Irlandia - Edward Rutherfurd

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Dublin, pierwsza część sagi, wiodła czytelnika przez ponad tysiąc lat irlandzkiej historii, odbitej w zmiennych kolejach losu kilku fikcyjnych rodów.

O'Byrne'owie wywodzili się od Conalla, potomka irlandzkiego Najwyższego Króla, oraz Deirdre, żyjącej w czasach świętego Patryka córki jednego z wodzów plemiennych.

MacGowanowie byli w okresie przedceltyckim kupcami i rzemieślnikami.

Haroldowie i Doyle'owie, dwa rody wikińskie, zostali rolnikami i kupcami.

Walshowie byli flamandzkimi rycerzami. Najpierw osiedli w Walii, a w XII wieku dotarli do Irlandii razem ze Strongbowem, który dowodził anglo-normańską inwazją na wyspę.

Rodzina Tidych szukała szczęścia w średniowiecznej Irlandii; jej członkowie byli rzemieślnikami i drobnymi urzędnikami.

Saga rozpoczyna się w 430 roku naszej ery poruszającą i tragiczną historią siostrzeńca Najwyższego Króla z Tary, Conalla, i jego namiętnej miłości do pięknej Deirdre. Kiedy Najwyższy Król postanowił wziąć Deirdre za żonę, kochankowie musieli uciekać. Przez rok ukrywali się przed władcą, jednak sąd nad nimi był nieunikniony. Conall zapewnił Deirdre wolność za cenę własnego życia: zgodnie z celtyckim rytuałem został złożony w ofierze, co miało też zapobiec wojnie domowej. Tragiczne losy tej pary osadzone są na tle pogańskiej Irlandii z całą jej mityczną atmosferą - to kraj wojowników i niezwykłych świąt, w którym fortele Najwyższego Króla trzymają w ryzach wrogość naczelników plemiennych, a druidzi potrafią przepowiedzieć przyszłość.

Dwadzieścia lat później Deirdre mieszka z synem Morną w maleńkiej osadzie Dubh Linn. Chłopak jest uderzająco podobny do Conalla, swojego ojca. Pewnego dnia w osadzie pojawia się grupa jeźdźców - w jej przywódcy Deirdre rozpoznaje druida, który brał udział w rytuale złożenia Conalla w ofierze. Jednak druid się zmienił - jest teraz uczniem Patryka, który głosi dziwną nową religię oddającą cześć jednemu bogu i odrzucającą zwyczaj składania ofiar z ludzi. Opowieść pokazuje, jak geniusz i zwykła dobroć świętego Patryka pozwoliły mu nawrócić Irlandczyków na chrześcijaństwo.

Wstrząsem, który w IX wieku odmienił celtycką Irlandię, były najazdy wikingów. Przybywali oni na budzących lęk łodziach, owiani złą sławą grabieżców klasztorów. Jednak wielu z nich wolało zostać w Irlandii. Zakładali tu wydajne gospodarstwa rolne i kwitnące porty. I to oni stworzyli zachowaną do dziś nazwę kraju: nordycka Ire-land zastąpiła dawną celtycką Erie. Wikingowie zmienili też nazwę Dubh Linn na Dyflin, a miasto stało się wkrótce najbogatszym irlandzkim portem. Owo połączenie pierwiastka skandynawskiego z celtyckim widoczne jest w losach Harolda i Caoilinn. On jest dyflińskim szkutnikiem, wiernym nordyckim bogom i pamiętającym o swoich przodkach, dzielnych Norwegach. Ona to piękna i pewna siebie potomkini Conalla. Nie wyobraża sobie, że mogłaby poślubić poganina.

Ich życie przypada na okres, w którym trwają spory o koronę Najwyższego Króla. W 999 roku jeden z pomniejszych książąt, Brian Boru, staje na czele kampanii wojskowej zmierzającej do zjednoczenia Irlandii. Harold zostaje zagorzałym zwolennikiem księcia. Niestety, Brian ma wielu przeciwników, którzy kwestionują jego przywództwo. Caoilinn żywi do niego nienawiść.

Czternaście lat po zdobyciu władzy przez Briana Boru Harold i Caoilinn nawiązują bliższą relację (on jest wdowcem, ona też straciła męża), jednak ich plany małżeńskie upadają, gdy Caoilinn dowiaduje się o sympatiach politycznych Harolda. Rządy Briana kończą się wraz z jego śmiercią - król ginie z ręki wikingów w historycznej bitwie pod Clontarf. Wprawdzie jego wojska pokonują w walce przeciwnika i tym samym powstrzymują kolejne wikińskie najazdy, jednak - jak pokaże historia - jest to dla Irlandii pyrrusowe zwycięstwo. Kiedy w kraju wreszcie panuje spokój, Caoilinn i Harold dochodzą do porozumienia i biorą ślub.

W 1167 roku, sto lat po zdobyciu Anglii przez Normanów, król Henryk II z dynastii Plantagenetów zaczyna przygotowania do aneksji Irlandii. Wydaje zgodę na zakładanie na wyspie angielskich osad. Akcją ma kierować jeden z jego magnatów - sprytny, wyrachowany Strongbow. Te burzliwe wydarzenia są ukazane poprzez dzieje młodego Walijczyka o flamandzkich korzeniach, Petera FitzDavida, który przybywa do Irlandii ze Strongbowem.

Peter zaprzyjaźnia się z irlandzką rodziną pochodzącą od Caoilinn. Głową rodu jest Conn, ksiądz, a zarazem mąż i ojciec (taka praktyka była dość powszechna w Kościele celtyckim). Uwagę dobrze ułożonego angielskiego żołnierza przyciąga piękna córka Conna, Fionnuala, która bez wahania nawiązuje z nim namiętny romans. Jednak kochankowie zrywają ze sobą po tym, jak na prośbę Strongbowa Peter podstępem wyciąga od dziewczyny informacje, które doprowadzają do upokarzającej klęski Najwyższego Króla. To jeden z wielu ciosów czekających Irlandczyków z rąk potężnego nowego władcy.

W 1171 roku król Henryk II osobiście udaje się do Irlandii, zabierając ze sobą cztery i pół tysiąca żołnierzy. Jego celem jest uświadomienie Strongbowowi, że bez względu na liczbę odniesionych zwycięstw zawsze będzie musiał podporządkować się angielskiemu władcy. Po kolejnych sukcesach Anglików w Irlandii papież wysyła Henrykowi II list gratulacyjny, w którym chwali go za militarny tryumf i ujarzmienie Irlandczyków. Jednocześnie irlandzkim duchownym wyraźnie daje do zrozumienia, że nie mają co liczyć na przychylność papiestwa. W ciągu kolejnych lat król nagradza angielskich najeźdźców wielkimi nadaniami irlandzkiej ziemi. W nagrodę za dwadzieścia lat wiernej służby Peter otrzymuje majątek należący wcześniej do rodziny Fionnuali. W scenie ukazującej dramat tego przejęcia Fionnuala prosi Petera, by pozwolił jej bratu pozostać na ziemi, która od setek lat jest w rękach jej rodu. Peter zgadza się, ale pod warunkiem, że będzie otrzymywał na czas należny mu czynsz. Fionnuala, która jest już żoną O'Byrne'a, ostrzega dawnego kochanka, że pewnego dnia jej dzieci zejdą z gór i odbiorą to, co im niesłusznie odebrano.

Jest rok 1370. Między osiadłymi wokół Dublina Anglikami a żyjącymi w głębi wyspy Irlandczykami ciągle dochodzi do konfliktów. Sytuację ilustruje pełna napięcia opowieść rozgrywająca się w niewielkiej, ale ważnej strategicznie wiosce rybackiej Dalkey. Żeby stworzyć jeszcze jeden przyczółek w walkach przeciwko Irlandczykom, królewski namiestnik w Dublinie osadza w starym zamku Carrickmines rodzinę Johna Walsha. Któregoś dnia zaczynają krążyć pogłoski, że O'Byrne'owie planują najechać zamek. Wobec takiego zagrożenia namiestnik postanawia zwołać grupę doradców, wśród których jest między innymi Walsh oraz dubliński kupiec Doyle, wzbogacony na handlu winem. I to właśnie Doyle proponuje, żeby obsadzić Carrickmines żołnierzami, przenosząc tam także szwadron stacjonujący w Dalkey, i w ten sposób zastawić na O'Byrne'a pułapkę. Nikt jednak nie podejrzewa, że Doyle, potomek duńskich piratów, uknuł sprytną intrygę, żeby odwrócić uwagę od Dalkey. Pod Carrickmines dochodzi do niewielkiej potyczki, która jest tylko zasłoną dymną dla wielkiej akcji przemytniczej zorganizowanej przez Doyle'a. Nocą mieszkańcy wioski, którzy są z nim w zmowie, wyładowują z trzech statków cenne towary, dzięki czemu unikają płacenia wysokich ceł.

Piętnastowieczną Anglią targa Wojna Dwóch Róż, krwawy konflikt między dwiema gałęziami dynastii Plantagenetów. Mimo że walki zakończyły się w 1485 roku śmiercią Ryszarda III i zwycięstwem Henryka Tudora, członkowie frakcji anglo-irlandzkiej wciąż popierają ród Yorków. Koronują na króla młodego pretendenta, który twierdzi, że jest hrabią Warwick, i wyruszają do Anglii z zamiarem obalenia Henryka. Wyprawa kończy się katastrofą i dalszym podbojem Irlandii, która zostaje podzielona między Anglików mieszkających na terenie Palisady (hrabstwa wokół Dublina) oraz Irlandczyków zajmujących pozostałe ziemie. Te wszystkie wątki splatają się w losach czterech szesnastowiecznych rodów: Tidych, Walshów, Doyle'ów i O'Byrne'ów.

Mieszkańcy Palisady muszą ubierać się jak Anglicy. Te surowe nakazy ujawniają się wyraźnie, gdy narzeczona Henry'ego Tidy'ego, Cecily, zostaje aresztowana za noszenie szala wskazującego na jej proirlandzkie sympatie. Stawia to w bardzo niezręcznej sytuacji Henry'ego, który zamierza ubiegać się o prawa wolnego obywatela Dublina. Cecily unika kary dzięki wstawiennictwu rajcy Doyle'a, który ostrzega Tidy'ego, by na przyszłość pilnował narzeczonej, albowiem jej irlandzki rodowód może mu przeszkodzić w dalszej karierze. Ten pozornie drobny incydent stanowi zapowiedź coraz głębszych podziałów w obrębie dublińskiej społeczności.

Klimat niepewności i zagrożenia odczuwa też rodzina Walshów. William Walsh, który jest prawnikiem, uprzedza żonę, że w ramach obowiązków zawodowych będzie musiał co jakiś czas odwiedzać południe wyspy. I prosi ją o zachowanie tej informacji w tajemnicy. Wprawdzie wykonuje tam zadania zgodne z prawem, ale wobec licznych spisków na życie Henryka VIII szpiedzy mogą uznać, że za jego wizytami w Munsterze kryją się jakieś niecne plany. Niestety, Margaret zdradza tajemnicę Joan, żonie rajcy Doyle'a. William traci szansę ubiegania się o miejsce w parlamencie. Posłem zostaje John Doyle. Margaret przestaje ufać Joan - niechęć umacniają krążące od dawna pogłoski, jakoby Doyle'owie podstępem pozbawili jej rodzinę ziemi. Z czasem ta niechęć przeradza się w nienawiść.

Ale dopiero postanowienie Henryka VIII o unieważnieniu jego małżeństwa z Katarzyną Aragońską odmienia losy Irlandii. Początkowo papież zgadza się anulować małżeństwo, kiedy jednak świętym cesarzem rzymskim zostaje siostrzeniec Katarzyny - nie wydaje ostatecznego pozwolenia, żeby nie urazić potężnego władcy wsparciem dla jakiegoś Tudora. Henryk VIII zrywa z Rzymem - w Anglii i Irlandii rozpoczyna się reformacja.

Pogłębia to rozdźwięk między Henrym Tidym i jego żoną. Podczas obchodów Bożego Ciała Cecily wykrzykuje, że nowa królowa jest heretyczką, a król spłonie w piekle. Henry jest przerażony, zwłaszcza że zrządzeniem losu słowa te słyszy człowiek, który wkrótce nakłoni Irlandczyków do buntu przeciwko angielskiemu władcy. Tym człowiekiem jest Thomas Fitzgerald, wpływowy arystokrata, który z powodu upodobania do tunik z najlepszego jedwabiu zaskarbił sobie przydomek "Jedwabny Thomas".

Wkrótce po Bożym Ciele Jedwabny Thomas wypowiada wierność Koronie i ogłasza się nowym protektorem Irlandii. Sean O'Byrne, podobnie jak wielu jego rodaków liczących na przywrócenie irlandzkiej władzy, jest uszczęśliwiony takim obrotem wydarzeń. Zjawia się nawet u Walshów i próbuje ich nakłonić do złożenia przysięgi wierności Jedwabnemu Thomasowi.

Cecily jest zagorzałą zwolenniczką Thomasa. Woła do niego przez okno, obiecując mu swoje poparcie, a jej głos niesie się na całej ulicy. Ta publiczna przysięga wierności Fitzgeraldom wprawia Henry'ego w przerażenie. Zdaje on sobie sprawę, że wszelkie szanse jego awansu we władzach miasta legły w gruzach.

Doyle'owie opowiadają się przeciwko Fitzgeraldom, stając po stronie Butlerów, którzy wspierają Tudorów.

Groźba walk wisi w powietrzu, dlatego Doyle uznaje, że Joan będzie bezpieczniejsza w Dalkey, i postanawia ją tam wyprawić pod eskortą zbrojnych. Nie wie jednak, że Margaret uknuła plan zemsty. Umówiła się z O'Byrne'em, że ten porwie po drodze panią Doyle, a potem podzielą się okupem po połowie. Napad kończy się niepowodzeniem. Joan wychodzi z niego bez szwanku, ginie natomiast jeden z synów O'Byrne'a. Usłyszawszy o tym, William Walsh wyjawia żonie, że Joan okazała mu niedawno wielką wspaniałomyślność, udzielając pożyczki, dzięki której będzie mógł się wydobyć z poważnych tarapatów finansowych. Margaret czuje się winna: dopiero teraz widzi, że opacznie interpretowała zachowanie Joan i pogardliwie odtrąciła kobietę, która zawsze okazywała jej dobroć.

O'Byrne'ów czekają kolejne dramaty. Sean i jego żona Eva wzięli kiedyś na wychowanie małego Maurice'a, który urodził się w rodzinie Fitzgeraldów. Kiedy chłopiec dorasta, lady Fitzgerald oznajmia, że jego ojcem jest Sean i dlatego oddała mu dziecko pod opiekę. Widząc gniew i upokorzenie Evy, Maurice ucieka do Dublina. Skoro jednak chce osiąść w Palisadzie, to zgodnie z radą przyjaciela rodziny musi wymazać ze swojego nazwiska wszystkie irlandzkie ślady. I tak Maurice Fitzgerald, który miał wśród swoich przodków O'Byrne'ów, Walshów, dzielnego Conalla i całe pokolenia wodzów plemiennych, zostaje Maurice'em Smithem.

Staje się jasne, że romantyczna rewolucja z marzeń Jedwabnego Thomasa nie zyska wsparcia z Europy. Henryk VIII wysyła do Irlandii wojsko, a w 1536 roku irlandzki parlament podejmuje uchwały wypowiadające posłuszeństwo papieżowi i przysięga wierność Tudorom. Siedemdziesięciu pięciu zwolenników Jedwabnego Thomasa zostaje skazanych na śmierć. Upadek Fitzgeraldów zapowiada nieuchronną klęskę Irlandii.

W ostatniej scenie Dublina Cecily Tidy patrzy z przerażeniem na płomienie buchające przed katedrą Kościoła Chrystusowego. Żeby wyplenić katolicyzm z Irlandii, publicznie pali się święte obrazy i inne przedmioty sakralne. Działania te zapowiadają wybuchowe połączenie polityki z religią; walka będzie się toczyć o każdą duszę na wyspie. Powieść zamyka złowróżbny obraz: do ognia trafiają najcenniejsze, bogato zdobione pamiątki, a Bachall Iosa, laska świętego Patryka, najświętsza relikwia Irlandii, znika bez śladu. Pod wpływem tych strasznych przeżyć potomkowie irlandzkich książąt staną się buntownikami.

Tom Irlandia opowiada dalsze losy tych rodów, do których dołączają Smithowie, Pincherowie, Budge'owie, Maddenowie i inni.

KOLONIZACJA

Rok 1597

Doktor Simeon Pincher wiedział o Irlandii wszystko.

Był wysokim, szczupłym mężczyzną i mimo dwudziestu kilku lat zaczynał już łysieć. Miał ziemistą cerę i ciemne oczy o surowym spojrzeniu pasującym do ambony. Odebrał gruntowne wykształcenie, był absolwentem i członkiem Emmanuel College na Uniwersytecie w Cambridge. Kiedy jednak zaproponowano mu stanowisko w niedawno powstałym Trinity College w Dublinie, zgodził się z takim zapałem, że aż wywołał zdziwienie swoich nowych gospodarzy.

"Przyjadę jak najszybciej - napisał im w liście - żeby wypełnić dzieło boże".

Przywoził ze sobą nie tylko niezachwianą misjonarską żarliwość. Jeszcze przed przybyciem do Irlandii zdobył szeroką wiedzę o jej mieszkańcach. Wiedział na przykład, że prości Irlandczycy, jak obecnie w Anglii nazywano rdzennych mieszkańców wyspy, są gorsi od zwierząt, a jako katolikom nie można im ufać.

Jednak szczególnym darem, który doktor Pincher przywiózł do Irlandii, było jego przekonanie, że prości Irlandczycy są nie tylko gorszymi ludźmi, ale że Bóg świadomie i od początku świata skazał ich - oczywiście wraz z wieloma innymi - na wieczny ogień piekielny. Bo doktor Simeon Pincher był kalwinem.

Żeby pojąć jego wersję subtelnych nauk wielkiego protestanckiego reformatora, wystarczyło posłuchać któregoś z kazań. Doktor był już bowiem uznanym kaznodzieją, cenionym za jasność wywodu.

"Boski rozum - głosił - tak samo jak boska miłość, jest doskonały. A skoro w niewyczerpanej bożej dobroci zostaliśmy obdarzeni zdolnością racjonalnego myślenia, możemy wyraźnie zobaczyć boski cel. - Żeby zapewnić sobie uwagę słuchaczy, doktor Pincher pochylał się lekko w ich kierunku, a potem ciągnął: - Bo zastanówcie się tylko. Bezspornym jest, że Bóg, krynica wszelkiej wiedzy, dla którego cała wieczność to jak mrugnięcie okiem, w swojej nieskończonej mądrości zna wszelką przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dlatego nawet w tej chwili doskonale wie, kto w dniu Sądu zostanie zbawiony, a kto spadnie w otchłanie piekieł. Bóg ustanowił wszystko już na początku świata. Inaczej być nie może. I nawet jeśli w swoim miłosierdziu ukrył przed nami nasze przeznaczenie, niektórzy już zostali powołani do nieba, a inni skazani na piekło. Boski rozum jest absolutny, a wszyscy, którzy wierzą, muszą przed nim drżeć. Tych, którzy będą ocaleni, nazywamy Wybranymi. Wszyscy inni są już potępieni. A zatem - doktor wpijał przenikliwy wzrok w słuchaczy - moglibyście zapytać: kimże ja jestem?".

Trudno było podważyć przygnębiającą logikę doktryny predestynacji Jana Kalwina. Bez wątpienia on sam był człowiekiem pobożnym i miał dobre intencje. Jego wyznawcy starali się kierować naukami Ewangelii, żyć uczciwie, pracowicie i okazywać miłosierdzie innym. Jednak część krytyków widziała w tej religii pewne zagrożenie: kierowanie się jej zasadami mogło prowadzić do nadmiernej surowości. Przeniósłszy się z Francji do Szwajcarii, Kalwin założył w Genewie swój Kościół. Skupiona wokół niego społeczność kierowała się znacznie surowszymi zasadami niż luteranie, a Kalwin wręcz uważał, że państwo powinno wymuszać przestrzeganie boskich nakazów za pomocą prawa. Członkowie kongregacji postępowali według ścisłych zasad moralnych - oraz donosili władzom na sąsiadów o każdym złamaniu boskich praw - żeby nie tylko zasłużyć na miejsce w niebie, ale także udowodnić sobie i światu, że należą do grona Wybranych.

Wkrótce wspólnoty kalwińskie zaczęły się pojawiać w całej Europie. Szkoccy prezbiterianie już wcześniej byli znani z ponurego przywiązania do doktryny o predestynacji, jednak teraz nawet w Kościele Anglii i jego siostrzanym Kościele Irlandii unosiła się kalwińska atmosfera. "Tylko bogobojni mogą być częścią Kościoła" - mówiono w kongregacjach.

Czy zatem możliwe było, że niektórzy członkowie społeczności nie zostali wybrani, by pójść do nieba? Co do tego kalwini byli pewni. Wskazywało na to każde moralne potknięcie, każde zejście na złą drogę. Ale nawet wtedy, jak ujął to doktor Pincher w jednym ze swoich najlepszych kazań, nikt nie mógł mieć ostatecznej pewności.

"Nikt z nas nie zna swojego przeznaczenia. Jesteśmy jak ludzie idący po zamarzniętej rzece, głupio niepomni, że w każdej chwili lód może się załamać i otworzyć przed nami lodowatą głębię, a tam, w otchłani, płoną piekielne ognie. Dlatego podążając za naukami Pisma, nie nadymajcie się pychą, lecz pamiętajcie, że jesteśmy żałosnymi grzesznikami. I zachowajcie pokorę. Bo to jest boska pułapka, z której nie ma wyjścia. Przeznaczenie zapisano już dla wszystkich, a Bóg, który jest doskonały, wypełni, co postanowił. - Pincher spoglądał wtedy na bliskich rozpaczy wiernych i oznajmiał donośnym głosem: - I nawet jeśli z woli bożej macie zostać potępieni, błagam was, bądźcie dobrej myśli. Bo bez względu na to, jak ciężka jest nasza droga, nie wolno nam tracić nadziei".

Czy taką samą nadzieję mogli żywić ci, którzy nie należeli do kalwińskich społeczności? Być może. Nikt nie znał wyroków boskich. Jednak wydawało się to wątpliwe. Zwłaszcza katolicy mieli przed sobą ponurą przyszłość. Czyż nie ulegali papistycznym przesądom, czcząc świętych jak jakichś bożków, czego szczególnie zakazywało Pismo? Przecież mieli szansę wyrzec się swoich błędów. Według doktora Pinchera wszyscy zwolennicy rzymskiego papieża szli drogą do zatracenia, a prości Irlandczycy, których zły charakter był powszechnie znany, już tkwili w szponach diabła. Czy konwersja mogłaby ich ocalić? Czy był dla nich jakiś ratunek? Nie. Grzech, w jakim trwali, stanowił wyraźny znak, że od początku zostali skazani na potępienie. Ich miejsce było głęboko pod ziemią, tak samo jak tych wszystkich pogańskich duchów, które opanowały wyspę. Takie myśli wzmacniały głębokie postanowienie doktora Pinchera podczas morskiej podróży do Dublina.

A jakie było jego przeznaczenie? Czy Simeon Pincher wierzył w głębi serca, że jest jednym z Wybranych? Miał taką nadzieję. Czy gdyby popełnił jakiś grzech - choćby wykazał się nieroztropnością - to byłby to dowód jego zepsucia? Odsuwał od siebie taką myśl. Grzech był rzeczą ludzką. A ci, którzy żałowali za grzechy, mogli liczyć na odkupienie. Więc nawet jeśli kiedyś zgrzeszył, to gorąco tego żałował. I miał nadzieję, wierzył głęboko, że jego postępowanie i żarliwe oddanie Bogu dowodzą, że nie jest ostatnim pośród Wybranych.

* * *

Gdy dotarł do Dublina, był pogodny dzień. Wiała tylko lekka bryza. Statek zakotwiczył w ujściu Liffey. Podróżny wsiadł do łodzi przewoźnika i popłynął na Wood Quay.

Kiedy wdrapał się na irlandzką terra firma, którą było stare nabrzeże, nagle wydarzyło się coś dziwnego, a świat przewrócił się do góry nogami.

Pincher pamiętał potem, że leżał twarzą do ziemi, że przetaczał się nad nim jakiś ryk i że wcześniej coś uderzyło go z potworną siłą w brzuch, niemal odbierając mu oddech. Spojrzał w górę, zamrugał i zobaczył nad sobą twarz jakiegoś mężczyzny - dżentelmena, sądząc po ubraniu - który strzepywał z siebie pył i przyglądał mu się z niepokojem.

- Nic wam nie jest?

- Chyba nie - odparł Pincher. - Co tu się stało?

- Wybuch.

Mężczyzna wskazał palcem, więc Pincher się odwrócił. Pośrodku pirsów, tam gdzie wcześniej dostrzegł wysoki budynek ze stojącym przed nim żurawiem, teraz widniało gruzowisko, a domy na przeciwległej ulicy przypominały osmalone ruiny.

Pincher z wdzięcznością wsparł się na ramieniu nieznajomego i podniósł się chwiejnie. Bolała go noga.

- Dopiero przybył pan do Dublina?

- Tak. Jestem tu pierwszy raz.

- W takim razie proszę za mną. Nazywam się Martin Walsh. Niedaleko jest gospoda. Odprowadzę pana.

Uczynny dżentelmen zostawił Pinchera w zajeździe, a sam poszedł obejrzeć zniszczenia. Po godzinie wrócił z nowinami.

- Dziwna sprawa. Bez wątpienia przypadek. - Wszystko wskazywało na to, że iskra spod końskiej podkowy uderzającej o bruk spadła na baryłkę z prochem, co doprowadziło do wielkiej eksplozji w składzie materiałów wybuchowych usytuowanym przy żurawiu. - Południowa część ulicy Winetavern jest zniszczona. Zatrzęsła się nawet konstrukcja katedry Kościoła Chrystusowego na wzgórzu. - Walsh uśmiechnął się cierpko. - Słyszałem, że przybysze przynoszą nam złą pogodę. Ale eksplozja to doprawdy coś nowego. Mam nadzieję, że nie zamierzacie wyrządzać Irlandczykom kolejnych szkód.

Był to tylko żart rzucony bez złych intencji. Pincher doskonale to rozumiał. Ale sam nigdy nie umiał żartować.

- Nie - odparł z ponurą satysfakcją. - Chyba że są papistami.

- No cóż. - Dżentelmen uśmiechnął się lekko. - Pewnie wielu ich spotkacie w Dublinie.

O tym, że pan Walsh jest katolikiem, doktor Pincher dowiedział się dopiero w Trinity College, dokąd został odprowadzony przez tego dobrego samarytanina i oddany w troskliwe ręce odźwiernego. Była to dość krępująca chwila. Ale jak miał się domyślić, że uprzejmy nieznajomy, na pozór tak bardzo angielski w obejściu, jest papistą? Rzeczywiście, zgodnie z ostrzeżeniem Walsha już niedługo doktor Pincher miał się ze zdziwieniem przekonać, że znaczna część dublińskich wyższych sfer jest wierna papieżowi.

Rok 1607

Było letnie popołudnie. Martin Walsh stał z trójką dzieci na wzgórzu Howth i patrzył na morze. Jego roztropny prawniczy umysł wnikliwie rozważał pewną kwestię.

Od dzieciństwa był skłonny do rozmyślań - "stary malutki", jak mawiali o nim ludzie. Jego matka umarła, gdy miał zaledwie trzy lata, a rok później odszedł z tego świata ojciec, Robert Walsh. Chłopca wychowywali dziadek Richard i babcia, więc Martin spędzał czas w towarzystwie ludzi starszych i przejął wiele z ich zachowań i nawyków. Między innymi ostrożność.

Spojrzał czule na córkę. Anne miała zaledwie piętnaście lat. Aż nie mógł uwierzyć, jak szybko przyszło mu zastanawiać się nad taką decyzją. Zacisnął palce na liście, który trzymał w kieszeni bryczesów, i po raz kolejny zadał sobie w myślach pytanie: czy jej o tym powiedzieć?

Małżeństwo córki powinno być prywatną sprawą rodzinną. Ale nie było. Nie w tych czasach. Żałował, że żony nie ma już wśród żywych. Ona by wiedziała, jak postąpić. Młody Smith mógł być dobrym człowiekiem albo złym. Walsh miał nadzieję, że prawdą jest to pierwsze. Jednak charakter to nie wszystko. Mężczyzna musi mieć swoje zasady. I oczywiście musi być silny. Ale musi też posiadać niezwykle ważną, choć trudną do zdefiniowania cechę: umiejętność przetrwania.

Bo dla ludzi takich jak on - lojalnych "starych Anglików"1 - życie w Irlandii wcale nie było bezpieczne.

* * *

Minęło czterysta pięćdziesiąt lat, odkąd Henryk, król angielski z dynastii Plantagenetów, najechał Irlandię i zająwszy miejsce Najwyższego Króla, siłą narzucił swoją władzę lokalnym książętom. Jednak poza Palisadą wyspą rządzili inni irlandzcy książęta i wywodzący się od Plantagenetów magnaci, jak choćby Fitzgeraldowie, którzy z czasem niemal przestali się różnić od Irlandczyków. Dopiero siedemdziesiąt lat temu Henryk VIII zgniótł Fitzgeraldów i ogłosił, że teraz Anglia będzie sama sprawować władzę na wyspie. Przyjął nawet tytuł króla Irlandii.

Kilka lat później schorowany, sześciokrotnie żonaty monarcha zmarł. Przez sześć lat na tronie zasiadał jego syn Edward, chłopiec dość słabego zdrowia, po nim przez pięć lat władzę sprawowała córka Henryka, Maria. W końcu, na blisko pół wieku, koronę przywdziała Elżbieta. Wszyscy oni próbowali rządzić Irlandią, lecz nie było to łatwe.

Na wyspę przysyłano kolejnych gubernatorów, raz lepszych, raz gorszych. Niemal zawsze byli to angielscy arystokraci o znanych nazwiskach: Saint Leger, Sussex, Sidney, Essex, Grey. I zawsze musieli się mierzyć z tymi samymi problemami: Butlerowie i Fitzgeraldowie wciąż ze sobą rywalizowali, irlandzcy książęta niechętnie poddawali się królewskiej władzy, a potężni O'Neillowie z Ulsteru nigdy nie zapomnieli, że kiedyś nosili koronę Najwyższych Królów. I wszyscy - nawet szlachta należąca do "starych Anglików", czyli między innymi Walshowie - ochoczo słali do angielskiego monarchy delegacje podważające autorytet gubernatora, gdy tylko ten zrobił coś wbrew ich myśli. Gubernatorzy chcieli uczynić z Irlandii drugą Anglię, jednak bynajmniej nie dla dobra Irlandczyków. Na wyspę zjeżdżali też rozmaici awanturnicy spragnieni ziemi. Niektórzy twierdzili nawet, że są potomkami dawno zapomnianych normandzkich osadników i że mają prawa do irlandzkich majątków.

Trudno się więc dziwić, że gubernatorzy napotykali ciągły opór Irlandczyków, którzy sprzeciwiali się zmianom, nowym podatkom i zakusom angielskich przybyszów. Gdy Martin Walsh był dzieckiem, często dochodziło do lokalnych buntów, zwłaszcza na południu, w Munsterze, gdzie Fitzgeraldowie czuli się zagrożeni. Jednak istniały też uzasadnione podejrzenia, że część angielskich oficjeli celowo wznieca niepokoje. "Jeśli uda im się sprowokować nas do buntu - zauważył kiedyś jeden z irlandzkich ziemian - będą mogli skonfiskować i przejąć nasze ziemie. Na tym polega ich gra". Mimo to pod koniec panowania Elżbiety wybuchło wielkie powstanie.

Ulster zawsze uchodził za najdzikszą i najbardziej zacofaną irlandzką prowincję. Tamtejsi wodzowie i naczelnicy z niechęcią i coraz większym niepokojem przyglądali się rządom angielskich urzędników w innych częściach wyspy. Najpotężniejszy z nich, O'Neill - który kształcił się w Anglii i otrzymał angielski tytuł hrabiego Tyrone - umiał utrzymać w prowincji pokój, ale w końcu to on stanął na czele rewolty.

Chciał rządzić całą Irlandią tak jak jego przodkowie? Zapewne. Czy może raczej na tyle przestraszyć Anglików, żeby pozwolili mu samodzielnie władać Ulsterem? To też prawdopodobne. Tak jak Jedwabny Thomas sześćdziesiąt lat wcześniej, Tyrone odwołał się do wiernych katolików, by wystąpili przeciwko heretykom. Zwrócił się też z prośbą o pomoc do króla Hiszpanii. Tym razem katolickie wojska, w liczbie czterech i pół tysiąca żołnierzy, przybyły na wyspę. Tyrone był zdolnym dowódcą. Pokonał Anglików w bitwie nad Żółtym Brodem. Dołączali do niego ochotnicy ze wszystkich zakątków wyspy. Bitwę stoczono zaledwie dekadę temu, a wtedy nikt w Dublinie nie był pewien, jaki będzie dalszy bieg wydarzeń. Jednak w którymś momencie komendę nad Anglikami przejął wprawiony w bojach Mountjoy, który rozbił w Munsterze Tyrone'a i jego hiszpańskich sojuszników. Po tej klęsce Tyrone niewiele mógł zdziałać. Kiedy królowa Elżbieta leżała już na łożu śmierci, ostatni irlandzki książę ogłosił kapitulację. Anglicy okazali się zaskakująco łaskawi - pozwolili mu zatrzymać część dawnych ziem O'Neillów.

Obecnie na tronie zasiadał Jakub, krewny Elżbiety. Tyrone wiedział, że jego gra jest skończona. Ale czy w Irlandii zrobiło się przez to bezpieczniej?

* * *

Spojrzał na morze. Po prawej stronie rozciągała się Zatoka Dublińska zakończona południowym cyplem i portem w Dalkey. Gdy odwrócił się w lewo, widział dziwną wysepkę z rozłupanym klifem - ludzie nazywali ją teraz Okiem Irlandii - a dalej na północ strome, niebieskoszare góry Ulsteru. No cóż, jeśli w ogóle chce poruszyć ten temat, musi to zrobić teraz. Jutro dzieci wyjadą.

Wygląd Martina Walsha świadczył o jego charakterze. Buty z miękkiej skóry były mocno zakurzone i poplamione grudkami zaschniętego błota, bo przejeżdżając obok zamku starego przyjaciela, lorda Howth, postanowił wejść pieszo na szczyt cypla. Jednak jego bryczesy i dublet, wyczyszczony porządnie z rana, lśniły nieskazitelną czystością. Jako że dzień był ciepły, Martin wybrał się na przejażdżkę bez wierzchniego okrycia, a nawet bez kapelusza, więc ciemne włosy, z niewielkimi tylko śladami siwizny, opadały mu luźno na ramiona. Za to spiczasta bródka była już całkiem siwa. Rozważny, schludny, opanowany, pozbawiony pychy, dobry mąż i ojciec. Jednak każdy nowy znajomy musiał też zauważyć na jego piersi srebrny krucyfiks na łańcuszku.

List dostarczył mu rano posłaniec. Walsh zapoznał się z zaskakującą treścią pisma i doszedł do wniosku, że musiało ono być pisane w pośpiechu. Zapewne autor się dowiedział, że Lawrence i Anne mają zaraz wyjechać.

- Otrzymałem list od Petera Smitha - oznajmił spokojnie Martin. - Dotyczy jego syna Patricka. Znasz go?

- Spotkaliśmy się raz czy dwa razy, ojcze - odpowiedziała Anne. - Kiedy byłam z mamą w Dublinie.

- Rozmawiałaś z nim?

- Trochę.

- I co o nim sądzisz? To znaczy o jego charakterze.

- To człowiek uczciwy i pobożny.

- Spodobał ci się?

- Chyba tak.

Martin Walsh zamyślił się. Słyszał co nieco o tamtej rodzinie. Smith był szanowanym dublińskim kupcem, do tego katolikiem. Ale co poza tym? Wprawdzie mieszkał w Dublinie, jednak dwadzieścia lat temu udzielił pewnemu ziemianinowi z południa pożyczki pod zastaw jego majątku i zgodnie z irlandzkim obyczajem mógł do czasu spłacenia długu swobodnie korzystać z zastawionej posiadłości. W oczach Walsha był więc przynajmniej w połowie dżentelmenem. I roztaczał wokół siebie jakąś dziwną arystokratyczną aurę. Od dawna pojawiały się pewne wątpliwości co do pochodzenia jego rodziny, co wcale się Walshowi nie podobało. Peter Smith nie zaprzeczał pogłoskom, że jego ojciec Maurice urodził się jako Fitzgerald. Z kolei MacGowanowie utrzymywali, że Maurice jest biologicznym synem O'Byrne'a z Rathconan położonego w górach Wicklow. No cóż, w obu wypadkach była to szlachecka krew. Tyle że Walsh tak naprawdę nie znał tej rodziny. Podobno było w niej kilkoro dzieci, jednak nie umiałby ich rozpoznać na ulicy. Nie ma wyjścia, będzie musiał zasięgnąć więcej informacji. Jego kuzyn Doyle na pewno coś wie.

List od Petera Smitha był właściwie bez zarzutu. Po wstępnych uprzejmościach pojawiało się pytanie, czy Walsh zechciałby rozważyć oddanie ukochanej córki w ręce jego syna, który jest pod wielkim wrażeniem jej urody i charakteru. Jeśli Walsh nie chciał wyjść na grubianina, musiał przynajmniej porozmawiać z dublińskim kupcem.

- Smith wspomina w liście o zaręczynach. To dziwne, że jego syn prosi o twoją rękę, choć cię właściwie nie zna - zauważył. Owszem, bywa, że król czy książę decyduje się poślubić księżniczkę jedynie na podstawie ambasadorskiego raportu i miniaturowego portretu, jednak dublińska szlachta miała zwyczaj zawierać przed ślubem bliższą znajomość.

- Jeśli rzeczywiście ma wobec mnie poważne zamiary, to wolałabym go lepiej poznać.

- Jak sobie życzysz, moje dziecko. - Skinął głową i znów skierował wzrok na morze.

Dlatego nie zauważył spojrzenia, którym Orlando obdarował siostrę. Ani tego, że Anne odpowiedziała mu gniewnym błyskiem oczu.

* * *

Orlando był podekscytowany. I bardzo z siebie zadowolony.

To się wydarzyło po raz pierwszy latem zeszłego roku, kiedy Anne wróciła do domu z Francji. Wybrali się wtedy na przechadzkę. Gdy byli półtora kilometra od domu, napotkali jakiegoś mężczyznę. On i Anne najwyraźniej się znali, ale młodzieniec nie wymienił swojego imienia. Doszli we troje spacerem do kępy drzew, młodzi usiedli na zwalonym pniu, żeby porozmawiać, a Orlando zaczął się bawić w lasku. Z jakiegoś powodu Anne kazała mu zachować to spotkanie w tajemnicy. Poczuł się dumny, że siostra aż tak mu zaufała.

Starsza od niego o sześć lat, była ważną postacią w jego życiu. Lawrence, najstarszy z trójki, też go dobrze traktował i był jego idolem. Ale już dawno wyjechał na studia za granicę i z rzadka zaglądał do domu. Dwa lata temu Anne skończyła pobierać domowe nauki u ojca Benedicta - lekcje odbywały się w pokoju nazywanym klasą - i zanim jeszcze Orlando zajął jej miejsce, nauczyła go alfabetu. Latem zaś czytała mu wieczorami. Odgarniała wtedy na bok swoje gęste włosy, a chłopiec, opierając się na jej ramieniu, wtulał się w ich zapach. I często opowiadała mu wymyślone przez siebie historyjki o rozmaitych głuptasach, które go rozśmieszały. Była cudowną starszą siostrą.

A potem ojciec wysłał ją do francuskiej rodziny w Bordeaux. "Nie chcę, żeby moja córka wychowywała się jak jakaś Angielka z prowincji" - oznajmił.

Wróciwszy do domu po pierwszym roku nieobecności, Anne była znacznie poważniejsza, ale dobroci jej nie ubyło, a czasami znów promieniała dawną wesołością. Kiedy mu powiedziała, że ma zachować tajemnicę, wolałby umrzeć, niż wyjawić jej sekret.

W ciągu kolejnych tygodni kilkakrotnie spotykali podczas przejażdżek młodego mężczyznę. Dwa razy wybrali się na długą piaszczystą plażę na wprost wysepki z rozszczepioną skałą. Anne i młodzieniec jeździli konno wzdłuż brzegu, Orlando zaś bawił się na wydmach. I za każdym razem kazała mu przysiąc, że jej nie zdradzi, a w domu mówiła rodzicom: "Zabrałam Orlanda na przejażdżkę brzegiem morza". Nikt się niczego nie domyślał.

Gdy tego lata wróciła do domu, spotkania znów zaczęły się powtarzać. I kilka razy wręczyła Orlandowi liścik - zanosił go wtedy młodemu mężczyźnie, który czekał na niego w pobliskim lasku. Chłopiec wciąż nie wiedział, jak nieznajomy ma na imię ani co go łączy z jego siostrą. Kilka razy próbował zapytać o to Anne, ale dostawał odpowiedzi, które niewiele mu wyjaśniały.

- On mi daje listy do pewnej dziewczyny z seminarium we Francji. Dużo mi o niej opowiada. To wszystko.

- Zamierza się z nią spotkać?

- Być może kiedyś.

- A ożeni się z nią?

- To jest tajemnica.

- A jak ona ma na imię? I jak on się nazywa? Dlaczego musi przekazywać te wiadomości tobie? Dlaczego nie wolno nikomu o tym mówić?

- To wszystko musi pozostać w sekrecie. Jesteś za mały, żeby to zrozumieć. I jeśli będziesz mnie tak wypytywał, głuptasie, to już więcej cię ze sobą nie zabiorę.

Nie wiedział, co to może znaczyć, ale wolał nie ryzykować i nie zadawał już więcej pytań. A wczoraj Anne odciągnęła go na bok i kazała mu przyrzec, że nigdy, przenigdy nie powie, co widział. Przysiągł na swoje życie, że nikomu się nie wygada. Ale nie rozumiał, dlaczego musiał to zrobić.

Dopiero teraz się domyślił. Ten młodzieniec to z pewnością syn Petera Smitha. I zalecał się do Anne. Tylko on, Orlando, o tym wie. Oczy mu rozbłysły, kiedy pomyślał, że bierze udział w takiej przygodzie. I ani przez chwilę nie zastanowił się nad tym, że być może Anne będzie musiała okłamać ojca.

* * *

Lawrence chrząknął. Miał poważny wyraz twarzy. Między nim a ojcem były pewne nieporozumienia, ale obaj starali się to ukrywać przed Anne i Orlandem, zwłaszcza po śmierci matki. Dlatego teraz dał jedynie dyskretny znak, że chciałby porozmawiać z Martinem na osobności.

- Jesteś pewien, ojcze, co do religii tej rodziny? - spytał przyciszonym głosem.

Bo tu tkwiło zagrożenie.

Reformacja niczym kolejne trzęsienia ziemi głęboko rozłupała całą Europę, jednak początkowo te podziały nie dotknęły Irlandii ze zbyt wielką siłą. Król Henryk zamknął kilka klasztorów i rozdał ich ziemię. Miały też miejsce oburzające wydarzenia, jak choćby spalenie relikwii w Dublinie i zaginięcie pastorału świętego Patryka. Jednak rządy małoletniego Edwarda - podczas których w Anglii doszło do protestanckiej rewolucji - trwały tak krótko, że protestanci nie zdążyli na dobre wkroczyć na wyspę. A potem królowa Maria przywróciła królestwa swojego ojca Rzymowi. W Anglii nazwano ją Krwawą Marią, jednak trudno było odmówić jej współczucia. Dumna córka królewskiego rodu widziała upokorzenie matki. Nic dziwnego, że była wierna swojemu katolickiemu dziedzictwu. Kiedy poślubiła spokrewnionego z nią króla Hiszpanii Filipa II, zupełnie nie pojmowała, skąd się wzięła niechęć jej angielskich poddanych, tak ceniących sobie niezależność swojego wyspiarskiego kraju. Bezdzietna, odtrącona przez Filipa, wkrótce zmarła, a Anglicy oznajmili hiszpańskiemu władcy, żeby nawet nie ważył się postawić stopy na ich ziemi. Jednak w Irlandii rządy Marii przebiegły spokojnie. Majątki klasztorów rozwiązanych przez Henryka nie zostały zwrócone Kościołowi - katolickie ziemiaństwo nie było aż tak pobożne, żeby się pozbywać nabytków, które spadły mu z nieba. Jednak w kwestiach duchowych panowanie Marii okazało się powrotem do normalności.

Prawdziwe problemy religijne zaczęły się w czasach Elżbiety. Choć trudno było za nie winić królową.

Kompromis zawsze był jej dewizą. Docierały do niej argumenty, że albo powstanie Kościół narodowy, albo będzie dochodziło do nieustannych niepokojów. Dlatego ustanowiony przez nią Kościół był sprytną mieszanką, która miała zadowolić zarówno katolików, jak i protestantów. Królowa wysłała poddanym jasny przekaz: "Jeśli zachowacie pozory posłuszeństwa, prywatnie możecie wierzyć, w co chcecie".

Jednak historia była przeciwko niej. Cała Europa podzieliła się na wrogie obozy religijne. Katoliccy władcy gotowi byli walczyć z protestanckimi heretykami. Po nieudanym związku z jej przyrodnią siostrą Marią król Hiszpanii Filip, starając się przejąć Anglię i umocnić w niej katolicyzm, zaproponował Elżbiecie małżeństwo. Jednak angielscy poddani byli w coraz większym stopniu protestantami, wręcz purytanami, a gdy w 1572 roku francuska rodzina królewska dokonała masakry protestantów podczas osławionej Nocy świętego Bartłomieja, zabijając tysiące niewinny kobiet i dzieci, poparcie dla katolicyzmu zmalało jeszcze bardziej. Ale największy cios dla nadziei Elżbiety na kompromis przyszedł z samego Rzymu.

"Papież ekskomunikował królową" - taką wiadomość przyniósł pewnego dnia jego dziadek Richard. Było to jedno z najwcześniejszych wspomnień Martina Walsha. "Ale wolałbym - mawiał potem dziadek - żeby tego nie zrobił". Katolicy nie byli już zobowiązani do wierności wobec Elżbiety. A wkrótce angielska Rada Przyboczna, obawiając się, że katolicy są zdrajcami, rozpoczęła z nimi rozprawę. Przybywających z kontynentu księży zamykano w więzieniach jako szpiegów i podżegaczy. Kilku skazano na śmierć. I gdy w końcu król Filip wysłał na morze swoją potężną Armadę, zamierzając podbić heretycką wyspę - co pewnie by mu się udało, gdyby nie sztorm, który rozproszył jego okręty po całym wybrzeżu - w umysłach większości Anglików wyryło się proste uprzedzenie: wszyscy katolicy to wrogowie.

Może tylko w Irlandii było inaczej. "Za czasów mojego ojca - wspominała Elżbieta - kiedy jezuici udali się do O'Neillów, żeby namówić ich do zdrady, O'Neillowie odprawili ich z niczym". I nawet później, w czasach Armady, kiedy hiszpański galeon rozbił się na irlandzkim wybrzeżu, Tyrone dokonał rzezi nieszczęsnej załogi, dając w ten sposób angielskiej królowej do zrozumienia, że rdzenni irlandzcy lordowie są godni zaufania. Angielska Rada Przyboczna rozumiała, że wiara katolicka wcale nie musi popychać irlandzkich książąt do konfliktu z Koroną. Królowa i jej rada próbowali utrzymać kompromis między Koroną a dumnymi ze swojej lojalności "starymi Anglikami", wśród których niemal cała szlachta i większość kupców po cichu wyznawała katolicyzm. Wprawdzie Richard Walsh nie chciał wyrzekać się papieża dla Kościoła Elżbiety - "Kościoła Irlandii, jak go z upodobaniem nazywa", mawiał z cierpkim uśmiechem - jednak po wysłuchaniu nabożeństwa musiał przyznać: "Tak ściśle przestrzegają właściwych norm, że człowiekowi mogło się wydawać, że jest w katolickiej świątyni". Jeśli ktoś nie uczęszczał na nabożeństwa, musiał płacić grzywny, tyle że nie zawsze je pobierano. Nawet księży katolickich - o ile nie sprawiali kłopotów - zostawiano w spokoju. Dużo poważniejsze i bardziej obraźliwe było prawo zakazujące katolikom zajmowania stanowisk publicznych. "Tyle że nie mogą wprowadzić tego prawa w życie - powtarzał zadowolony Richard. - Bo nagle okazuje się, że jedynym kandydatem nadającym się na sędziego pokoju jest katolik". Dlatego prawo omijano. W takich okolicznościach ludziom podobnym do Richarda Walsha udawało się dochowywać podwójnej lojalności.

Jednak w miarę upływu lat stawało się to coraz trudniejsze. Pojawiali się "nowi Anglicy" i zajmowali kolejne stanowiska. "Starych Anglików" powoli odsuwano od władzy. A represje wobec ich religii były coraz surowsze. "We własnym kraju jesteśmy traktowani jak obcy" - mawiali z goryczą.

Po śmierci królowej Elżbiety na tronie zasiadł jej kuzyn Jakub Stuart, król Szkocji. Jego porywcza matka, Maria królowa Szkotów, była katoliczką. Spiski przeciwko heretyczce Elżbiecie zaprowadziły ją na szafot. Jakub został wychowany na protestanta przez szkockich panów. Czy gotów byłby okazać pewne względy lojalnej katolickiej szlachcie w Irlandii? Istniały przesłanki, by przypuszczać, że tak będzie. Jednak te nadzieje rozwiały się ponad rok temu.

Piąty listopada 1605 roku wstrząsnął całą Anglią. Grupka katolickich konspiratorów pod przywództwem niejakiego Guya Fawkesa zamierzała wysadzić w powietrze budynek parlamentu, a przy okazji zgładzić króla Jakuba. Ich knowania udaremniła sieć królewskich szpiegów. Zapanowało ogólne wzburzenie, które na wiele stuleci upamiętniła taka oto rymowanka:

Piąty listopada wszystkim w pamięć zapada,

Był proch, był spisek i była zdrada.

Angielscy purytanie i angielski parlament stracili do katolików zaufanie.

Co to oznaczało dla Walshów? Problemy. A pewnego dnia być może niebezpieczeństwo. Martin Walsh tak to widział. Jakiego zięcia potrzebował? Oczywiście katolika. Nie życzył sobie protestanckich wnuków. Potrzebował młodzieńca takiego jak on sam: lojalnego, inteligentnego, o dobrych manierach. Kogoś, kto umie podporządkować serce rozumowi. Kto jest gotowy do kompromisu. Czy młody Smith jest takim mężczyzną?

Martin zauważył, że najstarszy syn uważnie mu się przygląda. Uśmiechnął się.

- Nie obawiaj się, Lawrensie, wywiem się o nim wszystkiego.

Jednak Lawrence nie odpowiedział uśmiechem. Martinowi wręcz się wydawało, że syn, zanim się odezwał, spojrzał na niego z zimnym powątpiewaniem.

Słysząc jego słowa, Martin aż się skrzywił. Nie jest miło czuć pogardę ze strony własnego syna.

* * *

Lawrence niemal natychmiast pożałował tego, co powiedział. Nie zamierzał zranić ojca. Ale nie umiał też zasypać przepaści, która się między nimi otworzyła. Wszystko z powodu wykształcenia.

Już dawno temu Martin kupił piękny majątek położony w Fingal, na skraju dawnej Równiny Ptasich Stad, w samym sercu Palisady. Wprawdzie jego przyjaciel, lord Howth, przystał do ustanowionego przez Elżbietę Kościoła Irlandii, ale większość miejscowej szlachty, jak choćby Talbotowie z Malahide, dochowała wierności wierze katolickiej i zatrudniała katolickich guwernerów. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że rozmaite kompromisy były nieodłączną częścią istniejącego systemu. Na przykład pieniądze na ich rezydencję pochodziły z majątku, który żona Richarda - o panieńskim nazwisku Doyle - kupiła za grosze po rozwiązaniu klasztorów. A dziesięć lat temu krewni z rodziny Doyle'ów przeszli na stronę protestancką, i to powodowani czystym wyrachowaniem. Lawrence był tym oburzony, jednak jego ojciec, sam będąc uczciwym katolikiem, wciąż się z nimi przyjaźnił. Jedynie w sprawie edukacji syna Martin nie był gotowy na żaden kompromis.

- Anglicy to już nawet nie protestanci, to wręcz purytanie - oznajmił. - Nie możesz tam studiować.

Czy istniały inne możliwości? Irlandia nigdy nie miała swojego uniwersytetu, żeby więc wypełnić ten brak, niedawno założono w Dublinie Trinity College. Jednak wkrótce stało się jasne, że placówka powstała głównie z myślą o "nowych Anglikach", dlatego katolicy ją omijali. Pozostały jedynie uniwersytety i seminaria w Europie. Martin, podobnie jak wielu innych ziemian, wysłał syna na kontynent, a konkretnie do hiszpańskiej Salamanki. A tam, dzięki Bogu, Lawrence zetknął się z zupełnie innym światem.

Część potężnego Kościoła rzymskiego zareagowała na reformację urażonym oburzeniem. Jednak wielu odważnych i bogobojnych katolików miało inne zdanie.

"Protestanci mają słuszność - mówili - kiedy twierdzą, że w Kościele panują korupcja i zabobon. Ale to nie powód, żeby niszczyć tysiącletnią tradycję duchową. Musimy oczyścić i odnowić Święty Kościół, a wtedy wiara rozbłyśnie świeżym, jasnym światłem. Należy chronić ten święty płomień. A my musimy być gotowi do walki w obronie Kościoła przed jego wrogami".

I tak narodził się nurt nazywany kontrreformacją. Religia katolicka - czysta, pozbawiona zepsucia, prosta, ale silna - postanowiła stawić opór. Jej najlepsi wyznawcy i wyznawczynie przygotowywali się do walki. A gdzie Kościół szukał ochotników do swojej sprawy? W seminariach, gdzież by indziej! Tam kształcono najzdolniejszych mężczyzn.

Lawrence pokochał Salamankę. Mieszkał w irlandzkim kolegium i uczęszczał na uniwersytet zapewniający bogaty, różnorodny program nauczania.

Na początku trzeciego roku studiów wezwał go rektor i spytał łagodnie, czy czuje powołanie do życia zakonnego. "Zarówno ja, jak i twoi nauczyciele jesteśmy zgodni, że powinieneś kontynuować studia teologiczne. Naszym zdaniem nadawałbyś się na jezuitę".

Wstąpienie do zakonu jezuitów było bez wątpienia zaszczytem. Zakon, założony zaledwie siedemdziesiąt lat wcześniej przez Ignacego Loyolę, już stanowił intelektualną elitę Kościoła. Jego członkowie - nauczyciele, misjonarze, administratorzy - nie uciekali od świata, lecz brali aktywny udział w jego życiu. Jezuici byli awangardą kontrreformacyjnej armii żołnierzy Chrystusa. Mieli do tego niezbędne cechy: inteligencję, siłę charakteru i znajomość spraw świeckich. Lawrence był przekonany, że całe jego dziedzictwo przemawia za przyjęciem tej roli. W końcu jego rodzina już cztery wieki temu przybyła do Irlandii z zamiarem wzmocnienia wiary.

"Być może - ciągnął rektor - naszym przeznaczeniem jest rozpalenie w Irlandii tak jasnego, tak czystego ognia, jaki nigdy jeszcze tam nie płonął".

Dlatego Lawrence był nieco zaskoczony, że ojciec nie wygląda na uszczęśliwionego.

- Miałem nadzieję doczekać się od ciebie wnuków - utyskiwał Martin, choć zdawał sobie sprawę, że dla syna takie argumenty są bezwartościowe. - Jesteśmy rodziną, ale coś zaczęło nas dzielić - zauważył pewnego dnia. - Czuję to.

- Nie mam pojęcia, co by to mogło być - odparł Lawrence ze szczerym zdziwieniem.

- Chodzi o błysk w twoich oczach. Nie jesteś już jednym z nas. Jakbyś stał się jakimś Francuzem albo Hiszpanem.

- Wszyscy należymy do tego samego Kościoła powszechnego - przypomniał mu Lawrence.

- Wiem. - Martin uśmiechnął się smutno. - Jednak ojcu trudno jest znieść, kiedy własny syn ocenia go i widzi w nim przywary.

Lawrence musiał przyznać, że w tych słowach tkwi ziarno prawdy. Zresztą dostrzegał ten problem także w innych rodzinach. Znał kilku młodzieńców, którzy po powrocie z seminarium widzieli wyraźnie, że pobłażliwa religijność ich najbliższych nie ma w sobie odpowiedniej żarliwości. Lawrence rozumiał ojca i nawet mu współczuł, ale nie mógł nic na to poradzić.

A ta sprawa ze Smithem i jego siostrą wyglądała na bardzo poważną. Jaki wpływ miałoby to małżeństwo na ich rodzinę? Próbował sobie przypomnieć, co o nich wie. Zdaje się, że braci było dwóch. I chyba jednemu z nich nie udało się skończyć szkół.

Ale najważniejszą kwestią była religijność. Czy Smithowie zasługiwali na zaufanie? Byli skłonni do kompromisów? Gdyby tylko miał pewność, że ojciec dokona odpowiednio surowej oceny!

Niestety, nie mógł na to liczyć. Mimo to jego słowa były dość niestosowne:

- Mam nadzieję, że Smith nie okaże się takim samym heretykiem jak twój krewny Doyle.

Zanim jeszcze skończył zdanie, uświadomił sobie, że powinien ująć swoją myśl inaczej. Zabrzmiało to jak oskarżenie, jakby całą odpowiedzialność za Doyle'a zrzucał na ojca, a jego, Lawrence'a, pokrewieństwo w ogóle by nie dotyczyło. Zauważył, że ojciec się skrzywił.

- Już ci mówiłem, że się tym zajmę. Wracaj do Hiszpanii, mój panie, i poświęć się swoim studiom.

A już odpowiedź, którą Lawrence wyrzucił z siebie pod wpływem złości, była doprawdy niewybaczalna:

- Zapewniam cię, ojcze, że dowiem się wszystkiego na własną rękę.

Powiedział to cicho, żeby Anne i Orlando nie mogli usłyszeć, jednak sens był jasny: ojcu nie wolno ufać.

Autorytet Martina został podważony.

* * *

Co oni mówią? Anne nie mogła niczego usłyszeć. Chyba są źli. Domyślają się, że ukryła przed nimi prawdę? Nie miała takiego zamiaru. Ale się zakochała. Tego też nie uczyniła celowo. A potem było już za późno.

Kiedy spotkała go po raz pierwszy, matka jeszcze żyła. To było dwa lata temu. Pojechali na świąteczne obchody do Curragh. Przybywali tam Anglicy i Irlandczycy ze wszystkich zakątków wyspy. Zatrzymała się na chwilę, żeby posłuchać dudziarzy, a rodzice poszli obejrzeć wyścig koni. Po jakimś czasie, idąc przez otwarty plac, zauważyła, że obok toczy się mecz hurlingu2. Mimo że była to typowo irlandzka gra, grupa młodych Anglików z Dublina wyzwała na pojedynek drużynę z gór Wicklow. Walka była szybka, a Irlandczycy łatwo zdobyli przewagę. Jednak tuż przed końcem dwóch dublińczyków wykonało śmiały rajd przez linię obrony przeciwników, a jeden zdobył punkty w bardzo widowiskowy sposób. Kilka chwil później mecz się zakończył. Anne zbierała się do odejścia, gdy nagle zauważyła, że dwaj dublińczycy idą w jej kierunku. Nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, poczekała, aż się do niej zbliżą. Oni też ją zauważyli. Uśmiechali się szeroko, jak mali chłopcy zadowoleni z zabawy.

- Podobało ci się? - Starszy z nich miał ciemne włosy, regularne rysy i miły uśmiech. - Nazywam się Walter Smith, a to mój brat Patrick. - Roześmiał się. - Jak sama widziałaś, nie udało nam się wygrać.

Przyglądał się jej dyskretnie, ale ona nawet tego nie zauważyła, bo nie mogła oderwać wzroku od Patricka.

Był wyższy od swojego brata. Szczupły i wysportowany. Ale z jego zachowania przebijała łagodność. Na owalnej twarzy miał dwudniowy gęsty zarost. Krótko przycięte ciemne włosy zaczynały już lekko przerzedzać się nad czołem. Spojrzał na nią ciemnymi oczami.

- Widziałaś, jak zdobyłem punkty?

- Widziałam. - Roześmiała się. Jest z siebie zadowolony, pomyślała.

- Pod koniec nieźle mi szło - dodał.

- Raz dali nam dojść do bramki. Z litości - rzucił żartobliwie jego brat.

- Akurat. - Zrobił zawiedzioną minę. - Nie słuchaj go. - Spojrzał jej prosto w oczy, a ona stwierdziła ze zdziwieniem, że się czerwieni. - Jak masz na imię? - spytał.

Nie miała pojęcia, czy jeszcze kiedyś spotka Patricka Smitha albo jego brata. Dlatego poczuła dreszcz podniecenia, gdy kilka dni później, będąc z matką w Dublinie, zauważyła go przed katedrą Kościoła Chrystusowego. Podszedł do nich, przedstawił się grzecznie matce, a potem gawędził z nią lekko i swobodnie. I w ten sposób dowiedział się, że Anne w każdy czwartek jeździ konno do Malahide, gdzie odwiedza pewnego księdza staruszka. I w następnym tygodniu czekał na nią przy ścieżce, a potem towarzyszył jej przez ponad kilometr.

Niedługo potem wyjechała do Francji. Właśnie w ciągu tego roku zmarła jej matka. Kilka dni po nadejściu smutnej wiadomości dostała od niego list z wyrazami współczucia i zapewnieniem, że o niej myśli. Kiedy podczas długich kolejnych miesięcy czuła się bardzo samotna, też często o nim myślała. I choć kochała braci, choć wiedziała, że ojciec darzy ją bezgraniczną miłością, to w jej życiu, pozbawionym matczynej czułości, pojawiła się bolesna pustka.

Zaczęli się spotykać kilka dni po jej powrocie do domu. To był jej pomysł, żeby zabierać ze sobą Orlanda. Dziewczyna taka jak ona nie mogła znikać z domu na cały dzień, nie prowokując tym dziwnych komentarzy. A już nie do pomyślenia były przechadzki z młodym mężczyzną bez pozwolenia ojca. Dlatego użyła wybiegu.

Nie robiła tego chętnie. Była zwyczajną dziewczyną, ale była też poważna. Wyznawała prawdziwą wiarę przodków. Kochała bliskich i miała do nich zaufanie. Każdego wieczoru modliła się w intencji duszy matki i prosiła Najświętszą Panienkę, żeby się za nią wstawiła. Nie mogła znieść myśli, że okłamuje ojca, wiedziała, że popełnia grzech. Gdyby matka żyła, Anne z pewnością powiedziałaby jej o Patricku, jednak ojciec był inny. Tak bardzo chciała poprosić go o radę, ale powstrzymywał ją lęk, że zabroni jej tych spotkań.

Tęskniła za Patrickiem. Kiedy szli obok siebie, spływały na nią spokój i szczęście, jakich nigdy wcześniej nie doświadczała. A kiedy stawał blisko niej, czuła, że przeszywa ją dreszcz. Gdy patrzył jej głęboko w oczy, miała wrażenie, że ich spojrzenia się stapiają. Ekscytacja spotkaniami i coraz mocniejsze poczucie, że jest kochana, wypełniły próżnię po matce. Latem wydawało jej się, że nie może bez niego żyć.

Co by rzekł ojciec, gdyby się o wszystkim dowiedział? Na pewno nie mógłby tego tak zostawić. A o reakcji Lawrence'a wolała nawet nie myśleć. Tak, gdyby rodzina odkryła ich zmowę, na pewno zabroniłaby jej się spotykać z ukochanym.

Tydzień temu Patrick poprosił ją o rękę. Oboje wiedzieli, że muszą postępować ostrożnie i roztropnie. Najpierw jego ojciec zwróci się do jej ojca. Obie rodziny będą musiały się poznać i zastanowić, to oczywiste. Oboje uznali zgodnie, że niezależnie od tego, czy ojciec Patricka posiądzie wcześniej jakąś wiedzę o zalotach młodszego syna, Martin Walsh musi pozostać w niewiedzy.

- Nie odważyłabym się mu o tym powiedzieć - wyznała Anne. - Bo gdyby stwierdził, że go oszukałam, poczułby się dotknięty, a być może nawet zwróciłby się przeciwko nam.

Przez chwilę przeraziła się, że Orlando coś wypapla, ale on wziął sobie do serca złożoną obietnicę i zachowywał milczenie. Postanowiła, że rano, tuż przed wyjazdem, odbędzie z nim jeszcze jedną poważną rozmowę.

Jeżeli szczęście im dopisze, to po jej powrocie z Francji ona i Patrick będą zaręczeni. A ojciec będzie przekonany, że to on wszystko zaaranżował.

* * *

Martin Walsh odwrócił się od Lawrence'a i spojrzał w zamyśleniu na Anne. Wyrosła na piękną kobietę. Przypominała mu jego ukochaną żonę. Ale wciąż była jeszcze dzieckiem. Niewinnym. Potrzebującym ochrony. No cóż, będzie musiał porozmawiać z Doyle'em o Smithach. Jednego był pewny: szczęście Anne jest najważniejsze. Tym będzie się kierował.

Unoszącą się na wodzie wysepkę z rozłupaną skałą zalewała słabnąca pomarańczowa poświata. Daleko na północnym zachodzie wznosił się garb wzgórza Tara, za którym opadało krwistoczerwone słońce. Martin odwrócił się jeszcze raz i popatrzył na południe. Zmierzchało. Miasteczko Dalkey po drugiej stronie zatoki powoli pogrążało się w mroku. A jeszcze dalej, tam gdzie na wulkaniczne wzgórza padały ostatnie promienie słońca, całe wybrzeże zlewało się ze stalową szarością morza.

Zeszli ze zbocza i pojechali na zachód przez Równinę Ptasich Stad. Słońce chowało się za Tarą, ale niebo nad nimi wciąż było jasne, a nad północnym horyzontem unosił się jasny blask, przez co okolica była doskonale widoczna. Mieli jeszcze spory kawałek do domu, gdy w odległości niecałego kilometra na drodze prowadzącej z północy do Dublina zobaczyli dwóch ludzi. Bezkształtna postać z tyłu, prowadząca jucznego konia, musiała być służącym. Ale ten drugi naprawdę rzucał się w oczy. Z tej odległości jego wysoka, chuda, lekko pochylona sylwetka wyglądała w słabnącym świetle jak kij. Albo jak czarne pióro, które posuwa się do przodu, kreśląc na ziemi atramentową linię.

Orlando był tak zaciekawiony niezwykłym widokiem, że nawet nie usłyszał, jak jego ojciec zaklął pod nosem. I dopiero gdy poczuł na ramieniu dłoń Lawrence'a, zorientował się, że powinien się zatrzymać.

- Kto to jest? - zapytał.

- Człowiek, którego wcale nie chciałbyś spotkać. - Ojciec powiedział to bardzo cichym głosem.

- Protestant. - W ustach Lawrence'a zabrzmiało to jak "diabeł".

Patrzyli w milczeniu, jak patykowata postać, najwyraźniej nieświadoma ich obecności, przecina pustą równinę.

- To jest - podjął w końcu ojciec - doktor Pincher.

* * *

Tego ranka doktor Pincher objechał wzgórze i znalazł się na zboczu opadającym ku rzece Boyne. Jak wielu innych podróżnych, którzy znaleźli się tu wcześniej, spojrzał w dół, gdzie na spokojnych wodach unosiły się łabędzie. A potem przyglądał się przez chwilę wielkim, porosłym trawą kurhanom, które rozsiadły się wzdłuż grani niczym milczące olbrzymy. A cóż to takiego i skąd się tu wzięły? - pomyślał przelotnie. Gdyby ktoś mógł mu wyjaśnić - a niestety, nikt już nie mógł - że kurhany są grobowcami wzniesionymi zgodnie z precyzyjnymi obliczeniami astronomicznymi, byłby zadziwiony. A gdyby jakiś mówiący po irlandzku autochton poinformował go - co jednak było niemożliwe, bo Pincher nie znał ich języka - że we wnętrzu kurhanów znajdują się jasne pałace legendarnych Tuatha De Danaan, genialnych wojowników i rzemieślników, władających Irlandią przed przybyciem celtyckich plemion, prychnąłby z odrazą. Zauważył jednak, że przed największym pagórkiem leży mnóstwo odłamków białego kwarcu. Zaciekawiło go, czy mają jakąś wartość.

Kiedy doktor Pincher przeprawił się tego ranka przez Boyne, a potem ruszył na południe, jego umysł gorączkowo pracował. Kilka ostatnich dni spędził na północy, w Ulsterze. Było to interesujące doświadczenie. I to bardzo. Do tego stopnia, że przez cały dzień nie odezwał się ani słowem do służącego, nawet gdy zatrzymali się na popas.

Mieszkał w Irlandii już od dziesięciu lat i jego opinia o Irlandczykach nie uległa zmianie. Król Jakub ujął to bardzo trafnie: nazwał tutejszych katolików dzikimi zwierzętami.

Takie słowa mogłyby się wydawać dziwne, zważywszy, że matka Jakuba, Maria królowa Szkotów, była zagorzałą katoliczką, a szkoccy władcy wywodzili się od irlandzkich plemion. Ale ponieważ obecny Stuart został namaszczony przez Boga, a do tego miał wszechstronne wykształcenie, jego ocen nikt nie podważał. Podejmowane zaś nieustannie przez Irlandczyków próby obchodzenia albo ignorowania brytyjskiego prawa dowodziły jedynie, że sami nie są w stanie rządzić własnym krajem.

Wjechawszy na Równinę Ptasich Stad, doktor Pincher zauważył Walshów. Postanowił ich zignorować.

Stanowisko, które piastował w nowej fundacji, dawało mu powody do zadowolenia. Trinity College należało do protestantów, a on nie był jedynym wykładowcą o kalwińskiej wiedzy. Nic dziwnego, że katolicy omijali Trinity szerokim łukiem, natomiast urzędnicy królewscy oraz nowi przybysze z Anglii gorąco je wspierali. Dzięki udanym wykładom z filologii klasycznej, filozofii i teologii Pincher otrzymał propozycję głoszenia kazań w katedrze Kościoła Chrystusowego, gdzie zaskarbił sobie wielkie uznanie słuchaczy. Dochody z nauczania i kaznodziejstwa zapewniały mu dostatnie życie.

Zwłaszcza że do tej pory się nie ożenił. Nawet miał takie zamiary, ale choć poznał kilka kobiet, które mu się spodobały, to prędzej czy później każda mówiła albo robiła coś, co w oczach Pinchera dowodziło, że nie jest godna jego starań. Jednakowoż miał inną rodzinę. Siostra, choć przez długi czas była starą panną, wyszła w końcu za mąż za przyzwoitego człowieka nazwiskiem Budge. A sześć miesięcy temu przyszedł list z wiadomością, że urodziła mężowi syna, któremu dano na imię Barnaby. Barnaby Budge. Brzmiało to solidnie i bogobojnie. Pincher uznał więc, że jeśli sam nie założy rodziny, będzie traktował to dziecko jak swojego dziedzica.

"Muszę coś dla niego zrobić" - postanowił. I tak też napisał do siostry. Napisał to z czystej rodzinnej miłości, ale miał też inne powody. Bo prawdę powiedziawszy, w przeszłości siostra odnosiła się do niego z niejakim brakiem szacunku. Sam sobie na to zasłużył. Nawet nie próbował zaprzeczać. Niestety, wiedziała o kilku jego młodzieńczych wyskokach, a także o tamtym idiotycznym incydencie, który kazał mu pospiesznie wyjechać z Cambridge. Te wspomnienia nie były przyjemne. Na szczęście wzorowe życie, jakie prowadził w Dublinie, już dawno rozwiało wszelkie wątpliwości na temat jego charakteru. Wyrobił sobie solidną reputację. Zasłużył na nią ciężką pracą. Oszczędzał przez wiele lat. Był przezorny. Ale wciąż brakowało mu namacalnego dowodu potwierdzającego jego status: nieruchomości, a najlepiej ziemi. I oto teraz taka posiadłość znalazła się w jego zasięgu.

Ulster. Nagroda zesłana przez Boga.

Kiedy jechał tamtego dnia na południe, w umyśle dźwięczały mu jakże odpowiednie w tej sytuacji słowa Psalmu 23: "Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego"3. Bóg widział, że Pincher jest jego dobrym sługą. Dlatego doktor ufał, że Pan o niego zadba. "Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników... mój kielich jest przeobfity". O, tak! Wybrana kongregacja zasiądzie do posiłku, do uczty wręcz, i to pośród Irlandczyków. "Pan pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach". Widział te pastwiska zaledwie parę dni temu. Zielone łąki Ulsteru. Nagroda z rąk Pana. Już niedługo siewca rzuci ziarno na tamtejszą żyzną ziemię.

Jeden ze znajomych, człowiek bardzo pobożny, powiedział mu o gospodarstwie na północy. Najemca zamierzał za rok zrezygnować z dzierżawy, więc majątek dałoby się zapewne przejąć na korzystnych warunkach. A ziemia była tam doskonała. Doktor Pincher postanowił więc, że jak najszybciej uda się do Ulsteru, żeby zapewnić sobie prawo pierwokupu.

Tak też uczynił. Okolica bardzo mu się spodobała. Było tam trochę dziko, ale jakość gleby to wynagradzała. A już najbardziej się ucieszył, że wzdłuż wybrzeża pojawiły się osady szkockich rolników i rybaków, takich samych gorliwych kalwinistów jak on. Spotkał się z właścicielem gospodarstwa. Łatwo doszli do porozumienia. Ziemia mogła przejść w jego ręce. Ale że był człowiekiem pobożnym, zaświtała mu jeszcze jedna myśl, o wiele bardziej inspirująca niż plany uprawiania roli w otoczeniu współwyznawców. Wyobraźmy sobie - powtarzał w duchu - że skolonizujemy te okolice.

Kolonie. Tak naprawdę ich zakładanie zainicjowała Maria Tudor, katoliczka. Owszem, Irlandczycy też byli katolikami, ale królowa im nie ufała, dlatego na skraju południowego Leinsteru wyznaczyła dwa obszary - nazywane Ziemią Królów i Ziemią Królowych - na których angielscy osadnicy zakładali kolonie pełniące jednocześnie funkcję garnizonów wojskowych. Powstawały też nowe osady, zwłaszcza w Munsterze, gdzie po rebelii, która wybuchła za panowania Elżbiety, władze przejęły spore połacie ziemi, mając nadzieję, że osadnicy pokażą Irlandczykom, na czym polega twarde chłopskie życie. Nie wszędzie się to udało, jednak angielska Rada Przyboczna nadal gorąco popierała kolonizację. A Pincher był przekonany, że to świetny sposób na szerzenie dzieła bożego. Przecież takie same kolonie powstawały w Nowym Świecie, na przykład w Wirginii. Wyposażone w broń społeczności bogobojnych pielgrzymów żyły tam pośród miejscowych barbarzyńców, których w stosownym czasie należało albo nawrócić, albo wyprzeć na dzikie pustkowia. A może nawet wyciąć w pień.

Procedura zakładania kolonii była dość prosta. Wyznaczony teren dzielono na mniejsze działki różnej wielkości. Szkoccy i angielscy inwestorzy - zwani grabarzami - podpisywali gwarancje finansowe. W zamian za to zarządzali subwencjami i sprowadzali z Anglii krzepkich dzierżawców - wolnych chłopów i rzemieślników, oczywiście wyznania protestanckiego - a ewentualne zyski mogli zostawiać dla siebie. W ten sposób stawali się właścicielami ziemskimi i budowali idealną społeczność. Natomiast skromniejsi inwestorzy, tacy jak Pincher, mogli pozyskiwać dzierżawy od "grabarzy", a następnie podnajmować je z całkiem sporym zyskiem.

Nic więc dziwnego, że doktor, myśląc o Ulsterze jako ziemi pozbawionej papistów, czuł w sercu podniosłą radość.

Czy to w ogóle możliwe? Kto wie. Wierzył, że tak się stanie w wyznaczonym przez Boga czasie. A na razie postanowił - o ile wszystko pójdzie dobrze - założyć tam mały przyczółek.

Był w doskonałym nastroju, gdy nagle, dojeżdżając do Równiny Ptasich Stad, dostrzegł w oddali katolicką rodzinę Walshów. Na szczęście ten widok nie popsuł mu humoru.

Od tamtego pierwszego spotkania, które wprawiło go w drobne zakłopotanie, z rzadka widywał Martina. Podejrzewał, że prawnik nie darzy go sympatią, choć oczywiście dobre maniery nie pozwalają mu tego okazać. Za to Walsh miał syna, który kształcił się u jezuitów, więc jego Pincher szczerze nienawidził. O dwójce pozostałych dzieci nie wiedział właściwie nic. I w sumie nie żywił wielkiej niechęci do rodzin takich jak Walshowie. Nie dało się bowiem zaprzeczyć, że prawnik, choć papista, jest dżentelmenem. I dopóki dochowywał wierności angielskiej Koronie - a z pewnością tak było - nie należało pozbawiać go majątku jak zwykłych Irlandczyków. Pincher nie miał jednak wątpliwości, jaki los czeka takie rody. Po prostu ich przedstawiciele zostaną powoli odsunięci od władzy. Takimi jak ten jezuita Lawrence trzeba będzie się zająć w stosownym czasie. Inni osłabną tak czy inaczej. Na razie to nie był pierwszoplanowy cel.

Chwilę później zaświtała mu radosna myśl. Czy gdy Barnaby będzie w tym samym wieku co on teraz, młodszy syn Walsha wciąż będzie papistą czerpiącym zyski z rodowego majątku? O, na pewno nie. Do tego czasu - ta perspektywa napełniła Pinchera zadowoleniem - Walshowie i wszyscy im podobni będą skończeni.

* * *

Na początku sierpnia Orlando usłyszał z ust ojca:

- Poznasz młodego pana Smitha. Twoja siostra ma wyjść za niego za mąż.

Od wyjazdu Anne i Lawrence'a do Europy Martin Walsh skrupulatnie zajmował się tą sprawą. Przedyskutował wszystko ze swoim kuzynem Doyle'em, przeprowadził długie rozmowy z paroma dublińskimi księżmi, odbył kilka spotkań ze Smithami. Nawet Orlando zauważył, że po tych negocjacjach ojciec wracał do domu mocno pochłonięty myślami, jednak ani słowem nie zdradzał, czym się trapi. Dlatego chłopiec był bardzo podekscytowany, kiedy się dowiedział, że młodzieniec ma przybyć do ich domu w sobotnie popołudnie, zostać na noc, a potem rano pójść razem z nimi na mszę.

- Wydaje mi się, że go polubisz - powiedział ojciec dobrotliwie.

- Na pewno - przytaknął Orlando.

A teraz starannie przygotowywał się do tej wizyty. Nie zapomniał o obietnicy, którą złożył siostrze. Nikt się nie dowie o potajemnych spotkaniach kochanków. Nie zdradzę się nawet jednym słowem, myślał. Kiedy zobaczę Smitha, będę się zachowywał tak, jakbym go widział pierwszy raz. Wielokrotnie wyobrażał sobie tę sytuację. Żeby nie dopuścić do najdrobniejszej nawet gafy, starał się wszystko przewidzieć. Wyznaczony dzień zbliżał się wielkimi krokami, a on był coraz bardziej nerwowy i podekscytowany. Ale nie tracił pewności siebie. O, nie! Nie sprawi młodym zawodu.

Przedpołudnie spędzał z jednym z parobków. Wyładowywali z wozów darń zwiezioną z leżącego na północy bagna, kiedy zobaczył w oddali jeźdźca, który zbliżał się w ich stronę. Ojciec był w domu, więc przez krótką chwilę Orlando zastanawiał się, czy nie wybiec Smithowi na spotkanie i nie zapewnić go, że ich tajemnica nie wyjdzie na jaw. Jednak zaraz uznał, że to mogłoby wzbudzić podejrzenia Fintana i że lepiej będzie, jeśli wszystko potoczy się zgodnie z planem. Dlatego poszedł do domu, żeby uprzedzić ojca o przybyciu gościa. Tak więc to ojciec przywitał młodzieńca w drzwiach i nakazał stajennemu zająć się koniem. W tym czasie Orlando, udając onieśmielonego, stał w mrocznej sieni.

Kiedy patrzył ze swojego miejsca, wydawało mu się, że spogląda przez tunel w kierunku jasnej plamy słonecznego światła wypełniającego wejście. Słyszał głosy na zewnątrz, widział poruszające się cienie, a potem światło przesłoniły dwie postacie, które zaczęły się do niego zbliżać. Nadeszła jego chwila.

- O, proszę - usłyszał głos ojca. - Tutaj jest.

Zamrugał, gdy na twarz padły mu świetliste smugi, a potem uświadomił sobie swoje przerażenie i ujrzał zdziwienie na twarzy Smitha.

Tylko że to nie był Smith, lecz ktoś zupełnie inny.

* * *

Wszystko zaczęło się od Doyle'a. Kiedy Martin zwrócił się do niego o radę w sprawie listu od Petera Smitha, tamten odparł bez wahania:

- Smithowie cieszą się dobrą reputacją, kuzynie. Ich ojciec to zacny człowiek, a do tego zamożny i wpływowy. No i oczywiście jest katolikiem, jeśli chcesz wiedzieć, choć inni mieliby na ten temat więcej do powiedzenia niż ja. Ma dwóch synów. Dla którego prosi o rękę twojej córki?

- Wymienił imię Patrick.

- O! - Doyle pokręcił głową. - On się nie nadaje. Lepiej weź tego starszego, Waltera. O ile mi wiadomo, nie jest z nikim po słowie.

- A co masz przeciwko Patrickowi?

Doyle wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze przez zęby.

- Nie można mu zarzucić żadnego przestępstwa ani żadnej niegodziwości. Oczywiście jest młodszy. Ale jego charakter... - Zamilkł na chwilę. - Wysłano go do seminarium. Ale nigdy go nie ukończył. Właściwie niczego nie doprowadza do końca. Brakuje mu wytrwałości. Maskuje swoją słabość rycerskimi manierami.

- Rycerskimi?

- O, tak. - Kupiec uśmiechnął się, lekko parodiując dworskie zachowanie. - Jest świetnym przykładem wszelkich szlachetnych cnót. Jeździ konno, strzela z łuku i biega niczym jeleń. Układa wiersze, śpiewa bez fałszowania i umie tańczyć. Powiadają, że kobietom na jego widok miękną kolana.

- Rozumiem - mruknął Martin ponuro.

- Smith zaproponował ci Patricka, kuzynie, ale ty bierz Waltera. Jest bystry, pracowity i całkiem sympatyczny. Smith będzie szczęśliwy, mogąc związać się z rodziną Walshów, więc to ty dyktujesz warunki.

Doyle był też źródłem wielu innych przydatnych informacji. Kiedy Walsh wracał do domu, słowa kupca wciąż dźwięczały mu w uszach: "Pamiętaj, kuzynie, nie daj się zbyć Patrickiem".

A gdy sam złożył wizytę Smithowi, poprosił go o przedstawienie obu synów i od razu uznał, że ocena Doyle'a była słuszna. Patrick, owszem, był ambitny, ale też miękki i przymilny. Znacznie bardziej spodobał mu się Walter, który potraktował go uprzejmie, jednak nie starał się przypochlebić. A gdy Martin powiedział Smithowi, że woli Waltera, po twarzy kupca przebiegł cień zatroskania.

- Ale ona i Patrick są sobą zachwyceni - zaprotestował Peter. - Są jak dwa gołąbki.

- Moja córka ledwo go zna - oświadczył stanowczo Walsh.

- Aha. - Smith wyglądał na zaskoczonego, lecz szybko się opanował. - To wymaga głębszego zastanowienia - powiedział.

Negocjacje trwały przez kolejne dwa tygodnie, jednak Martin zauważył, że Doyle miał rację i że Smith prędzej odda lepszego syna, niż zrezygnuje z okazji do nawiązania korzystnych koligacji. Odbył też kilka rozmów z Walterem, który spodobał mu się pod każdym względem. W końcu ustalono zaręczyny, ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych stron. Tak mu się przynajmniej wydawało.

* * *

Orlando zupełnie nie wiedział, co o tym myśleć. Przez cały dzień i następny poranek niewiele mówił. Podczas posiłków wpatrywał się w Waltera Smitha jak jakiś głuptas. Na szczęście ojciec wziął to za dziecinną nieśmiałość. A Orlando bił się z myślami: czy Anne o tym wie? Powinien ją zawiadomić? Ale jak? W sobotni wieczór, już po wyjeździe Waltera, poszedł do ojca.

- Chciałbym napisać list do Anne - oznajmił.

- Miło mi to słyszeć - odparł łagodnie Walsh. - Możesz dodać kilka słów pod listem, który właśnie skończyłem.

Nie o to mu chodziło, lecz nie miał wyboru. Dlatego pod równymi linijkami ojca dopisał dziecięcymi literami:

"Ojciec mówi, że możemy się już razem radować, bo zostałaś zaręczona z Walterem Smithem. Wygląda na przyzwoitego dżentelmena, ale nigdy wcześniej go nie widziałem".

Specjalnie użył więcej atramentu do kilku ostatnich słów, żeby bardziej się wyróżniały. Ojciec zerknął przelotnie, rzuciwszy jedynie krótką uwagę na temat jego niewprawnej kaligrafii.

Teraz Orlando mógł jedynie czekać. Jak zwykle odbywał lekcje ze starym księdzem. W domu było cicho i spokojnie.

* * *

Nagły przyjazd Anne dziesięć dni później zaskoczył wszystkich. Po otrzymaniu listu od ojca i od Orlanda dziewczyna opuściła Bordeaux jeszcze tego samego dnia, nawet nie zapytawszy nikogo o zgodę. Żeby móc dotrzeć na wybrzeże, a potem wsiąść na statek płynący do Dublina, zastawiła złoty krucyfiks z łańcuszkiem, który dostała od ojca. Martin był wściekły na nieposłuszeństwo córki, a jednocześnie podziwiał jej odwagę.

Anne od razu mu wyznała, że kocha Patricka. Jej żarliwość była tak poruszająca, że Walsh napisał do Lawrence'a, prosząc o radę. A to, że nic nie wiedział o jej uczuciach wobec młodego człowieka, jeszcze bardziej wytrąciło go z równowagi. Ale nawet jego słuszny gniew i uczucie zawodu wywołane tymi kłamstwami osłabły na widok jej łez.

- Miałem na sercu twoje szczęście, córeczko - zapewniał ją.

Mimo to był pewien, że podjął słuszną decyzję. Anne zakochała się w Patricku, jednak na dłuższą metę on nie umiałby jej uszczęśliwić. A z Walterem będzie szczęśliwa. Próbował jej to wyjaśnić szczerze i łagodnie.

- Są okoliczności, córko, kiedy lepiej jest posłuchać rozumu niż serca - przekonywał.

Lecz ona nawet nie chciała tego słuchać.

- Przynajmniej spotkaj się z Walterem, przynajmniej go poznaj - zachęcał.

Anne upierała się jednak, że chce się spotkać z Patrickiem, swoją jedyną miłością, więc biedny Walsh bił się z myślami, czy jej na to pozwolić, i żałował, że w takiej chwili nie ma przy nim ukochanej żony.

Minął tydzień. Anne snuła się po domu. Odbyli kilka jałowych rozmów. Martin zastanawiał się, czy nie odesłać jej z powrotem do seminarium. Wpadł też na pomysł, żeby wezwać Waltera, tak by Anne na własne oczy mogła się przekonać, jakim jest porządnym człowiekiem, ale zaraz zrezygnował z obawy, że córka powie lub zrobi coś, co nieodwołalnie zniechęci młodego Smitha. A może powinien zmienić decyzję co do Patricka? Zdawał sobie sprawę, że to byłby błąd, jednak nie mógł znieść jej cierpienia ani świadomości tego, że sprawił jej zawód. W kolejnym tygodniu, gdy Anne była apatyczna i blada, chciał już posłać po lekarza.

W końcu przyjechał starszy syn.

Naprawdę musiał się spieszyć. Martin ucieszył się na jego widok, co tamtego nieco zdziwiło. Lawrence rzucił na powitanie, że Anne powinna była dostać porządną chłostę, jednak widząc minę ojca, powstrzymał się od dalszych uwag. I od tej chwili jego obecność okazała się prawdziwym dobrodziejstwem.

Był spokojny i małomówny. Do siostry odnosił się łagodnie, nie czynił jej wyrzutów, jedynie każdego dnia zapraszał ją do wspólnej modlitwy. Otoczył czułą opieką Orlanda, parę razy zabrał go na długą przechadzkę, a raz nawet wybrał się z nim na polowanie na króliki.

* * *

Orlando z ulgą przyjął powrót Anne. Kilka godzin po jej przyjeździe odbył z nią rozmowę na osobności i zrelacjonował wszystko, co wiedział o Walterze Smisie.

- Nic nie powiedziałem o waszych spotkaniach - zapewnił.

- Wiem. Ja też nikomu nie powiem, że nam pomagałeś. Chociaż jeśli idzie o moją znajomość z Patrickiem - pokręciła smutno głową - to i tak nie ma to już znaczenia.

Orlando wiedział o jej rozmowach z ojcem i zauważył jej łzy, ale przez kilka kolejnych dni nie wydobył z niej innych zwierzeń. Najwyraźniej nie chciała mu o niczym mówić. Jednak któregoś dnia wezwała go do siebie.

- Jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić, braciszku - powiedziała cicho.

Następnego ranka wyruszył z domu sam. Tego dnia nie miał lekcji, a ojciec był zbyt zajęty, żeby spostrzec jego zniknięcie. Orlando pojechał na swoim kucu drogą przecinającą Równinę Ptasich Stad i tuż przed południem zobaczył w oddali miasto. Starym mostem przeprawił się przez Liffey, minął bramę i skierował się ku ulicy Winetavern, gdzie stał dom Smithów. Przy wjeździe na podwórze natknął się na młodego posługacza. Dowiedziawszy się, że Patrick jest w domu, kazał mu przekazać informację, że przy furtce czeka na niego przyjaciel. Młodzieniec pojawił się po kilku minutach.

Na jego widok Orlando o mało nie krzyknął z radości. Patrick wyglądał tak, jak go zapamiętał. W ogóle się nie zmienił. Przystojny, uśmiechnięty, w jego oczach też rozbłysła radość.

- Pewnie już wiesz, Orlando, że to mój brat, a nie ja, jest zaręczony z twoją siostrą - powiedział łagodnie.

- Ona wróciła. Jest w domu.

- Anne tu jest? - Wyglądał na zaskoczonego. - Chodź, przejdziemy się na nabrzeże. O wszystkim mi opowiesz.

Orlando opowiedział mu o łzach siostry i o jej kłótniach z ojcem.

- Ona chce cię poślubić - wyrzucił z siebie. Nie umiał ocenić, czy te słowa wstrząsnęły Patrickiem, czy sprawiły mu przyjemność. - I chciałaby cię zobaczyć, ale ojciec na to nie pozwala. Dlatego musicie spotkać się w tajemnicy.

- Rozumiem. Mnie ojciec też zabronił się z nią widywać.

Orlando spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Ale ty przyjdziesz, prawda? - Nie wyobrażał sobie, że jego młody idol pozwoli, by taki drobiazg go powstrzymał. - Chcesz się z nią zobaczyć?

- Oczywiście. Tego możesz być pewny.

- Więc mam jej powiedzieć, że przyjdziesz? - Wyjaśnił, jak można taką schadzkę zaaranżować.

- Będę musiał wyjechać bez wiedzy ojca i brata. - Patrick zamilkł na chwilę, popatrując w dal. - Przyjdę, jak tylko uda mi się wymknąć. Może jutro. Albo za parę dni. W każdym razie niedługo.

- Będę tam na ciebie czekał - oświadczył Orlando.

I dotrzymał słowa. Miejsce świetnie się do tego nadawało - była to stara, nieużywana kapliczka na skraju majątku Walshów. Anne nie mogła tam codziennie jeździć, bo natychmiast wzbudziłoby to podejrzenia, więc Orlando miał ją zastąpić. Gdyby Patrick się pojawił, chłopak pobiegłby do domu po siostrę, a potem stałby na straży.

Nazajutrz czekał trzy godziny aż do zmierzchu. Następnego dnia też, mimo że padało. Wrócił do domu przemoknięty. Trzeciego dnia pogoda dopisała, jednak Patrick Smith się nie pojawił. Kolejnego dnia też go nie było.

- On już nie przyjdzie - powiedziała Anne cicho. - Nie musisz tam więcej chodzić.

Niedługo potem Orlando usłyszał, jak siostra płacze.

Stała się odtąd smutna i apatyczna, więc wyczekiwał w kaplicy jeszcze przez kilka dni. Dopiero przyjazd Lawrence'a mu w tym przeszkodził.

Kiedy pierwszego dnia Lawrence zabrał go na przechadzkę, chciał jak najszybciej wrócić do domu, żeby znów pobiec do kapliczki. Jednak spacer za bardzo się przeciągnął. A do tego Lawrence zadał mu wiele pytań.

Najpierw rozmawiali swobodnie o jego studiach i innych codziennych sprawach.

- Martwię się o Anne - wyznał Lawrence w pewnym momencie. - Serce mi pęka, kiedy widzę jej ból. Myślisz, że jej naprawdę tak bardzo zależy na Patricku?

- Tak mi się wydaje - potwierdził Orlando.

- A co myślisz o Walterze Smisie?

Orlando opowiedział mu najlepiej, jak umiał, o swoich wrażeniach z wizyty młodzieńca.

- Wydaje mi się porządnym człowiekiem - przyznał, a Lawrence z aprobatą skinął głową.

- A jak on wypada w porównaniu z Patrickiem?

- No cóż... - Już miał powiedzieć więcej, ale w porę ugryzł się w język, dostrzegłszy podstęp. - Skąd miałbym wiedzieć? Anne mówi, że Patrick jest wyższy.

- Nigdy go nie widziałeś? - Lawrence wpatrywał się w brata przenikliwym wzrokiem, jakby przejrzał wszystkie jego tajemnice.

- Anne spotkała go kiedyś z mamą, ale mnie przy tym nie było. - Orlando pokręcił głową. Sprytna odpowiedź, do tego zgodna z prawdą.

- Hm - mruknął Lawrence.

Nie wracał później do tego tematu. Wkrótce pojechał na cały dzień do Dublina. A następnego ranka Orlando usłyszał jego rozmowę z ojcem.

- Sam jej o tym powiedz - rzucił ojciec z irytacją.

- Tak będzie najlepiej, uwierz mi - odparł głos Lawrence'a. - Zrobię to delikatnie.

I rzeczywiście dotrzymał słowa.

- Siedziałam na ławce przed domem, świeciło słońce - opowiadała później bratu - a Lawrence podszedł i usiadł przy mnie. Był miły. I mówił o miłości.

- Lawrence mówił o miłości?

- Owszem. Chyba był kiedyś zakochany. Wyobrażasz to sobie? - Uśmiechnęła się, a potem zmarszczyła brwi. - Wydaje mi się, że mówił prawdę.

- Jest po twojej stronie?

- O, nie! Rozmawiał też ze mną o Patricku. Mówił, że pierwsza miłość jest bardzo silna, ale dopiero po dłuższej znajomości można poznać, czy charakter tej drugiej osoby naprawdę nam odpowiada. Wtedy zapytałam go, jak można być szczęśliwym, jeśli jest się zaręczonym z kimś, kogo się ledwo zna.

- Nie umiał na to pytanie odpowiedzieć?

- Umiał. Tłumaczył mi, że rodzice potrafią to lepiej ocenić. A przynajmniej mają taką nadzieję, dodał ze śmiechem. Zdziwiłam się. Zaczęłam go wypytywać, czy według ojca Walter jest dla mnie bardziej odpowiedni. "Tu nie chodzi o dobro rodziny czy majątek", zastrzegł. "W końcu są braćmi. Teraz darzysz miłością Patricka, ale za parę lat sama się przekonasz, że to Walter okaże się dobrym mężem i da ci więcej szczęścia, niż myślisz". Patrzył na mnie z wielką powagą, jak to on.

- I co ty na to?

- Spytałam, czy ojciec przymusi mnie do małżeństwa z Walterem. A on wtedy krzyknął, że nie, w żadnym razie. I żebym go sama spytała. Ojciec chce, bym wróciła do Francji i została tam do wiosny. A po powrocie będę mogła lepiej poznać Waltera. Podobno tata obiecał, że jeśli Walter mi się nie spodoba, jeśli uznam, że nie będę mogła go kochać i szanować, to zaręczyny zostaną odwołane.

- To wszystko?

- Milczał przez chwilę, a potem wziął mnie za rękę i dodał z uśmiechem: "Zapamiętaj sobie ten wierszyk, bo w nim jest wielka mądrość: Rad rozumu słuchać to jest dobra droga. Zaś porywy serca zawsze w kipiel wiodą. Z doświadczenia wiem, że to prawda".

- I nic więcej?

- Tylko jedno: mam się nie widywać z Patrickiem.

- Zabronił ci? Jeśli chcesz, mogę pojechać do Dublina i go tu sprowadzić! - zawołał Orlando.

- Nic nie rozumiesz. - Anne lekko się skrzywiła. - On wyjechał. Już go tu nie ma. Odpłynął na statku.

- Dokąd?

- A kto to wie? Do Anglii, do Francji, do Hiszpanii, a może nawet do Ameryki. Kazano mu wyjechać. Nie wróci, dopóki kogoś nie poślubię, jestem tego pewna.

- To sprawka Petera Smitha? Przecież Patrick sam by nie...

- Nie rozumiesz? To Lawrence. Wszystko uzgodnił za moimi plecami. Teraz jasno to widzę. Nienawidzę go! - krzyknęła i wybuchła płaczem.

Jednak trzy dni później bez sprzeciwu wyjechała z Lawrence'em do Francji. Tak naprawdę nie pozostało jej nic innego.

* * *

Po wyjeździe Anne i Lawrence'a domowe życie wróciło do dawnego rytmu. Orlando musiał się przyłożyć do nauki. Martin Walsh jeździł do Dublina raz lub dwa razy w tygodniu. A w niedziele chodził do zamku Malahide, gdzie w starym kamiennym domu ksiądz odprawiał dyskretną mszę. Pogoda wciąż dopisywała. W majątku panował rozkoszny spokój, więc Martin, ażeby się nim nasycić, przez kilka dni nie wybierał się do miasta. Pewnego popołudnia Orlando, wróciwszy właśnie ze spaceru, zobaczył zbliżającego się jeźdźca. Był to Doyle. Kupiec zsiadł przed domem z konia i skinął przyjaźnie głową.

- Ojciec w domu? - spytał. - O, widzę, że tak - dorzucił, gdy Martin pojawił się w drzwiach. - Mam dla ciebie wiadomość, kuzynie, chyba że już do ciebie dotarła.

- Nic nie wiem. A o co chodzi? - Martin zerknął na Orlanda, a potem spojrzał pytająco na Doyle'a.

- Chłopak może to usłyszeć. I tak zaraz wszyscy się dowiedzą. Wiadomość przyszła z Ulsteru. - Doyle zaczerpnął głęboko powietrza. - Hrabia Tyrone nas opuścił.

- Umarł?

- Nie. Wsiadł na statek i odpłynął. Razem z O'Donnellem, hrabią Tyrconnell, i kilkoma innymi. Arystokraci uciekli, kuzynie, odwrócili się od Irlandii. I już nie wrócą.

Walsh osłupiał. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, w końcu pokręcił głową i wydobył z siebie tylko jedno słowo:

- Dlaczego?

Hrabia Tyrone. Orlando nigdy go nie widział, ale w wyobraźni jawił mu się jako wysoka, ciemna postać, jak bohater dorównujący niemal bogom, ostatni wielki książę pradawnej Irlandii, dziedzic Najwyższych Królów z dynastii O'Neillów. Orlandowi przemknęło przez myśl, że Tyrone jednak wróci i pewnego dnia usunie z Dublina angielskich urzędników. A potem wskrzesi królewską godność swoich przodków z Tary. Orlando zaliczał się do "starych Anglików", ale wizja irlandzkiego panowania wydawała mu się bardziej ekscytująca niż przerażająca. A O'Donnell był najpotężniejszym księciem w Donegal. Północ i północny zachód, pozostałości pradawnych ziem klanowych; Tyrone i Tyrconnell, ostatni panujący książęta Irlandii, uciekli.

- Dlaczego? - Doyle wzruszył ramionami. - W Dublinie mówią, że O'Donnell spiskował z królem Hiszpanii, tak jak kiedyś Tyrone, i dowiedział się, że władze wpadły na jego trop. Więc wziął nogi za pas, nie czekając, aż będzie za późno.

- A Tyrone? Nie miał się czego obawiać. Anglicy dali mu na jego terytorium wolną rękę. Nie musiał uciekać.

- Zgadzam się. Ale on pewnie widział to inaczej. Angielscy urzędnicy zaczęli się kręcić po Ulsterze. I nikt nie dałby wiary, że nie zmawiał się z O'Donnellem i królem Hiszpanii. - Doyle westchnął. - Poza tym irlandzki książę taki jak on nie pasuje do naszych czasów. Nigdy nie będzie królewskim sługą.

- Ktoś, kto jest hrabią Tyrone, nie jest sługą.

- Ale nie w jego oczach. Irlandczycy to wolni ludzie, Martinie. Mają swoje klany, swoje plemiona, dziedziczne stanowiska rodowe, ale są wolni duchem. A ich książęta nie uznają nad sobą nikogo. Taki ktoś jak on nigdy nie będzie się stosował do poleceń jakiegoś nadętego angielskiego urzędniczyny, którego ranga wynika jedynie z tymczasowego stanowiska i którego Tyrone i tak uważa za heretyka. To wszystko nie leży w jego naturze.

- Dlatego odfrunął.

- Jak ptak. A właściwie jak orzeł.

- I co on teraz zrobi?

- Objedzie Europę. Znajdzie jakiegoś katolickiego księcia, któremu będzie mógł służyć bez ujmy na honorze i bez obrażania własnej religii. Będzie dowodził jego wojskiem. Pamiętaj, że on dobrze zna katolickich władców i ich armie. Będą umieli go docenić.

- To prawda. - Walsh z westchnieniem pokiwał głową. - Zjesz z nami kolację?

Doyle uśmiechnął się.

- Taki miałem zamiar.

Wczesnym wieczorem zasiedli do stołu w dużej jadalni. Orlando przysłuchiwał się rozmowie dwóch mężczyzn - ojca, o spokojnych, statecznych manierach, i Doyle'a, nieco niższego i bardziej żywiołowego. Dyskusja, co zrozumiałe, dotyczyła głównie polityki i możliwych konsekwencji wyjazdu Tyrone'a.

- Władze z pewnością skonfiskują jego ziemie - zauważył Walsh. - Znajdą odpowiednie podstawy prawne.

- Obawiam się, że założą tam kolonie. A wszyscy, którzy szukają ziemi na dogodnych warunkach, mają dziś powody się radować - mruknął Doyle. Jednak ta myśl najwyraźniej nie sprawiła mu przyjemności.

Kiedy posiłek dobiegł końca, obaj nadal siedzieli przy stole, popijając w milczeniu wino. Orlando wiedział, że jego obecność nie jest już pożądana, jednak siedział cichutko w kącie jadalni przy dużym, otwartym kominku, a obaj mężczyźni jakby o nim zapomnieli. Bo nawet jeśli mówili niewiele albo on nie do końca rozumiał ich wywody, to chciał spędzić ten ważny wieczór w ich towarzystwie. Z uwagą im się przyglądał. I chociaż był jeszcze mały, to doskonale wyczuwał ich nastrój, wręcz go chłonął, nie wiedząc jeszcze, że ten dzień zapisze się w nim na zawsze.

Jedno było jasne: obu, Walsha i Doyle'a, ogarnął smutek i obaj mieli poczucie straty. Doyle, potomek wikingów i wielu pokoleń dublińskich kupców, protestant - a przynajmniej członek Kościoła Irlandii - oraz Walsh, jego kuzyn, katolik i ziemianin, którego ród był ostoją irlandzkiej szlachty od blisko pięciu wieków; mieszkali w sercu angielskiej Palisady, ale jednocześnie byli Irlandczykami. I dla obu ucieczka Tyrone'a i Tyrconnella była osobistym ciosem. W sensie emocjonalnym bliżej im było do rdzennego irlandzkiego księcia niż do jakiegoś przysłanego z Londynu Anglika.

- Ucieczka hrabiów - odezwał się z zadumą Doyle. - To koniec pewnej epoki.

- Oby Bóg zesłał im lepszy los. - Walsh uniósł swój kielich.

- Chętnie za to wypiję - przytaknął Doyle.

A Orlando, słuchając ich w milczeniu, zrozumiał, że z nieznanych jeszcze powodów świat, w którym żył, zmienił się na zawsze.

Następnego ranka, po wyjeździe Doyle'a, Martin przywołał do siebie syna.

- Pojedziesz ze mną - oznajmił. A gdy Orlando spytał dokąd, odparł krótko: - Do Portmarnock.

Nadmorska wioska Portmarnock leżała na pasie piaszczystych wydm ciągnących się wiele kilometrów na południe wzdłuż Równiny Ptasich Stad. Orlando pomyślał, że będzie musiał osiodłać swojego kuca, lecz ojciec go powstrzymał.

- Pójdziemy na piechotę.

Wiała lekka bryza, obłoki sunęły po niebie, zmieniając jego kolor z błękitnego na szary. Orlando z zadowoleniem maszerował obok ojca, od czasu do czasu rzucając kilka słów. Na granicy ziem należących do majątku minęli opuszczoną kapliczkę, przy której czekał na Patricka.

- To wstyd, że władze zabraniają nam jej używać - odezwał się Walsh.

Raz po raz mijali pamiątki staroangielskiego średniowiecznego osadnictwa: pola pszenicy i jęczmienia, ciemne rzędy wysokich żywopłotów, kamienne murki, a tu i ówdzie przetrwał murowany kościół albo niewielka ufortyfikowana siedziba mieszkalna. Wkrótce dotarli na rozległe pastwisko, które opadało ku morzu i na którym wciąż unosiła się atmosfera bezludnego pustkowia z dawnych czasów, kiedy przodek Doyle'a, Harold, i inni wikingowie zakładali na równinie Fingal swoje gospodarstwa.

Jednak miejsce, do którego zmierzali - odległe o prawie godzinę marszu - było jeszcze starsze. Znajdowało się na obrzeżach wioski rybackiej.

- Twój brat nie lubi tego miejsca - powiedział nagle Walsh. - I nie pochwala, że tu zaglądam. - Orlando po raz pierwszy usłyszał coś, co wskazywało na nieporozumienia między ojcem a Lawrence'em. - Ale i tak tu czasem przychodzę.

Pozornie nie było tu nic szczególnego. Ot, stara studnia otoczona kamiennym murkiem. Orlando podczas swoich wędrówek nad morze często mijał ją w odległości pół kilometra. Stożkowaty kamienny daszek, który ktoś kiedyś zbudował, rozpadł się prawie całkowicie. Studnia była głęboka, ale przechylając się przez cembrowinę, Orlando dostrzegł słaby błysk tafli wodnej. Studnia przy ich domu miała taką samą głębokość i nigdy nie budziła jego ciekawości, jednak ta była inna. Nie potrafił powiedzieć dlaczego - może dlatego, że stała na odludziu - ale woda w niej miała w sobie coś dziwnego, wręcz tajemniczego. Czyżby kryła gdzieś pod powierzchnią migotliwe wejście do innego świata?

- Ta studnia jest poświęcona świętemu Marnockowi - ciągnął ojciec cichym głosem. - Twój brat twierdzi, że dawno temu była pogańska. To musiało być przed przybyciem świętego Patryka. Lawrence uważa, że to są przesądy niegodne naszej wiary. - Westchnął. - Może i ma rację. Ale mnie się podobają stare zwyczaje, Orlando. Kiedy mnie coś gnębi, przychodzę tu, żeby się pomodlić, tak jak to czynią prości ludzie.

Marnock, jeden z wielu lokalnych świętych, postaci na wpół zapomnianych, które czczono jedynie w związanych z nimi okolicach, przy studniach takich jak ta, zazwyczaj z okazji dnia Wszystkich Świętych.

- Ja też lubię dawne zwyczaje - powiedział Orlando. Był tego pewny, bo to zbliżało go do ojca.

- W takim razie pomódl się za swoją siostrę i poproś świętego, żeby dał jej dobrą wskazówkę. - Walsh przeszedł na drugą stronę studni, opadł na kolana i zagłębił się w cichej modlitwie.

Orlando też uklęknął. Czekał, aż ojciec wstanie. Dopiero wtedy sam się podniósł, podszedł do niego, a on, ku jego zdziwieniu, otoczył go ramieniem.

- Obiecasz mi coś, Orlando? - spytał łagodnie.

- Tak, ojcze.

- Obiecaj mi, że kiedyś się ożenisz i będziesz miał dzieci. Że dasz mi wnuków.

- Obiecuję, ojcze. Jeśli taka będzie wola boża.

- Miejmy taką nadzieję, synu. - Walsh zamilkł na chwilę. - Przysięgnij mi to. Tutaj, przy studni świętego Marnocka.

- Przysięgam. Na świętego Marnocka.

- Bardzo dobrze. - Walsh skinął głową jakby do siebie. A potem spojrzał na syna i uśmiechnął się czule. - Cieszę się, że złożyłeś tę przysięgę. Chciałbym, żebyś na zawsze zapamiętał ten dzień, kiedy twój ojciec przyprowadził cię do świętej studni. Zapamiętasz?

- Tak, ojcze.

- Na całe życie. Chodźmy.

Obejmując chłopca, Walsh ruszył ścieżką prowadzącą przez wydmy na szeroką piaszczystą plażę. Był odpływ, więc piasek sięgał daleko w morze, które migotało miękko w słońcu.

Po ich prawej stronie biały pas plaży ciągnął się aż do wzgórza Howth, którego garb wystawał wysoko z wody. Tuż przed nim tkwiła wysepka Oko Irlandii, wyglądająca jak statek na kotwicy. Po przeciwnej stronie, nad północnym horyzontem, rysowały się niewyraźnie we mgle góry Mourne, trwające nieruchomo niczym śpiący strażnicy Ulsteru.

Orlando podniósł wzrok na ojca. Martin Walsh wpatrywał się w niebo, najwyraźniej zatopiony w swoich myślach. Orlando spojrzał na pokruszone muszle rozrzucone wokół jego stóp. Chmura przesłoniła światło słońca, gasząc migotliwe błyski na falach.

- Koniec epoki, Orlando - powiedział Walsh ledwo słyszalnym głosem. A potem uścisnął syna za ramię. - Pamiętaj o swojej obietnicy.

* * *

W Bordeaux była już wczesna zima, wietrzna i wilgotna, kiedy Anne dostała list od ojca.

Moja ukochana córko!

Bądź dzielna, bo muszę Ci przekazać bardzo smutne wieści. Dwa tygodnie temu Patrick Smith wsiadł w Corku na statek kupiecki, który zawinął tam tydzień wcześniej. Tego ranka, gdy podnieśli kotwicę, pogoda dopisywała. Jednak pod wieczór rozszalał się sztorm. Wiatr i fale zepchnęły statek na irlandzkie wybrzeże i rzuciły go na skały. Z wielkim żalem donoszę, że z tej katastrofy nikt nie ocalał.

Wiem, jak bolesna musi być dla ciebie ta wiadomość, mogę jedynie pogrążyć się z Tobą w żałobie i zapewnić, że nieustająco o Tobie myślę.

Twój kochający ojciec

A więc to koniec. Jej miłość odeszła, na zawsze i bezpowrotnie. Anne wybuchła płaczem i przez godzinę zalewała się łzami.

Ale po tej pierwszej fali rozpaczy ogarnął ją gniew. Nie na ojca - on nie miał z tym nic wspólnego - tylko na Lawrence'a. To on, myślała z goryczą, z tą jego przebiegłością i potrzebą wtrącania się do wszystkiego, to on przez swoje podstępne knowania zabił Patricka. Gdyby nie Lawrence, Patrick nie musiałby wyjeżdżać, nie byłoby go w Corku, nie utonąłby. Zapomniawszy o łzach, w przypływie bólu i wściekłości Anne przeklęła brata, żałując, że to nie on umarł zamiast Patricka.

A potem długo patrzyła, jak krople deszczu rozpryskują się na szybie i ściekają w dół. Wpatrywała się w ich szarość, czując coraz większą samotność. Teraz było jej wszystko jedno, jaki los ją czeka.

Rok 1614

Tadhg O'Byrne pokonał wszystkich. Wiedział o tym, bo uważnie ich obserwował.

- Ależ było pijaństwo na stypie! - odezwał się do żony. - A jednak dałem im radę. Jestem najlepszy. Mam najmocniejszą głowę.

- Masz - przyznała żona. - I co z tego?

- Jestem jak góra - powiedział, chociaż siłą i sylwetką nie dorównywał średniemu mężczyźnie.

Tadhg albo Tadc, jak je często zapisywano, było popularnym imieniem. Anglicy robili z niego czasem "Teague", choć wymawiano je jak "Taj".

- Wielu wielkich O'Byrne'ów nosiło to imię - mawiał Tadhg. - Byli wśród nich znani wodzowie.

To prawda. Jednak problem Tadhga polegał na tym, że on do nich nie należał. Choć w swoim mniemaniu powinien.

On, a nie Brian O'Byrne.

Sześćdziesiąt lat minęło od śmierci Seana O'Byrne'a z Rathconan, którego zastąpił jego syn Seamus. Ale gdy przyszło do wyboru następcy Seamusa, cała rodzina i wszystkie znaczące osobistości z okolicy zgodnie uznały, że jego najstarszy syn zupełnie się do tego nie nadaje. Wybór klanu padł na trzeciego spośród czterech synów, wspaniałego młodzieńca, który zgodnie z irlandzkim prawem i obyczajem przejął Rathconan i związaną z nim władzę. Brian O'Byrne był wnukiem godnego człowieka. Tadhg O'Byrne - wnukiem nieudacznika.

Stypę urządzono na cześć ojca Briana. Przybyli na nią goście nawet z dalekich stron, wszystkie najlepsze rody: O'Toole, O'More, MacMurrough, O'Kelly. No i oczywiście O'Byrne'owie - z Downes, z Kiltimon, z Ballinacor i z Knockrath, z całych gór Wicklow. Zjawili się, żeby złożyć ostatni hołd Toirdhealbhachowi O'Byrne'owi z Rathconan oraz przywitać jego syna, obejmującego po nim schedę. I chyba żaden z nich nie zwrócił szczególnej uwagi na Tadhga O'Byrne'a, który w powszechnym mniemaniu był osobą bez znaczenia.

- Tylko spójrz. - Tadhg patrzył na Briana z takim rozgoryczeniem, że nawet nie wiedział, czy żona go słucha. Zresztą wcale go to nie obchodziło. - Młokos, który sypia na piernatach - dorzucił drwiąco.

Brian był przystojnym, wysokim dwudziestolatkiem o jasnych włosach, ale Tadhg był bardziej dumny ze swojego wyglądu. Niedawno skończył trzydzieści cztery lata. Zgodnie z tradycyjnym irlandzkim obyczajem ciemne włosy opadały mu w ciężkich lokach na ramiona. Na dzisiejszą okazję zamiast szafranowej koszuli z lnu włożył białą, przewiązaną w pasie. Na ramiona zarzucił lekką wełnianą pelerynę. Ze względu na rangę uroczystości wielu mężczyzn miało na sobie ciemne kubraki, ale Tadgh nigdy nie włożyłby takiego ubrania. Większość gości nosiła ciemne wąskie spodnie w szkocką kratę albo jedwabne skarpety, jednak on miał gołe nogi, a na stopy wsunął ciężkie półbuty. W takim stroju mógłby uchodzić za pastucha albo wyrobnika.

I oto stał tam jego kuzyn, nowy naczelnik, dziedzic Rathconan, które powinno należeć do niego, młody Brian z krótko przystrzyżonymi jasnymi włosami, w czarnym haftowanym dublecie i bryczesach, w jedwabnych skarpetach i butach z miękkiej skóry. Do tego miał jeszcze złoty pierścień.

Tadgh splunął pogardliwie i mruknął:

- Anglik. - A po chwili dodał: - Zdrajca.

Co nie do końca było prawdą. Takie stroje nosiło ziemiaństwo w wielu częściach Europy, nawet w kraju będącym nadzieją każdego Irlandczyka - katolickiej Hiszpanii. A kilku obecnych na stypie najbogatszych i najznamienitszych irlandzkich dżentelmenów było podobnie ubranych. I trudno powiedzieć, czy taki styl wynikał z upodobania do mody panującej w Anglii, Francji i Hiszpanii, czy raczej z chęci zjednania sobie angielskiej administracji osadzonej w Dublinie. Oczywiście angielscy zarządcy dalecy byli od przekonania, że przejmowanie angielskich manier jest jakąkolwiek gwarancją lojalności wobec Korony. "Część tych piekielnych irlandzkich buntowników z czasów królowej Elżbiety była nawet w Oksfordzie" - przypominali z obrzydzeniem. Ale te subtelności nie robiły na Tadhgu wrażenia.

- Anglik - syknął. A w sercu kiełkowała mu tylko jedna myśl: Pewnego dnia pokażę mu, gdzie jego miejsce.

* * *

To było doniosłe wydarzenie. Młody Brian czuł uzasadnioną dumę - nie tylko dlatego, że tyle znanych osobistości przybyło ze wszystkich stron, żeby złożyć jego ojcu ostatni hołd, ale też dlatego, że kierowała nimi widoczna przyjaźń. On też darzył ich miłością.

Ale przede wszystkim kochał Rathconan. To miejsce nie zmieniło się od stu lat, od czasów jego pradziadka Seana: skromny ufortyfikowany dom z kwadratową kamienną wieżą, teraz w nie najlepszym stanie, spoglądający ze stoków Wicklow ku odległemu, zamglonemu morzu. Chaotycznie rozrzucone zabudowania gospodarskie też się zachowały, podobnie jak niewielka kaplica, w której za życia Seana O'Byrne'a ojciec Donal odprawiał mszę. Żyli tu nawet potomkowie ojca Donala. Jeden z nich też był księdzem, jednak nie miał żony ani dzieci, bo w obecnych czasach większość kapłanów odeszła od tego dawnego irlandzkiego obyczaju. Jego brat, uczony i poeta, był rozchwytywanym przez okoliczne rodziny guwernerem, co pozwalało mu zarabiać na skromne utrzymanie, a także ojcować niemałej liczbie dzieci. Duchowny i uczony, pasterze i hodowcy bydła, rathconańskie rody i ich sąsiedzi - oto był świat, który Brian O'Byrne, kształcony przez księdza i jego brata, ubierany przez dublińskiego krawca, kierowany przez rozumnego i kochającego ojca, otrzymał w spadku i z którego był dumny.

Dumą napełniało go też, że jest jednym z O'Byrne'ów. I chociaż obok O'Toole'ów byli najznamienitszym rodem w górach Wicklow, nie dało się ich rozpoznać po wyglądzie. Jedni mieli ciemne włosy, inni jasne, jedni byli wysocy, inni niscy. Po sześciu wiekach prokreacji, nawet na ograniczonym terenie, pojawiły się rozmaite typy urody i budowy ciała. To samo dotyczyło orientacji politycznych. Czy to się komuś podoba, czy nie, pod koniec długiego panowania królowej Elżbiety O'Byrne'owie z północnej, leżącej bliżej Dublina części gór Wicklow współpracowali z angielskimi władzami, chociaż żaden z nich nie posunął się do tego, żeby przejść na protestantyzm. Jednak na południowych górskich przełęczach potężni naczelnicy zachowali daleko posuniętą niezależność. Kiedy Tyrone wystąpił przeciwko Koronie, jego najważniejszym sojusznikiem okazał się naczelnik O'Byrne'ów z południa.

"To on był łącznikiem między hrabią a królem Hiszpanii. To on doprowadził do wielkiej kampanii w służbie katolicyzmu" - stwierdził kiedyś z dumą ojciec Briana.

"Ale ty nie popierałeś działań Tyrone'a" - przypomniał mu Brian. Bo O'Byrne'owie z Rathconan, podobnie jak ich północni pobratymcy, trzymali się z dala od konfliktu.

"To prawda - przytaknął ojciec z pewnym żalem. - Ale mimo to dokonał wspaniałego czynu".

Przez dwie trudne dekady ojciec Briana był moralnym przewodnikiem dla całej okolicy. Wysoki, odważny, przystojny, irlandzki książę w każdym calu. Nikt nie miał wątpliwości, po której stronie jest jego serce. Ale Toirdhealbhach był też mądry i roztropny. Kiedy rebelia Tyrone'a upadła, przyjął to ze smutkiem, ale nie był zaskoczony. W 1606 roku, rok przed "ucieczką hrabiów", rozległe, dzikie tereny gór Wicklow zostały uznane za angielskie hrabstwo - ostatnią część Irlandii podporządkowano angielskiej administracji. Wprawdzie nie przyniosło to szczególnych zmian w górach i na odludnych przełęczach, lecz irlandzka niezależność na tych terenach dobiegła końca, przynajmniej w teorii. Ale i do tej kwestii ojciec Briana podchodził z filozoficznym spokojem.

"W poprzednich pokoleniach najeżdżaliśmy angielskie gospodarstwa na równinie. A oni posyłali w góry żołnierzy. Raz żołnierze ginęli w zastawianych przez nas zasadzkach, a raz oni zabijali nas. Ale tamte czasy się skończyły. Można żyć inaczej i lepiej". Dlatego udzielał rad swoim sąsiadom, a Brianowi powtarzał: "Jeśli chcesz ocalić Rathconan i wszystko, co kochasz, musisz postępować mądrze. Pokonaj Anglików ich własną bronią. Naucz się zmieniać".

"Ale jak miałbym się zmieniać, ojcze?"

"Tego nie wiem - odparł Toirdhealbhach szczerze. - Musisz się kierować mądrością swojego pokolenia. Nic więcej nie mogę ci doradzić".

I oto teraz, o wiele za szybko, nadszedł jego czas. Ojciec nie był jeszcze taki stary, ale przez ponad rok nękała go jakaś choroba. Pod koniec był już bardzo wycieńczony i wyczekiwał śmierci.

Stypa rozpoczęła się już jakiś czas temu. Ciało wystawiono na widok żałobników. Rozlegał się lament. Ale większość gości składała swój hołd w milczeniu. Zapewniono mnóstwo jedzenia i picia. Dudziarz wygrywał smutne melodie, dopiero później pozwolono sobie na weselsze nuty. Brian przyjął kondolencje od wszystkich przybyłych, a teraz krążył wśród biesiadników, żeby się upewnić, że stało się zadość wszelkim wymogom gościnności. Właśnie zauważył, że Tadgh O'Byrne spogląda na niego wilkiem i mruczy coś pod nosem. Wolałby go zignorować, jednak uznał, że powinien do niego podejść, i w tej samej chwili na pobliskim stoku dostrzegł jakąś dziwną postać, która najwyraźniej zmierzała do jego domu.

Był to wysoki, chudy mężczyzna w atramentowoczarnym stroju, na który składały się dublet, peleryna i bryczesy. Na głowie miał wysoki kapelusz bez pióra. Za nim jechał służący w szarym odzieniu. Mimo że na trakt padały promienie słońca, wydawało się, że jakaś posępna chmura rzuciła na przełęcz swój cień.

Ciekawe kto to, pomyślał Brian.

* * *

Doktor Simeon Pincher był zirytowany, kiedy spotkał Doyle'a. Co właściwie nie powinno dziwić, bo irytacja nie opuszczała go od roku.

Irlandzki parlament, podobnie jak angielski, nie zbierał się regularnie, lecz jedynie wtedy, gdy należało się zająć jakąś ważną kwestią. Jednak w zeszłym roku posłów wezwano do Dublina. O ile w czasach Tudorów i Plantagenetów w obradach uczestniczyli głównie ziemianie z angielskiej Palisady, o tyle teraz przybyli posłowie ze wszystkich stron kraju. A to wyglądało imponująco.

Nie obyło się bez problemów. "Starzy Anglicy", w większości będący katolikami, zagrozili zrazu, że nie wezmą udziału w zgromadzeniu, jednak ostatecznie zasiedli do negocjacji, które zdaniem Pinchera zmierzały w dobrym kierunku. Przysięga supremacji stała się przymusowa dla wszystkich, którzy piastowali stanowiska publiczne. Albo musieli uznać zwierzchność króla nad duchową władzą papieża, albo tracili posady. Pojawił się pomysł, by przysięgę składali też prawnicy, ale go odrzucono, gdyż oznaczałoby to koniec praktyki prawniczej takich lojalnych wobec Korony katolików jak Martin Walsh. Katolicy, którzy nie chcieli porzucić swojej wiary i odmawiali uczestnictwa w anglikańskich nabożeństwach, mieli płacić grzywny. Niestety, parlament nie zamierzał ich zmuszać do wstępowania do Kościoła Irlandii.

"Już ja bym umiał ich przycisnąć" - oznajmił Pincher stanowczo.

Uchwalono też proklamacje przeciwko obcej edukacji i przeciwko zwykłym księżom. Mimo pewnych wad parlament zmierzał w dobrym kierunku. Co przede wszystkim wynikało z jego składu.

Protestanci mieli w nim przewagę nad katolikami. Stu trzydziestu dwóch na stu. W tej setce byli głównie "starzy Anglicy" i tylko kilku przedstawicieli irlandzkiej arystokracji. Część protestanckiego skrzydła stanowili zasiedziali obywatele, którzy przeszli do Kościoła Irlandii, tacy jak lord Howth czy Doyle z Dublina. Jednak o przewadze zadecydowali nowo przybyli: ludzie z kolonii. Co dziwne, akurat to irytowało Pinchera. Nie żeby kierował złość na kolonistów. Był zły na samego siebie.

"Zabrakło mi wiary - wyznał w liście do siostry. - Oraz odwagi".

Bo nie zainwestował w ziemię.

Przerosła go skala przedsięwzięcia. Kiedy siedem lat wcześniej pojechał do Ulsteru, widział możliwości założenia kolonii. Ale gdy po "ucieczce hrabiów" i konfiskacie ziem Tyrone'a i Tyrconnella rozeszły się pogłoski o kolonii w Ulsterze, doktor zrezygnował z gospodarstwa, które miał przejąć, licząc, że trafi mu się coś lepszego. Jednak powierzchnia terenów dostępnych w Ulsterze i Connachcie była tak wielka, że cała operacja nabrała większego rozmachu. Inwestorzy obracali ogromnymi pieniędzmi. Miasto Londyn przejęło całe okolice Derry, zmieniając jego nazwę na Londonderry. Początkowo zakładano, że chętni będą zajmować po tysiąc lub dwa tysiące akrów, jednak w ich miejsce pojawili się prężni przedsiębiorcy, którzy zagarniali tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy akrów.

Świat też się zmieniał. Dublin znany Walshowi, Doyle'owi, a nawet Pincherowi, był miastem późnoelżbietańskim. Jednak w ostatniej dekadzie Londyn przeszedł znaczącą transformację. Nastała epoka śmiałych, skłonnych do ryzyka kupców. Król Jakub, wyrósłszy z surowej i ponurej młodości, mógł wreszcie zaspokajać swoją potrzebę luksusu. Na angielskim dworze szerzyła się korupcja, życiową dewizą była chciwość i zbytek. Wsparcie zyskiwali ludzie pazerni i przebojowi. I właśnie tacy przejęli kolonię w Ulsterze.

I wtedy Pincher się wycofał. Powtarzał sobie, że jego czas jest ograniczony, że musi nauczać i wygłaszać kazania. Miał też skromny kapitał. Przedsięwzięcie przerastało jego możliwości. To był obcy dla niego świat, którego - umiał to uczciwie przyznać - trochę się bał.

I teraz, widząc, jak ci nowi ziemianie zjeżdżają do Dublina, miał przytłaczające poczucie klęski. Nie był gotowy, gdy nadszedł właściwy moment, zupełnie jak głupia panna z biblijnej przypowieści. Zabrakło mu determinacji. Poprzedniego dnia pewien młody słuchacz Trinity College zauważył, że Pincher siedzi pod drzewem na dziedzińcu, zatopiony w myślach. Zbliżał się do niego od tyłu, przez co doktor go nie zauważył, za to młodzieniec, podszedłszy na odległość kilku kroków, usłyszał, jak uznany kaznodzieja pomrukuje do siebie: "Zysk z góry przeznaczony; usprawiedliwione korzyści". Doktor pokręcił ze smutkiem głową, więc młodzieniec, zdziwiony jego słowami, wycofał się na paluszkach.

Simeon Pincher, skoro już wyznał swój błąd, postanowił go naprawić. A ponieważ na razie nie miał środków, żeby to uczynić, żył w ciągłym stanie tłumionej irytacji.

Jednak tego ranka, zanim jeszcze spotkał Doyle'a, przygotowywał się do przedsięwzięcia, które wedle wszelkich przesłanek miało mu zapewnić należne profity. Akurat rozważał, jak zaplanować czekającą go podróż, gdy wszedłszy na teren przylegający do katedry Kościoła Chrystusowego, zauważył kilka znajomych postaci. Przebiegło mu przez myśl, że jedna z nich mogłaby mu się przydać.

Najpierw uprzejmym skinieniem głowy pozdrowił Doyle'a. W końcu był to człowiek majętny, mocna podstawa Kościoła Irlandii, członek bractwa Trinity. Poza tym doktor zawdzięczał mu przysługę.

Poprzedniej niedzieli miał wygłosić w katedrze kazanie. Oprócz oficjeli z Zamku Dublińskiego swoją obecność na nabożeństwie zapowiedzieli protestanccy członkowie parlamentu. Dla doktora byłaby to wyjątkowa okazja pokazania się z jak najlepszej strony. Gdyby nie jeden problem.

Dublińscy rajcy mieli obowiązek towarzyszyć merowi na niedzielnych nabożeństwach. Ale ponieważ większość z nich była papistami, z reguły chodzili wcześniej na mszę, uroczyście wprowadzali mera do katedry, a potem po cichutku opuszczali świątynię, udając się do pobliskiej gospody. Wypijali tam kilka kolejek i wracali po kazaniu, żeby z szacunkiem wyprowadzić mera z kościoła. To swobodne zachowanie Irlandczyków zawsze oburzało Pinchera, ale jeszcze bardziej przeraziła go myśl, że z pewnością powtórzy się ono w dniu, kiedy będzie wygłaszał kazanie. Goście mogliby sobie pomyśleć, że rajców nie interesuje, co on ma do powiedzenia. Dlatego odważył się zwrócić do Doyle'a.

W przeszłości Pincher podejrzewał, że Doyle nie darzy go sympatią. Ale w ostatnią niedzielę kupiec stanął po jego stronie. W kościele pojawiło się co najmniej dziesięciu rajców. A gdy trzech najwyraźniej gotowało się do wyjścia, Doyle posłał im takie spojrzenie, że niechętnie znów zajęli swoje miejsca. I nawet nie podsypiali podczas kazania. O, tak! Pincher miał wobec Doyle'a dług wdzięczności.

Obok Doyle'a stał Walter Smith. Poważny młody człowiek. Szkoda tylko, że papista. Już choćby z tego powodu Pincher gotów był go zignorować, jednak przypomniał sobie, że Smith ożenił się z córką Walsha, a Walsh jest krewnym Doyle'a. Więc z grzeczności dla tego ostatniego ukłonił się także Walterowi.

Obok nich stał Jeremiah Tidy. Teraz doktor Pincher się uśmiechnął.

- Dzień dobry, panie Tidy.

- Dzień dobry, wasza miłość.

Dzięki Bogu, że Tidy też tu jest. Człowiek niezawodny i godny zaufania. Jego rodzina od trzech pokoleń służyła katedrze i Kościołowi Irlandii. Jeremiah wyssał to z mlekiem matki, znał w świątyni każdy zakamarek, od ogromnej krypty po wierzchołek wieży. Ze względu na wieloletnie powiązania rodzinne mianowano go zakrystianem, gdy skończył ledwo dwadzieścia lat. Teraz był dwudziestopięciolatkiem. Ale z racji lekko przygarbionych ramion i spiczastej bródki trudno było określić jego wiek, co akurat podobało się pracodawcom.

To właśnie Tidy opiekował się grobowcami i mogiłami. I to on razem z kościelnym przygotowywał wszystko do nabożeństw oraz bił w wielki dzwon, który regulował życie katedry i całego miasta. A do tego zawsze chętnie przyjmował drobne prace i zadowalał się niewielkim wynagrodzeniem. Był niezawodny. Dlatego cieszył się poważaniem. I darzył ogromnym szacunkiem Trinity College.

"Wszystkie drzwi i okna w kolegium, wasza miłość, pochodzą od MacGowanów, z których wywodziła się moja matka - przypomniał kiedyś Pincherowi. - A sam pan przyzna, że to piękny budynek".

"Owszem, przyznaję" - zgodził się doktor.

"I doskonale pasuje do takiego wybitnego uczonego z Cambridge jak wy, wasza miłość".

W głosie zakrystiana było jednak coś, co zaniepokoiło Pinchera. Był taki uprzejmy, tak pełen szacunku, jakby krył się za tym jakiś podtekst. Pincher zerknął na niego niepewnie.

Taki wybitny uczony jak wy... Co ten Tidy miał na myśli? Czy to możliwe, bił się z myślami uczony doktor, że zakrystian usłyszał coś o tamtym idiotycznym epizodzie z Cambridge? Ale jak to możliwe? Tylko dlaczego przy każdym spotkaniu rzuca jakąś uwagę o Cambridge? Nie, Tidy o niczym nie wie. To się wydarzyło w innym kraju, dawno temu.

Zresztą to sam Tidy mu wspomniał, czego się dowiedział od jednego z zakrystianów: oto wkrótce ma być dostępne lukratywne beneficjum z przynależącym do niego kawałkiem ziemi. Właśnie dzięki tej informacji oraz natychmiastowej rozmowie z sekretarzem kapituły kolegialnej Pincher mógł się szykować do kolejnej podróży, tym razem na południe, która miała mu zapewnić zasłużone dochody.

Opowiedział trzem mężczyznom o wybranej trasie, prosząc ich o radę, gdzie najlepiej zatrzymać się na nocleg. Po krótkim zastanowieniu pierwszy odezwał się Doyle:

- Możesz odpocząć u O'Byrne'ów w Rathconan.

Pincher lekko zbladł, słysząc to nazwisko. U papisty? U irlandzkiego naczelnika? Wprawdzie O'Byrne'owie opowiadali się po różnych stronach politycznego sporu, wprawdzie irlandzka gościnność wobec podróżnych stanowiła wielowiekową tradycję, a góry Wicklow były obecnie angielskim hrabstwem, jednak doktor Pincher nasłuchał się tylu opowieści o dzikich O'Byrne'ach, że na samą myśl o takim spotkaniu poczuł się nieswojo. Ale Walter Smith skinął głową i nawet Tidy nie okazał najmniejszego niepokoju.

- Dobrze cię tam przyjmą - powiedział Doyle, jakby odgadując jego myśli. - O'Byrne'owie z Rathconan zachowują się jak Anglicy.

- Na pewno okażą wielki szacunek takiemu uczonemu z Cambridge jak wy - dorzucił Tidy.

* * *

I oto teraz zbliżał się do Rathconan, a to, co zobaczył, napełniło go przerażeniem.

Irlandzka stypa.

Zawahał się, nie wiedząc, co powinien zrobić. Lepiej poszukać innego noclegu? Nieco dalej na południe piętrzyły się ruiny starego klasztoru Glendalough. Dotarłby na miejsce przed zmrokiem. Ale czy tam stoi jeszcze jakiś dom? Wątpliwe. Nie uśmiechał mu się postój w chłopskiej chacie ani tym bardziej pod gołym niebem. Powinien zawrócić czy może raczej zapytać o drogę do innej wsi? Wciąż bił się z myślami, gdy nagle dostrzegł, że wychodzi mu naprzeciw przystojny jasnowłosy młodzieniec ubrany zgodnie z angielską modą.

- Nazywam się Brian O'Byrne - przedstawił się uprzejmie gospodarz, patrząc na Pinchera niewiarygodnie zielonymi oczami.

Doktor przeprosił za najście, wyjaśniając, że jest w podróży i zjawił się tu za radą Doyle'a.

- Kiedy Doyle wam to proponował, nie mógł wiedzieć o śmierci mojego ojca - odparł młodzieniec.

- Jeszcze raz przepraszam za kłopot - sumitował się Pincher. I od razu zapytał, czy w okolicy nie ma innego domu, w którym mógłby przenocować.

Ale Brian nie chciał o tym słyszeć.

- Na piętrze jest izba, w której znajdziecie wygodny odpoczynek, choć niestety ciszy nie mogę wam zapewnić.

Nie mając innego wyboru i nie chcąc urazić gospodarza, Pincher dał się odprowadzić, aczkolwiek niechętnie, do starej kamiennej wieży.

Na zewnątrz kłębił się kilkusetosobowy tłum. Stoły uginały się od jedzenia. Część gości piła wino, ale większość raczyła się piwem lub whiskey. Doktor wszedł za Brianem do wieży, mając nadzieję, że służący, któremu zostawił pod opieką konia, nie będzie pijany w sztok, gdy okaże się potrzebny. Podążając za gospodarzem w głąb pomieszczenia, wiedział, jaki widok może ujrzeć. I oto na tyłach wieży, na wielkim stole przykrytym białym płótnem, leżały zwłoki Toirdhealbhacha. Zmarły miał w dłoniach krucyfiks i mimo zapadniętych policzków jego gładko wygolona twarz wciąż wyglądała pięknie. Żałobnicy już wcześniej oddali mu hołd, więc w izbie znajdowała się tylko jakaś kobieta w średnim wieku, zapewne krewna, którą pozostawiono, żeby nieboszczyk nie był sam. Świece stojące na wąskim stoliku pod ścianą dawały jasne światło, a ich woskowy dym i zapach przywodził na myśl wnętrze kościoła.

Odwracając oczy od przeklętego różańca, Pincher wydukał - bo przecież nie mógł inaczej - że ciało zostało pięknie wystawione. A że nie znał zmarłego osobiście, mógł tylko powtórzyć, że bardzo przeprasza za kłopot. Po chwili wycofał się taktownie i ruszył za gospodarzem po spiralnych schodach prowadzących do obszernej izby. Stało w niej drewniane łóżko, nieustępujące temu, które miał w Dublinie. Chwilę potem Brian pojawił się znowu, sam przynosząc wino i jedzenie. Nawet Pincher docenił ten nadzwyczajny przejaw dobrych manier. Gospodarz zapewnił serdecznie, że gdyby gość zechciał dołączyć do reszty towarzystwa, to będzie mile widziany. Uprzejme zaproszenie, któremu doktor równie uprzejmie odmówił. A że w swoim mniemaniu był przeznaczony do znacznie wyższych rzeczy niż obcowanie z Irlandczykami, resztę wieczoru spędził w swojej izbie.

Przeszkadzał mu tylko hałas. Tradycyjne zawodzenie kobiet, dzikie pieśni żałobne i okrzyki rozpaczy zawsze budziły w nim odrazę. "Obchodzą żałobę jak jakieś dzikusy" - napisał kiedyś do siostry. Na szczęście to się skończyło przed jego przybyciem. Ale czekało go coś znacznie gorszego.

Rozumiał, po co są stypy. Spotkanie krewnych i znajomych zmarłego, wspólne przeżywanie żałoby, słowa współczucia, przywoływanie wspomnień o tym, którego nie ma już wśród żywych - w oczach Pinchera to wszystko było stosowne. Nie przeszkadzało mu nawet ucztowanie, jeśli goście zachowywali trzeźwość. Gdy komuś umarło dziecko albo śmierć odebrała rodzinie któreś z młodych rodziców, atmosfera na stypach była smutna i poważna, sąsiedzi schodzili się, by okazać wsparcie i współczucie. Nie było w tym nic złego. Ale gdy odchodził ktoś w podeszłym wieku, goście na stypie nie poprzestawali na wspominaniu zmarłego, lecz zaczynali różne zabawy, i to nawet w pobliżu zwłok, co dla Pinchera było dowodem niedostatku powagi i przyzwoitości u Irlandczyków - a właściwie dowodem ich pogaństwa i braku zasad moralnych. Odrażające.

W jego utrwalonym obrazie świata nigdy nie zmieściłaby się myśl, że w tej starej tradycji kryje się mądrość. Że wyrażenie bólu do samego końca działa jak katharsis; że zabawy i pełen czułości humor - czyli zapraszanie zmarłego do uczestnictwa w życiu - przynoszą ukojenie i pozwalają się pogodzić z nieuchronnością śmierci. Doktor nie umiał pojąć, po co ludzie to robią.

Słońce już zachodziło, gdy rozległ się kobiecy głos - powolny, dziwny, nosowy zaśpiew zwany cronan, właściwie miły dla ucha. Śpiew ciągnął się, dopóki nie zapadł zmierzch. Nie towarzyszyły mu żadne inne dźwięki, więc doktor uznał, że pieśń wprowadziła gości w milczącą zadumę. Gdy ucichł ostatni cronan, Pincher wyjrzał przez okno i zobaczył na niebie pierwsze gwiazdy. I wtedy, zaledwie po krótkiej przerwie, powietrze wypełniły nuty melodii granej na dudach. Teraz nawet doktor przysiadł na łóżku i słuchał.

Lament dudziarza. Ku wzgórzom płynęło przeszywające brzmienie, żałosne i kojące jednocześnie. A doktor, niejako wbrew sobie, poczuł w sercu coś dziwnego, melancholię połączoną z porywającym ciepłem, które tylko dźwięk dud może wzbudzić. Słuchał i pragnął, by trwało to jak najdłużej. W końcu jednak grajek skończył.

Po chwili rozległa się kolejna melodia, smętna i śpiewna, ale zaraz niczym dobry towarzysz dołączyły do niej bardziej radosne dźwięki skrzypiec. Całkiem przyjemne tony, przyznał w duchu Pincher, mimo to pomyślał, że wystarczy już tej muzyki na dziś i że byłoby bardziej stosowne, gdyby goście rozeszli się na spoczynek. Dlatego ucieszył się, gdy zapadła cisza.

Położył się na łóżku i zamknął oczy. Z dołu dobiegały go przytłumione rozmowy i śmiechy. Miał za sobą męczący dzień. Chciał jak najszybciej zasnąć, a z samego rana wyruszyć w dalszą drogę. Leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami, oddychając powoli i próbując odciąć się od hałasu. Poczuł, że odpływa w sen.

I wtedy odezwały się skrzypce. Wiele skrzypiec. A po chwili gwizd. Dźwięki rozwijały się w wesołą melodię, buchnął śmiech i radosne pokrzykiwania. Co za bezbożność, przecież to giga4! Doktor zerwał się z łóżka i doskoczył do okna. Na dworze rozpalono pochodnie. Goście mrowili się wokół wieży. Tańczyli! Wyglądało to jak pogańska orgia albo scena z głębi piekieł. Tańczyli gigę.

Patrzył na to z przerażeniem. Żałobnicy pląsali radośnie, a muzyka nie ustawała, jakby to były zawody, kto wytrwa w tańcu najdłużej.

Wiedział to od początku, ale teraz, usłyszawszy i zobaczywszy na własne oczy odrażający taniec, pojął z nową, potworną jasnością, że irlandzcy papiści, nawet jeśli się do ciebie uśmiechają albo przywdziewają angielskie stroje, są gorsi od zwierząt. Wszystkich ich czeka wieczne potępienie. Nie ma co do tego wątpliwości.

Krzyknął z udręką, odwrócił się i dociskając dłonie do uszu, opadł na łóżko.

A muzyka i tańce ciągnęły się długo. Tańczono gigę oraz melodie, których nie znał. Słyszał kiedyś, że Irlandczycy mają swój taniec z mieczami. I zapewne teraz się w niego puścili. Doktor był pewien jednego: nie zazna tu ani chwili wypoczynku.

Może gdyby oderwał myśli od dźwięków dochodzących z podwórza, udałoby mu się zasnąć. Próbował zająć umysł podróżą planowaną na następny dzień. Ta wizja przyniosła mu trochę ukojenia.

Zarówno Trinity College, jak i katedra Kościoła Chrystusowego miały ziemskie majątki. Od czasu do czasu niektóre wypuszczano w dzierżawę na dobrych warunkach. Doktor od dawna miał nadzieję, że i jemu trafi się taka gratka. Ale okazja, która znalazła się niemal w zasięgu jego ręki, była jeszcze lepsza.

Najbogatszy i najbardziej bogobojny wśród wszystkich właścicieli ziemskich w Irlandii był Richard Boyle. Otrzymawszy za czasów panowania Elżbiety ogromne połacie ziemi w Munsterze, stał się opiekunem licznych beneficjów, z których dobry protestancki kaznodzieja mógł czerpać dochody.

"Właśnie mi doniesiono, że na północy Munsteru uwolni się niedługo jedno beneficjum. Boyle chętnie przyjmie takiego pobożnego człowieka jak ty - oznajmił mu sekretarz kapituły. - Niestety, to dzikie tereny. Ziemię trzeba będzie najpierw wykarczować i uprzątnąć. Nie przeszkadza ci to?"

"W żadnym razie" - zapewnił Pincher.

Porastające niegdyś Irlandię rozległe lasy były przez wieki źródłem cennego drewna, którego większość wysyłano za granicę. W najwspanialszych angielskich katedrach użyto belek z irlandzkiego dębu. Popyt na drewno zwiększył się niebotycznie za czasów Tudorów, kiedy budowano na potęgę. I tak irlandzkie puszcze stopniowo ustępowały pod ciosami siekier. Najlepsze okazy dębów już dawno zniknęły z okolic Dublina, ale dalej na południe stare, dorodne lasy wciąż czekały na wycinkę. Wyrąb drzew dawał szybki, jednorazowy przypływ gotówki, przez co nowe dzierżawy zawsze były zyskowne dla inwestorów. Zdarzało się, że w ciągu kilku miesięcy ogołacano całe wzgórza.

"Zaniosę kaganek tam, gdzie kiedyś panowały mroki" - oświadczył Pincher z emfazą.

Powiedziano mu, że droga przecinająca wzgórza prowadzi przez miejsca, skąd roztaczają się najpiękniejsze widoki w Irlandii. Przy sprzyjających okolicznościach za dwa dni dotrze do celu, i to duchowo odświeżony. Zamknął oczy, próbując wyobrazić sobie podróż. I choć z zewnątrz dochodziły go dźwięki muzyki, musiał kilkakrotnie osunąć się w nieświadomość, bo gdzieś koło północy zdał sobie sprawę, że grajkowie ucichli. Teraz był naprawdę gotów zapaść w głęboki sen.

Przez moment wydawało mu się nawet, że nawiedziło go jakieś marzenie senne. Ale usłyszawszy, że coś skrzypnęło, poderwał się i po chwili zobaczył, że drzwi do izby otwierają się powoli.

Na niższym piętrze nocowało tylu gości, że w całym domu rozstawiono świece, żeby ludzie się o siebie nie potykali. I właśnie w ich blasku Pincher dostrzegł we framudze drzwi jakąś straszną postać, która najwyraźniej zamierzała wejść. Strój irlandzkiego dzikusa, gołe nogi, blada twarz z wytrzeszczonymi oczami i masa potarganych kręconych włosów opadających poniżej ramion - taki obraz wystarczył, by doktor konwulsyjnie przycisnął pościel do piersi i otworzył usta, gotów krzyknąć: "Na pomoc!" albo "Mordują!", jeśli tylko groźny osobnik zrobi choć krok do przodu.

Ale Tadhg O'Byrne stał na progu, chwiejąc się lekko, jakby się wahał przed wejściem w nieznane. Nie był pijany. Jakiś czas temu owszem, alkohol szumiał mu w głowie, jednak teraz myśli i działania były tylko nieco spowolnione. Próbował usnąć w głównej izbie, na podłodze, obok ławy, na której zaległa jego żona, jednak nie mógł się wygodnie ułożyć. Rozważał nawet, czy nie wyjść na dwór. Noc nie była zimna, a każdy prawdziwy Irlandczyk, za jakiego z dumą się uważał, chętnie przespałby się na gołej ziemi, jak pastuch albo bohater z zamierzchłych czasów. Jednak po zastanowieniu zarzucił tę myśl i ostrożnie ominąwszy nieruchome ciała, natrafił w końcu na drzwi. Nie mogąc dostrzec w ciemnościach trzęsącego się ze strachu doktora, spytał bardzo rozsądnie:

- Znalazłoby się tu jakieś miejsce na nocleg?

Pytanie padło po irlandzku, więc Pincher nie mógł go zrozumieć. Uznał jednak, że należy coś odpowiedzieć.

- Wynoś się! - krzyknął.

Tadhg doskonale zrozumiał odpowiedź, choć język angielski go zaskoczył. Spróbował zebrać myśli. Przez chwilę nasłuchiwał, żeby sprawdzić, czy nie rozlegnie się czyjeś jeszcze chrapanie albo posapywanie. Nie usłyszawszy nic, zdobył się na angielszczyznę:

- Jest z tobą kobieta? - spytał uprzejmie.

- Broń mnie Panie Boże! - syknął Pincher.

Tadhg nie studiował filozofii, ale po chwili doszedł do wniosku, że kryjąca się w ciemności postać dopuściła się, być może niechcący, błędu logicznego. No bo skoro w izbie nie było innych osób, a nieznajomy nie spędzał tej nocy z kobietą, to ipso facto nie istniał żaden powód, by Tadhg miał się oddalić. Nie chcąc obrazić rozmówcy, jeszcze raz prześledził w myślach swoje rozumowanie, żeby sprawdzić, czy jest prawidłowe, jednak nie znalazł w nim żadnego mankamentu. Doszedł właśnie do tej ostatecznej konkluzji, gdy doktor Pincher popełnił wielki błąd. Założywszy, że osoba stojąca w drzwiach jest zarówno głupia, jak i pijana, na co wskazywał sam jej wygląd, oświadczył powoli i wyraźnie:

- To... jest... moje... łóżko.

- Łóżko? - Chwila zastanowienia. - Masz tam łóżko?

Tadhg może i pogardzał upadkiem swojego krewnego Briana, który spał na piernatach, jednak perspektywa złożenia głowy na wygodnym łożu, a nie na podłodze, wydała mu się nęcąca. Wszedł więc do izby i zamknąwszy za sobą drzwi, zaskakująco bezbłędnie trafił do łóżka. Wyciągnął rękę i położył dłoń tam, gdzie doktor, kuląc się ze strachu i obrzydzenia, zostawił wolne miejsce.

- O, zmieścimy się obaj - powiedział O'Byrne przyjacielsko.

I pewnie zasnąłby natychmiast obok osłupiałego kaznodziei, gdyby nie ogarnęła go nagła ciekawość. Kim jest ten nieznajomy Anglik, któremu na stypie O'Byrne'a z Rathconan dano oddzielną izbę?

- Wspaniały człowiek - oznajmił w atramentową ciemność. - Bez dwóch zdań, Toirdhealbhach O'Byrne był wspaniałym człowiekiem. - Ucichł, czekając na jakąś odpowiedź, ale nieznajomy milczał jak trup w izbie na dole. - Od dawna go znałeś? - spytał.

- W ogóle go nie znałem - odparł Pincher lodowato.

Doktor miał już pewność, że ze strony tej ohydnej postaci nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo. Pozostawało jednak pytanie, czy lepiej zejść z łóżka i przespać się na podłodze, czy raczej zostać na miejscu, znosząc bliskość i zapach dziwnego gościa.

- Ale przyjechałeś na stypę, żeby mu złożyć hołd - ciągnął Tadhg. Może to i Anglik, ale zachował się przyzwoicie. - Czy mógłbym poznać twoje nazwisko? Ja nazywam się Tadhg O'Byrne - rzucił uprzejmie.

Dlaczego ci wszyscy Irlandczycy noszą takie barbarzyńskie imiona? - pomyślał Pincher. Ich przedziwna wymowa i pisownia zaprzecza wręcz rozumowi. Przeklął ich w duchu. Nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę, ale uznał, że brak odpowiedzi mógłby rozzłościć tę kreaturę.

- Jestem doktor Simeon Pincher z Trinity College w Dublinie - odparł niechętnie.

- Z Trinity College? - A więc Anglik i heretyk. Choć mimo to uczony. - To pewnie musisz znać łacinę i grekę?

- Wykładam grekę, logikę i teologię - oświadczył doktor pewnym głosem. - Oraz wygłaszam kazania w katedrze Kościoła Chrystusowego. Ukończyłem też Emmanuel College w Cambridge. - Miał nadzieję, że ta lista dokonań zmusi jego niepożądanego towarzysza do milczenia.

Tadhg nie darzył sympatią Anglików i heretyków, jednak słowa nieznajomego zrobiły na nim wrażenie. Ten uczony dżentelmen przybył aż z Dublina, żeby złożyć hołd najważniejszemu O'Byrne'owi! Należała mu się uprzejmość. Tadhg zastanawiał się, co powinien odpowiedzieć takiej wybitnej osobistości. A zaraz potem zaświtała mu inna myśl. Oto śpi w jednym łóżku z wykształconym człowiekiem, który zapewne ma go za jakiegoś biedaka. Tak nie może być, musi mu wyjaśnić, że z nim też trzeba się liczyć. Z pewnością nie dorównuje przybyszowi wykształceniem, ale jest takim samym dżentelmenem jak on.

- Pewnie nie wiesz, kim ja jestem - zagadnął.

- Chyba nie - westchnął Pincher.

- Jestem prawowitym dziedzicem Rathconan - oświadczył z dumą Tadhg.

Skutek tych słów był więcej niż zadowalający. Tadhg poczuł, że ciało doktora drgnęło lekko.

- Wydawało mi się, że to Brian...

- Ach. - Teraz Tadhg się ożywił. - Owszem, dostał majątek. Ale czy ma do niego prawo? - Umilkł, żeby to pytanie mogło wsiąknąć w ciemność. - Nie ma. Bo to ja jestem pierwszy w kolejce do dziedziczenia. Jego rodzina przejęła wszystko bezprawnie. Ich roszczenia są fałszywe - dokończył tryumfująco.

Według pradawnego irlandzkiego prawa i irlandzkich obyczajów, których Tadhg tak żarliwie bronił, przodkowie Briana zostali słusznie uznani za dziedziców. Ani Tadhg, ani żaden inny uczciwy Irlandczyk nie mógł tego kwestionować. Jedynie według prawa angielskiego roszczenia najstarszego syna uchodziły za nadrzędne. Ale te wszystkie fakty w jakiś cudowny sposób rozpłynęły się w nocnej czerni. Czy może raczej Tadhg pospiesznie je pogrzebał, niczym przestępca pragnący pozbyć się ciała.

- Chcesz przez to powiedzieć, że Brian O'Byrne nie posiada praw do tego majątku? - zaciekawił się Pincher.

- Owszem. Tak mówi angielskie prawo. - Powiedział to niechętnie, jednak uznał, że jego słowa wywrą odpowiednie wrażenie na uczonym z Trinity College. - To ja jestem legalnym dziedzicem, a nie Brian.

- Interesujące - mruknął Pincher. - Ale chyba zrobiłem się bardzo senny - dorzucił po chwili.

Tadhg O'Byrne, zadowolony, że mógł przedstawić swój punkt widzenia, niemal natychmiast zapadł w głęboki sen. Jednak Pincher nie zamierzał spać. Leżał z otwartymi oczami i myślał gorączkowo. Wiedza, którą właśnie posiadł, o ile była prawdziwa, miała dużą wartość. Co nie znaczy, że leżący obok niego odrażający łajdak miałby coś na tym skorzystać. Broń Boże! Ale jeśli ten miły młodzieniec, który zaprosił go do swojego domu, przejął majątek na podstawie wadliwych przesłanek, to znalazłyby się jakieś przepisy, które pozwoliłyby go tego majątku pozbawić. Ciekawe, czy ktoś w Dublinie wie o tym. Raczej nie. Rathconan miało kilkakrotnie wyższą wartość niż spodziewane zyski z dzierżawy w Munsterze, nawet jeśli dęby rosły tam jeden przy drugim.

Pincher zastanawiał się, jakie pożytki dla siebie mógłby wyciągnąć z tych informacji.

* * *

Już od pewnego czasu Orlando miał wrażenie, że ojcu coś dolega. Widywał go codziennie, więc dostrzegał zmiany jego nastroju.

Sam miał już szesnaście lat, ale wciąż mieszkał w domu. Lawrence kilka razy próbował wysłać go do Salamanki, lecz Martin Walsh się temu opierał. "Wolę go mieć przy sobie - mówił. - Nasi nauczyciele zapewnią mu porządne wykształcenie. A prawa nauczę go sam".

A któregoś razu Orlando podsłuchał sprzeczkę między bratem a ojcem. "Więcej rozwagi, Lawrensie - ostrzegał Martin. - Urzędnicy z Zamku Dublińskiego podejrzliwie patrzą na zagraniczne uczelnie. Moja lojalność nie budzi zastrzeżeń, ale oni coraz usilniej nalegają, żeby zakazać praktyki katolickim prawnikom. Dobrze wiedzą, że jesteś jezuitą. A po mojej śmierci to Orlando odziedziczy majątek, więc lepiej będzie nie posyłać go do seminarium. Niech wszyscy widzą, że mam go przy sobie". Orlando dosłyszał, że Lawrence coś mruczy w odpowiedzi, ale nie zrozumiał słów. Za to riposta ojca dotarła do niego wyraźnie: "Nie zgadzam się. I nie mówmy o tym więcej".

Co tydzień Martin Walsh jeździł do Dublina w interesach na dzień czy dwa. Często zabierał ze sobą Orlanda, a ten mógł się wtedy przekonać, jaką sympatią i szacunkiem cieszy się jego rozważny ojciec. "Prawnik poznaje tajemnice bardzo wielu ludzi - tłumaczył mu Martin. - A ci ludzie muszą wiedzieć, że powierzając te sekrety, mogą mu zaufać. Prawnik, synu, dużo wie, ale nic nie mówi. Zapamiętaj to sobie".

Czasem wskazywał z sympatią na jakąś ładną dziewczynę i pytał, czy Orlando chciałby się z nią ożenić. Stało się to ich żartobliwym obyczajem. Orlando odpowiadał, że panna nie jest wystarczająco ładna i że ojciec powinien się lepiej postarać. A wtedy Martin pytał, ile dzieci zamierza mieć. "Sześciu chłopców i sześć dziewczynek, czyli tuzin - zapewniał Orlando. Ojciec słuchał tego z zadowoleniem.

Zazwyczaj składali też wizytę Anne, która zdążyła już urodzić trzy córki i wciąż liczyła na chłopca. Oboje z mężem chcieli dać mu na imię Maurice. Przytyła trochę od ślubu, miała dużo pracy w domu i przy dzieciach, ale poza tym wydawała się Orlandowi tą samą Anne co dawniej. Jej mąż Walter świetnie prosperował, a Orlando lubił go coraz bardziej. Był dobrym, dzielnym mężczyzną, bardzo oddanym żonie. I mimo że pewnego dnia miał odziedziczyć po ojcu duży majątek, Peter Smith mawiał z dumą: "On nic ode mnie nie potrzebuje. Dzięki swoim zdolnościom już jest człowiekiem majętnym".

Peter przebywał głównie w swoim majątku w Fingal, a Anne i Walter woleli mieszkać z dziećmi w mieście. Przy ulicy Saint Nicholas, niedaleko starego ratusza Tholsel, mieli piękny dom z dwuspadowym dachem. Jedynym tematem, którego nikt nie poruszał, była śmierć Patricka Smitha. Ale Orlando był pewien, że mimo wszystko siostra jest szczęśliwa.

Kiedy wracali do domu w Fingal, czasem nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ojciec jest zmęczony i przygnębiony. Uspokajał się jednak, że to z powodu natłoku prawniczych obowiązków. Martin niemal całkowicie posiwiał. Gdy siadał wieczorem w fotelu i z zamyśleniem wpatrywał się w podłogę, wyglądał staro i mizernie. A chwilami krzywił się, kręcąc głową. Zaraz jednak wstawał z krzesła, prostował się, brał głęboki wdech i kiwał lekko głową, jakby sam siebie chwalił. Wtedy Orlandowi wracała pewność, że ojciec wciąż ma siłę i długo jeszcze pozostanie na tym świecie.

Martin Walsh nie miał w zwyczaju przyjmować klientów w domu, więc Orlando zdziwił się, gdy w drodze powrotnej z miasta ojciec oznajmił:

- Dostałem wiadomość od doktora Pinchera. Chciałby przyjść do nas jutro z rana. W prywatnej sprawie, jak twierdzi.

Orlando tylko z rzadka spotykał chudego doktora z Trinity College, ale widok czarnej postaci jadącej przez Równinę Ptasich Stad na dzień przed wyjazdem Anne do seminarium na zawsze zapadł mu w pamięć.

- A czegóż on chce? - spytał.

- Nie mam pojęcia - odparł Walsh.

Dlatego Orlando z wielką ciekawością patrzył na samotnego jeźdźca w czerni, chudego jak gęsie pióro, gdy ten następnego dnia tuż przed jedenastą rano pojawił się na zalanej słońcem ścieżce prowadzącej do domu. Ojciec wyszedł gościowi na powitanie, a potem zaprosił go do środka. Orlando żałował, że nie może pójść z nimi i wszystkiego wysłuchać.

* * *

Usiedli przy stole naprzeciwko siebie. Walsh, ubrany w dublet w kolorze świerkowej zieleni, wyglądał jak prawdziwy szlachcic, którym w istocie był. Pincher miał na sobie czarny strój z białym wąskim kołnierzykiem ozdobionym maleńkim koronkowym haftem.

- Czy moglibyście mnie reprezentować w pewnej sprawie, która musi pozostać tajemnicą? - zaczął.

- To nie jest jakaś niezwykła prośba - odparł Walsh. - Ale wcześniej nie mieliśmy żadnych wspólnych interesów.

- Pewnie dziwi was, że powierzam to... - Zawahał się.

- ...katolikowi?

- Właśnie.

Pincher skłonił uprzejmie głowę. Bo choć ani przez chwilę nie wątpił, że w oczach Boga wiara protestancka stawia go ponad papistami, to jednocześnie miał nieprzyjemną świadomość, że Walsh jest z urodzenia ziemianinem, a on nie.

- Chętnie oddam swoją sprawę w ręce katolickiego prawnika, sir - powiedział, pozwalając sobie na lekki uśmiech. - Chociaż nie miałbym odwagi pójść do katolickiego lekarza. - Był to jeden z rzadkich dowcipów Pinchera.

Walsh zmusił się do uśmiechu.

- Proszę mówić dalej - zachęcił.

- Chodzi o prawa do tytułu własności - zaczął Pincher.

Jego podróż do Munsteru zakończyła się pomyślnie. Do beneficjum przynależał niewielki kościół i jeszcze mniejszy dom. Mógłby tam od czasu do czasu wygłaszać kazania, a do codziennej posługi wyznaczyć wikarego. A ziemia była znakomita. Znalazł już pośredników, którzy mieli wyciąć drzewa, a potem dostarczyć pnie na wybrzeże. Zaproponowano mu korzystne ceny. Wysyłka zaledwie połowy zasobów leśnych powinna przynieść duże zyski. Z jak najlepszej strony zaprezentował się Boyle'owi, który już wcześniej otrzymał od swoich przyjaciół z Trinity College i katedry Kościoła Chrystusowego zapewnienie, że takich bogobojnych ludzi jak doktor warto wspierać. Beneficjum więc od razu trafiło w ręce Pinchera. A ten, widząc, jak z woli samego Boga jego majątek wkrótce się powiększy, czuł, że życie nabiera barw. Umocniło to jego wiarę i natchnęło odwagą do sięgnięcia po jeszcze wyższe cele.

Podczas pobytu w Waterfordzie, gdzie robił rozeznanie w sprawie transportu drewna, postanowił wrócić do Dublina statkiem, który miał akurat wyruszyć w rejs. Podróż upłynęła całkiem przyjemnie. Patrząc na przesuwające się na horyzoncie wybrzeże, Pincher wracał myślami do tamtej dziwnej nocy w Rathconan. Czy był to zwykły łut szczęścia, czy też niewidzialny palec boży, informacja, która do niego dotarła, mogła się okazać niezwykle ważna.

Kiedy tłumaczył Walshowi w czym rzecz, prawnik zachowywał kamienny spokój, jedynie kilka ledwo zauważalnych skurczów mięśni twarzy mogło świadczyć o jakichś emocjach.

- A więc uważacie, że zgodnie z angielskim prawem Brian O'Byrne nie ma ważnego tytułu do posiadania Rathconan - podsumował. - I chcecie, żebym na początek zbadał tę sprawę dokładniej. A jeśli informacje się potwierdzą, gotowi będziecie mnie zatrudnić jako swojego radcę prawnego, kiedy sami lub wespół z innymi zgłosicie wniosek o przejęcie tego majątku.

- Zgadza się.

Niektórzy oficjele i inni żądni zysku ludzie już od dawna głośno domagali się dokładnego sprawdzenia wadliwych tytułów do posiadania ziemi. Żywili bowiem nadzieję, że pozwoli to legalnie odebrać niektóre irlandzkie majątki zwyczajowym właścicielom i przekazać je angielskiej Koronie albo oddać rozmaitym zausznikom.

- A gdy się okaże, że tytuł własności można podważyć, to dostaniecie tę informację jako pierwsi, bo przecież wielu ludzi miałoby wówczas ochotę na przejęcie schedy Briana O'Byrne'a.

- Właśnie.

- Czy w razie nieuznania praw O'Byrne'a ktoś inny mógłby zgłosić pretensje do tego majątku?

- Zapewne. Jakiś nic nieznaczący Irlandczyk, który nie dysponuje żadnym dokumentem potwierdzającym jego roszczenia.

- Wolno mi wiedzieć - dopytywał się Walsh - czemu uczyniliście mi zaszczyt, przychodząc z tym do mnie, a nie do kogoś innego?

- Powszechnie wiadomo, sir, że macie najrozleglejszą wiedzę o dzierżawach w tej części Irlandii.

Co zapewne było zgodne z prawdą. Od pięciu pokoleń, jeszcze od czasów Plantagenetów, czyli na długo przedtem, nim Henryk VIII kazał rozwiązać zakony, przodkowie Martina Walsha zajmowali się prawnymi sprawami kościelnych i świeckich majątków w całej wschodniej części kraju. Rodzina doskonale znała wszystkie majątki w Leinsterze i Meath, a także wiele w Ulsterze i Munsterze. Ta wiedza była przekazywana z pokolenia na pokolenie. A od kilku lat Martin dzielił się nią z Orlandem. Jeśli Pincherowi zależało na dyskretnym zbadaniu stanu prawnego Rathconan, to nie mógł trafić lepiej.

Walsh pokiwał głową, a potem pochylił się lekko.

- Jestem tylko prawnikiem, sir, a wy znacie się na filozofii. Mogę zadać jeszcze jedno pytanie, na które jako człowiek niewykształcony nie umiem znaleźć odpowiedzi?

- Do usług - odparł Pincher.

- Moje pytanie dotyczy bardziej filozofii niż prawa - zaczął łagodnie Walsh. - Załóżmy, że zgodnie z angielskim prawem Brian O'Byrne nie ma legalnego tytułu do tego majątku. Ale czy odebranie mu ziemi nie obciąży naszego sumienia?

- Nie wydaje mi się.

- Dlaczego?

- Bo wszedł w jego posiadanie nie z mocy prawa, ale barbarzyńskiego obyczaju, czyli nieuczciwie.

- Z mocy obyczaju zwykłych Irlandczyków. - Martin pokiwał głową. - To nie ulega kwestii. A skoro irlandzkie obyczaje są barbarzyńskie, to niemoralnym byłoby się nad nimi pochylać. Byłoby to, że tak powiem, wbrew naturze.

- Świetnie powiedziane - zgodził się Pincher, zadowolony, że się dobrze zrozumieli.

Walsh patrzył na niego z obojętną miną. Chętnie zapytałby filozofa, czy jego zdaniem chciwość należy uznać za grzech śmiertelny, ale się powstrzymał. Zamiast tego zauważył łagodnie:

- Powinienem was uprzedzić, że nawet w Zamku Dublińskim są tacy, którzy woleliby zachować ostrożność. Bo jeśli młody O'Byrne z Rathconan jest do nas przyjaźnie usposobiony, co należy brać pod uwagę, to zamkowi oficjele mogą być zdania, że roztropniej będzie nie wywłaszczać go z majątku, który według niego słusznie mu się należy. Nie mieliśmy tutaj żadnych buntów. A on nie porzucił swojej ojcowizny jak Tyrone. Niektórzy mogą uznać odebranie mu ziemi za posunięcie niemądre, które wywoła dodatkowe problemy. - Takiej samej rady udzieliłby także angielskim władzom.

- Mam nadzieję, że my obaj myślimy inaczej - powiedział Pincher.

Walshowi zaświtała myśl, że ta rozmowa może być pułapką. Czyżby władze albo - co bardziej prawdopodobne - jakaś mała frakcja wysłała Pinchera, żeby sprawdził poglądy prawnika i stopień jego lojalności wobec Korony? Możliwe, choć mało prawdopodobne. Miał takie same poglądy jak większość znanych mu "starych Anglików", czemu w Zamku Dublińskim zupełnie się nie dziwiono. Nikt jednak nie kwestionował jego lojalności.

Nie, wedle oceny Walsha Pincher wyłożył karty na stół. Pomimo siedemnastu lat spędzonych w Irlandii doktor nie pozbył się swoich uprzedzeń, więc był pewny, że uznany prawnik, będąc "starym Anglikiem", ochoczo przyłączy się do wydziedziczenia swojego współwyznawcy O'Byrne'a tylko dlatego, że ten jest Irlandczykiem.

Jednak Pincher nie mógł nic wiedzieć o szczególnym wzajemnym szacunku, który narodził się w czasach, gdy Walshowie z Carrickmines musieli przez wieki odpierać ataki O'Byrne'ów. Nie miał pojęcia, że w żyłach Briana O'Byrne'a płynie także krew Walshów ani że córka Martina, Anne, wyszła za mąż za człowieka, który wprawdzie nazywa się Walter Smith, ale z pochodzenia jest O'Byrne'em. Doktor nie był świadomy tych splątanych, sięgających głęboko korzeni.

- Przeprowadzę małe dochodzenie - powiedział Walsh. - Muszę was jednak uprzedzić, że nie jest pewne, czy uda się tę sprawę pomyślnie zakończyć.

Obiecał swojemu gościowi, że gdy tylko czegoś się dowie, natychmiast go powiadomi. Niedługo potem się pożegnali.

* * *

Wczesnym popołudniem Martin przywołał do siebie syna i oznajmił, że chce z nim pójść na przechadzkę.

- Dokąd się wybierzemy, ojcze? - spytał Orlando.

- Do Portmarnock.

Wiał lekki, przyjemnie chłodny wiatr. Walsh z zadowoleniem myślał, że Orlando lubi przebywać w jego towarzystwie. Chłopiec nawet nie przypuszczał, jak wielką pociechą jest dla ojca jego obecność, bo też Martin nie chciał go obarczać swoimi problemami. Większą część drogi pokonali w milczeniu. Orlando był ciekaw powodów wizyty Pinchera, jednak ojciec uznał, że lepiej go w to nie wtajemniczać. Zresztą miał mu do przekazania kilka innych ważnych rzeczy.

Gdy zaczęli schodzić po zboczu prowadzącym na otwarte wybrzeże, zerknął na syna i zapytał łagodnie:

- Czy kiedykolwiek byłbyś gotów złamać prawo?

- Nie, ojcze.

- Mam taką nadzieję. - Umilkł na dłuższą chwilę. - Wiele razy ci mówiłem, że prawnika i jego klienta powinno łączyć wzajemne zaufanie. Takie zaufanie to rzecz święta. Jego nadwerężenie jest jak złamanie prawa. Zaprzeczenie wszystkiemu, w co wierzę. To zdrada.

- Wiem, ojcze.

- Właśnie. - Walsh zaczerpnął głęboko powietrza i w zamyśleniu pokiwał głową. - A mimo to, mój synu - ciągnął spokojnie - czasem zdarza się w życiu chwila, kiedy trzeba rozważyć taki krok. Bo być może w grę wchodzą sprawy znacznie większe.

Nie musiał nic dodawać. Wiedział, że Orlando zapamięta te słowa. Wrócił myślami do innego, bardziej naglącego problemu. Kroki, które zamierzał przedsięwziąć, z pewnością były zdradą. Ale czy mógł je uznać za słuszne? Być może. Gdyby rzecz się wydała, narobiłby sobie wielu wrogów, i to potężnych. Jednak po rozważeniu wszystkich okoliczności był skłonny zaryzykować i podjąć odpowiednie działania. Czuł, że zostało mu niewiele czasu. Gdy zobaczyli przed sobą Portmarnock, znów zwrócił się do syna:

- Kiedy nie wiem, jak postąpić, modlę się - powiedział. - A jak ty się modlisz?

- Odmawiam te modlitwy, które znam.

- Znakomicie. Ale to jest tylko narzędzie. Słowa modlitwy mają nam pomóc w opróżnieniu umysłu ze wszystkich rozważań, tak byśmy byli gotowi usłyszeć głos Boga.

- Słyszałeś kiedyś głos Boga, ojcze?

- Masz na myśli coś na kształt ludzkiego głosu? Nie, choć niektórzy podobno go słyszeli. Ale zazwyczaj głos Boga nie ma brzmienia, dlatego najlepiej słyszy się go w ciszy.

Kiedy dotarli do świętej studni, Walsh przyklęknął i modlił się przez chwilę w milczeniu, więc Orlando, żeby mu nie przeszkadzać, ukląkł nieco dalej. W końcu Martin wstał, przez jakiś czas patrzył w zadumie na studnię, a wreszcie przywołał chłopca do siebie, dając mu znak, że mogą ruszyć z powrotem do domu. Z rzadka się do siebie odzywali, bo Walsh był jakby nieobecny myślami. W połowie drogi na chwilę położył dłoń na ramieniu Orlanda.

Gdy dojechali do domu, zapowiedział synowi, że następnego dnia wyśle go w daleką podróż. Zaraz potem udał się do swojej izby, rozłożył na stole duży arkusz papieru i zabrał się do pisania. Musiał uważnie dobierać słowa, więc zabrało mu to kilka godzin. Kiedy skończył, starannie złożył kartkę i zapieczętował woskiem. Był tak zmęczony, że poszedł spać, nie zjadłszy nawet kolacji.

Ale następnego dnia wstał o świcie, świeży i wypoczęty.

* * *

Wysłuchawszy poleceń ojca, Orlando nie posiadał się ze zdumienia. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiego zadania.

- Najpierw pojedziesz do Dublina, do naszego kuzyna Doyle'a, i uprzedzisz go, że zjawię się u niego w południe. A tu masz list, w którym proszę go, żeby dał ci wszystko, czego będziesz potrzebował. Weźmiesz od niego silnego konia i włożysz inne ubranie. Potem wyjedziesz z miasta, ale tak, żeby nikt cię nie rozpoznał, i ruszysz na południe. - Martin Walsh podał synowi zapieczętowany list, który napisał poprzedniego wieczoru. - Cały czas masz go mieć przy sobie. Pod żadnym pozorem nie może wpaść w niepowołane ręce. Przed zmrokiem dotrzesz na miejsce i pozostaniesz tam do rana. A potem wrócisz tą samą drogą.

- Dokąd mam się udać? - spytał Orlando.

- Do Rathconan - odparł Martin. A potem przekazał synowi dalsze wskazówki.

* * *

Dzień był pogodny, z bezchmurnym niebem. Orlando wyruszał w drogę, czując radość w sercu. Nie znał treści ojcowskiego listu, ale sam fakt, że udaje się w takiej misji, w dodatku z przykazaniem, że nigdy w życiu nie wolno mu o niej wspomnieć, napełniał go ekscytacją. Dawne potajemne zadania, które jako dziecko spełniał na prośbę siostry, były zwyczajną przygodą. Teraz czuł dumę, że ojciec, którego darzy szczerym szacunkiem, powierzył mu sprawę wielkiej wagi.

W Dublinie szybko się przebrał i osłaniając twarz szerokim rondem zniszczonego kapelusza, wyjechał z miasta, a potem przez Donnybrook ruszył ku górom Wicklow. Kiedy mijał sady, nikt go nawet nie zauważył i pewnie nikt by się nie domyślił, dokąd zmierza. Kłusując, a czasem przechodząc w stęp, Orlando przeciął równinę i zaczął się wspinać na wzgórza. W południe zrobił sobie godzinny odpoczynek, a tuż przed zmierzchem dotarł do Rathconan.

Zgodnie z ojcowskimi instrukcjami nie podał swojego nazwiska. Dopiero gdy Brian O'Byrne wyszedł z domu, pytając, co go sprowadza, oddał mu zapieczętowany list i wyjaśnił, że ma na własne oczy zobaczyć, że adresat go przeczytał. Zaskoczony Brian poprowadził go do największej izby.

Orlando był nieco zdziwiony, że O'Byrne wygląda tak młodo. Starszy od niego zaledwie o kilka lat, miał chłopięcą urodę, dodatkowo podkreśloną przez czuprynę jasnych włosów. Jednak jego niesamowicie zielone oczy spoglądały władczo, co zrobiło na Orlandzie duże wrażenie. Usiedli przy dębowym stole. O'Byrne przeczytał list wolno i uważnie, a na jego twarzy kilka razy pojawił się wyraz zdumienia. Kiedy skończył, wstał, przyniósł papier, pióro i atrament i napisał kilka słów. W końcu spojrzał na Orlanda.

- Jesteś jego synem?

- Tak.

- Wiesz, co jest w tym liście?

- Ojciec uznał, że lepiej, żebym nie wiedział.

- Słusznie. - Brian O'Byrne pokiwał głową.

List wyraźnie nim wstrząsnął. Wynikało z niego, że jego dziedzictwo jest zagrożone. A autor radził podjęcie natychmiastowych kroków. Martin Walsh był przerażony nie tyle nieskrywaną pazernością Pinchera - w końcu napatrzył się w swoim życiu na ludzką chciwość - ile politycznym szaleństwem, jakim była legalna kradzież ziemi Irlandczykom tak przyjaźnie usposobionym do Korony jak Brian O'Byrne. Przecież ta głupota "nowych Anglików" doprowadzi do tego, że wyspą nie da się rządzić. I właśnie poczucie obowiązku i wyższej odpowiedzialności sprawiło, że po modlitwie przy studni Walsh postanowił złamać zasadę tajemnicy prawniczej.

Angielskie władze dość często zatwierdzały tytuły własności ludzi takich jak O'Byrne. Walsh znał w Dublinie paru oficjeli, którzy mieli takie same poglądy jak on. Ich nazwiska przekazał Brianowi w liście. A dyskretna rozmowa z Doyle'em mogłaby zapewnić pomoc paru protestanckich dżentelmenów. Ale ponieważ parlament i jego zwolennicy, nie mówiąc o doktorze Pincherze, wypatrywali takich sposobności, Walsh radził, by O'Byrne udał się do Dublina natychmiast i bez rozgłosu, "zanim inni coś wywęszą". Dodawał też, że z powodów, których nie może wyjawić, jego udział w tej sprawie musi pozostać tajemnicą. "Uprzedzając Cię o wszystkim, złamałem prawniczą przysięgę", napisał szczerze.

- Orlandzie Walsh, powiedz swojemu ojcu, że O'Byrne'owie z Rathconan są jego dozgonnymi dłużnikami - powiedział Brian wzruszony.

- Mam być świadkiem, że spaliliście list - przypomniał mu Orlando.

- Oczywiście. - Podeszli do ognia, a chwilę później patrzyli, jak papier zamienia się w popiół.

- Musisz zjeść ze mną kolację - rzekł Brian.

Jednak Orlando odmówił.

- Mam przenocować w stajni, nie zdradzając nikomu mojego nazwiska.

- Rozumiem. - O'Byrne uśmiechnął się. - Ale obiecuję, że następnym razem przyjmę cię jak przyjaciela.

* * *

Następnego dnia Orlando wyruszył wczesnym rankiem. Nad górami Wicklow jaśniało czyste niebo. Miękka bryza wiała od morza. Wypełnił misję co do joty, więc czuł wielką dumę i nie mógł się doczekać, aż opowie o wszystkim ojcu.

Późnym rankiem wiatr się zmienił, był chłodniejszy i wiał z północy. Znalazłszy się na szczycie wzgórza, skąd rozciągał się rozległy widok na Zatokę Dublińską, Orlando dostrzegł długi wał szarych chmur, które nadpływały z Ulsteru, rzucając mroczny cień na widoczny w oddali Fingal. Na szczęście jechał dość szybko, więc jeszcze przed południem znalazł się w mieście i zatrzymał się na dziedzińcu Doyle'a.

Kupca i jego żony nie było w domu, ale służący miał dla niego wiadomość.

- Musicie jak najszybciej wracać do domu.

Orlando i tak nie zamierzał zwlekać, więc przesiadł się na swojego konia i ruszył w drogę.

Kiedy przeprawił się przez Liffey, wjechał w cień zwału chmur. Szarość dnia stawała się coraz bardziej wszechobecna, coraz bardziej przygnębiająca, mimo że parę razy zauważył nad morzem błysk słońca, które przebijało się przez szarawe szczeliny. Był taki szczęśliwy, jadąc przez równinę. Aż się uśmiechnął, gdy nagle nad łąką wzbiło się z krzykiem stado białych mew, a potem zaczęło krążyć na tle stalowego nieba. Minął znajomy lasek i ze wzruszeniem objął wzrokiem sylwetkę rodzinnego domu.

Zdziwiony zauważył, że w drzwiach stoi Anne.

- Witaj, Anne! - zawołał.

- Dzięki Bogu, że jesteś. Ojciec czeka na ciebie.

- Wiem - powiedział z uśmiechem.

Ale Anne spojrzała na niego dziwnie.

- Nie wiesz. - Położyła mu dłoń na ramieniu, kiedy chciał wbiec do środka. - Nie możesz go na razie zobaczyć. Lawrence jest u niego. - Wzięła głęboki wdech. - Ojciec poważnie zachorował. Bardzo z nim źle.

Orlando poczuł, że blednie.

- Kiedy?

- Dziś rano. Posłali po nas do Dublina. Ale nikt nie wiedział, gdzie cię szukać.

- Musiałem coś zrobić dla ojca.

- Tyle nam powiedział. I dodał, że wstąpisz do Doyle'a, więc wysłaliśmy tam wiadomość, że masz natychmiast wracać. Gdzieś ty się podziewał? Nieważne - rzuciła, widząc, jak Orlando kręci głową. - Dobrze, że ojciec wciąż jest w stanie mówić. Zostań na dole. Powiem im, że przyjechałeś.

Czekał sam. W domu panowała dziwna cisza. Po jakimś czasie pojawił się Lawrence. Ubrany był w czarną sutannę. Miał posępny wyraz twarzy. Nie uśmiechnął się na widok brata, ale podszedł do niego i łagodnie wziął go pod ramię.

- Muszę cię uprzedzić. Ojciec miał atak apopleksji, nie jest już tym samym człowiekiem co wczoraj. Jesteś na to gotowy? - Orlando skinął głową. - Dobrze. Modliłem się z nim. Ale twoja osoba da mu pociechę. - Lawrence zamilkł, spoglądając z ciekawością na brata. - A tak przy okazji, gdzie wczoraj byłeś?

- Nie mogę ci powiedzieć. Musiałem coś zrobić dla ojca.

- Ale chyba możesz mi wyjawić powód swojej nieobecności? - Pytanie zabrzmiało łagodnie, jednak dźwięczała w nim ledwo słyszalna nuta wyrzutu.

- Obiecałem ojcu, że nikomu nie powiem.

- Rozumiem. - Po twarzy jezuity przemknął cień. - Ojciec jest gotowy? - spytał Lawrence, widząc Anne u szczytu schodów.

- Tak. - Anne uśmiechnęła się, chcąc dodać Orlandowi otuchy.

- Czy on umiera? - spytał Orlando.

Nikt mu nie odpowiedział.

Wspiął się po starych drewnianych schodach i skierował się do izby ojca. Drzwi były uchylone, więc pchnął je lekko.

Ojciec był sam. Leżał na rzeźbionym dębowym łożu, wysoko oparty na poduszkach. Miał ziemistą twarz i zapadnięte oczy, ale patrzył na Orlanda z miłością. Próbował się nawet uśmiechnąć.

- Przykro mi, że musisz mnie oglądać w tym stanie.

Orlando wręcz oniemiał.

- Też mi przykro - wydusił w końcu. Nie to chciał powiedzieć, ale nie umiał znaleźć odpowiednich słów.

- Chodź tu. - Martin dał mu znak ręką. - Zrobiłeś to, o co cię prosiłem?

- Tak, ojcze.

- To dobrze. Jestem z ciebie dumny. A on coś powiedział?

- Że jest twoim dozgonnym dłużnikiem.

- Spalił list?

- Tak, na moich oczach.

- Zresztą to i tak nie ma teraz znaczenia. - Martin mówił to bardziej do siebie niż do syna. Westchnął z leciutkim świstem. A potem się uśmiechnął. - Świetnie się sprawiłeś, chłopcze. Znakomicie.

Jakże Orlando chciał mu powiedzieć, że go kocha! Ale nie wiedział jak, więc stał bezradnie. Ojciec przymknął powieki i milczał przez dłuższą chwilę. Jakby zbierał w sobie siły. A potem spojrzał synowi w oczy. Chłopcu wydawało się, że w ojcowskim spojrzeniu dostrzega lęk i jakieś błaganie.

- Pamiętasz, co mi obiecałeś?

- Oczywiście, ojcze.

- Obiecałeś, że będziesz mieć dzieci.

- To prawda.

- I będziesz je miał?

- Tak, ojcze. Co najmniej tuzin. Przyrzekam.

- Dobrze. Dziękuję ci. Weź mnie za rękę.

Orlando ujął dłoń ojca. Była dziwnie chłodna.

- Żaden ojciec nie ma lepszego syna niż ja. - Martin uśmiechnął się i zamknął oczy.

Znów zapadło milczenie, przerywane jedynie świszczącym oddechem chorego. Orlando wciąż trzymał chłodną dłoń ojca.

- Anne! - zawołał cicho Martin, nie podnosząc powiek.

Natychmiast wyłoniła się zza drzwi.

- Niech Bóg ma cię w swojej opiece - zwrócił się do syna.

Anne wyprowadziła brata z izby. Kazała mu zejść na dół. Po chwili na górę pospieszył Lawrence. Orlando czekał więc, owładnięty bólem, a po półgodzinie zjawiła się Anne, mówiąc, że ojciec nie żyje.

* * *

Następnego ranka Orlando wybrał się na samotną przechadzkę. Niebo wciąż było szare. Spokojnym, równym krokiem wędrował ścieżką prowadzącą obok opuszczonej kaplicy i wkrótce znalazł się na stoku opadającym ku wybrzeżu. Dotarł do świętej studni w Portmarnock, nie napotkawszy żywej duszy.

Ukląkł przy źródle i zaczął się modlić. Wprawdzie słowa płynęły gładko, ale nie mógł się skupić tak, jak radził mu ojciec.

Wstał i trzykrotnie okrążył studnię, odmawiając cztery razy "Ojcze nasz". Wiedział, że nawet takie małe ceremonie przynoszą skutek. Ukląkł znowu, ale wciąż nie mógł znaleźć spokoju, choć tak bardzo go pragnął. Próbował myśleć o dawnym świętym, którego łagodna obecność błogosławiła źródlaną wodę. Lecz nic się nie pojawiało. W końcu pomyślał o ojcu i szepnął:

- Przyrzekam, ojcze. Przyrzekam. Co najmniej tuzin. - I wybuchnął płaczem.

Wrócił do domu po ponad godzinie. Lawrence szukał go już na zewnątrz.

- Gdzie ty byłeś? - spytał.

- Przy studni w Portmarnock - odparł Orlando szczerze.

- Aha. - Lawrence zamyślił się na chwilę. - Chyba już czas - oznajmił łagodnie - żebyś się udał do Salamanki.

Rok 1626

Anne Smith skończyła trzydzieści cztery lata i miała wiele powodów, by być wdzięczna losowi. Owszem, poznała smak smutku - doświadczyła kilku poronień, a jej dwóch synów zmarło w wieku niemowlęcym - jednak większość matek przeżywała podobne nieszczęścia, a takie rany z czasem się goiły. Opatrzność obdarzyła ją też czwórką zdrowych dzieci, trzema dziewczynkami i chłopcem. Kto wie, może urodzą się następne.

No i jeszcze jej brat Orlando. Była niemal pewna, że ożeni się zaraz po powrocie z Salamanki. Przecież tak bardzo pragnął wypełnić złożone ojcu przyrzeczenie. Gdy rzuciła kiedyś ze śmiechem, że może wystarczy mu mniej niż tuzin dzieci, odparł: "W każdym razie będę się starał". Powiedział to z taką żarliwością, że nie chciała już nic mówić. Wiele rodzin chętnie wydałoby swoje córki za Orlanda Walsha. Ale on się nie spieszył, przez kilka lat przyuczał się do prawniczego zawodu, a w końcu ożenił się z miłą dziewczyną pochodzącą z katolickiej ziemiańskiej rodziny osiadłej w Palisadzie. Doskonale zarządzał majątkiem. Wielu dawnych klientów ojca teraz do niego przychodziło po pomoc. Mary, jego żona, nie zaszła jeszcze w ciążę, ale przecież od ślubu minął zaledwie rok. A z tego, co mówił siostrze Orlando, można było sądzić, że to się wkrótce zmieni.

Pojawiły się też powody, dla których uczciwe katolickie rodziny, jak choćby Walshowie, mogły z większą nadzieją patrzeć w przyszłość.

Anglia miała nowego króla. Poprzedni władca, Jakub, był wprawdzie synem Marii, gorliwej katoliczki, lecz za sprawą wyznających prezbiterianizm szkockich baronów został wychowany w duchu protestanckim. Na szczęście był niechętny prześladowaniu katolików. Po śmierci Jakuba na tronie zasiadł jego syn Karol, który rok temu ożenił się z siostrą króla Francji, katolika, co wstrząsnęło jego protestanckimi poddanymi. Na razie nie dało się powiedzieć, po której stronie monarcha umieszcza swoje religijne sympatie.

"Tak czy inaczej możemy się cieszyć - powiedziała wtedy Anne do Lawrence'a - że król wybrał sobie na żonę wyznawczynię prawdziwej wiary". A Lawrence, mimo że zawsze był przezorny, odpowiedział z uśmiechem: "To daje nam pewną nadzieję".

Irlandia stała się dziwnym krajem. Hrabiowie udali się na wygnanie; w Ulsterze i Munsterze zakładano kolonie; protestanci mieli przewagę w parlamencie. A mimo to po blisko dwudziestu latach małżeństwa Anne uważała, że codzienne życie zwykłych katolików niewiele się zmieniło. Protestanci uchwalali wymierzone przeciwko nim prawa, których i tak konsekwentnie nie egzekwowano. Nawet tu, w Dublinie, w samym sercu angielskiej władzy, życie było pełne dziwnych paradoksów. Katedra Kościoła Chrystusowego, wspaniały średniowieczny pomnik irlandzkiego katolicyzmu, stała się siedzibą tak zwanego Kościoła Irlandii, oczywiście protestanckiego i angielskiego. Przychodzili tu urzędnicy rządowi z Zamku Dublińskiego oraz protestanci z Trinity College. A jednocześnie niemal wszystkie kościoły parafialne w mieście służyły miejscowym kupcom i rzemieślnikom, którzy byli w większości katolikami.

Prawo zakazywało katolickim księżom działalności duszpasterskiej. "Ale my się tym nie przejmujemy" - mawiał wesoło mąż Anne. Walter Smith i inni kupcy utrzymywali w swojej parafii aż sześciu kapłanów. A gdy jakiś urzędnik pytał, kim oni są, słyszał w odpowiedzi: "To śpiewacy". Oczywiście wszyscy znali ich prawdziwy status. Nawet doktor Pincher miał tego świadomość. Ale oficjele z Zamku Dublińskiego woleli nie zadrażniać stosunków z bogatymi i przydatnymi kupcami, więc księża swobodnie, choć dyskretnie, wypełniali swoją posługę. "Byle tylko nikt nie kazał im śpiewać" - mawiał cierpko Walter.

Oczywiście trudno było się spodziewać, że ludziom takim jak Orlando i Walter - majętnym, uczciwym i wiernym angielskiej Koronie - uda się przekonać nowego króla, by przywrócił katolickiej społeczności należne jej prawa.

Anne wiedziała, że jej stateczny, troskliwy i czuły mąż cieszy się powszechnym zaufaniem. Wystarczyło na niego spojrzeć. W ciągu tych lat utył nieco, a jego włosy przybrały kolor stalowej siwizny. Darzono go poważaniem. Znacząca religijna Gildia Świętej Anny miała swoją kaplicę w kościele pod wezwaniem świętego Audoena, ale wszystkie dokumenty przechowywano w żelaznej skrzynce zdeponowanej w domu Waltera. On sam traktował swoją pozycję z pewnym przymrużeniem oka. Małomówny, pogodny, zawsze życzliwy, na pierwszy rzut oka było widać, że jest przede wszystkim odpowiedzialnym katolickim ojcem i mężem. Dał Anne cudowną rodzinę. Najstarsza córka była bardzo podobna do matki, wszyscy zwracali na to uwagę. Można było się spodziewać, że wkrótce wyjdzie za mąż. Średnia bardziej przypominała Waltera, a najmłodsza była zdaniem Anne podobna do zapamiętanej z dzieciństwa ciotki. Jednak największy zachwyt budził mały Maurice. Otrzymał imię po dziadku Waltera. Jego sylwetka i rysy przywodziły na myśl Patricka. Już to wystarczyło, by zapowiadał się na przystojnego młodzieńca. Ale najbardziej uderzające były jego oczy w kolorze niesamowitej zieleni. Chłopiec miał osiem lat i wykazywał się wielką inteligencją.

"Przyszłość pokaże, czy zostanie pokornym kupcem tak jak ja, czy raczej pójdzie w ślady swojego stryja Orlanda i będzie zdolnym prawnikiem - mówił Walter. - Czuję wielką radość - dodawał łagodnie - kiedy patrząc na niego, widzę twarz ukochanego brata Patricka".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki