Irlandia albo frytki z octem - Marcin Szulc
29.40 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wydano przy finansowym wsparciu:
Kancelaria Rostra Solicitors
www.polskiprawnik.ie
@frytkizoctem
Projekt okładki: ? Ginger Greenidge
Fotografia na okładce: ? Rafał Kostrzewa, photocatchthemoment.com
Ilustracje: ? Stefan Szulc
Redakcja: Przemysław Zgudka
Skład i korekta: Bluejay Media, kontakt@bluejay.com.pl
Copyright ? 2023 by Marcin Szulc
Copyright ? 2023 by Wizard Media
Żadna część ani całość książki nie mogą być publikowane i reprodukowane w jakiejkolwiek formie bez uzyskania wcześniejszej, pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to również rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych i internetu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
ISBN 978-1-9998158-1-3 (1. wydanie papierowe )
ISBN 978-83-960978-4-2 (2. wydanie papierowe)
ISBN 978-83-960978-3-5 (eBook)
Wydawca: Wizard Media, wizardmedia.com.pl
1
Kocham cię jak Irlandię
Gdy piszę te słowa, mija właśnie 6 lat, 8 miesięcy i 20 dni od naszego przyjazdu do Irlandii. Gdy robię tę korektę do druku - 14 lat, 2 miesiące i 16 dni. Jak widać, książka trochę przeleżała w szufladzie.
Zielona Wyspa ugościła nas zacnie. Przyjechaliśmy tutaj z moją Ukochaną - oczywiście nie mógłbym podjąć się tego odyseuszowego zadania samodzielnie. Przyjechaliśmy, bo Najjaśniejsza Rzeczpospolita pogardziła naszymi (i jeszcze kilku milionów innych) umiejętnościami i wiedzą. Przyjechaliśmy korzystać z naszej edukacji i płacić podatki tutaj, a nie ku chwale i pożytkowi Rzeczypospolitej. Możecie mi wierzyć lub nie, ale moje głębokie poczucie patriotycznej więzi z Ojczyzną mocno na tym ucierpiało.
Po ukończeniu prawa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu mogłem wybierać w ofertach pracy w sprzedaży bezpośredniej (coś w stylu Amway czy czegoś podobnego) lub pracy na innych stanowiskach oszałamiających szybkością i perspektywami rozwoju typu "przynieś-podaj-pozamiataj". Pracowałem za to przez jakiś rok jako asystent (pieszczotliwie: "asystentka") w firmie, której chyba wszyscy szefowie mieli nazwiska skrócone do inicjałów przez kilka lat, a prokuratura w Ostrowie Wielkopolskim była nimi żywotnie zainteresowana.
Zagubiony i zszokowany możliwościami wyboru postawiłem na własną firmę z moim najlepszym wówczas przyjacielem. Efekt jest taki, że nie mam firmy, przyjaciela i mieszkam w Irlandii. Natomiast moja Ukochana, po znalezieniu mi pracy, której sam bezowocnie szukałem, altruistycznie porzuciła swoją pracę u ludzi z inicjałami zamiast nazwisk i wspaniałomyślnie udawała, że daje się uwieść mirażom moim i mojego najlepszego podówczas przyjaciela.
O ile wiem, dlaczego wybraliśmy (albo raczej ja wybrałem, za co poniekąd przepraszam) Irlandię, o tyle dalej nie wiem, dlaczego nie mam ani firmy, ani przyjaciela. Pomimo moich próśb Andrzej, znany również jako Bartosz, milczy jak zaklęty. Ostatni raz rozmawiałem z nim w gorący czerwcowy dzień na parkingu olsztyńskiego ratusza, zaraz po tym, jak oddałem mu swoje udziały w spółce u pobliskiego notariusza. Przyjdzie kiedyś taki dzień, w którym się dowiem. Spotkałem go jeszcze raz na ulicy w Olsztynie w 2015 roku. Umówiliśmy się na wódkę, ale nie przyszedł.
Wracając do tematu Irlandii: mój wybór zawdzięczam Krzysiowi i Justynce (bardziej Krzysiowi, bo znamy się dłużej), którzy prowadzą teraz wspólnie Towarzystwo Polsko-Irlandzkie i Fundację Kultury Irlandzkiej w Poznaniu.
To Krzyś swoim bezbrzeżnym i zaraźliwym (bardziej od niosącej grozę świńskiej grypy) entuzjazmem zaraził nas (a może tylko mnie) bakcylem zwanym Irlandią. To właśnie ów Krzyś organizował (przynajmniej do czasu, gdy jeszcze ktoś był na to chętny) wyjazdy wakacyjne do Irlandii. Objazd taki - dwutygodniową tułaczkę po wszystkich pięknych zakątkach Wyspy - przeżyłem i jestem mu za to bardzo wdzięczny.
Muszę przyznać, że to właśnie jeden z często powtarzających się obrazków przekonał moją Najukochańszą do wyjazdu do Irlandii. Ów widok, o którym tu piszę, to palmy, a właściwie przerośnięte juki w co drugim przydomowym ogródku. Przecież jak rosną palmy, to musi być ciepło, prawda?
Otóż, jak okazuje się po wnikliwych badaniach organoleptycznych, niekoniecznie. Wystarczy, że nie jest zimno. Czy może raczej - nie ma mrozu. Bo trzeba Państwu wiedzieć, że brak mrozu wcale nie równa się temu, że jest ciepło. Brak mrozu nie oznacza nawet tego, że nie jest zimno.
Jak dowodzą długotrwałe badania na ludziach (okazami użytymi do badań byliśmy ja sam oraz moja Luba), stan odczuwania przeraźliwego zimna można osiągnąć już przy temperaturze około 15°C. Wystarczy jedynie odpowiednia wilgotność powietrza, nieustający i wytrwały wiatr o odpowiedniej sile, wiejący z każdej i w każdą stronę, oraz opady atmosferyczne o jakimkolwiek nasileniu. O pogodzie jednak opowiem później.
Historia daje przykłady tego, że najlepszym lekarstwem na zauroczenie jest dostać i posiąść w końcu obiekt swoich westchnień. Z tego właśnie powodu żaden francuski lub włoski komunista nigdy nie był w Związku Radzieckim (i, chwała Najwyższemu, nigdy już nie będzie, ponieważ Kraj Rad dokonał swojego żywota). Z drugiej strony, jako że George Orwell wybrał się do nieistniejącego już państwa powszechnej szczęśliwości i sprawiedliwości społecznej, przestał być komunistą i napisał "Rok 1984" oraz "Folwark zwierzęcy".
Zauroczony Irlandią po tournée z Krzysiem i Towarzystwem Polsko-Irlandzkim, kilka ładnych lat później założyłem w Olsztynie oddział Towarzystwa. Swoim entuzjazmem postanowiłem zarażać innych. Nakręciwszy się sam, już kilka miesięcy później byłem w Irlandii i dołączyłem do grona "nieudaczników"1, którzy nie radzili sobie w Polsce i dlatego musieli emigrować. Związek frazeologiczny "Kocham cię jak Irlandię" z upływem czasu nabrał dla mnie słodko-gorzkiego posmaku. Zdecydowanie nie takiego, jakem to sobie wyobrażał.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jestem daleki od nienawidzenia czego- lub kogokolwiek, a Irlandii w szczególności. To właśnie tutaj urodziła się dwójka moich wspaniałych dzieci. Tutaj rozwijam się zawodowo tak, jakbym sobie tego życzył (choć jakieś 5 do 10 lat później niż reszta znajomych ze studiów). Tu mogę pozwolić sobie na standard życia, jaki w Polsce jest trudny do osiągnięcia przy pracy jedynie 40 godzin tygodniowo na przeciętnej posadzie. To tutaj wszystko jest tak, jak być powinno.
Zdaję sobie sprawę, że gdy piszę te słowa, setki osób dziennie idzie tutaj na bezrobocie i całe mrowie rodaków wraca do Polski z pustymi rękoma, bo w Irlandii stracili pracę i szukając nowej spłukali się do szczętu. Mnie, na całe szczęście, ominęło nieszczęście bezrobocia w czasie kryzysu. Dziś, w 2020 roku, tylko ci, którzy nie chcą lub nie mogą, nie znajdą tutaj pracy.
Mój stosunek do Irlandii jest zatem ambiwalentny. Z jednej strony jestem jej wdzięczny za szansę, którą dostałem. Z drugiej - nie mogę nadziwić się temu, jak miejsce o tak wyrazistej jak zapach dworca Warszawa Centralna charakterystyce mogło w tak krótkim czasie zawojować wyobraźnię całej Europy i ściągnąć do siebie wielu spośród tych, którzy nie mogli odnaleźć się w swoim kraju, i dać im tutaj szansę.
Mówiąc o zapachu wcale nie mam nic złego na myśli. Irlandia jest po prostu inna i wiele rzeczy, które tutejsi uznają za normalne, szokują kontynentalnych Europejczyków. I to bardziej niż drobne dziwactwa Brytyjczyków.
Wiele rzeczy jest z pozoru identycznych, lecz przy bliższym poznaniu okazuje się, że pod powłoką normalności czai się celtycki duch. Który na każdym kroku znajduje irlandzkie rozwiązanie irlandzkiego problemu.
O tym właśnie smaczku, który jest tak specyficzny jak smak "cynaderek o lekkim posmaku uryny"2, zamierzam tutaj napisać.
Przyjazd
Przyjechaliśmy tutaj niemal rok przed rozszerzeniem Unii Europejskiej o Polskę i dziewięć innych krajów, by móc zagrzać miejsce i zadomowić się, zanim przybędą rodacy w większej liczbie.
Przybyliśmy jako przyzwoici turyści. Już w drodze z lotniska szukaliśmy szkoły językowej, żeby móc się tutaj zaczepić i mieć pozwolenie na pracę. Wiza studencka pozwalała bowiem pracować do 20 godzin w tygodniu. Jak się później okazało, nikt specjalnie się tym nie przejmował.
Równie dobrze i równie łatwo można było zapewne znaleźć pracę na czarno, ale z jakiegoś powodu moja wpojona prawomyślność mi nie na to nie pozwalała. Poza tym życie w ciągłym strachu wydaje się być bardziej odpowiednie dla królika niż dla homo sapiens. Fakt, że niektórzy tak wybierają, świadczy tylko o tym, że mają nerwy ze stali. Jestem absolutnie pewien, że dręczyłaby mnie biegunka na tle nerwowym i drżenie rąk już po tygodniu takiego oglądania się za siebie.
Jako student mogłem już bez większych obaw szukać pracy. Potrzebowałem jedynie pieczątki w paszporcie, którą w owym czasie można było dostać tylko w jednym miejscu w Dublinie.
Kolejka przed Garda Immigration Office przypominała dawne czasy, które powodują szybsze bicie serca u miłośników Edwarda Gierka, jego kolegów oraz innych pogrobowców Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Ale może się mylę... Oni przecież mieli sklepy za firanką, prawda?
Co to takiego Garda? Garda Síochána to tutejsza policja. Nazwę tę tłumaczy się dosłownie jako "Straż pokoju". W tej książce należy im się osobny rozdział (albo przynajmniej spory akapit).
Odstawszy swoje w kolejce, dostałem pieczątkę w paszporcie i dokument ze zdjęciem w formacie karty kredytowej, wystawiony przez tutejszą policję. Dokument ten nie był dowodem tożsamości - tak przynajmniej było na nim napisane. Uznałem, że jest to co najmniej dziwne. Jakże się myliłem. To była, jak się później okazało, rzecz z rodzaju tych mniej dziwnych, w porównaniu do tych, które miały mnie spotkać później.
Przed rozpoczęciem poszukiwania pracy należało zdobyć numer. Nie do żadnej siostry kolegi, ale numer PPS. Ów numer jest wynalazkiem, o którym nie śniło się urzędnikom w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że na potrzeby administracji publicznej w Irlandii wystarczy jeden numer identyfikacyjny. W dziwny i tajemniczy sposób urzędnicy dwóch różnych ministerstw mogli porozumieć się w sprawie znakowania ludzi jednym tylko numerem, składającym się z siedmiu cyfr i jednej lub dwóch liter.
Niepojętym jest dla mnie to, jak można było nie korzystać w Polsce z numeru PESEL również w celach podatkowych. Jestem pewien, że był jakiś ważny powód, żeby oznakować każdego Polaka dwoma różnymi numerami - PESEL i NIP. Każdy urzędnik skarbowy zna zapewne na pamięć, jak credo, ważne powody (zgodne z rzekomymi wytycznymi Unii Europejskiej), dla których trzeba mieć dwa numery dla jednej osoby, dwie bazy danych, dwa zestawy administratorów i dwa razy większe możliwości wycieku tych danych.
Jestem również pewien, że istnieje racjonalne uzasadnienie co do oznakowania tych, którzy prowadzą w Polsce działalność gospodarczą, dodatkowym numerem REGON.
Jestem pewien, że istnieje uzasadnienie dotyczące stosowania potrójnej numeracji i oznakowania przedsiębiorców. Chcę wierzyć, że liczba kombinacji tych trzech cyfr, która daje więcej możliwości niż jest znanych obiektów we wszechświecie, ma sens.
Po prostu chcę. Ale nie potrafię.
Na całe szczęście wytyczne UE (jeśli takowe istnieją) dotyczące oznakowywania ludzi różnymi numerami na potrzeby różnych ministerstw do Irlandii nie dotarły. Być może to wina poczty. Choć ta w Irlandii jest bliska szwajcarskiej niezawodności, wszystko zwala się tu na pocztę. Nie jest mi znany przypadek, w którym tutejsza poczta by zawiodła. Ale zwalić można na nią wszystko.
Bardziej jednak prawdopodobne jest to, że wysłano te wytyczne drogą internetową. Spokojnie dojdą do nich, jak podłączą internet do Ministerstwa Liczb Zbędnych.
Po powyższej, trochę przydługiej dygresji3 wrócę do tematu numeru PPS. Do zdobycia numeru marzeń potrzebne są dwie (de facto trzy) rzeczy: potwierdzenie adresu i dwa dokumenty tożsamości. Jednym z nich musi być paszport. I to mimo że z dowodem osobistym można przekraczać granice. Dowód może być tym drugim, chociaż nie musi. Ważne, żeby był to dokument z nazwiskiem. Niekoniecznie ze zdjęciem.
Moi bracia, na ten przykład, posłużyli się kartą do zbierania punktów na stacjach benzynowych w Polsce i kartą biblioteczną (lub czymś podobnym) jako tym drugim dokumentem. Byłby to świetny żart, gdyby nie było to prawdą.
Czasy niewinności i naiwności niestety się skończyły i takie numery dzisiaj nie przejdą. Choć do niedawna naiwność i, śmiem twierdzić, zwykła, pospolita głupota Gardy pozwalały na uniknięcie kary piratom drogowym, a właściwie jednemu piratowi drogowemu. Jest on intensywnie poszukiwany przez irlandzką Gardę. Jest Polakiem i podał kilkadziesiąt różnych adresów, lecz nie mieszka pod żadnym z nich. Nazywa się Prawo Jazdy i ktokolwiek zna jego obecne miejsce pobytu, proszony jest o skontaktowanie się z najbliższym posterunkiem An Garda Síochána.
Za ten wyczyn Garda została wyróżniona Antynoblem z dziedziny literatury w 2009 roku4. I to nie jest żart. Dzięki temu wyróżnieniu Garda dołączyła do grona wspaniałych laureatów, takich jak "bankowcy" z Nigerii poszukujący poprzez emaila spadkobierców zmarłego generała, którzy potrzebują pomocy i numeru konta adresata wiadomości.
Potwierdzenie adresu to z kolei wynalazek potwierdzający zamieszkanie w kraju, który nie zna obowiązku meldunkowego. Jest to rachunek za prąd, gaz, telefon (stacjonarny), wyciąg z banku lub inny list z irlandzkiej instytucji państwowej. W czasach niewinności wystarczył rachunek na czyjekolwiek nazwisko i list od tej osoby - że okaziciel, Pan/Pani taki-i-taka również zamieszkuje pod tym adresem. Wydaje mi się, że te czasy odeszły w otchłań niepamięci po tym, jak okazało się, że w kilku(set) mieszkaniach w centrum Dublina mieszka średnio po 74,5 osoby na metr kwadratowy. Sami Polacy.
Naszym potwierdzeniem adresu był wydruk otrzymany ręcznie, a nie pocztą (o zgrozo!), stwierdzający, że jesteśmy klientami elektrowni pod naszym nowym adresem. Co gorsza, list nie był na papierze firmowym! Był za to podstemplowany, co wzbudzało podejrzenia u wielu osób.
Trzeba Wam wiedzieć, Szanowni Państwo, że wynalazek pieczątki nie wywarł w Irlandii takiego piętna jak w Polsce, niegdyś okupowanej przez uwielbiające biurokrację Austro-Węgry, Prusy oraz Rosję. Inaczej niż w naszej części Europy, tutaj liczy się papier, na którym coś zostało napisane, a nie pieczątka na nim.
W obrocie nieruchomościami, co z pewnością przyprawi o palpitację każdego notariusza, za podpis wystarczy nagłówek papieru firmowego i oświadczenie na nim zawarte. Może być nawet bez podpisu.
Wracając do tematu PPS. Dostaliśmy go i przyszedł do nas pocztą, będąc pierwszym potwierdzeniem adresu z prawdziwego zdarzenia.
Rozwodzę się tutaj na temat potwierdzenia adresu, a do tej pory nie zająknąłem się jeszcze na temat szukania mieszkania, czyli samego adresu. Na całe szczęście do Irlandii dotarliśmy już po internetowej rewolucji w tym zakresie i Daft.ie znacznie nam się tu przysłużył.
Drzewiej, podobno, trzeba było wertować sterty gazet. W dobie postrewolucyjnej wszystko było "na dafcie" i namierzenie kwater spełniających nasze mało wygórowane wymogi nie sprawiło większego problemu.
Jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało kilka ofert i w końcu dotarliśmy na Drumcondrę (taka dzielnica w Dublinie), gdzie pokazano nam kawalerkę, około 30 m2 (kuchnia, łazienka, pokój dzienny i sypialnia), która przez następne trzy lata była nam domem. Większe to było tylko ciut od chlewu, w stanie dobrym i bez (widocznego) zagrzybienia, które jest prawdziwą plagą w Irlandii.
Ostatnimi czasy wynajmowanie mieszkania w jakimkolwiek miejscu Dublina jest chyba droższe niż na Champs-Élysées czy Piątej Alei. Internet obfituje w "okazje" typu dmuchany materac na podłodze obok wersalki za "jedyne" ?325 miesięcznie5.
Mając już owo lokum, zaczęliśmy kombinować z adresem, jego potwierdzeniem i numerem PPS.
Po tym, jak złożyliśmy wniosek o numer PPS, a zanim dostaliśmy go pocztą, musieliśmy otworzyć konto w banku i przeszliśmy gehennę z udowodnieniem adresu. Gdy weszliśmy do banku AIB, bo był po drodze, powiedziano nam, że i owszem, konto nam otworzą. Nie dane nam było jednak pochwalić się naszym adresem.
Poproszono nas za to, aby przyjść w czwartek, w następnym tygodniu. Na otwarcie konta trzeba było się w tym banku umówić. Tak z ulicy wejść i otworzyć konta sobie nie można.
Otwarcie konta w 10 minut, jak to potrafią niektóre banki w Polsce, to w Irlandii science fiction. W niektórych bankach już można założyć konto bez umawiania się na spotkanie, ale na numer konta trzeba poczekać jakiś tydzień. Wniosek, owszem, złożyć można, ale konto zacznie działać dopiero za jakiś czas, po zatwierdzeniu jego otwarcia.
"Jakiś czas" to bardzo istotne pojęcie w Irlandii. "Jakiś czas" ma długość zależną od kontekstu i doświadczenie uczy mnie, że zawsze trzeba "jakiś czas" zdefiniować i doprecyzować. Na całe szczęście mały oddział banku na rogu naszej nowej ulicy nie był bardzo wnikliwy. Poczucie więzi lokalnej jest w Irlandii bardzo silne i fakt, że mieszkaliśmy (od 2 dni) na tej ulicy, otworzył nam serca bankowców.
Potem było z górki i pierwszą pracę znalazłem w trzy dni. Przepracowałem w niej 10 miesięcy.
Szukanie pracy w moim wykonaniu wyglądało następująco: na klatce schodowej naszego nowego mieszkania znaleźliśmy "Yellow Pages" (ang. Żółte Strony) - taki irlandzki odpowiednik "Panoramy Firm". Za radą swojego niezastąpionego doradcy zawodowego (czyt.: Żony) otworzyłem je na stronie "Ochrona" i zacząłem dzwonić do firm ochroniarskich w kolejności alfabetycznej.
Fakt, że znalazłem pracę w firmie o nazwie "Aran", najlepiej świadczy o tym, że zbytnio się nie napracowałem przy szukaniu tejże pracy. Świadczy to też o tym, jak wielka była potrzeba świeżej siły roboczej w Irlandii.
Wysłałem życiorys. Następnego dnia miałem rozmowę kwalifikacyjną, a już kolejnego wieczora pilnowałem poprawczaka i nudziłem się jak mops.
Jeśli ktoś myśli, że praca była trudna, bo z trudnymi dziećmi, to grubo się myli. Już na wstępie powiedziano nam, że do spraw wewnętrznych mamy się nie mieszać. Jeśli dziecko pryska, to powinniśmy rozważyć otwarcie bramy. Żeby gówniarz się nie skaleczył przechodząc przez płot.
Powiedziano nam również, że większość z nich wraca, gdy tylko skończą im się pieniądze, albo gdy wciągną już dosyć kokainy. Ponieważ jedno wiąże się z drugim (wyczerpywanie finansów z nadużywaniem kokainy), wracali dość szybko. Zawsze jednak z klasą. Taksówką na koszt podatnika. Bo taksówkarz miał płacone przez poprawczak. Nie wiem co prawda, jak działa to w Polsce, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że, primo - uciekinier sam wraca - i, secundo - poprawczak płaci za jego taksówkę. Podatnik i tak pewnie pokrywa koszt radiowozu, który dostarcza gówniarza do zakładu poprawczego. Jestem jednak pewien, że komfort jazdy w "suce" jest inny niż w taksówce.
Muszę rozczarować wszystkich, którzy pomyśleli sobie, że magister prawa będzie najlepiej wykształconym ochroniarzem w Irlandii. Nie byłem. Bardzo szybko się okazało, że praca poniżej kwalifikacji to w Irlandii raczej norma niż wyjątek. Któregoś dnia okazało się, że pracuję z lekarzem z Białorusi. Miły ów Słowianin, o budzącej respekt aparycji, przygotowywał się do egzaminów językowych potrzebnych mu do zarejestrowania się w Irlandii jako lekarz. Nie był zbyt rozmowny i po jego szybkim zniknięciu wnoszę, że egzaminy owe zdał i zajął się tym, do czego uczył się tak długo - leczeniem ludzi.
Pracowałem też z całą plejadą dobrze wykształconych Hindusów, którzy myśleli, że przyjadą do Irlandii, żeby poznać trochę świata i zdobyć wykształcenie na renomowanych uczelniach. Jednemu z nich obiecałem, że nigdy nie powiem (nawet, jeśli będę miał okazję) jego rodzinie o tym, co robił w Irlandii. Gdyby jego zacna rodzina wiedziała, czym się tu zajmował, podobno zostałby wydziedziczony. Kilka ukończonych szkół i kilka dyplomów z Indii nie były wystarczająco dobre, by robić w Irlandii cokolwiek poza pilnowaniem majątku poprawczaka lub pracą w restauracji w charakterze kelnera bądź pomywacza.
Uważam to za bardzo smutne i jestem przekonany, że Irlandia nawet nie wie o wielkiej szansie, którą przegapiła. Ludzki potencjał, jaki przybył do Irlandii, był o wiele większy niż ktokolwiek mógł to przewidzieć i z całą pewnością nie został wykorzystany. Magistrowie na ochronie, sprzątaniu, magazynach i kasach. Wykształceni ludzie, znoszący pracę poniżej możliwości i godności.
Wszystko dlatego, że tutaj, inaczej niż w Polsce, za pracę się płaci. Nawet pensja minimalna wystarcza na zwykłe, normalne życie, z wakacjami dla naładowania baterii w słonecznym kraju raz do roku. Bez konieczności decydowania o tym, czy w tym miesiącu kupię kurtkę czy buty, bo obu rzeczy nie dam rady. To jest wielka, przeogromna zaleta Irlandii i powód, dla którego tylu rodaków tu przyjechało i opiera się przed powrotem.
Już słyszę głosy krytykantów mówiące, że "trzeba się było języków uczyć" lub coś w tym stylu. Spieszę wyjaśnić, że przyjeżdżając do Irlandii mówiłem po angielsku. I to całkiem dobrze. Na tyle dobrze, że Uniwersytet z Cambridge wydał mi certyfikat zwany "Proficiency in English". Więcej się nie da, że tak powiem.
Moja Ukochana potrzebowała trochę więcej czasu, żeby znaleźć pracę, ale to dlatego, że krępowała się mówić po angielsku. Na szczęście przeszło jej to z czasem. Tak oto, za pomocą jednej pieczątki w paszporcie oraz drugiej (nadprogramowej) na potwierdzeniu, że jesteśmy klientem elektrowni, zaczęliśmy nowe życie w Irlandii.
Wcale nie chciałem, by brzmiało to patetycznie. Jeśli zabrzmiało, to wyjaśnię, że życie naprawdę było nowe, bo wszystko wokół było albo nowe, albo przynajmniej inne.