Irmina - Piotr Lasota

Reflow text when sidebars are open.
Ten dzień był podobny do innych - nic nie wskazywało, że odciśnie tak bolesne piętno na losach żyjących. Tego przedpołudnia ponownie odgrzebano tajemnice dawno zakopane głęboko pod ziemią. Brzmi banalnie, być może dlatego prawdziwie - podobno prawie wszystko jest możliwe. Może się nic nie wydarzyć i dalej będziemy funkcjonować w błogiej świadomości, jak to nasze życie jest pięknie poukładane. Równie dobrze najbliższe godziny mogą nieźle namieszać w tej, zdawać by się mogło, przewidywalnej i z takim mozołem budowanej rzeczywistości. Co ciekawe, jedno i drugie przyjmujesz ze zrozumieniem, a mimo wszystko zadajesz sobie pytania, na które nie ma odpowiedzi. Przyzwyczajasz się do pewnego stanu rzeczy - odruch zupełnie naturalny, bo jaki sens miałoby zmienianie czegoś, co jest w miarę pewne i akceptowalne? Dla świętego spokoju można coś dodać, czegoś ująć, a tak naprawdę myślisz, żeby zostawić wszystko po staremu. Nieznane pociąga, ale i niepokoi. Kwestia charakteru i doświadczeń. Doświadczenia kształtują charakter. Charakter decyduje o tym, jak się odnajdujesz w różnego rodzaju sytuacjach - nie ma mądrego, który by przewidział, co przeważy. Biorąc pod uwagę, że nie egzystujesz na samotnej wyspie, los nie tylko cię dopadnie, ale i od wyboru nie uciekniesz. Podobno brak decyzji jest również swego rodzaju decyzją, najgorszą z możliwych. Tylko czy to coś zmienia? Gdybym znał przyszłość, nie mylić z przewidywaniem, obawiam się, że mógłbym zwariować. Nie wiem, nie będę wiedział i mimo wszystko nie chcę wiedzieć. A może inaczej, odwróćmy sytuację. Spytaj kogokolwiek, czy zmieniłby wydarzenia z przeszłości, wiedząc już, co się stało i jakie to miało konsekwencje, a także zdając sobie sprawę, gdzie i jaki popełnił błąd. Będziesz miał problem przy pierwszym i drugim pytaniu - zdziwisz się, na które odpowiedź jest trudniejsza. Tego wiosennego dnia zostałem wplątany w sprawy, których do dzisiaj nie ogarniam. Historia zaczęła się kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy kończyła się kolejna światowa wojna, co, rzecz jasna, nie oznacza, że zapanowały pokój i dobro. Zdawać by się mogło, że ta jedna z wielu ludzkich tragedii została zarchiwizowana, ktoś jednak w dosyć wyrafinowany sposób wrócił do tego, co było.
Siedziałem na tarasie w niemiłosiernie wygodnym fotelu z bawolej skóry i słuchałem szumu kaskady z oczka wodnego. Specjalnie kilka lat temu przeniosłem je o trzydzieści metrów, by nie wychodząc z domu, mieć możliwość wsłuchiwania się w odgłosy natury. Dwa tygodnie przyjemnie fizycznej pracy, jeden dół wykopałem, drugi zasypałem, a przy okazji miałem sposobność wysłuchiwania dziesiątek ciekawych komentarzy - ale było warto. Kawa, papieros, majowe południe. Coraz bardziej podobała mi się ukwiecona łąka, kosiarka rdzewiała w drewnianej szopie. Nad kwiatami krążyły owady, obstawiałem pszczoły, a może osy? Zresztą jakie to miało znacznie... Przyjemnie buczały. Starałem się o niczym nie myśleć, a nie jest to łatwe. Przez nieuchwytny ułamek sekundy miałem wrażenie, że być może jestem w takim stanie. Nic nie trwa wiecznie. Odgłos samochodu wjeżdżającego na podjazd z kostki granitowej dosyć skutecznie sprowadził mnie do rzeczywistości. Anna, moja żona, wracała z pogrzebu. Tego dnia żegnano na parafialnym cmentarzu Józefa Jabłońskiego, wiekowego mieszkańca naszej miejscowości. Znała zmarłego i uważała, że powinna tam być; ja staram się unikać uroczystości pogrzebowych - przypominają o tym, co nieuniknione. Może to swego rodzaju bojaźń, a może nieumiejętność zrozumienia tego, co musi się wydarzyć. Wyjątek robię dla najbliższych. Niestety coraz częściej cmentarz staje się jednym z tych niewielu miejsc, gdzie spotykamy się w rodzinnym gronie, ewentualnie wśród znajomych. O pogrzebie jesteśmy powiadamiani, na inne wydarzenia - zapraszani. Chciałbym pojąć i uwierzyć, że śmierć to nie jest koniec wszystkiego.
Zdziwiły mnie odgłosy rozmowy, Ania nie była sama.
- Piotr, pani Aniela chciałaby z tobą porozmawiać.
Nie znałem tej kobiety, widziałem ją kilka razy w Żórawinie. W każdym razie była to nasza pierwsza rozmowa i nie ostatnia, jak się okazało.
- Dzień dobry, pewnie jest pan zdziwiony, że dzisiaj i że w ogóle tutaj jestem.
- Nawet nie polemizuję, ale pewnie miała pani powód, żeby akurat dzisiaj się ze mną spotkać. Chyba że to przypadek?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Musiałam się z panem spotkać, nie mogłam czekać. Ten pogrzeb zmienia wszystko, Józefa już nie ma, a pewne tajemnice nie mogą być pochowane wraz z nim.
Mówiła szybko, jakby chciała pozbyć się dręczących ją wątpliwości. Oczywiście nic nie rozumiałem z tego, co usłyszałem. O czym ona gada? Spojrzałem na żonę, szukając ratunku, ale Ania spokojnie, jakby nigdy nic, oznajmiła, że przyniesie coś zimnego do picia.
- Pani Anielo - pomyślałem, że jest to jedno z najbardziej absurdalnych imion, jakimi można obdarzyć kobietę - proszę spokojnie powiedzieć, z czym nie mogła pani już dłużej czekać.
- Kiedy zmarł Jabłoński, wiedziałam, że muszę to zrobić. Moja mama znała rodzinę pana Józefa i kobietę, która mieszkała kiedyś w ich domu, a właściwie to w swoim domu.
Wypowiadając te słowa, wyciągnęła z torebki dwa zeszyty, położyła je na ławie i wybiegła z tarasu. Słuchałem, co mówi, i patrzyłem, co robi; kiedy pomyślałem, żeby cokolwiek powiedzieć, jej już nie było. Nie zauważyłem, kiedy Ania stanęła za mną.
- Gdzie jest Aniela? - usłyszałem pytanie.
- Nie wiem. Odleciała - odpowiedziałem, patrząc na zeszyty.
Nie były nowe, liczyły sobie co najmniej kilkadziesiąt lat; stare przedmioty, nawet te najbardziej banalne, powszechnie używane dekady temu mają swój urok. Nawet nie brałem pod uwagę, że mogą być to puste karki papieru.
- Skąd tę Anielicę wytrzasnęłaś?
- Na cmentarzu podeszła do mnie i pytała o ciebie. Myślała, że spotka cię na pogrzebie. Była jakaś dziwna.
- Nie da się ukryć, jest dziwna. Pojawia się i znika. Problem w tym, że jej nie znam i pojęcia nie mam, czego ona chce.
- Ale ludzie znają ciebie. Zrobiłeś się sławny.
Fakt, jakiś czas temu napisałem powieść Cena wyboru, której bohaterami byli mieszkańcy naszej gminy. Wymyślona historia, jednakże niektórzy uważali, że niekoniecznie jest to tylko i wyłącznie literacka fikcja. Książka nawiązywała do wydarzeń na Wołyniu w czterdziestym trzecim roku, które odcisnęły piętno na powojennych relacjach polsko-ukraińskiej rodziny. Utkwiły w mej pamięci słowa z powieści: "(...) niezagojone rany będą bolały i krwawiły, nawet po wielu latach, kiedy już nie ma wśród żywych ofiar i oprawców(...)". Zdanie to niepokojąco zaiskrzyło w zakamarkach mojej głowy.
Zeszyty jak magnes przyciągały spojrzenie i myśli. Wziąłem je do ręki, jakbym chciał zważyć, ile są warte. Właściwie to były kartki spięte zszywkami, zapisane odręcznym pismem. Miałem niepokojące wrażenie, że spotkanie z Anielą nie było przypadkowe, a to oznaczało, że kiedy poznam treść tych zapisków sprzed lat, właduję się w kolejną awanturę. Nic nie musiałem, ale nawet nie zakładałem, że tego nie zrobię. To było tak podniecająco oczywiste. Zapaliłem; jak na zawołanie znalazła się butelka czerwonego wytrawnego wina. Kieliszek burgunda i papieros pasowały do ciekawie zapowiadającej się lektury - byłbym co najmniej rozczarowany, gdyby okazało się, że jest inaczej. Jeden brulion był po niemiecku, drugi po polsku; ten pierwszy odłożyłem, nie znam tego języka. Spojrzałem na równo i wyraźnie odnotowane słowa. Dobrze, że kiedyś kaligrafia była czymś powszechnym, dzięki temu dzisiaj można było bez większych problemów zagłębić się w tekst. Obawiam się, że obecnie napisanie listu byłoby nie lada wyzwaniem - dla większości z nas ta znana od wieków umiejętność powoli wymiera. Pewnie, są i tacy, którzy będą przekonywać, że korzystanie z dobrodziejstw postępu nie jest przecież grzechem. Ale nie jest też obowiązkiem. Zacząłem czytać. Od pewnego czasu, a dokładnie od momentu, kiedy zobaczyłem te zeszyty, o niczym innym tak naprawdę nie myślałem.
Nazywam się Irmina Rutz, dzień po moich urodzinach zmarł mój ojciec. Zostałam sama, mogę wyjechać z tego przeklętego domu, który był kiedyś moim rodzinnym, najbardziej ukochanym miejscem na ziemi. Za kilka dni być może załadują mnie i innych Niemców do wagonów, będziemy jechać na zachód. Tam, gdzie teraz jest nasze miejsce. Modlę się o to gorąco, chociaż tyle moich próśb nie zostało wysłuchanych. Polacy mówią, że mamy szczęście, bo żyjemy i możemy wyjechać. Ja tak nie myślę. Przeklinam dzień, kiedy postanowiłam, że zostanę w naszym domu. Nie miałam wyboru, a może miałam, jednak chciałam być dobrą córką i Niemką. Zawsze to samo: kościół, dzieci i kuchnia, takie się rodziłyśmy i takimi umierałyśmy. Kilka miesięcy temu, podczas bombardowania Wrocławia, moja mama została zabita, a ciężko rannemu ojcu musieli amputować nogę. Tato nie mógł być nawet na pogrzebie swojej żony, nigdy sobie tego nie wybaczył, ale przecież to nie była jego wina, sam mógł zginąć. Mamę pożegnali ci, którzy mogli: ja, moja starsza siostra oraz najmłodszy brat, Sebastian, nasze oczko w głowie. Jeden z braci zginął w walkach pod Kijowem, a najstarszy, Karol, nie mógł przyjechać. Odwiedzał nas w Żórawinie podczas wojny, nigdy nie mówił, co robił dla Rzeszy. Powtarzał, że to tajemnica i każdy wykonuje zadanie, jakie mu wyznaczono. Podobno żyje gdzieś pod Monachium u naszych krewnych w Bawarii, mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. Już następnego dnia po pogrzebie musieliśmy się rozdzielić. Niemcy uciekali, bali się żołnierzy zwycięskiej Armii Czerwonej. Ludzie opowiadali straszne historie. Przegraliśmy wojnę, którą zaczęliśmy, i musieliśmy za to zapłacić. Wierzyliśmy w Hitlera, zwłaszcza kiedy zwyciężał. Teraz nas wyrzucano z naszego Vaterlandu, ale ojciec był bardzo osłabiony, drogi by nie przeżył, zresztą wierzyliśmy, że tu jeszcze wrócimy. Jak mogliśmy zostawić nasz dom, naszą ojczyznę? Najważniejsze jednak było to, by przeżyć, a tutaj niczego nie byliśmy pewni. Starsza siostra miała dwoje młodszych dzieci, nie mogła zostać, zabrała naszego Sebastiana i z tysiącami takich jak ona wyruszyli, byle dalej. Ojciec prosił, żebym ja też z nimi pojechała. Zapewniał, że da sobie radę, ale ja wiedziałam, że to nieprawda. Zostałam. Wielu Niemców zostało.
Nie wiem, dlaczego to wszystko piszę, nie wiem, czy jest sens mówić o tym, co się stało, kiedy zostaliśmy sami. Tu, gdzie teraz jestem, w mojej rodzinnej wsi, nie mogę liczyć na pomoc. Jesteśmy Niemcami, być może zasłużyliśmy na swój los. Nawet jak mi się uda spotkać z rodziną, to nie wiem, czy będę miała odwagę o wszystkim opowiedzieć. Myślę, że moje przeżycia zostaną tutaj, gdzie wszystkiego doświadczyłam. Przez moment jest mi lżej, kiedy przelewam na kartkę papieru swój los, ale po chwili strasznie boli, gdy spisuję to, czego doświadczyłam. Coś wyrzucam z siebie, ale nieubłaganie pewne obrazy i dźwięki wracają. Może kiedyś ktoś się o wszystkim dowie, ludzie mówią, że sprawiedliwość nierychliwa, ale pamiętliwa.
Jak front przeszedł dalej na zachód, przez jakiś czas było jakby spokojnie. Potem do Żórawiny zaczęli przyjeżdżać Polacy, niektórzy zajmowali puste domy po Niemcach. Najgorsi byli szabrownicy: kradli, co się dało, pijani chodzili po domach, krzywdzili kobiety, często na oczach najbliższych. Kiedy już było więcej osiedleńców, najczęściej zamieszkiwali te domy, które stały puste, zrobiło się więc trochę bezpieczniej. Zdarzało się również, że Polacy wyrzucali Niemców z ich domów albo kazali całej rodzinie mieszkać w jednym pokoju, a nawet w budynkach gospodarczych. W końcu przyszli do nas, mieliśmy duży dom, a zostaliśmy tylko we dwoje. Była to rodzina z Warszawy. Od samego początku bałam się tego człowieka, miał takie pełne nienawiści oczy. Przyjechał z żoną i synem. Pamiętam, że chłopak miał na imię Józef, był niewiele młodszy od mojego braciszka Sebastiana. Kazali nam się wynieść na górę, do mojego małego pokoju na poddaszu. Próbowałam wytłumaczyć, że ojciec nie może wchodzić po schodach, pokazywałam, że nie ma nogi. Tamten tylko spojrzał na mnie i wskazał na oborę, dając mi do zrozumienia, że mogę wybierać. Tato nie wychodził całymi dniami, w jednym wiadrze wynosiłam nieczystości, w drugim przynosiłam wodę ze studni. Pomagałam, a właściwie to sama robiłam wszystko wokół domu, na polu, w ogrodzie. Musieliśmy przecież coś jeść, byłam traktowana jak parobek, ale żyliśmy. Miałam nadzieję, że jeszcze jakoś się to wszystko ułoży, wrócą stare, dobre czasy. Modliłam się o to, klęcząc przed obrazem Matki Boskiej w starej drewnianej ramie, który tak wiele znaczył dla naszej rodziny. Był z nami zawsze, kiedy szukaliśmy pomocy. Ten pokój stał się moją więzienną celą, ale i naszym schronieniem.
Tak naprawdę to od samego początku oszukiwałam samą siebie. Nie mogło być już dobrze, tak jak dawniej, zbyt wiele się pozmieniało. W sytuacji, w której się znalazłam, polubiłam małego Józefa. Był taki wesoły, ufny, wszystkie dzieci są takie same, bo nie są nauczone nienawidzić. Po miesiącu do Jabłońskiego, bo tak nazywała się ta rodzina, przyjechał jego brat. Z ich rozmów domyśliłam się, że jest jakimś urzędnikiem i dostał pracę we Wrocławiu. Pokazywał jakieś papiery. Zdziwiłam się, że mówi tak dobrze po niemiecku, pewnie dlatego przyjechał na te tereny. Przy stole siedziała pani Jabłońska, nie odzywała się, zawsze była taka milcząca i smutna, jakby nieobecna. Kiedy chciałam już wracać na górę, ten, który przyjechał, powiedział, żebym się z nimi napiła. Kazał mi zostać, pić za zdrowie gospodarzy. Chwalił się, jakie ważne zadania mu wyznaczono we Wrocławiu. Potem opowiadał, co Niemcy zrobili w Warszawie. Usłyszałam, jak z ich domu zostały ruiny podczas bombardowania, jak zginęli ich rodzice, córka jego brata. Jabłoński z żoną tylko patrzyli na nas, może domyślali się, o czym rozmawiamy. Po chwili ona wyszła zapłakana, też chciałam wrócić na górę. Dziwnie brzmiały ich opowieści o zniszczonej Warszawie, przecież to nie była moja wina, że ich najbliżsi nie żyją. Byli pijani, wiedziałam, że zaraz stanie się coś strasznego. Te ich spojrzenia, słowa, których nie rozumiałam, były tak wymowne. Nagle ten urzędnik złapał mnie za rękę, potem za włosy i zaczął mnie ciągnąć w stronę kanapy. Prosiłam, żeby mnie zostawił, a on się śmiał, że mogę ojca zawołać, pytał, gdzie są moi obrońcy. Słyszałam, co robiono z niemieckimi kobietami. Tamtego wieczoru sama tego doświadczyłam. Od miesięcy paraliżowała mnie świadomość, że mnie też to spotka. To jakby czekanie na coś nieuchronnego, co prędzej czy później się stanie, na wyrok, który już zapadł. Rzeczywistość okazała się straszniejsza niż najmroczniejsze myśli. Nawet nie krzyczałam, zamknęłam oczy i modliłam się, żeby to już się skończyło. Słyszałam tylko, jak powtarzał: "gut, gut...". Leżałam skulona; kiedy odważyłam się otworzyć oczy, jego brat patrzył na mnie tak zimno, nieruchomo. Nic nie powiedział, niczego nie zrobił, ale bardziej przerażał niż ten, który mnie tak skrzywdził. Wróciłam na górę, ojciec spał, miałam nadzieję, że niczego nie słyszał. Próbowałam w zimnej wodzie zmyć wstyd i ból. Następnego dnia brat Jabłońskiego wyjechał, nigdy już go nie spotkałam. Od tej nocy wszystko się zmieniło. Kilka dni później, kiedy byłam w kuchni, Jabłoński chwycił mnie za włosy. Odwróciłam się - znowu tak na mnie patrzył. Czułam się jak zaszczute, bezbronne zwierzę. Ciągnął mnie za warkocz, rzucił na tę samą wersalkę. Kiedy mnie krzywdził, nie pozwalał odwrócić głowy, musiałam widzieć jego oczy. Była w nich pustka. To nie był ostatni raz, trwało to tygodniami. Wiedziałam, co się stanie, kiedy w domu nie będzie jego żony i małego Józefa. Ale co mogłam zrobić? Gdzie uciekać, komu się poskarżyć? Myślałam, żeby go zabić, siebie zabić. Modliłam się, żeby ojciec wyzdrowiał, może wtedy mój koszmar by się zakończył, może byłaby szansa wyjechać z Polski. W końcu moje modlitwy zostały spełnione, ale Opatrzność chyba jednak nie do końca zrozumiała moje prośby. Pewnego wieczoru, kiedy byłam znowu upadlana przez tego potwora (nie liczyłam, który to już raz), zauważyłam, jak ojciec schodzi po schodach. Jedną ręką trzymał się poręczy, drugą opierał na kuli. Nasze spojrzenia się spotkały, pierwszy raz od miesięcy pomyślałam, że ktoś może jeszcze bardziej cierpieć w tym domu niż ja. W jego oczach było tyle bólu, prośby o wybaczenie. Ojciec jakby chciał biec na ratunek, a potem już tylko widziałam, jak spada, słyszałam jego krzyk, jak jego ciało obija się o drewniane stopnie, jak głową uderza o podłogę. Coś we mnie pękło, wyłam jak zwierzę, a on... nie przestawał. Jak niemy potwór przenikał mnie tymi oczyma i było coś jeszcze. Uśmiechał się, kiedy słyszał moją rozpacz.
Tato złamał drugą nogę, odnowiła się stara rana. Już nigdy nie opuścił naszego pokoju. Kiedy musiałam schodzić na dół, patrzył na mnie. Ile w tym spojrzeniu było emocji... Widziałam łzy w jego oczach, jakby chciał powiedzieć, żebym nie wychodziła, ale musiałam. Nie chciał jeść, nie chciał lekarza, chciał umrzeć. Domyślałam się dlaczego. Wiedział, że dla mnie jedynym ratunkiem może być jego śmierć. A Jabłoński dalej mnie krzywdził, ale już na niego nie patrzyłam, zamykałam oczy, nic nie czułam. Nie chciałam się do tego przyznać, ale czekałam na coś, co mogłoby być moim wybawieniem, straszliwe uczucie, ale to było silniejsze ode mnie. Śmierć ojca mogła być szansą na ucieczkę, przecież inni wciąż wyjeżdżali. Każdy dzień w tym piekle doprowadzał mnie do obłędu. Czekałam. Miesiąc później tato zmarł. Na pogrzebie spotkałam Niemców, którzy jeszcze zostali. Widywaliśmy się właściwie tylko na cmentarzu albo w kościele. Wszyscy mówili o jednym: co z nami będzie? Już chyba nikt nie wierzył, że wrócą stare, dobre czasy. To już nie była nasza ojczyzna, to już nie była nasza wojna. Byli tacy, co zamierzali zostać, przeczekać najgorsze, ja już tak nie myślałam. Chodziły pogłoski o transportach planowanych w najbliższych tygodniach, o niczym innym nie marzyłam, chciałam się znaleźć jak najdalej stąd. Kiedy obserwowałam swoich bliższych i dalszych znajomych, widziałam najczęściej starych ludzi, kobiety z dziećmi, mężczyzn prawie nie było. Zginęli albo jeszcze nie wrócili z obozów jenieckich. Widziałam coś jeszcze: smutne i pogodzone z losem oczy niemieckich kobiet. Ofiary czynów mężów, synów, ojców i braci. Wojna to nie tylko walka o przetrwanie na froncie. Nigdy żadna z nas nie mówiła o tym, co ją spotkało, żadna nie pomyślała, żeby się skarżyć gdziekolwiek komukolwiek.
Pod koniec lata dowiedzieliśmy się o kolejnych "grupach Niemców", jak nas określano, zakwalifikowanych do wyjazdu. Byłam na liście. Tydzień przed tym dniem, na który tak czekałam, Jabłoński powiedział, że musimy udać się na posterunek milicji. Tłumaczył, przynajmniej tak zrozumiałam, że są jakieś urzędowe papiery do podpisania. Kiedy już byliśmy w budynku, zostawił mnie w małym pokoju, a sam poszedł do sąsiedniego. Drzwi były otwarte, widziałam siedzącego przy biurku mężczyznę w mundurze z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Przywitali się, rozmawiali, po chwili dołączyło do nich jeszcze dwóch milicjantów albo żołnierzy. Przynieśli alkohol, chleb, kiełbasę. Starałam się na nich nie patrzeć, ale coraz wyraźniej słyszałam ich podniesione głosy, śmiechy. Po niecałej godzinie Jabłoński wrócił do pokoju, gdzie czekałam. Przeszedł obok mnie, nawet nie spojrzał. Zamknął drzwi wejściowe na taką dużą metalową zasuwę. To było jedyne wyjście z tego pokoju, w oknach były kraty. Wiedziałam już, co mnie czeka. Najgorsze, że znowu nic nie mogłam zrobić, byłam w klatce. Nikt tego nie zrozumie, bo nie jest w stanie nawet w części wyobrazić sobie tego, co przeżywałam i co czułam. Zakryłam twarz rękoma i czekałam. Łzy spływały mi po dłoniach, oczy miałam zamknięte. Krążyli wokół mnie jak wygłodniałe bestie. Ktoś mnie dotykał, ktoś inny kopnął w krzesło, na którym siedziałam. Upadłam na podłogę. Chciałam krzyczeć, uciec. Podnieśli mnie i położyli na biurku. Ktoś trzymał mnie za ręce, za włosy. Nie wiem, ile to trwało, ilu ich było. Niebiosa się nade mną zlitowały, zemdlałam. Kiedy otworzyłam oczy, miałam wrażenie, jakby ktoś dociskał moją skórę małym okrągłym przedmiotem - wszędzie, na całym ciele. Czułam śliskie, zimne dotknięcia. Krzyczałam, opętana strachem, a oni stemplowali mnie takimi zwykłymi urzędowymi pieczątkami. Maczali je w czerwonym i czarnym tuszu, a może w mojej krwi, i robili odciski na moim ciele. A ten potwór patrzył i się śmiał. Na sprawiedliwość nie miałam co liczyć, bo niby kto miałby osądzić i ukarać tych ludzi? Chciałam już tylko, żeby to wszystko się skończyło, żebym mogła uciec daleko stąd. Mogłam w końcu wyjechać.
O kurwa, to było naprawdę mocne. To, co przeczytałem, dosłownie mnie powaliło. Napisała to dziewczyna, której ciało i umysł przez miesiące były potwornie kaleczone. Miała siłę o tym powiedzieć, zmierzyć się ze swoją traumą jeszcze raz. To było tak osobiste i prawdziwe, tylko dla niej zrozumiałe. Kilka zapisanych stron, lektura na dziesięć, dwadzieścia minut. Dla niej - mroczna wieczność w bólu kobiecej samotności. Wypiłem dwa kieliszki wina, wypaliłem kilka papierosów i nie chciało mi się nawet myśleć, byłem całym sobą odrętwiały, nawet nie wiem, jak długo to trwało. Chciałem na spokojnie jeszcze raz przeczytać wspomnienia Irminy, emocje zostały, ale zaczęły rodzić się też pytania. Czy to wszystko, co napisała ta dziewczyna? Zdawać by się mogło, że to nie koniec jej wspomnień. Dlaczego jej zapiski zostały w Polsce, a może w ogóle nie wyjechała do Niemiec? Zakładałem, że napisała swoją historię po niemiecku. Kto i kiedy przetłumaczył ją na język polski? Czy wszystko, co napisała, zostało przetłumaczone? A może są to zupełnie inne opowieści, a może ta po niemiecku jest kontynuacją tego, co przeczytałem? Serce waliło mi podejrzanie głośno, miałem nadzieję, że znajdę odpowiedzi na swoje wątpliwości. Zerknąłem na wspomnienia, a właściwie opisaną gehennę, jaką tak kobieta przeżyła kilkadziesiąt lat temu. Włączyłem internet. Wstyd się przyznać, ale liczyłem na ciąg dalszy historii, to nie mogło przecież tak się zakończyć. Po trzech godzinach pozbyłem się złudzeń, wpisywałem po kolei każde zdanie po niemiecku w translator. To, co przeczytałem po polsku, było wiernym tłumaczeniem tego, co kiedyś napisała ta młoda Niemka.
Dopijałem kolejną filiżankę kawy, nie za bardzo wiedząc, od czego zacząć; właściwie to zastanawiałem się, co miałbym w ogóle rozpoczynać. Jaki jest związek historii sprzed kilkudziesięciu lat z dzisiejszym pogrzebem Jabłońskiego? Wszystko wskazywało na to, że ten mały Józek, o którym tak ciepło się wyrażała Irmina, został dzisiaj pochowany. Nie wierzyłem w zbiegi okoliczności. Dlaczego ktoś czekał latami, żeby odgrzebywać stare historie? Mogłem przeczytać i zapomnieć. Nie znałem Irminy, właściwie nikogo, o kim napisała, nawet z Anielą rozmawiałem pierwszy raz w życiu. Zdarzenia te miały miejsce, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było. Jednakże ktoś przyniósł te zeszyty, chciał, żebym zapoznał się z tym, czego ta młoda Niemka doświadczyła. To było mocne, bolało po latach, nawet kiedy tylko o tym czytałem. Nurtowało mnie kilka pytań. Kto i dlaczego zamierzał wrócić do tych powojennych wydarzeń oraz czym sobie "zasłużyłem", że pamiętnik znalazł się w moim domu? Z ironią uśmiechnąłem się do swoich myśli, od samego początku wiedziałem, że tematu nie odpuszczę. Słabość do historii, zwłaszcza do tych, które nie są anonimowe i mają swój "mroczny potencjał", oraz lata pracy w CBŚ tylko wyostrzyły to swego rodzaju wynaturzenie. Brakowało mi tej adrenaliny - jakbym tylko czekał, aż znowu coś się wydarzy. Pomyślałem, że ostatnia sprawa nawet podobnie się zaczynała. Lampka na chwilę się zapaliła, ale szybko ją zgasiłem, nawet nie miała szans rozbłysnąć. Skąd Aniela miała te stare bruliony? Jeszcze kilka godzin temu śmierć Jabłońskiego zdawać by się mogła normalną, nieuniknioną biologicznie koleją rzeczy. Teraz nie byłbym tego taki pewien. Umiera człowiek, w dniu jego pogrzebu nieznana mi kobieta podrzuca zeszyty ze wspomnieniami Niemki, która przeżyła piekło. Jabłoński był prawdopodobnie ostatnim świadkiem tego, co jego ojciec wyprawiał z Irminą Rutz. Być może dziewczyna nie zanotowała wszystkiego, brakowało jakby zakończenia - co prawda w życiu nie napisałem ani też nie przeczytałem żadnego pamiętnika, ale chyba inaczej one wyglądały. Nie zdążyła, nie mogła przelać wszystkiego na papier? No i jakim cudem ten tajemniczy dokument znalazł się u pani Anieli? Co ona kombinuje? Spojrzałem na zegarek - trochę późno, żeby o cokolwiek ją zapytać. Nie dzisiaj, "jutro też jest dzień", niejednokrotnie słyszałem to powiedzenie. Wraz z upływem lat coraz częściej doceniamy "mądrości życiowe", które kiedyś wydawały się nam banalne i nieprzystające do realiów współczesności.
Następnego dnia pojechałem do pani Badury, bo tak miała na nazwisko Aniela. Mieszkała samotnie w małym poniemieckim - jakżeby inaczej? - domu przy ulicy Nowowiejskiej, w bliskim sąsiedztwie naszego starego kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy. Perła manieryzmu wzniesiona na zrębie dawnej gotyckiej budowli z czternastego wieku. Przed stuleciami świątynia luteranów. Ciekawa to jest sprawa z budynkami sakralnymi na Dolnym Śląsku. W wielu miejscowościach, nawet tych najmniejszych, znajdowały się dwa kościoły, jeden katolicki, drugi protestancki. Były również wioski, gdzie modlono się wyłącznie w obrządku, który uznawali rządzący tymi ziemiami. Wierni nie mieli nic do gadania, wyboru raczej też nie. Cuius regio, eius religio. W dobie panowania Habsburgów dominowali katolicy, natomiast po wojnach śląskich zwycięskie Prusy Hohenzollernów zdecydowanie preferowały protestanckie dogmaty. Żórawina miała szczęście, czytaj: mądrych gospodarzy i w miarę tolerancyjnych parafian, gdyż funkcjonowały tu dwie świątynie. Gwoli ścisłości - ta druga powstała kilka wieków później.
Pani Aniela przycinała kwiaty wzdłuż ścieżki wokół domu. Odniosłem wrażenie, że nie jest zaskoczona moimi odwiedzinami, wczoraj to ona zrobiła pierwszy ruch, kolejne należały do mnie.
- Spodziewałam się pana wizyty, czego się pan napije? - Jej słowa tylko potwierdziły moje przypuszczenia.
- Kawy, czarnej, bez cukru, będzie się nam lepiej rozmawiało.
Mogła mieć około sześćdziesięciu lat, a może trochę więcej; drobna kobieta o urodzie, która bardzo powoli przemija. Wydawała się spokojna, jakby pozbyła się niewygodnego ciężaru, ale spod przyciemnionych okularów rzucała co jakiś czas ukradkowe spojrzenia. Usiedliśmy w ogrodzie, na drewnianych ławach przy stole z grubych dębowych desek, pogoda nas rozpieszczała. Chwilę milczeliśmy, nie była to jednak krępująca cisza.
- Czytała pani?
Skinęła głową. Pytanie raczej retoryczne, ale chciałem mieć pewność, że będziemy wiedzieć, o czym rozmawiamy. Patrzyła na mnie z uwagą. Lubię utrzymywać kontakt wzrokowy z osobą, z którą prowadzę dialog - jednak możliwie najmniej widoczny, żeby nie męczył. Uwiarygadnia nasze słowa.
- Dlaczego chciała pani, żebym przeczytał wspomnienia Irminy? Czy ktoś inny poznał losy tej młodej Niemki?
- Myślę, że pan jest najbardziej właściwą osobą, zresztą nikt inny nie przyszedł mi do głowy...
Na chwilę zamilkła i sięgnęła po papierosy. Sam też zapaliłem.
- Ciekawe rzeczy pani opowiada, jednakże chciałbym usłyszeć odpowiedź na moje pytanie.
Zero reakcji, tylko zagadkowy uśmiech na jej twarzy. Aniela widocznie lubiła pogrywać, chyba że była to odpowiednia mina do tylko jej znanej gry.
- Pyta pan, czy ktoś czytał wspomnienia Irminy? Może kiedyś. Zeszyty znalazłam po śmierci mojej mamy, prawie dwadzieścia lat temu. Od tego momentu tylko ja mogłam się z nimi zapoznać. Kiedy mama zmarła, przeglądałam jej stare rzeczy, miała całą walizkę różnych dokumentów, odręcznych zapisków. Kobiety kiedyś zbierały przepisy kulinarne, wzory do haftowania, szycia i takie tam damskie ciekawostki. Panowie z reguły nigdy do nich nie zaglądali. Tam je znalazłam i przeczytałam tego samego dnia. Te wspomnienia to było coś strasznego, w naszej wiosce takie potworności, przecież ja znałam lub mogłam znać dzieci czy wnuków tamtych ludzi. Z nikim o tym nie rozmawiałam, nie potrafiłabym o tym mówić. - Poprawiła okulary. - Czy ktoś wcześniej oglądał te zeszyty? Nie wiem, mama nigdy nie wspominała o tych pamiętnikach.
- Zastanawiała się pani, w jaki sposób znalazły się one u was w domu?
- I to niejeden raz, ale pojęcia nie mam.
- Czy to pisała pani mama? - Pokazałem jej zeszyt napisany po polsku.
Miałem obydwa zeszyty ze sobą, nie były moje i pani Badura mogłaby zażądać ich zwrotu. Z przyzwyczajania i na bliżej nieokreślony wszelki wypadek zrobiłem zdjęcia każdej strony. Zanim odpowiedziała, napomknąłem, że wersje polska i niemiecka nie były pisana przez tę samą osobę, różnice były widoczne. Biorąc pod uwagę, kto i o czym pisał, można założyć, że język niemiecki był tym pierwotnym.
- Ciekawe, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. - Pochyliła się nad kartkami. - Wydaje mi się, że to charakter pisma mojej mamy, raczej na pewno.
- Możemy porównać. Proszę przynieść cokolwiek, co ona pisała, najlepiej jak najstarsze zapiski.
- No tak, był pan przecież policjantem. - Spojrzała na mnie zaintrygowana, wstając z ławy.
Charakter pisma zmienia się z wiekiem. Problemy z widzeniem, drżenie rąk i tym podobne dolegliwości mają wpływ na to, jak piszemy. Lata robią swoje i każdego z nas w mniejszym lub większym stopniu to czeka. To jeden z powodów, drugi ma już związek z nieodzownym "postępem cywilizacyjnym". Swego czasu dużo częściej korzystałem z długopisu i kartki, dzisiaj to już samego siebie nie potrafię rozszyfrować. Po wojnie kaligrafia przez wiele lat była jednym z przedmiotów nauczania. Znam osoby, u których ta umiejętność prawie zanikła, liczba wtórnych analfabetów rośnie w zastraszającym tempie. Na szczęście moje użalanie się nad nieodzownymi zmianami w wielu aspektach naszego życia przerwał powrót pani Badury.
- Mam przepis mamy na ciasto - powiedziała z uśmiechem.
Wyraz mojej twarzy był wymowną odpowiedzią na jej słowa.
- Znalazłam stare zapiski na tort orzechowy, nigdy bym nie pomyślała, że mogą się przydać do czegoś innego.
Świętej pamięci mama Anieli pewnie byłaby tego samego zdania. Porównaliśmy dwa teksty, wątpliwości nie było. Pisała je ta sama osoba, grafologa nie potrzebowałem.
- Jak pani mama miała na imię?
- Pelagia.
- No tak.
Dosyć ciekawe imiona nosiły kobiety w tej rodzinie, z komentarzami się powstrzymałem, chociaż bardzo mnie korciło, żeby coś powiedzieć.
- Czy znała język niemiecki?
- Zdecydowanie. Jej rodzice pochodzili spod Opola, po wojnie przybyli na te tereny. Słyszałam, że mama pomagała Niemcom w rozmowach z Polakami, mogła też pomóc w tłumaczeniu Irminie...
- Pani Anielo - przerwałem jej tok myślenia - nie mamy pojęcia, kiedy Pelagia, przepraszam, pani mama...
- Może pan mówić Pelagia, mnie to nie przeszkadza. Lubię to imię, swoje zresztą też.
- ...tłumaczyła te wspomnienia. Mogła jej dyktować Irmina, równie dobrze mogła to zrobić po latach. Może inaczej: czy Pelagia mogła znać rodzinę Irminy? Były w podobnym wieku, mogły się nawet przyjaźnić.
- Nie wiem. Nie pytałam, czy znała rodzinę Rutzów. Może gdybym przeczytała wcześniej wspomnienia Irminy... Myślę jednak, że z uwagi na jej znajomość języka miała kontakty z Niemcami, którzy tu zostali po wojnie, tak więc możliwe, że się poznały.
- Nie wiem, jak pani, ale ja odniosłem wrażenie, że wspomnienia Irminy są jakby niepełne. Czy to są wszystkie pamiątki po tej Niemce?
- Nie znalazłam żadnych innych dokumentów związanych z rodziną Rutzów, sprawdziłam każdy karton.
- Dlaczego teraz zdecydowała się pani pokazać wspomnienia Irminy? Czy ma to związek ze śmiercią Jabłońskiego?
- Panie Piotrze, po śmierci Jabłońskiego przypomniałam sobie o tym liście i ponownie przeczytałam, co napisała Irmina. Spotkała człowieka, który stał się dla niej ucieleśnieniem zła, był to jego ojciec. Pomyślałam, że teraz, kiedy nie ma świadków tamtych potworności, może warto byłoby, żeby pamiętniki Irminy ujrzały światło dzienne. Oni już nie żyją, tylko Boska sprawiedliwość ich osądzi, ale niech ludzie wiedzą, że nie wszystko było takie czarno-białe. Wydaje mi się, że byłoby to życzenie mojej mamy i tej nieszczęsnej dziewczyny.
Sięgnęła po kolejnego papierosa, dużo paliła.
- Czy słyszał pan, jak zmarł ojciec Józefa? - zapytała po chwili.
Pokiwałem głową na boki. Przez kłęby dymu jak zza woalki obserwowałem jej twarz. Ukradkiem spojrzała na mnie, niby tak od niechcenia, a może chciała, żebym odniósł takie wrażenie?
- Mówiono różne rzeczy na temat jego śmierci. Sprawa nie została nigdy wyjaśniona. Do dzisiaj nie wiadomo, jak i dlaczego zmarł Adam Jabłoński. - Ściszyła głos, jakby chciała podkreślić wagę swych słów.
- Dlaczego wspomina pani o jego śmierci?
- Sama nie wiem, ale może warto sięgnąć do starych historii. Ludzie mówią, że prędzej czy później człowiek zapłaci za swoje czyny.
- To ludzie wiedzieli o Irminie? Słyszeli, co ona przeszła?
- Tego nie wiem, ale pewnych spraw nie da się ukryć.
- Co pani miała na myśli, mówiąc, że zapłaci za swoje czyny? Ma to związek z młodą Rutz?
- Nie powiedziałam, że chodzi mi o Jabłońskiego. Nie tylko stary Jabłoński miał coś na sumieniu.
Miałem dziwne wrażenie, że od samego początku Aniela chciała mi to powiedzieć, a pamiętnik młodej Niemki był tylko pretekstem. Robiła wszystko, żebym zainteresował się wydarzeniami sprzed lat; jakby czekała do pogrzebu Jabłońskiego. Nasze spojrzenia przez moment się skrzyżowały. Wiedzieliśmy, że pewne sytuacje mają ciąg dalszy, zdarzeń z przeszłości nie można zamieść pod dywan. Przekaz zrozumiałem, należało zagłębić się w okoliczności śmierci starego Jabłońskiego.
- Jeszcze jedno: gdyby Józef Jabłoński żył, to tamte historie byłyby nadal tajemnicą?
Nie odpowiedziała, zresztą nie musiała, akurat na to pytanie znałem odpowiedź.
Jeszcze tego samego dnia przeglądałem strony internetowe. Wrzuciłem kluczowe słowa: "Żórawina, Jabłoński, śmierć". Nic. Dodałem: "lata siedemdziesiąte". Zero jakiejkolwiek wzmianki. To było wieki temu - kogo poza najbliższymi mógłby interweniować zgon starszego pana? Nie jestem mocny w te internetowe klocki, odkrywam możliwości komputera od niedawna i powoli. Ze słów Badury wynikało, że śmierć Jabłońskiego mogła budzić wątpliwości. Udramatyzowałem zdarzenie sprzed lat - "tajemnicza śmierć w Żórawinie", "niewyjaśnione zabójstwo Jabłońskiego" i tego typu hasła znalazły się w wyszukiwarce. Media nie nakarmią się nudnymi faktami - im więcej krwi i bólu, tym lepiej, odbiorcy szukają emocji i prawdopodobnie o to chodziło, gdyż wyświetliły się dwie informacje. Pierwsza - wzmianka o czynnościach mających związek z wyjaśnieniem śmierci Adama Jabłońskiego, gdzie podkreślono, że sprawa jest skomplikowana i wymaga czasu. Zawsze i wszędzie pisano w ten sposób, kiedy okoliczności zdarzenia nie były znane lub nie chciano - czy też nie można było - za dużo się wypowiadać na dany temat. Natomiast druga, artykuł we wrocławskiej gazecie, to już były newsy, na które liczyłem.
Kilka dni temu lokalną społecznością podwrocławskiej miejscowości Żórawina wstrząsnęła ponura tragedia. Tajemnicza i okrutna, dla większości zupełnie niezrozumiała. Ofiarą był sześćdziesięcioośmioletni Adam Jabłoński, samotnie mieszkający w starym domu przy ulicy Urzędniczej. Zwłoki ujawnił najbliższy sąsiad zmarłego. Zaniepokoił go fakt, że od mniej więcej dwóch dni nie widział swojego przyjaciela; znali się od urodzenia, prawie codziennie rozmawiali. Być może nie wszedłby do środka, gdyby nie ujadający pies na podwórzu - zwierzę nigdy tak się nie zachowywało. Jedno jest bezsporne: w życiu by nie przekroczył progu domu, gdyby miał najmniejsze wyobrażenie tego, co zobaczy. Jabłoński wyglądał, jakby drzemał w fotelu, słuchając audycji radiowej. Leszek Niedzielski, bo tak nazywał się sąsiad denata, nawet wyłączył odbiornik, żeby go nie obudzić. Dopiero kiedy podszedł bliżej, zdał sobie sprawę, że jego przyjaciel zasnął na wieki. Z uwagi na dobro śledztwa nie mogę opisywać przerażającego wyglądu zmarłego. Niedzielski wybiegł z pokoju jak oszalały, przed oczyma miał widok, który prawdopodobnie będzie go prześladował przez wiele lat. Powyższe informacje przekazała mi żona nieszczęsnego świadka. Próbowałem skontaktować się z panem Niedzielskim - okazało się to niemożliwe z uwagi na stan jego zdrowia. Jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, co ten człowiek zobaczył. Następnego dnia miałem nadzieję, że porozmawiam z państwem Niedzielskimi, jednakże unikali spotkania ze mną. Nie potrafię do końca zrozumieć ich zachowania, być może musi upłynąć jakiś czas od tego straszliwego zdarzenia. Rozmowy z mieszkańcami Żurawiny również nie wniosły nic nowego. Nikt nic nie słyszał, nikt nic nie wie. Jest coś tajemniczego w tej historii. Mam nadzieję, że kolejne dni dadzą odpowiedź na nurtujące nas pytania. Dlaczego nie żyje mieszkaniec podwrocławskiej miejscowości? Czy to było morderstwo? Co tak naprawdę zobaczył Leszek Niedzielski? Dlaczego mieszkańcy Żurawiny nagle "nabrali wody w usta"? Organy ścigania odmawiają odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, tłumacząc się dobrem prowadzonego postępowania. Będziemy na bieżąco informować o postępach w śledztwie dotyczącym tajemniczej śmierci samotnego starego człowieka.
Z nawyku odnotowałem, że jeszcze kilka dekad temu nazwę miejscowości Żórawina pisało się przez "u" otwarte. "Starego" - dzisiaj pan redaktor za takie sformułowanie musiałby się nieźle tłumaczyć. "Samotnego"? Ciekawe, co się stało z jego synem, jedynym Polakiem, którego pozytywnie wspominała Irmina. Temat zapowiadał się rozwojowo, dziennikarz ciekawie zaczął, aż się prosiło o kolejne wzmianki. A tu cisza. Pytania, które zadał, nie doczekały się odpowiedzi. Poszperałem jeszcze w internecie, lecz nie znalazłem już niczego więcej. Tylko w dzienniku "Gazeta Wrocławska" ktoś zainteresował się śmiercią Jabłońskiego. W innych gazetach jakby nie było tematu. Ta nagła zbiorowa amnezja osób, z którymi rozmawiał autor reportażu, być może nie była czymś wyjątkowym, jednakże mogła budzić pewne domysły. W większości tego typu spraw ktoś coś wiedział lub przynajmniej był przekonany, że dużo wie. Ludzie lubią gadać, nawet gdy nie mają nic sensownego do powiedzenia. Chyba że to był jeden z tych wyjątkowych przypadków, kiedy spotykamy się z niepisaną zmową milczenia, ale to już dawało dużo do myślenia. Mała miejscowość, ludzie się znają, umiera człowiek w dosyć niecodziennych okolicznościach - to jest temat, którym żyje cała wieś. Z tekstu nie wynikało, co było przyczyną śmierci Adama Jabłońskiego. To, że miejsce zdarzenia wygląda makabrycznie, nie musi oznaczać, że doszło do zbrodni. Uczestniczyłem w wielu czynnościach przy naturalnych zgonach lub wypadkach - i nie tylko w nocy miałem koszmary. Aż się prosiło, żeby temat Jabłońskiego ciągnąć przez następne dni, to nie są historie na zamówienie - jak się trafią, trzeba je maksymalnie wykorzystać.
Zastanawiałem się, dlaczego Paweł Popiela, bo tak nazywał się dziennikarz "Gazety Wrocławskiej", nie dokończył sprawy, która tak dobrze się zapowiadała. Myślałem nad tekstem, jednakże nieustannie nurtowało mnie jedno pytanie. Jaki jest związek ze śmiercią młodego i starego Jabłońskiego i pamiętnikiem Irminy, a właściwie jego ujawnieniem? Banałem było stwierdzenie, że pewne historie nigdy tak naprawdę się nie kończą, dopóki żyją ludzie, którzy je kreują czy też ich doświadczyli. Być może prawda nie mogła zostać ujawniona, ponieważ ostali się ostatni świadkowie. Równie dobrze powodów mogło być dużo więcej, choć dzisiaj byłoby to już tylko wróżenie z fusów kawy. Zapowiadało się ciekawie, kolejny raz było mi dane zmierzyć się z przeszłością, która wciąż była obecna. Pani Aniela dobrze wiedziała, do kogo przyjść.
Rozmowa z Popielą była nieodzowna, musiałem się z nim spotkać. Pytanie, czy on jeszcze żyje. Kawa, papieros i zagłębiłem się w internetowe informacje. Zapaliłem swojego IQOS-a, bo podobno mniej szkodliwe. Przynajmniej nie śmierdziały nikotynowym dymem, a to już była zauważalna zmiana. Decyzja o rzuceniu tego z kilku moich ulubionych nałogów stawała się nieunikniona, szczerze wierzyłem, że z tego świństwa będę w stanie zrezygnować. Po chwili doszukałem się informacji, że mój ulubiony od mniej więcej godziny dziennikarz pracował w "Gazecie Wrocławskiej" do końca siedemdziesiątego ósmego. Dwa miesiące po opublikowaniu swojego artykułu zmienił miejsce pracy. Przypadek? W "Trybunie Ludu" zaczął pisać felietony o tematyce międzynarodowej, ciekawa zmiana zainteresowania. Kończył karierę dwadzieścia lat temu w "Gazecie Wyborczej". Kompletna metamorfoza, a może swego rodzaju swoista symbioza. Z komuny do Solidarności. W jednej i drugiej gazecie specjalizował się w niemieckich zagadnieniach. Szkopuł tkwił w tym, że nie doszukałem się niczego bardziej szczegółowego o Popieli, co pozwoliłoby na skontaktowanie się z nim. Dowiadywanie się czegokolwiek o byłym dziennikarzu w redakcji nie miało sensu, RODO i tego typu idiotyzmy stanowiły argumenty nie do zbicia. Miałem, a właściwie to mam kolegę w stolicy; w "Gazecie Wyborczej" pracował prawie od zawsze. Swego czasu studiowaliśmy na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych warszawskiego uniwerku, a to zobowiązywało do właściwych zachowań - przynajmniej absolwentów tej szacownej uczelni. Pojawił się jednak delikatny problem; obawiam się, że jest to dosyć powszechna zagwozdka. Nie mamy kontaktu ze znajomym od miesięcy, dziwnym trafem dzwonimy do siebie tylko wtedy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Zresztą zasada ta działa w obydwie strony. Dobrze, że w ogóle są tacy znajomi, ale sytuacja nie jest komfortowa. Wstępny dialog, standardowe "Co słychać?", takie gadki szmatki. Masz jednak świadomość, a właściwie to mamy, że prędzej czy później dzwoniący przejdzie do sedna sprawy.
Po kilku minutach rozmowy przechodzę do konkretów.
- Słuchaj, jest pewna sprawa, w razie czego... - zawieszam głos, jakbym miał pewne wątpliwości.
- Śmiało. Słucham. Od czego są starzy znajomi ze studiów?
Oczyma wyobraźni widziałem jego pełen zrozumienia uśmiech.
- Był, a właściwie to mam nadzieję, że jest, facet o nazwisku Paweł Popiela. Pisał w "Wyborczej". Obiło ci się to nazwisko o uszy?
Chwila ciszy. Założę się, że zadawał sobie pytanie, dlaczego interesuję się tym gościem.
- Tak, pracował w gazecie, ale z tego, co pamiętam, to częściej przebywał po drugiej stronie Odry jako korespondent zagraniczny. Osobiście go nie znałem, ale podobno dziesięć, piętnaście lat temu wyjechał z Warszawy.
- Żyje?
- Nie wiem. Co tak ci zależy na Popieli? Nie wnikam w szczegóły, ale już chyba nie pracujesz tam, gdzie pracowałeś?
- Od kilku lat jestem szczęśliwym emerytem.
- Ciekawa perspektywa, ale jeszcze nie dla mnie. Jak to jest być w tym wieku na emeryturze?
- Często słyszę to pytanie. Każdy kiedyś miał jakiś wybór, były plusy i minusy takiej decyzji. Ogólnie czas dziwnie upływa, jakby wolniej, ale ciągle nam go brakuje, może dlatego, że już mniej przed nami, a dużo więcej za nami. Odnośnie do Popieli możesz być spokojny. Sprawa ma związek z artykułem, który wiele lat temu napisał o miejscowości, w której mieszkam. Po prostu chciałbym z nim porozmawiać.
- Popytam, dam ci znać. Chociaż jakoś nie do końca mnie przekonałeś.
Czekanie nie jest moim ulubionym zajęciem; co jakiś czas zerkałem na telefon, chociaż nie spodziewałem się odpowiedzi tego dnia. Los okazał się łaskawy, dwie godziny później wyświetliła mi się informacja.
Telefon 511 601 121, Wrocław, ul. Hubska 7/12. Jeszcze miesiąc temu żył. Powodzenia.
Dzięki, przy najbliższym spotkaniu ja stawiam.
Odpisałem.
Szybko i sprawnie, byłem pod wrażeniem. Popiela mieszkał we Wrocławiu, pewnie wrócił na stare śmieci. Zbliżał się wieczór, zastanawiałem się, czy już nie jest za późno na kontakt z nim. Dużo mnie kosztowało, żeby nie wykręcić numeru. Wysłałem SMS-a.
Dobry wieczór, nazywam się Piotr Atosal, mieszkam w Żórawinie. Telefon do pana mam od znajomego z "Wyborczej". Chciałbym porozmawiać na temat artykułu o śmierci Jabłońskiego. Proszę o kontakt.
Zdziwiłem się, kiedy już po dziesięciu minutach otrzymałem wiadomość.
Stare dzieje, nie ma o czym rozmawiać.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewałem, liczyłem na bardziej spontaniczną reakcję. Może niepotrzebnie wspomniałem o Jabłońskim, ale prędzej czy później musiałbym wrócić do jego tajemniczej śmierci. Najważniejsze, że Popiela odpisał. Kolejny mój SMS był już propozycją nie do odrzucenia.
Kilka dni temu ktoś przekazał mi pamiętnik młodej Niemki. Mieszkała z rodziną w domu, do którego zaraz po wojnie wprowadził się Adam Jabłoński. Uważam, że jej wspomnienia mają związek z jego śmiercią. Ma Pan rację, to są stare dzieje, ale może teraz jest okazja wrócić do tej historii. Dobrze Pan zaczął.
Miałem nadzieję, że będzie tego samego zdania. Wiele lat temu jako dziennikarz chciał się bliżej przyjrzeć tym wydarzeniom, być może nie dano mu tej szansy. Godzinę później odczytałem wiadomość.
Możemy spotkać się jutro, przyjadę pociągiem do Żórawiny, tym po dziesiątej.
Nie zawiodłem się, ciągnie wilka do lasu.
Będę czekał na dworcu.
Z Wrocławia do Żórawiny - czternaście minut jazdy. Druga stacja. Jest to trasa na Kłodzko; pociągi, przynajmniej za dnia, mniej więcej co godzinę. Popiela mieszkał przy Hubskiej, blisko Dworca Głównego. Odrestaurowany dworzec wygląda zjawiskowo, choćby z tego powodu warto korzystać z kolei państwowych. Z praktycznego punktu widzenia - dojazd trwa co najmniej dwa razy szybciej i nie trzeba kombinować z parkowaniem; wiem, o czym mówię, bo dojeżdżałem do miasta. Tę jedną z wielu pereł Wrocławia trzeba zobaczyć, brama wjazdowa do stolicy Dolnego Śląska robi wrażenie, jest jak niekończąca się reklama, której nie sposób pominąć.
Podjechałem samochodem pod nasz dworzec; sytuacja wyjątkowa, ponieważ to tylko kilkaset metrów od mojego domu, ale pojęcia nie miałem, jak to wszystko się potoczy. Do przyjazdu pociągu zostało pięć minut, przypomniałem sobie zabawną historię. Ponad trzydzieści lat temu pierwszy raz przyjechałem do Żórawiny, oczywiście pociągiem z Wrocławia. Ania była u swojej cioci i zaproponowała spotkanie; nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z takiej okazji. Przecież z Warszawy to tylko plus minus czterysta kilometrów i około sześciu godzin w pociągu. Młodość nie zna granic, zupełnie inny przelicznik - z wiekiem coraz bardziej przewidywalny. Emocje stępiły moją czujność - w każdym razie nie wysiadłem w Żórawinie. Kompletna pomroczność. Następna stacja była w miejscowości Węgry. Wieczór, kolejny pociąg w stronę Wrocławia za kilka godzin. Myślałem, że zwariuję, nie chciało mi się wierzyć, że można odwalić taki numer, nawet brałem pod uwagę powrót torami, przynajmniej bym nie zabłądził. Komórek jeszcze nie było. Po jakimś czasie udało mi się przedzwonić na telefon stacjonarny do mojej przyszłej żony, na szczęście jej ciocia posiadała takie cudo. Z wiadomych względów nie chciałem za dużo mówić, zdążyłem tylko powiedzieć, że jestem w Węgrach. Na więcej nie miałem szans, bo usłyszałem kilka szybkich i głośnych pytań - biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znajdowałem, zupełnie zrozumiałych. Co ja robię na Węgrzech? Przecież paszport jest dopiero do odebrania, a tak w ogóle to mieliśmy się dzisiaj spotkać. Chwila ciszy, bo faktycznie tego dnia moje zwoje mózgowe nie do końca prawidłowo funkcjonowały. Na polemikę nie było szans, grzecznie poprosiłem o transport do Żórawiny z sąsiedniej wioski zwanej Węgrami. Pół godziny później Ania z koleżanką przyjechały po mnie. Oczy miały pełne łez, pewnie płakały z radości, obciach na całą wieś, przyjechał "miastowy".
Od razu wiedziałem, że to Popiela. Spojrzał w moim kierunku, a ja podszedłem do niego. Gwoli ścisłości byłem jedyną osobą wyczekującą kogokolwiek na peronie, nie mogliśmy się pomylić.
- Dzień dobry, panie Pawle - przywitałem się. - Jestem wdzięczny za spotkanie.
- Dzień dobry... choć czy dobry, to się jeszcze okaże, panie Piotrze.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Rozejrzał się dookoła.
- Kiedyś Żórawina pisało się przez "u" otwarte. Nie byłem tutaj lata, zresztą nieważne.
- Od śmierci Jabłońskiego?
Skinął głową, zamyślony. To była prawdopodobnie odpowiedź na moje pytanie.
- Przejedziemy się po wiosce?
Wsiedliśmy do samochodu, jakoś nie zdziwiła mnie ta prośba. Powoli, z prędkością patrolową, objeżdżałem Żórawinę.
- Obrazy z przeszłości. Jak czarno-biały film, do tego niemy. Właściwie to tylko dom Jabłońskiego się nie zmienił, no i posterunek policji. Poza nazwą oczywiście - słyszałem głos Popieli, zapatrzonego w mijaną przeszłość.
Kwadrans później usiedliśmy na tarasie.
- Czego się pan napije? Kawy, wody?
- Jednego i drugiego. Można zapalić?
Skinąłem głową.
- Fotel, taras, oczko i łąka. No i ta cisza. Uwielbiam takie klimaty, niektórzy muszą za to płacić. - W jego głosie wyczuwałem ciepłą ironię.
Po kilku minutach rozpoczęła się nasza rozmowa - jak się miało okazać, jedna z wielu, których miałem doświadczyć tego lata. Każda kolejna wydawała się tą najciekawszą, wyjątkową i - co najdziwniejsze - prawie wszystkie takie były.
- Szuka pan tematu do następnej książki?
Zaskoczył mnie tym pytaniem.
- Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym, ale kto wie, jak historia się potoczy. - Rozlałem kawę do filiżanek. - Zdążył się pan zorientować, że to ludzie z "tematami" mnie znajdują. Powiedzmy, że ja im tylko pomagam. Czytał pan Cenę wyboru?
- Tak, to w dużej mierze przesądziło o tym, że się dzisiaj widzimy. Ciekawa historia, zastanawiałem się, czy wszystko to tylko pana wyobraźnia.
- Zdecydowanie to tylko moja wyobraźnia podsunęła mi temat do książki, starałem się ją utrzymać na wodzy, ale bywało różnie. - Uśmiechnąłem się do mojego gościa. - Powiedzmy, że pani Jadwiga przedstawiła mi propozycję nie do odrzucenia.
Jadwiga Zielińska była jedną z bohaterek powieści Cena wyboru. Jej wspomnienia zainicjowały pojawiające się tam wydarzenia.
- Dobrze powiedziane, nie miał pan wyboru. - Rozejrzał się dookoła. - Klimaty, jak pan opisywał. Na pstrąga nie liczę, ale czerwonego wina bym się napił. Oczywiście wytrawnego.
- Obawiam się, że kolejny raz nie mam wyboru.
W promieniach słońca wino aż iskrzyło burgundową barwą. Popiela delektował się trunkiem. Nie narzucałem się swoją obecnością. Dziennikarze wbrew pozorom lubią mówić - zwłaszcza kiedy już są na emeryturze, bo przez lata słuchali innych. Niektóre profesje w wielu aspektach są do siebie podobne.
- Faktycznie domowe. Za tajemnice sprzed lat. - Podniósł kieliszek wina. - Wiedziałem, że ta sprawa prędzej czy później wróci. I chyba dobrze, że trafiłem na ciebie.
Zgrabnie przeszedł na ty, nie przeszkadzała mi ta forma. Pasuje mu, nie ma sprawy, toastem jakby przypieczętował, że wracamy do tematu.
- Nie będę polemizował z tym, że domowe, a tym bardziej z tym, że dobrze trafiłeś. Po moich SMS-ach nie mogłeś tak po prostu odłożyć słuchawki. Niekiedy zastanawiam się, czy faktycznie los daje nam szansę na dokończenie pewnych spraw. Jeżeli tak, grzechem byłoby nie skorzystać z tego daru. Z zaniechania też należy się spowiadać.
- Zaniechanie. Można i tak powiedzieć. - Uśmiechnął się gorzko, wpatrzony gdzieś daleko.
- To był jedyny artykuł, który napisałeś po śmierci Jabłońskiego? Ciekawie zacząłeś.
- Myślałem, że trafiłem na temat, który się marzy początkującemu dziennikarzowi. Właściwie to trafiłem, ale jak się okazało, to nie była historia do gazet, tak przynajmniej niektórzy zadecydowali. Wspominałeś, że masz pamiętnik Niemki, która mieszkała w domu, gdzie zamordowano Jabłońskiego.
- Tak, mam. Jesteś pewien, że to było morderstwo?
- Na sto procent, ale zacznijmy od tego, co masz ty. Mógłbyś mi pokazać ten pamiętnik?
Nie zaskoczył mnie tą prośbą; był ostrożny, chciał się przekonać, że mam pewne informacje na temat historii sprzed lat. Kto by nie chciał przeczytać pamiętnika napisanego w domu, w którym po latach doszło do tajemniczej zbrodni?
- Pewnie, nie ma sprawy. Słyszałem, że pracowałeś na Zachodzie. Jeden jest po niemiecku, drugi to podobno tłumaczenie tego, co napisała Irmina.
- Trochę się przygotowałeś. - Spojrzał na mnie uważnie. - Faktycznie lata spędziłem jako zagraniczny wysłannik gazety. Drezno, Berlin, Bonn. Pewnie cię zaskoczę, ale kończyłem germanistykę. Praca w gazecie miała być epizodem, który potem ciągnął się przez całe życie. Irmina. Ciekawe imię, wiesz, co oznacza?
- Tak, sprawdziłem. Wielka, silna.
- Właściwie Irmina to bardziej polskie czy nawet romańskie imię, odpowiednik germańskiego imienia Irma, Hermina, które było używane zwłaszcza we wschodnich rejonach ówczesnej Rzeszy. Oznacza również czczoną, szanowaną. Ogólnie rzecz biorąc, kobietę o mocnym charakterze.
- W każdym przypadku pasuje do niej. - Pokiwał głową, sięgając po zeszyt. - Daj mi pół godziny.
- Czas nas nie goni.
Ale już mnie nie słuchał. Założył okulary i zagłębił się w lekturze. Przez chwilę pomyślałem, żeby zaproponować coś do zjedzenia. Spojrzałem na Pawła - kolejny raz mnie zaskoczył. Jak gdyby nigdy nic wyciągnął kanapkę ze swojej, powiedzmy, aktówki. Ze smakiem konsumował ciemne ziarniste pieczywo z żółtym serem; kiszony ogórek mnie rozbroił. Ciekawy gość. Wróciłem po kwadransie z kawą i gorzką czekoladą z orzechami; nie było go na tarasie. Siedział nad oczkiem na poniemieckim piaskowcu, być może z przedwojennego protestanckiego cmentarza. Wpatrywał się w pływające kolorowe karasie - ryby napędzane hormonami szalały po brzegach, okres tarła wymuszał na nich zakodowane zachowania. Usiadłem obok na szarym, a miejscami żółtawym kamieniu. Przyjemnie chłodził. Milczeliśmy; czekałem, co powie.
- Skąd masz ten pamiętnik? - spytał cicho.
Opowiedziałem o okolicznościach, które doprowadziły do naszego spotkania. Dopił kieliszek wina, zapalił papierosa. Niekiedy w ciszy toczą się najciekawsze rozmowy, słowa czy gesty są zbędne - zwłaszcza po przeczytaniu tego, czego doświadczyła ta młoda dziewczyna. Popiela przyjechał do Żórawiny, żeby dokończyć rozpoczęty reportaż; zajęło mu to kilkadziesiąt lat. Czas już nie miał większego znaczenia - decyzja została podjęta, a kolejnej szansy nie będzie.
- Masz jakiś interes, żeby zagłębiać się w tę historię?
- Paweł, mów konkretnie, o co ci chodzi.
- Czy osoby, o których pisze Irmina, są z tobą spokrewnione? Czy twoja rodzina mogła mieć związek z wydarzeniami, o których mówimy? Czy cokolwiek łączy cię z tą historią?
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.