Rozdział 1
Siedzę w ławce pod oknem. Tym środkowym. Mam stąd dobry widok na boisko szkolne, kawałek drogi, a jak się odsunę z krzesłem do tyłu, to nawet mogę zobaczyć przystanek autobusowy i fragment ściany lasu. Dla mnie to ważne, bo nie lubię szkoły. Lubię za to marzyć, fantazjować, wyobrażać siebie różne rzeczy, przygody. Patrzę więc na las i wyobrażam sobie, że tam za lasem jest droga, która prowadzi do innego świata. Jest tam Niebieski Las.
I przede wszystkim nie ma tej paskudnej Wiktorii, która siedzi dwie ławki przed mną i prawie cały czas się zgłasza na wszystkich lekcjach. Bo wie najlepiej, bo dopowie, spyta, poprawi. Bo Wiktoria to jest z tych, co to zjedli wszystkie rozumy na śniadanie. To powiedzonko babci Neli. Tu pasuje jak ulał.
Aha. Jestem Majka.
Chodzę do piątej klasy.
Drzewa są niebieskie, młode listki błyszczą turkusowo i mają takie srebrzyste żyłki. Wąska ścieżka wije się między drzewami. A na jej końcu żółci się staw. Ma ciepłą wodę, trochę pachnie melonem, dno wysypane jest delikatnym piaskiem i ten piasek świeci, dlatego pływanie w nocy jest jak najbardziej możliwe. Nurkuję raz i drugi...
Nagle słyszę swoje imię.
Wracam i jestem znowu w szkole, w swojej ławce. Pani Kalita, nasza polonistka i wychowawczyni, stoi obok i patrzy na mnie z uwagą.
- Znowu cię myśli gdzieś poniosły - mówi półgłosem i kiwa przy tym lekko głową. - Oj, Majka, Majeczka, oczywiście nie wiesz, co my tu robimy - wzdycha.
- Ja powiem, ja wiem! - woła Wiktoria i nie czekając na odpowiedź nauczycielki, wyrzuca z siebie: - Będziemy przygotowywać prezentacje. W grupach. Każda grupa wybiera bohaterkę albo bohatera...
- Ja biorę Spidermana - rechocze rosły Karol, wysuwa przed siebie dłonie i udaje, że strzela pajęczyną w Ignacego, który jest chyba jeszcze bardziej odklejony od rzeczywistości niż ja. Na lekcjach też często zamyślony, na przerwach milczący z ponurą miną. Wiem, że podoba się paru dziewczynom z równoległej klasy. Szczególnie Aśce, z którą kiedyś chodziłam do przedszkola. "Taki mroczny, hi, hi!"
- Bardzo dobrze, Karolu. - Pani Kalita odwraca się w jego stronę. - Chętnie usłyszymy o tym, jak powstała ta postać oraz o komiksach i o innych adaptacjach tematu.
Karol zaczyna się kręcić niespokojnie.
- Ja się tam jeszcze zastanowię - burczy.
- Aha. Pani ma listę z nazwiskami bohaterek i bohaterów - odzywa się Wiktoria. - Gdyby ktoś nie miał pomysłu. Ja oczywiście mam. I to niejeden - dodaje z fałszywie skromną miną.
- Proszę numer sześć - przerywam te Wiktoriowe trele.
- Majka, nie chcesz bardziej się postarać? - pyta pani. - Może chociaż zapoznaj się z tymi nazwiskami.
- Proszę szóstkę - powtarzam.
Nauczycielka bierze do ręki kartkę ze swojego stolika.
- Wybrałaś postać Ireny Sendlerowej.
- O, nie, nie! - piszczy Wiktoria. - Ja sobie sama wymyśliłam, że będę o tej pani pisać.
- To napiszecie razem. - Pani Kalita rozgląda się po klasie. - I pomoże wam w tym Ignacy. - Ignacy toczy po nas baranim wzrokiem. Lekko wzrusza ramionami, a potem kiwa głową na znak zgody.
To już wiecie, czemu nie lubię szkoły.
Rozdział 2
Moja babcia Nela jest mistrzynią zupy pomidorowej i ruskich pierogów. I gdy tak wracałam do domu, myślałam, że przygotuje choć jedną z tych potraw. A tu się okazuje, że nic z tego. Babcia wychodzi, w pośpiechu szuka kolorowej apaszki, przekłada rzeczy z codziennej torebki do torebki wyjściowej. Ładnie wygląda w miodowych włosach i lekkim makijażu.
- Na obiad masz wczorajszy rosół, odgrzej też sobie wczorajsze spaghetti - rzuca w biegu między jedną szafą a drugą.
- Przedwczorajsze - uściślam.
- Ale nadal pyszne. - Babcia mruga do mnie. - Będę wieczorem. I obierz ziemniaki na jutro, proszę.
- A gdzie idziesz?
Babcine policzki czerwienieją.
- A... takie tam. Pan Marek zaprosił mnie do miasteczka. Idziemy do sklepu ogrodniczego. Mam mu coś doradzić w kwestii kwiatów.
Kiwam głową, że niby wierzę.
- Aha, a jak nazywała się ta twoja ulubiona piosenkarka? Bo mam o niej projekt przygotować z polskiego. - I wyobrażam siebie, jak babcia mi w tym pomaga, a może nawet zrobi większość. Mnie zostanie tylko odczytanie w szkole. I wcale nie zamierzam męczyć się z przemądrzałą Wiktorią ani z odklejonym Ignacym. Projekt mnie nie ominie. Muszę go tylko zrobić z jak najmniejszą stratą czasu i energii.
- Która? Możesz doprecyzować?
- Irena jakaś tam...
- Irena Santor? - Babcia patrzy na mnie zdumiona.
- O, nie... - jęczę. - Pomyliłam nazwiska. Mam przygotować o Irenie Se... Sa... Synd...
- Irena Sendlerowa - podsuwa spokojnie babcia.
- Kto to? - pytam bez zbytniej ciekawości. - Jednym zdaniem wystarczy - dorzucam szybko.
- Jednym zdaniem się nie da - odpowiada stanowczo babcia.
- Dobra, sama sobie sprawdzę - wzruszam ramionami. - Teraz to mnie interesuje rosół.
- Czeka cię niezwykła podróż w czasie - mówi babcia bardziej do siebie niż do mnie.