Ion - Eurypides

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ION

HERMES.

Atlas, który potężnie spiżowymi bary Niebiosa podtrzymuje, ten przybytek stary Niebianów, z jedną z bogiń spłodził córkę Maję, Zeusowi najwyższemu ta znowu mnie daje, Hermesa, sługę bogów. Zjawiłem się ninie W delfickiej tej dzierżawie, gdzie w ziemi średzinie Króluje Feb i ludziom słowo głosi wieszcze I o tem, co jest dzisiaj, i co będzie jeszcze. Jest w Grecyi ród niepłony, któremu nadano Od Pallas złotodzidej uroczyste miano. Tam Fojbos gwałt był zadał Erechteja córze, Kreuzie, w onem miejscu, gdzie północne wzgórze Pallady wznosi skały swe w ateńskiej ziemi, Przez władców niw ateńskich nazwane "Długiemi". Przed ojcem tając sprawę, bo tak się widziało Fojbowi, płód nosiła w żywocie i cało Powiwszy syna w domu, do skalnej go jamy Zaniosła, ta Kreuza, do groty tej samej, Gdzie z bogiem obcowała - na śmierć go zamyka Do pięknie plecionego, krągłego koszyka, Dbająca też, by uczcić pamięć ziemioroda, Praojca Erechteja: jemu bowiem doda, Tak było, córka Zeusa dla obrony ciała Dwa węże, jako stróżów, kiedy go oddała Na wychowanie córkom Agrauli. Stąd idzie

Obyczaj, co każdemu dziś Erechteidzie Jest święty, że się dzieci tego rodu chowa Śród wężów, kutych w złocie. I dziewica owa Zawiesi swemu dziecku strój ten szczerozłoty, Co niby miało umrzeć pośród skalnej groty. I wtedy mnie brat Fojbos przywoła i powie: Idź, bracie, między ludzi ziemiorodnych mrowie, Do słynnych podąż Aten - znasz ten gród bogini - I dziecię razem z koszem zabrawszy z jaskini, Do Delfów mi je przynieś, do wyroczni mojej I złóż je tuż u progu świątynnych podwoi. Zaś resztę - bo wiedz o tem, że to me pacholę - Sam sprawię. Wypełniając Loksyasza wolę. Poszedłem i, zabrawszy ów koszyk z wikliny, Przyniosłem je ze sobą i tejże godziny Na schodach go świątynnych złożywszy, wypukłe Do góry-m podniósł wieko, ażeby tę kukłę Odsłonić niemowlęcą. A gdy na niebiosa Zatoczył się z poranku rydwan Heliosa. Kapłanka, która właśnie wchodziła w przybytek, Spostrzegła ono dziecię i umysł jej wszytek Oburzył się na czelny występek: mniemała, Że snać jakaś delficka dziewczyna zuchwała Nie zlękła się owocu miłości ukrytej Podrzucić pod próg boży. Za świątynne płyty Usunąć chciała znajdka, lecz ją litość zmoże I bóg się też zatroszczył, by to dziecię boże Tak marnie nie zginęło. Nie mając pojęcia, Że Fojbos jego ojcem i kto jest dziecięcia Macierzą, do swojego zabrała je domu Na wychowanie. Chłopiec nie wie także, komu Zawdzięczyć ma swe życie. Dzieckiem u ołtarzy

Zabawiał się żywiących, teraz zaś włodarzy, Zmężniawszy, skarbcem boga, straż nad wszystkiem czyni Z ramienia Delfijczyków i zbożny w świątyni Prowadzi odtąd żywot. Zaś matka młodziana, Kreoza, wyszła za mąż, Ksutosowi dana Z powodu następnego: W wojennej zawiei, Co spadła na Ateny i na lud Eubei, Na plemię Chalkodona, miał udział i, w boju Odważnie się sprawiwszy, wziął w nagrodę znoju Kreuzę, choć człek obcy, Achejczyk, Ajola, Zeusowego syna latorośl... Lecz dola Obcego niewesoła: dotąd są bezdzietni. W nadziei, że im życie potomstwem uświetni Apollon, przyszli dzisiaj do jego wyroczni, Loksyasz sam kieruje sprawą, najwidoczniej Dziecięcia swego pomny. Gdy się Ksutos zjawi W świątnicy, on go chłopcem swym pobłogosławi, Wmawiając weń, że jego to jest syn. W ten sposób Kreuza doń się przyzna, wobec innych osób W ukryciu pozostanie miłość Loksyasza, A chłopiec dojdzie praw swych. I Hellada wasza Zwać będzie go łonem, władcą, który kraje Azyjskie wam osiedli... Ale teraz w gaje Odejdę wawrzynowe, zaczekam, jak dalej Rozwinie los się chłopca i jak się ustali. Lecz oto sam on idzie, Loksyasza plemię. Ażeby przed świątynią pozamiatać ziemię Gałęźmi laurowemi... A nazwa Iona Przezemnie z bóstw pierwszego jest dziś wymieniona. Znika.

Wchodzi

ION.

Oto promienny wóz słońca, W cztery zaprzężon konie, Nad ziemią blaskami już płonie I, siejąc światłem bez końca, Spędza rój gwiazd W mroczne, głębokie świętej Nocy tonie. Parnasu strzeliste wierzchoły Goreją w ognistej koronie I głoszą śmiertelnym wieść, Że już wesoły Zbudził się dzień, Ich włast. Suszonej mirry wonie Poczęły kłębami się nieść Pod Fojba świątynny sklep. Już na trójnogu, pełna świętych tchnień, Delficka boża prorokini siada, Ażeby z ust jej słyszała Hellada, Jakie jej płyną wróżby Od Apollona, z nieb. Dalej, Delfowie, których do swej służby Ma Feb: Coprędzej idźcie, dalej, Do srebrnych źródlisk Kastalji I, wykąpawszy się w ich czystej fali, Powróćcie wraz do świątyni! I niech się wszędy zbożny spokój czyni. A kiedy usta się wasze otworzą, Niechże jedynie Zbawienna z nich wieszczba płynie

Dla tych, co po bożą Radę tu przyszli. Ja zaś, jak zwykle, mam w myśli Spełnić, co spełniam od młodu: Gałęźmi wawrzynowemi Czysto zamiotę u wchodu Kościół Fojbosa. Jest rosa Źródlanej wody, jej dżdżami Zroszę Pył ziemi I tak naciągnę i spłoszę Ptactwo, co plami Nabożne, wokół ustawione datki. Sierota-ć jestem bez ojca i matki, Więc spełniam służbę w tej świątyni Foba, Która mnie wychowała I dotąd nie skąpi chleba,

*

Hej, sługo ty moja wspaniała,

Gałęzi wawrzynu święta,

Ledwie zerwana, świeża,

Co czyścisz świątynne przeddźwierza

Fojbowe!

Z bożegoś gaju uszczknięta,

Gdzie źródło wiecznie młode

Śle swą przeczystą wodę

I skrapia święcone liście

Mirtowe!

Tobą ja co dnia,

Gdy się ogniścieUnosi słońca pochodnia,

Przybytek czyszczę,

W którym bożyszcze

Ma swe godziwe mieszkanie!

Pajanie, o Pajanie!

Błogosławiony, bądź błogosławiony

Ty boży synu Latony!

O, trud-ci ja spełniam niepłony W twojej gontynie, Fojbosie! Twą świętą czcząc wyrocznię, Nigdy ma służba nie spocznie Dla ciebie! Zaszczyt jest wielki w mym losie, Że nie dla ludzi się trudzę, A jeno na wysłudze U nieśmiertelnych ma ręka. O, Febie, Tyś ojcem dla mnie I ma podzięka Wielbić cię będzie niekłamnie: Ojcem mi wszytek Twój jest przybytek, On mi za wszystko dziś stanie! Pajanie, o Pajanie, Błogosławiony, bądź błogosławiony, Ty, boży synu Latony!

*

Ale już dalej Gałęźmi wawrzynowemi Zamiatać ziemi

Nie będę: Ku drugiej się wezmę robocie, Z naczyń, kowanych w złocie, Skropię jej grzędę Kroplami rosy, Czerpanych z źródlisk Kastalji. Czysty-ć ja z łoża Powstałem, Więc zrosić ziemię tę mogę Źródlanej rosy Kryształem. Oby ma służba boża Trwała do końca. A jeśli na inną drogę Spędzą mnie losy, Niechże mi gwiazda Świeci szczęśliwa! Ach! ach! Razem z blaskami słońca Ptaków gromada Rzuca swe gniazda, Na stromym uwite Parnasie: Niech mi czerń wasza nie spada Na ten świątynny gmach! A zasię wam, a zasię Do pozłocistych ścian! Pod ręką moja cięciwa! Pocisk gotowy! Nie ujdziesz niechybnych ran, Padniesz u moich stóp, Drapieżny gończe Zeusowy, Którego ostry zakrzywiony dziób

Wszelakie ptactwo zwycięża!... Oto do naszych ołtarzy Łabędź się waży! Jeśli od mego nie chcesz paść oręża, Skieruj na inne tropy Purpurą błyszczące stopy! Twojego śpiewu władza, Choć z Fojba lutnią się zgadza, Od strzał się mych nie uchroni! Przeto ku stawu delijskiego toni Skieruj-że lot, Bo cię dosięgnie mój grot I twój cudowny śpiew Stłumi, zaleje krew!... Hej! hej! Jakiż to znowu przelatuje ptak? Azali dla dziatwy swej Ze słomy gniazdo uczyni Tu pod okapem świątyni? Zwróć się na inny szlak, Śród innych szybuj dróg, Bo cię dosięgnie mój łuk! Chowaj-że swoje pisklęta Gdzie fala Alfeja święta, Lub ujdź w istmijski bór! Święty jest Fojba mur, Wystawa darów święta, Nie wolno ich kalać nikomu! Przecież się straszę Nastawać z łukiem na to życie wasze, Gdyż do bożego domu Znosicie wieści boże,

Owe dla ludzi Wróżby. Ale się pilnie przyłożę Do świętej Fojbowej służby I nic mnie, nic nie utrudzi, Nic nie oddzieli Od moich cnych żywicieli!

PIERWSZE PÓŁCHÓRU niewiast ateńskich, służebnic Kreuzy.

A więc nie tylko w Atenach Strzelają świątnic filary, Nie tylko w tem świętem mieście Przyjmuje bóg Zbożne ofiary U dróg: I tu, u syna Latony, Widzą me oczy niewieście Obraz bliźniaczej pary, Blaskami ócz okraszony.

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Patrz! widzisz lernejską żmiję, Jak pod ciosami się wije, Które jej złotą swą kosą Zadaje syn Zeusowy - Przyjrzyj się, luba, tym ciosom!...

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

Widzę. A tutaj ktoś obok Płomienne rzuca pochodnie: To giermek z tkaniny mojej,

Iolaj, on, Co zawsze godnie Szedł w gon Przy boku syna Zeusza - Co z nim się, bywało, znoi, Razem w zapałach nie chłodnie, Razem do walki wyrusza.

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Patrz! na skrzydlatym rumaku Ten jeździec, niszczący do znaku Potęgę strasznej zakały, Ziejącej ogniem dokoła Onej potwory trójciałej.

*

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

Na wszystko zwracam ja oczy! Na tej kamiennej ścianie Okrutne widzę zmaganie - Walka Gigantów się toczy!

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Popatrzcie tu, moje lube!

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

Na Enkeladową zgubę Z tarczą Gorgony się składa!

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

To ona, moja Pallada!

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

A ten płomienny grom, Ten gorejący grot, Co, ręką Zeusa rzucony zdala, Wszystko druzgoce w lot I spala?

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Ognistym jego tchom, Siekącym z niebieskiej góry, Ulegnie Mimas ponury, Na popiół stli się! Strach! A zaś drugiego z groźnych synów ziemi Gałęźmi tyrsu przemógł bluszczowemi, Mierzący doń, Acz niebitewna to broń, Owy nasz Bromios, Bach!

CHÓR.

Pytam cię, stróżu świątyni, Czy nasze białe nogi Mogą przestąpić jej progi? Wstrętu nam nikt nie uczyni?

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.