­la; zna­li się od uro­dze­nia, pra­wie co­dzien­nie roz­ma­wia­li. Być może nie wszedł­by do środ­ka, gdy­by nie uja­da­ją­cy pies na po­dwó­rzu - zwie­rzę ni­g­dy tak się nie za­cho­wy­wa­ło. Jed­no jest bez­spor­ne: w ży­ciu by nie prze­kro­czył pro­gu domu, gdy­by miał naj­mniej­sze wy­obra­że­nie tego, co zo­ba­czy. Ja­błoń­ski wy­glą­dał, jak­by drze­mał w fo­te­lu, słu­cha­jąc au­dy­cji ra­dio­wej. Le­szek Nie­dziel­ski, bo tak na­zy­wał się są­siad de­na­ta, na­wet wy­łą­czył od­bior­nik, żeby go nie obu­dzić. Do­pie­ro kie­dy pod­szedł bli­żej, zdał so­bie spra­wę, że jego przy­ja­ciel za­snął na wie­ki. Z uwa­gi na do­bro śledz­twa nie mogę opi­sy­wać prze­ra­ża­ją­ce­go wy­glą­du zmar­łe­go. Nie­dziel­ski wy­biegł z po­ko­ju jak osza­la­ły, przed oczy­ma miał wi­dok, któ­ry praw­do­po­dob­nie bę­dzie go prze­śla­do­wał przez wie­le lat. Po­wyż­sze in­for­ma­cje prze­ka­za­ła mi żona nie­szczę­sne­go świad­ka. Pró­bo­wa­łem skon­tak­to­wać się z pa­nem Nie­dziel­skim - oka­za­ło się to nie­moż­li­we z uwa­gi na stan jego zdro­wia. Jest to zro­zu­mia­łe, bio­rąc pod uwa­gę, co ten czło­wiek zo­ba­czył. Na­stęp­ne­go dnia mia­łem na­dzie­ję, że po­roz­ma­wiam z pań­stwem Nie­dziel­ski­mi, jed­nak­że uni­ka­li spo­tka­nia ze mną. Nie po­tra­fię do koń­ca zro­zu­mieć ich za­cho­wa­nia, być może musi upły­nąć ja­kiś czas od tego strasz­li­we­go zda­rze­nia. Roz­mo­wy z miesz­kań­ca­mi Żu­ra­wi­ny rów­nież nie wnio­sły nic no­we­go. Nikt nic nie sły­szał, nikt nic nie wie. Jest coś ta­jem­ni­cze­go w tej hi­sto­rii. Mam na­dzie­ję, że ko­lej­ne dni da­dzą od­po­wiedź na nur­tu­ją­ce nas py­ta­nia. Dla­cze­go nie żyje miesz­ka­niec pod­wro­cław­skiej miej­sco­wo­ści? Czy to było mor­der­stwo? Co tak na­praw­dę zo­ba­czył Le­szek Nie­dziel­ski? Dla­cze­go miesz­kań­cy Żu­ra­wi­ny na­gle "na­bra­li wody w usta"? Or­ga­ny ści­ga­nia od­ma­wia­ją od­po­wie­dzi na ja­kie­kol­wiek py­ta­nia, tłu­ma­cząc się do­brem pro­wa­dzo­ne­go po­stę­po­wa­nia. Bę­dzie­my na bie­żą­co in­for­mo­wać o po­stę­pach w śledz­twie do­ty­czą­cym ta­jem­ni­czej śmier­ci sa­mot­ne­go sta­re­go czło­wie­ka.

Z na­wy­ku od­no­to­wa­łem, że jesz­cze kil­ka de­kad temu na­zwę miej­sco­wo­ści Żó­ra­wi­na pi­sa­ło się przez "u" otwar­te. "Sta­re­go" - dzi­siaj pan re­dak­tor za ta­kie sfor­mu­ło­wa­nie mu­siał­by się nie­źle tłu­ma­czyć. "Sa­mot­ne­go"? Cie­ka­we, co się sta­ło z jego sy­nem, je­dy­nym Po­la­kiem, któ­re­go po­zy­tyw­nie wspo­mi­na­ła Ir­mi­na. Te­mat za­po­wia­dał się roz­wo­jo­wo, dzien­ni­karz cie­ka­wie za­czął, aż się pro­si­ło o ko­lej­ne wzmian­ki. A tu ci­sza. Py­ta­nia, któ­re za­dał, nie do­cze­ka­ły się od­po­wie­dzi. Po­szpe­ra­łem jesz­cze w in­ter­ne­cie, lecz nie zna­la­złem już ni­cze­go wię­cej. Tyl­ko w dzien­ni­ku "Ga­ze­ta Wro­cław­ska" ktoś za­in­te­re­so­wał się śmier­cią Ja­błoń­skie­go. W in­nych ga­ze­tach jak­by nie było te­ma­tu. Ta na­gła zbio­ro­wa amne­zja osób, z któ­ry­mi roz­ma­wiał au­tor re­por­ta­żu, być może nie była czymś wy­jąt­ko­wym, jed­nak­że mo­gła bu­dzić pew­ne do­my­sły. W więk­szo­ści tego typu spraw ktoś coś wie­dział lub przy­naj­mniej był prze­ko­na­ny, że dużo wie. Lu­dzie lu­bią ga­dać, na­wet gdy nie mają nic sen­sow­ne­go do po­wie­dze­nia. Chy­ba że to był je­den z tych wy­jąt­ko­wych przy­pad­ków, kie­dy spo­ty­ka­my się z nie­pi­sa­ną zmo­wą mil­cze­nia, ale to już da­wa­ło dużo do my­śle­nia. Mała miej­sco­wość, lu­dzie się zna­ją, umie­ra czło­wiek w do­syć nie­co­dzien­nych oko­licz­no­ściach - to jest te­mat, któ­rym żyje cała wieś. Z tek­stu nie wy­ni­ka­ło, co było przy­czy­ną śmier­ci Ada­ma Ja­błoń­skie­go. To, że miej­sce zda­rze­nia wy­glą­da ma­ka­brycz­nie, nie musi ozna­czać, że do­szło do zbrod­ni. Uczest­ni­czy­łem w wie­lu czyn­no­ściach przy na­tu­ral­nych zgo­nach lub wy­pad­kach - i nie tyl­ko w nocy mia­łem kosz­ma­ry. Aż się pro­si­ło, żeby te­mat Ja­błoń­skie­go cią­gnąć przez na­stęp­ne dni, to nie są hi­sto­rie na za­mó­wie­nie - jak się tra­fią, trze­ba je mak­sy­mal­nie wy­ko­rzy­stać.

Za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go Pa­weł Po­pie­la, bo tak na­zy­wał się dzien­ni­karz "Ga­ze­ty Wro­cław­skiej", nie do­koń­czył spra­wy, któ­ra tak do­brze się za­po­wia­da­ła. My­śla­łem nad tek­stem, jed­nak­że nie­ustan­nie nur­to­wa­ło mnie jed­no py­ta­nie. Jaki jest zwią­zek ze śmier­cią mło­de­go i sta­re­go Ja­błoń­skie­go i pa­mięt­ni­kiem Ir­mi­ny, a wła­ści­wie jego ujaw­nie­niem? Ba­na­łem było stwier­dze­nie, że pew­ne hi­sto­rie ni­g­dy tak na­praw­dę się nie koń­czą, do­pó­ki żyją lu­dzie, któ­rzy je kreu­ją czy też ich do­świad­czy­li. Być może praw­da nie mo­gła zo­stać ujaw­nio­na, po­nie­waż osta­li się ostat­ni świad­ko­wie. Rów­nie do­brze po­wo­dów mo­gło być dużo wię­cej, choć dzi­siaj by­ło­by to już tyl­ko wró­że­nie z fu­sów kawy. Za­po­wia­da­ło się cie­ka­wie, ko­lej­ny raz było mi dane zmie­rzyć się z prze­szło­ścią, któ­ra wciąż była obec­na. Pani Anie­la do­brze wie­dzia­ła, do kogo przyjść.

Roz­mo­wa z Po­pie­lą była nie­odzow­na, mu­sia­łem się z nim spo­tkać. Py­ta­nie, czy on jesz­cze żyje. Kawa, pa­pie­ros i za­głę­bi­łem się w in­ter­ne­to­we in­for­ma­cje. Za­pa­li­łem swo­je­go IQOS-a, bo po­dob­no mniej szko­dli­we. Przy­naj­mniej nie śmier­dzia­ły ni­ko­ty­no­wym dy­mem, a to już była za­uwa­żal­na zmia­na. De­cy­zja o rzu­ce­niu tego z kil­ku mo­ich ulu­bio­nych na­ło­gów sta­wa­ła się nie­unik­nio­na, szcze­rze wie­rzy­łem, że z tego świń­stwa będę w sta­nie zre­zy­gno­wać. Po chwi­li do­szu­ka­łem się in­for­ma­cji, że mój ulu­bio­ny od mniej wię­cej go­dzi­ny dzien­ni­karz pra­co­wał w "Ga­ze­cie Wro­cław­skiej" do koń­ca sie­dem­dzie­sią­te­go ósme­go. Dwa mie­sią­ce po opu­bli­ko­wa­niu swo­je­go ar­ty­ku­łu zmie­nił miej­sce pra­cy. Przy­pa­dek? W "Try­bu­nie Ludu" za­czął pi­sać fe­lie­to­ny o te­ma­ty­ce mię­dzy­na­ro­do­wej, cie­ka­wa zmia­na za­in­te­re­so­wa­nia. Koń­czył ka­rie­rę dwa­dzie­ścia lat temu w "Ga­ze­cie Wy­bor­czej". Kom­plet­na me­ta­mor­fo­za, a może swe­go ro­dza­ju swo­ista sym­bio­za. Z ko­mu­ny do So­li­dar­no­ści. W jed­nej i dru­giej ga­ze­cie spe­cja­li­zo­wał się w nie­miec­kich za­gad­nie­niach. Szko­puł tkwił w tym, że nie do­szu­ka­łem się ni­cze­go bar­dziej szcze­gó­ło­we­go o Po­pie­li, co po­zwo­li­ło­by na skon­tak­to­wa­nie się z nim. Do­wia­dy­wa­nie się cze­go­kol­wiek o by­łym dzien­ni­ka­rzu w re­dak­cji nie mia­ło sen­su, RODO i tego typu idio­ty­zmy sta­no­wi­ły ar­gu­men­ty nie do zbi­cia. Mia­łem, a wła­ści­wie to mam ko­le­gę w sto­li­cy; w "Ga­ze­cie Wy­bor­czej" pra­co­wał pra­wie od za­wsze. Swe­go cza­su stu­dio­wa­li­śmy na Wy­dzia­le Dzien­ni­kar­stwa i Nauk Po­li­tycz­nych war­szaw­skie­go uni­wer­ku, a to zo­bo­wią­zy­wa­ło do wła­ści­wych za­cho­wań - przy­naj­mniej ab­sol­wen­tów tej sza­cow­nej uczel­ni. Po­ja­wił się jed­nak de­li­kat­ny pro­blem; oba­wiam się, że jest to do­syć po­wszech­na za­gwozd­ka. Nie mamy kon­tak­tu ze zna­jo­mym od mie­się­cy, dziw­nym tra­fem dzwo­ni­my do sie­bie tyl­ko wte­dy, kie­dy za­cho­dzi taka po­trze­ba. Zresz­tą za­sa­da ta dzia­ła w oby­dwie stro­ny. Do­brze, że w ogó­le są tacy zna­jo­mi, ale sy­tu­acja nie jest kom­for­to­wa. Wstęp­ny dia­log, stan­dar­do­we "Co sły­chać?", ta­kie gad­ki szmat­ki. Masz jed­nak świa­do­mość, a wła­ści­wie to mamy, że prę­dzej czy póź­niej dzwo­nią­cy przej­dzie do sed­na spra­wy.

Po kil­ku mi­nu­tach roz­mo­wy prze­cho­dzę do kon­kre­tów.

- Słu­chaj, jest pew­na spra­wa, w ra­zie cze­go... - za­wie­szam głos, jak­bym miał pew­ne wąt­pli­wo­ści.

- Śmia­ło. Słu­cham. Od cze­go są sta­rzy zna­jo­mi ze stu­diów?

Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łem jego pe­łen zro­zu­mie­nia uśmiech.

- Był, a wła­ści­wie to mam na­dzie­ję, że jest, fa­cet o na­zwi­sku Pa­weł Po­pie­la. Pi­sał w "Wy­bor­czej". Obi­ło ci się to na­zwi­sko o uszy?

Chwi­la ci­szy. Za­ło­żę się, że za­da­wał so­bie py­ta­nie, dla­cze­go in­te­re­su­ję się tym go­ściem.

- Tak, pra­co­wał w ga­ze­cie, ale z tego, co pa­mię­tam, to czę­ściej prze­by­wał po dru­giej stro­nie Odry jako ko­re­spon­dent za­gra­nicz­ny. Oso­bi­ście go nie zna­łem, ale po­dob­no dzie­sięć, pięt­na­ście lat temu wy­je­chał z War­sza­wy.

- Żyje?

- Nie wiem. Co tak ci za­le­ży na Po­pie­li? Nie wni­kam w szcze­gó­ły, ale już chy­ba nie pra­cu­jesz tam, gdzie pra­co­wa­łeś?

- Od kil­ku lat je­stem szczę­śli­wym eme­ry­tem.

- Cie­ka­wa per­spek­ty­wa, ale jesz­cze nie dla mnie. Jak to jest być w tym wie­ku na eme­ry­tu­rze?

- Czę­sto sły­szę to py­ta­nie. Każ­dy kie­dyś miał ja­kiś wy­bór, były plu­sy i mi­nu­sy ta­kiej de­cy­zji. Ogól­nie czas dziw­nie upły­wa, jak­by wol­niej, ale cią­gle nam go bra­ku­je, może dla­te­go, że już mniej przed nami, a dużo wię­cej za nami. Od­no­śnie do Po­pie­li mo­żesz być spo­koj­ny. Spra­wa ma zwią­zek z ar­ty­ku­łem, któ­ry wie­le lat temu na­pi­sał o miej­sco­wo­ści, w któ­rej miesz­kam. Po pro­stu chciał­bym z nim po­roz­ma­wiać.

- Po­py­tam, dam ci znać. Cho­ciaż ja­koś nie do koń­ca mnie prze­ko­na­łeś.

Cze­ka­nie nie jest moim ulu­bio­nym za­ję­ciem; co ja­kiś czas zer­ka­łem na te­le­fon, cho­ciaż nie spo­dzie­wa­łem się od­po­wie­dzi tego dnia. Los oka­zał się ła­ska­wy, dwie go­dzi­ny póź­niej wy­świe­tli­ła mi się in­for­ma­cja.

Te­le­fon 511 601 121, Wro­cław, ul. Hub­ska 7/12. Jesz­cze mie­siąc temu żył. Po­wo­dze­nia.

Dzię­ki, przy naj­bliż­szym spo­tka­niu ja sta­wiam.

Od­pi­sa­łem.

Szyb­ko i spraw­nie, by­łem pod wra­że­niem. Po­pie­la miesz­kał we Wro­cła­wiu, pew­nie wró­cił na sta­re śmie­ci. Zbli­żał się wie­czór, za­sta­na­wia­łem się, czy już nie jest za póź­no na kon­takt z nim. Dużo mnie kosz­to­wa­ło, żeby nie wy­krę­cić nu­me­ru. Wy­sła­łem SMS-a.

Do­bry wie­czór, na­zy­wam się Piotr Ato­sal, miesz­kam w Żó­ra­wi­nie. Te­le­fon do pana mam od zna­jo­me­go z "Wy­bor­czej". Chciał­bym po­roz­ma­wiać na te­mat ar­ty­ku­łu o śmier­ci Ja­błoń­skie­go. Pro­szę o kon­takt.

Zdzi­wi­łem się, kie­dy już po dzie­się­ciu mi­nu­tach otrzy­ma­łem wia­do­mość.

Sta­re dzie­je, nie ma o czym roz­ma­wiać.

Nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­łem, li­czy­łem na bar­dziej spon­ta­nicz­ną re­ak­cję. Może nie­po­trzeb­nie wspo­mnia­łem o Ja­błoń­skim, ale prę­dzej czy póź­niej mu­siał­bym wró­cić do jego ta­jem­ni­czej śmier­ci. Naj­waż­niej­sze, że Po­pie­la od­pi­sał. Ko­lej­ny mój SMS był już pro­po­zy­cją nie do od­rzu­ce­nia.

Kil­ka dni temu ktoś prze­ka­zał mi pa­mięt­nik mło­dej Niem­ki. Miesz­ka­ła z ro­dzi­ną w domu, do któ­re­go za­raz po woj­nie wpro­wa­dził się Adam Ja­błoń­ski. Uwa­żam, że jej wspo­mnie­nia mają zwią­zek z jego śmier­cią. Ma Pan ra­cję, to są sta­re dzie­je, ale może te­raz jest oka­zja wró­cić do tej hi­sto­rii. Do­brze Pan za­czął.

Mia­łem na­dzie­ję, że bę­dzie tego sa­me­go zda­nia. Wie­le lat temu jako dzien­ni­karz chciał się bli­żej przyj­rzeć tym wy­da­rze­niom, być może nie dano mu tej szan­sy. Go­dzi­nę póź­niej od­czy­ta­łem wia­do­mość.

Mo­że­my spo­tkać się ju­tro, przy­ja­dę po­cią­giem do Żó­ra­wi­ny, tym po dzie­sią­tej.

Nie za­wio­dłem się, cią­gnie wil­ka do lasu.

Będę cze­kał na dwor­cu.

Rozdział 4

Z Wro­cła­wia do Żó­ra­wi­ny - czter­na­ście mi­nut jaz­dy. Dru­ga sta­cja. Jest to tra­sa na Kłodz­ko; po­cią­gi, przy­naj­mniej za dnia, mniej wię­cej co go­dzi­nę. Po­pie­la miesz­kał przy Hub­skiej, bli­sko Dwor­ca Głów­ne­go. Od­re­stau­ro­wa­ny dwo­rzec wy­glą­da zja­wi­sko­wo, choć­by z tego po­wo­du war­to ko­rzy­stać z ko­lei pań­stwo­wych. Z prak­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia - do­jazd trwa co naj­mniej dwa razy szyb­ciej i nie trze­ba kom­bi­no­wać z par­ko­wa­niem; wiem, o czym mó­wię, bo do­jeż­dża­łem do mia­sta. Tę jed­ną z wie­lu pe­reł Wro­cła­wia trze­ba zo­ba­czyć, bra­ma wjaz­do­wa do sto­li­cy Dol­ne­go Ślą­ska robi wra­że­nie, jest jak nie­koń­czą­ca się re­kla­ma, któ­rej nie spo­sób po­mi­nąć.

Pod­je­cha­łem sa­mo­cho­dem pod nasz dwo­rzec; sy­tu­acja wy­jąt­ko­wa, po­nie­waż to tyl­ko kil­ka­set me­trów od mo­je­go domu, ale po­ję­cia nie mia­łem, jak to wszyst­ko się po­to­czy. Do przy­jaz­du po­cią­gu zo­sta­ło pięć mi­nut, przy­po­mnia­łem so­bie za­baw­ną hi­sto­rię. Po­nad trzy­dzie­ści lat temu pierw­szy raz przy­je­cha­łem do Żó­ra­wi­ny, oczy­wi­ście po­cią­giem z Wro­cła­wia. Ania była u swo­jej cio­ci i za­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nie; nie był­bym sobą, gdy­bym nie sko­rzy­stał z ta­kiej oka­zji. Prze­cież z War­sza­wy to tyl­ko plus mi­nus czte­ry­sta ki­lo­me­trów i oko­ło sze­ściu go­dzin w po­cią­gu. Mło­dość nie zna gra­nic, zu­peł­nie inny prze­licz­nik - z wie­kiem co­raz bar­dziej prze­wi­dy­wal­ny. Emo­cje stę­pi­ły moją czuj­ność - w każ­dym ra­zie nie wy­sia­dłem w Żó­ra­wi­nie. Kom­plet­na po­mrocz­ność. Na­stęp­na sta­cja była w miej­sco­wo­ści Wę­gry. Wie­czór, ko­lej­ny po­ciąg w stro­nę Wro­cła­wia za kil­ka go­dzin. My­śla­łem, że zwa­riu­ję, nie chcia­ło mi się wie­rzyć, że moż­na od­wa­lić taki nu­mer, na­wet bra­łem pod uwa­gę po­wrót to­ra­mi, przy­naj­mniej bym nie za­błą­dził. Ko­mó­rek jesz­cze nie było. Po ja­kimś cza­sie uda­ło mi się prze­dzwo­nić na te­le­fon sta­cjo­nar­ny do mo­jej przy­szłej żony, na szczę­ście jej cio­cia po­sia­da­ła ta­kie cudo. Z wia­do­mych wzglę­dów nie chcia­łem za dużo mó­wić, zdą­ży­łem tyl­ko po­wie­dzieć, że je­stem w Wę­grach. Na wię­cej nie mia­łem szans, bo usły­sza­łem kil­ka szyb­kich i gło­śnych py­tań - bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści, w ja­kich się znaj­do­wa­łem, zu­peł­nie zro­zu­mia­łych. Co ja ro­bię na Wę­grzech? Prze­cież pasz­port jest do­pie­ro do ode­bra­nia, a tak w ogó­le to mie­li­śmy się dzi­siaj spo­tkać. Chwi­la ci­szy, bo fak­tycz­nie tego dnia moje zwo­je mó­zgo­we nie do koń­ca pra­wi­dło­wo funk­cjo­no­wa­ły. Na po­le­mi­kę nie było szans, grzecz­nie po­pro­si­łem o trans­port do Żó­ra­wi­ny z są­sied­niej wio­ski zwa­nej Wę­gra­mi. Pół go­dzi­ny póź­niej Ania z ko­le­żan­ką przy­je­cha­ły po mnie. Oczy mia­ły peł­ne łez, pew­nie pła­ka­ły z ra­do­ści, ob­ciach na całą wieś, przy­je­chał "mia­sto­wy".

Od razu wie­dzia­łem, że to Po­pie­la. Spoj­rzał w moim kie­run­ku, a ja pod­sze­dłem do nie­go. Gwo­li ści­sło­ści by­łem je­dy­ną oso­bą wy­cze­ku­ją­cą ko­go­kol­wiek na pe­ro­nie, nie mo­gli­śmy się po­my­lić.

- Dzień do­bry, pa­nie Paw­le - przy­wi­ta­łem się. - Je­stem wdzięcz­ny za spo­tka­nie.

- Dzień do­bry... choć czy do­bry, to się jesz­cze oka­że, pa­nie Pio­trze.

Uści­snę­li­śmy so­bie dło­nie. Ro­zej­rzał się do­oko­ła.

- Kie­dyś Żó­ra­wi­na pi­sa­ło się przez "u" otwar­te. Nie by­łem tu­taj lata, zresz­tą nie­waż­ne.

- Od śmier­ci Ja­błoń­skie­go?

Ski­nął gło­wą, za­my­ślo­ny. To była praw­do­po­dob­nie od­po­wiedź na moje py­ta­nie.

- Prze­je­dzie­my się po wio­sce?

Wsie­dli­śmy do sa­mo­cho­du, ja­koś nie zdzi­wi­ła mnie ta proś­ba. Po­wo­li, z pręd­ko­ścią pa­tro­lo­wą, ob­jeż­dża­łem Żó­ra­wi­nę.

- Ob­ra­zy z prze­szło­ści. Jak czar­no-bia­ły film, do tego nie­my. Wła­ści­wie to tyl­ko dom Ja­błoń­skie­go się nie zmie­nił, no i po­ste­ru­nek po­li­cji. Poza na­zwą oczy­wi­ście - sły­sza­łem głos Po­pie­li, za­pa­trzo­ne­go w mi­ja­ną prze­szłość.

Kwa­drans póź­niej usie­dli­śmy na ta­ra­sie.

- Cze­go się pan na­pi­je? Kawy, wody?

- Jed­ne­go i dru­gie­go. Moż­na za­pa­lić?

Ski­ną­łem gło­wą.

- Fo­tel, ta­ras, oczko i łąka. No i ta ci­sza. Uwiel­biam ta­kie kli­ma­ty, nie­któ­rzy mu­szą za to pła­cić. - W jego gło­sie wy­czu­wa­łem cie­płą iro­nię.

Po kil­ku mi­nu­tach roz­po­czę­ła się na­sza roz­mo­wa - jak się mia­ło oka­zać, jed­na z wie­lu, któ­rych mia­łem do­świad­czyć tego lata. Każ­da ko­lej­na wy­da­wa­ła się tą naj­cie­kaw­szą, wy­jąt­ko­wą i - co naj­dziw­niej­sze - pra­wie wszyst­kie ta­kie były.

- Szu­ka pan te­ma­tu do na­stęp­nej książ­ki?

Za­sko­czył mnie tym py­ta­niem.

- Szcze­rze mó­wiąc, nie my­śla­łem o tym, ale kto wie, jak hi­sto­ria się po­to­czy. - Roz­la­łem kawę do fi­li­ża­nek. - Zdą­żył się pan zo­rien­to­wać, że to lu­dzie z "te­ma­ta­mi" mnie znaj­du­ją. Po­wiedz­my, że ja im tyl­ko po­ma­gam. Czy­tał pan Cenę wy­bo­ru?

- Tak, to w du­żej mie­rze prze­są­dzi­ło o tym, że się dzi­siaj wi­dzi­my. Cie­ka­wa hi­sto­ria, za­sta­na­wia­łem się, czy wszyst­ko to tyl­ko pana wy­obraź­nia.

- Zde­cy­do­wa­nie to tyl­ko moja wy­obraź­nia pod­su­nę­ła mi te­mat do książ­ki, sta­ra­łem się ją utrzy­mać na wo­dzy, ale by­wa­ło róż­nie. - Uśmiech­ną­łem się do mo­je­go go­ścia. - Po­wiedz­my, że pani Ja­dwi­ga przed­sta­wi­ła mi pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia.

Ja­dwi­ga Zie­liń­ska była jed­ną z bo­ha­te­rek po­wie­ści Cena wy­bo­ru. Jej wspo­mnie­nia za­ini­cjo­wa­ły po­ja­wia­ją­ce się tam wy­da­rze­nia.

- Do­brze po­wie­dzia­ne, nie miał pan wy­bo­ru. - Ro­zej­rzał się do­oko­ła. - Kli­ma­ty, jak pan opi­sy­wał. Na pstrą­ga nie li­czę, ale czer­wo­ne­go wina bym się na­pił. Oczy­wi­ście wy­traw­ne­go.

- Oba­wiam się, że ko­lej­ny raz nie mam wy­bo­ru.

W pro­mie­niach słoń­ca wino aż iskrzy­ło bur­gun­do­wą bar­wą. Po­pie­la de­lek­to­wał się trun­kiem. Nie na­rzu­ca­łem się swo­ją obec­no­ścią. Dzien­ni­ka­rze wbrew po­zo­rom lu­bią mó­wić - zwłasz­cza kie­dy już są na eme­ry­tu­rze, bo przez lata słu­cha­li in­nych. Nie­któ­re pro­fe­sje w wie­lu aspek­tach są do sie­bie po­dob­ne.

- Fak­tycz­nie do­mo­we. Za ta­jem­ni­ce sprzed lat. - Pod­niósł kie­li­szek wina. - Wie­dzia­łem, że ta spra­wa prę­dzej czy póź­niej wró­ci. I chy­ba do­brze, że tra­fi­łem na cie­bie.

Zgrab­nie prze­szedł na ty, nie prze­szka­dza­ła mi ta for­ma. Pa­su­je mu, nie ma spra­wy, to­a­stem jak­by przy­pie­czę­to­wał, że wra­ca­my do te­ma­tu.

- Nie będę po­le­mi­zo­wał z tym, że do­mo­we, a tym bar­dziej z tym, że do­brze tra­fi­łeś. Po mo­ich SMS-ach nie mo­głeś tak po pro­stu odło­żyć słu­chaw­ki. Nie­kie­dy za­sta­na­wiam się, czy fak­tycz­nie los daje nam szan­sę na do­koń­cze­nie pew­nych spraw. Je­że­li tak, grze­chem by­ło­by nie sko­rzy­stać z tego daru. Z za­nie­cha­nia też na­le­ży się spo­wia­dać.

- Za­nie­cha­nie. Moż­na i tak po­wie­dzieć. - Uśmiech­nął się gorz­ko, wpa­trzo­ny gdzieś da­le­ko.

- To był je­dy­ny ar­ty­kuł, któ­ry na­pi­sa­łeś po śmier­ci Ja­błoń­skie­go? Cie­ka­wie za­czą­łeś.

- My­śla­łem, że tra­fi­łem na te­mat, któ­ry się ma­rzy po­cząt­ku­ją­ce­mu dzien­ni­ka­rzo­wi. Wła­ści­wie to tra­fi­łem, ale jak się oka­za­ło, to nie była hi­sto­ria do ga­zet, tak przy­naj­mniej nie­któ­rzy za­de­cy­do­wa­li. Wspo­mi­na­łeś, że masz pa­mięt­nik Niem­ki, któ­ra miesz­ka­ła w domu, gdzie za­mor­do­wa­no Ja­błoń­skie­go.

- Tak, mam. Je­steś pe­wien, że to było mor­der­stwo?

- Na sto pro­cent, ale za­cznij­my od tego, co masz ty. Mógł­byś mi po­ka­zać ten pa­mięt­nik?

Nie za­sko­czył mnie tą proś­bą; był ostroż­ny, chciał się prze­ko­nać, że mam pew­ne in­for­ma­cje na te­mat hi­sto­rii sprzed lat. Kto by nie chciał prze­czy­tać pa­mięt­ni­ka na­pi­sa­ne­go w domu, w któ­rym po la­tach do­szło do ta­jem­ni­czej zbrod­ni?

- Pew­nie, nie ma spra­wy. Sły­sza­łem, że pra­co­wa­łeś na Za­cho­dzie. Je­den jest po nie­miec­ku, dru­gi to po­dob­no tłu­ma­cze­nie tego, co na­pi­sa­ła Ir­mi­na.

- Tro­chę się przy­go­to­wa­łeś. - Spoj­rzał na mnie uważ­nie. - Fak­tycz­nie lata spę­dzi­łem jako za­gra­nicz­ny wy­słan­nik ga­ze­ty. Dre­zno, Ber­lin, Bonn. Pew­nie cię za­sko­czę, ale koń­czy­łem ger­ma­ni­sty­kę. Pra­ca w ga­ze­cie mia­ła być epi­zo­dem, któ­ry po­tem cią­gnął się przez całe ży­cie. Ir­mi­na. Cie­ka­we imię, wiesz, co ozna­cza?

- Tak, spraw­dzi­łem. Wiel­ka, sil­na.

- Wła­ści­wie Ir­mi­na to bar­dziej pol­skie czy na­wet ro­mań­skie imię, od­po­wied­nik ger­mań­skie­go imie­nia Irma, Her­mi­na, któ­re było uży­wa­ne zwłasz­cza we wschod­nich re­jo­nach ów­cze­snej Rze­szy. Ozna­cza rów­nież czczo­ną, sza­no­wa­ną. Ogól­nie rzecz bio­rąc, ko­bie­tę o moc­nym cha­rak­te­rze.

- W każ­dym przy­pad­ku pa­su­je do niej. - Po­ki­wał gło­wą, się­ga­jąc po ze­szyt. - Daj mi pół go­dzi­ny.

- Czas nas nie goni.

Ale już mnie nie słu­chał. Za­ło­żył oku­la­ry i za­głę­bił się w lek­tu­rze. Przez chwi­lę po­my­śla­łem, żeby za­pro­po­no­wać coś do zje­dze­nia. Spoj­rza­łem na Paw­ła - ko­lej­ny raz mnie za­sko­czył. Jak gdy­by ni­g­dy nic wy­cią­gnął ka­nap­kę ze swo­jej, po­wiedz­my, ak­tów­ki. Ze sma­kiem kon­su­mo­wał ciem­ne ziar­ni­ste pie­czy­wo z żół­tym se­rem; ki­szo­ny ogó­rek mnie roz­bro­ił. Cie­ka­wy gość. Wró­ci­łem po kwa­dran­sie z kawą i gorz­ką cze­ko­la­dą z orze­cha­mi; nie było go na ta­ra­sie. Sie­dział nad oczkiem na po­nie­miec­kim pia­skow­cu, być może z przed­wo­jen­ne­go pro­te­stanc­kie­go cmen­ta­rza. Wpa­try­wał się w pły­wa­ją­ce ko­lo­ro­we ka­ra­sie - ryby na­pę­dza­ne hor­mo­na­mi sza­la­ły po brze­gach, okres tar­ła wy­mu­szał na nich za­ko­do­wa­ne za­cho­wa­nia. Usia­dłem obok na sza­rym, a miej­sca­mi żół­ta­wym ka­mie­niu. Przy­jem­nie chło­dził. Mil­cze­li­śmy; cze­ka­łem, co po­wie.

- Skąd masz ten pa­mięt­nik? - spy­tał ci­cho.

Opo­wie­dzia­łem o oko­licz­no­ściach, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do na­sze­go spo­tka­nia. Do­pił kie­li­szek wina, za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Nie­kie­dy w ci­szy to­czą się naj­cie­kaw­sze roz­mo­wy, sło­wa czy ge­sty są zbęd­ne - zwłasz­cza po prze­czy­ta­niu tego, cze­go do­świad­czy­ła ta mło­da dziew­czy­na. Po­pie­la przy­je­chał do Żó­ra­wi­ny, żeby do­koń­czyć roz­po­czę­ty re­por­taż; za­ję­ło mu to kil­ka­dzie­siąt lat. Czas już nie miał więk­sze­go zna­cze­nia - de­cy­zja zo­sta­ła pod­ję­ta, a ko­lej­nej szan­sy nie bę­dzie.

- Masz ja­kiś in­te­res, żeby za­głę­biać się w tę hi­sto­rię?

- Pa­weł, mów kon­kret­nie, o co ci cho­dzi.

- Czy oso­by, o któ­rych pi­sze Ir­mi­na, są z tobą spo­krew­nio­ne? Czy two­ja ro­dzi­na mo­gła mieć zwią­zek z wy­da­rze­nia­mi, o któ­rych mó­wi­my? Czy co­kol­wiek łą­czy cię z tą hi­sto­rią?

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.