Intryga panny Kate - Louise Allen

Reflow text when sidebars are open.
Ravenham Hall, Hertfordshire
5 września 1815roku
- Ale... jest pani kobietą - bąknął markiz Ravenham.
- Tak, milordzie. - Stojąca przed nim młoda dama dygnęła z wdziękiem. Jej twarz pozostawała spokojna, ale miał nieodparte wrażenie, że tłumi śmiech.
- Ale... ja potrzebuję mężczyzna... - Will urwał, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział.
Tym razem miał już pewność, że ona się z niego śmieje.
Tydzień wcześniej
- Trzeba coś z tym zrobić. Nie mogę żyć w takim chaosie - oznajmił nowy markiz Ravenham. - Nie miałem pojęcia, że kolekcjonerska pasja mojego zmarłego kuzyna do tego stopnia wymknęła się spod kontroli. To nie jest normalne.
Sala balowa Ravenham Hall była zastawiona taką ilością posągów, że można by nimi ozdobić spory park. Między rzeźbami stały skrzynie, niektóre już otwarte, a wokół było pełno słomy.
- Praktycznie każde pomieszczenie w tym domu zmieniło się w magazyn na obrazy, skrzynie i bibeloty. - Sam widok tego wszystkiego sprawiał, że ogarniało go przemożne znużenie.
Arnley, jego zarządca, zakaszlał i spojrzał przepraszająco.
- Obawiam się, że w ostatnich latach entuzjazm jego lordowskiej mości wymknął się spod kontroli. Jego sekretarz, pan Townsend, nie mógł tego dłużej znieść i osiemnaście miesięcy temu złożył rezygnację. Od tamtej pory sytuacja stała się dramatyczna. Jego lordowska mość cenił jedynie zdobywanie nowych przedmiotów, a gdy już docierały na miejsce, przestawały go interesować. Z tego, co wiem, ewidencjonował zakupy, ale w jaki sposób... - Arnley umilkł i zrobił nieszczęśliwą minę. - Ostatnimi czasy zrobił się dość skryty. Zabronił wpuszczać gości do pomieszczeń poza salonem, jadalnią i gabinetem.
To wyjaśniało, dlaczego jego spadkobierca aż do teraz nie miał pojęcia o tej sytuacji. Obecny markiz, Will Lovell, był dalekim kuzynem zmarłego markiza Ravenhama, a zarazem jego adwokatem. Wszystkie spotkania istotnie odbywały się w gabinecie, a markiz jasno dawał do zrozumienia, że Will nie powinien zabawić dłużej, niż to konieczne.
Niedawno zmarły Randolph korzystał z usług Willa podczas licznych sporów sądowych. Niezależnie od tego, czy chodziło o sąsiada naruszającego granice jego ziemi, dzierżawcę zalegającego z płatnościami czy handlarza podejrzanego o nieuczciwość, Randolph doprowadzał każdą sprawę do końca.
Jako głowie swojego rodu Will był mu winien szacunek. Jako człowiekowi, który opłacił jego edukację i aplikację prawniczą, był mu winien lojalność. A jako dostarczycielowi spraw, w których mógł zatopić zęby, był mu winien nieustanną uwagę.
Nie dało się zaprzeczyć, że Randolph był zawsze ekscentrykiem. W jego życiu nie liczyło się nic oprócz antyków i koni. To właśnie te drugie przyczyniły się do jego śmierci, a także śmierci jego bezpośredniego dziedzica podczas wyścigu karykli.
Will nigdy nie spodziewał się, że przejmie tytuł. Randolph wciąż był dostatecznie młody, by po bezdzietnym pierwszym małżeństwie ponownie się ożenić. Gdyby zaś nie doczekał się męskiego potomka, dziedziczyłby po nim jego kuzyn pierwszego stopnia. Will był jedynie drugim kuzynem dzielącym z nim wspólnego pradziadka.
- Sądzę, milordzie, że będzie potrzebny bibliotekarz, ktoś, kto doradziłby w kwestii antyków, a także sekretarz - zasugerował ostrożnie Arnley po kolejnej minucie przygnębionego milczenia. - Natychmiast zamieszczę odpowiednie ogłoszenia w prasie.
- Świetnie.
- Mamo! - Katherine Jones wpadła do salonu, ściskając gazetę. - On szuka bibliotekarza i antykwariusza!
Jej matka poprawiła niewielki aksamitny wałek z przypiętym do niego przepięknym fragmentem koronki i podniosła wzrok.
- O kim mówisz? - Wbiła jeszcze jedną szpilkę w naprawiany fragment koronki i odłożyła robótkę. Jej umiejętność renowacji cennych zabytkowych koronek była bardzo poszukiwana i stanowiła dochodowe uzupełnienie domowego budżetu.
- Nowy markiz Ravenham. Ten wstrętny adwokat, który doprowadził tatę do ruiny. Zobacz tylko! To nie może być nikt inny.
Pani Jones wzięła od niej gazetę i zaczęła czytać na głos.
- "Poszukuje się wykwalifikowanego i doświadczonego bibliotekarza oraz antykwariusza o szerokiej wiedzy, którzy podejmą się oceny, skatalogowania oraz doradztwa w zakresie uporządkowania lub zbycia dużej kolekcji ksiąg oraz artefaktów, niedawno odziedziczonej przez pewnego dżentelmena. Zgłoszenia zawierające pełne dane oraz referencje należy przesyłać do kancelarii Lovell & Foskett przy Lincoln's Inn." Skąd wiesz, że chodzi o lorda Ravenhama?
- Ten adwokat nazywał się William Lovell. To musi być jego kancelaria. Mamy szansę odnaleźć to, co ukradł jego kuzyn, i pociągnąć go do odpowiedzialności za splamienie dobrego imienia taty. Zamierzam zaaplikować na oba stanowiska.
Jej matka wypuściła gazetę z rąk.
- Ale... dziecko, on nigdy nie zatrudni kobiety. I rozpozna nazwisko. Poza tym skąd zamierzasz wziąć referencje?
- Przyjmie mnie, kiedy zrozumie, że jestem najlepiej wykwalifikowaną kandydatką, poza tym zaoszczędzi, zatrudniając jedną osobę, zamiast dwóch. Lady Eversholt może wystawić mi referencje, podobnie jak kilkoro innych klientów. Mogę wybrać dowolne nazwisko i poprosić, by go użyli.
Jej matka jęknęła cicho i zamknęła oczy.
- Jesteś tak samo porywcza i uparta jak twój ojciec. To nigdy się nie uda, choć bardzo chciałabym zobaczyć, jak tego człowieka spotyka zasłużona kara.
- Och, ja również - odparła ponuro Katherine.
I chcę odzyskać Rubin Borgiów, dodała w myślach.
Bezcenny, wyjątkowy i niezwykle wartościowy rubin został skradziony wraz z dobrym imieniem jej ojca, a ta podwójna strata przedwcześnie wpędziła go do grobu.
- Pozostała jeszcze jedna osoba, milordzie. - Giles Wilmott, nowy sekretarz Willa, stanął z wahaniem na progu jego gabinetu. - Nieco... niezwykła osoba aplikująca na oba stanowiska.
Will spojrzał na ostatni plik dokumentów na biurku.
- C. A. Jenson. Muszę przyznać, że referencje są znakomite. Panna Deben przesłała przykład organizacji swojej biblioteki, a referencje lady Eversholt zawierały kopię katalogu kolekcji antyków jej zmarłego męża, wraz z wycenami i rekomendacjami. Imponujące. Muszę powiedzieć, że pozostali kandydaci srodze mnie zawiedli.
Zjawił się bibliotekarz tak ospały, że świeżo emerytowany pan Townsend wydawał się przy nim wulkanem energii. Był też taki, który planował narzucić swój nowatorski i niezwykle skomplikowany system katalogowania. Pojawił się również znawca antyków, który w oczywisty sposób chciał zagarnąć całą kolekcję dla siebie, i taki, który znał się wyłącznie na rzeźbach.
- Proszę go wprowadzić.
Wilmott wyglądał, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale zamiast tego skłonił się i wyszedł. Minutę później drzwi otworzyły się i stanął w nich ostatni kandydat, a właściwie... kandydatka.
Will zerwał się z miejsca.
- Ale... pani jest kobietą!
- Tak, milordzie. - Stojąca przed nim młoda dama dygnęła z wdziękiem. Jej twarz pozostawała spokojna, ale miał nieodparte wrażenie, że tłumi śmiech.
- Ale... ja potrzebuję mężczyzny... - Will urwał, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział.
Tym razem miał już pewność. Śmiała się z niego, choć na jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Zdradziły ją oczy.
- Do diabła. - Will potrzebował chwili, by odzyskać spokój. - Najmocniej przepraszam za moje maniery. Proszę usiąść, panno Jenson. Wygląda na to, że zaszła pomyłka. Szukam bibliotekarza i antykwariusza, nie gospodyni.
- Wyśmienicie się składa, ponieważ ani trochę nie znam się na zarządzaniu domem, milordzie - odparła spokojnie. - Posiadam umiejętności i wiedzę, których pan potrzebuje. To rodzinna tradycja. Mój ojciec wszystkiego mnie nauczył. Mogę przedstawić dodatkowe referencje, jeśli pan sobie tego życzy. - Po tych słowach umilkła, ale skoro Will nie odpowiedział, mówiła dalej: - Mam pewne pojęcie o pańskim problemie. Zmarły markiz był dość znany w kręgach, w których się obracam. Domyślam się, że posiadłość pęka w szwach od jego nabytków.
- Tak - odparł lakonicznie Will. Nie było sensu ukrywać faktów. - Panuje tu całkowity chaos.
Panna Jenson skinęła głową.
- Tak właśnie przypuszczałam. Zatrudniając mnie, zaoszczędzi pan na wynagrodzeniach. Oczekuję stu funtów rocznie, skromnego apartamentu oraz wyżywienia dla mnie, mojej przyzwoitki i naszej pokojówki.
- Sto funtów? Za taką sumę mógłbym zatrudnić dwóch kamerdynerów, panno Jenson.
- Jeśli zdoła pan znaleźć dwóch kamerdynerów, którzy potrafią robić to, co ja, milordzie, to stanowczo radzę ich zatrudnić - odparła uprzejmie ta irytująca kobieta i złożyła dłonie na kolanach.
Will nie odniósł sukcesu w zawodzie adwokata, zazwyczaj przegrywał utarczki słowne ze stroną przeciwną. Odchylił się na fotelu i zmierzył ją wzrokiem ponad blatem biurka.
- To dom kawalera. Nie obawia się pani o swoją reputację? - Biorąc pod uwagę jej dykcję i elegancki, choć skromny strój, było jasne, że jest szlachetnie urodzona.
- Będę miała przy sobie pokojówkę, a także przyzwoitkę, wdowę po duchownym o nieskazitelnej reputacji. Zapewne zatrudnia pan gospodynię i pokojówki, prawda?
- Owszem, ale one należą do służby. Pani zaś przebywałaby tutaj w innym charakterze, podobnie jak mój sekretarz. Oczekiwałbym na przykład, że on i bibliotekarz będą jadać przy moim stole.
- Moja przyzwoitka, pani Downe, jest zarazem moją kuzynką, przyzwyczajoną do jadania w towarzystwie arystokratów, a nawet arcybiskupa.
Will uparcie milczał.
- Zakładam, że londyńska rezydencja również tonie w przedmiotach...
- Mój zmarły kuzyn przez ostatnie lata mieszkał tutaj, więc owoce jego kolekcjonerskiej pasji są zgromadzone głównie w tej posiadłości. Londyński dom wygląda względnie... normalnie. Pokażę pani wszystko, a pani sama zobaczy, na co się porywa.
Markiz wyprowadził Katherine z gabinetu. Bez wątpienia był przekonany, że wystarczy jeden rzut oka na czekające ją zadanie, by uciekła z krzykiem.
Sam gabinet był w miarę uporządkowany, z dwoma rzędami regałów biegnącymi wzdłuż przeciwległych ścian. Stojące na nich tomy wyglądały na często używane encyklopedie i jedynie rząd rzymskich popiersi nad kominkiem zdradzał obsesję zmarłego markiza. W holu znajdowały się posągi i obrazy, ale nie więcej niż w przeciętnym domu. Niewielki salonik, w którym czekała, również był dość skromny.
Jednak gdy zaczęli przemierzać pokoje na parterze, wkroczyli do świata skrzyń, posągów, tajemniczych szafek o wielu szufladach i opartych o ściany obrazów.
Gdzieś tutaj musiał być rubin, ale nie wołał jej tak, jak się spodziewała. Możliwe, że wykazała się naiwnością, sądząc, że wyczuje obecność czegoś, co sprowadziło na jej rodzinę tak wiele nieszczęść.
- Czym trzeba zająć się w pierwszej kolejności, milordzie?
- Biblioteką - odparł bez wahania. - Chciałbym mieć uporządkowany księgozbiór, w którym będę mógł szybko znaleźć to, czego potrzebuję.
Oczywiście. Jako prawnik był przyzwyczajony do posługiwania się obszernym zbiorem ksiąg prawniczych, a wynik sprawy mógł zależeć od szybkiego odnalezienia właściwego tomu.
- W jaki sposób powinny być uporządkowane?
- Logicznie - odparł, rzucając jej spojrzenie sugerujące, że nie powinien tłumaczyć tak prostych i oczywistych rzeczy.
- Pańskie pojęcie logiki może być inne niż moje, milordzie.
- Och tak, to bardzo prawdopodobne.
Katherine rzuciła gniewne spojrzenie jego szerokim plecom. Co za nieznośny człowiek. Ale przecież już wcześniej wiedziała, że tak będzie. Był bezwzględny, gotowy zniszczyć człowieka tylko dlatego, że tak rozkazał mu jego pan i władca,
Musiała jednak przyznać, że był też przystojny. Wysoki, ciemnowłosy, o płaskim brzuchu i wąskich biodrach. Raczej nie spędzał całych dni zgarbiony nad księgami prawniczymi ani nie objadał się na wystawnych kolacjach.
Markiz otworzył drzwi i odwrócił się, by puścić ją przodem. Jego przenikliwe niebieskie oczy napotkały jej spojrzenie. Katherine pospiesznie odwróciła wzrok. Nie mogła ryzykować, że dostrzeże w jej oczach niechęć.
- Dobry Boże, cóż za wspaniałe miejsce! - zawołała nie tylko po to, by mu się przypodobać. Biblioteka naprawdę zasługiwała na podziw, a przynajmniej zasługiwałaby, gdyby nie panował w niej taki bałagan. To był moment, żeby przejąć inicjatywę i już teraz pokazać swoje kompetencje.
- Gdybym miała się tym zająć, zaczęłabym od uporządkowania wszystkich tomów wedle tematyki i autorów oraz skatalogowania ich wedle tych kryteriów. Potem będzie pan mógł zdecydować, które chce pan zachować, a które zostaną wystawione na sprzedaż. W trakcie pracy będę je czyścić, wykonywać podstawowe naprawy i sporządzać szacunkowe wyceny. Będę potrzebowała pokojówek do sprzątania, lokajów do przenoszenia rzeczy, drabin i stołów roboczych do sortowania.
Widziała, że udało jej się odnieść pożądany skutek. Markiz właśnie tego chciał.
- Tak - odparł. - Dobrze. Zatrudnię panią na miesięczny okres próbny, na podanych przez panią warunkach.
- Dziękuję, milordzie. Czy mam się też zająć domem w Londynie i pozostałymi posiadłościami?
- Po kolei. Muszę być tutaj, żeby zarządzać majątkiem. - Markiz przez moment wyglądał na znużonego, ale zaraz uśmiechnął się ponuro. - Nie tylko biblioteka wymaga uwagi. Kiedy może pani zacząć?
- Dzisiaj, milordzie. Pani Downe, moja pokojówka Jeannie i moje bagaże czekają w powozie przed domem.
Markiz uniósł brew.
- Bardzo pani pewna siebie, panno Jenson.
- Nie wyjechałabym z Londynu bez przyzwoitki i pokojówki. Gdyby nie zdecydował się pan mnie zatrudnić, straciłabym jedynie czas poświęcony na pakowanie. Jeśli pańska gospodyni może wskazać nam nasze pokoje i zorganizować dla nas ciepły posiłek, rozpocznę pracę jeszcze dziś po południu.
Lord Ravenham obrzucił ją uważnym spojrzeniem.
- Jest pani pewna siebie czy arogancka? Cóż, przekonamy się. Proszę za mną, panno Jenson.
Katherine podążyła za nim, nawet nie próbując nadążyć za jego długimi krokami. Skryła uśmiech, gdy zorientował się, że ją zgubił i musiał wrócić przez labirynt korytarzy. Jego lordowskiej mości zapewne zajmie trochę czasu odkrycie, że nie będzie tańczyła tak, jak jej zagra, ale najpierw trzeba sprawić, by uznał ją za niezastąpioną.
Gdy dotarli do foyer, zastali tam dwóch mężczyzn.
- Panno Jenson, to jest pan Wilmott, mój sekretarz, oraz Arnley, mój zarządca. Arnley, panna Jenson, jej dama do towarzystwa oraz jej pokojówka potrzebują zakwaterowania. Wystarczy apartament z dwiema sypialniami, garderobą z łóżkiem dla pokojówki oraz przylegającym salonikiem, Proszę też poinformować kucharkę i panią Goodman, że trzeba przygotować dla nich ciepły posiłek. Pani Goodman to moja gospodyni - dodał, zwracając się do Katherine. - Panna Jenson rozpocznie pracę w bibliotece jeszcze dzisiaj. Ma otrzymać wszystko, czego zażąda. - Po tych słowach odwrócił się i zdecydowanym krokiem oddalił w stronę gabinetu.
Katherine odpowiedziała na zaciekawione spojrzenie sekretarza uprzejmym uśmiechem.
- Miło mi pana poznać, panie Wilmott.
- Mnie również, panno Jenson. Jeśli zechce pani pójść ze mną, przedstawię pani panią Goodman.
- Dziękuję. Czy ktoś mógłby pójść do powozu po moją towarzyszkę, pokojówkę oraz nasz bagaż?
- Oczywiście. - Pan Arnley skłonił się i oddalił szybkim krokiem.
Pan Wilmott zawahał się.
- Jestem pewien, że wkrótce przywyknie pani do sposobu bycia jego lordowskiej mości. Lubi prowadzić swój okręt twardą ręką, jak mawiają w marynarce, a skala nieporządku, jaką tutaj zastał, bardzo go drażni.
- Proszę się nie martwić, panie Wilmott. Jestem przyzwyczajona do zaprowadzania porządku w tym samym stopniu, w jakim lord Ravenham do zarządzania nim. I równie uparta jak on - dodała ciszej, ruszając za sekretarzem.
Godzinę później, po zjedzeniu bardzo smacznego lunchu, oglądała z kuzynką Elspeth Downe i pokojówką Jeannie apartament, który im przydzielono.
- Wątpię, by ten pokój był odnawiany w ciągu ostatnich dziesięciu lat - stwierdziła Elspeth, przyglądając się wyblakłym karmazynowym zasłonom.
- Ale jest czysto - zauważyła Jeannie, przesuwając palcem po blacie stolika w saloniku. - I dobrze wywietrzone.
- Wyobrażam sobie, że gospodyni była zachwycona, znajdując kilka pokoi, które dało się jeszcze posprzątać - odparła cierpko Elspeth. - Mieszkanie tutaj musi przypominać życie w bardzo źle zorganizowanym muzeum. A to, co widziałam na pierwszym piętrze, to chyba nie były trumny?
- Sarkofagi - wyjaśniła Katherine, odsuwając zasłony i otwierając okno. - Ze starożytnego Egiptu. - Wolała nie wspominać, że mogą znajdować się w nich ludzkie szczątki.
Jeannie poszła pomóc pokojówkom ścielącym łóżka, a Elspeth usadowiła się na jednym z foteli.
- Całkiem komfortowy - stwierdziła. - Ty zaś, jak rozumiem, zamierzasz sprawić, by lord Ravenham czuł się tak niekomfortowo, jak to tylko możliwe?
Elspeth wiedziała, że markiz był w jakiś sposób odpowiedzialny za upadek ojca Katherine, ale Katherine i jej matka nigdy tak naprawdę nie zdradziły, co kryło się za tamtym skandalem. Katherine wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała opowiedzieć Elspeth całą historię i wyjaśnić, dlaczego byłaby wdzięczna, gdyby Elspeth nie odgrywała roli przyzwoitki zbyt rygorystycznie.
- Ależ skąd - odparła, obserwując ubraną na czarno postać na siwym koniu galopującą przez park. - Mam zamiar być sympatyczna, pomocna i uśpić czujność Ravenhama, by zaczął mnie postrzegać jako nieszkodliwą część gospodarstwa domowego.
Do chwili, kiedy uznam, że nadszedł czas, by dostał to, na co zasłużył, dodała w duchu.
Katherine stała pośrodku biblioteki i wydawała polecenia lokajom ustawiającym trzy stoły robocze w możliwie najprostszym rzędzie. Inny przystawił drabinkę biblioteczną do pierwszego rzędu regałów i podawał książki służącemu, który następnie zanosił je do biurka, na którym Katherine rozłożyła notesy, fiszki, ołówki, pióro, atrament i miękkie pędzelki.
Podeszła do niej pokojówka.
- Potrzebuję czystych szmatek do ścierania kurzu - powiedziała Katherine.
- Tak, panienko. Mam wiadomość od pani Goodman. Przekazała, że jego lordowska mość oczekuje panienki i pani Downe o ósmej na kolacji.
- Oczywiście. Podziękuj pani Goodman i przekaż wiadomość pani Downe, ale najpierw przynieś mi te ściereczki.
Katherine usiadła na końcu jednego ze stołów, otworzyła futerał zegarka podróżnego i ustawiła go tak, by wybijał godziny. Dobrze wiedziała, że gdy pogrąży się w pracy, straci poczucie czasu, a miała zamiar stawić się na kolacji punktualnie i wyglądać jak idealna oraz całkowicie nieszkodliwa bibliotekarka.
Przygotowała etykiety podpisane: "Religia", "Filozofia", "Filozofia Przyrody", "Historia" i tak dalej. Podała je jednemu z lokajów, który właśnie skończył ustawiać stoły.
- Proszę, połóż je w równych odstępach wzdłuż przedniej krawędzi stołów, dokładnie w takiej kolejności, w jakiej są teraz. Potem dokończ opróżnianie pierwszego rzędu regałów, żeby pokojówki mogły go wyczyścić.
Sięgnęła po najbliższą książkę, omiotła ją z kurzu i otworzyła. Pierwsza z kilku tysięcy. Gdyby nie prawdziwy powód jej pobytu w tej rezydencji, świetnie by się bawiła.
O wpół do ósmej weszła do salonu razem z Elspeth. Miała na sobie granatową suknię z dekoltem i rękawami obrębionymi koronkową falbanką. Jej kasztanowe włosy były wysoko upięte, a jedyną biżuterię stanowiły kolczyki zdobione kameą, wisiorek z kameą oraz bransoletka z plecionego złotego drutu. Ale koronka była zabytkowa, kamee rzymskie, a sama suknia mówiła każdemu, kto znał się na takich sprawach, że jej prostota wynika z wyboru, a nie z ubóstwa.
Elspeth z kolei włożyła czarną suknię, srebrną biżuterię z gagatami, a włosy przykryła koronkowym czepkiem.
- Wygląda na to, że jesteśmy pierwsze - zauważyła, kiedy weszły do środka.
- Kim pani jest? - Ze stojącego tyłem do drzwi fotela niespodziewanie podniosła się nieznajoma dama. Zmrużyła oczy, mierząc je obie nieufnym spojrzeniem.
Katherine usłyszała obok siebie świst gwałtownie wciąganego powietrza, ale sama spokojnie weszła w głąb saloniku, jednocześnie korygując swoje pierwsze wrażenie. Być może to jednak nie była do końca dama...
- Nazywam się Katherine Jenson i jestem nową bibliotekarką lorda Ravenhama, a to moja towarzyszka, pani Downe. Z kim mam przyjemność?
- Pani de Frayne. Jestem tu na zaproszenie pana domu. - Kobieta opadła z powrotem na fotel z szelestem luksusowych tkanin.
Katherine wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Elspeth. O ile się nie myliła, właśnie poznały kochankę jego lordowskiej mości.
Elspeth zacisnęła usta, ale Katherina z niewzruszonym spokojem przeszła przez pokój i usiadła na sofie ustawionej przy fotelu, na którym siedziała pani de Frayne.
Satynowa suknia o barwie głębokiej czerwieni stanowiła wspaniałą oprawę dla jej urody: kruczoczarnych włosów, wielkich brązowych oczu, ciemnych brwi i rzęs oraz figury, którą najlepiej można by opisać jako obfitą. Stroju dopełniała biżuteria z brylantami, które błyszczały we włosach kobiety, w jej uszach, na szyi i na dekolcie.
Luksusowa kochanka, skonstatowała w myślach Katherine.
- Ale... jest pani kobietą.
- Tak. To już drugi raz dzisiaj, kiedy ktoś zwraca mi na to uwagę - odparła Katherine.
- I para się pani pracą zarobkową.
- Wszyscy musimy w ten czy inny sposób zarabiać na życie, czyż nie?
Na policzkach pani de Frayne pojawiły się dwie czerwone plamy. Odwróciła się tak gwałtownie, że fałdy jej sukni zaszeleściły głośno. Przez moment wyglądało na to, że zerwie się na nogi. Katherine spodziewała się awantury, ale w tej samej chwili drzwi się otworzyły i do saloniku weszli lord Ravenham oraz jego sekretarz.
Katherine i Elspeth wstały i dygnęły uprzejmie.
- Dobry wieczór, milordzie. Dobry wieczór, panie Wilmott.
- Dobry wieczór. - Markiz zajął miejsce naprzeciwko pani de Frayne, a pan Wilmott usiadł obok Elspeth . - Widzę, że poznały już panie panią de Frayne.
- Tak - odparła Katherine, uśmiechając się do niego. - Właściwie dopiero zaczęłyśmy się poznawać.
Satyna znów zaszeleściła gniewnie, gdy pani de Frayne odwróciła się od Katherine.
- W moim apartamencie jest przeciąg, milordzie - powiedziała niskim, zmysłowym głosem.
- Prawdopodobnie we wszystkich są przeciągi, Delphine - odparł. - Nie ma zbyt wielkiego wyboru, chyba że chciałabyś dzielić pokój z egipską mumią albo stosem skrzyń.
- Przeziębię się. Powinnam wrócić do Londynu - jęknęła Delphine z nadąsaną miną. - Niestety nie mam dokąd wracać. Musisz znaleźć mi dom, Williamie, albo odnowić mój apartament tutaj. - Rzuciła mu spojrzenie spod spuszczonych rzęs. - Mogę też sama poszukać dla siebie jakiegoś lokum.
- Jak chcesz - odparł obojętnie. - Giles, zanotuj, że nasz stolarz ma sprawdzić, co można zrobić z tymi przeciągami.
- Tak jest, sir.
Cóż, jego lordowska mość z pewnością nie jest zaślepiony miłością, uznała Katherine. Ma na głowie wyjątkowo wymagającą kobietę, ale też na tyle rozsądku, by nie puszczać jej samej do Londynu, gdzie trwoniłaby jego pieniądze. Musi być bardzo męcząca, ale najwyraźniej jej wdzięki to rekompensują.
Elspeth gawędziła z Gilesem Wilmottem, pani de Frayne rzucała lordowi Ravenhamowi roznamiętnione spojrzenia, a on wyglądał jak człowiek, który marzy, by być teraz w swoim londyńskim klubie.
- Poczyniliśmy już pewne postępy w pracach nad uporządkowaniem biblioteki, milordzie. - Katherine nie przyszedł do głowy żaden temat uprzejmej konwersacji, który mógłby zainteresować panią de Frayne, więc zwróciła się bezpośrednio do markiza.
- Proszę mówić mi Lovell - odparł niespodziewanie. - To moje nazwisko rodowe. Nieustanne tytułowanie sprawia, że każda rozmowa trwa dwa razy dłużej, niż powinna.
- Ależ to zbyt poufale jak na służącą - oburzyła się pani de Frayne.
- Owszem - zgodziła się Katherine. - Ja jednak jestem osobą wykonującą wolny zawód. Tak jak lekarz. Albo prawnik. Czyż nie, milordzie? To znaczy... panie Lovell.
Markiz spojrzał na nią, wyraźnie próbując odgadnąć, czy to była aluzja do jego profesji. Katherine spokojnie wytrzymała jego spojrzenie. Przyszło jej do głowy, że kolor jego oczu jest podobny do barwy jej sukni. Pilnowała się, by zmysłowy dreszcz wywołany jego uważną obserwacją nie znalazł odbicia w jej oczach.
Był bardzo przystojnym mężczyzną, obdarzonym smukłą sylwetką oraz przenikliwym umysłem. Fakt, że uważała go za człowieka bezwzględnego i pozbawionego skrupułów, wcale nie wpływał na to, jak na nią oddziaływał.
- Dokładnie tak, panno Jenson - zgodził się z nią w chwili, kiedy do pokoju wszedł kamerdyner.
- Podano kolację, milordzie.
Lord Ravenham podał ramię pani de Frayne. Po chwili niezdecydowania Giles Wilmott przypomniał sobie, że powinien eskortować wdowę, a nie pannę, i podał ramię Elspeth. Katherine podążyła za nimi, przyjmując pozę skromnej bibliotekarki.
Przy dwóch mężczyznach i trzech kobietach skład towarzystwa przy stole był nieco nierówny. Katherine podejrzewała, że przy rozłożonym stole mogłoby zasiąść co najmniej dwadzieścia osób, ale wszystkie dodatkowe blaty zostały usunięte. Lord Ravenham siedział u szczytu, z Elspeth po prawej stronie i Katherine po lewej. Pani de Frayne zajęła miejsce na drugim końcu, a pan Wilmott usiadł między nią a Elspeth.
Lovell, zgodnie z zasadami dobrego wychowania, podjął rozmowę z sąsiadką po prawej stronie. Jednak Delphine de Frayne całkowicie ignorowała sekretarza. Po prostu siedziała, obracając w palcach nóżkę kieliszka i co chwila z niego popijając.
Nie wierzę, że Delphine de Frayne jest jej prawdziwym nazwiskiem, pomyślała Katherine. Może była aktorką lub śpiewaczką? Prędzej aktorką, biorąc pod uwagę jej teatralny sposób bycia.
Katherine uśmiechnęła się do Gilesa Wilmotta.
- Jako że pośrodku stołu nic nie stoi, możemy swobodnie rozmawiać - powiedziała. - Czy pracował tu pan jeszcze za czasów poprzedniego markiza?
- Pracowałem dla kancelarii Lovell i Foskett. - Pan Wilmott zerknął nerwowo na panią de Frayne, która w dalszym ciągu uparcie ignorowała i jego, i wszelkie zasady etykiety. - Ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że prawo nie jest dla mnie, i postanowiłem zaproponować moją kandydaturę na stanowisko prywatnego sekretarza, gdy jego lordowska mość odziedziczył tytuł.
- Porządkowanie chaosu musi być interesującym zajęciem. Podejrzewam, że świętej pamięci markiz nie przejmował się zbytnio swoim majątkiem.
- Tak, zarządzanie majątkiem nieszczególnie go interesowało. Na szczęście spędzał cały czas tutaj, a pozostałe majątki znajdowały się pod opieką kompetentnych zarządców, więc sytuacja nie jest aż tak zła, jak mogłoby się wydawać.
To była interesująca i przydatna informacja. W takim wypadku mało prawdopodobne, by rubin znajdował się gdziekolwiek poza tym domem.
Delphine de Frayne skubała bułkę i opróżniała już drugi kieliszek wina, a Lovell wydawał się pogrążony w rozmowie z Elspeth na temat kariery jej zmarłego męża, dziekana katedry w Westchester. Katherine postanowiła zaryzykować i spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.
- Mam nadzieję, że nie oczekuje się od pana przeglądania tych wszystkich skrzyń, panie Wilmott?
- Na szczęście nie. Mam aż nadto pracy przy porządkowaniu dokumentów. Jestem pewien, że świętej pamięci markiz miał jakiś system... Gdybyśmy tylko wiedzieli, na czym polegał - odparł sekretarz, uśmiechając się z żalem.
Katherine podejrzewała, że pan Wilmott jest młodszym synem jakiegoś arystokraty, zatem w przeciwieństwie do pierworodnego syna musiał sam zadbać o swoją przyszłość. Kariera prawnicza była uznawana za bardzo odpowiednią, ale stanowisko sekretarza arystokraty również należało do pożądanych i mogło z czasem otworzyć drogę do kariery politycznej, zbudowanej dzięki wpływom byłego pracodawcy.
Kiedy zabrano talerze po zupie i podano kolejne danie, rozmowa na chwilę ucichła. Potem Wilmott rozmawiał z Elspeth, a Katherine z markizem.
- Czy poczyniła pani jakieś postępy, panno Jenson?
- Zaczęłam pracę, ale jak na razie trudno nazwać to postępem. Pański kuzyn chyba rzadko korzystał z biblioteki, zatem większość tomów zachowała się w dobrym stanie, choć są bardzo zakurzone. Na razie porządkuję regał po regale, ale jeśli wolałby pan, żebym najpierw wyodrębniła wszystkie książki z danej dziedziny, jestem w stanie to zrobić.
To nie byłby najwygodniejszy sposób działania, ale chciała za wszelką cenę przypodobać się markizowi i sprawić, by po okresie próbnym przedłużył jej umowę.
- Nie, proszę kontynuować tak, jak dotychczas, panno Jenson. Chcę, by biblioteka jak najszybciej nadawała się do użytku. Właściwie...
- Williamie, co robimy jutro?
- Możesz robić, co tylko zechcesz, Delphine. Pan Wilmott, panna Jenson i ja będziemy bardzo zajęci.
- Ale mnie się nudzi.
- Ostrzegałem cię, że będzie tu raczej nudno. Sama widzisz, że dom w obecnym stanie nie nadaje się do przyjmowania gości. Możesz wybrać się na wycieczkę konno lub powozem, pójść na spacer po posiadłości albo poprosić stangreta, żeby zabrał cię do St Albans. - Odwrócił się do Elspeth: - Pani Downe, proszę czuć się tu jak w domu. Może pani jeździć konno i korzystać z naszych powozów, sama lub ze stangretem. Polecam też spacery po okolicy.
- Och, dziękuję, milor...
- St Albans z pewnością jest nieznośnie prowincjonalne. - Pani de Frayne odsunęła talerz z praktycznie nietkniętym jedzeniem.
- Taka już natura miasteczek na prowincji, Delphine - odparł Lovell tak sucho, że Katherine omal się nie zakrztusiła, próbując stłumić śmiech.
- Być może któregoś dnia wybiorę się do St Albans, jeśli mogłabym wypożyczyć dwukółkę. Z tego, co wiem, to interesujące miasto o długiej historii - powiedziała Elspeth. - Mogłaby pani pojechać ze mną, pani de Frayne, jeśli ma pani ochotę na wycieczkę.
- Dwukółką? Jak żona farmera? Zdecydowanie nie.
Katherine pospiesznie wtrąciła się do rozmowy, pytając, czy w okolicy znajdują się jakieś lokalne atrakcje. Ten temat szczęśliwie zajął całą trójkę aż do podania deseru. Wówczas stało się jasne, że kochanka markiza uwielbia nie tylko brylanty, lecz również słodycze. Katherine zastanowiła się, czy słodkie musy i czekoladki poprawią jej humor.
Jeden rzut oka wystarczył jej, by stwierdzić, że to mało prawdopodobne. Gdy stół został uprzątnięty, wymieniła znaczące spojrzenia z Elspeth.
- Proszę wybaczyć, panie Lovell, ale powinnyśmy udać się już na spoczynek. To był długi dzień.
Markiz i Wilmott wstali i skłonili się lekko wychodzącym kobietom. Gdy życzyły reszcie dobrej nocy, pani de Frayne nawet nie raczyła odpowiedzieć.
- To była wyjątkowo nużąca kolacja - zauważyła szeptem Elspeth, kiedy wchodziły po schodach. - Cóż za nieznośna kobieta.
- Bez wątpienia markiz uważa, że pani de Frayne posiada jednak pewne atuty, które mu to wynagradzają - odparła Katherine, za co Elspeth rzuciła jej pełne dezaprobaty spojrzenie. - Być może Lovell lubi igrać z ogniem. Ciekawe, od jak dawna jest jego utrzymanką.
- I jak długo to jeszcze potrwa - dodała Elspeth, zamykając za nimi drzwi saloniku.
- Na cóż ci ten szary, pospolity wróbelek?
Will zamknął za sobą drzwi sypialni i westchnął. Ta rozmowa była ostatnim, czego w tej chwili potrzebował.
Delphine przez kilka miesięcy dostarczała mu niezłej rozrywki, ale zaczynał dochodzić do wniosku, że mimo jej entuzjastycznego udziału w sportach łóżkowych jej dąsy i wieczne pretensje przeważają nad przyjemnościami.
Nie posunął się jeszcze do tego, żeby wynająć dla niej dom i utrzymywać ją jako swoją oficjalną metresę. Właśnie planował obdarować ją hojnym prezentem, który osłodziłby jej konieczność przeprowadzki, kiedy dotarła do niego wieść o śmierci kuzyna.
- Panna Jenson jest bibliotekarką i antykwariuszką, Delphine. Jedno spojrzenie na stan tego domu powinno uzmysłowić ci, do czego jest mi potrzebna. - Odpiął spinkę z szafirem z fularu i zaczął rozwijać pas wykrochmalonego muślinu.
Delphine leżała na brzuchu w poprzek łóżka, opierając brodę na dłoniach i kiwając leniwie bosymi stopami.
- Dlaczego nie kupisz mi domu w mieście? - zapytała, wracając do swojego ulubionego tematu.
- Ponieważ jestem tutaj i nic nie wskazuje na to, by miało się to wkrótce zmienić.
I ponieważ nie widzę powodu, dla którego miałbym płacić za to, byś wykorzystywała moje pieniądze na zabawy z innymi kochankami, dodał w myślach.
Zrzucił surdut i przewiesił go przez oparcie krzesła. Jego kamerdyner wiedział, że lepiej nie wchodzić do sypialni, kiedy przebywa w niej pani de Frayne.
Delphine była humorzasta, chwilami nieznośna, a mimo to piekielnie pociągająca, zwłaszcza dla mężczyzny, który wiedział, w jakiej dziedzinie jest najbardziej utalentowana.
- Chyba nie jesteś zazdrosna o starą pannę, która spędza życie z nosem w książkach? - zapytał, wyłaniając się spomiędzy fałd koszuli, którą właśnie ściągał.
Jest nawet dość ładna - mruknęła Delphine, wydymając usta.
- Ładna? Nie powiedziałbym. - Will był zmęczony i znękany, ale znał doskonały sposób, by oderwać myśli od problemów i udobruchać Delphine. - Wiesz co? Oboje mamy na sobie zdecydowanie za dużo ubrań, moja droga.
Rankiem Jeannie przyniosła śniadanie Katherine i Elspeth do ich prywatnego saloniku. Jak się okazało, pokojówka Katherine zdążyła się już zadomowić w pomieszczeniach dla służby.
- Wszyscy są w porządku - powiedziała, nalewając herbatę. - Myślałam, że będą zadzierać nosa, bo to przecież dom markiza, ale panuje tu zadziwiająca swoboda. Pan Grigson, kamerdyner, wydaje się trochę surowy, ale pani Goodman jest całkiem miła, a kucharka wesoła jak szczygiełek. Pozostałe dziewczęta są przyjazne i pogodne, podobnie jak chłopcy. Cieszę się jednak, że mam własne łóżko w garderobie. Podobno ostatnie piętro jest straszną graciarnią i muszą się tam gnieździć pośród najrozmaitszych dziwacznych przedmiotów. - Poprawiła stojak z tostami. - Cieszą się, że mają nowego pana, nawet jeśli to oznacza więcej pracy. - Skończyła nakrywać do stołu i wyszła sprężystym krokiem.
Katherine podała Elspeth grzankę.
- Dobrze spałaś?
- Tak, wyjątkowo dobrze. A teraz powiedz mi, jaki masz plan.
- Muszę porządnie ruszyć z biblioteką - odparła Katherine, smarując grzankę masłem. - Właśnie na tym Lovellowi zależy najbardziej. Jeśli zobaczy, że dobrze wywiązuję się z obowiązków, przestanie zwracać na mnie uwagę. Potem, powiedzmy za tydzień, zacznę przeszukiwać resztę domu. Jeśli ktoś mnie o to zapyta, powiem, że szukam zawieruszonych książek i oceniam zbiory antyków. - Zawahała się. - Elspeth, byłoby dobrze, gdybyś nie była zbyt... rygorystyczna w roli przyzwoitki. Chcę mieć jak największą swobodę podczas poszukiwań rubinu. Sam fakt, że tu jesteś, stwarza pozory stosownej przyzwoitości. To według mnie w zupełności wystarczy. - W oczekiwaniu na odpowiedź Katherine podniosła srebrną pokrywkę i przyjrzała się ciekawie zawartości półmiska. - Najwyraźniej nie zamierzają nas tu głodzić.
- Rzeczywiście. - Elspeth nałożyła sobie bekon, jajko i kiełbaskę. - Rozumiem, o co ci chodzi. To miejsce rzeczywiście wydaje się bezpieczne dla młodej damy, jeśli nie liczyć obecności tej humorzastej kobiety. Sądzę, że będzie nam tu całkiem wygodnie, o ile uda nam się unikać pani de Frayne. Choć aż boję się pomyśleć, co powiedziałaby twoja matka, gdyby odkryła, że mieszkasz pod jednym dachem z kobietą tego pokroju.
- Ja również - odparła Katherine. - Zastanawiam się też, jak potoczyło się jej życie, skoro skończyła jako utrzymanka. Jest skandalicznie nieuprzejma, ale postaram się ją ignorować. Drażnienie jej z pewnością nie poprawi atmosfery w domu, a zależy mi na tym, żeby utrzymywać Lovella w dobrym humorze.
- Skoro zatem mówisz, że poradzisz sobie sama, skorzystam z pozwolenia jego lordowskiej mości, pożyczę dwukółkę i pojadę zwiedzić St Albans, jeśli zgodzisz się, by Jeannie mi towarzyszyła. Czy coś ci kupić?
Kiedy Katherine zjawiła się w bibliotece, jej zespół pokojówek i lokajów już na nią czekał. Wyglądali na zadowolonych, że mogą oderwać się od codziennych obowiązków, chociaż poprzedniego popołudnia ciężko się napracowali. Miny wyraźnie im zrzedły, kiedy wyjaśniła, że nie będzie potrzebować pomocy pokojówek, póki nie opróżnią następnego regału, dlatego na razie wystarczy jej jeden lokaj. Wybrała tego, który poprzedniego dnia wydawał się najbardziej zaangażowany, i zapytała go o imię.
- Peter, panienko.
- Pokażę ci, jak należy sortować książki.
Poprowadziła go wzdłuż stołów roboczych, wskazując przygotowane wcześniej etykiety.
- Gdy zdecyduję, w której kategorii należy umieścić daną książkę, weźmiesz ją ode mnie i położysz za odpowiednią etykietą. W miarę pracy możesz przesuwać poszczególne sekcje, jeśli będzie trzeba zrobić więcej miejsca, ale pamiętaj, by zachować ustalony porządek. Rozumiesz?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji