Irena Sendlerowa. Magiczny koralik. Polscy Superbohaterowie - Beata Ostrowicka

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (11,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Sie­dzę w ław­ce pod oknem. Tym środ­ko­wym. Mam stąd do­bry wi­dok na bo­isko szkol­ne, ka­wa­łek dro­gi, a jak się od­su­nę z krze­słem do tyłu, to na­wet mogę zo­ba­czyć przy­sta­nek au­to­bu­so­wy i frag­ment ścia­ny lasu. Dla mnie to waż­ne, bo nie lu­bię szko­ły. Lu­bię za to ma­rzyć, fan­ta­zjo­wać, wy­obra­żać sie­bie róż­ne rze­czy, przy­go­dy. Pa­trzę więc na las i wy­obra­żam so­bie, że tam za la­sem jest dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi do in­ne­go świa­ta. Jest tam Nie­bie­ski Las.

I przede wszyst­kim nie ma tej pa­skud­nej Wik­to­rii, któ­ra sie­dzi dwie ław­ki przed mną i pra­wie cały czas się zgła­sza na wszyst­kich lek­cjach. Bo wie naj­le­piej, bo do­po­wie, spy­ta, po­pra­wi. Bo Wik­to­ria to jest z tych, co to zje­dli wszyst­kie ro­zu­my na śnia­da­nie. To po­wie­dzon­ko bab­ci Neli. Tu pa­su­je jak ulał.

Aha. Je­stem Maj­ka.

Cho­dzę do pią­tej kla­sy.

Drze­wa są nie­bie­skie, mło­de list­ki błysz­czą tur­ku­so­wo i mają ta­kie sre­brzy­ste żył­ki. Wą­ska ścież­ka wije się mię­dzy drze­wa­mi. A na jej koń­cu żół­ci się staw. Ma cie­płą wodę, tro­chę pach­nie me­lo­nem, dno wy­sy­pa­ne jest de­li­kat­nym pia­skiem i ten pia­sek świe­ci, dla­te­go pły­wa­nie w nocy jest jak naj­bar­dziej moż­li­we. Nur­ku­ję raz i dru­gi...

Na­gle sły­szę swo­je imię.

Wra­cam i je­stem zno­wu w szko­le, w swo­jej ław­ce. Pani Ka­li­ta, na­sza po­lo­nist­ka i wy­cho­waw­czy­ni, stoi obok i pa­trzy na mnie z uwa­gą.

- Zno­wu cię my­śli gdzieś po­nio­sły - mówi pół­gło­sem i kiwa przy tym lek­ko gło­wą. - Oj, Maj­ka, Ma­jecz­ka, oczy­wi­ście nie wiesz, co my tu ro­bi­my - wzdy­cha.

- Ja po­wiem, ja wiem! - woła Wik­to­ria i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź na­uczy­ciel­ki, wy­rzu­ca z sie­bie: - Bę­dzie­my przy­go­to­wy­wać pre­zen­ta­cje. W gru­pach. Każ­da gru­pa wy­bie­ra bo­ha­ter­kę albo bo­ha­te­ra...

- Ja bio­rę Spi­der­ma­na - re­cho­cze ro­sły Ka­rol, wy­su­wa przed sie­bie dło­nie i uda­je, że strze­la pa­ję­czy­ną w Igna­ce­go, któ­ry jest chy­ba jesz­cze bar­dziej od­kle­jo­ny od rze­czy­wi­sto­ści niż ja. Na lek­cjach też czę­sto za­my­ślo­ny, na prze­rwach mil­czą­cy z po­nu­rą miną. Wiem, że po­do­ba się paru dziew­czy­nom z rów­no­le­głej kla­sy. Szcze­gól­nie Aśce, z któ­rą kie­dyś cho­dzi­łam do przed­szko­la. "Taki mrocz­ny, hi, hi!"

- Bar­dzo do­brze, Ka­ro­lu. - Pani Ka­li­ta od­wra­ca się w jego stro­nę. - Chęt­nie usły­szy­my o tym, jak po­wsta­ła ta po­stać oraz o ko­mik­sach i o in­nych ad­ap­ta­cjach te­ma­tu.

Ka­rol za­czy­na się krę­cić nie­spo­koj­nie.

- Ja się tam jesz­cze za­sta­no­wię - bur­czy.

- Aha. Pani ma li­stę z na­zwi­ska­mi bo­ha­te­rek i bo­ha­te­rów - od­zy­wa się Wik­to­ria. - Gdy­by ktoś nie miał po­my­słu. Ja oczy­wi­ście mam. I to nie­je­den - do­da­je z fał­szy­wie skrom­ną miną.

- Pro­szę nu­mer sześć - prze­ry­wam te Wik­to­rio­we tre­le.

- Maj­ka, nie chcesz bar­dziej się po­sta­rać? - pyta pani. - Może cho­ciaż za­po­znaj się z tymi na­zwi­ska­mi.

- Pro­szę szóst­kę - po­wta­rzam.

Na­uczy­ciel­ka bie­rze do ręki kart­kę ze swo­je­go sto­li­ka.

- Wy­bra­łaś po­stać Ire­ny Sen­dle­ro­wej.

- O, nie, nie! - pisz­czy Wik­to­ria. - Ja so­bie sama wy­my­śli­łam, że będę o tej pani pi­sać.

- To na­pi­sze­cie ra­zem. - Pani Ka­li­ta roz­glą­da się po kla­sie. - I po­mo­że wam w tym Igna­cy. - Igna­cy to­czy po nas ba­ra­nim wzro­kiem. Lek­ko wzru­sza ra­mio­na­mi, a po­tem kiwa gło­wą na znak zgo­dy.

To już wie­cie, cze­mu nie lu­bię szko­ły.

Rozdział 2

Moja bab­cia Nela jest mi­strzy­nią zupy po­mi­do­ro­wej i ru­skich pie­ro­gów. I gdy tak wra­ca­łam do domu, my­śla­łam, że przy­go­tu­je choć jed­ną z tych po­traw. A tu się oka­zu­je, że nic z tego. Bab­cia wy­cho­dzi, w po­śpie­chu szu­ka ko­lo­ro­wej apasz­ki, prze­kła­da rze­czy z co­dzien­nej to­reb­ki do to­reb­ki wyj­ścio­wej. Ład­nie wy­glą­da w mio­do­wych wło­sach i lek­kim ma­ki­ja­żu.

- Na obiad masz wczo­raj­szy ro­sół, od­grzej też so­bie wczo­raj­sze spa­ghet­ti - rzu­ca w bie­gu mię­dzy jed­ną sza­fą a dru­gą.

- Przed­wczo­raj­sze - uści­ślam.

- Ale na­dal pysz­ne. - Bab­cia mru­ga do mnie. - Będę wie­czo­rem. I obierz ziem­nia­ki na ju­tro, pro­szę.

- A gdzie idziesz?

Bab­ci­ne po­licz­ki czer­wie­nie­ją.

- A... ta­kie tam. Pan Ma­rek za­pro­sił mnie do mia­stecz­ka. Idzie­my do skle­pu ogrod­ni­cze­go. Mam mu coś do­ra­dzić w kwe­stii kwia­tów.

Ki­wam gło­wą, że niby wie­rzę.

- Aha, a jak na­zy­wa­ła się ta two­ja ulu­bio­na pio­sen­kar­ka? Bo mam o niej pro­jekt przy­go­to­wać z pol­skie­go. - I wy­obra­żam sie­bie, jak bab­cia mi w tym po­ma­ga, a może na­wet zro­bi więk­szość. Mnie zo­sta­nie tyl­ko od­czy­ta­nie w szko­le. I wca­le nie za­mie­rzam mę­czyć się z prze­mą­drza­łą Wik­to­rią ani z od­kle­jo­nym Igna­cym. Pro­jekt mnie nie omi­nie. Mu­szę go tyl­ko zro­bić z jak naj­mniej­szą stra­tą cza­su i ener­gii.

- Któ­ra? Mo­żesz do­pre­cy­zo­wać?

- Ire­na ja­kaś tam...

- Ire­na San­tor? - Bab­cia pa­trzy na mnie zdu­mio­na.

- O, nie... - ję­czę. - Po­my­li­łam na­zwi­ska. Mam przy­go­to­wać o Ire­nie Se... Sa... Synd...

- Ire­na Sen­dle­ro­wa - pod­su­wa spo­koj­nie bab­cia.

- Kto to? - py­tam bez zbyt­niej cie­ka­wo­ści. - Jed­nym zda­niem wy­star­czy - do­rzu­cam szyb­ko.

- Jed­nym zda­niem się nie da - od­po­wia­da sta­now­czo bab­cia.

- Do­bra, sama so­bie spraw­dzę - wzru­szam ra­mio­na­mi. - Te­raz to mnie in­te­re­su­je ro­sół.

- Cze­ka cię nie­zwy­kła po­dróż w cza­sie - mówi bab­cia bar­dziej do sie­bie niż do mnie.