Prolog
1.
Katowice z tej wysokości i o tej porze wyglądają naprawdę nieźle,
pomyślał, patrząc na rozświetlone w dole rondo i charakterystyczną
sylwetkę Spodka. Z baru na dwudziestym siódmym piętrze rozciągała się
nocna panorama śląskiego miasta, którą oboje się delektowali, siedząc
przy stoliku przy samej szybie. Wrócił myślami do rzeczywistości.
- Więc jeśli chodzi o miłość, można ją mieć w dwóch odsłonach - mówiła
spokojnie, ale jej twarz otoczona burzą loków podskakiwała energicznie.
- Albo na początku jest wielki wybuch, który gaśnie równie gwałtownie,
jak się pojawił, albo mały, delikatnie żarzący się węgielek. Gdy jednak
w miarę trwania kolejnych lat zadbać o ten drugi, to można rozniecić
silny płomień, który będzie się palił całymi latami.
Nie miał żadnych wątpliwości, co chciała mu w ten sposób przekazać. Ten
wybuch, który gwałtownie zniknął, to miał być on, a silny płomień z małego węgla to nikt inny jak jej mąż, z którym ma dwójkę dzieci.
Najchętniej spytałby ją, co w takim razie tutaj robi, ale wtedy wszystko
by zepsuł.
- Napijemy się jeszcze wina?
- Chętnie - uśmiechnęła się, patrząc mu w oczy.
Godnie porzucili temat i rozpoczęli zwyczajną rozmowę, jaką miliony par
prowadzą podczas wspólnych kolacji. On opowiadał anegdoty, próbował ją
rozśmieszyć, a ona przy tych słabszych wyginała usta w uśmiechu, aby nie
sprawić mu przykrości. Wszystko składało się niemal idealnie. On
nazajutrz wylatywał, ale na tę noc miał pokój w hotelu, który znajdował
się w tym samym budynku. Ona z kolei miała wolne, bo jej mąż pojechał na
weekend do wujka, który mieszkał pod Warszawą i jako stary kawaler
wprost przepadał za ich dziećmi. Wyjątkowo udany zbieg okoliczności! A może nie?
Kilka godzin później siedział nago na brzegu łóżka i zdyszany wpatrywał
się w panoramę za oknem, którą rozświetlało wschodzące słońce. Mimo że
spędzili w pokoju hotelowym ponad pięć godzin, nie zmrużyli oka.
Odwrócił się i spojrzał na nią. Leżała na plecach, a na jej skórze
lśniły krople potu. Przeciągnęła się i nakryła prześcieradłem. Dobiegała
czterdziestki, ale miała bardzo seksowne ciało i uważał, że niejedna
młoda miss mogłaby jej pozazdrościć. Wprost tryskała seksapilem,
zwłaszcza teraz, po długich i wyczerpujących zapasach w łóżku.
- Wyglądasz fantastycznie.
- Jasne - parsknęła. - Z czterdziestką na karku i po dwóch porodach. Ale
dziękuję, to miłe. Zawsze byłeś dżentelmenem.
- No, nie zawsze - mrugnął do niej szelmowsko.
- To było po alkoholu, dawno ci wybaczyłam - uśmiechnęła się do swoich
wspomnień.
- Tak się tłumaczą pijacy. Dzisiaj takie seksowne kobiety jak ty określa
się mianem MILF.
- Co? - spytała i roześmiała się perliście, kiedy wytłumaczył jej
angielski skrót.
Wpatrywali się w milczeniu w miejską panoramę, nad którą wychynął
pomarańczowy okrąg. W końcu odezwała się smutno:
- Boję się. Czuję, że to wszystko może się źle skończyć.
- Przestań.
- Dwa dni temu obudziłam się, bo ktoś stał przy moim łóżku - zaczęła. -
Zapaliłam światło i zobaczyłam młodszego. Pytam się go: "Synek, co się
dzieje?". A on zaczął płakać i mówi, że się boi, bo będzie wojna.
- Nie będzie żadnej wojny - machnął ręką, trochę bez przekonania.
- A to, co zrobili w Ukrainie?
- Ukraina nie jest w NATO, to mogli robić, co chcieli.
Wyszedł do łazienki, a gdy wrócił i stanął przed nią, pijąc wodę z butelki, powiedziała:
- Przysięgnij, że to jest nasze ostatnie spotkanie. To dla mnie bardzo
trudne i ważne.
Dlaczego to tak musi wyglądać?, pomyślał z żalem. Dlaczego to
wszystko musi być zawsze takie popieprzone? Czy ja nie mogę mieć
normalnego życia?
Doskonale znał odpowiedź i poczuł, jak zalewa go fala zazdrości o gościa, który zabrał dwójkę swoich dzieci do jakiegoś wujka. Zamiast
tego wyrecytował teatralnie:
Precz z moich oczu!... posłucham od razu,
Precz z mego serca!... i serce posłucha,
Precz z mej pamięci!... nie... tego rozkazu
Moja i twoja pamięć nie posłucha.1
Popatrzyła na niego zaskoczona i roześmiała się, zakrywając dłonią usta.
- Może i wojny nie będzie - odparła, ciągle chichocząc. - Ale koniec
świata nadchodzi wielkimi krokami, skoro były komandos cytuje poezję.
Wiesz chociaż, czyje to?
- Niejaki Adam Mickiewicz, madame - powiedział z uśmiechem i usiadł
obok niej na łóżku, podając jej butelkę z wodą.
Gdy tylko upiła łyk, zobaczyła, że na etykiecie znanego producenta wody
wydrukowano dużymi literami: "WSPIERAMY POWIATOWE BIBLIOTEKI PUBLICZNE",
a pod spodem widniała pierwsza zwrotka wiersza narodowego wieszcza.
- Możesz być spokojna, koniec świata odwołany.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Przysięgnij, że to ostatni raz.
- Przysięgam - jego głos brzmiał matowo.
- Masz jeszcze to zdjęcie? Pamiętasz, w tej ramce?
- Mam - kiwnął głową.
- Wyrzuć je. Zniszcz. Proszę cię.
- Nie - powiedział i delikatnie ściągnął z niej prześcieradło.
Nie protestowała.
Rozdział II
1.
Tego dnia był naprawdę zmęczony. Wyszedł spod prysznica, wycierając się
leniwie ręcznikiem. Z przyjemnością wślizgnął się w swój stary pasiasty
szlafrok. Niech sobie mówią, co chcą, pomyślał, ale za PRL-u to
jednak mieliśmy fantastyczne szlafroki. Prezes partii mającej w kraju
władzę absolutną zaciągnął pasek płaszcza kąpielowego i usiadł w fotelu,
po czym włączył telewizor. Cholera jasna, pomyślał, przez te ciągłe
spiski i zebrania znowu się spóźniłem. Na jednym z kanałów pokazywano
turniej rodeo. Amerykanie z kwadratowymi szczękami i w kowbojskich
kapeluszach próbowali utrzymać się na grzbietach narowistych byków.
Prezes rozejrzał się po pomieszczeniu z niepokojem, ale w tym samym
momencie na fotel wskoczył czarny kształt, zastygając elegancko, by po
chwili ułożyć mu się na kolanach.
- A, tu jesteś - prezes z zadowoleniem zaczął drapać kota za uchem. -
Nigdy nie trzeba cię wołać. Pomyślę o tobie i od razu jesteś. Futrzak
zaczął mruczeć głośno i w tym samym momencie rozległo się pukanie do
drzwi.
- Proszę! - krzyknął prezes, ciągle głaszcząc lśniącą sierść.
W drzwiach ukazała się szczupła i groźna twarz jednego z osobistych
ochroniarzy.
- Panie prezesie. Już jest.
- Dobra, niech poczeka. Dajcie mu jakąś herbatę czy coś. Mężczyzna
kiwnął głową i zamknął delikatnie drzwi. Prezes rozejrzał się i sięgnął
do stolika po szklankę z herbatą. Kotu nie spodobała się ta zmiana
pozycji, zeskoczył z gracją na dywan, położył się pod oknem i zaczął
czyścić swoje lśniące futro. Wiecznie w tych garniturach i tych
piekielnie niewygodnych pantoflach, pomyślał prezes, upijając łyk i masując obolałe kolano. Ale trudno, trzeba się pilnować, odkąd ci
pierdoleni dziennikarze zrobili zdjęcie moim butom, wytartym i zawiązanym byle jak. Powinno się liczyć to, co człowiek ma w głowie,
pomyślał rozgoryczony. Wyłączył telewizor i zawołał:
- Panie Tomku!
W drzwiach znowu ukazała się twarz ochroniarza.
- Dawajcie go - powiedział prezes. Mężczyzna kiwnął głową, znowu zamknął
drzwi, by po dłuższej chwili je otworzyć i wpuścić przodem gościa. Do
pokoju sprężystym krokiem wszedł prezydent.
- Dobry wieczór - uśmiechnął się szeroko.
- Cześć, cześć. Przepraszam, że nie wstaję, ale trochę boli mnie kolano.
Gość kiwnął głową ze zrozumieniem i uścisnął prawicę prezesa. Gospodarz
podniósł nogi i wskazał prezydentowi puf. Mężczyzna przesunął mebel i usiadł obok gospodarza. Nabrał powietrza, ale wyraźnie się wahał.
- Chciałem wrócić jeszcze raz do sprawy tych ekshumacji.
Przewodniczący partii momentalnie przywołał na twarz surową minę.
- Myślałem, że mamy to już przegadane. Coś jest jeszcze niejasne? -
zapytał oschłym tonem.
- Jak najbardziej wszystko jasne, tylko...
- Tylko co?!
- Boję się, że to może jednak wywołać niewspółmierną reakcję strony
rosyjskiej.
- Przestań gadać jak jakiś lewak! - zagrzmiał prezes. - Jesteś
prezydentem wielkiego i potężnego kraju. Nie możemy się bać gównianej
Rosji!
Starszy mężczyzna dostrzegł, że leżący pod oknem kot wyprostował się,
nastawiając uszu. Właściciel zwierzaka zorientował się, że za mocno
podniósł głos, i kontynuował już łagodniej:
- Posłuchaj mnie. Musimy to zrobić, bo tym sposobem pokażemy dobitnie,
kto rządzi w Europie Wschodniej.
- Rozumiem, panie prezesie - zaczął niepewnie prezydent. - Ale w jakiejkolwiek konfrontacji z Rosją nie mamy szans.
- Nie będzie żadnej konfrontacji - prezes machnął ręką.
- Nie jestem taki pewien. Zwłaszcza w kontekście tego, że Ukraina
przestała istnieć.
- Przecież Ukraina nigdy nie była niepodległa. Zresztą sam o tym mówiłeś
w wywiadzie.
- Dobra, mówiłem, bo pan prezes kazał. Ale tak naprawdę...
- Posłuchaj mnie uważnie - przerwał mu prezes, tym razem łagodnym,
ojcowskim tonem. - Musimy to zrobić, bo ten pieprzony Kukiz wchodzi nam
na głowę i ze swoimi narodowcami przejmuje nasz najbardziej skrajny
elektorat, rozumiesz?
Z lekkim uśmiechem spojrzał wyczekująco na prezydenta, który pokiwał w zamyśleniu głową, podziwiając geniusz swojego przełożonego.
- To po pierwsze. A po drugie, o co chodzi? Tchórz cię obleciał? -
spytał prezes.
- Co? Mnie?! - zakrzyknął zbulwersowany prezydent.
- No to bierz się do roboty i nie dyskutuj, bo my tu, na prawicy,
walczymy o godność naszej ojczyzny czynem, a nie słowem.
- Oczywiście - odparł z powagą prezydent.
- Na twoją następną kampanię też nie będę szczędził grosza - zapewnił
chłodno.
Prezydent uśmiechnął się blado, po czym wstał i wyszedł, cicho zamykając
drzwi.
Prezes tylko przymknął oczy, a kot bez przywoływania wskoczył na jego
kolana.
*
Attaché sekcji kulturalnej ambasady Stanów Zjednoczonych siedział
wpatrzony w czubki swoich pantofli wypastowanych na wysoki połysk i stwierdził, że czuje się źle, a powody tego stanu były dwa. Pierwszy to
fakt, że obecnie znajdował się poza budynkiem swojej ambasady. Zawsze
starał się unikać podobnych sytuacji, ponieważ takie chwile kojarzyły mu
się wyjątkowo przykro. Choćby zdarzenie z Bagdadu z lat 90., kiedy to
udał się na kolację skuszony urokiem pewnej pięknej nieznajomej, a skończył w zaszczanej piwnicy z workiem na głowie. Na szczęście
wymieniono go potem na trzech irackich szpiegów i mógł się znowu
spełniać jako attaché kulturalny w innym zakątku globu. Co prawda
znajdował się teraz w siedzibie prezydenta i czuł się tu raczej
bezpiecznie, ale to był jednocześnie drugi powód jego niezadowolenia.
Sam fakt, że musiał tu przyjechać, potwierdzał jego wcześniejsze
odczucia, że sytuacja jest bardzo zła. "Wręcz gówniana", jak by
powiedział jego szef, ambasador USA w Polsce. "Kompletnie przejebane" -
tak z kolei powiedziałby jego prawdziwy szef, dyrektor CIA. Mężczyzna
westchnął i zerknął na zegarek. Prezydent spóźniał się już o ponad
godzinę. Agent był raczej przyzwyczajony do poufnych wizyt w budynku
swojej ambasady, ale podobno obecny lider kraju był wyczulony na tym
punkcie, bo kiedyś sfotografowano go przed domem prezesa jednej z partii
i teraz już donikąd nie jeździł. Wszyscy mieli stawiać się u niego.
Attaché spojrzał w górę, uwalniając pantofle od swojego zamyślonego
wzroku. Po raz setny rozejrzał się po Sali Brunatnej prezydenckiego
pałacu i po raz setny jego wzrok przyciągnął dziwaczny obraz wiszący na
ścianie. Malowidło przedstawiało duży drewniany stół ustawiony na
klepisku wyścielonym słomą. Na rozstawionych wokół blatu pozłacanych
krzesłach siedziały świnie ubrane w garnitury. Na blacie leżały resztki
jakiegoś bliżej nieokreślonego jedzenia, a zwierzęta wyglądały, jakby
kłóciły się i szarpały o jak najlepszą pozycję przy tym dziwacznym
korycie. Agent, jako prosty syn farmera z północnej Nebraski, nie znał
się na malarstwie, ale nawet on zauważał idiotyczne proporcje obrazu,
przydające całości karykaturalnego wyglądu. Attaché kulturalny
przebywał w tym kraju niecały rok i jedyne słowa, których zdążył się
nauczyć, były dość niecenzuralne, dlatego nie był w stanie rozszyfrować
napisu pod obrazem: "Posłowie na Sejm RP". To musi być jakaś sztuczka
psychologiczna, pomyślał. Wieszając ten obraz, chcą zastraszyć
przychodzących tu gości.
Rozmyślania Amerykanina przerwało gwałtowne otwarcie drzwi. Do środka
wszedł prezydent, podszedł szybko do wstającego attaché i uścisnął mu
rękę.
- Dzień dobry - powiedział po angielsku prezydent.
- Dzień dobry, panie prezydencie, dziękuję za spotkanie.
Prezydent wskazał gestem miejsca przy stole i obaj usiedli.
- Przyznam, że jestem szczerze zaskoczony pańską wizytą - zaczął
gospodarz.
- Zostałem wyznaczony przez prezydenta USA do rozmowy z panem. Mam pewne
informacje do przekazania.
- Dlaczego prezydent nie zadzwonił do mnie osobiście?
- To są sprawy wyjątkowej wagi, których najlepiej nie poruszać przez
telefon - odparł.
- Rozumiem, że nie jest pan tak naprawdę odpowiedzialny za kulturę?
Mężczyzna skinął twierdząco głową na znak, że prezydent ma rację. Zawsze
w ambasadach ludzie teoretycznie związani z kulturą byli szpiegami.
Wynikało to z prostego faktu, że kulturę wszyscy mieli w dupie i nie
widzieli żadnego sensu w utrzymywaniu ludzi zajmujących się nią w placówkach reprezentujących swoje państwa za granicą. To również wiele
ułatwiało, bo zawsze było wiadomo, kto jest szpiegiem, a kto nie, a rządy wszystkich państw przymykały na to oko.
Gospodarz uśmiechnął się szeroko i zapytał, zniżając głos do szeptu:
- Jest pan szpiegiem?
- Zgadza się, panie prezydencie.
Zadowolony prezydent uderzył otwartą dłonią w blat stołu, po czym dał
gościowi znak, aby chwilę poczekał, i zniknął za drzwiami. Po minucie
wrócił do sali, postawił na stole dwie szklaneczki z bursztynowym
płynem, zamknął drzwi i usiadł naprzeciw Amerykanina.
- Jack Daniel's. Z kukurydzy, tak jak lubicie.
Stuknęli się brzegami szklanek i natychmiast je opróżnili.
Gościu jest całkiem sympatyczny, pomyślał szpieg.
- Proszę mówić - zachęcił prezydent. - Być może potwierdzi pan moje
obawy.
- Rosjanie zmienili nazwy swoich okręgów wojskowych przy waszej
wschodniej granicy. Teraz każdy okręg nazywa się frontem.
- Czyli szykują się do wojny - skonstatował młodszy z mężczyzn.
Agent milczał wymownie i upił łyk bursztynowego płynu.
- Ale to przecież idiotyczne - zaoponował prezydent. - W ten sposób
uprzedzają swoich wrogów.
- To Rosjanie - gość wzruszył ramionami. - Biez wodki nie razbieriosz!
Poza tym nasze zdjęcia jasno pokazały, że rosyjskie siły dokonują
przegrupowania. Ich liczebność wzrosła trzykrotnie w Obwodzie
Kaliningradzkim i pięciokrotnie przy zachodniej granicy dawnej Ukrainy.
Prezydent spojrzał w pustą szklankę, najwyraźniej żałując, że w środku
nie ma już whisky.
- Wiadomość od mojego prezydenta jest bardzo zwięzła. Nie róbcie nic,
totalnie nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób sprowokować Rosjan. Oni
tylko na to czekają - powiedział agent.
Prezydent zrobił stropioną minę, odstawił szklankę i wypowiedział tylko
dwa słowa. Przez rok pracy ambasadzie w Warszawie George Thompson poznał
te słowa bardzo dobrze i wiedział, że mogą oddawać dowolne emocje.
Strach, miłość, wściekłość, nienawiść, przyjaźń, smutek lub radość.
- Kurwa mać.
*
Przy stole sali konferencyjnej w budynku przy Nowogrodzkiej w Warszawie
siedzieli prezes i przewodniczący Komitetu Wykonawczego, a po prawej
stronie prezesa miejsce zajmował minister obrony narodowej. Wszyscy
nieruchomo wpatrywali się w ekran telewizora. Kanał TVP Info właśnie
pokazywał robotników w czerwonych kombinezonach, którzy - używając
specjalnych lin oraz niewielkich dźwigów - wyciągali z wnętrza ziemi
resztki zbutwiałych trumien.
- Proszę państwa, to, co teraz oglądamy, to masowa ekshumacja
braniewskiego cmentarza - rozległ się głos telewizyjnej spikerki. -
Akcji takich jak ta obecnie odbywa się w całym kraju około
pięćdziesięciu. Jest z nami historyk, pan Andrzej Ziomecki. Panie
Andrzeju, czy może pan opowiedzieć trochę więcej o tym miejscu?
Relacja z ekshumacji zajmowała teraz jedynie pół ekranu, na drugiej
połowie ukazała się twarz pana po siedemdziesiątce.
- Dzień dobry pani, dzień dobry państwu. Pani redaktor, cmentarz
żołnierzy Armii Czerwonej w Braniewie jest praktycznie największym tego
typu obiektem nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie Zachodniej.
- Ilu poległych zostało tam pochowanych? - spytała dziennikarka.
- Z bardzo udokumentowanych badań wynika, że przeszło trzydzieści
tysięcy.
- Jak by pan nazwał to, co teraz się tam dzieje?
- Niewyobrażalne wprost barbarzyństwo - odparł zbulwersowany historyk, a siedzący w gabinecie prezes prychnął z pogardą. - Nie wiem, jakim
człowiekiem trzeba być, żeby zakłócać spokój zmarłych. To jest przecież...
- Przepraszam, muszę panu na chwilę przerwać - dziennikarka dotknęła
słuchawki tkwiącej w uchu. - Mamy informację, że na miejscu dochodzi do
zamieszek.
Ujęcie z kamery zmieniło się i ponownie zajęło cały ekran. Tym razem
pokazano bramę cmentarza, z której próbowała wyjechać półciężarówka.
Drogę zagrodzili jej młodzi ludzie trzymający w rękach polskie flagi
oraz sztandary z wymalowanym krzyżem celtyckim i znakiem ONR. "Raz
sier-pem, raz mło-tem, czer-wo-ną ho-ło-tę", skandowali młodzieńcy.
- Jak państwo widzą, grupa młodych ludzi zagrodziła drogę ciężarówce
wywożącej zwłoki. Na miejscu jest już policja.
Do mężczyzn z flagami podeszło dwóch policjantów, coś mówili, ale
momentalnie rozległy się gwizdy. W końcu wszyscy młodzieńcy zaczęli
podskakiwać, skandując rytmicznie: "Kto nie ska-cze, ten czer-wo-ny,
hej, hej hej!". Z tyłu ciężarówki rozległ się jakiś harmider, tłum
zafalował, reporter trzymający kamerę szybko podbiegł i zaczął filmować
zamieszanie. Okazało się, że kilku młodych ludzi w glanach, obcisłych
spodniach i kurtkach bomberkach z naszytym na plecach olbrzymim
szczerbcem otworzyło tylne drzwi ciężarówki i wysunęło jedną z trumien.
Zbutwiałe drewno huknęło o ziemię, rozlatując się całkiem, a spod
rozbitych desek wysunęła się dłoń szkieletu okolona poczerniałym
mankietem munduru. Jeden ze skandujących rozkraczył nogi, rozpiął
rozporek i zaczął sikać na zwłoki. Tłum zawył z zachwytu i zaczął
wiwatować, głośno klaszcząc. Sikający został od razu schwytany przez
policję, obezwładniony i skuty kajdankami. Operator odwrócił się i zaczął filmować nadchodzących tyralierą policjantów uzbrojonych w tarcze
i pałki. Tłum ponownie zawył i zaczął skandować: "Ges-ta-po, Ges-ta-po,
Ges-ta-po!".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2.
Rosyjski transporter opancerzony zakołysał się gwałtownie na większej
nierówności. Siedzący na dachu masywnego pojazdu major Bykow złapał się
mocniej uchwytu, aby nie spaść na ziemię. Zadowolony, że wreszcie
wszystko się skończyło, analizował kampanię, która okazała się niezbyt
trudna. Ponad dwadzieścia lat rycia rosyjskiej agentury osłabiło Ukrainę
na tyle, że nie była w stanie wystawić przeciw wrogowi skutecznej armii.
Kilku jego kolegów poległo, byli rzecz jasna i ranni, ale mimo wszystko
Bykow stwierdził, że nie mogło się to równać z piekłem pierwszej i drugiej wojny czeczeńskiej.
- Dawajcie następny! - krzyknął, gdy zatrzymali się przy kolejnym
słupku.
Major zeskoczył na ziemię, a z górnych włazów transportera wypełzli
kolejni żołnierze. Ten odcinek granicy między Polską a dawną Ukrainą
przebiegał w bieszczadzkich lasach. Linię graniczną oznaczały wbite w ziemię kamienie, tak zwane monolity. W odległości dwóch i pół metra od
nich zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej stały słupki. Po
zachodniej biało-czerwone, a te po wschodniej w barwach
niebiesko-żółtych. Monolity zostały ustawione nieregularnie, według
zasady, że stojąc przy jednym granicznym słupku, trzeba było widzieć z nim sąsiadujące, co ułatwiało pracę pograniczników.
Akurat te znajdowały się na szczycie niewielkiego pagórka. Rozpościerał
się z niego malowniczy widok na pasmo Bieszczad, którego lasy
połyskiwały w późnym sierpniowym słońcu.
Szeregowy Gawriłow wyciągnął z transportera stalową linkę i wsunął pętlę
na szczyt ukraińskiego słupka granicznego. Drugi koniec przyczepił do
haka holowniczego samochodu. Walnął pięścią w tył pojazdu, wydech plunął
spalinami i rosyjski BTR ruszył powoli, wyciągając z łatwością pal wraz
z betonowym fundamentem, który obrastała niewysoka trawa.
Gdy szeregowy zaczął sprawnie ściągać linkę, po drugiej stronie
zobaczyli dwóch polskich pograniczników. Stali ledwie metr od swojego
słupka, znajdowali się więc na terytorium Polski, ale od rosyjskich
żołnierzy dzieliło ich niecałe dziesięć metrów.
- Czołem, chłopaki! - wydarł się szeregowy Gawriłow. - Na wasze słupki
też przyjdzie czas! Najlepiej będzie, jak sami je usuniecie! Mniej
roboty dla nas!
Major od razu wyczuł ostrą woń alkoholu i skrzywił się. Miał nadzieję,
że może Polacy nie znają rosyjskiego, ale... W odpowiedzi jeden z pograniczników, blondyn o miłej aparycji, uśmiechnął się szeroko i krzyknął nienaganną ruszczyzną:
- Zapraszamy! Tylko onuce sobie wypierz, bo smród taki, że nawet z tej
odległości w oczy szczypie!
Szeregowy Gawriłow zawył i nim major zdążył cokolwiek powiedzieć,
ściągnął swojego kałasznikowa, odbezpieczył i celując w górę, zaczął
strzelać ciągłą serią. Zarówno Polacy, jak i Rosjanie, zdezorientowani
sytuacją, padli na ziemię. Jedynymi stojącymi byli strzelający szeregowy
i major Bykow, który odczekał cierpliwie, aż żołnierzowi skończy się
amunicja. Wtedy podszedł do niego i zwalczył przemożną chęć strzelenia
tamtemu w mordę, w końcu nie wypadało mu jako majorowi. Dlatego skinął
na sierżanta, który zerwał się na równe nogi i podbiegł.
- Gawriłow! - wydarł się podoficer i zdzielił szeregowego pięścią w twarz.
Żołnierz zatoczył się, stracił równowagę i klapnął boleśnie tyłkiem na
obalony ukraiński słupek.
- Jak jeszcze raz zobaczę, że marnujesz amunicję - wycedził major - to
dostaniesz tydzień katałażki. Zrozumiano?!
- Tak jest!
Szeregowy dźwignął się, wycierając usta z krwi. Polscy strażnicy
graniczni ruszyli w dół zboczem, a uprzejmy blondyn nie odmówił sobie
użycia na odchodnym środkowego palca, wystawionego w międzynarodowym
geście.
- Pan major wybaczy - powiedział szeregowy, obserwując Polaków. - Ale ja
bym się nie zatrzymywał. Od razu z rozpędu i tę pieprzoną Polskę bym
zrównał z ziemią.
Major w milczeniu obserwował, jak z transportera opancerzonego dwóch
żołnierzy wyciąga wysoki, zielono-czerwony słupek zakończony dwugłowym
orłem, godłem Rosji. Podeszli do wyrwy w ziemi, która została po
ukraińskim słupku, i w tym miejscu położyli rosyjski obelisk. Miał tu
przeleżeć kilka godzin, dopóki idące za nimi wojska inżynieryjne nie
osadzą go w betonie.
- Uważajcie, o czym marzycie, szeregowy - mruknął major Bykow ponuro. -
Bo jeszcze się spełni.
Rozdział I
1.
Z okien gabinetu w północno-zachodnim skrzydle kremlowskiego Pałacu
Senackiego można było podziwiać plac Czerwony i widniejący w oddali
charakterystyczny budynek Państwowego Muzeum Historycznego. Przywódca
Rosji westchnął i odwrócił twarz od okna.
Założę się, że jego skarpetki są więcej warte niż mój kostium z amerykańskiej sieciówki, pomyślała siedząca naprzeciwko prezydenta
Rosji kanclerz, taksując wzrokiem strój mężczyzny.
- Uważam, że to było zbyt radykalne - przerwał panującą ciszę prezydent
Francji.
Choć mało kto o tym wiedział, cała trójka mogła darować sobie obecność
tłumacza, ponieważ przywódca Rosji doskonale znał angielski, co jednak
skrzętnie ukrywał pod płaszczykiem niechęci do amerykańskich
"imperialistów".
- Ale co takiego? - zapytał.
- Przesadziłeś - odpowiedział Francuz. - Ukraina nie należy do ciebie.
To jest - szukał przez chwilę odpowiedniego słowa - niepodległe państwo.
Prezydent Rosji uśmiechnął się zimno, gasząc zapędy łysiejącego
mężczyzny. Popatrzył uważnie na prezydenta Francji, który pierwszy nie
wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Po chwili sam mu zawtórował, a potem
również kanclerz Niemiec, znana ze swej powściągliwości, zaczęła się
śmiać, po dziewczęcemu zakrywając usta dłonią.
- Masz ze mną źle? - odezwał się w końcu. - To moi chłopcy polegli, aby
zakończyć to gówno w Syrii i zatrzymać pochód tego brudu, który zasyfił
waszą wspaniałą Europę Zachodnią. Żaden żołnierz francuski nie stracił
życia!
Mężczyzna milczał, najwyraźniej nie mając dobrej odpowiedzi na wywód
Rosjanina, który zwrócił się do kanclerz Niemiec:
- A co było, kiedy chcieliście odesłać przeszło pół miliona nielegalnych
imigrantów z Niemiec? Kto pomógł i wziął całą winę na siebie?
Kobieta spuściła głowę, zagłębiając się w myślach. Kiedy Niemcy chcieli
wywieźć nielegalnych imigrantów pociągami z Europy, w świecie rozległ
się wrzask, że Szwaby już raz wozili ludzi pociągami. Wtedy prezydent
Rosji namówił Węgry, aby wzięły na siebie odpowiedzialność za
imigrantów, jako że ci najpierw trafili na terytorium Unii właśnie do
kraju Ferenca Molnára. Stamtąd rosyjskie wojska ewakuowały ich do
Afryki. Rzecz jasna cała międzynarodowa światła opinia publiczna jeszcze
raz podniosła larum, że ludzi uciekających przed wojną i prześladowaniami odsyła się tam, gdzie znów będą cierpieć biedę. Jednak
te protesty spotkały się z niewielkim poparciem ludzi Zachodu,
zmęczonych tematem uchodźców. Oczywiście wszyscy obarczali winą
prezydenta Rosji. Niemcy wyszły z całej sytuacji obronną ręką. On też
czasem myślał o uchodźcach, którzy tłumnie przybywali do Europy,
wywołując duże zamieszanie. To właśnie na rozkaz prezydenta dowódcy
rosyjskich służb specjalnych uknuli perfekcyjny plan, którego pierwszym
punktem miało być rozpętanie "arabskiej wiosny". Za każdym razem, gdy
zachodnie media mówiły o "spontanicznym buncie, wywołanym przez
egipskich generałów", prezydent Rosji wprost pękał ze śmiechu. Druga
część planu zakładała wywołanie w Syrii długiego i wyniszczającego
konfliktu, który spowodował, że miliony osób szukały schronienia w Europie. Następnie agenci Kremla ofiarowali szefom pograniczników z Grecji i Włoch gigantyczne łapówki po to, aby rzeka przerażonych ludzi z Bliskiego Wschodu mogła bez przeszkód rozlać się na całą Europę
Zachodnią. Ostatni punkt to także pieniądze, błaha rzecz, pomyślał
mężczyzna. Szeroki ich strumień skierował ku francuskiej prawicy, a następnie do tego karierowicza z Anglii, który doprowadził do brexitu, i już, chaos w Unii gotowy!
Niegdyś prezydent Rosji podziwiał Niccola Machiavellego. Teraz już nie.
Teraz uważał, że jest od florenckiego dyplomaty znacznie lepszy.
Westchnął, sięgnął do niewielkiej szafki stojącej koło biurka. Wyciągnął
karafkę i trzy kieliszki. Rozlał w milczeniu wódkę i wzniósł swój
kieliszek. Przywódcy Niemiec i Francji zrobili to samo i wszyscy wypili.
- Nie możemy mówić tego co zawsze? - zapytał, zamykając drzwi
eleganckiego mebla. - W Ukrainie nie ma żadnych wojsk rosyjskich. To
oddziały Ukraińców, którzy nie chcą ze swojego kraju zrobić
amerykańskiego laboratorium. Chcą niepodległej Ukrainy. A ja, jako
prezydent sąsiedniego, bratniego narodu, szanuję ich dążenia.
- No błagam. Wiesz, który mamy rok? - prezydent Francji zdjął na chwilę
okulary, aby je przetrzeć. - Każdy ma w telefonie aparat. W internecie
jest pełno zdjęć waszego wojska.
- Panie prezydencie - odezwała się kanclerz Niemiec. - Musimy coś
powiedzieć ludziom, żeby zadbać o poparcie dla nas. Ja nie decyduję o wynikach wyborów do Reichstagu.
- Wielka szkoda. Może mi pani wierzyć, że to wiele ułatwia - Władimir
roześmiał się cicho. - Rosja to kraj, który najbardziej na świecie
miłuje pokój. Ale jeśli zostaniemy sprowokowani...
Przywódcy Francji i Niemiec patrzyli wyczekująco na prezydenta Rosji,
ale zorientowali się, że ten nie ma już nic więcej do powiedzenia.
Francuz westchnął ciężko i spojrzał na panią kanclerz, która zrozumiała,
że spotkanie właśnie dobiegło końca, a oni nic nie zyskali. Verdammt!,
zaklęła w duchu przywódczyni Niemiec. Zmarnowaliśmy tyle czasu i niczego nie zyskaliśmy.
Airbus A330 sunął po zalanym deszczem pasie startowym moskiewskiego
lotniska Wnukowo. Po osiągnięciu prędkości startowej lotki statecznika
poziomego zmieniły położenie i samolot oderwał się od ziemi.
Gdy tylko kanclerz poczuła, że odrzutowiec znalazł się w powietrzu, i usłyszała wibrujący dźwięk chowanego podwozia, odetchnęła z ulgą. Nie
cierpiała startów i lądowań na rosyjskich lotniskach. Lęk ten
towarzyszył jej od czasu, kiedy kilka lat temu, ze względu na
opóźnienia, jako VIP-a poprowadzono ją przez zaplecze moskiewskiego
lotniska. Do końca życia nie zapomni widoku pijanego pracownika obsługi
naziemnej, który ledwie trzymał się słupa i wymiotował na walizki
przesuwające się po taśmie.
Dodatkowo miała jeszcze świeżo w pamięci tragiczny wypadek prezesa
francuskiego koncernu naftowego Total. Christophe de Margerie, znany w świecie rusofil, gorący orędownik oraz zwolennik prezydenta Rosji,
zginął w jednej sekundzie, kiedy jego odrzutowiec zderzył się na pasie
startowym z pługiem śnieżnym. Zdarzyło się to 20 października, w Dzień
Kontrolera Lotów, kiedy to trzy czwarte lotniskowej obsługi było
kompletnie nawalone.
Samolot w barwach Republiki Francji wzniósł się na wysokość przelotową i stewardesa przyniosła do stolika sztućce oraz świeże pieczywo. Kanclerz
skorzystała z uprzejmości przywódcy Francji i polecieli jego samolotem,
który miał mieć międzylądowanie w Berlinie. Mężczyzna wziął jedną z bułeczek, rozkroił pieczywo, uwalniając ze środka kłęby pary, posmarował
masłem czosnkowym i odezwał się z pełnymi ustami:
- Co myślisz?
- Myślę, że facet naprawdę zrobił się niebezpieczny - odpowiedziała.
- Nie przesadzasz? - prezydent pochłonął szybko drugą połówkę bułki.
- Pytasz mnie o to, wiedząc, że facet właśnie dokonał aneksji
czterdziestopięciomilionowego kraju w środku Europy?
- To nie środek Europy, raczej przedmieścia - skrzywił się lider
Francji. - Coś jak nasze Saint-Denis.
Stewardesa podeszła i postawiła przed nimi talerze z wykwintnym mięsem
polanym sosem, z dodatkiem sałatki i podsmażonych ziemniaków pokrojonych
w kostkę.
- Wspaniale! - nachylił się nad talerzem, wdychając aromat potrawy. -
Policzki cielęce w sosie śmietanowym z szałwią. Musisz spróbować! -
Kanclerz pokręciła niechętnie głową, po wizycie w Pałacu Senackim nie
miała apetytu. Po chwili stewardesa przyniosła butelkę wina i rozlała do
kieliszków.
- Obawiam się, że ta nasza dzisiejsza wizyta to za mało - powiedziała
pani kanclerz.
- Przecież wymusiliśmy na nim deklarację - odparł prezydent Francji,
sięgając po kieliszek.
- Co takiego?
- Powiedział, że nic nie zrobi, dopóki nikt ich nie będzie prowokował.
Pani kanclerz przez chwilę obserwowała, jak prezydent Francji łapczywie
zajada się cielęciną. Przypomniała sobie swojego sąsiada z Templina,
brandenburskiego miasteczka, gdzie spędziła całe dzieciństwo. Sąsiad
nazywał się Klaus Bodner i często opowiadał o wojnie, zwłaszcza o operacji Fall Gelb, w której brał udział, służąc w armii pod
dowództwem generała von Rundstedta. Wspominał, jak bardzo byli
wycieńczeni podczas inwazji na Francję, kiedy to próbowali dogonić
wycofujące się francuskie wojska.
Wyjrzała przez okno. Chmury mocno się przerzedziły, zostawili za sobą
posępną moskiewską pogodę. Zamigotały wody Morza Bałtyckiego, jak na
dłoni były widoczne terytoria Polski, nad którą właśnie przelatywali.
- A Polska? - spytała kanclerz Niemiec.
- Polska jak Polska - odpowiedział Francuz. - To nasza strefa buforowa.
Jeśli Rosja tam wejdzie, to mamy przesrane i dopiero wtedy będziemy się
martwić.
2.
Jacht motorowy ciął jasnobłękitne wody Morza Czerwonego. Stojący na
pomoście nawigacyjnym Roman Gurski wykonał łagodny skręt w lewo i zerknął na umieszczony w desce rozdzielczej wskaźnik temperatury,
którego wskazówka minęła czterdziestkę. Poprawił przyciemniane okulary,
lustrując fale. Przed nim rozpościerała się Zatoka Sueska, a w odległości około dziesięciu kilometrów po prawej stronie majaczyło
zachodnie wybrzeże Półwyspu Synajskiego.
Roman miał trzydzieści dwa lata, był ubrany tylko w jaskrawoczerwone
szorty do pływania. Krótko ostrzyżone włosy oraz wyrzeźbiona i gibka
sylwetka z wyraźnie zarysowanymi mięśniami ramion i brzucha budowały
surowy obraz twardziela. Mógł pić wódkę zmieszaną z whisky do trzeciej
nad ranem, o czwartej wdać się w bójkę z bandą hałaśliwych Angoli przed
dyskoteką Pacha w Szarm el-Szejk, a i tak punktualnie o piątej
trzydzieści zjawiał się na plaży i przebiegał piętnaście kilometrów, by
w ciągu dnia poprawić to półtoragodzinnym treningiem na siłowni. Jednym
słowem był w formie.
Gdy pojawił się gigantycznych rozmiarów cień, Roman zmniejszył obroty
silnika. Jacht zbliżał się do wraku SS Thistlegorm. Długi na ponad sto
dwadzieścia metrów transportowiec, przewożący zaopatrzenie dla armii
brytyjskiej, zakończył tutaj swój rejs pewnej październikowej nocy 1941
roku, kiedy został zaatakowany przez dwa niemieckie bombowce. Atak był
na tyle skuteczny, że statek poszedł na dno, ale jednak nie dość, aby
zniszczyć cały przewożony ładunek, i dlatego teraz SS Thistlegorm był
mekką dla nurków wrakowych. Na pokładzie statku i w jego najbliższym
otoczeniu można było podziwiać wojskowe motocykle, ciężarówki, a nawet
dwie lokomotywy.
Roman zwolnił do dryfu, z zadowoleniem stwierdzając, że dzisiaj na wraku
panuje mały ruch, co i tak oznaczało przeszło dziesięć łodzi cumujących
nad zatopionym kolosem. W okolicy rufy wraku jacht wytracił prędkość do
zera i Roman wcisnął przełącznik zwalniający mechanizm kotwicy
dziobowej. Zerknął do tyłu, na dolny pokład i patrzył, jak jego
pracownik, Ahmed, zrzuca kotwicę rufową, a na odległość trzech metrów od
burty boję z liną, po której mieli się spuszczać nurkowie. Roman
wyłączył silnik i zszedł na dół po wąskich stopniach.
Na rufie, na szerokich kanapach obleczonych beżową skórą siedzieli
ludzie, którzy wynajęli go na dziś, aby ponurkować na SS Thistlegorm.
Obaj mężczyźni dyskretnie spoglądali w prawą stronę, w głąb kabiny, na
dziewczynę Romana, Nadię. Jeśli o samym Romanie można było powiedzieć,
że jest w formie, to Nadia prezentowała hiperformę. Co prawda dziewczyna
miała dopiero dwadzieścia lat, ale i tak nie można było jej odmówić
podręcznikowego wprost piękna. Idealna opalenizna, zgrabna, smukła
figura, pełne piersi oraz brązowe włosy i takie same oczy.
- Dobra, zaczynajmy - powiedział Roman.
Dwóch gości z żonami było typowymi przedstawicielami polskiej klasy
średniej, czyli osiągali zarobki na poziomie dworcowych sprzątaczy
któregoś z państw Europy Zachodniej. Ostatni, grubas, nalegający, aby
mówić do niego "po prostu Wiesiek", grał zdecydowanie w innej lidze. Na
czarnych slipkach, znikających pod pokaźnym brzuchem, miał wyszyte
insygnia Giorgia Armaniego, przewieszona przez ramię saszetka pochodziła
z kolekcji Louisa Vuittona, a na klapkach widniało dumne logo Burberry.
Wszystko to pasuje do jego wyglądu jak pięść do nosa, pomyślał Roman,
pomagając mężczyźnie wcisnąć się w piankę.
- Wie pan, takie geny - powiedział Wiesiek przepraszająco. - U nas w rodzinie wszyscy byli potężni. Pan, widzę, bardziej szczupły, może się
do woli objadać i nic nie robić, co?
Roman uśmiechnął się, kiwając głową, zadowolony, że udało się już
naciągnąć kombinezon na gigantyczne nogi Wieśka. Mocując się z ręką
mężczyzny, zauważył tatuaż na jego torsie i w pierwszej chwili uznał, że
facet wytatuował sobie logo jakiejś firmy. Dopiero po chwili dostrzegł,
że to kotwica Polski Walczącej, a poniżej, zaraz nad sutkiem, widnieje
napis: "Pamiętamy".
Grubas zauważył, że Roman patrzy na rysunek, i dumnie wypiął obwisłą
klatkę.
- Szacunek, co? Co roku spotykam się ze znajomymi i robimy rekonstrukcje
historyczne powstania warszawskiego.
Roman znowu się uśmiechnął i dopiął kombinezon Wieśka, wściekły na
siebie, że tylko szczerzy zęby, zamiast powiedzieć mu, co o tym myśli.
Wychował się w Warszawie i miał wyrobione zdanie o tej całej maskaradzie
związanej z powstaniem. Ciotka, która przeżyła walki w 1944 roku jako
cywilna mieszkanka stolicy, nie mówiła o powstańcach inaczej jak "te
skurwysyny", natomiast największym orędownikiem warszawskiej rebelii był
wujek, który przyjechał do stolicy z Białegostoku i powstanie oglądał
jedynie na zdjęciach. Roman zawsze miał serdecznie dosyć corocznej
kłótni o to, czy powstanie warszawskie było słuszne, czy nie. Stało się
i już.
Po dłuższej chwili i dzięki pomocy Ahmeda oraz Nadii, która, ku
głębokiemu rozczarowaniu mężczyzn, asystowała przy wkładaniu
kombinezonów tylko paniom, wszyscy byli gotowi do zejścia pod wodę.
Teraz obie pary i Wiesiek siedzieli na brzegu tylnej platformy z butlami
na plecach i nogami zanurzonymi w morzu, podczas gdy Ahmed przedstawiał
im plan nurkowania.
Roman wszedł do wnętrza jachtu, gdzie w niewielkim kambuzie wciśniętym
pomiędzy kanapę i urządzenia sterowe uwijała się Nadia, krojąc warzywa
na sałatkę. Po wyglądzie modelki Victoria's Secret to był jej kolejny
atut - umiała świetnie gotować. Roman podszedł do niej, odgarnął jej
długie włosy i pocałował delikatnie za uchem.
- Roman, daj spokój - powiedziała z uśmiechem. - Moje włosy wylądują w sałatce.
- Spokojnie, sałatka schodzi zawsze na końcu. Wszyscy się nawalą i nic
nie zauważą.
Obowiązkowym punktem programu wypadów nurkowych był "rejs o zachodzie
słońca z poczęstunkiem", co oznaczało popijawę na całego i rzyganie za
burtę. Roman za każdym razem za sukces uważał odstawienie do portu
dokładnie tylu adeptów nurkowania, ilu rano zabrał na pokład.
- Długo wam to zajmie? - zapytała dziewczyna.
- Jakieś czterdzieści pięć minut posiedzimy pod wodą, potem niech się
jeszcze nacieszą i obejrzą wrak z góry. Trochę snorkelingu każdemu
dobrze zrobi.
Roman szybko wciągnął na siebie piankę, upewnił się, że zajęta
szykowaniem posiłku Nadia go nie widzi, i wyciągnął z szafki małą
fotografię w srebrnej owalnej ramce, którą schował do wewnętrznej
kieszeni kombinezonu. Ciągle pamiętał dzień, kiedy oprawili to zdjęcie.
Byli w Barcelonie i zapuścili się w wąskie uliczki dzielnicy Gótico. Tam
przypadkowo natknęli się na malutką manufakturę. I osiemdziesięcioletni
właściciel, i jego siedziba wyglądali jak niemal żywcem wyjęci z jednej
z tolkienowskich powieści. Absolutnie wszystko, łącznie z powietrzem,
było w tamtym momencie przesycone romantyzmem.
Ależ to było dawno, pomyślał rozgoryczony Roman. Potem zapiął piankę,
wziął do ręki pas balastowy i rzucił do Nadii:
- Na razie.
Dziewczyna odwróciła się, podeszła do niego i pocałowała namiętnie.
- Kocham cię.
Roman uśmiechnął się, skinął głową i ruszył w stronę otwartego pokładu.
- A ty? Kochasz mnie? - Nadia zatrzymała go pytaniem.
- Oczywiście, że cię kocham. Nad życie - odpowiedział i poszedł na rufę.
Stanął na tylnej platformie i zaczął zakładać kamizelkę nurkową z przymocowaną butlą, dziwiąc się sobie, jak dużo kiedyś znaczyło dla
niego takie wyznanie, a teraz powiedział to tak, jakby mówił o pogodzie.
Kurwa, zaklął w myślach, jeszcze to "nad życie". Jak mogłem coś
takiego palnąć? I przede wszystkim po co?
Po krótkiej chwili wszyscy weszli do wody, napełniwszy kamizelki
powietrzem na tyle, aby unosić się na powierzchni, i podpłynęli do boi z liną opustową. Ahmed udzielił ostatnich instrukcji, spojrzał na Romana,
który skinął przyzwalająco, po czym wszyscy naciągnęli na twarz maski,
wzięli do ust automaty oddechowe i powoli zaczęli schodzić na dół.
Kiedy tylko Roman znalazł się pod powierzchnią, poczuł jak zawsze błogi
spokój. To Morze Czerwone powinno być jednym z siedmiu cudów świata, a nie jakieś posągi i latarnie morskie. Nawet tutaj, w okolicy wraku,
gdzie rafa koralowa nie była szczególnie bogata, i tak robiła bajeczne
wrażenie. Feeria barw egzotycznych ryb oraz fantastyczne formacje
koralowca były widokiem, który nigdy się nie nudził.
Po zejściu na dół, jakieś cztery metry od dna, Ahmed dał znak i wszyscy
wyrównali poziom powietrza w kamizelkach na tyle, aby utrzymywać się na
pożądanej głębokości. Ahmed poprowadził grupę w kierunku wraku, a Roman
został przy linie opustowej zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Co
prawda w tym miejscu ataki rekinów zdarzały się niezwykle rzadko, ale na
wszelki wypadek obserwował grupę, dopóki nie dotarli do wraku i nie
stracił ich z oczu.
Rzucenie kotwicy przy rufie SS Thistlegorm miało jeszcze jedną zaletę.
Rzadko tu cumowano i w okolicy nie było innych ekip nurkowych. Na
wszelki wypadek Roman rozejrzał się, ale nikogo nie dostrzegł. Potem
zerknął na komputer nurkowy umocowany do przegubu dłoni i stwierdził, że
do powrotu ekipy ma jakieś pół godziny. Powinno wystarczyć, pomyślał.
Wypuścił całe powietrze z kamizelki, ciężar butli i pasa balastowego
pociągnął go gwałtownie w dół i po czterech metrach Roman uderzył w dno,
wzbijając tumany mułu i strasząc ryby, które czmychnęły na boki. Wymacał
zgrubienie pod pianką, jeszcze raz dotykając krawędzi fotografii, którą
włożył wcześniej do kieszonki. Potem wyciągnął zza pasa nóż i jednym
ruchem przeciął rurkę automatu oddechowego. Z rozciętego przewodu
momentalnie wystrzelił gwałtowny strumień pęcherzyków powietrza.
Powietrze z butli zaczęło uchodzić w zastraszającym tempie. Roman wypluł
ustnik i cały automat oddechowy, pozbawiony połączenia z butlą, opadł na
muliste dno.
Płuca Romana po latach treningów wytrzymałościowych miały dużą
pojemność, jednak już po trzech minutach przed oczami pokazały mu się
różnokolorowe plamy, a klatka piersiowa zaczęła palić żywym ogniem.
Roman nie poruszył się, nie wykonał żadnego gestu, który mógłby go
unieść ku powierzchni. Umierał.
3.
Danuta Wojnarowicz siedziała w samochodzie z włączonym silnikiem,
pozwalając ogrzewaniu chronić ją przed październikową słotą. Patrzyła
przez przednią szybę na budynek Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony
Roślin i Nasiennictwa w podwarszawskiej Zielonce. Był to typowy, brzydki
urzędniczy kloc z dziwną konstrukcją okien, pokryty żółtą farbą z zielonymi zaciekami. Że też naprawdę trzeba jeździć na to zadupie i załatwiać wszystko osobiście, normalnie Trzeci Świat, pomyślała.
Kątem oka zauważyła, jak ktoś parkuje kilka miejsc dalej. Odwróciła się
w tamtym kierunku i obserwowała, jak z zielonej dziesięcioletniej skody
wysiada starszy pan w tandetnym garniturze. Mężczyzna od razu ruszył w kierunku budynku, trzymając w dłoni wytartą teczkę. To musi być on,
pomyślała Danuta. Wygląda jak urzędnik, zero klasy, zero stylu.
Rozejrzała się po wnętrzu swojego wozu. Wprost uwielbiała porsche
cayenne, lubiła luksus i uważała, że status materialny świadczy o wartości danego człowieka. Ten urzędas na pewno gówno znaczył i dlatego
jeździł gównianym autem. No cóż, a teraz trzeba będzie go ładnie
prosić, co za kurewski system, pomyślała Danuta.
- Czas coś zrobić, żeby trochę zarobić - mruknęła do siebie, zagryzła
wargi, wyłączyła silnik i wysiadła z samochodu.
Weszła do budynku, a ponieważ była tu godzinę temu, bez przeszkód
znalazła drogę do sekretariatu. Kiedy tylko otworzyła drzwi, sekretarka
omiotła ją tym samym pogardliwym spojrzeniem co wcześniej. Właściwie to
nie było to samo spojrzenie, teraz cechowało je więcej nienawiści, bo
sekretarka już przedtem zdążyła się przyjrzeć petentce. Jak zauważyła
Danuta, która niedawno obchodziła trzydzieste piąte urodziny, obie były
w mniej więcej tym samym wieku. Obie miały pospolite, typowo polskie
twarze, pozbawione jakichkolwiek charakterystycznych rysów.
"Pług nie tylko na ziemi odciska swoje piętno", jak mawiała świętej
pamięci ciotka Danuty, komentując chłopskie pochodzenie Polaków. Ale
poza tym ją i sekretarkę różniło wszystko. Dieta, ćwiczenia, elegancja
za grube tysiące, gustownie ułożona fryzura, makijaż i kremy za pięćset
złotych. Oczywiście samym kremom również trzeba pomóc i Danuta przeszła
drobną korektę nosa, tym samym trochę oszukując ciotkowy pług. To
dlatego sekretarka od razu zapałała do niej niechęcią i jak tylko Danuta
zapytała o kierownika, oznajmiła, że "wyszedł, a jak wróci, to będzie,
trzeba se poczekać".
- Czy pan kierownik może już wrócił? - zapytała Danuta z lekkim
uśmiechem.
- Wrócił, ale tak z marszu pani nie przyjmie. To nie fabryka gwoździ -
burknęła sekretarka.
Oczywiście, że to nie fabryka gwoździ, ty mała suko, pomyślała Danuta.
Gdyby to był interes prywatny, to robota aż by furczała, a tak kasę
wypłaca wam budżetówka, więc możecie się do woli opierdalać, mieszając
kawę od rana do wieczora.
- To ja już pozwolę sobie tutaj poczekać - zaszczebiotała, siadając na
krześle pod ścianą.
Po długiej chwili, którą Danuta wykorzystała na sprawdzenie poczty w telefonie, sekretarka w końcu z sapnięciem sięgnęła po słuchawkę.
- Panie kierowniku, jest ta pani.
"Ta" nie zostało wymówione, ale wręcz wyplute na blat biurka. Sekretarka
wysłuchała odpowiedzi i odłożyła słuchawkę, po czym bez słowa wskazała
drzwi niedbałym skinieniem głowy. Danuta wstała i weszła do gabinetu.
Siedzący za biurkiem kierownik od razu podniósł się na jej widok.
Pomieszczenie miało równie podły charakter co sekretarka. Dwa
przepełnione segregatorami oszklone regały, biurko udające antyk, a w kącie uschnięty filodendron. W oknie firanka pożółkła od papierosowego
dymu. Starszy pan pracował kiedyś z jej ojcem w Państwowym Gospodarstwie
Rolnym w Mysiadle. Kierownik potem poszedł na swoje i chciał rozkręcić
własny biznes z kwiatami, ale gówno z tego wyszło. Dlatego teraz jeździ
gównianym samochodem, pomyślała Danuta. Z uśmiechem wyciągnęła rękę i przybrała swój najbardziej uwodzicielski wyraz twarzy.
- Danuta Wojnarowicz, miło mi.
- Przemysław Fornalski, bardzo mi przyjemnie - mężczyzna ucałował
szarmancko rękę Danuty. - Proszę bardzo. Proszę siadać.
Zajęli miejsca naprzeciw siebie, a Fornalski przywołał na twarz
jowialny, radosny uśmiech. Danuta mogła mu się teraz przyjrzeć z bliska.
Mógł mieć około sześćdziesięciu pięciu lat, więc niedługo czekała go
emerytura. Miał znaczną nadwagę, obwisłe policzki były poszatkowane
drobną siecią fioletowych żyłek, co zdradzało skłonności do picia.
- Jak mogę pani pomóc? - zapytał, splatając palce dłoni na brzuchu.
- Panie kierowniku, przede wszystkim dziękuję za poświęcony mi czas.
Naprawdę na gwałt potrzebujemy tego świadectwa fitosanitarnego.
Fornalski zmarszczył krzaczaste brwi, co przydało jego twarzy wyjątkowo
komicznego wyrazu, i wstał zza biurka zaaferowany.
- Ależ oczywiście, już. Jak nazwa firmy?
Podszedł do regałów i odwrócił się pytająco do Danuty, która od razu
odpowiedziała:
- Wojnarowicz Flowers.
Fornalski zaczął gmerać wśród segregatorów, a Danuta zamknęła oczy i zacisnęła zęby w niemej wściekłości. Ten pieprzony stary dziad dobrze
wie, jaka jest nazwa firmy, pomyślała. Wiedziała też, że musi to
wszystko wytrzymać, bo los transportu, który właśnie zmierzał do
zachodniej granicy, był w rękach tego zasranego urzędniczyny w znoszonych łachach. Fornalski przedłużał, jak mógł, wrócił do biurka po
okulary, zdjął dwa segregatory, które okazały się niewłaściwe, by w końcu po kilku minutach położyć na biurku właściwy i odszukać odpowiedni
wpis.
- Mam - powiedział tryumfalnie. - Ale świadectwo zostało wydane,
wszystko tu jest. Transport kwiatów do Rosji. Więc o jaki dokument pani
chodzi?
- Dobrze pan wie, że ostatnio Rosjanie zabronili wwozu naszych kwiatów i teraz ten transport jedzie do Holandii, ale jeśli nie będę miała tego
kwitka, to mogą go zawrócić na granicy. Przecież wymieniłam na ten temat
z pańskim urzędem tonę maili!
Fornalski usiadł ciężko, zatrzasnął segregator i spojrzał Danucie prosto
w oczy.
- Zawsze może pani złożyć skargę. Rozpatrzymy ją w przeciągu miesiąca. A nowe świadectwo jak najbardziej wydamy, ale wedle przepisów mamy na to
siedem dni roboczych od czasu złożenia podania.
Danuta ciągle uśmiechała się promiennie, mając nadzieję, że wyraz jej
twarzy jest odbierany jako szczery. Kierownik dobrze wiedział, że nie ma
czasu, kwiaty bez dokumentów nie zostaną przepuszczone na granicy i zgniją.
- Panie kierowniku, ja tak bardzo pana proszę. - Jej uśmiech teatralnie
zbladł. - Może jednak dałoby się coś zrobić? To wszystko wynikło tak
nagle. Ja kompletnie nie wiem, co mam zrobić.
Danuta grała koncertowo, naprawdę czasem żałowała, że nie poszła na
aktorstwo, mogłaby zrobić wspaniałą karierę. Po jej policzku stoczyła
się łza, którą natychmiast otarła. Odwróciła głowę w bok.
- Niechże pani nie płacze - westchnął Fornalski. - Ja naprawdę nie mogę
patrzeć na łzy pięknej kobiety.
Ponownie otworzył segregator i założył okulary.
- Zobaczmy... Piętnaście ciężarówek, w każdej pięćdziesiąt tysięcy róż.
Łącznie zadeklarowaliście, że towar wart jest przeszło dwieście tysięcy
euro.
- Tak, zgadza się. Sam pan rozumie, jak trudna jest sytuacja.
Fornalski zdjął okulary, wstał, założył ręce do tyłu i zaczął chodzić
niespokojnie po gabinecie, nad czymś myśląc. W pewnym momencie stanął,
spojrzał na Danutę i powiedział z fałszywą trwogą:
- Mój Boże, znam się trochę na kwiatach. Pewnie wcześniej były w chłodniach i jechały do Rosji?
- Tak - potwierdziła Danuta.
- Więc jeśli ciężarówki zostaną zawrócone z granicy, to kwiaty zgniją. A jeśli nawet dojadą do Holandii, to oni ich nie wezmą, bo nie będzie
świadectwa. Boże kochany, tyle pieniędzy może iść na zmarnowanie -
zajęczał kierownik teatralnie.
- Dlatego potrzebuję tego świadectwa. Teraz. Zaraz.
- Tylko co ja mogę tak na szybko? - Fornalski zasępił się, patrząc w sufit. - Ale może jednak coś by się dało zrobić.
Nachylił się nad segregatorem i odczytał coś, mrużąc oczy.
- Wojnarowicz... Czy pani jest może spokrewniona z Henrykiem
Wojnarowiczem?
- Tak, to mój ojciec.
- Doprawdy? Wspaniale!
Fornalski rozpromienił się, obszedł biurko i stanął przy Danucie,
opierając się o blat. Danuta miała teraz przed sobą jego wylewające się
ze spodni brzuszysko. Kiedy zadarła głowę i spojrzała mu w twarz,
zobaczyła, że oprócz krzaczastych brwi kierownik ma równie krzaczaste
włosy w nosie oraz zęby w kolorze gabinetowej firanki.
- Ojciec opowiadał może o mnie?
- Nie. Nie miałam pojęcia, że panowie się znają.
Owszem, opowiadał, co prawda tylko tyle, że się kiedyś znali i żeby broń
Boże nie powoływać się na tę znajomość, ale teraz Danuta rozpaczliwie
chwytała się wszystkiego, byle tylko załatwić ten cholerny kwitek.
- Ciężka sprawa.
Fornalski westchnął i Danuta poprzysięgła sobie, że jeśli facet jeszcze
raz to zrobi, to naprawdę go zabije. Kierownik jakby czytał jej w myślach, bo spojrzał Danucie prosto w oczy i rzucił:
- Dodatkowo ja wiem, że te ciężarówki są w drodze. Będę musiał
zawiadomić izbę celną. Sama pani rozumie, w końcu jestem urzędnikiem,
uczciwym człowiekiem.
- Proszę pana, naprawdę bardzo mi zależy. Zrobię wszystko, żeby jeszcze
dziś mieć ten dokument. Rozumie pan?
- Wszystko? - Kierownik zamyślił się na chwilę, po czym sięgnął pod swój
obwisły brzuch i zaczął rozpinać rozporek. Danuta zaskowyczała w myślach
i z obrzydzeniem odwróciła głowę, patrząc w bok. W odbiciu szyby regału
zobaczyła, jak Fornalski jedną ręką wyjmuje ze spodni obwisły członek. W tym momencie się wyłączyła. Dobrze wiedziała, że nie ma wyjścia, było po
prostu za mało czasu, żeby załatwić to inaczej. Chwyciła penis
kierownika w dłoń i wykonała kilka posuwistych ruchów. Potem zamknęła
oczy, odwróciła głowę i objęła członek ustami.
4.
Michał Barański obserwował przez szybę, jak po przeciwnej stronie ulicy
kilku robotników wiesza reklamową szmatę na fasadzie Galerii Skarbek,
która kiedyś nie była galerią, tylko największym domem handlowym w Katowicach. Na banerze widniała szczęśliwa marketingowa rodzina dwa plus
dwa, czyli rodzice i parka roześmianych dzieci. Siedzieli w ogrodzie na
różowym kocu położonym na jaskrawożółtej trawie. W tle było widać
szeregówkę, a napis nad tym wszystkim brzmiał: "Dom to szczęście.
Szczęście to kredyt. Kredyt weź u nas!". Całość była okraszona dużym
logo składającym się z dwóch skrzyżowanych młotów i nazwą instytucji:
"Niemiecki Bank Podróżny Reise".
Co za bzdura, pomyślał Michał i wrócił wzrokiem do pomieszczenia, w którym siedział. Kolorystyka wnętrza banku idealnie odpowiadała tej z reklamy. Patrzył, jak po drugiej stronie jaskrawożółtego blatu młody
człowiek zapamiętale stuka w klawiaturę. Młody, na oko
dwudziestoparoletni chłopak, którego w myślach nazwał Esesmanem, miał
nienaganną, przedwojenną blond fryzurę z włosami zaczesanymi na bok,
wypielęgnowane paznokcie i zacięty wyraz twarzy. Skrojony na miarę
garnitur i spinki do mankietów wywoływały w Michale poczucie absurdu.
Gościu musi tu zarabiać gówniane pieniądze, a jest wystrojony niczym
makler z Wall Street, pomyślał kwaśno.
Michałowi jak zwykle ze zdenerwowania pociły się ręce, więc pod blatem
nerwowo wycierał je w spodnie, dopóki w odbiciu lustra ponad ramieniem
Esesmana nie zauważył, że wygląda to tak, jakby masturbował się pod
biurkiem. Parsknął cicho śmiechem na tę myśl, a wtedy chłopak przerwał
na chwilę katowanie klawiatury i spojrzał na Michała, marszcząc brwi,
jakby ten co najmniej pierdnął podczas przyjmowania świętego sakramentu.
Michał przeprosił skinieniem głowy, na co tamten bez słowa wrócił do
pracy, by po chwili zawiesić rękę nad klawiaturą.
- Miejsce zatrudnienia? Zmieniło się? - zapytał.
- Tak, wcześniej byłem nauczycielem historii. To znaczy w sumie jestem
przez cały czas. Wie pan, nauczycielem jest się przez całe życie...
- Miejsce zatrudnienia - przerwał mu Esesman tonem pytającego o nielegalną radiostację.
- Call center.
- Umowa o pracę?
- Skąd. Jestem na śmieciówce. Wie pan, w dzisiejszych czasach...
- Zarobki?
Michał na chwilę wciągnął powietrze. Nie wiedział, co powiedzieć, na
szczęście kasę za pracę przelewali mu na konto w innym banku, więc
niczego nie mogli sprawdzić. Chciał odrzec, że bardzo małe, żeby
wszystko się jakoś udało, ale bał się przesadzić, bo wtedy mogli zażądać
od niego dodatkowego zabezpieczenia na hipotekę, a to by go dobiło.
- Trzy tysiące.
- Netto?
- Tak.
Chłopak westchnął i znowu zaczął walić w klawisze. Co on tam
wypisuje?, pomyślał Michał, siedzimy tu już piętnaście minut. To ma
być jakaś specjalna technika wykańczania klienta? Esesman skończył
pisać, wcisnął enter i spojrzał na ekran, by potem przenieść spojrzenie
na mężczyznę.
- Odmowa.
- Ale jak to odmowa?
- Pańskie aktualne zarobki są za wysokie, aby skorzystać z wakacji
kredytowych.
- Za wysokie?! - Michał podniósł głos. - Przecież muszę wam bulić co
miesiąc tysiąc dziewięćset złotych.
- Nie wiem, proszę pana. Pański kredyt indeksowany jest we franku
szwajcarskim.
- Dobra, ale wie pan chyba, po ile jest frank, i potrafi to przeliczyć?
Esesman nie odpowiedział. Albo nie wiedział, albo miał to w dupie.
Michał stwierdził, że raczej to drugie.
- Pańskie zarobki pozwalają na comiesięczną spłatę zadłużenia.
- Niby jakim cudem? Mam utrzymać za tysiąc złotych czteroosobową
rodzinę?
Młody mężczyzna zasępił się na chwilę, a potem na jego twarzy pojawiło
się coś na kształt uśmiechu.
- Nasz bank przygotował coś specjalnie dla pana.
Michał odetchnął z ulgą, być może w końcu ktoś zrozumie popieprzoną
sytuację, w jakiej się znalazł. Bankowiec sięgnął do szuflady i wyciągnął niewielką ulotkę. Wskazywał długopisem poszczególne widniejące
na kartce punkty.
- Tutaj jest specjalny miniporadnik, jak można zaoszczędzić pieniądze.
Michał nachylił się nad ulotką, przebiegł ją wzrokiem i przeniósł
spojrzenie na blondyna.
- Zwariował pan - bardziej stwierdził, niż spytał. - Ograniczyć słodycze
i napoje gazowane? Kurwa, moja żona nie pracuje, a ten tysiak nie
starcza nam nawet na jedzenie.
- Proszę nie przeklinać. O tutaj, widzi pan? - Esesman wskazał kolejny
punkt długopisem. - Może pan robić własne przetwory. Skoro żona nie
pracuje, to jak rozumiem, jest w domu, prawda?
- Panie, proszę was tylko o to, żebyście przez jakieś trzy, góra cztery
miesiące spuścili z tonu i bym mógł płacić tylko odsetki. Co to dla was
za różnica? Przecież te raty i tak sobie później doliczycie. Mężczyzna
odłożył ulotkę, najwyraźniej niezadowolony z tego, że nie zrobiła na
Michale pożądanego wrażenia.
- Wie pan, takie mamy procedury. Teoretycznie mógłbym wysłać specjalny
wniosek do menedżera subregionu śląsko-zachodniego, ale to nic nie da.
- Naprawdę nic nie da się zrobić? - zapytał zdesperowany Michał. -
Bardzo pana proszę.
Esesman milczał przez dłuższą chwilę, w końcu powiedział:
- Wie pan, zarobki są za wysokie, ale gdyby na przykład u pana w rodzinie pojawiła się jakaś choroba, to być może moglibyśmy coś ugrać.
- Co?!
- Najlepiej, żeby to była choroba nieuleczalna, śmiertelna. To zawsze
robi wrażenie.
Michałowi zrobiło się ciemno przed oczami, nie wytrzymał i rzucił się na
bankowca, szarpiąc go za klapy marynarki.
- Co ty gadasz?! Jesteś człowiekiem czy jakimś robotem?!
- Ochrona! - zawył Esesman.
W końcu mężczyźnie udało się wyswobodzić z uścisku Michała, a po chwili
podszedł do nich około siedemdziesięcioletni pan w mundurze, z ręką na
temblaku i drżącym głosem poprosił, aby Michał opuścił placówkę banku.
Na ulicy Michał przeszedł na drugą stronę, obok Skarbka. Ręce mu drżały,
a serce waliło jak szalone, musiał się uspokoić. Przypomniał sobie, jak
kiedyś w zimie razem z ojcem przychodzili do Skarbka przed Gwiazdką. To
chyba były najmilsze chwile w jego życiu, kiedy zastanawiał się, jaką
zabawkę chciałby dostać pod choinkę. Niestety, w domu było biednie i nigdy jego oczekiwania się nie spełniały, zawsze dostawał coś innego.
Minął bryłę galerii, rozmyślając nad tym, że ten kiedyś najpotężniejszy
dom handlowy teraz jest siedzibą lumpeksów nazywanych przez miejscowych
"tanim Armanim". Niestety, o losie Skarbka przesądziła tak trywialna
rzecz jak brak parkingu, który miała zbudowana po sąsiedzku nowoczesna
Galeria Katowicka.
Michał ruszył wzdłuż ulicy 3 Maja i po kilku chwilach doszedł do
galerii. Wszedł do środka. Musiał się przespacerować, to zawsze
pomagało. Trzeba coś wymyślić, bo naprawdę będzie krucho, pomyślał.
Przypomniał sobie znowu ojca, który pracował w kopalni i tam umarł. Nie
był górnikiem, nie fedrował węgla, był zwykłym pracownikiem
administracji. Któregoś razu przyszedł do biura, przewrócił się i już
nie wstał. Atak serca. Ojciec tyle palił, że budził się w nocy dwa razy,
aby zaciągnąć się dymem. Michał miał już wtedy osiemnaście lat, ale i tak bardzo przeżył śmierć taty.
Otrząsnął się z myśli o przeszłości i spacerując, rozejrzał się po
galerii. W mordę, o co tu chodzi?, pomyślał. Jest środek dnia, a po
sklepach ganiają takie tłumy jak w weekend. Skąd ci wszyscy ludzie mają
czas i przede wszystkim kasę, żeby tu kupować? Usiadł ciężko na jednej
z ławek, zastanawiając się, jak to możliwe, że w ciągu zaledwie trzech
miesięcy z poziomu dobrze sytuowanej rodziny spadli na samo dno. A może
tylko mu się wydawało, że wcześniej dobrze zarabiali? Może było na styk?
Przecież nigdy nie zdołali odłożyć jakichkolwiek pieniędzy. Ale jak, z czego? Robiąc przetwory, jak w tej debilnej ulotce z banku? Znowu cofnął
się do dziecięcych wspomnień, tym razem tych mniej przyjemnych. W domu
wiecznie czegoś brakowało. Ojcowska pensja była marna, a matka nigdy nie
pracowała, bo ojciec uważał, że to mężczyzna powinien zarabiać na chleb.
Często z bratem mieli do rodziców pretensje, że nie mają tego co ich
rówieśnicy. Michał pomyślał, że już niedługo jego własne dzieci mogą
mieć identyczny żal do niego, i ta myśl wywołała u niego przerażenie.
Przecież dzisiejsza szkoła to dzieciaki non stop porównujące się do
siebie i oceniające, kto ma ile i jakich gadżetów. Jako nauczyciel
doskonale o tym wiedział. Były nauczyciel, poprawił się szybko.
Pierdolony kredyt! Przecież wszystko tak dobrze szło. Basia pracowała w księgowości w zachodniej firmie produkującej maszyny do wycinania drzew.
On w szkole brał nadgodziny, udzielał korepetycji z angielskiego, z którym radził sobie całkiem nieźle, choć brakowało mu papierka, by objąć
etat w szkole. W każdym razie wyciągali sześć tysięcy na rękę. Chcieli
mieć własny kąt, w końcu wyprowadzić się od rodziców Basi. Kupili
okazyjnie mieszkanie na poddaszu. Fakt, że dużo musieli władować w remont, ale bank udzielił im kredytu na sto dziesięć procent wartości
nieruchomości. Rata wynosiła tysiąc trzysta złotych, więc przy ich
zarobkach wszystko grało. Kto mógł przypuszczać, że potem wszystko się
tak potoczy? Zdolność kredytową mieli tylko we frankach i w tej walucie
zaciągnęli kredyt. Najpierw Basię zwolniono, tłumacząc to skomplikowanym
rynkiem pracy w ujęciu globalnym. Jeszcze jakoś dawali radę, ale wkrótce
potem Michała wykosiła reforma edukacji. Gimnazjum, w którym pracował,
po prostu zlikwidowano. Z dwóch pensji zrobiło się zero, a rata wzrosła.
Udało mu się co prawda dorwać tę pracę w call center, ale w banku minął
się z prawdą, do tej pory z dzwonienia do ludzi wyciągnął najwięcej
niecałe dwa dwieście.
Z ponurych rozważań wyrwał go dzwonek telefonu. Wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz: "Żonka".
- Cześć, Basieńko! - przywitał się entuzjastycznie.
- Hej, Misiek, jestem właśnie w haemie.
Michał wyobraził ją sobie, jak rozmawiając z nim, spaceruje po sklepie i przygląda się wiszącym tam ubraniom. Zobaczył swoje odbicie w jednej ze
sklepowych witryn. Czterdzieści lat, podkoszulek, pod którym dość
wyraźnie rysuje się brzuch, średniej długości włosy, które się już mocno
przerzedziły, odsłaniając pokaźnych rozmiarów łysinę. Do tego okulary i gęsta szczecina zarostu, która choć trochę pokrywała czerwone plamy na
policzkach, nie wiedzieć czemu okresowo wykwitające mu od dziecka.
Wyobraził sobie obok siebie Basię i parsknął śmiechem. Ona bardzo
zgrabna, z wcięciem w talii, duże oczy, regularne rysy twarzy i burza
rudych loków. Kolor co prawda farbowany, ale loki naturalne. Jak to się
stało, że związała się z kimś takim jak ja?, zastanowił się po raz
setny.
- Słuchaj, tak sobie pomyślałam, że Jurkowi trzeba nowe buty kupić, bo w tamtych już mu się dziury robią - powiedziała zamyślonym głosem Basia.
- Już? Przecież kupiliśmy nowe miesiąc temu.
- Wiem, ale niestety są już do wywalenia. Ale zaraz, Michał, ty jesteś
przed wizytą w banku czy już po? Może ja lepiej nic nie będę kupować?
Powinien jej powiedzieć. Basia była fantastyczną osobą, zawsze szczerą i wspierającą go jako mężczyznę. Były kobiety, które jednym spojrzeniem
potrafiły skomentować kolejne potknięcia swoich mężów. Ale Basia
zdecydowanie do nich nie należała. Zrozumiałaby, zaczęłaby kombinować,
jak pomóc, pewnie poleciałaby do swoich rodziców po pieniądze, na co on
w życiu by sobie nie pozwolił.
- Wszystko w porządku. Mamy pół roku oddechu.
Michał usłyszał pisk radości po drugiej stronie słuchawki i przymknął
oczy. Ostatnio kłamstwo przychodziło mu zbyt łatwo.
5.
Pomimo że leżał pod grubym kocem, a w kabinie panował upał, znowu
wstrząsnęły nim dreszcze. Roman otworzył na chwilę oczy, zerknął na
elektroniczny zegar na ścianie i uświadomił sobie, że przez ostatnie
pięć godzin spał jak kamień. Słyszał, jak w kambuzie Nadia przygotowuje
posiłek, kątem oka dostrzegł, że przechodzi obok niego, i momentalnie
zamknął oczy, nie chcąc się zdradzić z tym, że już nie śpi. Jeszcze raz
przywołał obraz tego, co stało się kilka godzin wcześniej.
Po tym, jak stracił przytomność na dnie morza, zobaczył światło.
Pamiętał, że był święcie przekonany, że jest to światło, o którym zawsze
mówili wszyscy ci, którzy cudem uniknęli śmierci. Chciał spróbować iść,
ale nie mógł, bo ciągle leżał. Potem zaczął rzygać jak kot. Wymiotował
słoną wodą przez dobrą minutę i był coraz bardziej zaniepokojony, bo
takich rewelacji raczej nie słyszało się od ludzi przeżywających śmierć
kliniczną. Kiedy wreszcie otworzył oczy, okazało się, że jasne światło
było po prostu rozpalonym egipskim słońcem. A on leżał na pokładzie w kałuży własnych rzygowin.
Nad nim pochylali się zatroskany Ahmed i przerażona Nadia. Obie pary
małżeńskie były śmiertelnie blade, a Wiesiek w rozchełstanej piance, z zakrwawioną twarzą i kotwicą wytatuowaną na cycku biegał po pokładzie i darł się, że Romana uratowali właśnie on i Matka Boska Częstochowska.
Okazało się, że gdy tylko nurkowie dotarli do wraku, grubas od razu
rozwalił sobie głowę o kant zardzewiałej przybudówki. Zaczął krwawić jak
świnia, co w Morzu Czerwonym, w którym żyje około dziesięciu gatunków
rekinów, jest raczej niebezpieczne. Wszyscy więc się wycofali, ale przy
linie opustowej to właśnie Wiesiek zauważył leżącego na dnie Romana.
Roman usłyszał, jak Nadia włącza telewizor na jeden z kanałów
informacyjnych i zwiększa głośność. Najwyraźniej w ten sposób chciała go
obudzić. Rozległa się czołówka dźwiękowa jednego z programów
publicystycznych Polsat News. Śmieszne, pomyślał Roman, przez
ostatnie dwa lata próbowałem zerwać jakiekolwiek kontakty z Polską, a w Egipcie od razu kupiłem antenę, która mogła odbierać polską telewizję na
kartę. Roman powoli otworzył oczy i zobaczył salę Pałacu
Prezydenckiego, w której siedzieli dziennikarz i prezydent.
- Dzień dobry państwu. Dzisiaj w "Gościu Wydarzeń" mamy zaszczyt
porozmawiać z prezydentem Polski.
- Dzień dobry państwu, witam, panie redaktorze.
- Panie prezydencie, jak pan skomentuje dzisiejsze wystąpienie
prezydenta Rosji przed Dumą, czyli odpowiednikiem naszego parlamentu?
- Przede wszystkim chciałem powiedzieć, że Polacy jako naród mogą czuć
się bezpieczni. Czuwam nad wszystkim jako gospodarz.
- Prezydent Rosji stwierdził, że czas w końcu rozprawić się ze sztucznym
podziałem Europy, który powstał po wojnie. Rewizjonizm wraca?
- Panie redaktorze, czy ktoś naprawdę jeszcze zwraca uwagę na to, co
mówi ten starszy pan? - prezydent uśmiechnął się pogardliwie.
- W perspektywie tego, co ostatnio wydarzyło się w Ukrainie, Polacy
chyba mają solidne podstawy do obaw.
- Przede wszystkim Ukraina kiedyś już była jedną z republik Związku
Radzieckiego i tak naprawdę to, co się tam wydarzyło, jest naturalne.
- Co pan przez to rozumie? - zapytał Gugała.
Prezydent rozumie to samo co zawsze, pomyślał Roman. Czyli nic,
dopóki ktoś mu nie powie, co konkretnie ma myśleć i rozumieć.
- Większość Polaków na pewno nie przejęła się wydarzeniami u naszego
wschodniego sąsiada, mając w pamięci bestialskie mordy na Wołyniu -
powiedział prezydent z poważną miną.
- Mówi pan o wydarzeniach sprzed ponad siedemdziesięciu lat?
Roman spostrzegł, że Nadia mu się przygląda. Zauważyła, że nie śpi.
Miała na sobie majtki od kostiumu kąpielowego i jego luźny biały
T-shirt, pod którym miarowo kołysały się jej idealne piersi jak z katalogu "Sports Illustrated". Roman usiadł, odrzucił koc i wyłączył
telewizor.
- Dzwoniła twoja matka - Nadia wskazała telewizor. - W kraju jaja jak
berety. Zaciągają ludzi do armii. Dobrze, że nas tam nie ma, ciebie
pierwszego by zgarnęli. Zrobiłam spaghetti z tuńczykiem. Zjesz?
- Nie jestem głodny - Roman przetarł twarz zmęczonym gestem.
- Musisz coś zjeść.
Nie odpowiedział, spojrzał przez otwarte drzwi kabiny na pokład i taflę
wody poniżej, która połyskiwała ciemnopomarańczowo. Słońce powoli
chyliło się ku zachodowi.
- Twoja matka nic nie wie o tym wypadku. Nie powiedziałam jej - odezwała
się Nadia, jakby czekając na pochwałę.
Wypadek. Właśnie tak to miało wyglądać. Tego Roman bał się najbardziej.
Że kiedy już to zrobi, ktoś mógłby się domyślić prawdy, a wtedy jego
mama, która jako jedyna na świecie naprawdę go rozumiała, dowiedziałaby
się, że to nie był wypadek. To by ją zabiło, nie mógł do tego dopuścić.
Żywił nadzieję, że nikt niczego się nie domyśli. Ale ta nadzieja była
płonna.
- Ahmed mówił, że przewód automatu był ucięty wyjątkowo równo. W pobliżu
nie ma żadnych skał i nie znaleźli twojego noża. Romek, czy ty...
- Przepiszę firmę na ciebie - przerwał jej gwałtownie.
- Co?
- Interes masz rozhulany, Ahmed ci pomoże. Jesteś młoda i piękna, całe
życie przed tobą.
- Ty chyba nie mówisz poważnie? - zapytała bliska płaczu Nadia.
- Nigdy nie byłem bardziej poważny.
Nadia się rozpłakała. Roman przymknął oczy, to była naprawdę ostatnia
rzecz, której potrzebował po nieudanej próbie samobójczej.
- Ale dlaczego?! - przez płacz trudno było ją zrozumieć.
- Wracam do kraju.
- Teraz? - Nadia zaczęła wystrzeliwać z siebie słowa jak karabin: -
Nasze plany, mieliśmy dokupić łodzie, życie tutaj, takie piękne,
wszystko to mi mówiłeś, dzieci, które mieliśmy mieć, przecież nasza
miłość...
- Nie kocham cię.
Popatrzyła na niego zszokowana, jej szloch ustał i łzy przestały lecieć
po twarzy, tylko piersi pod białym T-shirtem unosiły się w rytm
przyspieszonego oddechu. Zrób coś, pomyślał Roman. Zareaguj, trzaśnij
mnie z całej siły w twarz, opluj, uderz, wyrzuć za burtę, cokolwiek.
- Roman, ja przepraszam, jeśli cię czymś uraziłam, to po prostu powiedz.
Ja wiem, że to może być moja wina.
Nadia podeszła do niego i zrzuciła z siebie biały podkoszulek,
odsłaniając w całości swoje wdzięki. Roman popatrzył beznamiętnie na jej
opalone ciało, pełne, soczyste piersi i duże, ciemne sutki okolone
niewielkimi brodawkami. Nadia uklęknęła przed nim, próbując zdjąć jego
bokserki.
- Chodź tu do mnie, jesteś taki spięty. Wiem, że nie chciałeś tego
powiedzieć.
Roman odepchnął ją niecierpliwym gestem i wstał. Nadia znowu zaczęła
płakać, podeszła do stołu, wzięła coś z niego i rzuciła Romanowi prosto
w twarz. Fotografia oprawiona w srebrną ramkę odbiła się od jego czoła i wypadła na zewnątrz, zatrzymując się z brzdękiem w rogu pokładu
rufowego.
- Znalazłam to w twojej piance! To o nią chodzi?! Dla niej chcesz
wracać?! - zawyła Nadia.
Roman wyszedł z kabiny i stanął na rufie. Podniósł fotografię i zerknął
na nią.
Rozejrzał się. Ahmed idealnie wybrał miejsce do cumowania. Znajdowali
się w Ukrytej Zatoce, która oddzielała przylądek Ras Muhammada od
Półwyspu Synajskiego. Jacht był zacumowany pod wysoką na dziesięć metrów
skałą, która dawała osłonę od wiatru i rzucała cień, teraz obejmujący
łódź. Zaraz zrobi się całkiem ciemno, pomyślał Roman. Usłyszał, że
Nadia wychodzi na pokład.
Odwrócił się i spojrzał na nią. Łzy znowu płynęły jej po twarzy, miała
na sobie tylko majtki. Roman jeszcze raz ogarnął wzrokiem jej doskonałą
figurę. Wyglądała tak zmysłowo i posągowo, że była pewnie marzeniem
każdego mężczyzny. Uświadomił sobie, że nie robi to na nim żadnego
wrażenia.
- Dlaczego? - zapytała cicho.
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
- Dlaczego tyle razy mówiłeś, że mnie kochasz?
Bo jestem niedojrzałym gówniarzem, pomyślał. Walczyłem w Kosowie,
Iraku, Afganistanie, przez rok w Czadzie wysługiwali się mną ludzie z Academi, wcześniej bardziej znani jako Blackwater. A jednak ciągle
jestem pierdolonym tchórzem, powinienem jej to powiedzieć. Jednak Nadia
usłyszała co innego:
- Podnieś kotwicę. Płyniemy do Szarm.
6.
Zrobiło się ciemno, Danuta siedziała w swoim porsche, które właśnie
stało na światłach na Puławskiej. Ktoś w samochodzie za nią zatrąbił,
ponieważ milisekundę wcześniej zapaliło się zielone światło, a ona
jeszcze nie ruszyła. Podniosła stopę z hamulca i lekko nacisnęła gaz.
Przejechała językiem po podniebieniu, z którego zaczęła schodzić skóra.
Poparzyła je sobie po wyjściu z gabinetu kierownika, kiedy od razu
poszła do łazienki. Płukała usta gorącą wodą przez parę minut.
Najważniejsze, że wszystko się udało, pomyślała, mijając tablicę z przekreśloną nazwą stolicy. Zerknęła na siedzenie obok, gdzie w przezroczystej koszulce leżała kopia świadectwa fitosanitarnego.
Przynajmniej będzie ze mnie zadowolony. Dobrze wiedziała, że to
nieprawda i oszukuje samą siebie. On nigdy nie był zadowolony.
Jeszcze przed pierwszymi światłami poza granicą Warszawy wrzuciła
kierunkowskaz i zjechała w prawo, obok drogowskazu kierującego do
Centrum Edukacji i Sportu. Po stu metrach znowu skręciła w prawo i przez
otwartą bramę wjechała na duży plac, zatrzymując swoje porsche przed
niewielkim nowoczesnym biurowcem. Firma Wojnarowicz Flowers zajmowała
ogromny teren między ulicą Puławską a nowo wybudowaną szkołą. W latach
swojej świetności Państwowe Gospodarstwo Rolne w Mysiadle rozciągało się
na ponad stu hektarach pokrytych szklarniami, od których każdej nocy
biła łuna, zalewając okolice sztucznym światłem. Obecnie
przedsiębiorstwo zajmowało skromne trzydzieści hektarów, ale i tak byli
największą firmą uprawiającą kwiaty w Europie Wschodniej.
Danuta wysiadła z samochodu. Po placu, z jednej olbrzymiej hali do
drugiej, ciągle krążyli pracownicy na elektrycznych hulajnogach. Firma
działała przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Plac oddzielał hale z kwiatami od budynku biurowego, a od północnej strony stał luksusowy dom
przebudowany ze zwykłego gierkowskiego klocka. Przed budynkiem w ogrodzie zwalisty Kafar przycinał bukszpany. Podniósł głowę, aby
spojrzeć na Danutę. Ona jednak ruszyła w stronę biura, udając, że go nie
zauważa. Kafar był najstarszym współpracownikiem jej ojca i chyba nikt
nie wiedział, jak naprawdę się nazywa. Miał dwa metry wzrostu,
nienaturalnie długie ręce i cechowała go zwierzęca wręcz siła. Danuta
zawsze się go bała, jego spojrzenia, jego ciągłego milczenia i tego, że
był niczym groźny pies, który wygląda na sennego, ale człowiek przez
cały czas ma wrażenie, że lada chwila może się na niego rzucić. Jedyną
osobą, której Kafar słuchał, był jej ojciec.
Danuta weszła do budynku biurowego, co jak zwykle sprawiło jej ogromną
przyjemność. Recepcja znajdowała się pośrodku. Stamtąd w górę pięły się
spiralne schody przechodzące w szklany pomost prowadzący do pomieszczeń
na antresoli. Włoskie marmury, jedna ze ścian wspaniale zazieleniona
mchem islandzkim, ażurowe stopnie schodów wykonane z drewna walaba,
wszystko to sama wybierała. Luksus, pomyślała, jak tego nie kochać?
Weszła na piętro do swojego gabinetu, z którego rozciągał się widok na
hale oraz ulicę Puławską. Teraz sunął nią sznur samochodów próbujących
wydostać się ze stolicy. Lubiła ten widok, zwłaszcza że co jakiś czas
nad sześciopasmową jezdnią przelatywały samoloty podchodzące do
lądowania na pobliskim Okęciu.
Rzuciła kopię świadectwa na biurko i opadła na fotel wykonany ręcznie z szagrynu z płaszczki i rekina. W budynku nie było już nikogo z administracji. Danuta przymknęła oczy, rozkoszując się ciszą oraz
panującym w gabinecie półmrokiem złamanym jedynie światłem wpadającym z zewnątrz.
Jej błogi spokój zakłócił cichy szum windy w hallu. Danuta momentalnie
się wyprostowała, zdjęła żakiet, powiesiła go na oparciu fotela,
włączyła lampkę i komputer, nadając całej scenerii głębokiego wyrazu:
"Człowiek podczas ciężkiej pracy". Winda zatrzymała się na antresoli, po
chwili drzwi gabinetu otworzyły się i do środka wjechał jej ojciec.
Henryk Wojnarowicz miał siedemdziesiąt osiem lat i poruszał się na
elektrycznym wózku inwalidzkim, który w świecie samochodów osobowych
można byłoby przyrównać do maybacha.
- Cześć, córcia - powiedział bez entuzjazmu.
- Dzień dobry, tato.
Henryk zatrzymał się przy Danucie i sięgnął po leżącą na blacie kopię
świadectwa fitosanitarnego. Przejrzał szybko pismo, przechylając kartki
w stronę biurkowej lampki, która zalała ją miękką łuną. Krótko
przystrzyżone siwe włosy, surowe spojrzenie, lekko wyłupiaste oczy i kuriozalnie orli nos, który pod tym kątem i w tym świetle wyglądał,
jakby był złamany.
- Załatwiłaś. Bardzo dobrze - w jego tonie nie było nawet cienia
pochwały. - Ten kierownik, Fornalski, mówił coś?
Danuta nie odpowiedziała.
- Trochę się bałem, że nam odmówi. Wiesz, kiedyś nie żyłem z nim
najlepiej. Wystartowaliśmy w tym samym momencie z tym samym pomysłem, z kwiatami. Tylko jemu gówno wyszło.
Henryk odłożył kopię na biurko i zaniósł się krótkim, urywanym śmiechem,
który bardziej przypominał suchy kaszel.
- Pech go zaczął prześladować. Przysłowie mówi: "Szczęściu można pomóc".
A ja na to: "Pechowi też".
Nagle coś w Danucie pękło. Pomyślała, że Henryk jak najbardziej na to
zasłużył. Tak rzadko słyszy od kogoś prawdę, więc teraz niech się z nią
zmierzy.
- Poszło gładko. Musiałam mu tylko zrobić lachę - powiedziała.
Ojciec nawet nie drgnął, żaden mięsień jego twarzy się nie poruszył.
Przeniósł leniwie wzrok za okno, zapatrzył się na wjazd, który przy
samej bramie dzielił od hal gęsty i wysoki żywopłot z grabów.
- Te graby strasznie wyrosły - rzucił ni to do niej, ni do siebie. -
Muszę powiedzieć Kafarowi, żeby je przyciął.
- Międliłam jego kutasa w gębie, dopóki się nie spuścił - powiedziała
swobodnie, jakby mówiła o zakupach.
- Jesteś w emocjach i zachowujesz się wulgarnie - odparł ojciec głosem
pozbawionym uczuć.
Wulgarnie, dobre sobie, pomyślała Danuta. Nie znała chyba nikogo
innego, kto mógłby kląć bardziej plugawo niż jej ojciec. Co prawda nigdy
nie robił tego przy obcych ani przy rodzinie, ale Danuta, gdy była mała,
podsłuchała swoje. Podpatrzyła też dużo rzeczy, o których starała się
zapomnieć. Dzisiaj o jej ojcu mówią, że to biznesmen i wizjoner. Cztery
miesiące temu była u nich premier, wychwalając osiągnięty sukces na
światową skalę. Ale ona pamiętała, jak jeszcze w epoce PGR-u zakradła
się do którejś ze szklarni, a tam ojciec wyrównywał rachunki z jednym z pracowników. Facet klęczał, Henryk trzymał nieszczęśnika za szyję,
stojąc na jego łydkach, a Kafar rozciągał ramiona ofiary na rusztowaniu
i uderzeniami metalowego pręta łamał mu kości. Całość trwała dość długo,
okraszona nieludzkim skowytem katowanego. Na drugi dzień Danuta nie była
w stanie wykrztusić z siebie słowa, aż wieczorem matka powiedziała jej,
że w takim razie pojedzie do lekarza. Tam musiałby zawieźć ją ojciec i wszystkiego by się domyślił, dlatego Danuta odzyskała głos w jednej
sekundzie.
- No już, nie kłóćmy się - rzucił pojednawczo Henryk. - Jeśli faktycznie
było tak, jak mówisz, to Fornalski wykorzystał swoją pozycję i drogo za
to zapłaci. Znasz mnie przecież.
Ojciec odjechał swoim wózkiem na bezpieczną odległość.
- Nie takie rzeczy się robiło, kiedy musiałem zadbać o ciebie i mamę.
Wiesz, żeby zarobić trochę grosza - rzucił. - Więc przestań się mazać
jak mała dziewczynka. Dobrze zrobiłaś, transport uratowany. Źle kiedyś
wyszłaś na tym, co ci kazałem zrobić?
Danuta pokręciła głową.
- Zrobisz, co powiem, bo liczysz na schedę po mnie - znowu parsknął
urywanym śmiechem, w którym nie było radości. - Nic się nie bój. To
wszystko będzie w końcu twoje. Wszystko twoje. Kiedy już umrę, będziesz
mogła się kąpać w pieniądzach, które tak uwielbiasz.
- Wcale tego nie chcę.
- Ależ oczywiście, że chcesz. Tak samo jak mojej śmierci, to naturalne.
- Jesteś cyniczny.
- Cynizm nie ma tu nic do rzeczy. Motywator finansowy jest
najsilniejszym z istniejących. Dlatego dopóki to tylko ja jestem w papierach, zrobisz, co ci powiem.
Henryk Wojnarowicz miał rację, ale tylko połowicznie. Jego córka
oczywiście pragnęła w końcu zostać właścicielką firmy, w którą, choćby
dzisiaj, włożyła tak wiele wysiłku. Ale zrobiłaby wszystko to, co
powiedziałby jej ojciec, z innego, bardzo prostego powodu. Po prostu
śmiertelnie się go bała.
7.
Bar nazywał się Van Son. W sumie to i tak dobrze, że nie Sajgon,
pomyślał Michał, zawsze jakaś miła odmiana. Siedział przy stoliku i spoglądał obojętnie na wnętrze przesycone zapachem smażonego tłuszczu.
Patrząc na liche stoliki i krzesła, uznał, że może warto by otworzyć
interes. Fabrykę mebli do takich barów, w których i tak wszystko wygląda
tak samo. Spray, który pokrywałby wszystko żółtym, lepkim syfem,
dorzucałbym gratis, pomyślał.
- Zupa z bambusa i banan w cieście tejk ełej!
Zangielszczona końcówka zdania to był znak rozpoznawczy pani Sandry,
która nauczyła się tego zwrotu podczas rocznego pobytu w Anglii u syna,
gdzie opiekowała się wnukiem. Pani Sandra miała około pięćdziesięciu
pięciu lat, wysoko utapirowaną blond ondulację, okulary na łańcuszku i twarz intelektualistki niczym pani od polskiego. To mogło zmylić.
Dlatego młody chłopak w dresie, który podszedł po zamówienie, niczego
się nie spodziewał. Odebrał jedzenie zapakowane w styropian i foliową
torbę, ale zanim pani Sandra oddała mu posiłek, rzuciła
konfidencjonalnie:
- Proszę. Tylko niech pan powie, mało to jest na świecie różnego
kurewstwa i złodziejstwa?
Chłopak strasznie się speszył, wziął zamówione jedzenie i szybko
wyszedł, a Michał uśmiechnął się półgębkiem. Jako stały klient doskonale
znał panią Sandrę, która miała złe słowo absolutnie na wszystko i na
wszystkich. Z początku uważał ją za wiecznie niezadowoloną prostaczkę,
ale była ona w swoim negatywizmie tak konsekwentna, że w końcu zaczął to
szanować. Kiedyś, kiedy już dobrze się poznali, stawiając przed nim
talerz, uśmiechnęła się serdecznie i obwieściła, że "wszyscy ludzie to
są kurwy świnie". To smutne, pomyślał Michał, ale powoli zaczynam się
z nią zgadzać.
Przez pokrytą tłuszczem witrynę dostrzegł parkujący przed barem radiowóz
i momentalnie się usztywnił. Przez chwilę myślał, że może by jednak
wyjść, uciec. Pokusa była silna, ale nie ruszył się z miejsca.
Wysiadający z samochodu policjanci zamienili ze sobą kilka słów, po czym
jeden z nich pchnął drzwi i wszedł do środka Van Son. Jeśli Michał
zaliczał się do stałych bywalców, to wchodzący starszy aspirant był
rezydentem baru. Zdjął czapkę, skinął tylko głową pani Sandrze, a ta od
razu przekazała stosowne instrukcje kucharzowi. Policjant rzucił czapkę
na blat stolika, przy którym siedział Michał.
- Cześć, brat.
- Cześć, stary - Michał wstał i wysilił się na serdeczny ton, który jak
zwykle wyszedł sztucznie.
Ni to podali sobie rękę, ni to się uścisnęli i usiedli przy stole. Każde
ich powitanie zawsze wyglądało niezręcznie, wręcz dziwacznie. Byli
rodzonymi braćmi, spędzili razem osiemnaście lat w mikroskopijnym
pokoiku małego mieszkania na katowickim Giszowcu. A jednak ciągle mało o sobie wiedzieli i mało się nawzajem obchodzili.
- Co słychać? - zapytał Michał.
- Normalnie, po staremu.
Brat Michała, Piotrek Barański, miał trzydzieści cztery lata, owalną
twarz, przenikliwe spojrzenie i barczyste ramiona opięte koszulą
policyjnego munduru. Nie widywali się często, raczej tylko tyle, ile
musieli jako bracia. Wigilia obowiązkowo, czasami Wielkanoc, jeszcze
rzadziej urodziny któregoś z nich. Patrząc na brata, Michał stwierdził,
że im jest on starszy, tym bardziej podobny do ojca.
- Mów, co to za sprawa. Lepiej od razu przejść do rzeczy.
Cały Piotrek, nigdy nie lubił marnować czasu na pogawędki czy też
filozoficzne rozmyślania. Jakby całe jego życie było podporządkowane
normom utylitaryzmu. Jeśli nie pytasz, która godzina, lepiej o nic nie
pytaj. Jeśli nie chce ci się lać, to lepiej nie wstawaj z kanapy. Ale z nas para, pomyślał Michał, uporządkowany do bólu policjant i marzyciel, nauczyciel historii. Były nauczyciel, szybko poprawił się w myślach.
- Wiesz, potrzebuję pożyczyć trochę grosza - Michał starał się zabrzmieć
swobodnie. - To raczej chwilowa sprawa, tylko dopóki Basia nie znajdzie
jakiejś pracy.
Od razu zauważył minę brata. Nazywał to syndromem zamknięcia. Piotrek
starał się kontrolować, ale oczy zawsze go zdradzały. Gdy tylko coś mu
się nie podobało albo ktoś go krytykował, jego oczy zawsze gasły w ten
sam sposób, jakby gdzieś tam w środku nagle wyłączono zasilanie.
- A co, jeśli Basia nie znajdzie roboty?
- Nie pytasz, ile chcę pożyczyć? - zapytał Michał, siląc się na uśmiech.
Piotrek nabrał powietrza, wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć. Z opresji wybawiła go pani Sandra, stawiając przed nim talerz z wołowiną
po seczuańsku. Mężczyzna podziękował skinieniem głowy.
- Ten, co gotuje, Wietnamczyk, to mówię panu, skurwysyn, tak potrafi się
o pieniądze kłócić.
Pani Sandra odeszła i zajęła swoje miejsce za kontuarem, a Piotrek
zaczął jeść. Grzebał niecierpliwie widelcem, nadziewając co smaczniejsze
kąski. Też zupełnie jak ojciec, pomyślał Michał.
- Stary, przecież wiesz, jak u nas jest - odezwał się Piotrek,
zaspokoiwszy pierwszy głód. - Mieszkamy u babci Marleny. To jest
naprawdę chujowa sytuacja.
- Wiem.
- Wiesz, wiesz - rzucił z pełnymi ustami. - Nic nie wiesz, bo masz
własne mieszkanie. Tyle że na kredyt. Jak zwykle porwałeś się z motyką
na słońce.
- A co miałem robić? - spytał Michał.
Był zły, bo już wiedział, dokąd zmierza rozmowa.
- Stary, ja ci dobrze radzę. Obsraj to mieszkanie i przeprowadźcie się z powrotem do rodziców Basi.
- Nigdy.
- Ty i ta twoja duma - westchnął Piotrek.
- To nie jest żadna duma! Człowieku, mieszkanie z nimi to był koszmar.
Wszyscy cierpieli, my, dzieci, nawet sami teściowie.
Piotrek wzruszył ramionami, grzebiąc dalej w ryżu i wołowinie.
- Czyli co? Nie pomożesz mi? - zapytał zrezygnowany Michał.
- Z czego?
- Nie wiem, nie macie dzieci, może...
- Tak, kurwa, nie mamy dzieci! - Piotrek przerwał mu gwałtownie. - A wiesz dlaczego? Bo planujemy nasze życie i wszystkie pieprzone wydatki!
W takim kraju żyjemy, że policjanta na dziecko nie stać!
- Przepraszam, że zawracałem ci głowę - Michał wstał.
Mężczyzna odłożył widelec i spojrzał na brata. Michał tak naprawdę nie
chciał wychodzić, a Piotrek również nie chciał tego tak kończyć. Ale z nimi było zawsze tak samo. Nie zamierzali się kłócić, a po każdym
spotkaniu i tak byli na siebie obrażeni. Michał skinął bratu głową na
pożegnanie i wyszedł bez słowa.
Zatrzasnął drzwi Van Son i ruszył w stronę domu. Idąc ulicą, rozejrzał
się i po raz kolejny stwierdził, że wybór katowickiego Załęża jako
miejsca zamieszkania był trafny. Nie była to bogata dzielnica, za to
blisko centrum, pełna urokliwych, przedwojennych kamienic i typowych dla
tego regionu familoków. Szedł w górę Gliwickiej, a w oddali majaczyły
podświetlone, strzeliste wieże kościoła Świętego Józefa, patrona dobrej
śmierci.
Skręcił w Zarębskiego i zadarł głowę, patrząc na dach kamienicy po lewej
stronie. W dachowych oknach świeciło się światło. Michał przypomniał
sobie obłąkańczą cenę stolarki, którą wybrali podczas remontu. Były
zasilane z ogniwa słonecznego, które ładowało baterię, automatyka
sterowała nimi tak, że otwierały się i zamykały podczas ich
nieobecności, wietrząc pomieszczenia. Gdyby ktoś zostawił otwarte okno i gdyby zaczął padać deszcz, specjalny czujnik zareagowałby i zamknął je,
zapobiegając zalaniu. Tyle było kasy, tak się wszystko układało i teraz
gówno z tego, pomyślał. Przynajmniej Jurek ma blisko do szkoły,
stwierdził, mijając po prawej stronie podstawówkę. Przeciął ulicę,
wszedł do budynku, wspiął się po przedwojennych schodach, otworzył drzwi
kluczem i znalazł się w mieszkaniu, które wypożyczał od banku za ciężkie
pieniądze.
Mimo całej tej cholernej raty człowiek czuje się tu dobrze, pomyślał,
zdejmując buty w przedpokoju. W nowocześnie urządzonym wnętrzu
rozchodził się zapach drewna z barwionych belek stropowych. Michał
wszedł do salonu, gdzie przy stole Basia pomagała Jurkowi odrabiać
lekcje.
- Witam rodzinkę - rzucił z uśmiechem.
- Tata! - siedmioletni Jurek zerwał się od stołu i wpadł w objęcia
Michała. To było zawsze miłe. Ostatnia osoba, która tak spontanicznie
cieszy się na mój widok, pomyślał.
- Mama kupiła mi nowe buty, popatrz! - zaczął podekscytowany chłopiec. -
Takie do chodzenia i takie do piłki!
Jurek zaczął wyciągać z toreb pudełka z butami, pokazując ojcu.
- Mamy nawet masło orzechowe - chłopiec nie krył szczęścia z powodu
ukochanego przysmaku.
- Jurek, siadaj. Musisz skończyć matematykę - powiedziała Basia.
Chłopiec westchnął ciężko i usiadł z powrotem przy stole. Basia podeszła
do Michała i pocałowała go na powitanie.
- Jesteś wielki.
- Daj spokój - machnął ręką w odpowiedzi.
- Naprawdę. Wiesz, jak banki teraz do tego wszystkiego podchodzą. Dałeś
radę ich przekonać.
Żona objęła go mocno, a Michał poczuł rosnącą gulę w żołądku i taką dużą
niechęć do samego siebie, jakiej dawno już nie odczuwał.
- Zrobiłam spore zakupy, chyba możemy sobie dzisiaj pozwolić na odrobinę
świętowania?
- No jasne.
- Z obniżoną ratą w końcu jakoś staniemy na nogi. Zobaczysz, niedługo
znajdę pracę.
Michał ucałował Basię, po czym uśmiechnął się szeroko i szczerze,
przynajmniej taką miał nadzieję.
- Dobra, pomóż młodemu dokończyć pracę domową. Ja jeszcze muszę na
chwilę siąść do komputera.
Idąc do sypialni, zatrzymał się w drzwiach pokoju swojej
piętnastoletniej córki. Natalia siedziała na łóżku z podkulonymi nogami
i rozmawiała przez telefon. Michał chciał do niej zagadać, ale z groźną
miną pokazała mu na migi, że nie teraz. Od razu się wycofał,
zastanawiając się, od kiedy właściwie zaczął się bać swojej ciągle
zagniewanej, dorastającej córki. Chyba od kiedy zaczęła nosić stanik,
pomyślał, siadając przy komputerze w sypialni.
Wszedł na stronę Cinkciarza i sprawdził obecny kurs franka
szwajcarskiego. Zawsze zastanawiało go, że firma o takiej nazwie zyskała
tak olbrzymie zaufanie Polaków, że przynosiła swojemu właścicielowi
zyski pozwalające mu sponsorować Chicago Bulls. Michał złożył zamówienie
kupna franków, które portal wycenił na tysiąc sześćset czterdzieści pięć
złotych. Nie była to cała wysokość raty, ale zdążył już zauważyć, że gdy
przeleje się chociaż część, to bank o wiele później dostaje pierdolca i zaczyna swoje nękające telefony dopiero po pewnym czasie. Wszedł na
swoje konto i dokonał przelewu na żądaną kwotę. "Transakcja została
zlecona. Twoje obecne saldo: 1,29 PLN", przeczytał.
To są ostatnie pieniądze, jakie mi zostały, pomyślał w panice.
Momentalnie źle się poczuł, nadciśnienie dało o sobie znać, krew
uderzyła mu do głowy, gwałtowny przypływ gorąca pozbawił go tchu.
Wstał, podszedł do łóżka, wyjął z szafki leki obniżające ciśnienie i szybko połknął dwie pastylki, po czym położył się na wznak na materacu.
Dobrze, że chociaż wyro wzięliśmy tanio z Ikei, pomyślał. Zresztą było
całkiem wygodne, podobno jedna trzecia europejskich obywateli została
poczęta na łóżkach tego skąpego dziada ze Szwecji. Co za syf! Karta
Basi, której dzisiaj użyła na zakupy mające uczcić jego wiekopomny
sukces w bankowych negocjacjach, jest już niemal wyczyszczona, on pensję
dostanie dopiero za dwadzieścia dni, a na koncie zostało mu pierdolone
złoty dwadzieścia dziewięć!
Do sypialni weszła Basia. Widząc leki na nadciśnienie, zrobiła
zaniepokojoną minę i siadła na brzegu łóżka.
- Misiek, wszystko w porządku?
Spojrzał na jej śliczną twarz okoloną ognistymi lokami i duże, ładne
oczy patrzące na niego z czułością. Człowieku, zachowaj się jak
mężczyzna i powiedz jej prawdę, pomyślał.
- Wszystko okej, tylko ta rozmowa w banku. Wiesz, trochę zdrowia mi
zabrali.
- No wiem, kochanie - żona pocałowała go w czoło. - Najważniejsze, że ci
się udało.
Basia zerknęła w kierunku drzwi, jakby chciała się upewnić, że nikt ich
nie podsłuchuje, potem odwróciła się do Michała z miną pełną radosnej
ekscytacji.
- Skoro to dzień dobrych nowin, to dorzucę od siebie jeszcze jedną -
oznajmiła, po czym zaczęła tłumaczyć chaotycznie: - Wiem, że
rozmawialiśmy o tym nieraz, ale wiadomo, jaka była sytuacja, dlatego jak
się dowiedziałam, to sama nie wiedziałam, co zrobić, no ale teraz myślę,
że staniemy na nogi, więc to zdecydowanie dobra wiadomość.
- Co się stało? - zapytał Michał, unosząc się na łokciach.
Basia popatrzyła na niego ciepło, pocałowała namiętnie w usta i położyła
się obok niego.
- Jestem w ciąży - wyszeptała.