Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości - Anna Augustyniak

Reflow text when sidebars are open.
Nam płakać nie wolno
"Kochana Irusiu! Ekshumacja odbyła się. Trumna jest na Jagiellońskiej. Czekam na was, aby tam razem pojechać" - napisał 23 kwietnia 1947 roku Julian Tuwim w liście do siostry Ireny. Umówili się, że jak tylko znajdą w Otwocku grób matki, przeniosą jej ciało i pochowają obok ojca.
"Jest na łódzkim cmentarzu,/ Na cmentarzu żydowskim,/ Grób polski mojej matki,/ Mojej matki żydowskiej./ Grób mojej Matki Polki,/ Mojej Matki Żydówki,/ Znad Wisły ją przywiozłem/ Nad brzeg fabrycznej Łódki./ Głaz mogiłę przywalił,/ A na głazie pobladłym/ Trochę liści wawrzynu,/ Które z brzozy opadły./ A gdy wietrzyk słoneczny/ Igra z nimi złociście,/ W Polonię, w Komandorię/ Układają się liście./ Zastrzelił ją faszysta,/ Kiedy myślała o mnie,/ Zastrzelił ją faszysta,/ Kiedy tęskniła do mnie./ Nabił - zabił tęsknotę,/ Znowu zaczął nabijać,/ Żeby potem... - lecz potem/ Nie było już co zabijać./ Przestrzelił świat matczyny:/ Dwie pieszczotliwe zgłoski,/ Trupa z okna wyrzucił/ Na święty bruk otwocki".
To wiersz syna, którego matka została zamordowana przez hitlerowców. Jej ciało Niemcy wyrzucili z balkonu pierwszego piętra domu przy ul. Reymonta w Otwocku. Matka Ireny i Juliana ukrywała się wraz z opiekunką u rodziny Rybaków po opuszczeniu "Zofiówki", szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych Żydów, w którym córka i syn umieścili ją cztery lata wcześniej. Podczas wojny szpital znalazł się w rejonie getta utworzonego w Otwocku. Naziści skazali jego pacjentów na powolną śmierć głodową, a tych, którzy przeżyli, zabili podczas likwidacji getta w sierpniu 1942 roku. Zabito również Adelę Tuwimową, zaś jej opiekunkę wysłano do Treblinki. Dzień cały i noc leżał trup matki na ulicy i dopiero następnego dnia pochowano ją pod sosną w ogrodzie. Dzięki temu, że Tuwimowa nie znalazła się we wspólnym grobie, można było później bez przeszkód przeprowadzić ekshumację.
Julian i Irena długo nie będą wiedzieli o śmierci matki, a o tym, jak się to stało, dowiedzą się dopiero, gdy syn wróci z uchodźstwa w 1946 roku. Brat napisze wówczas do przebywającej wciąż za granicą Ireny list, prosząc: "Czytaj go spokojnie. Nie my jedni straciliśmy matkę w tragiczny sposób", i będzie to pierwszy raz, kiedy weźmie na siebie cały ciężar tej boleści.
Irena nie zapamiętała matki dobrze, raczej właśnie boleściwie. Ostatni raz widziała ją tuż przed wybuchem wojny. "Tam się będą działy straszne rzeczy, stra-szne rze-czy, tam i tu, i wszędzie...", mówiła do Ireny na widzeniu w szpitalu. To proroctwo przeraziło córkę, ale że wypływać mogło z choroby, w jej ramy zostało z powrotem wtłoczone. Lekarz przekonywał: "Widzi pani, przypadłość matki należy do chorób psychicznych, a one często wywołują zwidy. Pacjentom wydaje się, że rozmawiają z duchami i szatanami, przepowiadają nadejście Antychrysta i bliski koniec świata. Iluż w dziejach było tak zwanych fałszywych proroków! Ilu z nich biczowano i palono na stosach! Dziś, w wieku dwudziestym, leczymy ich po zakładach, dajemy im odpowiednie warunki i często osiągamy pomyślne rezultaty".
Matka była neurotyczką. Całe życie o coś się martwiła, czegoś obawiała, wierzyła w strachy rzeczywiste i nie z tego świata. W dzieciństwie Ireny strachy czaiły się nieustannie. Przed nią na świat przyszedł chłopiec z oszpecającą plamą na twarzy. Dla matki dramat urodzenia syna z myszką na policzku był zapowiedzią przyszłej utraty zmysłów. Mówiło się w domu - ta plama. Ta plama "z małego Julka, chłopca niby to takiego jak wszyscy inni chłopcy, czyniła upośledzonego odmieńca, napiętnowanego przez naturę, wytykanego na ulicach palcami, przedmiot drwin i dokuczań w szkole", pisała Irena o bracie w Łódzkich porach roku. Nic nie mogło tego zmienić, nawet rady Cyganki, która miała moc wpływania na losy ludzkie i czarowała już samym swym "pysznym, królewskim chodem". Narwij ziela, kiedy miesiączek będzie na nowiu i gorące przykładaj o północku, a zobaczysz, że zgubi się... - polecała ich matce. "Wierz mi, Irusiu - donosił w liście do siostry Tuwim - że to ona, ta plama, rzuciła mroczny cień na nasze łódzkie dzieje. Czy nie wiesz przypadkiem, dlaczego mi w Berlinie nie zoperowano tej sztuki? Nigdy nie mogłem (nie śmiałem) zapytać o to rodziców. Będę szczery: szkoda! Choć kto wie, czy z twego Julka, pozbawionego tej "cechy szczególnej" wyrósłby poeta.... Powiem ci, że na pewno nie. Wyrosłem w poczuciu upośledzenia i krzywdy osobistej, jaką mi los sprawił - i to stało się macierzystą glebą mojej poezji. Więc jeśli cenisz mnie jako poetę - błogosław te plamę (która, a propos, im jestem starszy, tym bardziej mnie wścieka)".Sprawa plamy była więc cieniem, który przykrył życie całej rodziny, mimo że matka starała się zrobić wszystko, aby znamię zniknęło. Jeździła z synem do Berlina, ale prof. Izrael rozłożył ręce, a wizyta u prof. Kosińskiego skończyła się puentą: Najładniejsze dziewczyny będą się w nim kochały! Matka wciąż winiła siebie, jakieś swoje grzechy i w końcu plama stała się praprzyczyną jej późniejszej choroby psychicznej. Lekarze mówili, że to klasyczny obraz identyfikacji i przeniesienia, gdy pacjent utożsamia się z kimś innym i całą jego osobowość przenosi na siebie. Matka dźwigała brzemię syna, zrastały się ich historie, przeżycia nakładały na siebie, a Irena, która od dziecka tkwiła w tym splątanym związku psychicznym, pozwalała, by przepływały przez nią impulsy z ich światów, by jednemu o drugim wieści przynosić. Julian nigdy nie odwiedził matki w "Zofiówce". Lekarze odradzali, jako że był główną przyczyną jej obłędu, a i on sam, cierpiący na swoje nerwowe choroby potęgowane napaściami antysemickimi w prasie, nie miał sił, by się z nią widywać. Mówił, że chce ją zapamiętać taką, jaką była wcześniej. Irena zdawała mu relacje, bo to do Ireny przychodziły listy z kliniki psychiatrycznej na temat zdrowia matki. I przeważnie nie były to dobre wiadomości aż do sierpnia 1939 roku. "Stan naszej chorej uległ pewnej nieznacznej wprawdzie, lecz jakby stabilnej poprawie. O ile to pani dogadza, oznaczyłbym widzenie na najbliższy wtorek, na 10.30".
Irena jechała z Warszawy w jasnym, letnim kostiumie i kapelusiku zdobnym kwiatami... Dopracowaniem każdego szczegółu w wyglądzie chciała zakomunikować, że już nie są biedni jak kiedyś, gdy jej koleżankom szyto kreacje z tarlatanu w kwiatki, a matka każdej zimy przerabiała u krawcowej Czarnomskiej swój czarny, pluszowy płaszcz, z którego po licznych cięciach został w końcu kusy, obcisły żakiecik z dodaną dla odświeżenia aksamitką. Noszenie w nieskończoność tego wiatrem podszytego żakiecika Irenie zawsze wydawało się żenujące. Tamtego lata ona rzeczywiście nosiła się elegancko. Adam Ważyk, któremu dedykowała wiersz Ręka przyjaciela, zapamiętał jedno z ich spotkań. Siedział na tarasie kawiarni i zobaczył, jak szła w jego stronę w kwiecistej sukni, takiej w stylu secesyjnym. Zapisał to później w Szkicu pamiętnika, bo odblask tej sukni, niczym promienie zachodzącej epoki, nasunął mu skojarzenia z końcem ich świata. Pomyślał wtedy, a nawet nabrał pewności, że będzie wojna.
Gdy wojna wybuchła, Irenie i całemu środowisku pisarzy skupionych wokół grupy literackiej Skamander oraz tygodnika "Wiadomości Literackie" ucieczka z Polski wydawała się jedyną nadzieją na uratowanie życia. Wyjeżdżali w popłochu. Wszystko działo się tak niespodziewanie i błyskawicznie. Pakowali najważniejsze rzeczy, zresztą, jak się potem okazało, nawet tego nie zabrali. Matkę też zostawili. Julian z żoną Stefanią opuścił Warszawę 5 września. Wynajęli taksówkę i ruszyli w stronę Kazimierza Dolnego, potem przez Lwów ku granicy polsko-rumuńskiej. Irena z mężem, Julianem Stawińskim, ruszyła parę dni później wypożyczonym od przyjaciół samochodem. Jechali nocami, w ciągu dnia wypoczywali, mieli do pokonania kilkaset kilometrów. Opuścić kraj chcieli w Śniatyniu, do miasteczka dotarli o świcie. "Poszliśmy polną, pylną drogą, aby rozprostować nogi, gdy nagle, na drugim końcu długiej i wąskiej uliczki, zamajaczyły nam dwie postacie - wspominał Stawiński w tekście Śniatyń - Paryż - Nowy Jork. - Zupełnie jak Julek i Stefa - odezwała się moja żona. Była to hipoteza na wskroś nieprawdopodobna, bo doprawdy trudno było spodziewać się spotkania Tuwimów - którzy powędrowali przecież na Kazimierz - w zabitym deskami Śniatyniu. A jednak byli to Tuwimowie z przepustką graniczną w kieszeni, na próżno oczekujący wpuszczenia ich do Rumunii, rządzonej wówczas przez hitlerowskich sojuszników".
Paszport, z którym Irena Tuwim i Julian Stawiński opuścili Polskę po wybuchu II wojny światowej
Pytania rzucane z obu stron nie należały do filozoficznych ani tym bardziej do poetyckich, brzmiały po prostu: A skąd wy? Jak się tu znaleźliście? Czym się dostaliście? Tuwim właśnie kończył 45 lat. Irena w sierpniu obchodziła 41 urodziny Co teraz? I co teraz? Ustalili, że skoro nie ma bezpośredniego połączenia do Bukaresztu, najpierw pojadą pociągiem do Oraszeni. Tam, w dworcowej poczekalni, spędzili noc, a rano wsiedli do pociągu odchodzącego w kierunku Czerniowiec. Irena z mężem mieli wspólny paszport i tzw. stuprocentowe wizy, uzyskane za sutą łapówkę w ambasadzie jego królewsko-rumuńskiej mości w Krzemieńcu, więc kontrolę żandarma przeszli. Julian ze Stefanią musieli opuścić pociąg, ich przepustki nie były wystarczające. Mimo interwencji Stawińskich już w Czerniowcach, w konsulacie Rzeczpospolitej Polskiej, pomocy dla internowanych na stacyjce Tuwimów nie było. Dopiero jeden z urzędników, Szczepan Baczyński, przedwojenny aktor współpracujący z Jaraczem i Osterwą, zainteresował się losem poety i wbrew konsulowi sam zorganizował akcję nielegalnego przewiezienia Tuwimów przez granicę. Potem był Bukareszt. Ich czwórka, z której troje miało pochodzenie żydowskie, została uczynnie przyjęta przez tamtejszą Polonię. Suto zaopatrzono Tuwimów we wszelkie dobra i wyprawiono w dalszą drogę do Francji.
I tak ziemia rodzinna z całym okupacyjnym koszmarem została daleko, a oni wkrótce znaleźli się w Paryżu. Mieli nadzieję przeczekać tu wojnę. Fala emigrantów z Polski, poetów i dziennikarzy, skonsolidowała się wokół Mieczysława Grydzewskiego, który już snuł projekty wydawnicze. W "Bibliotece Polskiej" zaczęto urządzać wieczory z recytacjami wierszy. Wyglądało, jakby nagle cały ten warszawski światek przeniósł się pod Luwr, zamieniając kawiarnię Ziemiańską, do której zaglądali co dzień, na La Régence. Irena, w sensie twórczym i przyjacielsko-rodzinnym, obracała się znów w tym samym kręgu ludzi co przed paroma jeszcze miesiącami. Niby niewiele się zmieniło, a zmieniło się wszystko. "Dzisiaj nigdzie nie mieszkam jak gwiazda", pisała w wierszu Znajomy księżyc. Czuła się bezdomna, choć Paryż bywał wcześniej jej domem. Z pierwszym mężem, Stefanem Napierskim, żyła tu przez rok. Księżyc "znany jeszcze z tamtych czasów,/ Gdy byliśmy młodzi./ Podpływał do samych okien, do rtęciowych szyb". A teraz? Teraz? Tu go nie ma, on "wędruje tamtędy,/ Zagląda do okien -/ I nie ma nikogo w domu", lamentowała za Warszawą i mieszkaniem, z którego przez szklaną ścianę miała widok na Wisłę i bulwary. Tej rozpaczy wymieszanej z obcością też już zaznała w Paryżu któregoś upalnego lipca w latach 30. Naraz obcy jej stał się głos konsjerżki i pary bezceremonialnie całujące się na ulicach, Ogród Luksemburski i Las Fontainebleau, obce były romantyczne zmierzchy rozjaśniane latarniami gazowymi i światła na wieczornej Sekwanie. Pocieszenia szukała w wieściach z ojczyzny. Siadywała na tarasie kafeterii z polskimi gazetami i czytała. "Ktoś na ulicy Dantyszka odnajmował słoneczny pokój z balkonem. Jak łatwo i spokojnie żyć się musi na ulicy Dantyszka! Na balkonie można posadzić w skrzynkach petunie. W Kaliskiem burza gradowa zniszczyła zbiory. Codziennie idą Wisłą statki do Płocka. Och, jakże szczęśliwa wydawała się mała manikiurzystka z Wilczej, robiąca "wykwintne manicure za 75 groszy". Wieczorem po pracy mogła pójść prosto przez Mokotowską do placu Zbawiciela, skręcić przy cukierence na Nowowiejską i odetchnąć powietrzem Alej, Łazienek i Belwederu. Któżby jej bronił pójść dalej i błądzić późną nocą po lilipucich uliczkach kolonii Szustra" - myślała.
Ale to było kiedyś, kiedy mogła w każdej chwili wrócić do kraju. Teraz tęsknota podsycana niemocą olbrzymiała z każdym dniem, z każdą godziną. Coraz bardziej "trująca roślina zakwitała w jej ciele". Bronić mogła się poezją i gdy 17 marca 1940 roku Grydzewski wskrzesił swój tygodnik, zmieniając nazwę z "Wiadomości Literackich" na "Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie", Irena zaraz w pierwszym numerze "debiutowała" na obczyźnie wierszem Do wiosny paryskiej:
Nie bądź w tym roku, wiosno paryska,
Zbyt bujna, zielona, szalona,
Powstrzymaj się, miła, pohamuj w twoich majowych
zapędach.
Pomyśl o chorej twej siostrze, o wiośnie warszawskiej,
I o nas,
Biednych przybłędach.
Nie pozwól się stroić kasztanom tej wiosny prochem zatrutej
W białoróżowe jedwabie. Bzom nie każ pachnieć tak rośnie -
W ogrodach warszawskich drzewa wyciągają zwęglone kikuty
I krzyczą o pomstę do Boga. Pomyśl o tamtej wiośnie.
Ptaki? Przyfruną. Niejeden zakołuje nad miastem.
Pomyśli, że drogę zmylił albo że rozum stracił.
Kwiaty? Zakwitną kwiaty. Wierną trawą i chwastem
Porosną na skwerach śródmieścia groby naszych przyjaciół.
Nie gniewaj się, wiosno paryska, nie gniewaj i nie obrażaj,
Westchnij żałobną konwalią, uśmiechnij się różą polną.
Deszczykiem rzewnym, rzęsistym spłyń, miła moja, po twarzach
Nam, którym płakać nie wolno.
Jednakże Irena płacze. Płaczą oboje z bratem. Julian drukuje Gawędę rymowaną o ojcu, który "poznawał" ich ze stolicą Francji, gdy byli dziećmi: "W mieście Łodzi, czterdzieści lat temu,/ Pewien ojciec synkowi małemu,/ Miasto Paryż rysował na stole,/ Najpierw rzeki szerokie półkole/ Na serwecie paznokciem zataczał/ Wyżej, krążkiem Etoile naznaczał/ I w bok kreskę. Tą kreską się szło/ Na róg rue Tilsitt i avenue Carnot/ Tutaj mieszkał. Stąd spacer zaczynał./ I prowadził wpatrzonego syna/ Przez wybrzeża, bulwary i place,/ Pokazywał kościoły, pałace,/ Tu Notre-Dame, tu Concorde, Invalides,/ Tu Montmartre...
Paryż jest pełen ojca, cała ta ucieczka z Polski otwiera poecie drogę do samego siebie, pozwala uchodzić dotkliwym reminiscencjom. W wierszu znów jest początek maja 1935 roku w Łodzi, świeci słońce. Julian z Ireną idą w kondukcie za trumną ojca, oboje kamienni, choć rozpaczliwie przytomni. Odprowadzają go, nucąc o dzieciństwie, którym dotąd żyją i do końca będą żyć. Idą na Bracką złożyć ojca do grobu. Irena też pisze o tym w wierszu Powroty, słyszy tamtą piosenkę i widzi - prawie widzi - jak razem siedzą półkolem.
Matka krząta się nucąc. Ojciec milczy, czyta.
W kręgu lampy jak wyspa szczęśliwa na stole
Bielutki leży obrus...
Nie, grobowa płyta -
Tu mieszkasz teraz, ojcze. A na płycie czarnej
Pośród uwiędłych kwiatów srebrne czytam głoski.
Według praktykowanego przez niektórych Żydów zwyczaju dopiero w pierwszą rocznicę śmierci stawia się macewę. Jej fragment, a może fragment narożnika prostokątnej steli, która stanie na grobie po wojnie, po pochowaniu tam matki, odkryty zostanie przypadkowo. Łódzki cmentarz żydowski, jeden z największych na świecie, jeszcze dwie dekady temu był pełen porozbijanych kamiennych płyt i zarośnięty chaszczami, pośród których biegały sarny. W 2013 roku w Wydziale Gospodarki Komunalnej w Łodzi zapadła decyzja: z okazji obchodów roku Tuwima odnawiamy jego grobowiec rodzinny. W ten sposób przy jednej z głównych alejek wyrósł pomnik rodziców poety i poetki z lastryka z grysem bazaltowym.
Grób rodziców Ireny i Juliana Tuwimów na cmentarzu żydowskim przy ul. Brackiej w Łodzi
W wojennym Paryżu 1940 roku mieszają się czasy, mieszają światy, nic nie wiadomo o losie matki, która jest w kraju. Czy żyje? Będą mówić: "Jeżeli Mamusia istnieje...". Ich myśli krążą wokół Otwocka, tam, gdzie została, tam, gdzie ją zostawili. Pierwszy list od matki przyjdzie dopiero po wielu miesiącach, teraz Irena, jak w dzieciństwie, ciągle budzi się z krzykiem: "Mamo!". Pisze Sen o domu. Anna Kamieńska w recenzji Powrót poetki uzna, że ten wiersz powinien znajdować się w każdej antologii poetyckiej o wojnie i okupacji: "Poetka biegnie ulicami wśród ruin i strzaskanych kolumn. Zbiega w dół po skarpie do domu, który pozostawiła.
- Stukam do drzwi. We drzwiach matka, blada.
Oczy ślepe, wypalone do dna.
"Mamo!" - wołam. Matka odpowiada:
"Nie ma domu, córko wyrodna!"".
W rytmie strofy słychać "brzmienie chlupotu zamykającego się nad utopionym". Irena tonie odcięta od korzeni i tylko imaginacyjnie płynie do kraju ojczystego, z którego ją wygnano, z którego sama się wygnała. Powrotu do Polski nie ma.
Działania wojenne na froncie zachodnim przybierają na sile. Ojczyzna jest dziś krwawą raną, jak mówi Słonimski w wierszu Przekleństwo, wszędzie gruzy i mury pełne odłamków, a Niemcy idą dalej "bez buntu", "niesyte i zawzięte" (i "wszystko, co jest niemieckie, niech będzie na wieki przeklęte"). Irena jest przerażona, udręczona, zbolała. Choroba na śmierć i życie, jaką jest jej pochodzenie żydowskie, coraz wścieklej dochodzi do głosu. Wśród emigrantów narasta groza. Rubryka Aktualności Polityczne i Wojenne w "Wiadomościach Polskich" nie przynosi dobrych wieści. Skok Hitlera na Skandynawię zadecyduje o przebiegu i wyniku wojny, powtarza tygodnik za "New York Timesem". Data ataku na Danię i Norwegię będzie, obok ataku na Polskę, drugim historycznym dniem w dziejach tego konfliktu zbrojnego. Pada pytanie: Czy uda się uniknąć rozszerzenia teatru wojny? Czy linia Maginota zostanie przełamana?
Wkrótce i stolica Francji przestaje być bezpieczna. W Dzienniku wypadków Karol Estreicher na gorąco podaje, co się tam dzieje. Jest odpowiedzialny za akcję ratowania zabytków kultury polskiej i, pełniąc funkcję adiutanta ds. kultury i sztuki, przebywa w bliskim otoczeniu premiera RP generała Władysława Sikorskiego. Notuje: "Spadochroniarze, ataki powietrzne, szpiedzy, dywersanci okazują się nową bronią tej wojny, nie podobnej do żadnej, którą przeżyliśmy; W niemieckim radiu powiadają, że rozwój ofensywy doskonały; Niepokój duży, ale paniki jeszcze nie ma, choć Niemcy prą naprzód; Gotują się na granicy holenderskiej i belgijskiej, mają wykonać uderzenie na Francję; Francuzi i Anglicy cofają się; Siły niemieckie przelewają się do Francji; Rzucili całą masę najcięższych tanków, dywizje zmotoryzowane, zastosowali taktykę, której żołnierz francuski nie znał; Niemcy idą na Paryż". Popłoch. Znów trzeba uciekać. Zawiązują się sojusze kto z kim jedzie w aucie i dokąd. Estreicher zapisuje, że pierwsi, na południowy zachód Francji, wyjeżdżają Słonimski i Tuwim. "Ich zimna krew nie obowiązuje", nic dziwnego więc, że szerzą największą panikę, w końcu Żydzi bardziej od innych muszą się przejmować tym, co grozi im ze strony Niemców, podsumowuje.
Irena zostaje, bo jej mąż pracuje dla Rządu RP w Ministerstwie Informacji i Dokumentacji. Niebawem będą ewakuowani do Anglii (via Bordeaux, Pointe de Grave i Liverpool do Londynu), gdzie Stawiński zajmie się redagowaniem ministerialnego biuletynu oraz pisaniem felietonów dla sekcji polskiej radia BBC. Dostanie też awans na kierownika Centrali Nasłuchu. Julian Tuwim wyjedzie do Portugalii. Z Lizbony, potem z Rio de Janeiro, a jeszcze potem z Nowego Jorku popłyną od niego do Ireny listy. Dotąd uważał się za człowieka milczącego, mola książkowego, który, gdy chce coś powiedzieć, to pisze wiersze. Teraz zamienia je w buchalterię słów, rachunki wystawiane samemu sobie: cierpieniom psychicznym, chorobie somatycznej i rozpaczy kogoś, komu z powodu fobii przestrzeni trudno było w Warszawie wyjść z domu, a kto na emigracji ze strachu przemierza kraje, ba! kontynenty. "W Polsce byłbym w tej chwili niewolnikiem albo już nieboszczykiem", powie. Ale fobie go nie opuszczają, sprawiają, że Tuwim staje się kaleką, choć w liście do Ireny napisze: "Uważam się za człowieka chorego w stosunku do ludzi zdrowych, ale za zdrowego w porównaniu z sobą samym z okropnych warszawskich lat. Nikt nie ma pojęcia o torturach, jakie przeżyłem". Zawsze był wobec siostry szczery, teraz posunie się do obnażania. Zawierzy jej siebie i opowie o neurozie natury erotycznej, wskaże dzień, kiedy doznał pierwszego ataku lęku, który był skutkiem zdrady żony. ""Aż me zemgliło", moja Pani, od tej spowiedzi, więc na kilka dni odłożyłem list, żeby wywietrzeć od tych zwierzeń i wynurzeń. Teraz pójdą tylko fakty".
Paryż pustoszeje, nocne kanonady i alerty są coraz częstsze, ale Irena ma wsparcie w swojej kuzynce Irenie Gabaud. Zawsze były blisko, są równolatkami, w dzieciństwie spędzały razem wakacje, raczej spędzali, bo i z Julkiem. "Moja miła Irenko i ja pamiętam świetnie naszą wczesną młodość, wydaje mi się to tylko czymś tak odległym w czasie, że prawie nierealnym - będzie pisała w liście z 1955 roku. - Pamiętam kolacje w Krzyżówce, Julek nie chciał jeść jajek na twardo. Pamiętam jakeśmy się przebierały za "Apaczki" w Inowłodzu. Miałyśmy wtedy chyba z 12 lat. Skąd wiedziałyśmy o "nocnym życiu" Paryża i valse chaloupée?". Skąd wiedziały o apaszach, członkach ulicznych gangów, nazywanych tak ze względu na brutalność postępowania z przeciwnikami i o tańcu z półświatka, wyglądającym jak sceniczna walka między alfonsem a prostytutką?
Ten Paryż był zawsze jakoś obecny w świadomości Ireny, tymczasem przychodzi czas na Anglię, resztę wojny spędzą właśnie tutaj. Wraz z wieloma innymi emigrantami Stawińscy przedostaną się do Londynu i zamieszkają w pensjonacie przy Bedford Way nr 31. "Pauvre Pologne! Biedna Polsko! Biedna Francjo! Ubogie, żałosne, otworem stały dla wroga" - zanotuje Irena. "Nigdy jeszcze nie miałam takiego uczucia, że życie zostało za mną, jak dziś. Dziś, dużo bardziej niż przed rokiem, kiedy niepokoił mnie wynik wojny - niepokoi mnie jaka będzie przyszła Polska. Bardzo się tego boję. Moje uczucia dla Polski podobne są do uczuć kobiety, która opuściła dom i dziecko dla szczęścia osobistego". Tylko cóż to za szczęście, kiedy poetka się miota, a każdy kolejny dzień wydaje jej się bardziej ponury i cięższy od poprzedniego? Wokół widzi polskich sanatorów, ozońców, oenerów, których wojna zastała w całej ich energii, chęci "do czynu". Wystarczyło, że się znaleźli się w Anglii "na przymusowej demokracji" i utknęli w swoich dawnych marzeniach "o potędze". Co prawda chcą walczyć z Hitlerem - kimś, kto zagarnął im kraj, kto niszczy naród - ale robią to tylko dlatego, że Hitler pragnie uczynić z Polski kolonię czarnych robotników. Zachwyt dla jego genialności, mocnej ręki, byłby bardziej pewny i jawny, gdyby nie napadł na Polskę. Ci wszyscy ludzie "wcale nie walczą z hitleryzmem, chętnie zastosowaliby go, gdyby był uprawiany przez polskiego Hitlera", zapisuje Irena w rozgoryczeniu. O Anglikach też jest złego zdania, uważa ich za głupców, którzy ulegli złudzeniu, że gdy Ameryka wejdzie do wojny, wszystko zakończy się szybko, tak jak to było w 1918 roku. "Historia się nie powtarza. Ta wojna i tamta mają bardzo mało wspólnego". Kiedy Anglicy się budzą z herbacianego półsnu i Irena widzi zatroskane twarze bez uśmiechu, zgasłe oczy, słyszy zaniepokojone głosy, prawie wiwatuje. "To już jest dużo, bo do niedawna nic ich wojna nie obchodziła. Żyli spokojnie myśląc, że "Rasza" zrobi za nich wszystko. Dziś biją dzwony na alarm. Nowa Dunkierka! Ojczyzna w niebezpieczeństwie!". Irena oddycha z ulgą. Jest szansa, by Niemcy zostały pokonane. "Dziś dla narodów świata miarą polityki jest religia, a walka z Hitlerem to nakaz tej religii", kreśli pod datą 3 grudnia 1941 roku.
Zaczyna gromadzić tzw. Notatki do pracy. Przy ważnych akapitach nie ma cyferek, ona rysuje trójkąty i nimi oddziela myśli - z niektórych później rodzić się będą opowiadania. Zapełnia ołówkiem kolejne kartki:
? Zaczęła tam zaglądać śmierć, zaczęła podgryzać się nie tylko pod życie rodziców, ale pod życie przedmiotów, które ich otaczały. Za każdą moją bytnością w domu dębowy kredens (w zamierzchłych czasach był to domek z piernika i czekolady), wydawał mi się coraz to mniejszy.
? Podniosła na mnie swe spokojne, anglosaskie oczy i powiedziała: - Kiedy wojna się skończy... Tak, była z innej planety, ze świata, gdzie nie zna się rozpaczy po straconej ziemi i bezsilności wobec wroga. Powiedziała te słowa nie z wiarą niezachwianą, bo wiara byłaby już wynikiem przemyśleń, niepokoju, wahania. Nie, tego na pewno nie przeżywała spokojna, angielska sklepowa.
? Polakom wyrządzali bolszewicy wielkie krzywdy - nie sposób zaprzeczyć. Czy postępowali w ten sposób, ponieważ są tacy, czy w celu eksterminacji narodu polskiego jak to robią hitlerowcy - tego nie wiem. Bolszewicy nie głoszą "wyższości" rasy rosyjskiej nad polską. Nędzę i głód mają dla wszystkich - więc trudno byłoby wymagać, aby stosowali specjalne względy dla narodu przez siebie podbitego.
? Ile małżeństw, które zdawały się złe, utrzymały się, a ile niby dobrych rozbiło się, ile ich rozbiło się u bram getta!
? Plugawa litość i sytość wygodnych...
Stawińscy przeprowadzają się do wygodnego domu w spokojnej dzielnicy Mill Hill. Irena zaczyna współpracę z wydawnictwem M.I. Kolin, przepisuje dla nich teksty klasyków, m.in. Mickiewicza i Żeromskiego. Przedruki tych dzieł zaczną się wkrótce ukazywać w Londynie w serii Książnicy Narodowej. Czytelnicy na obczyźnie chcą polskiego słowa. Powstanie też antologia Kraj lat dziecinnych. Irena umieści tam wspomnienie o Łodzi. Kiedy inni autorzy, jak choćby Kuncewiczowa, Sobański, Wieniawa-Długoszowski, Czeremański, Mackiewicz czy Iłłakowiczówna, gnani wojenną nostalgią mityzować będą ojczyźniane miejsca, a nawet uderzać w nutę szlachecką, Irena da do druku gorzkie opowiadanie pt. Strachy dzieciństwa i w ten sposób ujawni udręki z młodych lat. Brat powie, że czyta się je jak bajkę braci Grimm, narracja jest tak samo przejmująca. I takie było dzieciństwo Ireny, nie sielskie ani anielskie, ani też promienne czy beztroskie. Pomoc domowa, Mania Bednarek, kilkunastoletnia córka zduna spod Łasku, wikłała małą Irę "w mity ponurej codzienności". Ta zwolenniczka realizmu, która zamiast dziecinnych piosenek nuciła dziewczynce przed snem balladę: "Ulica Drewnowska, domu numer trzeci,/ Konduktor Wiśniewski zabił żonę, dzieci./ Oj, wy sieroty, czego wy płaczecie,/ Już ojca, matki nie zo-ba-czy-cie", wymyślała rodzaje śmierci, jakie mają spotkać całą rodzinę Tuwimów i "karmiła" tymi pomysłami Irkę, a ona truchlała z grozy. Potem nawet jako dorosła kobieta pisała w wierszu: "Boję się śmierci ze strachu, że niebo się nagle wypręży/ I z rany otwartej wychynie Wielki Prawdziwy Księżyc". Mania przepowiadała, że gwiazdy pogniewają się na dziewczynkę i zaczną spadać. I Ira śniła o gwiazdach, które się gniewają i spadają z nieba na ziemię, a wtedy trzeba zbiegać ze schodów, kryć się po ciemnych kątach piwnicy. Gdy spadał księżyc, ratunku nie było. Wytaczał się powoli zza chmur... mleczna kula robiła się coraz większa... - No już, cicho, cicho... - budziły Irę słowa matki. Ale matka nie zawsze miała czas objaśniać świat kilkuletniej córce i dlatego dziecko umierało ze strachu też za dnia. Najgorzej bywało jesienią, gdy rodzice wyjeżdżali na parę tygodni za granicę albo "gdy w rozmaitych okresach matka coraz częściej nie zjawiała się przy stole i jadała u siebie w pokoju, gdzie panował półmrok i pachniało walerianą - znaczyło to, że Mama niedługo wyjedzie i że wkrótce rozpocznie się okres terroru Mani Bednarek", domowego dyktatora i oprawcy. Specjalizowała się ona nie tylko w czarnych opowieściach, lecz i w fizycznym dręczeniu Irki na różne sposoby. Nie raz, płacząc do utraty tchu, dziewczynka siedziała zamknięta w ciemnej i ciasnej komórce na węgiel. Mania była bezkarna, bo Irka wiedziała, że gdyby poskarżyła się komukolwiek na swój los, wówczas... pociąg jadący z zagranicy z jej rodzicami by się wykoleił. Dlatego milczała, nawet gdy tak obrywała od służącej, że na ramieniu pojawiały się kropelki krwi. Córka ludu nie znała litości, zapewne sama nigdy jej nie doświadczyła, może nawet nie doświadczyła niczego dobrego.
Karol Estreicher, który w antologii umieści swoją opowieść o wyidealizowanym dzieciństwie i miłości do matki, powie, że Irena Tuwim i tak w sposób delikatny napisała o próbie wychowania przez "sługę polską żydowskich dzieci". I ona jedna ze wszystkich autorów zbioru, co prawda już po wojnie i w komunistycznym "Robotniku", ale doczeka się pozytywnej recenzji, właśnie dlatego, że ona jedna niczego nie udawała, pokazując nędzną, robotniczą Łódź i zagubioną w niej garstkę inteligentów. Kraj lat dziecinnych stworzył na obczyźnie Grydzewski i później śledził opinie o nim. Kąśliwie napisał w Silva rerum, że - za sportretowanie w Strachach dzieciństwa służącej Mani Bednarek, której system wychowawczy miał wiele zbieżności z metodami Gestapo - "Robotnik" pasował Irenę niemal na wieszczkę proletariatu i "jedyną sprawiedliwą".
Kiedy Grydzewski nawoływał literatów do spisania nowelek wspomnieniowych o młodości i ojczyźnie, we wrześniu 1940 roku depeszował również do brata Ireny, do Brazylii. Depeszował po angielsku. Zanim Tuwim, który tego języka nie znał, parę prostych słów z telegramu zestawił w treść coś znaczącą, wprowadził się w stan zupełnego oszołomienia. Rozumował tak: zamówienie na tekst przychodzi z bombardowanego Londynu, w którym walą się domy i dym pogorzelisk gryzie w oczy, z tego oto "Londynu, w kulminacyjnym punkcie mojego tutaj niepokoju, gdy już czarną ziemią i czarnymi myślami zasypałem najbliższych, przychodzi depesza, że ... "we are publishing" [publikujemy]. Jak to?! Jacy "we"? Ciężko ranni, trupy zwęglone, a w najlepszym razie mary i maszkary z piwnic czy innych schronów? What will you publish, ghosts and phantoms? [Co będziecie wydawać, duchy, upiory?] Cóż to za makabryczne żarty?", dziwił się. Mam pisać o youth [młodości]? Zaczął pisać tekst pt. Youth, ale wnet pracę porzucił. "Dwukrotnie zabierałem się do pisania artykułu dla Grydza (o młodości), ale nic mi nie wychodzi", skarżył się siostrze. Męczyła go ta bezpłodność, pożerało przygnębienie. Czy Irena wie, że melancholia dotarła już nawet do jego kości i mięśni? Dawno nie był tak tępy, ogłuszony, bezsilny w imaginacji i panowaniu nad słowami. "Może to już starość, a może skutek tego strasznego nieszczęścia, jakie mnie 10 lat temu nawiedziło: choroby. Nikt nie wie, nawet ty sobie sprawy nie zdajesz, co ze mnie ta żarłoczna i nienasycona bestia zrobiła! Takie olbrzymie czasy, taka wspaniała przyszłość świata, tyle ogromnych pieśni do wyśpiewania - a ja taki mały, bezsilny, zatkany, zaduszony, zaczadzony. Teraz by, Irusiu, mieć 20 lat!".
Grydzewski pracę nad antologią zamknął, książkę dał do drukarni i wtedy do Londynu poczta przyniosła pierwszy fragment Kwiatów polskich. "Zachwycony twoim cudownym poematem stop Nowakowski Baliński Sakowski Irka dołączają gratulacje stop przyślij więcej...". Tak brzmiał telegram, który nadano z Wysp Brytyjskich do Rio de Janeiro. Wieść o niezwykłej urody Tuwimowskich strofach rozeszła się wśród Polonii londyńskiej natychmiast. Estreicher pod wielkim wrażeniem poematu głosił nowinę o wybuchu talentu "co błyskawicznej jest miary". Kiedy poeta przesyłał następne fragmenty, urządzano tzw. seanse wspólnego czytania Kwiatów. Irena chodziła na nie albo robiła je u siebie. "Byłem przed wieczorem u pani Irki - donosił Tuwimowi w liście Grydzewski - i czytałem ważniejsze ustępy, potem ona była w redakcji, żeby przeczytać resztę, wieczorem czytałem prawie wszystko u Sakowskich, spłakaliśmy się kilka razy".
"Dnia 10 grudnia rano,/ W Brazylii, w dusznym piekle roku/ Tysiąc dziewięćset czterdziestego,/ Uginam się pod kamieniami/ Przerażonego serca swego,/ Gdy w Londyn, tonny za tonnami,/ Kiedy to piszę, biją bomby/ I syren jerychońskie trąby/ O pomstę nieba groźnie wyją -/ I wszystkie pękające bomby/ W maleńką Ircię moją biją,/ Co teraz ścieżką inowłodzką/ Idzie śród zboża i rwie chabry.../ Biegam zdyszany po Otwocku,/ Szukam krzyczącej Matki mojej,/ Żeby ją, biedną, uspokoić,/ Że Ira żyje, zrywa chabry -/ I wtem spod bomb stalową młocką/ Wali się Dorset-House w Londynie,/ Jęczą syreny łódzki fabryk,/ Że moja Ircia, Ircia ginie!". Takimi słowami Tuwim okrywał kirem świat, od którego był odcięty. Pisał i kolejne strofy słał przez ocean do Londynu.
Irena Tuwim uwieczniona na obrazie Piosenkarz Romana Kramsztyka, 1924 rok
Któreś czytanie Kwiatów znów odbyło się u Ireny w domu. Z wizytą przyszedł Rajmund Kanelba z żoną Marią. Znali się jeszcze sprzed wojny. Kanelba, cudownie malujący portrety dzieci, był przyjacielem Romana Kramsztyka, który portretował Irenę w 1924 roku. Obraz zatytułowany Piosenkarz przetrwał wojnę, może dlatego że artysta zrobił dwie wersje. Za każdym razem, kiedy Irena się przeprowadzała, zabierała go ze sobą. W jej ostatnim mieszkaniu, przy ul. Litewskiej w Warszawie, wisiał w salonie nad sofą. Irena jest na nim z Marianem Rentgenem, który nie przeżył wojny. Brał udział w kampanii wrześniowej jako oficer, a potem znalazł się w niewoli sowieckiej i został zamordowany przez NKWD w zbrodni katyńskiej. Wtedy, gdy malował go Kramsztyk, był farmaceutą, miał aptekę przy ul. Mazowieckiej i wyśpiewywał największe ówczesne przeboje w teatrzykach rewiowych, filmach, kabaretach. Nazywano go bardem stolicy i widywano zawsze z gitarą. I tak go uwiecznił Kramsztyk, dbając szczególnie o kosmetykę kolorystyczną na płótnie, co podkreśla w książce Między "Ziemiańską" a Montparnasse'em Renata Piątkowska: "Lisia barwa kurtki Mariana Rentgena, perłowa szarość sukni Ireny Tuwimówny i różowofioletowy koloryt chustki okrywającej ramiona, kontrastują z bielą karnacji i delikatną rudością jej włosów, lecz także z mocną, szmaragdową zielenią tła". I ze smutkiem, jaki płynie z postaci Ireny Tuwim, wtedy od dwóch lat żony Stefana Napierskiego. Ten smutek będzie jej towarzyszył już zawsze. Nie tylko Kramsztyk - na obrazie - podejmie próbę ukojenia wiecznego niepokoju. Te przestrachy uśmierzać będą też słowa przyjaciół pisane do Ireny - wtedy do Londynu, potem do Toronto, Waszyngtonu i Warszawy - przez całe jej 89-letnie życie.
Aniela Gruszczyńska: Nie wiem co jest tym głównym powodem Twojej rozpaczy. Mogę tylko powiedzieć, że każdy z nas przeszedł przez tyle i tak ma ciężki los pełen tragicznych wspomnień, że często brak sił do przeżycia następnego dnia. A jednak przeżyć trzeba. A Ty tym bardziej musisz! Nie daj się Kochanie, nie daj się!
Hanna Mortkowicz-Olczakowa: Irusiu przyjedź do mnie, przyjedź, bardzo, bardzo proszę... Pogadasz z moją mamą, która każdego potrafi natchnąć pogodą życia i ufnością w nie.
Jerzy Harnaś: Droga Irenko, wiem że cierpienia są silniejsze od wszelkiej pociechy i nie pomogą tu książki ani teorie.
Łucja Dyakowska: Martwi mnie Pani minorowy list, dotąd aż takiej nuty nie słyszałam. Czy zaszły jakieś sprawy, które tak zasmucają. Dlaczego Pani czuje się tak osamotniona? Czy dba Pani o swoje zdrowie - to ważne, bo to oddziałuje na psychikę.
Halina Sterling: Wzruszył mnie bardzo Twój list, ale jednocześnie przeraził. Proszę Cię, nie zrywaj kontaktu, bo to byłoby bardzo smutne. Mam dla Ciebie przyjaźń i czułość - szkoda, że życie upływa tak daleko.
Ewa Szwarc: Niepokoję się o Ciebie, wiem, że Ci jest jakoś niedobrze w życiu. Chcę znaleźć słowa, ale nie umiem. Jesteś dla mnie pięknym klejnocikiem. Pisz, nie pisz, ale pamiętaj, że zawsze jestem z Tobą.
Ola Watowa: Irenko Daleka życzę Ci sił i energii do pokonywania smutków samotności - do istnienia. Wiem, jakie to trudne.
Ella Dumas: Kochanie moje, jakże mogłabym się gniewać za Twój list, jest on tylko dowodem zaufania, jakie masz do mnie i sympatii, bo przed ludźmi nam dalekimi utrzymujemy wstydliwie nasze smutki, bo wiemy, że i tak ich nie obchodzą. Bardzo a bardzo się przejęłam Twoim listem i chciałabym Ci pomóc. Ale jak?
Pytać będą wszyscy: Ale jak? I nigdy nikt przez ten mur zbudowany z lęku się nie przebije.