Intuicja (t.2) - Amy A. Bartol

-
Proszę czekać

Rozdział 1 Sylwester

EVIE

- Dobrze, skarbie, czas wstawać - mówi energicznie Buns, wparowując do mojego pokoju w południe.

Podchodzi do okien, odsuwa kotary i pokój od razu przestaje przypominać jaskinię.

Przez szyby wlewa się światło, aż muszę zmrużyć oczy, żeby patrzeć na przyjaciółkę.

- Buns, co ty tu robisz? - bełkoczę i przesłaniam oczy ręką. Uwielbiam swój pokój w domu Reeda w Crestwood, ale jest zbyt słoneczny. - Czy nie miałaś zostać u Russella do przyszłego tygodnia? - pytam zaskoczona, siadam na łóżku i opieram się na poduszce.

- Nie cieszysz się, że mnie widzisz? - Buns bierze się pod boki i taksuje mnie wzrokiem.

Wyglądam jak strach na wróble, nie zdążyłam się nawet przyczesać, więc włosy na pewno sterczą mi na wszystkie strony.

- Oczywiście, cudownie, że jesteś. Brakowało mi ciebie. Jak tam wakacje na południu? - Pamiętam, jak ciepło i pięknie mówiła w naszych rozmowach przez telefon o rodzinie Russella.

Razem z Brownie pojechała do niego do Karoliny Północnej na ferie zimowe. Miały go ochraniać podczas spotkania z bliskimi. Brownie udawała dziewczynę Russella, a Buns jej siostrę. Nie było im trudno, bo obie mają urodę zwiewnych nimf i są do siebie bardzo podobne. Takie same jasne włosy, niebieskie oczy, łatwo uznać, że łączy je jakieś pokrewieństwo. W każdym razie rodzina Russella na pewno nie mogła podejrzewać, że są aniołami, bo nawet ja się nie połapałam, dopóki nie zobaczyłam ich motylich skrzydeł.

- Było fantastycznie, bardzo miło, świetnie się bawiłam. Scarlett, siostra Russella, jest zupełnie taka jak my. Potrafi w sekundę nieźle narozrabiać. - Buns nadal mierzy mnie wzrokiem.

- Russell też już wrócił? - Siadam prościej na łóżku i przecieram oczy.

- Został jeszcze z rodziną. Jest z nim Brownie. Świetnie sobie radzą. Ściągną za kilka dni, tuż przed rozpoczęciem zajęć. Przyjechałam wcześniej, bo wezwał mnie Reed - wyjaśnia z wyrzutem.

- Tak? Przecież powinnaś zostać z Russellem. Trzeba go pilnować. A jeśli coś się tam stanie? - pytam zaniepokojona. Russell jest tak daleko, a do ochrony ma tylko Brownie. Wiem, że jest silna i dzielnie walczy, ale boję się, bo upadłe anioły potrafią być jeszcze bardziej zawzięte od niej.

- Nic im nie będzie. Mają się dobrze. A ty, niestety, nie. Reed powiedział, że nie wstajesz z łóżka. Martwi się.

W jej głosie słyszę naganę. Patrzy na mnie tak, jakbym ją zawiodła.

- Przecież wcale nie leżę tu non stop. - Marszczę brwi, staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz wstałam. Chyba jakoś wczoraj... A może nie. - Po prostu jestem zmęczona - bronię się.

- Nie, zwyczajnie się poddajesz, tak jak wtedy, kiedy Reed nie chciał z tobą rozmawiać. Drugi raz tego nie zniosę, więc wstawaj, i to zaraz - rozkazuje. Wyciąga mnie z łóżka bez najmniejszego trudu, bo naprawdę jest dziko silna. - I ani słowa, dopóki nie weźmiesz prysznica i się nie ubierzesz. Tracimy czas. Pospiesz się - rzuca bojowo.

- Dobrze już, dobrze! - Uciekam do łazienki.

Ale ta Buns namolna! Myję się, ubieram i wracam do pokoju. Siedzi na łóżku i czeka na mnie.

- Dziś zabierzemy cię gdzieś stąd. Na co byś miała ochotę? - Podchodzi do mnie, kiedy tak tkwię niezdecydowana przy drzwiach szafy.

- Wolno nam wychodzić? - pytam mocno zdziwiona, bo nie wystawiałam nosa za drzwi przez niemal całe ferie.

Buns marszczy brwi.

- Teraz tak, ale jak zobaczą, że są z tym problemy, stracimy okazję. Nic dziwnego, że jesteś taka zdołowana. Siedzisz tu i nic, tylko roztrząsasz to, co się stało. Czy te anioły Mocy nie potrafią tego zrozumieć? - pyta retorycznie. - Będą musiały trochę przyhamować ze swoją potrzebą kontrolowania każdego drobiazgu. Powinny pamiętać, że po części jesteś człowiekiem. Musisz wychodzić, zająć się czymś. Jesteś nastolatką! - Tak jakby to wszystko wyjaśniało.

Byłam praktycznie w areszcie domowym, od kiedy odzyskałam przytomność po zajściu sprzed kilku tygodni. Na samo wspomnienie tamtych zdarzeń przebiega mnie dreszcz, aż muszę się oprzeć o ścianę obok szafy. Trudno mi myśleć o masakrze w 7-Eleven. Od razu ogarnia mnie paniczny lęk. Nie mogę przeboleć, że tak strasznie mnie zdradził dawny przyjaciel Alfred.

- Co będziemy robić? - Marzę tylko o tym, żeby wrócić do łóżka i zasnąć.

- Najpierw pobiegamy, potem ułożymy sobie plany na jutrzejszy wieczór - oznajmia Buns z błyskiem w oku.

- A co takiego jest jutro wieczorem? - dziwię się, bo nie mam pojęcia nawet, jaki mamy dzień.

- Evie, przecież jutro sylwester. Zapomniałaś? - Patrzy na mnie z niepokojem.

- Trochę się pogubiłam, odkąd wyjechaliście. Jakby wszystko stało się jakieś nierzeczywiste. Reed i Zee byli wspaniali. Strasznie mi przykro, że sprawiam im zawód.

- Jaki tam zawód. Po prostu nie kapują, czego ci trzeba. To tak jak wtedy, kiedy nie wiedziałaś, że jesteś aniołem. Reed cię straszył, a ty nabierałaś zdolności, których nie potrafiłaś zrozumieć. Trzeba było odwrócić twoją uwagę od tego wszystkiego. I o to starałyśmy się z Brownie. Żebyś nie miała za dużo czasu na rozmyślania. - Uśmiecha się do mnie.

- Nadal nie mogę wyjść z szoku, że od początku wiedziałyście, co się dzieje, a ja nie wpadłam na to, że ty i Brownie jesteście Kosiarzami. Mogłyście mnie wtajemniczyć - podkreślam.

- W żadnym wypadku, skarbie, a że naprawdę umiemy nieźle bajerować ludzi, sama nie zgadłaś. - Buns wzrusza ramionami. - Przyjęłabyś to dobrze, gdybyśmy tak po prostu oświadczyły, że jesteśmy aniołami śmierci? Wątpię. Wystraszyłabyś się nie na żarty. Tak to się tu odbiera. Wiedziałyśmy, że jesteś i aniołem, i człowiekiem, ale miałyśmy świadomość, że nie zdajesz sobie z tego sprawy.

- Dlaczego zdecydowałyście się mi pomagać? - Naprawdę nie rozumiem, czemu są dla mnie takie dobre.

- Już mówiłyśmy, Evie. Jesteś nam bliska. Spontaniczna, trochę szalona, tak jak Brownie i ja. Nie wszystkie anioły są takie, a przynajmniej te Boskie. - Wyjmuje z szafy buty do biegania i mi je podaje. - Poza tym uznałyśmy, że to trochę nie w porządku, że twoja przemiana odbywa się tu, na Ziemi, wśród tych wszystkich pułapek i niebezpieczeństw, a inne anioły, które znamy, ewoluowały bezpiecznie w raju. Żyły sobie jak u Pana Boga za piecem i przechodziły metamorfozę z dala od zagrożeń, bez strachu.

- O, to miło... Nie wiedziałam, że jestem aż taką ofiarą losu - odpowiadam cierpko. Zastanawiam się, jak by to było czuć się całkowicie bezpiecznie.

- Evie, strasznie mi przykro, że ci to mówię, ale gdybyś była Serafinem w niebie podczas metamorfozy, wszyscy by cię rozpieszczali. - Uśmiecha się z zażenowaniem. - Na pewno byłabyś ich oczkiem w głowie.

Patrzę na nią sceptycznie. Wątpię, by mnie tam darzono szczególną sympatią. Przecież nie jestem Serafinem pełnej krwi, ale mieszanką Serafina z człowiekiem.

- Rozpieszczanie jest dobre dla mięczaków - stwierdzam, żeby pokazać, że wcale się nie przejmuję.

- Masz rację! - wykrzykuje radośnie Buns. - No, to tylko powiemy chłopakom, że idziemy pobiegać, a potem zabierzemy się do planowania sylwestra. Podejrzewam, że będziemy musieli spędzić go gdzieś niedaleko, bo wątpię, aby Reed zgodził się na nasz wypad do Londynu czy Paryża. Nowy Jork też pewnie mu się nie spodoba. Ale może go przekonam, żeby pozwolił nam wybrać się choć do Chicago. Byłoby super. - Oczy aż jej się świecą na myśl o wydostaniu się z Crestwood.

- Powodzenia! Ja nie mogłam go nawet namówić, żeby wypuścił mnie dalej niż na podwórko - zaznaczam. Uśmiecham się do niej, ale minę mam niezbyt zadowoloną.

Reed jest naprawdę kochany, ale nieugięty, jeśli chodzi o to, co uważa za niebezpieczne i ryzykowne.

- No to czeka nas trudna rozmowa, bo zamierzam postawić na swoim - oświadcza stanowczo.

Okazuje się jednak, że Reed ma ugodowe nastawienie do żądań Buns. Łapie tylko kurtkę i buty, kiedy słyszy, że chcemy pobiegać, i rusza za nami bez słowa. Jestem zaskoczona. Uświadamiam sobie, że naprawdę musiał się o mnie martwić.

Biegnąc w kierunku jeziora Arden, mam wrażenie, że po raz pierwszy od wielu dni naprawdę oddycham. Jest dość mroźno, bo to początek zimy, ale to mi nie przeszkadza tak jak dawniej, zanim zaczęłam metamorfozę. Moja skóra staje się odporna, anielska, chroni mnie przed zimnem i przegrzaniem. Ta zmiana dokonuje się niepostrzeżenie, stopniowo, dzień po dniu. Potrwa jeszcze kilka miesięcy, zanim się dopełni. Przynajmniej tak twierdzi Reed.

Dziwna jest ta nowa skóra. Gładsza niż ludzka, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Poza tym o ton jaśniejsza od mojej dawnej człowieczej karnacji, ale ma w sobie blask, ledwie zauważalny, nawet dla mnie przy wyostrzonym widzeniu. Nie mogę się jej nadziwić, bo jest mocniejsza, bardziej wytrzymała.

Po jednym okrążeniu jeziora Buns przystaje przy ścieżce, która prowadzi do domu Reeda.

- Muszę wracać, żeby zobaczyć się z Zee, skarbie. Stęskniłam się za nim - mówi z uśmiechem, przenosząc wzrok ze mnie na Reeda. - Chcę też zacząć plany noworoczne. Wy zostańcie... poruszajcie się jeszcze trochę.

- Dobrze - odpowiadam. Obserwuję Reeda.

Buns kiwa głową, po czym w ułamku sekundy już jej nie ma, zostają tylko leciutkie ślady kroków na śniegu.

- Może teraz pospacerujemy dla odmiany? - Reed zrównuje się ze mną na szlaku.

- Dobrze. - Staram się koncentrować na scenerii wokół mnie, żeby nie patrzeć na jego profil. Piękne rysy twarzy Reeda sprawiają, że mam chęć wyciągnąć rękę i go dotknąć.

Bierze moją dłoń i wtula sobie pod ramię. Jakiś czas idziemy w milczeniu. Motylki stale mi fruwają w brzuchu w jego obecności, ale w tej chwili najważniejsze, że czuję się przy nim bezpiecznie. Odwracam się w kierunku jeziora, skąd dociera do nas świeży powiew. Nasze oddechy zamieniają się w białe obłoczki pary. Splatają się nad naszymi głowami niczym kochankowie.

- Przepraszam - odzywam się wreszcie. Mój nerwowy ton przełamuje ciszę spowijającą zasypane śniegiem drzewa.

Reed odwraca się do mnie zdziwiony. Jego zielone oczy przypatrują mi się pytająco.

- Za co?

- Że nie potrafię radzić sobie lepiej - mówię z żalem.

Ściska mocniej moją rękę i przyciąga mnie bliżej, kiedy idziemy dalej.

- Evie, nie masz powodu się tłumaczyć. To ja powinienem przeprosić. Zamknąłem cię dla twojego bezpieczeństwa, a okazuje się, że ta izolacja cię zabija - wyjaśnia skruszony.

- Nie, to nie tak, naprawdę... po prostu nie za bardzo mam co robić, tylko siedzę i myślę o Alfredzie... albo wujku - szepczę i znów uświadamiam sobie z całą mocą, że nigdy nie zobaczę ukochanego Jima. Alfred już o to zadbał. Postarał się też, by wujek cierpiał przed śmiercią. - Idziemy dalej kilka kroków, zanim udaje mi się znów wydobyć z siebie głos: - Wydawało się, że najlepiej spać i o niczym nie myśleć. - Mówię tak, jakby nie gnębiły mnie we śnie koszmary. - Pewnie bardzo się martwiłeś, skoro wezwałeś Buns.

Marszczy brwi.

- Nie mam zbyt dużego doświadczenia, jeśli chodzi o ludzkie emocje. To wszystko dla mnie nowe. Staram się zrozumieć twoje uczucia. I własne doznania. Od kiedy cię spotkałem, doświadczam przeróżnych stanów emocjonalnych.

Uśmiecha się i wędrujemy dalej ramię w ramię.

- Na przykład jakich? - Unoszę brwi.

Reed wpatruje się w nasze splecione dłonie.

- Niech się zastanowię... - wzdycha. - Od dawna nie byłem szczęśliwy... a właściwie nigdy, odkąd tu jestem, i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek odczuwał to tak mocno. - Kręci głową.

- I co cię tak uszczęśliwiło? - pytam, a on uśmiecha się tak pięknie, że serce mi topnieje i zapiera mi dech w piersi.

- To było wtedy, jak powiedziałaś, że nigdy nic nie będziesz kochać bardziej niż mnie - odpowiada niemal szeptem, a ja aż się rumienię z radości. - Pożądanie też jest silniejsze, bardziej... potężne.

Przytakuję. Wiem, bo i ja pragnę Reeda ponad wszystko na świecie.

Oczy mu ciemnieją, kiedy ciągnie dalej.

- No, anioły Mocy często bywają zazdrosne... ale ja nigdy tego tak głęboko nie zaznałem jak wtedy, kiedy patrzyłem na ciebie z Russellem i myślałem, że będę musiał czekać następnych osiemdziesiąt lat, aż on umrze, żebyś mogła być moja - cedzi przez zaciśnięte zęby. - To było coś więcej niż zazdrość... To był potworny żal.

Teraz to ja ściskam jego rękę. Idziemy właśnie brzegiem jeziora najbardziej odległym od domu.

- I jeszcze te uczucia, których nie chciałbym już nigdy doświadczyć. Ta... męka... - aż jęknął - kiedy myślałem, że umierasz.

Nagle robi mi się duszno. Muszę kilka razy głęboko odetchnąć, by opanować szalone bicie serca. Bardzo go zraniłam, kiedy byłam gotowa oddać duszę, żeby ratować Russella. Ta rana jeszcze się w nim nie zagoiła. Na pewno wie, dlaczego tak zrobiłam, przecież nie mogłam pozwolić, żeby upadłe anioły rozdarły na strzępy mojego przyjaciela, ale zdaję sobie sprawę, że rozum i serce to zupełnie coś innego. Zorientował się, o czym myślę. Przystanął, żeby mnie uściskać. Tracę grunt pod nogami, kiedy lekko mnie unosi.

- A poza tym miłość... - mówi z czułością. - Nie wierzyłem, że coś takiego istnieje. Ale okazuje się, że jest i ma imię... To imię to Evie. - Przytula mnie mocniej. - I nie potrafię już bez niej żyć, odkąd ją znalazłem. Powiedz mi więc, co zrobić, żebyś do mnie wróciła. Zrobię wszystko, co tylko zechcesz.

Obejmuję go za szyję i wtulam się w niego, próbując znaleźć odpowiednie słowa, żeby wiedział, ile dla mnie znaczy.

- Dużo o tobie myślałam i o tym, jak potrafisz słuchać mojego serca. Powiedziałeś, że ono do ciebie śpiewa, nawołuje jak głosy syren żeglarzy na morzu. To dlatego, że twoje samotne serce było otwarte i jestem ci przeznaczona. Nigdzie nie znikam... Bez ciebie bym się poddała. Dzięki tobie przeżyłam. Po prostu brakuje mi wujka - mówię ze ściśniętym gardłem.

- Pomogę ci. Wróciła też Buns. Będzie wiedziała, co robić. Nie miałem racji co do niej i Brownie. One są dla ciebie najlepsze. - Stawia mnie z powrotem na ziemi.

- Nie, ty jesteś dla mnie najlepszy - zapewniam. Biorę go za rękę i ruszam w kierunku domu.

A ja odtąd postaram się też być najlepsza dla ciebie, obiecuję sobie w duchu, bo dociera do mnie, jak bardzo musiał go boleć mój smutek.

Kiedy wracamy do domu, Buns jest już w pokoju do gier i przegląda strony w internecie.

- Hej, skarbie! W Chicago jest jutro sporo imprez! Jedna na nabrzeżu! Mają kilku DJ-ów i puszczą fajerwerki o północy. Opowiadałam ci kiedyś, Evie, o pokazie sztucznych ogni za dynastii Song w dziewiątym wieku? Byłam naprawdę bardzo młoda i dopiero zaczynałam się orientować, że jakoś nie do końca pasuję do otoczenia. - Uśmiecha się, więc nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio.

Oglądam się na Reeda. Ma zmarszczone brwi.

- Buns, mogłabyś znaleźć coś nieco... łatwiejszego do realizacji? - pyta.

Kiedy spogląda na niego sceptycznie, do dyskusji postanawia wtrącić się Zefir, który siedzi obok niej.

- Buns, to kiepski pomysł. Wiesz, ilu Upadłych przyciągnie taka impreza? Reed ma rację, to teren, na którym łatwo zostać osaczonym, co by mi pasowało, gdybyśmy nie mieli ze sobą Evie. Może ty i ja wybierzemy się tam w przyszłym roku i zobaczymy, ilu Upadłych zdołamy załatwić do końca imprezy - dodaje zadowolony z siebie, a Buns od razu się rozchmurza.

- Ale wyjedziemy gdzieś z Crestwood. Tego nie odpuszczę - stwierdza stanowczo.

- Zgoda, byle unikać tłumów. Wybierzmy coś, gdzie będzie mniej ludzi, dobrze? - proponuje Zefir.

Widzę, jak kąciki ust Reeda unoszą się lekko, kiedy przysłuchuje się negocjacjom przyjaciela z Buns, która aż pali się do szumnego celebrowania sylwestra.

- Wiadomo, że w planowaniu rozrywek nikt nie może się z tobą równać, ale chodzi o Evie, rozumiesz.

Naprawdę jest niezłym strategiem. Muszę słuchać uważniej jego wykładów na ten temat.

- Skoro to dla dobra Evie - godzi się lekko nadąsana i znów odwraca się do ekranu komputera. Przegląda błyskawicznie kolejne strony. - Fajnie, to może coś bardziej rekreacyjnego?

Zefir i Reed są zaintrygowani.

- Rekreacyjnego? - Zefir przysuwa się do Buns i zagląda w ekran.

Reed kładzie mi dłoń na ramieniu i je gładzi.

- Snowboard? - rzuca Buns i uśmiecha się do nas szelmowsko. - Mam tu kilka pagórków, gdzie będą działać wyciągi w sylwestra. Na pewno przy jednym z nich coś urządzają. Moglibyśmy tam sobie pojeździć na nartach albo deskach, a potem w schronisku wznieść toast za nowy rok - kończy zadowolona, bo po minie Zefira widać, że pomysł mu się podoba.

- Brawo! - Zefir porywa ją na ręce i wiruje, aż miga w oczach, zanim stawia ją na podłodze.

- Poszalejemy sobie trochę, skarbie - zwraca się do mnie Buns. - Co ty na to?

- Super - przyznaję.

- Jesteś niezrównana, Buns - chwali ją Reed, pochyla się i całuje ją w czoło, a ona uśmiecha się jeszcze szerzej. - Wybierzmy teraz miejscowość, żebyśmy z Zefirem zdobyli kilka zdjęć satelitarnych i zastanowili się nad strategią. Potem zaplanujemy szusy na stoku.

Staram się nie dać nic po sobie poznać, ale toczę wewnętrzną walkę. Z jednej strony bardzo chcę wyrwać się z domu i zacząć żyć od nowa, z drugiej - śmiertelnie się boję tego, co może się stać, kiedy opuszczę bezpieczne terytorium. Serce musiało mnie zdradzić, bo Reed obejmuje mnie mocno i przytula do siebie.

- Będzie dobrze - zapewnia. - Nic ci nie grozi. - Przyciska policzek do mojego.

Ogarnia nas ciepło, od którego kręci mi się głowie.

- Wspaniale. Nie mogę się doczekać. Cudownie będzie zobaczyć, jak anioły zdobywają góry - szepczę mu do ucha i czule ocieram się o niego policzkiem.

- Jestem stworzony, by zdobywać - odpowiada z uśmiechem, od którego zamiera mi serce.

- Znalazłam! - woła dumnie Buns i odwraca się do nas. - Pięciogwiazdkowy ośrodek, parę godzin jazdy stąd na północ. Piszą, że na święta mają komplet, ale wiemy, co to znaczy. - Śmieje się i obraca z powrotem do ekranu.

Patrzę na Reeda, potem na Zefira - obaj najwyraźniej rozumieją, co ma na myśli.

- No zaraz, Buns, to znaczy, że nie możemy tam pojechać? - pytam zdezorientowana.

- Nie, skarbie, oczywiście, że możemy. Chodzi o to, że zostały im już tylko naprawdę luksusowe, najdroższe apartamenty. Rezerwowane dla VIP-ów.

- O... a my jesteśmy VIP-ami? - staram się nie wyjść na totalną idiotkę.

Zefir zaśmiewa się, jakbym powiedziała dowcip. Popatruje na mnie z iskrą w oku. Czeka, aż zaraz dodam jeszcze coś zabawnego?

Buns uśmiecha się lekko.

- Przecież wiesz. Reed, wyrób jej czarną kartę.

- Zrobione. Ale ona jeszcze nie miała okazji z niej skorzystać - odpowiada.

- O czym wy gadacie? - pytam podejrzliwie.

Chyba zaczynam łapać, o co chodzi, bo widziałam czarną kartę kredytową Buns, która używa jej tak, jakby miała fabrykę pieniędzy.

- Załatwiłem ci kartę. Nie zamierzam się w najbliższym czasie z tobą rozstawać ani na chwilę, ale możesz ją nosić i kupować sobie, co zechcesz - informuje mnie Reed i marszczy brwi, bo widzi moją osłupiałą minę. - Co ja takiego powiedziałem?

- Nie mogę wydawać twoich pieniędzy...

- Dlaczego? - dziwi się zmieszany, twarz mu nagle spochmurniała.

- Bo to nie w porządku.

- Czemu?

- Bo są twoje - argumentuję.

Czy on naprawdę nie rozumie, że przyjmowanie od niego pieniędzy byłoby czymś obrzydliwym?

- Ale przecież jak ci dam tę kartę, będzie twoja. - Uśmiecha się do mnie, bo sądzi, że to logiczne.

- Buns, mam nadzieję, że ty kapujesz, dlaczego nie mogę przyjąć od niego pieniędzy, prawda? - Szukam wsparcia u przyjaciółki.

- Nie... to przecież tylko kasa. - Wzrusza ramionami, a ja zaczynam podejrzewać, że może oni naprawdę gdzieś sobie tę forsę drukują.

- Mam swoje pieniądze, Reed. Ale dziękuję - mówię zakłopotana.

- Evie, masz kilka tysięcy dolarów. Co to za suma? To tylko... - urywa, bo zauważa, że spuszczam głowę, żeby nie widzieli, jak się czerwienię zażenowana.

Mój dom rodzinny jest wystawiony na sprzedaż, ale jakoś nikt nie wykazuje zainteresowania kupnem, bo poprzedni właściciel został tam okrutnie zamordowany. Większość naszych rzeczy przewieziono do przechowalni. Będę musiała za to zwrócić Reedowi, kiedy sprzedam dom. Choć obawiam się, że on nie przyjmie ode mnie pieniędzy. Przygotowanie pogrzebu wujka też pewnie sporo kosztowało, ale nie chcą mi powiedzieć, ile i kto to finansował.

- Przepraszam, czy powiedziałem coś złego? - Reed stara się złapać ze mną kontakt wzrokowy.

- Nie... Muszę tylko poszukać w internecie różnych loterii, żeby się odkuć - odpowiadam, bo w tej chwili nie mam specjalnych możliwości, żeby zarobić. Na moją duszę poluje anioł morderca, Alfred, więc nie zdobędę, a już na pewno nie utrzymam, dobrze płatnej pracy.

- Evie, możemy to uznać za pożyczkę, jeśli poczujesz się z tym lepiej. Oddasz mi później. - Unosi moją brodę i zagląda mi w oczy.

- A niby kiedy zdołam to zrobić, sponsorze? - pytam zmartwiona.

Widzę, jak jego zmysłowe usta powstrzymują uśmiech. Ale dostrzega, że nie żartuję.

- Pozwól mi się sobą zaopiekować - mówi. - Nic więcej nie chcę.

Wzdycham.

- Teraz nie mam innego wyjścia, jak korzystać z twojej pomocy, ale karty kredytowej nie wezmę - oświadczam stanowczo.

- Evie... - Stara się mnie ułagodzić.

- Reed - przerywam mu, koniec dyskusji.

- Co z tym sponsorem? - Śmieje się na widok mojego jeszcze ciemniejszego rumieńca. - To nie był komplement, co?

- Nie - rzucam krótko. - Kiedy wyjeżdżamy, Buns? - próbuję zmienić temat.

- Zatelefonuję do nich i wszystko ustalę. A wam ile czasu potrzeba, żeby wszystko zaplanować? - zwraca się do Zefira i Reeda.

- Parę godzin. Do wieczora będziemy gotowi - oświadcza Zefir, a Reed przytakuje.

- Super! Możemy wieczorem wyjechać i już rano po śniadaniu śmigać na stoku! - Buns kipi radością. W ułamku sekundy wyskakuje z pokoju, żeby złapać telefon i zrobić rezerwację.

- Idę się pakować. - Znów czuję, jak ogarnia mnie entuzjazm, a zarazem przerażenie.

Jak najszybciej zmykam do siebie, żeby myśleli, że jestem tylko podekscytowana.

Po chwili wyjmuję walizkę z szafy. Kiedy ściągam ją z górnej półki, spada coś, co tam leżało, a czego nie zauważyłam. Przykucam, żeby to podnieść, i zamieram. To drewniane pudełko z ważkami wyrytymi na wieczku. Ktoś musiał przynieść je z akademika, kiedy zabierali stamtąd moje rzeczy. Drżącymi dłońmi sięgam po szkatułkę.

Dotykam jej lekko, przesuwam palcami po drewnie, wyczuwam misterne rzeźbienia. To Freddie dał mi ją na urodziny, myślę i jak oparzona cofam dłoń. On w ten sposób powiedział mi, kim jest, tylko że wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jest upadłym aniołem, Kosiarzem, jego opalizujące skrzydła są bardzo podobne do tych przedstawionych na wieczku. Przebiega mnie dreszcz na wspomnienie, jak dotknęłam tych cieniutkich jak papier, szeleszczących, wibrujących z podniecenia skrzydeł.

Ale ja jestem głupia. Jak mogłam dopuścić do tego, co się stało? Ogarnia mnie poczucie winy i wstyd. Unoszę wieczko i patrzę na małą srebrną puderniczkę w środku. Zdobi ją piękna ważka, tors ma z opali. Kamienie połyskują złowieszczo w mroku przy szafie.

Nie zorientowałam się, kim jest, i ucierpiało wielu ludzi. Stracili życie, tak jak mój wujek, myślę, a dłonie same zaciskają mi się w pięści. Ten prezent jest namacalnym dowodem mojej głupoty. Przypomina, że odtąd muszę inaczej patrzeć na wszystko. Nie wolno mi pozwolić sobie na bezmyślność i naiwność, bo mogą na tym ucierpieć ci, których kocham. To gorzka rzeczywistość. Biorę puderniczkę i przyciskam ją z rozpaczą do siebie. Nie mam prawa nigdy więcej zawieść, cena jest zbyt wysoka.

Czuję pod palcami maleńki zamek puderniczki, obracam nią powoli, przyglądam się. Naciskam. Otwiera się z cichym kliknięciem, uwalniając obłoczek powietrza zamknięty w środku. Odchylam wieczko, odkrywam lusterko. Przez moment widzę tylko swoje oczy; patrzą na mnie z odbicia. Wyglądam na udręczoną, przytłoczoną wspomnieniami. Ale nagle mam wrażenie, że dostrzegłam w lusterku jakiś ruch. Zaskoczona oglądam się przez ramię, żeby sprawdzić, co się dzieje. Ale nic tam nie ma. Znowu patrzę w gładką małą taflę. Ciekawe, moje odbicie jest jakby ciemniejsze, mniej ostre.

Coś tu się rusza, ale to jest w samym szkiełku, jakiś niewyraźny cień. Im dłużej się w niego wpatruję, tym bardziej się zbliża i przybiera konkretną formę... tak jakby biegł ku mnie długim korytarzem w tym lustrze, co na pewno nie jest odbiciem żadnego z wnętrz tego domu. A właściwie to nie jest cień, to rój much - przybiera kształt męskiej sylwetki.

Opamiętuję się i próbuję szybko zatrzasnąć puderniczkę, ale zacięła się, nie daje się zamknąć. Ciskam ją jak najdalej od siebie, uderza o podłogę. Z lusterka dochodzi syk, a w powietrzu unosi się znajomy smród. Modliłam się, żeby nie poczuć go już nigdy w życiu. Czarna chmara much wzlatuje wysoko w górę i tworzy dziwaczne esy-floresy, aż wreszcie układa się w obraz człowieka-cienia. Jest jak ten, którego widziałam w Coldwater z Freddiem. Duch złowieszczo szczerzy zęby i rzuca się, by mnie zabić.

Rozdział 2 W drogę

W mgnieniu oka orientuję się, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Cień staje naprzeciwko mnie. Ciemny kształt faluje, jest coraz wyższy. Mroczny, oderwany od niego duch krąży, oplata go - wygląda jak kochanka, która obejmuje demonicznego mężczyznę. Sparaliżowana jego widokiem nie jestem w stanie uciekać. Chwyta mnie za gardło i porywa w górę. Żelazny uścisk jeszcze kilka tygodni temu pewnie skręciłby mi kark, ale od tamtej pory ewoluowałam, teraz trudniej mnie zabić. Demon uświadamia to sobie, w jego twarzy widzę złość, wyciąga drugą rękę, by złapać mnie jeszcze mocniej. Czarne plamki tańczą mi przed oczami, kiedy rozpaczliwie rozglądam się po pokoju, szukając czegoś, co pomogłoby mi się uwolnić.

Dociera do mnie jakiś szum - w pierwszej chwili sądzę, że to życie ze mnie uchodzi, ale kiedy odrywam wzrok od wściekłego grymasu potwora, widzę za oknem chmarę ważek. Układają się w ciemną sylwetkę mężczyzny. Stopniowo wyłania się z nich dobrze mi znana postać. To Alfred. Unosi się tuż za szybą. Jego błyszczące niebieskozielone skrzydła poruszają się szybko, by utrzymać go w powietrzu. Obserwuje scenę rozgrywającą się w sypialni. W kącikach jego ust pojawia się uśmiech satysfakcji.

Bezradnie wymachuję w powietrzu nogami. Próbuję się uwolnić z uścisku cienia i rozpaczliwie wykrzyczeć imię, które bezgłośnie wypowiadam raz za razem: Reed. W panice jeszcze mocniej wierzgam, żeby kopnąć potwora przede mną. Szczerząc zęby, warczy dziko i kuli się, kiedy wreszcie trafiam go stopą tak mocno, jak tylko potrafię. Wiem, że to wystarczy. Cień właśnie przypieczętował swój los tym jednym małym odgłosem.

W jednej chwili drzwi otwierają się z impetem i zanim jeszcze odbiją się od ściany, zostaję wyrwana ze stalowego uścisku cienia, który mnie dusił i unosił w powietrzu. Ciało mężczyzny wraz z jego cieniem upada ciśnięte daleko ode mnie. Krztusząc się, biorę pierwszy wdech. Powietrze pali mnie, zanim trafi do płuc, bo pokój przesiąkł ohydnym odorem. Kruczoczarne skrzydła Reeda rozpościerają się szeroko, kiedy wyrzuca demona na korytarz, gdzie łapie go Zefir. Groteskowe szeleszczące trzaski, kiedy drze intruza na strzępy, cichną, w miarę jak odciąga go coraz dalej od moich drzwi. I zaraz już Reed trzyma mnie w ramionach.

- Al-fred - sapię, próbując mu wskazać postać za oknem.

Obracam się, ale tam za szybą już nikogo nie ma. Tchórz znowu uciekł, kiedy tylko zobaczył, że na ratunek przybywają mi anioły Mocy.

- Nic ci się nie stało, Evie? - pyta zaniepokojony Reed. Przygląda mi się, żeby sprawdzić, czy nie odniosłam jakichś obrażeń.

Kręcę głową, kaszlę i nerwowo łapię oddech.

- Nie - chrypię.

Reed delikatnie unosi mi dłonią brodę. Ogląda sińce na szyi. Na pewno przez kilka godzin, zanim dojdę do siebie, będą wyglądały okropnie.

- Nie rozumiem, jak on się do nas dostał, Evie. Zefir i ja nie mieliśmy pojęcia, że tu jest. Jakim cudem przeniknął tutaj bez naszej wiedzy? - Reed zaciska zęby. Przytula moją twarz do swojej obnażonej piersi. Słyszę potężne bicie jego serca, skrzydła drżą mu z emocji.

- Alfred też tu jest - mówię schrypniętym głosem i znów pokazuję na okno.

W jednej chwili Reed porywa mnie i zanosi do łazienki przy moim pokoju. Szczelnie zamyka drzwi. Zostaję sama. Patrzę w lustro. Człowiek-cień rzeczywiście zostawił po sobie ślad - wielgachne ciemne pręgi, które jeszcze nie nabierają fioletowego odcienia. Podchodzę bliżej i jestem zaszokowana widokiem swoich oczu. Białka są całkiem czerwone. Musiały mi popękać naczynka. Wyglądam teraz dziwaczniej niż potwór z horroru, szczególnie że w jakimś momencie, kiedy się broniłam, wyskoczyły mi na plecach moje szkarłatne skrzydła. Teraz luźno zwisają po bokach.

Drzwi otwierają się z takim impetem, że aż podskakuję ze strachu. W mgnieniu oka jest przy mnie Buns. Obejmuje mnie mocno.

- Co się stało, skarbie? - Odsuwa się i przypatruje mojej szyi. Zagryza wargę, marszcząc brwi. - Jak do tego doszło? - pyta ze zgrozą.

- Człowiek-cień próbował mnie udusić.

- Co za człowiek-cień? Nic nie słyszałam. Nic nie zauważyłam. Jak się tu dostał? - rzuca gniewnie i delikatnie gładzi moje włosy.

- Jakaś opętana dusza. Wyskoczył jak diabeł z pudełka. - Odwracam się do umywalki, żeby nalać sobie szklankę wody. Biorę mały łyk, chcę ochłodzić palące do żywego gardło. - Gdzie się podziali Reed i Zee? - szepczę trochę bełkotliwie. Trudno mi uwierzyć w to, co się stało.

- Przed sekundą wypadli stąd, jakby mieli gonić stado demonów. A mieli? - Wsuwa myjkę pod kran i przykłada mokrą do mojej szyi.

- Alfred... za oknem. Pewnie czekał na moją duszę, chciał ją porwać, jak ona opuści ciało - wyjaśniam krótko. Chłodny okład przynosi mi ulgę.

- Alfred! - prycha Buns, a z pleców wyskakują jej złote, zwiewne motyle skrzydła. Wzburzona zaczyna chodzić po łazience. Wygląda jak dobra wróżka. - Alfred nie pozwoliłby tej kreaturze cię zabić. Pewnie chciał, żeby tamten prawie cię wykończył, wtedy sam zmusiłby cię, żebyś oddała mu duszę. Nie sądzę, by mógł ją wziąć bez twojego przyzwolenia - ciągnie. - Oby go wreszcie dopadli i zniszczyli. Mam go już serdecznie dość. Mówisz, że jakiś opętany duch wyskoczył z pudełka?

- Z puderniczki. Jest w pokoju. Rzuciłam ją na podłogę, kiedy zobaczyłam, że coś leci do mnie z lusterka. Nie mogłam zatrzasnąć wieczka z powrotem. Nie dawało się zamknąć - mówię zrozpaczona. - I po chwili to coś było u mnie w pokoju i złapało mnie za gardło. Nie mogłam nawet krzyknąć.

Znieczulenie szoku mija. Ręce mi drżą, krzyżuję je na piersi, żeby mi tak nie latały. Buns znika na moment - drzwi łazienki zostawia otwarte - i wraca z puderniczką w dłoni. Wieczko jest szczelnie zamknięte.

- O, już po nim, niech no tylko dorwę tego Alfreda. Nie lubię zabijać. Brownie i ja uważamy, że to poniżej naszej godności. I robię, co w mojej mocy, by tego unikać, ale to będzie zaszczyt zlikwidować takiego łajdaka. - Znów zaczyna chodzić tam i z powrotem.

- Nie szukaj go. Trzymaj się od niego z daleka. Naprawdę jest świrnięty i zły. Nie chcę, żebyś miała z nim do czynienia. - Oczami wyobraźni widzę, jak Alfred odrywa złociste skrzydła z pleców mojej przyjaciółki.

Buns przewraca oczami.

- Błagam... Alfred? - prycha z przekąsem. - To totalny kretyn, Evie. Mogę mu nieźle skopać tyłek. Przecież dlatego stale napuszcza innych, żeby odwalili za niego brudną robotę, bo sam jest słaby i nieudolny - kończy stanowczo, a ja mam ochotę jej uwierzyć, ale zaraz staje mi przed oczami scena, jak wbijał nóż w Russella, i aż się wzdrygam.

- Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało, Buns. - Na samą myśl o czymś takim ściska mnie w dołku.

- Skarbie, jak Alfred chce, może sobie próbować, ale bardzo ciężko za to odpokutuje - zapewnia Buns. - Zaraz, czy on dał ci może coś jeszcze? Klejnot, perfumy, coś do jedzenia?

Marszczę brwi i się zastanawiam.

- Jest tylko drewniane pudełko, w którym była puderniczka. Leży w szafie.

Znów w ułamku sekundy znika. Wraca z pudełkiem.

- Co to jest? - pytam, bo teraz wiem, czym nie jest. Na pewno nie prezentem, raczej koniem trojańskim.

- Ma wiele zastosowań, ale głównie to portal.

Muszę mieć zdezorientowaną minę, bo wyjaśnia dalej.

- To jak brama. Kiedy otworzyłaś pokrywkę, to razem z nią kanał, tunel dla tego, kto ma dostęp do bramy po drugiej stronie. Alfred dał drugą puderniczkę opętanemu, który obserwował i czekał, kiedy przejście zostanie otwarte. Skorzystał z okazji, wyskoczył tutaj i trafił na ciebie - mówi, dotykając mojej szyi. - Niektóre demony używają tych kanałów, żeby uciekać aniołom Mocy. Zostawiają jeden otwarty w bezpiecznym miejscu, a drugim wędrują. W razie czego wskakują do kanału i zmykają do swojej przystani. Tam niszczą portal, zanim ruszy za nimi pościg.

- Jak można wejść do lustra, zwłaszcza tak małego? - pytam zaskoczona.

- Przez transfigurację - odpowiada po prostu.

- Aha... - Udaję, że łapię. Zaraz jednak próbuję doprecyzować: - Dokonuje się metamorfozy?

- Tak. - Uśmiecha się do mnie.

- Potraficie to robić? To pokaż - domagam się prowokująco, gdy widzę, że potakuje. - Podpieram się pod boki. Mam poczucie, że oni wszyscy mnie zwodzą.

Wzrusza ramionami.

- Jak chcesz.

Podchodzi do blatu, odkłada tam puderniczkę i pudełko. Odwraca się do mnie i uśmiecha wesoło, a jej ciało zaczyna migotać w świetle. W kilka sekund zmienia się na moich oczach w chmarę cudownych złocistych motyli, a na podłogę, tam gdzie stała, opada z niej ubranie. Motyle latają po całej łazience, nie układają się w żaden szczególny kształt, fruwają sobie bezładnie, jak to motyle. Wtem się gromadzą i tworzą sylwetkę przypominającą moją przyjaciółkę. I nagle znów stoi przede mną dawna Buns.

- Ale cuda... - mamroczę z podziwem.

- No właśnie! - Ubiera się, cały czas uśmiechając do mnie.

- Czy ja też...? - Nie mogę dokończyć pytania.

- Jasne. Przynajmniej tak sądzę. Pewności nie mam, bo jesteś i aniołem, i człowiekiem, ale skoro wszystko inne rozwija się u ciebie jak u aniołów, to przypuszczam, że zdolność metamorfozy też się wykształci.

- Możesz zmieniać się, w co tylko zechcesz?

- Nie, tylko tak jak teraz - rzuca, jakby to było nic takiego. - Z Brownie jest tak samo. Nie doskonaliłyśmy tej zdolności, bo prawie nigdy jej nie wykorzystujemy. Przydaje się, kiedy chcę uniknąć ludzi, a gdzieś mnie osaczą, ale zwykle mogę im po prostu uciec lub odlecieć.

Nerwowo pocieram czoło.

- No dobrze. Chyba czas, żebyśmy zaczęły prywatne lekcje anielskich umiejętności. Muszę być przygotowana na te wszystkie pułapki, w które stale daję się złapać. - Zirytowana spaceruję tam i z powrotem. - Bo teraz zastanawiam się, czy krzesło w pokoju obok to naprawdę krzesło, a nie jakiś zły anioł, który czyha, żeby mnie zabić, jak tylko na nim usiądę.

- Evie, musimy się zmieniać w coś ożywionego. Krzesło jest bezpieczne. - Stara się stłumić śmiech ubawiona.

Piorunuję ją wzrokiem.

- No, świetnie! Za to każda muszka, którą zobaczę, może być groźna, tak?

- Jakoś specjalnie nie martwiłabym się robaczkami. Chyba że pojawi się ich cała chmara. Wtedy może być kłopot. Jak zauważyłaś, zmieniłam się w mnóstwo motyli, nie w jednego.

- Czyli ważna jest ilość?

- Tak - przyznaje. - A jeśli chodzi o prywatne lekcje... - dodaje i urywa.

- To co? - pytam podejrzliwie.

- Wiesz, dyskutowaliśmy sobie o tym, co ci powiedzieć, a czego nie. Reed słusznie zauważył, że nie możemy po prostu wypaplać ci wszystkich sekretów raju i piekła. Prawo zabrania nam wtajemniczać ludzi, a skoro jesteś po części człowiekiem i masz duszę, musimy być ostrożni. - Widzi, jak rzednie mi mina. - Nie zrozum mnie źle, kiedy tylko coś się zdarzy, jestem gotowa zaraz ci to wyjaśnić. Chodzi o to, że jeśli twoja dusza opuści ciało, chcę być pewna, że trafi do raju, bo nie zniosłabym myśli, że nigdy już cię nie zobaczę. - Głos jej się lekko załamuje. - Ani mi się śni negocjować w sprawie twojej duszy, gdybym przechyliła szalę na ich korzyść przez to, że wygadałam coś, co pozwoliłoby ci nie polegać wyłącznie na wierze.

- Buns, z pleców sterczą mi skrzydła, czy może być jakiś bardziej oczywisty dowód? - pytam poważnie.

Uśmiecha się.

- Może tylko zwariowałaś, a ja to wszystko zmyślam.

- No dobrze. Wiem, że jestem wariatką, ale to wszystko się dzieje raczej naprawdę.

- No właśnie. "Raczej"... ale... nie na sto procent. Więc wierzysz w Boga i w to, że jestem Boskim aniołem, i to chcemy utrzymać. Nie pozwolę ci pokutować w piekle za to, że powiedziałam za dużo. Ale uwielbiam, jak Alfred coś mąci, bo wtedy mogę zdradzić ci więcej. - Uśmiecha się porozumiewawczo.

- To nie fair, Buns - oponuję. Nie chcę przyznać jej racji.

- Wiem, ale pomyśl, jak ja się czuję. Znam tyle sekretów, którymi chciałabym się z tobą podzielić, ale mi nie wolno. Naprawdę ciężko mi z tym - stwierdza z żalem, że musi to w sobie tłamsić.

Rozumiem, że powinnam jej odpuścić, bo pamiętam, jak się czułam miesiąc temu, kiedy nie mogłam powiedzieć Russellowi, co się dzieje. Czy rzeczywiście minął zaledwie miesiąc? Wydaje mi się, że lata, tak jakbym wtedy była o wiele młodsza, a teraz dużo, dużo starsza. Chwilami odnoszę wrażenie, że mam setki lat i nic nie jest już dla mnie nowością.

- Myślisz, że go dopadną? - szepczę. Zdaję sobie sprawę, że chcę śmierci Alfreda i nic mnie nie ukoi, dopóki nie zostanie unicestwiony. Pragnę jego krwi, pragnę pomścić wujka. Ale jednocześnie nie mogę pogodzić się z tym, że przeze mnie Reed tak się naraża, ścigając tego demona. Choć wszyscy mówią, że ryzyko jest minimalne, gnębi mnie strach, że coś się stanie i stracę Reeda na zawsze.

Buns wzrusza ramionami.

- Nie wiem, skarbie.

- To jak, jest już bezpiecznie? Chcę się spakować, żebyśmy mogli jechać, jak tylko wieczorem wrócą. - Podchodzę do drzwi łazienki.

- Naprawdę sądzisz, że Reed pozwoli ci teraz dokądkolwiek jechać?

- Musimy się stąd wyrwać, Buns! Nie wytrzymam tu dłużej - mówię zrozpaczona. - Nie mogę usiąść u siebie w pokoju po tym, co właśnie się stało, gapić się w ścianę i zastanawiać, kiedy wreszcie Alfred mnie dopadnie. - Przekręcam gałkę w drzwiach. Wychodzę z łazienki i wpadam wprost w ramiona Reeda. Jest smutny, w wyrazie jego twarzy widzę skrywany żal.

- Nigdy cię nie dostanie. Proszę, zaufaj mi. Nie dopuszczę do tego, żeby cię porwał - szepcze mi do ucha.

- Reed, nie wiedziałam, że już tu jesteś... Nic ci się nie stało? Co poszło nie tak? - pytam spanikowana, bo ściska mnie tak mocno, że musiało coś się zdarzyć. - Gdzie Zee?

- Jest cały i zdrowy. Alfred nam uciekł - cedzi wolno, jakby te słowa z trudem przechodziły mu przez gardło.

Oddycham głęboko, wdzięczna, że ci, których kocham, są już bezpieczni.

- Świetnie... czyli wszystko dobrze się skończyło - stwierdzam z ulgą.

- Nie dla mnie - odpowiada, a mnie znów ogarnia przerażenie. Nie zauważyłam, żeby był ranny, ale może coś mi umknęło.

Jestem bliska obłędu, kiedy pyta:

- Jak ten demon zdołał się tu dostać? Dlaczego nic nie zauważyłem?

- Och - wzdycham ciężko. - To moja wina. Nie wiedziałam, że puderniczka, którą dał mi na urodziny Freddie... to znaczy Alfred, to taki dinks z bramą. A tu bach! Otwieram wieczko i wypuszczam potwora.

Mam straszne wyrzuty sumienia, że coś takiego zrobiłam, choć przecież... Skąd mogłam wiedzieć?

Reed puszcza mnie i bierze z blatu puderniczkę i pudełko. Oglądam się na Buns, żeby pomogła mi wszystko wyjaśnić, ale wyszła.

- To jest to? - pyta Reed; takim gniewnym tonem nigdy się do mnie nie odzywał.

Wzdrygam się lekko, opieram o gałkę przy drzwiach łazienki i przytakuję.

- Czy kiedykolwiek dał ci coś jeszcze?

Nadal nie bardzo potrafi opanować złość. Blednę i kręcę głową. Reed miażdży puderniczkę, zostaje z niej kulka metalu w jego dłoni. Niszczy też pudełko.

Zaczynam dygotać.

- Przepraszam. Nie zdawałam sobie sprawy, że takie rzeczy istnieją. To znaczy może w bajkach tak, ale nie w życiu. Nic przed tobą nie ukrywałam. Po prostu znalazłam to w szafie. Spadło z półki, kiedy zdejmowałam walizkę... - paplam jak nakręcona. - Jestem głupia i tyle. Stale robię coś nie tak...

Przestaję, bo Reed kładzie mi palec wskazujący na wargach.

Przyglądam się jego twarzy. Chcę się zorientować, czy moje usprawiedliwienia go przekonały.

Nadal mam wrażenie, że się gniewa.

- To nie twoja wina, tylko moja - stwierdza. - Skąd mogłaś wiedzieć, co się stanie, kiedy to otworzysz. Nie mogłaś przewidzieć, że wyskoczy z tego demon i zacznie cię dusić. Proszę, nigdy więcej nie mów, że jesteś głupia - kończy i zdejmuje palec z moich ust. Odwraca się i rusza do drzwi. - Pakuj się. Wyjeżdżamy - dodaje przez ramię.

W pół godziny zbieram wszystko, co może mi być potrzebne podczas wycieczki w góry. Reed i Zefir decydują, że lepiej jechać dwoma autami niż jednym. Buns i Zefir ruszą przodem w czarnym range roverze. Ja z Reedem za nimi w czerwonym, który dostałam na gwiazdkę. Domyślam się, że chcą w razie czego zmylić wroga, a mnie odwieźć w bezpieczne miejsce drugim wozem.

Reed ładuje moje rzeczy do bagażnika i rzuca mi kluczyki. Łapię je i przez chwilę patrzę na niego pytająco, zanim z uśmiechem wsiadam od strony kierowcy. Zapinam pasy i włączam silnik - budzi się z groźnym pomrukiem, kiedy dotykam stopą pedału gazu. Reguluję ustawienie lusterka i przez moment widzę w nim odbicie własnych oczu. Są prawie takie jak zawsze, tylko w kącikach pozostały bardziej czerwone. Oddycham z ulgą, że nie wyglądam już jak dziwadło. Unoszę brodę i odsuwam na bok szalik. Sprawdzam, czy sińce na szyi też schodzą. Względnie. Są teraz ciemnożółte. Z powrotem zakrywam je szalikiem. Siedzący obok Reed obserwuje mnie bez uśmiechu.

Odpinam pasy i gramolę się do niego na kolana. Obejmuję go za szyję, przyciskam czoło do jego czoła i zaglądam mu w oczy.

- Dziękuję - mówię łagodnie. - Wiem, że ten wyjazd to dla ciebie stres. Pewnie walczysz ze sobą, żeby nie złapać mnie i nie zanieść z powrotem do domu, a przynajmniej samemu siąść za kierownicą, by mieć pewność, że nic mi się nie stanie.

Widzę leciutki uśmiech na jego ustach.

- Niesamowite, jak ty dobrze mnie znasz. Gdybym tylko potrafił tak rozumieć ciebie. Mam wrażenie, że czytasz mi w myślach. A ja zwykle nie mam pojęcia, co ty za chwilę zrobisz.

- Nieprawda... Na ogół nie wiem, co myślisz, ale ostatnio skupiasz się na jednym. Chodzi o przestrzeganie "Zasad bezpieczeństwa Evie", tyle że chyba nie bierzesz pod uwagę minusów takiego postępowania. Tylko same "za". - Przytulam się do niego mocniej i całuję go czule pod uchem.

- Nie ma żadnych minusów - szepcze mi we włosy i przez chwilę mu wierzę. Delikatnie skubię zębami płatek jego ucha.

- A teraz? - Uśmiecham się na jego jęk.

- No dobrze, jest jeden minus, ale już niedługo na pewno nie będzie tego problemu. - Ma na myśli to, że nie wolno nam poddać się pożądaniu, dopóki nie zyskam dość odporności, by wyjść z tego bez szwanku. - Zefir chyba chce, żebyśmy już ruszyli - przypomina mi, że wstrzymujemy całą wycieczkę.

Wyglądam do przodu - Zefir opuścił szybę po stronie kierowcy i cierpliwie czeka.

- Oj! - Czerwienię się. - Czas jechać.

Przesuwam się z powrotem za kierownicę, zapinam pasy. Ruszam za czarnym range roverem. Skręcamy na drogę prowadzącą do kurortu.

- Za ile tam dotrzemy? - pytam Reeda, patrząc przed siebie na szosę.

- Zależy, jak szybko będziemy jechać. Pewnie za trzy godziny, jeśli będziemy przestrzegać przepisów - mówi zdawkowo.

Zgaduję, że dla niego wolna jazda to strata czasu. Bez ryzyka nie ma zabawy. Widzę, że Zefir wyznaje tę samą filozofię, bo muszę wduszać gaz niemal do dechy, żeby za nim nadążyć.

- Mówisz, że znam cię tak dobrze. W pewien sposób tak, ale z drugiej strony nic o tobie nie wiem - odzywam się po dłuższej chwili.

A Reed delikatnie ujmuje moją dłoń. Nie ma pojęcia, jaki jest idealny.

- A co byś chciała o mnie wiedzieć? - pyta ostrożnie.

Pewnie sądzi, że zamierzam wydobyć jakiś dotyczący jego specjalności sekret, którego nie wolno mu zdradzać. A mnie wcale nie o to chodzi.

- Spokojnie, nie proszę, żebyś mi tłumaczył, dlaczego archeolodzy znaleźli kości dinozaurów, skoro historia stworzenia jest prawdą - zapewniam i uśmiecham się do niego. Patrzę, jak unoszą się kąciki jego warg i w końcu uśmiech wędruje do jego oczu. Uwielbiam to. - Nie. Opowiedz coś ze swojego życia.

- Już ci mówiłem, Evie. Tak naprawdę moje życie zaczęło się dopiero wtedy, kiedy cię poznałem.

Przewracam oczami. Nie kupuję tego.

- Nie wierzysz mi? - Przypatruje się mojej twarzy.

- Nie. Jesteś artystą. Widziałam, jak pięknie rzeźbiłeś, i wiem, że w twoim życiu musiało być coś przedtem - argumentuję.

- Rzeźbiłem głównie wtedy, gdy siedziałem w jakiejś odludnej dziurze i czekałem na swoją ofiarę. - Zerka na przesuwający się za oknem krajobraz. - Dzięki temu miałem coś do roboty, kiedy nie byłem już w stanie czytać kolejnego sonetu, którego nie rozumiałem, bo brakowało mi odniesienia do opisywanych w nim emocji. Podróżuję przez ludzkie cywilizacje, trzymając się na uboczu.

Co i raz spogląda na mnie, pewnie próbuje się zorientować, jakie wrażenie robi na mnie to, co mówi. Próbuję nie zdradzać wyrazem twarzy tego, jak bardzo boli mnie serce na myśl o jego samotnej egzystencji.

Na chwilę milknie, zanim odzywa się znowu.

- Głównie obserwuję, jak rodzą się i upadają cywilizacje. Od czasu do czasu staram się jakoś włączyć, jak ostatnio tutaj, ale to nie moje zadanie. Muszę uważać, żeby nie zapomnieć, kim jestem. Mógłbym opowiedzieć ci o swoich wrażeniach ze Sparty, o wojownikach, którzy zostali rozgromieni, gdy ich cywilizacja ginęła. Mógłbym opowiadać o hiszpańskiej inkwizycji i okrucieństwach popełnianych rzekomo w imię Boga, ale jestem tylko obserwatorem ludzkich dokonań. Nie mogę za bardzo się w nie mieszać, nawet jeśli uznałbym, że niektórych okrutników należałoby zetrzeć na proch. - Uśmiecha się ponuro, a mnie przebiega dreszcz na myśl o okropnościach, jakich musiał być świadkiem. - Czasami po tym, co widziałem i co wytrąciło mnie z równowagi, musiałem odpocząć trochę od ludzi.

Gorączkowo próbuję wyobrazić sobie, co mogło być tak straszne, że aż przerosło wytrzymałość anioła, którego celem jest zabijanie i rozrywanie na strzępy innych aniołów. Ze wstydem uświadamiam sobie, że potrafiłabym wymienić kilka przykładów, i to z niezbyt odległej przeszłości.

- Zdarzało mi się po kilkadziesiąt lat trzymać z dala od społeczności ludzkich. Teraz o to trudniej, ale nie jest to całkiem niemożliwe. A kiedy już udzielam się wśród ludzi, nie potrafię nawiązywać z nimi trwalszych przyjaźni. Choć niektórzy lgną do mnie z jakiegoś powodu. - Urywa, żeby zerknąć na mnie. - Weź na przykład takiego JT i Pete'a. Nie wiedzą, czemu mnie lubią, ale po prostu tak jest. - Uśmiecha się, choć opisuje ponure życie. - Ale będę mógł się z nimi widywać najwyżej kilka lat. Bo w końcu zauważą, że ja stale mam dziewiętnaście lat, a oni się starzeją. - Wybucha wcale nie wesołym śmiechem. - Przeniosę się więc dokądś i zacznę nowe życie gdzie indziej... ale teraz mam ciebie. Możesz wędrować ze mną. Dokądkolwiek nam się zamarzy, dokąd tylko zechcesz. - Unosi moją dłoń do ust i całuje.

Przykładam ją do jego policzka. Patrzę, jak Reed zamyka oczy, upajając się moim dotykiem.

Kontakt... niezaspokojona potrzeba... nic dziwnego, że na początku naszej znajomości zawsze wydawał się tak zagubiony, kiedy był blisko mnie. Czuł się zagubiony... a ja go odnalazłam... i zostanę przy nim na zawsze, żeby nie wiem co - myślę.

- Kocham cię. Możemy jechać, dokąd tylko chcesz, byle razem - wyznaję krótko, żeby nie było między nami nieporozumień. I zmuszam się, żeby oderwać wzrok od jego promiennego uśmiechu, nie chcę spowodować wypadku.

- To takie dziwne, gdzie wędrują teraz moje myśli... siedzę i marzę o tym, co może nigdy się nie spełni - mówi.

- To znaczy? - pytam zaskoczona.

Patrzy na mnie przez chwilę tak, jakby powiedział za dużo. Jakby zdradził wstydliwy sekret. Mam wrażenie, że mi nie odpowie.

- Potrafię teraz godzinami marzyć o wszystkich tych miejscach, do których mogę cię zabrać, i myślę o tym, jak ci się spodobają. A potem o tym, co byśmy robili, gdybyśmy się tam znaleźli, ale zawsze zostawiam sobie jedno miejsce na następne marzenia... Jestem taki szczęśliwy - mówi niemal przepraszająco.

- Twierdzisz, że marzysz o mnie tak, jakbyś śnił na jawie? - Czerwienię się lekko, kiedy uzmysławiam sobie, że w ten sposób myśli o mnie nieugięty wojownik.

- Tak - potwierdza, obserwując mnie. - Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie robiłem. Kiedy coś planuję, to czysta strategia, tak jak to, gdzie znajdę najpodlejsze kreatury. Albo jak wykorzystać teren, by najskuteczniej osaczyć wroga. Jak napuścić na siebie nawzajem swoich przeciwników. Jak zawrzeć najbardziej zabójcze przymierza - wylicza pewnie. - A teraz nagle łapię się na tym, że myślę, jak sprawić, by Evie się uśmiechnęła, lub jak zareagujesz na widok piramid w Gizie. A jak będą wyglądały twoje włosy na poduszce dziś w nocy w twoim pokoju... - urywa.

Mój rumieniec staje się jeszcze ciemniejszy.

- Reed, to fajne, podniecające... - Staram się powstrzymać uśmiech.

- Serio?

- Mhm, bardzo.

- No... to dobrze. Już myślałem, że coś ze mną nie tak. - Moja reakcja wyraźnie go cieszy.

- No co ty! Mnie też się to zdarza. Myślę, jakie to byłoby super całować cię i całować bez przerwy.

- Masz rację, to fajne - mruczy, muskając moje włosy.

- Widzisz?

- O czym jeszcze marzysz? - pyta łagodnie. Temat mu się spodobał.

Odchrząkuję i zastanawiam się chwilę.

- Hmm... na przykład dziś rano, kiedy zdecydowaliśmy się na tę wycieczkę, pozwoliłam sobie trochę pofantazjować, jak bym rozplanowała nocleg, gdybym miała taką możliwość.

- Tak? - Unosi brwi.

- Mhm. A kiedy się pakowałam, chyba dorzuciłam kilka rzeczy, w razie gdybyś unieważnił surowy zakaz uwodzenia.

- To niewyobrażalne, co potrafisz ze mną zrobić samymi słowami. - Kręci głową.

Uśmiecham się, bo nagle czuję swoją siłę. Staram się to ukryć, rzucam okiem za okno. Minęliśmy już wszystkie główne miasta w tym rejonie i teraz jedziemy przez wioski w kierunku jeziora Michigan i kurortu, w którym zamierzamy się zatrzymać. Po obu stronach dwupasmowej drogi rośnie gęsty jodłowy las. Na gałęziach leży śnieg, przez co panuje niemal absolutna cisza. Pięknie to wygląda o zmierzchu, kiedy kolory nocy wypierają blask zachodzącego słońca. Zaraz zrobi się tu naprawdę ciemno, bez latarni i świateł miasta, od których jarzyłby się horyzont. Ale to nie szkodzi, bo teraz świetnie widzę w ciemności, przecież mam anielski wzrok. Pewnie nie musiałabym nawet włączać reflektorów, ale robię to, żeby inni mnie widzieli.

Dzwoni telefon w kieszeni Reeda. To Zefir. Przypomina, że w tym miejscu planowali tankowanie. Podjeżdżamy na stację benzynową z małym sklepem. Parkuję obok dystrybutora. Buns z Zefirem wysiadają ze swojego auta i podchodzą do nas, rozglądając się uważnie. Reed pochyla się między siedzeniami i całuje mnie. Jego wargi muskają moje usta jak szept, zanim wysiada, żeby nalać benzyny. Otwieram drzwi i wysiadam, żeby rozprostować nogi.

- Skarbie, chodź, kupimy sobie coś na przekąskę - proponuje Buns i bierze mnie pod ramię. - Mam chęć na cukierki z lukrecji, a ty?

Idziemy parę kroków razem.

Za oknami minimarketu jarzeniowe lampy dziwnie migocą, rzucając niesamowitą poświatę na regały ze słodyczami. Staję jak wryta i próbuję się wyrwać Buns. Ogarnia mnie panika, zlewam się zimnym potem.

- Nie... zostaw mnie! - protestuję cicho, a ona natychmiast mnie puszcza. - Ze strachu cała się trzęsę, cofam się.

- Co się stało, skarbie? - dociera do mnie głos Buns, ale nie mogę oderwać oczu od drzwi znajdujących się przede mną.

W każdej chwili mogą stanąć otworem i poczuję ten ohydny odór, od którego zbiera mi się na wymioty. A w środku będzie czekał na mnie Gaspard.

Nie myślę racjonalnie, odwracam się i uciekam ze stacji. Pędzę tak szybko, jak tylko nogi poniosą. Nie zastanawiam się, dokąd tak gnam ani czy ktoś to widzi. Przecinam jezdnię, o włos mijam się z ciężarówką załadowaną do połowy ogromnymi jodłami. Kierowca pewnie nawet mnie nie zauważył, bo przy tej prędkości jestem dla niego niemal niewidoczna. Biegnę do lasu po drugiej stronie drogi. Wspinam się na strome wzgórze; lawiruję między drzewami tak zwinnie, że nie potrącam ani jednej gałązki. Przeskakuję spore skały, ale w ogóle nie zwalniam, nie potykam się, nie czuję zmęczenia. Pędzę dalej tak, jakbym miała nigdy się nie zatrzymać.

Z oddali ktoś woła moje imię. Lecę coraz dalej i szybciej. Głębokie zaspy śniegu to nie problem. Mocniej poruszam nogami, z łatwością pokonuję opór. Przeskakuję ze skalnej półki na półkę. Nawet przez chwilę nie wątpię, że moja stopa bezpiecznie wyląduje dokładnie tam, gdzie trzeba w tym zdradliwym terenie. Znowu słyszę za sobą wołanie. Przystaję.

Dokąd ty biegniesz? Próbuję się opamiętać. Uciekam przed 7-Eleven... do Reeda, odpowiada serce. Zamieram w bezruchu. Nie da się od tego uciec. To już się stało. Weszłam do sklepu z Alfredem, odmieniłam życie Russella na zawsze - na wieczność - i przyczyniłam się do śmierci wujka. Zrobiłam to i nie mogę już tego cofnąć, myślę i czuję rozdzierający ból. Znów słyszę wołanie, tym razem bliżej. Odwracam się. Wiem, że to Reed mnie dogania.

Wypada spośród drzew. Ma przerażenie na twarzy. Zatrzymuje się, gdy zauważa, jak stoję na półce skalnej tuż nad nim. Pewnie wyglądam strasznie. Kurtka rozdarła się na strzępy, kiedy wyskakiwały skrzydła. Został cienki sweter, który przystosowała dla mnie Buns. Nie rozpruł się, tylko rzep z tyłu puścił.

- Evie, dokąd tak biegniesz? - pyta Reed łagodnym tonem, podchodząc do mnie ostrożnie.

Rozglądam się. Patrzę na drzewa i śnieg, bo nie wiem, co odpowiedzieć.

- Uciekałam przed... 7-Eleven... szukałam ciebie.

Jest zdezorientowany, dopiero po chwili dociera do niego, o co chodzi. Nie próbowałam umknąć Alfredowi, kiedy zorientowałam się, że ma Russella i go zabije. Podporządkowałam się mu. Reed zaciska szczęki, nie odrywa ode mnie wzroku. Podchodzi do mnie ostatnie kilka kroków i bierze mnie w ramiona. Sięga do kieszeni po komórkę i wciska szybkie połączenie.

- Dogoniłem ją, nic jej nie jest, zaraz wracamy. Czekajcie przy drodze.

Chowa telefon. Bierze mnie na ręce i znosi ze stromego wzgórza, po którym biegłam tak, jakby to była płaska piaszczysta plaża. Milczę przez całą drogę do auta, czuję masę sprzecznych emocji. Kiedy już mamy wynurzyć się z lasu, Reed zdejmuje kurtkę i okrywa mnie, żeby nikt nie zobaczył skrzydeł. Zefir zdążył już podprowadzić nasz samochód na pobocze, gdzie jest ciemno. Reed sadza mnie na miejscu pasażera. Zefir natychmiast jest przy nim, a Buns pojawia się przy drzwiach od mojej strony.

- Skarbie, nie wiem, jak mogłam pomyśleć, że zechcesz tam wejść - mówi skruszona i dotyka mojej ręki przez otwarte okno.

- Buns, naprawdę nie mam pojęcia, co się stało. To nie twoja wina, że spanikowałam. Ogarnął mnie taki lęk, że musiałam... - próbuję wyjaśnić, ale nie potrafię.

- Weszłam do sklepu, kiedy dostaliśmy wiadomość, że nic ci nie jest, kupiłam wodę, a właściwie po jednej rzeczy z wszystkiego, co mieli - mówi z nerwowym uśmiechem i wskazuje na ogromną torbę słodyczy na tylnym siedzeniu auta.

Cieszę się jak dziecko, kiedy widzę górę pyszności wysypujących się z torby.

- Jesteś dla mnie za dobra.

- Żartujesz? Brownie nigdy by mi nie wybaczyła, gdyby coś się stało naszej przyjaciółce. - Pochyla się, żeby mnie uściskać.

- Gotowa do dalszej jazdy?

- Tak. Do zobaczenia w schronisku. - Patrzę, jak wraca do czarnego range rovera zaparkowanego przed nami.

Do okna podchodzi Zefir.

- Fajnie ci się biegało? - pyta z uśmiechem.

Unoszę lekko brodę.

- Tak. Orzeźwiająca przebieżka.

Szczerzy zęby w uśmiechu i całuje mnie w czoło.

- Przy tobie nuda mi nie grozi, to pewne. - Chichocze i odchodzi do swojego auta.

Podnoszę szybę, Reed wsiada. Nie rusza przez chwilę, tylko wpatruje się we mnie. Staram się ukryć, jak bardzo jestem roztrzęsiona.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Kolejny tom, kolejne wyzwania. A im dalej w historię, tym lepiej poznasz bohaterów i zrozumiesz, co w nich siedzi. Gorąco polecam Intuicję. Przekonaj się sama, co czeka cię w tym tomie.

WERONIKA ZAŁUCKA, PRZYCZAJONY HASACZ, BIGDWARF.WORDPRESS.COM

Nim sięgniecie po książkę muszę Was ostrzec... Intuicja wami zawładnie. Autorka idealnie uderza w czuły punkt każdego romantyka, tworząc powieść pełną miłości i poświęcenia. Powołuje do życia bohaterów, których pokochacie, a im bardziej wkradną się w Wasze serce, tym bardziej poczujecie się zniewoleni. Fabuła funduje większego kaca niż noc sylwestrowa i bije na głowę serię Lux czy Upadli.

IZABELA DROZDOWSKA, NIEBO-PIEKŁO-ZIEMIA, NIEBO-PIEKLO-ZIEMIA.BLOGSPOT.COM

Intuicji dzieje się tak dużo, że doprawdy trudno się od niej oderwać. Tyle emocji i uczuć wypływających z każdej przeczytanej strony. Amy A. Bartol odkrywa kolejne tajemnice ze świata aniołów, ale i jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Daj się porwać tej historii - warto!

IRENA BUJAK, ZAPATRZONA W KSIĄŻKI, ZAPATRZONAWKSIAZKI.BLOGSPOT.COM

Intuicja to książka, która zabiera czytelnika w zupełnie inny świat. Anielskie moce, niebezpieczeństwo czyhające niemalże za każdym rogiem, rodzinne tajemnice, a także przeszłość, która ma ogromny wpływ na teraźniejszość. Wszystko razem tworzy wciągającą, nieziemską i niezwykle emocjonująca mieszankę. Z niecierpliwością czekam na kontynuację historii!

JUSTYNA ZIEMIŃSKA, LIVINGBOOKSX.BLOGSPOT.COM

Intuicja to kontynuacja zapierającej dech w piersiach sagi "Przeczucia''. Autorka po raz kolejny stanęła na wysokości zadania, by nie zawieść swoich wiernych czytelników. Pełna gorących emocji i namiętności historia nie z tej ziemi. Wzrusza i rozgrzewa do czerwoności. Polecam serdecznie.

ANGELIKA SAWICKA, ANGELIKA RECENZJE KSIĄŻEK, ANGELIKARECENZJEKSIAZEK.BLOGSPOT.COM

Emocjonalny rollercoaster przed którym trudno umknąć. Historia, która zachwyca oraz emanuje blaskiem od głównych bohaterów. Jeśli polubiliście pierwszy tom z sagi Przeczucia to drugi tom zdecydowanie pokochacie. Gorąco polecam!

ANNA JĘDRZEJEWSKA, ŚWIAT KSIĄŻKOWYCH RECENZJI, SWIAT-KSIAZKOWYCH-RECENZJI.BLOGSPOT.COM

Po raz drugi mam okazję podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu książki Amy A. Bartol. Z zaskoczeniem patrzę, jak zmienia się moje postrzeganie świata. Intuicja kupiła mnie! Cieszę się, że dałam szansę zupełnie nowemu (dla mnie!) gatunkowi, w przeciwnym razie straciłabym okazję na miłe spędzenie czasu. Na pewno sięgnę po inne książki z "anielskim" klimatem, dziś już wiem, że nie ma się czego bać.

MAŁGORZATA ŁAZIUK, RECENZJE KNIGOHOLICZKI, RECENZJEKNIGOHOLICZKI.BLOGSPOT.COM

Ciąg dalszy tej niesamowitej historii, w której górują one - piękne i zabójczo niebezpieczne Anioły. Amy A. Bartol stawia na tajemniczość, grozę i totalnie zaskakujące zwroty akcji. Tutaj nic nie jest pewne, a odkrywanie coraz to nowszych faktów sprawia, że nie jesteśmy w stanie odłożyć książki choćby na chwilę.

EWELINA BARTOCHA, KSIĄŻKOMANIA, KSIAZKOMANIA-RECENZJE.BLOGSPOT.COM

Nieuniknione była jedną z najlepszych książek 2016, a ta powieść z pewnością zaliczy się do takowej listy 2017. Reed skradnie serce każdej kobiety oraz wprowadzi ją w wir anielskich, niespodziewanych i zapierających dech w piersiach wydarzeń. Polecam z całego serca i czekam na więcej tomów. <3

KAJA ODOLCZYK, BOOKSHOLICK, YOUTUBE, KANAŁ BOOKSCHOLICK

Jeśli na dźwięk słów: porywający romans, wartka akcja i anielskie skrzydła szybciej bije ci serce - to znaczy, że przeczucie cię nie zawiodło i trzymasz w rękach właściwą książkę. Zaskakująca, pozbawiająca tchu... Taka właśnie jest Intuicja.

DOMINIKA STRZELECKA, PO PROSTU KSIĄŻKI, POPROSTUKSIAZKI.EU

Urocza kontynuacja serii. Pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, zagęszczenia najróżniejszych emocji i opisów, które bezustannie trzymają poziom. Książka nadal serwuje czytelnikowi przyjemne napięcie, cały czas drażniąc się z nim. Lektura w sam raz dla młodzieży, która dopiero co odkrywa meandry powieści paranormalnych.

KATARZYNA SZEWIOŁA-NAGEL, POLACY NIE GĘSI, WWW.POLACYNIEGESI.ORG

Mimo pewnych obaw, kontynuacja Nieuniknione ani trochę mnie nie zawiodła! Intuicja to ponad 500 stron nieziemskiej przygody, którą zdecydowanie warto przeżyć wraz z bohaterami!

MICHALINA KULIŃSKA, KSIĄŻKOWY ŚWIAT, K-SIAZKOWYSWIAT.BLOGSPOT.COM

Hipnotyzujący świat aniołów znowu zawładnął moim sercem. Paranormal romance wysokich lotów o którym tak łatwo nie zapomnę. Chcę więcej!

MONIKA ŻMIJ, AKCJA KULTURA, AKCJAKULTURA.PL

Pełna napięcia, akcji i grozy powieść dla młodych czytelników, z bohaterami, którzy na swoim przykładzie pokazują, że rodziny się nie wybiera, ale można wybrać przyjaciół, którzy w potrzebie potrafią doskonale tę rodzinę zastąpić, a nawet się nią stać. Wypróbujcie swojej intuicji i spróbujcie odgadnąć, jak tym razem postąpi Evie. Zaskoczenie gwarantowane.

KLAUDIA SKIEDRZYŃSKA, NOWE HORYZONTY, NHORYZONTY.BLOGSPOT.COM

Amy A. Bartol po raz kolejny serwuje nam ekscytującą historię pełną magii, skrywanych tajemnic, wielkich namiętności i realnego poczucia zagrożenia. Już od pierwszych stron wciąga w wir wydarzeń, hipnotyzuje niepokojącym klimatem i prowadzi do zatracenia w niezwykłym świecie, gdzie wszystko jest możliwe. Zaufaj swojej intuicji i śmiało sięgnij po tę książkę.

KRYSTYNA MESZKA, LITERACKI ŚWIAT CYRYSI, CYRYSIA.BLOGSPOT.COM

Znowu nie wiem, co powiedzieć. Po raz kolejny zostałam zBartolowana.

KAROLINA SZPILKA, PAPIEROWE MIASTA, PAPIEROWEMIASTA.BLOGSPOT.COM

Jak Nieuniknione było zakochanie się w serii Przeczucia, tak wiedziona Intuicją wiedziałam, że druga część będzie po prostu nieziemska. Jeśli myślicie, że Anioły to grzeczne duszki ze skrzydełkami, tak sagą Przeczucia nie pozostawili po sobie złudzeń. Tutaj musisz się nieźle nagłowić, aby odkryć kto twoim wrogiem, a kto przyjacielem.

MARTA GOJNY, NAJLEPSZE KSIĄŻKI, NAJLEPSZEKSIAZKIEVER.BLOOG.PL

Intuicja to bez wątpienia jedna z najlepszych kontynuacji powieści swojego gatunku. Odważyłam się na nowo wkroczyć do świata, w którym nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. I wcale tego nie żałuję! Wszechobecna przygoda wciąga na całego, a liczne tajemnice prowokują do przewracania kolejnych stron. I jest też miłość, która nie zna granic. Czy można chcieć czegoś więcej? Na pewno nie wtedy, gdy wszystko jest ze sobą tak doskonale połączone. Są takie powieści, które z miejsca trafiają do serca czytelnika. Seria Amy A. Bartol właśnie do nich należy.

BEATA MOSKWA, THIEVINGBOOKS.BLOGSPOT.COM

Moje serce biło szybciej za każdym razem, gdy oczami napotkałam imię Reeda. Mogę śmiało przyznać, że od dawna nie czytałam tak dobrego romansu paranormalnego.

NATALIA PYCH, KSIAZKOWE.PL

Przeczucia to seria, która z każdą kolejną częścią pokazuje swoje mocne strony. Autorka sprawnie lawiruje pomiędzy wydarzeniami odsłaniając drobne szczególiki, które robią wielki chaos! W tej części krok po kroku następują mocne zwroty akcji, które rzucają czytelnika w nowy wir intryg. Gorąco polecam zapoznać się z twórczością pisarki, która zachwyca swoją pomysłowością.

NATALIA ZDZIEBŁKOWSKA, NATALAX3RECENZJE.BLOGSPOT.COM

Jeżeli podobała Wam się poprzednia część, teraz zaniemówicie z wrażenia. Mimo swojej obszerności, książkę pochłania się jednym tchem, dosłownie nie byłam w stanie przerwać czytania. To zdecydowanie najlepszy paranormal romance jaki kiedykolwiek miałam w swoich rękach!

PAMELA JANIK, MOCNOSUBIEKTYWNA.BLOG.PL

Jeśli czekałaś na anielską delikatną historię, to tu jej nie znajdziesz... Tutaj nawet anioły mają różki. Odkrycie prawdy nie sprawiło, że niebezpieczeństwa bezpowrotnie minęły. Teraz trzeba uważać na każdym kroku. Nie mówię tu tylko o bohaterach, ale i o czytelnikach, by nazbyt łatwo nie zatracili się w lekturze... I nie zniknęli z życia na kilka godzin.

PATRYCJA WANIEK, KSIAZKOWYSWIATPATRYCJI.BLOGSPOT.COM

Po raz kolejny dałam się złapać w anielską pułapkę uczuć, niebezpieczeństw i tajemnic. Nareszcie doczekaliśmy się powrotu romansów paranormalnych w starym dobrym stylu. Intuicja podpowiada mi, że o tej serii będzie bardzo głośno.

PATRYCJA KUCHTA, W KRAINIE ABSURDU, BEAUTY-LITTLE-MOMENT.BLOGSPOT.COM

Intuicja, to zapierająca dech w piersiach kontynuacja serii Przeczucia opowiadającej o niebezpiecznych przygodach Evie i jej przyjaciół. Ta historia zahipnotyzowała mnie już od pierwszej strony. Ludzie, anioły, miłość, nienawiść, dobro i zło, to wszystko znajdziecie w tej niesamowitej powieści. Serdecznie polecam!

SYLWIA STAWSKA, KOBIECE RECENZJE, KOBIECERECENZJE365.BLOGSPOT.COM

Miłość, niebezpieczeństwo, nieobliczalni wrogowie i trudne decyzje. Amy A. Bartol powraca z jeszcze większą dawką emocji. Jeżeli myślicie, że już nic nie będzie w stanie Was zaskoczyć, jesteście w błędzie. I niech nie zmyli Was pozorny spokój - to cisza przed burzą. Prawdziwa gra na śmierć i życie dopiero się zaczyna. Polecam.

WERONIKA WALTER, KTOCZYTAKSIAZKI-ZYJEPODWOJNIE.BLOGSPOT.COM