Rozdział 1
Śpiew towarzyszył Irenie Santor od dzieciństwa. Oboje rodzice, choć nie mieli żadnego wykształcenia w tej dziedzinie, byli muzykalni.
- Mama śpiewała pięknym altem, tata ładnym tenorem7.
Rodzice przy wspólnej pracy albo odpoczynku bardzo często nucili piosenki na dwa znakomicie uzupełniające się głosy.
Ten wspólny śpiew jest jednym z najwcześniejszych wspomnień małej Irenki. Kojarzy się jej z krótkim okresem prawdziwego szczęścia, jakiego zaznała w pierwszych latach życia.
Do rodzinnego chóru dołączyła podobno od razu, gdy tylko nauczyła się mówić. Jak później opowiadała w wywiadach, czasem nie zapamiętywała słów, więc sama sobie wymyślała zarówno tekst, jak i melodie.
Mama jednej z największych gwiazd polskiej sceny muzyki popularnej, Helena z domu Zakrzewska, była krawcową. Natomiast ojciec, Bernard Wiśniewski, pracował fizycznie. Kiedy Wisła była spławna, zajmował się jako flisak transportem drewna wyrąbywanego w kujawskich lasach - do Gdańska. A poza sezonem dorabiał, pracując to tu, to tam, jako robotnik.
Rodzina, choć nie należała do bogatych - jak opowiadała Irena Santor w rozmowach z dziennikarzami - tworzyła szczęśliwy dom.
Swoje życie i pierwszą nieformalną edukację muzyczną Santor rozpoczęła w rodzinnym Papowie Biskupim. W małej wsi na styku Kujaw i Pomorza, leżącej u podnóża ruin krzyżackiego zamku.
Rodzice śpiewali popularne wówczas utwory, jak choćby Prząśniczkę z muzyką Moniuszki i znakomitym, choć wtedy jeszcze zupełnie niezrozumiałym dla małej Irenki, tekstem Jana Czeczota.
U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki.
Ref.: Kręć się, kręć, wrzeciono, wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej, czyja dłuższa nić!
Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną,
łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną.
Gładko idzie przędza wesołej dziewczynie,
pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie.
Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza
i innemu rada dziewczyna ochocza.
Ref.: Kręć się, kręć, wrzeciono, prysła wątła nić,
wstydem dziewczę płonie, wstydź się, dziewczę, wstydź!
Po latach, już jako Irena Santor, powróciła do tej piosenki. To ważne wspomnienie z dzieciństwa umieściła na płycie Przeboje pana Stanisława8.
Muzyka rodzinie Wiśniewskich towarzyszyła nie tylko przy pracy i zajęciach domowych. Mama śpiewała córce w czasie wspólnych zabaw i po prostu do snu. To od niej Irena nauczyła się słów i ludowej melodii kujawiaka Po co żeś mnie, matuleńko, za mąż wydała?, piosenki, która kilkanaście lat później zaważyła na całym jej życiu.
Matka, która uwielbiała ten utwór, niestety nie dowiedziała się, jak bardzo pomogła córce, nucąc go Irenie do znudzenia.
W domu nie wyobrażano sobie również świąt bez śpiewu, zwłaszcza Bożego Narodzenia. Nie było możliwe, aby w te dni zabrakło kolęd. I nie z płyt, bo na gramofon nie było domowników stać, ani z trzeszczącego lampowego odbiornika radiowego, ale śpiewanych prosto z serca.
Co jeszcze Irenie pozostało ze wspomnień z dzieciństwa? Obraz babć: Franciszki Zakrzewskiej i Weroniki Wiśniewskiej. Podobno to one miały duży udział w wychowaniu dziewczynki, bo pracujący całymi dniami rodzice nie mogli poświęcić jej zbyt wiele czasu. Babcie mieszkały na przeciwległych krańcach Papowa. Irenka, kiedy już przyjeżdżała w odwiedziny, samotnie wędrowała od jednej do drugiej.
To były inne czasy. Dziś pewnie nikt nie puściłby dziecka samego przez długą wieś. Jednak przed wojną nie było takiego ruchu na głównej ulicy Papowa, a do tego mieszkańcy stanowili niezwykłą wspólnotę. Łączyło ich nie tylko miejsce zamieszkania, ale i praca. Większość ramię w ramię kosiła zboże, wspólnie wypasała bydło.
Tylko jedno miejsce w rodzinnej wsi budziło lęk rezolutnej dziewczynki. I wcale nie był to cmentarz opodal domu babci.
- Najbardziej bałam się przechodzić koło spichlerza. Oj. Jak ja się tam bałam. Przechodziłam koło niego najszybciej, jak tylko mogłam!9 - wspominała w jednym z wywiadów.
Trudno powiedzieć, czemu majestatyczny budynek z czerwonej cegły, stojący do dziś pośrodku wsi, wzbudzał w niej tak irracjonalny strach.
Wspomnienia Ireny z dzieciństwa to głównie... jedzenie. Babcia Wiśniewska robiła znakomite sery, takie, jakich dziś już nigdzie nie można dostać. A babcia Zakrzewska miała wspaniały ogród, po którym Irena buszowała i wyjadała hodowane tam z dużą pieczołowitością warzywa i owoce. Podobno szczególnie upatrzyła sobie jeżyny i młode marchewki. Ale w jej buzi znikało wszystko, łącznie z cebulą.
Jakimś cudem w małej i chudej dziewczynce mieściły się kilogramy pochłanianej zieleniny. Ale jak sama przyznawała, babcia musiała przed nią wręcz chować młodą kapustę, bo inaczej nie miałaby z czego ugotować kapuśniaku.
Kilka lat później ogródek uratował życie Ireny i jej matki. W czasie wojny nie przeżyłyby bez babcinych zapasów.
Co ciekawe, o ile Irena znakomicie pamięta babcie, o tyle wspomnienie dziadków przybladło. Z dziecięcych wspomnień pozostały zaledwie wizyty w oborze i wspólne doglądanie cieląt. Może stało się tak dlatego, że w tamtych czasach istniał ścisły podział ról: mężczyźni pracowali w polu, a kobiety w obejściu i jednocześnie zajmowały się dziećmi. Pewnie dlatego obraz babć zachował się tak wyraźnie. Po prostu dziewczynka spędzała z nimi większość dnia.
A jak wyglądał jej zwykły dzień? Jak to na wsi: olbrzymia obora i mała Irenka niesie, a właściwie ciągnie za sobą wiadro, próbując dogonić idącą przed nią starszą kobietę. Później babcia siadała na zydlu i zaczynała doić krowy.
- Codziennie rano szłyśmy do obory, babka z wiadrem, a ja z dużym kubkiem. Ciepłe mleko "prosto od krowy" to był smak mojego dzieciństwa10 - opowiadała po latach.
Irena jednym haustem wypijała spieniony tłusty napój. Podobno był tak sycący, że czasem rezygnowała ze śniadania lub kolacji, w zależności od tego, czy towarzyszyła przy porannym, czy wieczornym udoju. Wspominając tamte czasy, podkreśla, że mleko wzmocniło jej organizm i uchroniło w młodości od wielu chorób. Sprawiło, że stała się silnym i zdrowym dzieckiem.
Wczesne dzieciństwo było jedynym w jej życiu czasem absolutnej beztroski i zabawy. Gdy mieszkała w Papowie, była jeszcze za mała, żeby pomagać przy pracy w polu i obejściu, miała więc dużo czasu na psoty. A jak sama przyznaje, nie była najbardziej posłusznym i karnym dzieckiem. Charakterek, który zaczął się wtedy wykuwać, pozostał jej na całe życie i później powodował różne kłopoty.
Mimo pouczeń, że zboża nie wolno deptać, uwielbiała w nim buszować. A złote kłosy w Papowie widać było po horyzont. Co ją tam ciągnęło? Jak twierdzi: to, że zboże pachniało odurzająco i szumiało tajemniczo.
- Nie mogłam się oprzeć. Zanurzałam się w tym zapachu, kłosach, ich szumie, świecie kąkoli, maków, chabrów... Jak w bajce...11 - opowiadała, rozmawiając z dziennikarką o dzieciństwie.
Jak wynika z rodzinnych wspomnień, bywało, że Irenka, odurzona zapachem zboża i polnych kwiatów, zapominała o bożym świecie i zapuszczała się tak daleko, że gubiła drogę. Rodzice i sąsiedzi musieli szukać niesfornej dziewczynki. I choć w domu słyszała wyrzuty, jakie to z niej nieposłuszne dziecko, to nie potrafiła oprzeć się pokusie i znów właziła w zboże.
Choć sielskie życie wydawało się jej idealne, rodzice radzili sobie nieco gorzej. W końcu, z nadzieją na lepsze zarobki, podjęli decyzję o przeprowadzce. Wybór padł na Solec Kujawski, miasto odległe o niespełna pięćdziesiąt kilometrów od Papowa.
Dlaczego Wiśniewscy zdecydowali się przenieść akurat tam? Solec leżał nad Wisłą, więc ojciec Ireny mógł łatwiej znaleźć pracę. W większym mieście również mama, jako krawcowa, mogła liczyć na lepszych klientów i więcej zamówień, a więc w konsekwencji na lepsze zarobki.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
7 N. Terentiew, Zwierzenia kontrolowane, Prószyński i S-ka, Warszawa 2004, s. 78.
8 Irena Santor, Przeboje pana Stanisława, Polskie Nagrania Muza, 1982.
9 M. Chełminiak, U. Guźlecka, Powrócisz tu..., Wydawnictwo Pejzaż, Bydgoszcz 2017, s. 43.
10 A. Sułkowska, Zatęskni? Powróci?, "Przyjaciółka" 28.03.1991.
11 H. Halek, Nie mam czasu czekać, "Sens" 1.02.2015.