Intruz - Håkan Östlundh

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Było zbyt ciemno, by zo­ba­czyć mo­rze, ale mimo huku sil­ni­ków sły­szała fale tłu­kące o burtę. Re­flek­tory oświe­tlały me­ta­lowy po­kład promu i frag­menty żół­tej nad­bu­dówki. Na po­kła­dzie znaj­do­wały się tylko dwa sa­mo­chody - ich mer­ce­des klasy G i czarne kombi za nimi.

Wra­cali po czte­rech ty­go­dniach nie­obec­no­ści.

Pły­nęli cie­śniną w kie­runku wy­spy F?rö, która od dwóch lat była ich do­mem. O ile stwier­dze­nie, że prom pły­nie, nie było na wy­rost. Nie miał dziobu ani rufy. Był tylko żółtą bla­szaną tra­twą, miej­scem na cztery rzędy po­jaz­dów.

Ma­lin ni­gdy by nie po­my­ślała, że brzydki mały prom wa­ha­dłowy za­cznie od­gry­wać tak ważną rolę w jej ży­ciu. Bo­dilla. Imię rów­nie pełne gra­cji jak całe to war­czące że­la­stwo. Pły­nęli Bo­dillą, od­wo­żąc Axela do przed­szkola. Wsia­dali na jej po­kład, gdy chcieli się wy­brać do knajpy albo ku­pić coś poza naj­bar­dziej pod­sta­wo­wymi pro­duk­tami. Cza­sami pły­nęli Kajsą-Stiną, ale naj­czę­ściej wła­śnie Bo­dillą.

Se­zon tu­ry­styczny jesz­cze się nie skoń­czył, ale trwały jego ostat­nie ty­go­dnie. Kiedy szkoły za­czną dzia­łać, całą drogę do F?rö będą po­ko­ny­wali głów­nie ob­co­kra­jowcy i eme­ryci. Krótko po­tem oni też znikną. I za­mknie się wszystko oprócz sklepu Ica i ko­ścioła.

Dzieci spały na tyl­nym sie­dze­niu. Prom pły­nął przez cie­śninę. Hen­rik pod­niósł z ko­lan apa­rat fo­to­gra­ficzny i skie­ro­wał go w jej stronę.

- Broda wy­żej o cen­ty­metr - po­in­stru­ował.

Ma­lin się uśmiech­nęła i wy­peł­niła po­le­ce­nie.

- Nie, bez uśmie­chu - po­wie­dział szybko.

Pró­bo­wała przy­brać minę, którą miała wcze­śniej. Moż­liwe, że jej się udało. Hen­rik zro­bił sześć zdjęć jedno po dru­gim. Z ma­łymi zmia­nami kąta przed każ­dym na­ci­śnię­ciem spu­stu mi­gawki.

- Nie masz już ty­siąca zdjęć ze mną na tym pro­mie? - za­py­tała.

Hen­rik opu­ścił apa­rat.

- Każde zdję­cie jest nowe - od­parł, pu­ścił do niej oko i wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Ma­lin spoj­rzała w jego ciemne czujne oczy i od­wza­jem­niła uśmiech. Hen­rik się na­chy­lił, żeby ją po­ca­ło­wać. Na se­kundę lub dwie się za­wa­hała.

- No co? - za­py­tał, spo­glą­da­jąc na nią py­ta­jąco.

- E, nic - od­parła i się do niego przy­bli­żyła.

W tej sa­mej chwili wście­kłe świa­tło re­flek­to­rów zga­sło, a dud­nie­nie sil­ni­ków uci­chło.

Od­dech Ma­lin przy­spie­szył i pró­bo­wała spoj­rzeć przez boczną szybę na po­most, ale wo­kół pa­no­wały nie­prze­nik­nione ciem­no­ści.

Uno­sili się spo­koj­nie na wo­dach cie­śniny, wi­dzieli świa­tła dom­ków let­ni­sko­wych Broa i w nie­dawno za­pa­dłej ci­szy wy­raź­niej sły­szeli fale ude­rza­jące o burtę. Ma­lin za­częła błą­dzić ręką w po­szu­ki­wa­niu włącz­nika świa­tła w sa­mo­cho­dzie. Za­nim go zna­la­zła, sil­niki znów za­częły ry­czeć i po­kład się roz­ja­śnił. Nie mo­gło mi­nąć wię­cej niż pięć, dzie­sięć se­kund.

- Co to, do cho­lery, było? - za­py­tała, spo­glą­da­jąc na Hen­rika.

- Naj­wy­raź­niej ka­pi­tan oparł się o ha­mu­lec awa­ryjny - za­re­cho­tał Hen­rik.

Też się za­śmiała, ale nie była ani tro­chę roz­ba­wiona. Kiedy świa­tło i sil­niki za­marły, wziął ją we wła­da­nie ciężki chłód. Nie chciał od­pu­ścić.

Kilka mi­nut póź­niej prom do­bił do na­brzeża. Opusz­czono most i otwarto bramki. Ma­lin szybko uru­cho­miła sil­nik i od­je­chała.

Kiedy zo­sta­wili za sobą przy­stań pro­mową, znik­nęły także resztki świa­tła. W lu­sterku wstecz­nym zo­ba­czyła, że kombi skręca na Rys­snäs. Zo­stali sami w ciem­no­ści. Był do­piero ko­niec sierp­nia, ale i tak kra­jo­braz wo­kół nich to­nął w czerni.

Znaj­do­wali się da­leko od wszyst­kiego: la­tarni ulicz­nych, neo­nów re­kla­mo­wych i wi­tryn skle­pów, od miast za­le­wa­ją­cych świa­tłem niebo. Jakby miej­scowi na­dal mieli na uwa­dze, że elek­trycz­ność na wy­spie po­ja­wiła się do­piero po woj­nie, a w prak­tyce do­piero w la­tach pięć­dzie­sią­tych.

Kiedy re­flek­tory sa­mo­chodu roz­pro­szyły mrok przed nimi, po­czuła nie­po­kój po­dobny do tego, który przed laty z pew­no­ścią do­skwie­rał że­gla­rzom. Lęk, że się do­trze do końca świata. Że w każ­dej chwili można wy­paść poza jego kra­wędź.

Axel za­kasz­lał. Ma­lin zer­k­nęła na niego w lu­sterku wstecz­nym. Za­mru­gał kil­ka­krot­nie, ale za­snął z po­wro­tem.

- Halo, tu miesz­kamy! - krzyk­nął Hen­rik z tłu­mioną gwał­tow­no­ścią.

Ma­lin ostro za­ha­mo­wała, żeby nie po­je­chać za da­leko, a dzieci ję­czały i mam­ro­tały przez sen. Za­wsze uwa­żała, że trudno tu tra­fić po ciemku. Ta­blica wy­ła­niała się z czerni nocy bez ostrze­że­nia, choć droga była pro­sta, a kra­jo­braz pła­ski.

Skrę­ciła wiel­kim mer­ce­de­sem w lewo. Wkrótce po­tem z chrzę­stem prze­je­chali po pierw­szej prze­szko­dzie dla by­dła. Sły­sząc pod ko­łami wszyst­kie po ko­lei, po­tra­fiła się zo­rien­to­wać, jak da­leko do­je­chali. Za­częła li­czyć. Po czwar­tej na­le­żało skrę­cić w prawo.

Za­raz po wej­ściu do domu Ma­lin po­czuła, że ktoś w nim był. Za­drżała i od­wró­ciła się do Hen­rika z Axe­lem na rę­kach, ale po chwili do­szła do wnio­sku, że jed­nak wszystko jest w po­rządku. Na chwilę za­po­mniała o go­ściach. W su­mie trzy osoby wy­naj­mo­wały od nich dom na prze­strzeni czte­rech ty­go­dni, kiedy to kur­so­wali mię­dzy krew­nymi a przy­ja­ciółmi na lą­dzie. Po od­ję­ciu pro­wi­zji dla po­śred­nika w kie­szeni zo­stało im dwa­dzie­ścia sześć ty­sięcy ko­ron. Po­trze­bo­wali tych pie­nię­dzy.

Hen­rik wy­szedł z po­wro­tem, żeby wy­jąć ba­gaże z sa­mo­chodu. Ma­lin wno­siła Axela po skrzy­pią­cych scho­dach, a El­len zmę­czona czła­pała obok.

W po­koju dzie­cię­cym czuć było dziwną woń. Czy to też za­pach go­ści? Miał w so­bie cierpką nutę. Po­ło­żyła Axela na łóżku El­len i uchy­liła okno. Lekki wiatr przy­niósł ze sobą ciężki, lecz przy­jemny za­pach póź­no­let­niego ogrodu. Zie­leni, po­mi­do­rów i le­biodki po­spo­li­tej.

El­len uklęk­nęła na pod­ło­dze i za­częła prze­glą­dać za­bawki, z któ­rymi się roz­stała na cały mie­siąc. Ma­lin wzięła prze­ście­ra­dło i po­słała łóżko Axe­lowi. Spał głę­bo­kim snem, w pełni od­prę­żony. Ręce i nogi opa­dły bez­wład­nie na na­rzutę, kiedy go ostroż­nie roz­bie­rała i okry­wała koł­drą.

El­len przy­tu­liła swo­jego plu­szo­wego kró­lika i sze­roko się uśmiech­nęła. Ma­lin od­po­wie­działa uśmie­chem, a jed­no­cze­śnie zmarsz­czyła nos. Obca woń na­dal uno­siła się w po­wie­trzu i mie­szała z za­pa­chem zie­leni.

- Je­steś głodna? Masz na coś ochotę? - za­py­tała Ma­lin.

- Nie wiem - od­po­wie­działa El­len, wy­raź­nie za­jęta.

Ma­lin ze­szła po scho­dach. Hen­rik sie­dział w po­grą­żo­nej w mroku kuchni, ba­wiąc się iPhone'em. Pra­wym kciu­kiem do­ty­kał wy­świe­tla­cza, a lewą dło­nią od­gar­niał ciemne pa­sma wło­sów, które opa­dały na oczy. Na pod­ło­dze uło­żył czarny stos ba­gaży.

Cza­sami za­zdro­ściła mu umie­jęt­no­ści od­ci­na­nia się od wszyst­kiego wo­kół. Naj­czę­ściej jed­nak tylko się przez to wście­kała. Kiedy od­wie­dzali ko­le­gów Hen­rika na lą­dzie, za­cho­wy­wał się, jakby prze­łą­czył ja­kąś dźwi­gnię. Były tylko piwo, roz­mowy o pracy, ło­wie­niu ryb, piłce noż­nej, jesz­cze wię­cej piwa, chło­pac­kie wspo­mnie­nia i dłu­gie, cho­ler­nie nudne dys­ku­sje o re­mon­tach do­mów. W końcu mu­siała mu przy­po­mnieć, że ma dwójkę dzieci, które po­trze­bują opieki i roz­rywki, a już ab­so­lut­nym mi­ni­mum było pil­no­wa­nie, by się nie uto­piły. Po­tem za­czy­nali się kłó­cić.

Ma­lin za­pa­liła górne świa­tło i lampkę nad zle­wem.

- Na­pi­jesz się her­baty? - za­py­tała.

- Co? - od­po­wie­dział Hen­rik, pod­no­sząc wzrok.

Jego usta i broda były oświe­tlone przez zimną nie­bie­ską po­światę ko­mórki.

- Her­baty? - po­wtó­rzyła.

- Ja­sne, chęt­nie, tylko bła­gam: żadne tam ro­ibo­osy i inne gówna.

Ma­lin na­chy­liła się do szafki z ron­del­kami i lewą dło­nią pod­parła się o blat. Kleił się i był za­sy­pany okrusz­kami.

- Niech to dia­bli - wes­tchnęła.

Hen­rik nie za­re­ago­wał. Za­częła się roz­glą­dać w po­szu­ki­wa­niu ścierki do na­czyń, ale nie mo­gła jej zna­leźć. Otwo­rzyła więc szafkę pod zle­wem, żeby wy­cią­gnąć nową, ale wi­dok do po­łowy peł­nego worka na śmieci zbił ją z tropu.

- Cho­lera, za­czy­nam być tym wszyst­kim na­prawdę zmę­czona.

- O co cho­dzi? - spy­tał Hen­rik nie­obec­nym to­nem.

- Nie po­sprzą­tali.

Do­piero po tych sło­wach pod­niósł wzrok.

- W ta­kim ra­zie będą mu­sieli po­kryć koszt usług firmy sprzą­ta­ją­cej. Taki jest za­pis w umo­wie.

- A kto do­pil­nuje, by za­pła­cili ten ra­chu­nek, co? Ty?

- Za­dzwo­nimy do po­śred­ni­ków. Oni się tym zajmą.

Ma­lin wy­cią­gnęła nową ścierkę i wy­tarła blat. Kiedy ją wy­krę­ciła i po­wie­siła na kra­nie, po­czuła na­gły im­puls i otwo­rzyła jedną z sza­fek. Szybko prze­su­nęła wzro­kiem po rzę­dach szkla­nek i fi­li­ża­nek.

- Tego już za wiele.

Otwie­rała szafki z na­czy­niami jedną po dru­giej, także starą wi­trynę sto­jącą przy ścia­nie za sto­łem, którą odzie­dzi­czyła po babci.

- W każ­dej z tych sza­fek cze­goś bra­kuje.

- Z pew­nymi stra­tami na­leży się li­czyć - stwier­dził Hen­rik.

- Ja­kimi stra­tami?

- Nam też się zda­rza roz­bi­jać rze­czy. Za jedną czy dwie szklanki można już im nie li­czyć.

- Ale tu nie cho­dzi o jedną czy dwie. Bra­kuje mnó­stwa rze­czy.

Za­częła li­czyć, ale prze­stała być pewna, ile sztuk mieli z każ­dego ro­dzaju.

- Prze­cież kiedy się coś ze­psuje, na­leży chyba zo­sta­wić pie­nią­dze? Albo przy­naj­mniej na­pi­sać kar­teczkę.

- Może zo­sta­wili ja­kąś wia­do­mość po­śred­ni­kom. Ju­tro do nich za­dzwo­nię.

- Co za szajs.

Z wście­kło­ścią po­sta­wiła na ku­chence ron­del z wodą na kawę. Tak mocno ude­rzyła nim w płytę, że wy­lała tro­chę wody. Hen­rik odło­żył ko­mórkę i spoj­rzał na Ma­lin.

- I tak za­ro­bi­li­śmy na tym dwa­dzie­ścia sześć ty­sięcy.

Wiele za­in­we­sto­wali w prze­pro­wadzkę na F?rö. Pie­nią­dze, za­an­ga­żo­wa­nie, swoją przy­szłość. Od po­czątku to Ma­lin na­ci­skała, by ku­pili dom, ale wy­obra­żała so­bie gminę Na­cka, En­skede, może Värmdö - oko­lice, w któ­rych czuła się jak u sie­bie. Nie Go­tlan­dię po­środku Bał­tyku. Ani F?rö. Na­uczyła się ją od­róż­niać od reszty Go­tlan­dii, na­zy­wa­nej przez miej­sco­wych Stor­lan­det - Wiel­kim Lą­dem.

Kiedy wje­chali na po­kład promu w Ny­näshamn, pod­cho­dziła do po­my­słu scep­tycz­nie, wręcz z nie­chę­cią. Czy Hen­rik na­prawdę chciał tam wró­cić? Po sie­dem­na­stu la­tach? Jesz­cze za­nim jed­nak do­tarli do domu, była pewna. Wi­dok, który roz­po­ście­rał się po dro­dze do roz­iskrzo­nego mo­rza za ko­ścio­łem w F?rö, za­parł jej dech w pier­siach.

Dom w Kal­bjär­dze był pięk­nie po­ło­żony u pod­nóży zbo­cza i miał ty­powo go­tlandzki układ, choć wy­róż­niał go dach man­sar­dowy. Na­le­żał do ko­legi Hen­rika, który z ko­lei ku­pił go od In­g­mara Berg­mana. Plotki gło­szą, że dom był miesz­ka­niem go­sposi re­ży­sera. W wiel­kiej sto­dole, któ­rej mistrz uży­wał jako sali prób, stały na­wet stare de­ko­ra­cje z jego filmu, choć nie było wia­domo z któ­rego.

Szybko zro­bili z tego stały żart i po­wta­rzali, że je­śli wszystko się spie­przy, wy­sta­wią sce­no­gra­fię na au­kcji w Chri­stie's. Obec­nie może na­dal brzmiało to jak żart, ale bar­dzo po­nury.

Od­no­wili dom, prze­ro­bili sto­dołę na stu­dio i w du­żej, choć pro­stej przy­bu­dówce za­częli urzą­dzać miesz­ka­nia dla fo­to­gra­fów, któ­rzy mo­gliby się u nich za­trzy­mać. Ich plan za­kła­dał, że Hen­rik bę­dzie mógł wy­ko­ny­wać więk­szość pracy na F?rö i że uda im się sku­sić fo­to­gra­fów z ca­łego świata. Ar­ty­ści i ich mo­dele zo­staną za­kwa­te­ro­wani w nowo wy­bu­do­wa­nym bu­dynku miesz­kal­nym i będą mo­gli pra­co­wać w stu­diu, ale przede wszyst­kim oczy­wi­ście po­śród eg­zo­tycz­nej przy­rody, in­spi­ru­ją­cej jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych re­ży­se­rów fil­mo­wych na świe­cie.

Dla­czego nie? - po­my­śleli. Znali szwedz­kich i ame­ry­kań­skich fo­to­gra­fów, któ­rzy po­tra­fili prze­cież urzą­dzać so­bie piel­grzymki do In­dii tylko po to, by trza­skać zdję­cia za­chod­nim mo­de­lom i mo­del­kom w ta­kim słońcu, ja­kie im naj­bar­dziej od­po­wiada.

Po­ży­czyli pie­nią­dze i za­trud­nili ro­bot­ni­ków. Wszystko szło jak po ma­śle. Po­tem nad­szedł kry­zys.

Wraż­liwa branża re­kla­mowa za­li­czyła gwał­towny spa­dek, kiedy firmy jedna po dru­giej za­częły ciąć wy­datki na mar­ke­ting. Mu­sieli wtedy za­ci­snąć pasa. W prak­tyce ozna­czało to ode­sła­nie ro­bot­ni­ków do do­mów i od­da­nie tych po­ży­czo­nych pie­nię­dzy, któ­rych jesz­cze nie zdą­żyli wy­dać.

I oto zna­leźli się tu­taj. Nie wszystko się spie­przyło. Nie trzeba było dzwo­nić do Chri­stie's. Na ra­zie. Ma­lin wie­działa jed­nak, że Hen­rik nie śpi w nocy. Li­czył wpływ stóp pro­cen­to­wych na wy­so­kość kre­dytu, ana­li­zo­wał wy­ma­rzone i na­pa­wa­jące grozą sce­na­riu­sze, pró­bo­wał wy­czuć, gdzie prze­biega gra­nica. Z ko­lei Ma­lin sta­rała się nie my­śleć o pie­nią­dzach.

Da­wali radę spła­cać kre­dyt dzięki temu, że Hen­rik po­dej­mo­wał się róż­nych prac na kon­ty­nen­cie i za­gra­nicą. Zu­peł­nie ina­czej, niż to so­bie wy­obra­żali. Pro­wa­dzony przez Ma­lin blog ku­li­narny rów­nież sta­no­wił pewną pod­porę. Li­czyli na to, że uda im się uskła­dać tro­chę pie­nię­dzy i po­woli do­koń­czyć bu­dowę po­zo­sta­łych kwa­ter dla go­ści.

Dwa ty­siące ko­ron po matce Hen­rika na­prawdę zro­bi­łoby wielką róż­nicę, ale Ma­lin w za­sa­dzie prze­stała li­czyć na te pie­nią­dze. Nie było ich stać na prze­gra­nie pro­cesu. Gdyby do tego do­szło, z całą pew­no­ścią mu­sie­liby sprze­dać dom. A za­no­siło się na to, że sio­stry Hen­rika prę­dzej umrą, niż wy­pusz­czą z rąk choć część spadku.

Zdjęła ron­del z ku­chenki i na­lała wrzą­cej wody do dzbanka na her­batę.

- Pe­wien duń­ski fo­to­graf roz­waża, czy nie przy­je­chać tu na ty­dzień - oznaj­mił Hen­rik, wska­zu­jąc te­le­fon.

Ma­lin ski­nęła głową, choć nie miała od­wagi ro­bić so­bie wiel­kich na­dziei.

- Moda?

- Nie. Piwo.

- Może być i porno, by­leby wkrótce ru­szyć z tym biz­ne­sem.

- Okej...

- Żar­to­wa­łam.

Ma­lin na­lała her­batę, do­dała tro­chę mleka i ru­szyła z kub­kami do Hen­rika. Po­sta­wiła je na stole i wy­su­nęła krze­sło.

Na­gle wy­dała okrzyk, bo ból prze­szył jej stopę.

- Co się stało? - za­py­tał Hen­rik, wsta­jąc.

Nie­spo­koj­nie szu­kał wzro­kiem jej spoj­rze­nia.

Sto­jąc na jed­nej no­dze, skrę­cała się z bólu, a po­liczki miała mo­kre od łez.

- Ma­lin, co jest?

- Nie wiem - jęk­nęła. - Coś ze stopą...

Po­woli usia­dła na krze­śle, a Hen­rik okrą­żył stół.

- Prze­cież leci ci krew.

Spu­ściła wzrok. Do­piero wtedy zo­ba­czyła wiel­kie, ciem­no­czer­wone kro­ple na po­ma­lo­wa­nej na szaro so­sno­wej pod­ło­dze. Wy­cią­gnęła bo­lącą stopę przed sie­bie. Ból był ostry, pie­kielny. Tak in­ten­sywny, że aż się prze­stra­szyła.

Hen­rik uklęk­nął przed nią i spoj­rzał na stopę z bli­ska.

- Wy­gląda jak ka­wa­łek szkła - stwier­dził. - Tak, zga­dza się. Na środku.

Na myśl o szkla­nym odłamku wbi­tym głę­boko w stopę znowu za­częła ję­czeć.

- Jaki jest? Duży?

Hen­rik otwo­rzył usta.

- A w za­sa­dzie nie chcę wie­dzieć - po­wstrzy­mała go.

Spoj­rzał na ka­wa­łek szkła, po­tem pod­niósł wzrok na nią. Mię­dzy oczami miał głę­boką bruzdę.

- Mu­szę to wy­cią­gnąć.

Od­ru­chowo przy­cią­gnęła nogę do sie­bie.

- Ma­lin - po­wie­dział jak do dziecka, obej­mu­jąc jej nad­gar­stek lewą dło­nią.

- Tak, tak, wiem - wes­tchnęła. - Ale bądź ostrożny.

- Nie mo­żesz się ru­szać.

Od­wró­ciła wzrok i pró­bo­wała się roz­luź­nić, ale nie było to ła­twe. Gdy po­czuła, że kciuk i pa­lec wska­zu­jący Hen­rika są co­raz bli­żej jej pięty, jesz­cze moc­niej na­pięła mię­śnie. Naj­go­rzej było, kiedy chwy­cił odła­mek i po­ru­szył nim w ra­nie. Co prawda tylko na kilka mi­li­me­trów, ale czuła to tak, jakby wbił jej w nogę oszczep aż po samo bio­dro. Po­tem na­stą­pił krót­szy, lecz mniej­szy ból i było po wszyst­kim.

Sap­nęła kilka razy. Czuła się jed­no­cze­śnie uwol­niona i bez­bronna.

Hen­rik uniósł ka­wa­łek szkła. Miał mniej wię­cej pięć cen­ty­me­trów dłu­go­ści i był lekko za­krzy­wiony - wy­glą­dał jak frag­ment kie­liszka do wina.

- Przy­niosę pla­ster - po­in­for­mo­wał Hen­rik, od­kła­da­jąc za­krwa­wiony odła­mek na stół.

Szyb­kim kro­kiem po­szedł do ła­zienki i wró­cił z zie­lo­nym pla­sti­ko­wym pu­deł­kiem z przy­bo­rami pierw­szej po­mocy. Prze­mył piętę i zgod­nie z in­struk­cjami Ma­lin przy­le­pił w po­przek rany dwa ka­wałki pla­stra.

- Cał­kiem duża rana - stwier­dził. - Chyba ju­tro po­win­naś po­je­chać do przy­chodni - po­wie­dział, kiedy skoń­czył i po­zbie­rał śmieci.

- Ju­tro bę­dzie za późno. Je­śli trzeba szyć, na­leży to zro­bić dziś wie­czo­rem.

Hen­rik spoj­rzał na nią z wy­ra­zem twa­rzy, z któ­rego wy­czy­tała: "Je­śli chcesz, mogę pójść do Bengta i Ann-Ka­trin i po­pro­sić, żeby po­pil­no­wali dzieci, a ja za­wiozę cię do Visby".

- Nie wy­daje mi się, by chcieli szyć coś ta­kiego - od­parła.

Hen­rik nic nie po­wie­dział, ale było po nim wi­dać wy­raźną ulgę. Ma­lin ostroż­nie po­sta­wiła stopę na pod­ło­dze.

- Nie­na­wi­dzę tych cho­ler­nych go­ści. Przez kilka dni będę uty­kać.

Hen­rik już miał coś od­po­wie­dzieć, ale prze­rwały mu krzyki El­len z góry.

- Mamo. Mamo, chodź!

- Co się stało, El­len?

- Mamo, chodź, tu jest kupa.

Ma­lin i Hen­rik spoj­rzeli na sie­bie.

- Co ty mó­wisz?! - za­wo­łała Ma­lin. - Jaka kupa?

- Tu jest kupa. W za­baw­kach. Chodź.

Hen­rik od­rzu­cił śmieci, które trzy­mał w ręce, i ciężko stą­pa­jąc, ru­szył na górę. Ma­lin po­szła za nim, ma­jąc na uwa­dze, że odłam­ków może być wię­cej. Do­szła do wnio­sku, że mu­szą od­ku­rzyć w kuchni. Na gó­rze sły­szała ich po­mruki, a po­tem na­gły okrzyk Hen­rika:

- O cho­lera, ale ohydne! Co to jest?

9

Fre­drik i Sara za­trzy­mali się w F?rösund i zje­dli lunch w lo­kalu z so­lid­nymi so­sno­wymi me­blami, nie­bie­skimi szklan­kami w wi­try­nie i ma­łym okien­kiem, w któ­rym się za­ma­wiało je­dze­nie. Fre­drik czuł, że kiszki grają mu mar­sza. Było po trzy­na­stej. Wy­brał pie­czo­nego śle­dzia z pu­rée ziem­nia­cza­nym. Smaczne i do­brze przy­rzą­dzone, bez nad­miaru ma­sła w ziem­nia­kach, tak jak lu­bił.

- Co po­wiesz na te­mat złej przy­rod­niej sio­stry? - zwró­cił się do Sary.

Spoj­rzała na niego z roz­ba­wie­niem.

- Wy­kłute oczy: może i tak - od­parła zdu­szo­nym gło­sem. - Ale ro­bie­nie kupy do po­jem­nika z za­baw­kami: wąt­pliwe.

- Lu­dzie są zdolni do naj­dziw­niej­szych za­cho­wań.

Fre­drik zjadł ostatni ka­wa­łek śle­dzia i odło­żył sztućce.

- Oj­ciec i mąż dają jej alibi - za­uwa­żyła Sara.

- Tak, ale wy­krzy­czała to alibi na całą wy­spę, więc nie był­bym go za bar­dzo pewny.

Sara zło­żyła ser­wetkę.

- Skoń­czy­łeś? - za­py­tała.

- Skoń­czy­łem.

Po­dzię­ko­wali ko­bie­cie w okienku i wy­szli na ostre słońce.

- Może Almę Vo­gler kręcą po­jem­niki z za­baw­kami - po­wie­dział.

Sara zmru­żyła oczy w słońcu.

- Mo­żemy wró­cić do ko­mi­sa­riatu, za­nim roz­pocz­niemy prze­słu­cha­nie Almy? Chcia­ła­bym spraw­dzić kilka kwe­stii.

Fre­drik nie miał nic prze­ciwko temu. Uznał, że być może warto tro­chę po­szpe­rać, za­nim po­święcą wię­cej czasu kło­po­tli­wej przy­rod­niej sio­strze.

Po po­wro­cie do ga­bi­netu Fre­drik wy­cią­gnął umowę najmu, którą do­stali od Hen­rika Kjel­lan­dera. Jako ostat­nia w domu go­ściła In­ger Kvarn­bäck z Göte­borga. Fre­drik na szybko prze­szu­kał kilka baz da­nych. Usta­lił, że In­ger ma sześć­dzie­siąt sie­dem lat i jest żoną Tho­masa Kvarn­bäcka, uro­dzo­nego w tym sa­mym roku co ona. Byli za­mel­do­wani na Prins­ga­tan 8.

Spró­bo­wał za­dzwo­nić pod ich nu­mer do­mowy, ale nikt nie od­bie­rał. Nie włą­czyła się na­wet au­to­ma­tyczna se­kre­tarka. Miał też dwa nu­mery ko­mór­kowe - je­den do In­ger, a drugi do Tho­masa. Spraw­dził oba. Ko­mórka Tho­masa wy­da­wała się wy­łą­czona, a kiedy za­dzwo­nił do In­ger, na­tych­miast ode­zwała się poczta gło­sowa.

Po­sta­no­wił, że spraw­dzi dwóch po­zo­sta­łych go­ści. Na­wet je­śli wy­da­wało się to nie­praw­do­po­dobne, nie można było cał­ko­wi­cie wy­klu­czyć, że to któ­ryś z nich prze­my­cił zdję­cie do szafki z po­ścielą i na­ro­bił do po­jem­nika z za­baw­kami, a ostatni go­ście byli tylko wy­jąt­kowo bez­względ­nymi ba­ła­ga­nia­rzami.

Pierw­szy był Jör­gen Mal­mqvist ze sztok­holm­skiej Brommy. Miał trzy­dzie­ści sie­dem lat, był żo­naty z Evą Ma­rią Mal­mqvist. Mieli dwójkę dzieci - w wieku sied­miu i dzie­wię­ciu lat.

Jako druga w domu za­miesz­kała dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia Emma Dahl­berg. Ad­res za­mel­do­wa­nia wska­zy­wał sztok­holm­ską dziel­nicę Va­sa­stan. Nie była mę­żatką ani z ni­kim nie miesz­kała. Do­chody su­ge­ro­wały, że stu­diuje. Było ra­czej mało praw­do­po­dobne, by wy­na­jęła dom na dwa ty­go­dnie, żeby miesz­kać tam w po­je­dynkę. To ona mu­siała być jedną z tej piątki czy szóstki trzy­dzie­sto­lat­ków za­uwa­żo­nej przez są­siadkę. Ozna­czało to za­tem, że są jesz­cze trzy, cztery osoby, o któ­rych trudno bę­dzie się cze­goś do­wie­dzieć bez za­py­ta­nia o to przez te­le­fon Emmy Dahl­berg.

Fre­drik pod­niósł słu­chawkę i za­dzwo­nił do biura po­śred­nic­twa, które zor­ga­ni­zo­wało wy­na­jem domu.

- Maj-Lis Eriks­son, Go­tlandz­kie Po­dróże - za­szcze­bio­tał ra­do­sny głos.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Fre­drik Bro­man, dzwo­nię z po­li­cji w Visby...

- Aha, ojej. Mam na­dzieję, że to nie ja wy­krę­ci­łam ja­kiś nu­mer.

- Nie - od­parł Fre­drik i wy­ja­śnił, z ja­kiego po­wodu dzwoni.

Maj-Lis ener­gicz­nie za­pew­niła, że zrobi, co tylko bę­dzie mo­gła, by po­móc.

- Za­sta­na­wiam się, czy w sys­te­mie ma­cie wię­cej in­for­ma­cji o klien­tach niż te, które wi­dać na umo­wach.

- Chciałby się pan do­wie­dzieć, czy ktoś już wcze­śniej coś przez nas wy­naj­mo­wał?

- To też, ale za­sta­na­wia­łem się, czy tych lu­dzi może być wię­cej. Czy je­śli nie­ru­cho­mość wy­naj­muje kilka osób, wpro­wa­dza­cie do sys­temu wszyst­kie na­zwi­ska?

- Nie - od­parła Maj-Lis. - Nie ma u nas ta­kiej prak­tyki. Cza­sami, je­śli w jed­nym domu mają być dwie ro­dziny, obie chcą fi­gu­ro­wać na umo­wie. Żeby się po­dzie­lić od­po­wie­dzial­no­ścią. Je­śli chcą, nie ma pro­blemu, ale to nie zda­rza się czę­sto. Prze­waż­nie lu­dzie do­ko­nują re­zer­wa­cji przez in­ter­net, a tam w umo­wie nie może być więk­szej liczby osób.

- A wy mo­że­cie póź­niej zo­ba­czyć, które re­zer­wa­cje były zro­bione przez in­ter­net, a które przy­ję­li­ście te­le­fo­nicz­nie?

- Oczy­wi­ście.

Fre­drik z po­mocą Maj-Lis spraw­dził troje wy­naj­mu­ją­cych. Mal­mqvi­sto­wie - ro­dzina z dziećmi - już wcze­śniej ko­rzy­stali z usług firmy. Dwa razy wy­na­jęli dom w Hel­lvi, a w tym roku zde­cy­do­wali się na dom Ma­lin i Hen­rika na F?rö. Emma Dahl­berg po raz pierw­szy ko­rzy­stała z usług tej firmy. Maj-Lis zo­ba­czyła w sys­te­mie, że szu­kała domu na co naj­mniej cztery osoby. Dla Kvarn­bäc­ków to rów­nież był pierw­szy raz. Z da­nych nie wy­ni­kało, dla ilu osób za­mie­rzali wy­na­jąć, a je­dy­nie, że szu­kali za­kwa­te­ro­wa­nia na F?rö i w pół­noc­nej Go­tlan­dii, co sys­tem firmy uzna­wał za ten sam ob­szar.

- W jaki spo­sób otrzy­muje się klu­cze do domu? Trzeba je ode­brać od was?

- O ile go­ście nie umó­wią się ina­czej z go­spo­da­rzem, przy­cho­dzą po klu­cze tu­taj, do biura, zga­dza się - od­parła Maj-Lis.

- Można spraw­dzić, jak to było w przy­padku tego domu?

- Zo­baczmy... Wszy­scy ode­brali klu­cze tu­taj.

- Może pani też spraw­dzić, kto je wy­da­wał?

- Chwi­leczkę, mu­szę wejść w...

Maj-Lis urwała, a Fre­drik sły­szał przy­po­mi­na­jący szept stu­kot pal­ców w kla­wi­sze.

- No pro­szę. Pierw­szym go­ściom, Mal­mqvi­stom, to ja wy­da­wa­łam klu­cze. Za dru­gim i trze­cim ra­zem ob­słu­gi­wała Elin. Już tu nie pra­cuje. Była za­trud­niona do po­mocy na lato.

- Pa­mięta pani coś z wi­zyty Mal­mqvi­stów? - spy­tał Fre­drik.

Ła­two mógł so­bie wy­obra­zić sze­roki uśmiech Maj-Lis.

- Nie - od­parła roz­ba­wiona. - W lipcu jest tu naj­więk­szy ruch. W so­boty prze­waż­nie na­stę­puje wy­miana i wtedy pa­nuje lekki chaos. Ko­lejka cią­gnie się aż za drzwi. Czło­wiek le­dwo ma czas spoj­rzeć ko­mu­kol­wiek w oczy.

- Ro­zu­miem - od­parł Fre­drik i mimo wszystko po­pro­sił o nu­mer te­le­fonu do Elin.

- Nie pa­mięta pani nic wię­cej w związku z tymi kon­kret­nymi go­śćmi?

- Nie, mu­szę przy­znać, że nic nie przy­cho­dzi mi do głowy - od­parła Maj-Lis po chwili za­sta­no­wie­nia.

- Ci ostatni, Kvarn­bäc­ko­wie, na pewno od­dali klu­cze nie póź­niej niż w so­botę. Nie wy­da­rzyło się wtedy nic szcze­gól­nego?

- Nie ma żad­nej ad­no­ta­cji.

Fre­drik po­dzię­ko­wał za po­moc i za­koń­czył po­łą­cze­nie. Po­tem za­dzwo­nił do Jör­gena Mal­mqvi­sta i Emmy Dahl­berg. Spy­tał o na­zwi­ska wszyst­kich, któ­rzy miesz­kali w tym domu albo ich od­wie­dzili w okre­sie wy­najmu. Chciał wie­dzieć, czy wy­da­rzyło się coś nie­ty­po­wego. Czy przy­pad­kiem nie opu­ścili domu kilka dni wcze­śniej, niż pla­no­wali, tak że przez pe­wien czas stał pu­sty.

Za­równo Jör­gen Mal­mqvist, jak i Emma Dahl­berg wy­ko­rzy­stali wszyst­kie za­re­zer­wo­wane dni, a kiedy mó­wili, że nic szcze­gól­nego się nie wy­da­rzyło, spra­wiali wra­że­nie szcze­rych. Em­mie to­wa­rzy­szyły trzy osoby. Dwóch męż­czyzn i ko­bieta. Przez trzy noce była z nimi jesz­cze piąta osoba, ko­bieta. Fre­drik za­pi­sał na­zwi­ska wszyst­kich.

W końcu znów spró­bo­wał się do­dzwo­nić do Kvarn­bäc­ków, pró­bu­jąc z wszyst­kimi trzema nu­me­rami, lecz bez po­wo­dze­nia. Dla­czego nie od­bie­rali?

10

Po­li­cja na Go­tlan­dii dzie­liła bu­dy­nek z pro­ku­ra­turą, a wy­dział kry­mi­nalny był od niej od­dzie­lony tylko ścianą, dla­tego pro­ściej było pójść do pro­ku­ra­tora, niż do niego dzwo­nić. Zwłasz­cza je­śli te­le­fon pro­ku­ra­tora, z któ­rym chciało się na­wią­zać kon­takt, cią­gle był za­jęty.

Do uszu sto­ją­cej w ko­ry­ta­rzu Sary do­biegł me­lo­dyjny, wy­soki głos Pe­tera Klinta. Drzwi jego ga­bi­netu były uchy­lone, więc ostroż­nie wsu­nęła głowę do środka. Kiw­nął do niej, żeby we­szła i usia­dła. Roz­mowa te­le­fo­niczna trwała da­lej i wy­da­wało się, że cho­dzi o ja­kieś sprawy pry­watne. Klint się śmiał, a po chwili za­czął z en­tu­zja­zmem snuć wa­ka­cyjne wspo­mnie­nia.

Za­częła się za­sta­na­wiać, czy bę­dzie mu­siała długo cze­kać. Klint po­słał jej prze­pra­sza­jący uśmiech i wy­ko­nał gest w kie­runku te­le­fonu, choć prze­cież to głów­nie on glę­dził.

Ten pięć­dzie­się­ciocz­te­ro­letni męż­czy­zna był swo­bod­nie ubrany w pa­sia­stą ko­szulę z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami i wy­glą­dał, jakby nie­dawno wy­brał się do fry­zjera z oka­zji za­koń­cze­nia lata. Miał znów zo­stać oj­cem. Po­twier­dził tę plotkę przed ty­go­dniem. Dwa lata wcze­śniej się roz­wiódł i po­znał ko­bietę młod­szą od sie­bie o szes­na­ście lat. Nie­ko­niecz­nie w ta­kiej ko­lej­no­ści.

Sara była cie­kawa, czy wie­dział, w co się pa­kuje. Dla niej wy­star­cza­jąco wy­ma­ga­jący był zwią­zek na od­le­głość, bo jej chło­pak prze­by­wał w Kär­r­torp. Nie mieli dzieci. Ale pew­nie taką cenę na­leży za­pła­cić, gdy się pra­gnie zmian. Szes­na­ście lat młod­sza. Czyli w jej wieku.

Sara wes­tchnęła. Nie z prze­sadną osten­ta­cją, ale wy­star­cza­jąco gło­śno, by zo­stało to za­uwa­żone.

- Słu­chaj, mam tu spo­tka­nie - po­wie­dział Klint do te­le­fonu. - Ja­sne, tak zróbmy. Cześć.

Za­koń­czył po­łą­cze­nie.

- No do­bra - po­wie­dział. - Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- Jak się orien­tu­jesz w pra­wie spad­ko­wym?

- Ee, tak so­bie, a o co cho­dzi?

Sara zwięźle zre­fe­ro­wała to, co Hen­rik Kjel­lan­der opo­wie­dział jej o swo­ich przy­rod­nich sio­strach, li­ście od babci i o tym, co się działo po śmierci matki.

Pe­ter Klint przez chwilę po pro­stu sie­dział i ki­wał głową.

- Mu­szę jesz­cze się upew­nić, ale nie są­dzę, by w tej sy­tu­acji list od babci miał więk­sze zna­cze­nie. Sprawa wy­glą­da­łaby ina­czej, gdyby to był tra­dy­cyjny te­sta­ment, ale bez ta­kiego do­ku­mentu dzie­dzi­czy matka.

- Roz­ma­wia­łam z Głów­nym Urzę­dem Geo­de­zji - za­częła Sara.

- I co?

Pe­ter Klint splótł dło­nie i roz­parł się wy­god­nie na krze­śle.

- Cztery lata temu Ernst Vo­gler prze­ka­zał więk­szość po­sia­dło­ści Eli­sa­bet, ale nic nie dał dru­giej córce, Al­mie. Alma z ko­lei ku­piła mały do­mek na F?rö, na zwy­kłej działce bu­dow­la­nej w oko­licy wil­lo­wej. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, gdy go­spo­dar­stwo zo­stało prze­pi­sane na Eli­sa­bet.

- Brzmi to tak, jakby pie­nią­dze babci zo­stały wy­ko­rzy­stane na zre­kom­pen­so­wa­nie córce tego, że nie do­stała udzia­łów w go­spo­dar­stwie - stwier­dził Klint.

- Też bym tak ob­sta­wiała.

- Można so­bie my­śleć co­kol­wiek, ale matka ma prawo zro­bić ze spad­kiem po babci, co ze­chce, tak po pro­stu jest.

Klint sym­bo­licz­nie roz­ło­żył ręce, po­ka­zu­jąc od­la­tu­jące pie­nią­dze.

- Po­wie­dział­bym, że list to za mało. Ktoś może mieć naj­róż­niej­sze prze­my­śle­nia i in­ten­cje zwią­zane z tym, co po so­bie zo­sta­wia, ale za­wsze można twier­dzić, że po­mię­dzy ich wy­po­wie­dze­niem a śmier­cią zmie­nił zda­nie.

- Czyli Hen­rik Kjel­lan­der wiele nie zdziała?

- Pew­nie nie. Co nie zna­czy, że mimo wszystko nie może ich po­zwać. Je­śli bę­dzie miał szczę­ście, prze­stra­szą się i za­pro­po­nują ugodę.

Eli­sa­bet Vo­gler nie wy­glą­dała na ko­goś, kto roz­waża ugodę, po­my­ślała Sara. Wręcz prze­ciw­nie.

Uni­wer­sy­tet na Go­tlan­dii mie­ścił się w pięk­nym sta­rym bu­dynku fa­brycz­nym, po­łą­czo­nym z nowo wy­bu­do­waną czę­ścią, któ­rej szklana fa­sada wy­cho­dziła na Cra­mer­ga­tan. Na sa­mym szczy­cie sta­rej czę­ści w dal­szym ciągu można było prze­czy­tać na­pis na szyl­dzie "Go­tlandzka Fa­bryka Słodu AB". Pew­nie było to źró­dłem wielu stu­denc­kich ka­wa­łów z brodą.

Od Hamn­plan nad­cią­gnęła mor­ska bryza i kiedy Fre­drik i Sara wy­sie­dli z sa­mo­chodu, syp­nęła w nich pia­skiem. Mru­żąc oczy, od­wró­cili wzrok w stronę parku Al­me­da­len i bi­blio­teki, gdzie ob­ro­towe drzwi wy­pu­ściły grupkę stu­den­tów, któ­rzy zro­bili swoje na ten dzień. Przez chwilę stali na chod­niku i roz­ma­wiali, sze­roko ge­sty­ku­lu­jąc, a po­tem się ro­ze­szli. Może ukła­dali plany na wie­czór.

Fre­drik i Sara mi­nęli przy­po­mi­na­jące klatkę me­ta­lowo-szklane wej­ście na uczel­nię i w por­tierni spy­tali o Almę Vo­gler.

Oka­zało się, że pra­cuje w dziale wspar­cia in­for­ma­tycz­nego na pierw­szym pię­trze bu­dynku fa­bryki. Miała ja­sne włosy jak Eli­sa­bet, ale w prze­ci­wień­stwie do sio­stry bar­dzo przy­po­mi­nała Hen­rika. Zwłasz­cza w za­cie­ka­wio­nych, przy­ja­znych ry­sach i przy­jem­nym, nie­mal dzie­cin­nym kształ­cie twa­rzy. We­dług da­nych w re­je­strze lud­no­ści miała trzy­dzie­ści lat, a za­tem była o dwa lata młod­sza od sio­stry.

- Mo­żemy usiąść w gór­nej czę­ści re­stau­ra­cji - za­pro­po­no­wała. - O tej po­rze nie ma tam tłu­mów.

Ze­szli pię­tro ni­żej do re­stau­ra­cji, a za­raz po­tem udali się pię­tro wy­żej na bal­kon, za­wie­szony po­środku szkla­nej ściany od strony Cra­mér­ga­tan.

Alma miała ra­cję. Przy sto­li­kach na dole sie­działo sporo stu­den­tów, ale bal­kon był pu­sty.

- Przede wszyst­kim chcie­li­by­śmy się do­wie­dzieć, gdzie pani była w ze­szłą so­botę - oznaj­miła Sara, gdy tylko usie­dli.

- Sły­sza­łam, że byli pań­stwo u mo­jej sio­stry, ale nie bar­dzo ro­zu­miem, skąd to py­ta­nie.

Jakże by ina­czej. Gdy tylko po­je­chali, Eli­sa­bet rzu­ciła się do te­le­fonu. Fre­drik i Sara pa­trzyli na Almę, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

- Prze­pra­szam, mam od­po­wia­dać. Tuż przed lun­chem by­łam na za­ku­pach, ale poza tym cały dzień spę­dzi­łam w domu. Mogą pań­stwo spy­tać mo­jego męża.

- Ro­biła pani za­kupy na F?rö? - za­py­tała Sara.

- Tak. W Ny­ströms.

- Sama czy z kimś?

- Po­je­cha­łam sama, bo tak jest prze­waż­nie naj­szyb­ciej. Nisse i Marta zo­stali w domu z Kri­ste­rem.

- Kri­ster to pani mąż?

- Tak jest.

- Czy może pani osza­co­wać, jak długo pani nie było?

- Ojej, aż tak? Brzmi, jak­bym co naj­mniej ko­goś za­mor­do­wała - od­parła z uśmie­chem Alma.

- Tak po­waż­nie nie jest - po­wie­działa Sara. - Chcemy tylko zwe­ry­fi­ko­wać kilka in­for­ma­cji.

- Ro­zu­miem. Wszystko ra­zem za­jęło chyba z go­dzinę. Pro­szę spy­tać w Ny­ströms. Na pewno pa­mię­tają, że tam by­łam.

- Spraw­dzimy - od­parła Sara i za­pi­sała naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje.

Alma sta­no­wiła prze­ci­wień­stwo sio­stry. Była ra­do­sna i otwarta. A przy­naj­mniej wy­da­wało się, że nie ma nic do ukry­cia.

- Czy miesz­kała pani na F?rö przez całe ży­cie? - za­py­tała Sara.

- Tak, je­śli po­mi­nąć dwa lata, kiedy to stu­dio­wa­łam na kon­ty­nen­cie.

- Tu, na wy­spie, ra­czej nie ma wielu prac dla ko­goś z pani wy­kształ­ce­niem.

- Jedna wy­star­czy. - Alma znów się uśmiech­nęła.

- No tak, oczy­wi­ście.

- Ro­zu­miem, co pani ma na my­śli - do­dała Alma. - Nie­ła­two zna­leźć tu ja­kieś wy­zwa­nia. Praca na uczelni jest tro­chę po­ni­żej mo­ich kwa­li­fi­ka­cji, ale uwa­żam, że mimo wszystko warto to ro­bić.

- Dla sa­mego miesz­ka­nia na F?rö?

- Tak. Nie mó­wię, że kie­dyś nie prze­pro­wa­dzę się na kon­ty­nent, ale obec­nie je­stem za­do­wo­lona tak z pracy, jak i z domu, który tu­taj mam. Zo­ba­czymy.

- Sio­stra po­siada spory ka­wa­łek te­renu, a pani nie - oznaj­mił Fre­drik. - Wy­ku­piła go od pani?

Alma lekko się skrzy­wiła, po­słała Sa­rze prze­lotny uśmiech, a po­tem wyj­rzała przez okno. W dole dwóch mło­dych lu­dzi od­cze­piało ro­wery od sto­jaka. Je­den z nich miał na gło­wie ka­pe­lusz, przez który wy­glą­dał jak ucie­ki­nier z in­nej epoki.

Od­wró­ciła się z po­wro­tem do Fre­drika i Sary, a w jej oczach wi­dać było zdy­stan­so­wa­nie.

- Nie mam ochoty o tym roz­ma­wiać - po­in­for­mo­wała, ba­wiąc się gu­zi­kiem ko­szuli.

- Aha - za­częła ostroż­nie Sara. - Czy za tym się kryje ja­kiś kon­flikt?

Alma po­słała jej zmę­czony uśmiech.

- Dla­tego nie chcę o tym mó­wić.

Sara ski­nęła głową na znak, że ro­zu­mie.

- Co pani są­dziła o prze­pro­wadzce brata na F?rö?

Alma ścią­gnęła brwi i lekko zmarsz­czyła nos. Spra­wiała wra­że­nie, jakby po­trak­to­wała py­ta­nie po­waż­nie, i w prze­ci­wień­stwie do Eli­sa­bet nie miała go­to­wej od­po­wie­dzi.

- Chyba przede wszyst­kim się zdzi­wi­łam - od­parła.

- Dla­czego?

- Nie są­dzi­łam...

Nie do­koń­czyła. Przez chwilę się za­sta­na­wiała.

- Na jego miej­scu chyba ni­gdy wię­cej bym się tu nie po­ka­zała. Na­prawdę. Zwłasz­cza po śmierci babci. Pew­nie chcia­ła­bym po pro­stu za­osz­czę­dzić so­bie tego wszyst­kiego. Nie wiem, skąd on ma siłę w tym się ba­brać.

- Cho­dzi pani o po­zew? - za­py­tała Sara.

Alma wes­tchnęła i za­pre­zen­to­wała ko­lejny zmę­czony uśmiech, ale nie od­po­wie­działa.

- Czy to rów­nież jest sprawa, o któ­rej nie chce pani roz­ma­wiać?

- Wo­la­ła­bym nie.

- Cztery lata temu ku­piła pani dom na F?rö - ode­zwał się Fre­drik. - W jaki spo­sób sfi­nan­so­wała pani ten za­kup?

Alma od­wró­ciła się do Fre­drika, ale mil­czała.

- Do­brze - po­wie­działa w końcu Sara. - Nie mo­żemy ode­brać pani prawa do mil­cze­nia.

Tym ra­zem wes­tchnęła Alma. Głę­boko i ciężko.

- To tata wpadł na po­mysł, by prze­pi­sać nie­ru­cho­mość na Eli­sa­bet. Chciał, by go­spo­dar­stwo zo­stało w ro­dzi­nie, i roz­wią­zał to w taki, a nie inny spo­sób. Spa­dek trak­to­wał jak za­gro­że­nie. Bał się, że wszystko sprze­damy albo zo­sta­niemy do tego zmu­szeni, bo ni­kogo nie bę­dzie stać, by wy­ku­pić po­zo­sta­łych.

- Ale pani nie do­stała żad­nej re­kom­pen­saty? - za­py­tał Fre­drik.

- Otrzy­ma­li­śmy kwotę, która po­mo­gła w za­ku­pie domu - od­parła obo­jęt­nie.

- Ale nie od­po­wia­dała war­to­ści ziemi?

Alma się prze­cią­gnęła.

- Nie wiem. Ko­cham F?rö, ale nie in­te­re­suje mnie pro­wa­dze­nie go­spo­dar­stwa rol­nego.

- Ja­kie są pani re­la­cje z oj­cem i Eli­sa­bet?

- Do­bre, ale od śmierci mamy nie wi­du­jemy się tak czę­sto jak daw­niej.

- A Hen­rik? Ma pani z nim kon­takt?

- Nie.

- Żad­nego?

- Nie, spo­tka­łam się z nim tylko raz. Na po­grze­bie mamy.

- Nie była pani cie­kawa? W końcu to przy­rodni brat.

- W domu ni­gdy się o nim nie mó­wiło. By­łam już cał­kiem duża, kiedy się do­wie­dzia­łam o jego ist­nie­niu. A dla­czego tak z nim po­stą­pili? To może... - Urwała, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. - Pro­szę za­py­tać o to mo­jego taty. Mnie na­wet nie było wtedy na świe­cie. Po­sta­no­wi­łam tego nie ru­szać.

Alma wy­ko­nała obu­rącz gest, jakby coś od sie­bie od­py­chała.

- Ja chcę tylko żyć po swo­jemu. Chyba mam prawo?

Fre­drik spoj­rzał na Almę i zo­ba­czył młodą ko­bietę, która pod­jęła de­cy­zję. Bar­dzo świa­do­mie i pew­nie rów­nież mą­drze. Do­strzegł też jed­nak pe­wien opór.

- Pro­szę bar­dzo - po­wie­dział i wska­zał ręką schody.

Alma wa­hała się kilka se­kund, jakby to wszystko nie było ta­kie pro­ste, a po­tem wstała i ode­szła, rzu­ciw­szy szyb­kie "do wi­dze­nia", w któ­rym wręcz po­brzmie­wało za­kło­po­ta­nie.

- Moż­liwe, że jesz­cze się do pani ode­zwiemy - rzu­cił za nią Fre­drik.

Spoj­rzała na niego, ale po chwili znów za­częła scho­dzić po scho­dach, nie udzie­liw­szy mu żad­nej od­po­wie­dzi.

11

Ma­lin urzą­dziła so­bie szybki wy­pad do Ny­ströms. Bra­ko­wało jej czosnku. A poza tym mu­siała ku­pić mleko.

Mały skle­pik z żół­tymi drew­nia­nymi pa­ne­lami był jak koło ra­tun­kowe. Gdyby nie on, nie mo­głaby miesz­kać na F?rö. Co prawda asor­ty­ment był ogra­ni­czony, i tak mu­siała jeź­dzić do Visby co naj­mniej raz w ty­go­dniu, by mieć wszystko, co było jej po­trzebne, ale gdyby mu­siała pły­nąć pro­mem na­wet po tak pro­ste pro­dukty, jak mleko, mąka, owoce i wa­rzywa, czu­łaby się tu klau­stro­fo­bicz­nie. Nie da­łaby rady. Poza tym w Ny­ströms można było wy­sy­łać li­sty i za­ma­wiać pro­dukty ze sklepu mo­no­po­lo­wego i ap­teki. To rów­nież nieco uła­twiało ży­cie na wy­spie.

Aku­rat stała w głębi sklepu, prze­szu­ku­jąc ką­cik z pro­duk­tami eko­lo­gicz­nymi, gdy to usły­szała.

Jedź do domu.

Szept za ple­cami. Dreszcz prze­szedł jej po ciele. Stała nie­ru­chomo z opa­ko­wa­niem mie­lo­nych na­sion lnu w ręce. Czy się nie prze­sły­szała? "Jedź do domu"?

Od­zy­skała zdol­ność dzia­ła­nia, odło­żyła opa­ko­wa­nie na półkę i okrą­żyła re­gał, który miała za sobą. Aku­rat na czas, by zo­ba­czyć za­su­wa­jące się z sy­kiem drzwi.

Upu­ściła ko­szyk za­ku­powy na po­sadzkę i po­bie­gła do wyj­ścia. Po­trą­ciła re­gał z kie­szon­ko­wymi wy­da­niami ksią­żek, który nie­po­ko­jąco się za­chwiał, a po­tem mu­siała się prze­ci­snąć obok ubra­nego na spor­towo tu­ry­sty grze­bią­cego wśród trzy­ma­nych w dłoni za­gra­nicz­nych mo­net.

Drzwi nie chciały się otwo­rzyć. Była za szybka. Mu­siała się cof­nąć o metr i znów wolno ru­szyć przed sie­bie. Tym ra­zem drzwi się roz­su­nęły i wy­szła na dwór.

Sta­nęła przed wej­ściem. Nie wi­działa ży­wej du­szy. Sto me­trów jed­nak da­lej, na szo­sie pro­wa­dzą­cej na po­łu­dnie, za­uwa­żyła od­jeż­dża­jący sa­mo­chód. Usły­szała, że kie­rowca wrzu­cił wyż­szy bieg. Sa­mo­chód był zbyt da­leko, by mo­gła od­czy­tać nu­mery re­je­stra­cyjne lub roz­po­znać markę. Mimo to gwał­tow­nym ru­chem wy­cią­gnęła z kie­szeni te­le­fon i zro­biła zdję­cie. Zdo­łała uchwy­cić tylko nie­wy­raźną plamę.

Wciąż stała na be­to­no­wym wy­stę­pie przed drzwiami. Znów się ro­zej­rzała, tym ra­zem uważ­niej. Ni­kogo nie było wi­dać. Czy na­prawdę ktoś mógł zdą­żyć wy­biec, uru­cho­mić sa­mo­chód i od­je­chać tak da­leko, a to wszystko w cza­sie, któ­rego ona po­trze­bo­wała na opusz­cze­nie sklepu? Im dłu­żej o tym my­ślała, tym bar­dziej była prze­ko­nana, że kie­rowca sa­mo­chodu nie mógł być tą osobą, która szep­nęła do niej w skle­pie. Kto­kol­wiek to był, uciekł gdzie in­dziej. Ma­lin miała wra­że­nie, że głos brzmiał jak ko­biecy, ale cał­kiem pewna nie była.

Czy ten, kto wy­biegł, mógł stać scho­wany za ro­giem albo ku­lić się w któ­rymś z sa­mo­cho­dów na par­kingu i tylko cze­kać, aż Ma­lin od­je­dzie?

"Jedź do domu".

Czy w ogóle sły­szała szept? A może był to tylko ja­kiś dźwięk?

Ma­lin wró­ciła do sklepu i za­py­tała o swój ko­szyk. Ka­sjerka Be­rit spoj­rzała na nią py­ta­jąco.

- Ale wy­rwa­łaś.

Mo­gła prze­cież spy­tać Be­rit, kto chwilę wcze­śniej wy­cho­dził ze sklepu. Ale czy nie by­łoby to dziwne?

- Prze­pra­szam - od­po­wie­działa. - Wy­da­wało mi się, że wi­dzia­łam ko­goś, kogo znam, ale chyba się po­my­li­łam.

Od­nio­sła wra­że­nie, że Be­rit chce coś po­wie­dzieć, ale w ostat­niej chwili jakby za­ci­snęła usta. Ale może to też jej się przy­wi­działo?

12

O sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści Fre­drik wje­chał na za­ro­śnięty trawą dzie­dzi­niec przed ka­mien­nym do­mem ro­dzin­nym. Po kilku la­tach re­no­wa­cji i roz­ma­itych za­bie­gów dom był w cał­kiem nie­złym sta­nie, choć ta ro­bota ni­gdy się nie koń­czyła. Fre­drik wie­lo­krot­nie prze­kli­nał po­mysł kupna sta­rego go­tlandz­kiego go­spo­dar­stwa wy­ma­ga­ją­cego re­no­wa­cji. Jed­no­cze­śnie rów­nie czę­sto czuł ulgę, że dom nie ma wię­cej niż sto pięć­dzie­siąt lat.

Na samą myśl o zna­jo­mych, któ­rzy mę­czyli się z łup­ko­wymi da­chami na prak­tycz­nie śre­dnio­wiecz­nych do­mach, ob­le­wał go zimny pot. Gdy tylko coś wy­ma­gało na­prawy, mu­sieli zwo­ły­wać całą wspól­notę wiej­ską i co naj­mniej jed­nego przed­sta­wi­ciela star­szy­zny. Po­tem przez całe wieki byli winni tym lu­dziom przy­sługi.

Fre­drik wy­siadł z sa­mo­chodu z fo­liową torbą, w któ­rej był szczu­pak. Ni z tego, ni z owego wpadł na po­mysł, by zro­bić na ko­la­cję rybne qu­enelle. Po dro­dze do domu wstą­pił do sklepu ryb­nego w Hemse i za­py­tał, czy mają szczu­paka.

Sprze­dawca otwo­rzył drzwi do za­ple­cza sklepu, wy­cią­gnął szczu­paka z du­żego pla­sti­ko­wego po­jem­nika przy­po­mi­na­ją­cego kon­te­ner na śmieci, prak­tycz­nie rzu­cił rybę na po­sadzkę i za­bił ją drew­nia­nym ki­jem.

Cze­ka­jący za ladą Fre­drik za­drżał. Wie­dział prze­cież, że zwie­rzęta, które zjada, mu­siały w pew­nym mo­men­cie zo­stać za­bite, i nie miał pro­blemu ani z ło­wie­niem ryb, ani z za­bi­ja­niem i wy­cią­ga­niem tego, co zło­wił. Wcho­dząc jed­nak do sklepu, nie spo­dzie­wał się, że zo­sta­nie świad­kiem eg­ze­ku­cji.

W każ­dym ra­zie zna­lazł się w domu z wy­jąt­kowo świe­żym szczu­pa­kiem i miał na­dzieję, że uda mu się przy­go­to­wać z niego qu­enelle, za­nim zrobi się zbyt późno, a Ninni i Si­mon za bar­dzo zgłod­nieją.

Szczu­pak w tor­bie nie wzbu­dził en­tu­zja­zmu u Si­mona. Wy­ja­śnie­nie Fre­drika, że qu­enelle są jak klop­siki, tylko znacz­nie smacz­niej­sze, nie­spe­cjal­nie po­pra­wiło sy­tu­ację. Był jed­nak pewny sie­bie. Kiedy qu­enelle za­czną się roz­pły­wać w ustach z mu­śli­no­wym so­sem szo­do­no­wym, na­wet Si­mon nie bę­dzie miał po­wodu do na­rze­kań.

Je­dze­nie było ważną czę­ścią re­ha­bi­li­ta­cji Fre­drika po wy­padku. Nie chciał za­glą­dać do swo­ich sta­rych ksią­żek ku­char­skich. Prze­ko­nany, że umie­jęt­no­ści na pewno da się wy­do­być z opor­nych zwo­jów mó­zgo­wych, przy­stą­pił do ak­cji w kuchni, kie­ru­jąc się je­dy­nie wy­czu­ciem. Po kilku ka­ta­stro­fach na po­czątku za­czął mieć wra­że­nie, że zmy­sły wska­zują mu wła­ściwą drogę. Smaki i za­pa­chy, ko­lory pro­duk­tów, sama fak­tura awo­kado pod pal­cami czy dźwięk pa­pryki upusz­cza­nej na de­skę do kro­je­nia. Oczy łza­wiące od drobno sie­ka­nej ce­buli.

Cza­sami się za­sta­na­wiał, czy upa­dek i uraz mo­gły wpły­nąć na jego po­czu­cie smaku. Czy go nie wy­czu­liły. Albo po pro­stu nie zmie­niły. To była cie­kawa i tro­chę dziwna myśl. Że coś, co we­dług więk­szo­ści lu­dzi sma­kuje w okre­ślony spo­sób, dla jego pod­nie­bie­nia ma zu­peł­nie inny, a przy­naj­mniej bo­gat­szy smak.

Szybko wy­fi­le­to­wał rybę i zło­żył ma­szynkę do mie­le­nia mięsa. W tym wła­śnie tkwił cały se­kret. Zwy­kły ro­bot ku­chenny bez­względ­nie prze­ro­biłby rybę na cią­gliwą, nie­ape­tyczną papkę.

Kiedy chwilę póź­niej ubi­jał sos w ką­pieli wod­nej, na jego ko­mórkę za­dzwo­nił Jo­akim. Fre­drik po­sta­no­wił, że od­bie­rze, a z so­sem ja­koś so­bie po­ra­dzi drugą ręką.

- Cześć, co sły­chać? - za­py­tał ra­do­śnie Jo­akim.

- W po­rządku. A u cie­bie? Wy­da­jesz się we­soły.

Jo­akim do­stał się do klasy fo­to­gra­ficz­nej w szkole po­li­ce­al­nej Nyc­ke­lviks i dziś był jego pierw­szy dzień. Ener­giczny ton brzmiał obie­cu­jąco.

- Wszystko do­brze.

- To su­per. Ko­le­dzy z grupy są fajni?

Fre­drik czuł się roz­darty. Miał wy­rzuty su­mie­nia, że nie po­trafi się po­rząd­nie skon­cen­tro­wać na roz­mo­wie.

- Cał­kiem spoko - od­parł Jo­akim. - Ale więk­szość po­zna­łem już wcze­śniej.

- Na­prawdę? - spy­tał za­sko­czony Fre­drik.

- Po za­koń­cze­niu re­kru­ta­cji je­den z chło­pa­ków, Henke, za­ło­żył grupę na Fa­ce­bo­oku. W ze­szłym ty­go­dniu dwa razy się spo­tka­li­śmy.

- To do­brze - po­wie­dział Fre­drik. - W ta­kim ra­zie nie po­trze­bu­je­cie ćwi­czeń na in­te­gra­cję, w któ­rych przez dwa dni trzeba się ta­rzać w dre­sach po pod­ło­dze i przy­tu­lać.

Jo­akim za­chi­cho­tał, ale po­tem chrząk­nął i ton stał się po­waż­niej­szy:

- Po­słu­chaj, za­sta­na­wiam się... Mógł­bym od cie­bie po­ży­czyć ty­siąc ko­ron na czynsz? Tylko do czasu, aż wpły­nie mi na konto po­życzka stu­dencka. Po­trwa to pew­nie z ty­dzień.

- Oczy­wi­ście - od­parł Fre­drik, na­wet się nie za­sta­na­wia­jąc. - Jak zjem, zro­bię prze­lew.

- Dzięki. Na­prawdę su­per.

- Nie ma pro­blemu, ale mu­szę koń­czyć, za­nim do reszty ze­psuję sos.

- Okej, no to do usły­sze­nia - od­parł Jo­akim.

Fre­drik za­koń­czył roz­mowę, a na­stęp­nie zdjął ką­piel wodną i ron­del z płyty ku­chenki.

Fo­to­graf. Fre­drik nie wie­dział, czy Jo­akim wi­dzi swoją przy­szłość w tym za­wo­dzie, czy po pro­stu jest to coś, czego chciał spró­bo­wać. Po tym, co zo­ba­czył tego dnia, do­szedł do wnio­sku, że jest to za­wód, z któ­rego można wy­żyć. Ale może Hen­rik Kjel­lan­der na­le­żał do wy­jąt­ków. Jak w każ­dym za­wo­dzie ar­ty­stycz­nym, tak i w tym pew­nie było ciężko.

Jo­akim na­prawdę się zmie­nił. Jakby w ro­dzi­nie do­szło do swo­istego prze­ta­so­wa­nia. Jesz­cze kilka lat wcze­śniej Jo­akim przez cały czas prze­sia­dy­wał za­mknięty w po­koju przed kom­pu­te­rem, a to Si­mon był tym ra­do­snym i otwar­tym dziec­kiem wciąż wy­ma­ga­ją­cym uwagi Ninni i Fre­drika. Te­raz było od­wrot­nie. Jo­akim ni z tego, ni z owego stał się od­po­wie­dzial­nym, ga­da­tli­wym i nie­za­leż­nym do­ro­słym. Może już nie po­świę­cał tyle uwagi ro­dzi­com, ale przy­naj­mniej był obecny, kiedy się spo­ty­kali. Si­mon prze­jął dawną rolę Jo­akima i za­mknął drzwi do swo­jego chło­pię­cego po­koju.

- Jak idzie? - spy­tała Ninni.

Okrą­żyła stół, chwy­ciła ga­zetę ze stosu na jed­nym z krze­seł i już pra­wie usia­dła, gdy Fre­drik od­parł:

- Za­raz bę­dzie go­towe, tylko za­go­tuję qu­enelle. By­łoby eks­tra, gdy­byś na­kryła do stołu.

Ninni z te­atral­nym wes­tchnie­niem rzu­ciła ga­zetę na stół. Otwo­rzyła szafkę i wy­jęła z niej trzy ja­sno­żółte ta­le­rze.

- Może jed­nak weź­miemy białe? - po­wie­dział Fre­drik. - Na tych nie bę­dzie wi­dać sosu.

- Do­brze, sze­fie.

Od­sta­wiła żółte ta­le­rze i wy­jęła białe.

- Mia­łeś wy­my­ślić coś od­święt­nego i przy­szły ci do głowy klop­siki rybne?

- Słu­chaj, to jest wyż­sza szkoła sztuki ku­li­nar­nej - od­parł Fre­drik i wska­zał qu­enelle, które le­żały, cze­ka­jąc na wrzu­ce­nie do garnka. - Za­py­taj ko­go­kol­wiek, kto wie coś na te­mat kuchni.

- A ja nic nie wiem?

- No do­brze, za­py­taj ko­goś, kto wie nieco wię­cej na te­mat kuchni.

Ninni po­sta­wiła ta­le­rze na stole, a na­stęp­nie wy­jęła szklanki i sztućce.

- Po­cze­kaj, aż spró­bu­jesz - do­dał.

- Jak tam pierw­szy dzień? - za­py­tała Ninni, przy­go­to­wu­jąc trzy na­kry­cia.

- Do­brze. Bar­dzo do­brze. Ro­bota jak ro­bota. Sara i ja urzą­dzi­li­śmy so­bie spo­kojną wy­cieczkę na F?rö.

- Pra­wie jak wa­ka­cje. I to w dam­skim to­wa­rzy­stwie.

Fre­drik się skrzy­wił.

- To był żart - po­wie­działa Ninni.

- Mam na­dzieję - od­parł.

Za­pa­dła ci­sza. Dla­czego ona to po­wie­działa? I to w taki dzień?

- Na­prawdę, to był tylko żart - po­wtó­rzyła. - Cie­szę się, że wró­ci­łeś do pracy. Do­brze ci to zrobi. Już to wi­dać.

- Okej, wie­rzę ci. Tak czy ina­czej, to było świetne uczu­cie.

Fre­drik wy­jął go­towe qu­enelle z garnka z wodą i wrzu­cił tam ostat­nią par­tię. Cze­ka­jąc, aż wy­płyną, przy­glą­dał się sto­sowi ga­zet na krze­śle. Prze­szka­dzał mu. Po­wstał wraz z prze­pro­wadzką Jo­akima do Sztok­holmu. Fre­dri­kowi nie po­do­bało się także to, że stół był na­kryty je­dy­nie dla trzech osób. Było w tym coś po­nu­rego. Dom za jed­nym za­ma­chem stał się za duży i zbyt ci­chy. Le­dwo zdą­żyli uło­żyć so­bie ży­cie, a wa­runki po raz ko­lejny ule­gły zmia­nie.

Kiedy Jo­akim do­stał się na fo­to­gra­fię w szkole Nyc­ke­lviks, jego dziew­czyna, z którą był od dwóch lat, za­częła pro­gram ogólny w tej sa­mej szkole. Sami za­ła­twili miesz­ka­nie w Sztok­hol­mie. Mi­kro­sko­pijną ka­wa­lerkę w dziel­nicy Gär­det, za­le­d­wie je­den przy­sta­nek me­tra od Rop­sten, gdzie wsia­dali w au­to­bus do szkoły. Nie wąt­pił, że Jo­akim po­ra­dzi so­bie w Sztok­hol­mie. Poza tym miał jesz­cze bab­cię i dziadka w Gu­sta­vs­bergu i dziadka od strony ojca w gmi­nie Na­cka. Nie o to cho­dziło. Przy­kre było to, że nie miesz­kał w domu, tym bar­dziej że ze względu na znaczną od­le­głość nie przy­jeż­dżał na­wet w week­endy. Tylko cza­sem. Fre­drik czuł się przez to staro.

A może wcale nie cho­dziło o wiek i pu­ste czwarte krze­sło? Może to sie­działo w gło­wie i miało coś wspól­nego z ca­łym tym sy­fem. Pie­kłem z Öster­garn­sholm. Wy­pad­kiem.

- Si­mon! - krzyk­nął w kie­runku pię­tra. - Je­dze­nie!

Nie otrzy­mał od­po­wie­dzi. Je­den syn się wy­niósł, a drugi sie­dział za za­mknię­tymi drzwiami.

- Si­mon! - krzyk­nął znowu.

Tym ra­zem gło­śniej. Z góry do­bie­gło ci­che szur­nię­cie krze­sła.

Pierw­szy dzień. Może to ona po­winna była przy­go­to­wać po­si­łek, nie on. A przy­naj­mniej wy­my­ślić ja­kąś małą nie­spo­dziankę.

Za­miast tego wy­po­mniała mu starą sprawę ze zdradą. Zu­peł­nie nie­chcący, mo­głaby przy­siąc. Choć czy znowu taką starą? Nie wy­da­rzyło się to bar­dzo dawno temu. Można było jed­nak od­nieść ta­kie wra­że­nie. Wy­pa­dek i długi po­byt Fre­drika na zwol­nie­niu le­żały ni­czym skalny blok wiecz­no­ści mię­dzy tym, co było te­raz, a wszyst­kim, co się działo wcze­śniej.

Kiedy Ninni pró­bo­wała wra­cać my­ślami do tego, jak było przed wy­pad­kiem, czuła się, jakby wo­dziła wzro­kiem po mo­rzu w gę­stej mgle. Jakby to stra­ciło zna­cze­nie, znik­nęło w od­dali i nie po­zwa­lało się już uchwy­cić. A mimo to wy­psnął jej się taki ko­men­tarz. Aku­rat tego dnia.

Po­sprzą­tała po ko­la­cji. Kiedy Fre­drik go­to­wał, nie zo­sta­wiał wielu brud­nych na­czyń. W szkole ga­stro­no­micz­nej, z któ­rej zre­zy­gno­wał po trzech mie­sią­cach, na­uczył się zmy­wać i sprzą­tać pod­czas krót­kich przerw, gdy cze­kał, aż coś bę­dzie go­towe. Kiedy je­dze­nie było na stole, kuch­nia czę­sto błysz­czała tak samo jak wtedy, gdy za­czy­nał go­to­wać. Sama po­stę­po­wała zu­peł­nie ina­czej. Zo­sta­wiała po so­bie ru­mo­wi­sko ron­dli, kle­jące się trze­paczki i resztki obier­ków.

Na­prawdę się cie­szyła ra­zem z nim. Ale mu­siała szcze­rze przy­znać, że ra­do­ści, którą od­czuwa, to­wa­rzy­szy jesz­cze inne uczu­cie. Po­wrót do służby w te­re­nie wią­zał się z ry­zy­kiem i nie można było tego igno­ro­wać.

Fre­drik zo­stał na wszyst­kie strony prze­ba­dany przez naj­róż­niej­szych le­ka­rzy, w tym psy­chia­trów i psy­cho­lo­gów - a ba­da­nia były do­kładne. Nikt nie po­wie­dział: "do­bra, spró­bu­jemy i zo­ba­czymy, jak to wyj­dzie". Źró­dłem jej nie­po­koju nie była myśl, że nie jest go­towy. Oba­wiała się cze­goś in­nego - że bę­dzie za bar­dzo na­gi­nał gra­nice, nie my­ślał wy­star­cza­jąco o so­bie i znów spo­tka go coś złego. On sam i to, ja­kim był czło­wie­kiem, sta­no­wiło ta­kie samo za­gro­że­nie jak ry­zyko zwią­zane z pracą.

Oczy­wi­ście wszystko, co za­szło, po­winno go chyba cze­goś na­uczyć. Ninni roz­ma­wiała z nim o tym mnó­stwo razy. Jego wspo­mnie­nia z chwili wy­padku były nie­kom­pletne, a wnio­ski - nie do końca ja­sne. Przy­naj­mniej dla niej. Kilka razy roz­ma­wiała o tym na­wet z Sarą, a po­szcze­gólne ele­menty nie pa­so­wały do sie­bie. Sara w pew­nym sen­sie su­ge­ro­wała, że Fre­drik zro­bił wię­cej, niż mu­siał. Oczy­wi­ście w po­ry­wie emo­cji ta­kie roz­wa­ża­nia są trudne, ale, o ile Ninni do­brze zro­zu­miała, we­dług Sary Fre­drik mógł po­zwo­lić czło­wie­kowi za­trzy­ma­nemu na Öster­garn­sholm uciec. Albo dać mu się rzu­cić ze skały, je­śli miał taki za­miar. Próby za­trzy­ma­nia go wią­zały się z wy­jąt­kowo du­żym ry­zy­kiem. Nikt tego od Fre­drika nie wy­ma­gał. Nikt nie po­cią­gnąłby go do od­po­wie­dzial­no­ści.

Ninni wy­tarła ręce w lniany ręcz­nik z mo­no­gra­mem babci. Wyj­rzała przez okno. Sier­pień. Na ze­wnątrz na­dal było widno. Tym­cza­sem do jej głowy mrok wlał się zu­peł­nie bez ostrze­że­nia. Ten prze­klęty nie­po­kój.

Zro­biła kilka szyb­kich kro­ków, jakby mo­gła dzięki temu uciec od we­wnętrz­nego mroku. I na­prawdę po­skut­ko­wało. Jak zwy­kle.

13

Kiedy we wtor­kowy po­ra­nek Fre­drik wyj­rzał przez okno w kuchni, zo­ba­czył małe sku­pi­ska mgły spo­wi­ja­ją­cej łąki i pola. Uno­sząc się w nie­bie­skim świe­tle świtu, wy­glą­dały jak piękne, mi­tyczne stwo­rze­nia. By­dło do­mowe rasy Cha­ro­la­ise stało nie­ru­chomo w pa­smach mgły, cie­lęta obok krów. Le­d­wie kilka ty­go­dni dzie­liło je od czasu, gdy staną się wo­ło­winą w ce­nie sze­ściu­set ko­ron za ki­lo­gram.

Fre­drik wziął prysz­nic, ubrał się, się­gnął po ga­zetę i na­krył stół do śnia­da­nia. Ninni jak zwy­kle przy­szła aku­rat w chwili, gdy fil­tro­wały się ostat­nie kro­ple kawy.

- Coś się stało? - za­py­tała, wska­zu­jąc pię­trzące się na stole do­datki do ga­zet.

- Chyba nie - od­parł. - Dziś była to wy­jąt­kowo ła­twa lek­tura.

Ninni usia­dła obok niego na ła­wie w kuchni. Tak bli­sko, jak to tylko było moż­liwe bez wcho­dze­nia mu na ko­lana. Spoj­rzała na niego, uśmiech­nęła się sze­roko, a po­tem go po­ca­ło­wała. Był to mały ca­łus na dzień do­bry.

Nie po­tra­fił się nie za­sta­na­wiać, jak wy­trzy­mała ostat­nie dwa lata. Ze­szły rok nie był może naj­gor­szy, a może wręcz lep­szy od zwy­czaj­nego, bo Fre­drik sporo czasu spę­dzał w domu. Ale pierw­sze pół­ro­cze? Jak dała so­bie radę?

Kiedy chwilę póź­niej sie­dział w sa­mo­cho­dzie w dro­dze do Visby, mgły zo­stały roz­pro­szone przez świa­tło sło­neczne.

Po­przedni dzień - pierw­szy na służ­bie w te­re­nie od pra­wie dwóch lat - wy­dał mu się wy­jąt­kowo długi. Naj­pierw jeź­dził tam i z po­wro­tem po F?rö, po­tem in­ten­syw­nie pra­co­wał przy kom­pu­te­rze i wi­siał na te­le­fo­nie, a na ko­niec po­je­chał pro­sto do domu ze świeżo za­tłu­czo­nym szczu­pa­kiem. Mimo to nie czuł się ani tro­chę zmę­czony, wręcz prze­ciw­nie. Naj­wy­raź­niej by­cie po­li­cjan­tem z praw­dzi­wego zda­rze­nia da­wało mu ta­kiego kopa, że wy­star­czyło za pa­liwo.

Je­chał na pół­noc, nie po­świę­ca­jąc uwagi mi­ja­nemu kra­jo­bra­zowi. Z pew­no­ścią po­ko­nał ten od­ci­nek po­nad ty­siąc razy, tam i z po­wro­tem. Hemse, Linde, Loj­sta, Hejde, Väte... To, co rze­czy­wi­ście wi­dział, mie­szało się ze wspo­mnie­niami jak na po­dwój­nie na­świe­tlo­nych klat­kach ne­ga­tywu. Ko­ścielna wieża, czarna jak smoła, duża łódź ra­tun­kowa we­dług plo­tek na­le­żąca do czło­wieka cze­ka­ją­cego na po­top, co­raz wię­cej pu­stych bu­dyn­ków po zli­kwi­do­wa­nych skle­pach, ko­parko-ła­do­warki w ko­lo­rze woj­sko­wej zie­leni rdze­wie­jące przy dro­dze i ta­blica z ry­sun­kiem kortu te­ni­so­wego, wska­zu­jąca drogę pro­sto w las. Po cza­sie, który raz wy­da­wał się dwiema go­dzi­nami, a kiedy in­dziej dzie­się­cioma mi­nu­tami, po­ja­wiła się ta­blica z na­pi­sem "Visby 8". Był na miej­scu. Ostat­nich ki­lo­me­trów w ogóle nie od­czuł.

Po za­par­ko­wa­niu wy­szedł zza rogu ko­ry­ta­rza na par­te­rze i pra­wie się zde­rzył z Evą Kar­lén.

- Oj! Cześć - wy­sa­pała i się cof­nęła.

Ner­wowo po­gła­dziła ja­sne włosy się­ga­jące ra­mion i po­słała mu uśmiech, który jed­nak na­tych­miast stę­żał, jakby chciała go cof­nąć.

Od­kąd cztery lata wcze­śniej pod­czas ko­la­cji w por­to­wej ja­dło­dajni w Her­rvik za­koń­czyła ich krót­ko­trwały zwią­zek, kon­takty mię­dzy nimi były czy­sto za­wo­dowe. Je­śli nie li­czyć spon­ta­nicz­nych po­ca­łun­ków pod­czas oglę­dzin miej­sca zbrodni w Le­vide parę lat wcze­śniej. To jed­nak było jed­no­ra­zowe zda­rze­nie. Uznał, że ta­kie rze­czy mają prawo się zda­rzyć, gdy za ko­le­żankę z pracy ma się byłą ko­chankę.

Kiedy pół roku wcze­śniej Fre­drik wró­cił do pracy, po jego uczu­ciach do Evy nie było śladu. Wspo­mnie­nia jed­nak po­zo­stały: ich na­miętne spo­tka­nia w cza­sie elek­try­zu­jąco in­ten­syw­nych wio­sen­nych mie­sięcy, zde­rze­nie z Ninni, czas na wy­gna­niu w domu Jo­hana w Nore, gdzie Eva spę­dziła z nim kilka nocy przed ze­rwa­niem. Nic jed­nak do niej nie czuł. Była jak każda inna ko­le­żanka z pracy. Dzi­wiło go to. Z punktu wi­dze­nia lo­giki uwa­żał, że to dziwne, ale po­nie­waż uczuć nie było, nie roz­my­ślał na ten te­mat.

Kiedy jed­nak kilka mie­sięcy póź­niej zo­ba­czył ją przy sto­liku w ka­wiarni, ogar­nęło go silne po­żą­da­nie. Za­ata­ko­wało ni­czym fala go­rąca z nie­wia­do­mego źró­dła. Zdu­miało go z ko­lei, że przy na­stęp­nym spo­tka­niu znów był zu­peł­nie obo­jętny. Nie było żad­nej fali cie­pła, żad­nego po­żą­da­nia. I taki stan utrzy­my­wał się od tam­tego czasu. Jakby ktoś coś włą­czył, a póź­niej od­ciął. W fa­zie ak­tyw­nej czuł wręcz, że od­cho­dzi od zmy­słów. Jakby był zbior­ni­kiem na nie­za­ko­rze­nione uczu­cia, które w każ­dej chwili mo­gły wy­pły­nąć na po­wierzch­nię. Na ile się dało, pró­bo­wał igno­ro­wać to za­uro­cze­nie. Chciał na­wet za­py­tać o nie swoją le­karkę, ale ni­gdy tego nie zro­bił. Czuł zbyt duży opór. Ni­gdy nie wspo­mniał jej o zdra­dzie. Może by­łoby ła­twiej, gdyby le­czył go męż­czy­zna.

Po­pa­trzył na Evę, na­po­tkał spoj­rze­nie jej błę­kit­nych oczu pod wy­bla­kłymi od słońca brwiami. W jego wnę­trzu nie za­szła żadna zmiana. Naj­wy­raź­niej był to je­den z owych spo­koj­nych dni. Uczu­cia po­zo­sta­wały uśpione.

- Zdą­ży­łaś zba­dać zdję­cie? - za­py­tał.

- Tak. Było tro­chę od­ci­sków pal­ców, ale zgod­no­ści brak.

Z twa­rzy Fre­drika dało się od­czy­tać roz­cza­ro­wa­nie, choć wła­ści­wie nie spo­dzie­wał się ni­czego in­nego.

- Szkoda, że wy­rzu­cili ba­lasa - stwier­dziła Eva z sze­ro­kim uśmie­chem. - Nic lep­szego mieć nie bę­dziemy.

- To prawda - za­re­cho­tał Fre­drik, a po­tem za­czął się za­sta­na­wiać, co by po­my­śleli ko­le­dzy, wi­dząc go ro­ze­śmia­nego na ko­ry­ta­rzu z Evą Kar­lén. - Z tym chyba nie zwle­kali.

Eva przez chwilę z uśmie­chem wpa­try­wała się w pod­łogę. Wy­glą­dała na­prawdę do­brze, trudno było za­prze­czyć, na­wet pa­trząc z per­spek­tywy ko­goś nie­za­an­ga­żo­wa­nego.

- Nic wię­cej? - za­py­tał.

- Dziurki zo­stały zro­bione ołów­kiem, ale to ci ra­czej nie po­może.

- Rze­czy­wi­ście nie bar­dzo.

- W każ­dym ra­zie pa­skudna sprawa - od­parła Eva. - Na ich miej­scu spa­ła­bym ze strzelbą pod łóż­kiem, gdy­bym ją miała.

Fre­drik wszedł do swo­jego ga­bi­netu. Sto­jąc przy biurku, wziął słu­chawkę i po­now­nie spró­bo­wał za­dzwo­nić do ostat­nich go­ści - Kvarn­bäc­ków z Göte­borga. Tym ra­zem udało się na­wią­zać po­łą­cze­nie. Ode­brał Tho­mas Kvarn­bäck.

Fre­drik przed­sta­wił sie­bie i swoją sprawę. Po dru­giej stro­nie za­pa­no­wała ci­sza.

- Halo?

- Tak. Nie bar­dzo ro­zu­miem - od­parł męż­czy­zna.

- Wy­naj­mo­wali pań­stwo dom na F?rö - wy­ja­śnił Fre­drik, wy­cią­ga­jąc do­ku­menty z pla­sti­ko­wej teczki na biurku. - Od szes­na­stego do dwu­dzie­stego dru­giego sierp­nia.

- Ee... - do­bie­gło ze słu­chawki, po czym pa­dło bar­dziej zde­cy­do­wane: - Wy­na­ję­li­śmy dom w Hisz­pa­nii na dwa ty­go­dnie.

Męż­czy­zna wy­da­wał się zdez­o­rien­to­wany. Może cier­piał na cho­robę Al­zhe­imera albo ja­kiś inny ro­dzaj de­men­cji. Wpraw­dzie miał do­piero sześć­dzie­siąt sie­dem lat, ale ta­kie do­le­gli­wo­ści cza­sem po­ja­wiają się w jesz­cze młod­szym wieku.

- W Hisz­pa­nii? - po­wtó­rzył Fre­drik.

- Tak, a skąd pan dzwoni? - od­parł Tho­mas Kvarn­bäck. - Nie zro­zu­mia­łem.

Fre­drik po­my­ślał, że przy cho­ro­bie Al­zhe­imera robi się cza­sem nie­chcący różne dziwne rze­czy. Przy­po­mniał so­bie Svena Wol­l­tera w roli czło­wieka do­tknię­tego al­zhe­ime­rem, który na­si­kał do do­nicy w re­stau­ra­cji. Ale to, rzecz ja­sna, był tylko film.

Fre­drik jesz­cze raz do­ko­nał pre­zen­ta­cji, tym ra­zem wy­raź­nie i nieco bar­dziej kwie­ci­ście.

- Wła­ści­ciele domu mieli tro­chę pro­ble­mów z wy­naj­mem, dla­tego się kon­tak­tuję ze wszyst­kimi go­śćmi - do­dał na końcu.

- Coś pan mu­siał po­my­lić - stwier­dził Tho­mas Kvarn­bäck. W prze­rwach mię­dzy sło­wami dało się wy­chwy­cić we­so­łość. - Cho­dzi o to samo biuro po­dróży?

- Nie - od­parł Fre­drik. - W tym wy­padku wszystko się od­było za po­śred­nic­twem firmy Go­tlandz­kie Po­dróże. Oni re­zer­wują domy tylko na Go­tlan­dii. Na umo­wie wid­nieje na­zwi­sko In­ger Kvarn­bäck. To pań­ska żona, prawda? - za­py­tał, choć bar­dzo do­brze wie­dział, że tak jest.

Uznał, że le­piej nie zdra­dzać, że ich spraw­dzał.

- Tak, zga­dza się - od­parł Tho­mas Kvarn­bäck - ale ona była ze mną w Hisz­pa­nii.

- Aha - od­parł Fre­drik i się za­sta­no­wił. - Czy nie mo­gło być tak, że po­mo­gła ja­kie­muś krew­nemu lub zna­jo­memu do­ko­nać re­zer­wa­cji i jej na­zwi­sko zna­la­zło się na umo­wie przez przy­pa­dek?

- Trudno mi to so­bie wy­obra­zić.

- Czy pani In­ger gdzieś tam z pa­nem jest?

- Tak, oboje je­ste­śmy w domu.

- Mogę z nią po­roz­ma­wiać?

- Tak, oczy­wi­ście, je­śli pan uważa, że to coś da.

Tho­mas Kvarn­bäck za­czął wo­łać żonę, nie od­su­nąw­szy te­le­fonu od ust. Fre­drik mu­siał od­da­lić swój kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od ucha, żeby nie dać się ogłu­szyć.

Po ja­kimś cza­sie wy­peł­nio­nym stu­ko­tami i trza­skami z gło­śnika, a także wy­ja­śnie­niami Tho­masa ode­zwała się In­ger Kvarn­bäck. Po­wtó­rzył całą pro­ce­durę, tym ra­zem do­kła­da­jąc kilka ele­men­tów.

- Zu­peł­nie tego nie ro­zu­miem - wy­znała In­ger. - Przez dwa ty­go­dnie wy­naj­mo­wa­li­śmy dom w Hisz­pa­nii z na­szą młod­szą córką i jej ro­dziną. Wczo­raj wró­ci­li­śmy do Göte­borga. Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio by­li­śmy na Go­tlan­dii. W każ­dym ra­zie ja­koś w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych.

- Czyli nie przy­cho­dzi pani do głowy, dla­czego pani na­zwi­sko mo­gło się zna­leźć na umo­wie wy­najmu domu na F?rö? - za­py­tał Fre­drik.

- Nie - od­parła In­ger i za­wie­siła głos. - Nie wiem, jak by to miało wy­glą­dać.

- Nie do­ko­nali pań­stwo wcze­śniej żad­nej re­zer­wa­cji, którą póź­niej od­wo­łali?

- Nie, nie - od­parła sta­now­czo In­ger. - Za­nim wy­bra­li­śmy Hisz­pa­nię, za­sta­na­wia­li­śmy się nad róż­nymi miej­scami, ale o Go­tlan­dii w ogóle nie było mowy.

Fre­drik po­my­ślał, że nie­wąt­pli­wie wy­czer­pał wszyst­kie moż­li­wo­ści. Uwie­rzył In­ger i Tho­ma­sowi. O ile po­tra­fił oce­nić, nie kła­mali. Nie było ich na Go­tlan­dii. Brał pod uwagę to, że za­re­zer­wo­wali dom dla ko­goś in­nego - dziecka, brata lub sio­stry - i te­raz pró­bo­wali tę osobę chro­nić. Ale ten wa­riant był na­cią­gany. Ra­czej ktoś się po­słu­żył ich na­zwi­skiem.

- Mu­siało na­stą­pić ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie - oznaj­mił. - Bar­dzo prze­pra­szam za kło­pot.

- Nic nie szko­dzi - od­parła In­ger.

Fre­drik usiadł, wy­brał nu­mer Go­tlandz­kich Po­dróży i za­py­tał o Maj-Lis Eriks­son, z którą roz­ma­wiał dzień wcze­śniej. Pa­mię­tała go. Za­dał kilka py­tań o pro­ce­dury re­zer­wa­cji.

Do­wie­dział się, że więk­szość klien­tów re­zer­wuje nie­ru­cho­mo­ści sa­mo­dziel­nie przez in­ter­net, ale wciąż około trzy­dzie­stu pro­cent klien­tów robi to te­le­fo­nicz­nie.

- Cza­sem też lu­dzie dzwo­nią z py­ta­niami, a fi­na­li­zują re­zer­wa­cję przez stronę. Wielu lu­dziom za­leży na oso­bi­stym kon­tak­cie. Chyba czują się wtedy bez­piecz­niej. Jak są­dzę, chcą mieć pew­ność, że na­prawdę ist­nie­jemy - za­koń­czyła Maj-Lis i lekko się ro­ze­śmiała.

- Czy w ja­kiś spo­sób spraw­dza­cie toż­sa­mość re­zer­wu­ją­cych?

- Osoba, któ­rej na­zwi­sko ma się zna­leźć na umo­wie, musi po­dać nu­mer PE­SEL, ale my nie mo­żemy po­pro­sić o do­ku­ment toż­sa­mo­ści ani nic ta­kiego, bo re­zer­wa­cje od­by­wają się przez sieć albo te­le­fon. A za­tem nie prze­pro­wa­dzamy żad­nych kon­troli. Choć płat­ność jest swego ro­dzaju kon­trolą toż­sa­mo­ści.

- Ale je­śli nie płacą kartą - od­parł Fre­drik - mu­si­cie wy­słać fak­turę.

- Tak, to prawda.

Fre­drik po­pro­sił Maj-Lis o spraw­dze­nie, w jaki spo­sób zo­stał opła­cony ra­chu­nek In­ger Kvarn­bäck.

- Przez sys­tem Plus­Gi­rot.

- W ta­kim ra­zie mu­siała otrzy­mać fak­turę - od­parł, gło­śno my­śląc.

- Tak jak po­wie­dzia­łam, je­śli klient nie chce pła­cić kartą, wy­sy­łamy je ma­ilem.

- Ma­ilem? Nie pocztą?

- Tylko je­śli klient nie poda ad­resu ma­ilo­wego.

Fre­drik spoj­rzał na sam dół umowy, którą miał przed sobą, i od­czy­tał "in­ger.kvarn­back@gmail.com".

No ja­sne, po­my­ślał. Każdy może so­bie za­ło­żyć ad­res na Gma­ilu bez po­da­wa­nia praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści.

- W po­rządku, ro­zu­miem. Może pani spraw­dzić, czy pie­nią­dze prze­lano z in­nego konta czy wpła­cono w ka­sie w banku?

- Na tym kom­pu­te­rze nie, ale je­śli pan chce, mogę zdo­być te in­for­ma­cje.

- By­łoby do­sko­nale.

- Tylko że nie od ręki. Mu­szę za­dzwo­nić do biura ra­chun­ko­wego.

- Ro­zu­miem. Jak pani my­śli, kiedy to by było moż­liwe?

- Zo­baczmy... te­raz jest pięt­na­sta. Je­śli się do­dzwo­nię, będą w sta­nie to spraw­dzić w dzie­sięć mi­nut. Je­śli nie, to ju­tro. Zro­bię, co będę mo­gła.

- Świet­nie. Ogrom­nie pani dzię­kuję za po­moc.

Fre­drik po­dał jej swój nu­mer te­le­fonu ko­mór­ko­wego, na wy­pa­dek gdyby zdo­była in­for­ma­cje już po jego wyj­ściu.

Odło­żył słu­chawkę i wstał. Uświa­do­mił so­bie, że byłby bar­dzo za­sko­czony, gdyby udało się usta­lić toż­sa­mość nadawcy prze­lewu. A ści­ślej: coś in­nego niż wy­ko­rzy­stany ad­res Kvarn­bäc­ków. Ktoś po­sta­no­wił się ukry­wać za Prins­ga­tan 8 w Göte­borgu. Dla­czego wy­brał aku­rat ten ad­res? Czy to ozna­czało, że praw­dziwy wy­naj­mu­jący rów­nież miesz­kał w tym mie­ście? A może Alma albo Eli­sa­bet Vo­gler wy­brały zu­peł­nie przy­pad­kowy ad­res zna­le­ziony w in­ter­ne­cie?

14

Po je­dze­niu wy­pili kawę w ma­łej al­tance przed wej­ściem. Wie­czór w świe­tle za­cho­dzą­cego słońca był cie­pły, a cie­nie drzew owo­co­wych w wy­so­kiej tra­wie się­gały aż do szczytu domu.

W ustach Ma­lin utrzy­my­wał się smak moc­nej kawy i moc­nego al­ko­holu. Hen­rik miał sła­bość do nie­ty­po­wych lo­kal­nych trun­ków i przy­wo­ził je z po­dróży, ale kiedy tylko tra­fiały do barku na F?rö, na­tych­miast tra­ciły swój po­wab. Me­taxa, raki, wiet­nam­ska wódka ko­ko­sowa. Po­sta­no­wili, że w ciągu ty­go­dnia będą wy­pi­jać z tych bu­te­lek małe dwu­dzie­sto­mi­li­li­trowe por­cje, żeby się ich po­zbyć. Taki sys­tem za­pew­niał im tro­chę frajdy.

Hen­rik po­zbie­rał fi­li­żanki i szklanki i za­niósł wszystko do kuchni. Za­czął zmy­wa­nie, a Ma­lin po­szła do du­żego po­koju, w któ­rym prze­by­wali Axel i El­len. Ci­cho i nie­ru­chomo sie­dzieli przed te­le­wi­zo­rem, bli­sko ekranu, na wło­cha­tym dy­wa­niku z Ikei. Axel trzy­mał kciuk w buzi i opie­rał głowę na ra­mie­niu sio­stry.

Ma­lin pod­kra­dła się do nich. Kiedy po­czuła dzie­cięce cie­pło i za­pach, po jej po­licz­kach na­gle po­pły­nęły łzy. Nie dla­tego, że byli tacy słodcy i że tak bar­dzo ich ko­chała. Pła­kała, bo nie mo­gła się po­zbyć uczu­cia, że wszystko jest tak nie­sły­cha­nie kru­che. Pod­skór­nie czuła też, że coś jest nie tak.

Nie po­tra­fiła tego wy­ja­śnić. Czy w ogóle po­trze­bo­wała wy­ja­śnie­nia? Od­kąd wró­cili z wa­ka­cji, a Ma­lin we­szła do domu z Axe­lem na rę­kach, nic już nie było ta­kie samo.

Ze wszyst­kich sił pró­bo­wała się opa­no­wać, żeby nie za­uwa­żyli, że pła­kała. Na szczę­ście film ry­sun­kowy mocno po­chło­nął ich uwagę. Po­staci na ekra­nie były roz­ma­zane przez łzy. Nie lu­biła sie­bie w ta­kim sta­nie. Prze­stra­szo­nej, prze­peł­nio­nej naj­róż­niej­szymi uczu­ciami. Nie była wtedy sobą - ope­ra­tywną, od­ważną ko­bietą, która za­ło­żyła wła­sną ka­wiar­nię w Sztok­hol­mie, a po­tem od­wa­żyła się prze­pro­wa­dzić na małą bał­tycką wy­sepkę i, choć nikt nie ro­zu­miał, jak to w ogóle moż­liwe, za­częła za­ra­biać na ży­cie jako blo­gerka ku­li­narna.

A, wła­śnie. Ta myśl przy­po­mniała jej, że musi za­mie­ścić nowy prze­pis.

Dys­kret­nie otarła łzy za ple­cami dzieci, a po­tem mocno je przy­tu­liła i wstała. Kiedy była do nich przy­tu­lona, ki­wały się bez­wied­nie, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ekranu.

Ma­lin wrzu­ciła do sieci prze­pis na frytki z ma­jo­ne­zem tru­flo­wym, który kie­dyś zna­la­zła na ame­ry­kań­skim fo­rum re­stau­ra­cyj­nym i do­sto­so­wała do szwedz­kich upodo­bań. Kre­atywne po­dej­ście. Po­tem przy­go­to­wała wpis na te­mat gru­szek - że le­piej pa­sują do tarty niż do de­ski se­rów - i jesz­cze je­den, li­ryczny ka­wa­łek o gru­szy Graf Moltke, która ro­sła w ich ogro­dzie. Po­szło szybko. Z pew­no­ścią tylko ona mo­głaby po­my­śleć, że wpisy spra­wiają wra­że­nie two­rzo­nych z wy­sił­kiem. Czy­tel­nicy nie wie­dzieli prze­cież, że w domu ich au­torki ktoś był i od­da­wał się sym­bo­licz­nemu wy­dłu­by­wa­niu oczu.

Kiedy skoń­czyła z blo­giem, za­częła prze­glą­dać sieć i kom­plet­nie stra­ciła po­czu­cie czasu. Do­piero kiedy przy­szła El­len i za­py­tała, czy nie po­winni już się kłaść, zdała so­bie sprawę z upływu czasu. Po­świę­ciła po­nad go­dzinę na czy­ta­nie o prze­róż­nych sys­te­mach alar­mo­wych. Axel spał na pod­ło­dze przed te­le­wi­zo­rem. Hen­rik roz­ma­wiał w kuchni przez te­le­fon i ni­czego nie za­uwa­żył.

Kiedy po uło­że­niu dzieci do snu Ma­lin ze­szła na par­ter, sie­dział na so­fie i oglą­dał wia­do­mo­ści. Ude­rzyła ją myśl, że tylko się prze­łą­czają mię­dzy ekra­nami. Te­le­wi­zor, kom­pu­ter, ko­mórka i znów te­le­wi­zor.

- Bę­dzie ci prze­szka­dzało, je­śli wy­łą­czę? - za­py­tała, się­ga­jąc po pi­lota.

- Nie, nie - od­po­wie­dział Hen­rik i ziew­nął.

Wy­łą­czyła te­le­wi­zor i obu­rącz ner­wowo od­gar­nęła włosy do tyłu.

- Uwa­żam, że po­win­ni­śmy za­in­sta­lo­wać sys­tem alar­mowy.

- Dla­tego, że mam je­chać do Bar­ce­lony? - za­py­tał Hen­rik.

- Nie, nie dla­tego. Na­prawdę to prze­my­śla­łam. Nie mo­żemy tak po pro­stu sie­dzieć z za­ło­żo­nymi rę­kami. Mu­simy coś zro­bić.

- Po­li­cja coś robi.

- Wiem, ale to nie zmie­nia faktu, że sie­dzimy na ma­łej wy­sepce od­da­lo­nej sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Visby i je­ste­śmy ska­zani na po­wolny prom. Do­tar­cie tu­taj zaj­muje go­dzinę.

- Aha, okej - od­parł zmę­czo­nym gło­sem. - Ale jak alarm miałby nam po­móc?

- No­wo­cze­sny alarm, który zresztą na­wet nie jest taki drogi, może nas po­in­for­mo­wać, czy pod­czas na­szej nie­obec­no­ści ktoś był w domu. Poza tym ostrzega przed po­ża­rami i wy­cie­kiem wody. Oczy­wi­ście to nie jest naj­waż­niej­sze, ale skoro już mie­li­by­śmy pod­łą­czać...

- To roz­wią­za­nie wy­daje się za­awan­so­wane - stwier­dził Hen­rik i zro­zu­miała, że się za­sta­na­wia, ile to by kosz­to­wało.

- To kwe­stia tylko kilku ty­sięcy - po­wie­działa szybko. - Może pię­ciu, sze­ściu w przy­padku sys­te­mów bar­dziej za­awan­so­wa­nych.

- Taa... - Hen­rik po­tarł brodę.

- Wiem, że mu­simy pil­no­wać wy­dat­ków, ale to nie aż tak dużo, a i tak pój­dzie na firmę.

- Trzeba też cza­sem zwięk­szać przy­chód, a nie tylko zmniej­szać.

Było to ulu­bione po­wie­dze­nie Hen­rika w chwi­lach, gdy Ma­lin pro­po­no­wała wrzu­ce­nie cze­goś w koszty. Pa­trzyła na niego bez słowa.

- Spraw­dzę to - po­wie­dział w końcu i lekko wes­tchnął.

- Można za­in­sta­lo­wać jedną lub wię­cej ka­mer i pod­łą­czyć do de­tek­tora ru­chu w alar­mie. Wtedy wie­dzie­li­by­śmy, czy ktoś się kręci koło domu, a na­wet kto prze­jeż­dża obok.

- Na­prawdę?

Ma­lin spo­strze­gła w oczach Hen­rika błysk za­cie­ka­wie­nia. Wie­działa, że frag­ment o mo­ni­to­ringu na niego po­działa.

- Sys­tem może na­wet przy­sy­łać zdję­cia na te­le­fon. Można też do niego za­dzwo­nić i po­pro­sić, by to zro­bił.

- Ale trzeba być przy tym bar­dzo mi­łym - do­dał Hen­rik z sze­ro­kim uśmie­chem.

Ma­lin się skrzy­wiła. On wy­buch­nął śmie­chem.

- Tro­chę jak w Mis­sion Im­pos­si­ble.

- Wiem - przy­znała. - Ale kosz­tuje tylko kilka ty­sięcy.

- Do ilu ty­sięcy już do­szli­śmy?

- Mó­wię o łącz­nym kosz­cie. A pod­łą­czyć można po ko­lei.

- Hm, na pewno.

Wy­my­śla­nie ar­gu­men­tów za­częło ją mę­czyć. Chciała tylko, by się zgo­dził. To było coś in­nego niż nowa rzecz do domu, ja­ka­kol­wiek. Cho­dziło o bez­pie­czeń­stwo, ich oraz dzieci. O to, by nie czuć się za­gro­żo­nym. Jej spoj­rze­nie przy­cią­gnęły dwa otwory okienne, przez które świa­tło słońca pa­dało na okrą­głe sie­dzi­sko z czer­wo­nego pla­stiku. Dzieci uwiel­biały się w nim ba­wić. Ma­lin za­wsze miała obawy, że się w nim za­klesz­czą, kiedy ro­biły so­bie z niego huś­tawkę.

Hen­rik też umilkł. Sie­dział z pię­ścią przy­ci­śniętą do ust i roz­my­ślał nad tym, co po­wie­działa Ma­lin. Znała go na tyle, by wie­dzieć, że wy­obraża so­bie, jak ob­razy z jego domu po­ja­wiają mu się w te­le­fo­nie, a on po­ka­zuje to klien­tom i ko­le­gom.

Gdyby się nie zgo­dził na kupno alarmu i tak by go za­mó­wiła za pie­nią­dze ze swo­jej dzia­łal­no­ści. Może nie było to do końca w po­rządku, bo w pew­nym sen­sie i tak mu­siałby za­pła­cić, skoro mniej by się do­ło­żyła do wy­dat­ków do­mo­wych. Ale aku­rat w tym wy­padku mach­nęła na to ręką. Wie­działa, że musi mieć ten alarm. Im szyb­ciej, tym le­piej i z całą pew­no­ścią przed wy­jaz­dem Hen­rika do Bar­ce­lony.

- Kto in­sta­luje ta­kie rze­czy? - za­py­tał. - Ślu­sa­rze?

- Ślu­sa­rze i firmy ochro­niar­skie, ale nie wiem, jak to wy­gląda w Visby.

- Mu­simy spraw­dzić. Po­je­dziemy do mia­sta i z nimi po­roz­ma­wiamy.

Uśmiech­nął się do niej, a ona także od­po­wie­działa uśmie­chem. Po­czuła przy­jemne cie­pło roz­cho­dzące się z prze­pony na resztę ciała. To było dziwne, lecz myśl o in­sta­la­cji za­awan­so­wa­nego alarmu i sys­temu mo­ni­to­ringu na­pa­wała ją ra­do­ścią i spo­ko­jem.

15

Ma­lin zje­chała ro­we­rem ze wzgó­rza w stronę skrzy­nek na li­sty i du­żej sterty drewna. Wcze­snym ran­kiem, gdy niebo nad zie­lo­nymi łą­kami miało ko­lor in­ten­syw­nego błę­kitu, wszystko było znacz­nie prost­sze. Jakby świat się do niej uśmie­chał. Na go­łych no­gach pod su­kienką, którą na sie­bie na­rzu­ciła, by po­je­chać po ga­zetę, czuła przy­jem­nie rześki po­wiew.

Za­częła my­śleć o pracy, którą w ciągu ostat­niego ty­go­dnia za­nie­dby­wała. Do­da­wała wpisy, ale miała wra­że­nie, że stały się su­che i po­zba­wione po­lotu. Nudne je­dze­nie. Tego dnia było jed­nak ina­czej. Czuła in­spi­ra­cję i jak naj­szyb­ciej chciała za­cząć pra­co­wać. Może dla­tego, że po­sta­no­wili ku­pić ten sys­tem alar­mowy? Dzięki temu po­czuła się ak­tywna. Nie­na­wi­dziła czuć się ofiarą oko­licz­no­ści. Pra­wie za­wsze można ja­koś po­pra­wić sy­tu­ację. Nie wy­star­czy sie­dzieć i cze­kać, aż ktoś zrobi to za nas.

Wznie­sie­nie prze­szło w pła­ski te­ren i Ma­lin po­ko­nała ostatni od­ci­nek do skrzy­nek na li­sty, pe­da­łu­jąc. Zo­ba­czyła przed sobą cha­otyczne sku­pi­sko skrzy­nek z me­talu i pla­stiku róż­nej wiel­ko­ści. Za­trzy­mała się przed po­ma­lo­waną czer­wo­nym la­kie­rem, którą odzie­dzi­czyła po po­przed­nim wła­ści­cielu domu.

Sta­nęła na ziemi, oparła ro­wer o nogę i wsu­nęła dłoń do ciem­nego wnę­trza skrzynki. Ga­zety "Da­gens Ny­he­ter" i "Go­tlands Al­le­handa" grzały w dło­nie, bo me­ta­lowa skrzynka stała w słońcu. Za­nim wy­cią­gnęła je do końca, coś jej się wy­su­nęło spod pal­ców i wpa­dło z po­wro­tem do skrzynki. Ma­lin przy­trzy­mała ga­zety le­wym ra­mie­niem i znów za­częła błą­dzić lewą dło­nią we wnę­trzu skrzynki. Była pewna, że to bro­szura re­kla­mowa, która wy­le­ciała z któ­rejś z ga­zet.

Ku jej za­sko­cze­niu oka­zało się jed­nak, że to list. O tak wcze­snej po­rze dnia nie spo­dzie­wała się ra­czej żad­nej ko­re­spon­den­cji. Kiedy od­wró­ciła brą­zową ko­pertę, zo­ba­czyła, że bra­kuje znaczka i ad­resu.

Z ja­kie­goś po­wodu unio­sła wzrok i spoj­rzała na dom. Bu­dy­nek miesz­kalny, stu­dio i długi bu­dy­nek dla go­ści. Za­częły drżeć jej dło­nie. Chwilę póź­niej trzę­sło się całe ciało. Trzy­mała ano­ni­mową ko­pertę obu­rącz. Ga­zety upa­dły na zie­mię. Le­dwo zwró­ciła na to uwagę. Mar­twiła się tylko za­kle­joną ko­pertą, któ­rej nie chciała otwie­rać. Ale nie miała wy­boru. Wzięła głę­boki wdech i pró­bo­wała stłu­mić do­my­sły na te­mat tego, co może za­wie­rać. Ist­niało duże praw­do­po­do­bień­stwo, że to tylko bro­szura ze sto­wa­rzy­sze­nia folk­lo­ry­stycz­nego, pa­ra­fii lub któ­rejś z za­ni­ka­ją­cych, lecz wal­czą­cych o prze­trwa­nie lo­kal­nych spo­łecz­no­ści.

Wsu­nęła pa­zno­kieć kciuka w szcze­linę ko­perty i ode­rwała ka­wa­łek, po­tem wci­snęła cały kciuk i ro­ze­rwała resztę, szybko i nie­dbale.

Na­tych­miast roz­po­znała zdję­cie wło­żone do ko­perty. Przed­sta­wiało tylko ją i Hen­rika. Było ama­tor­skie, zro­bione w Cia­chu ran­kiem trzy i pół roku wcze­śniej. Ma­lin miała na so­bie czarny far­tuch i pa­sia­stą bluzę - taki sam strój jak wszy­scy pra­cow­nicy. Sie­działa obok Hen­rika przy jed­nym z okrą­głych mo­zai­ko­wych sto­li­ków w rogu. Hen­rik, je­śli zo­stało mu tro­chę czasu po od­pro­wa­dze­niu dzieci do przed­szkola, czę­sto za­glą­dał do ka­wiarni. Na zdję­ciu sie­dzieli przy stole, zbli­żeni do sie­bie gło­wami. Był to nieco głup­ko­waty, ale jed­nak ro­man­tyczny gest.

Jesz­cze za­nim Ma­lin drżącą dło­nią pod­nio­sła zdję­cie do świa­tła, wie­działa, co ją czeka. A jed­nak kiedy to zo­ba­czyła, nie mo­gła się po­wstrzy­mać. Krzyk­nęła. Na cały głos.

- Hen­rik!

Gło­śno i roz­dzie­ra­jąco. A po­tem jesz­cze raz. I ko­lejny.

- Hen­rik... Hen­rik...

Nie sły­szał. Nikt jej nie sły­szał.

Słońce świe­ciło pro­sto przez cztery dziurki, które za­stą­piły ich oczy.

16

Fre­drik za­trzy­mał sa­mo­chód na par­kingu przy Bir­ka­ga­tan i prze­my­kał po ga­rażu, kiedy wy­je­chał z niego ra­dio­wóz. Je­den z ko­le­gów krzyk­nął do Fre­drika coś przez otwarte boczne okno, ale po­li­cjant nie zro­zu­miał. Już miał się od­wró­cić, gdy po­czuł, że w kie­szeni wi­bruje mu te­le­fon. Ru­szył da­lej w głąb ga­rażu. To był nu­mer z F?rö.

- Słu­cham, tu Fre­drik Bro­man.

Przy­ło­żył iden­ty­fi­ka­tor do czyt­nika, wy­stu­kał kod i scho­wał klu­czyki, żeby mieć wolną rękę do otwar­cia drzwi.

- Dzień do­bry - ode­zwał się głos - mówi Hen­rik Kjel­lan­der. Do­sta­li­śmy jesz­cze jedno zdję­cie z wy­kłu­tymi oczami.

Fre­drik po­czuł chłód roz­cho­dzący się od skroni na kark. To zmie­niało po­stać rze­czy. Na­le­żało cał­ko­wi­cie wy­klu­czyć, że cho­dziło o zło­śli­wego go­ścia z wy­naj­mo­wa­nego domu albo ko­goś ob­da­rzo­nego oso­bli­wym po­czu­ciem hu­moru.

- Do­stali pań­stwo?

- Tak, przy­szło pocztą. A wła­ści­wie nie pocztą. Było w skrzynce na li­sty. Ma­lin je zna­la­zła, kiedy chciała ode­brać ga­zety.

Głos Hen­rika był spo­kojny i opa­no­wany, ale ciężki, nie­mal dy­szący od­dech w prze­rwach mię­dzy sło­wami świad­czył o czymś prze­ciw­nym.

- Chwi­leczkę.

Fre­drik znów mu­siał wziąć iden­ty­fi­ka­tor, żeby przejść z ko­ry­ta­rza do szatni. Do­tarł do sta­no­wisk od­praw funk­cjo­na­riu­szy z pa­trolu i usiadł na wol­nym krze­śle.

- Chce pan po­wie­dzieć, że zo­sta­wił go tam ktoś inny niż li­sto­nosz? - zwró­cił się do Hen­rika.

- Tak. Nie było ad­resu, na­zwi­ska nadawcy, ni­czego.

- Czy to jedna z tych fo­to­gra­fii, któ­rych nie było na miej­scu, gdy wró­cili pań­stwo do domu?

- Tak.

- Nie za­uwa­żyli pań­stwo jesz­cze cze­goś? Ni­kogo, kto by prze­jeż­dżał koło domu wczo­raj wie­czo­rem albo w nocy?

- Nie.

Ga­ze­ciarz, po­my­ślał Fre­drik. Może warto po­roz­ma­wiać z ga­ze­cia­rzem. Może on coś za­uwa­żył.

Po­pa­trzył w okno Görana Eidego z wi­do­kiem na oszklony dzie­dzi­niec, na któ­rym wła­śnie sie­dział. Był to je­den z punk­tów wę­zło­wych bu­dynku, ze scho­dami pro­wa­dzą­cymi na górę do wy­działu kry­mi­nal­nego, do­wódz­twa i pro­ku­ra­tury. Tuż za krę­tymi scho­dami w po­miesz­cze­niu z ku­lo­od­por­nego szkła po­ru­szali się bez­gło­śnie ofi­cer dy­żurny i szef cen­trali ko­mu­ni­ka­cyj­nej.

- Gdzie pań­stwo są te­raz? - za­py­tał Fre­drik. - Na­dal w domu?

- Tak. Za­mie­rza­li­śmy od­wieźć dzieci, a po­tem po­je­chać do mia­sta, bo... No, mie­li­śmy tam sprawę do za­ła­twie­nia.

- Do­brze by było spoj­rzeć na to zdję­cie. Czy mo­gliby pań­stwo wpaść do ko­mi­sa­riatu? Ja mu­szę się roz­mó­wić z sze­fem.

- Mo­żemy być około je­de­na­stej.

- Do­brze. Pro­szę o mnie spy­tać w re­cep­cji.

Sły­szał w apa­ra­cie od­dech Hen­rika.

- Jest pan tam jesz­cze? - za­py­tał, gdy nie pa­dła żadna od­po­wiedź.

- Tak, prze­pra­szam. To Ma­lin. Za­sta­na­wiamy się nad czymś...

- Mia­no­wi­cie?

- Nie, to nic, co...

Hen­rik urwał, a Fre­drik usły­szał w tle ci­che mam­ro­ta­nie. Coś o dzie­ciach.

- Wo­bec tego do zo­ba­cze­nia o je­de­na­stej - roz­legł się znowu głos Hen­rika.

- Czy zdję­cie le­żało w skrzynce lu­zem? - za­py­tał Fre­drik.

- Nie, było w ko­per­cie. A dla­czego pan pyta?

- Pro­szę przy­nieść też tę ko­pertę.

- O ile ją znaj­dziemy - od­parł Hen­rik. - Nie bar­dzo wiem, gdzie się po­działa.

Fre­drik po­czuł na­ra­sta­jące zde­ner­wo­wa­nie. Po­my­ślał, że to nie­spra­wie­dliwe. Nie można sta­wiać po­li­cyj­nych wy­ma­gań lu­dziom, któ­rzy nie są po­li­cjan­tami. Ale mimo wszystko chciał spró­bo­wać.

- Ma­lin była bar­dzo wzbu­rzona - do­dał Hen­rik.

- Pro­szę spo­koj­nie po­szu­kać. To może być ważne.

Hen­rik Kjel­lan­der się­gnął po pla­sti­kową teczkę ze zdję­ciem i ko­pertą dla Fre­drika.

- Zna­leź­li­śmy ko­pertę - po­wie­dział. - Ma­lin bez za­sta­no­wie­nia wło­żyła ją z po­wro­tem do skrzynki.

- To do­brze - od­parł Fre­drik. - We­zmę ją na dół do tech­ni­ków, jak tylko skoń­czymy.

Spoj­rzał na fo­to­gra­fię. W od­róż­nie­niu od tej, którą zna­leźli w szafce z po­ścielą, przed­sta­wiała tylko Hen­rika i Ma­lin. Kto­kol­wiek chciał wy­stra­szyć tych lu­dzi, wy­brał sku­teczny spo­sób. Zo­ba­cze­nie sie­bie bez oczu na zdję­ciu działa na emo­cje. Jest znacz­nie moc­niej­sze niż li­sty czy te­le­fony z po­gróż­kami. No i sam fakt, że to oczy...

Kiedy pa­trzył na zdję­cie w prze­zro­czy­stej teczce, na­gle za­miast Ma­lin i Hen­rika zo­ba­czył na nim Ninni i sie­bie. Stali przed swoim do­mem na Go­tlan­dii, uśmie­cha­jąc się do obiek­tywu, ale ich oczo­doły ziały pustką, a na ich kra­wę­dziach były strzępki pa­pieru i resztki gra­fitu. Po­tem po­ja­wiło się trze­cie zdję­cie, które nie było tylko zdję­ciem, lecz rze­czy­wi­sto­ścią - co prawda po­cho­dzącą z wy­ko­le­jo­nej wy­obraźni, ale i tak nie­zwy­kle re­alną. On i Ninni bez oczu, nie tyle po­nu­rzy i czarno-biali, ile za­krwa­wieni, mar­twi, o prze­ra­żo­nych, zde­for­mo­wa­nych twa­rzach.

Fre­drik zwal­czył te wi­zje i kie­ru­jąc się pro­fe­sjo­na­li­zmem, pró­bo­wał wy­rzu­cić z głowy tego ro­dzaju fan­ta­zje. Kogo by po­dej­rze­wał, gdyby pod­rzu­cono mu do skrzynki po­dobne zdję­cie przed­sta­wia­jące Ninni i jego? Pew­nie ko­goś, kogo wsa­dził za kratki.

Pod­niósł wzrok znad fo­to­gra­fii i spoj­rzał w ich nie­spo­kojne oczy. Ma­lin gwał­tow­nie się na­chy­liła nad sto­łem.

- To jest na­prawdę cho­ler­nie nie­przy­jemne - po­wie­działa. - Jakby wszystko mo­gło się zda­rzyć.

- Ktoś naj­wy­raź­niej chce was prze­stra­szyć albo wam grozi - za­wy­ro­ko­wał ostroż­nie Fre­drik.

Stwier­dze­nie, że wszystko może się zda­rzyć, jest ra­czej na wy­rost, ale uznał, że w ta­kim mo­men­cie le­piej nie pro­te­sto­wać.

- Roz­ma­wia­li­ście z sio­strami Hen­rika? - za­py­tała Ma­lin.

- Roz­ma­wia­li­śmy - od­parł Fre­drik. - Nie wy­gląda na to, by w so­botę miały szansę do­stać się do domu.

Nie po­dzie­lił się spo­strze­że­niem, że alibi Eli­sa­bet było oparte je­dy­nie na ze­zna­niach naj­bliż­szej ro­dziny i dla­tego oczy­wi­ście można było je trak­to­wać jako mniej wia­ry­godne, niż gdyby zo­stało po­twier­dzone przez ko­goś ob­cego. Alibi to alibi.

- Czyli mu­siał to zro­bić któ­ryś z go­ści? - za­py­tał Hen­rik.

- I tak, i nie - od­po­wie­dział Fre­drik i za­wie­sił głos.

Hen­rik i Ma­lin spoj­rzeli na sie­bie py­ta­jąco.

- Wy­gląda na to, że osoba, która wy­na­jęła pań­stwa dom na ostatni ty­dzień, po­dała fał­szywe na­zwi­sko i ad­res.

Ma­lin za­ci­snęła dło­nie i opu­ściła je na ko­lana.

- Lu­dzie, któ­rzy fi­gu­rują na umo­wie, rze­czy­wi­ście ist­nieją, ale to nie oni byli w pań­stwa domu w tam­tym ty­go­dniu. Nie prze­by­wali na­wet w Szwe­cji.

Ma­lin pa­trzyła na Fre­drika wy­trzesz­czo­nymi oczami, otwie­ra­jąc usta. Od­wró­ciła się do męża.

- Hen­rik - wy­krztu­siła tylko.

- A to spra­wia, że mu­simy po­trak­to­wać całą sprawę nieco po­waż­niej, ale mimo wszystko nie są­dzę...

- To prze­cież... - za­częła Ma­lin i urwała.

Wy­dała głę­bo­kie wes­tchnie­nie.

- To jest cho­ler­nie nie­przy­jemne. Ten ktoś, kim­kol­wiek jest, stał dziś w nocy przy na­szej skrzynce na li­sty. Czło­wiek, który do niej to wci­snął - do­dała, wy­cią­ga­jąc rękę i wska­zu­jąc zdję­cie - musi na­dal prze­by­wać na Go­tlan­dii. Może na­wet na F?rö.

- Tak. To bar­dzo moż­liwe - od­parł Fre­drik.

- Czy są ja­kieś wska­zówki, kto to mógł być? - za­py­tał Hen­rik. - To zna­czy, kto tak na­prawdę za­re­zer­wo­wał dom.

- Nie do końca, ale z ja­kie­goś po­wodu osoba wy­naj­mu­jąca po­dała na­zwi­sko In­ger Kvarn­bäck, za­miesz­ka­łej przy Prins­ga­tan pod nu­me­rem ósmym w Göte­borgu. Lu­dzie po­słu­gu­jący się fał­szy­wymi ad­re­sami czę­sto wy­ko­rzy­stują te z oko­licy, z którą coś ich łą­czy. Czy je­śli spoj­rzą pań­stwo pod tym ką­tem, ten ad­res coś wam mówi?

Długą chwilę mil­czeli, ale po­tem po­krę­cili gło­wami.

- Pro­szę się nad tym jesz­cze za­sta­no­wić. Nie musi cho­dzić kon­kret­nie o Prins­ga­tan. Czy w Göte­borgu mają pań­stwo ja­kie­goś daw­nego zna­jo­mego, ko­legę, ko­go­kol­wiek, komu warto by było bli­żej się przyj­rzeć?

- Chyba w ogóle nie znam ni­kogo w Göte­borgu - od­parł Hen­rik.

- A może pan zna albo pra­co­wał z kimś, kto się tam prze­pro­wa­dził?

Fre­drik uważ­nie śle­dził ich re­ak­cje.

- Pro­szę się nie przej­mo­wać, je­śli to się pań­stwu wy­daje na­cią­gane. In­te­re­suje nas wszystko, co choćby w naj­mniej­szym stop­niu może wy­glą­dać na za­rze­wie kon­fliktu. Nie­za­leż­nie od tego, czy ma zwią­zek z Göte­bor­giem.

17

Ma­lin wy­je­chała z par­kingu po­li­cyj­nego. Do ślu­sa­rza na Söde­rväg miała nie da­lej niż ki­lo­metr. Spraw­dziła w in­ter­ne­cie.

Wy­star­to­wała ner­wowo, gdy świa­tło zmie­niło się na zie­lone, i skrę­ciła w lewo w Norra Han­se­ga­tan. Miała wra­że­nie, że drży na ca­łym ciele, ale prawa dłoń, ob­słu­gu­jąca kie­row­nicę i skrzy­nię bie­gów, po­zo­sta­wała nie­ru­choma i zde­cy­do­wana. Cała dy­go­tała w środku.

Kiedy wy­jęła zdję­cie z ko­perty i zo­ba­czyła, co przed­sta­wia, po­czuła się tak, jakby coś ją ude­rzyło z ogromną siłą. Coś ją za­częło uwie­rać i nie prze­sta­wało. Małe ziarno nie­pew­no­ści, z któ­rego w każ­dej chwili mo­gła wy­ro­snąć kłu­jąca ro­ślina. Dzi­wiło ją, że na­dal jest w sta­nie trzeźwo my­śleć, po­dej­mo­wać de­cy­zje, pro­wa­dzić sa­mo­chód i roz­ma­wiać z ludźmi, jakby wszystko było po sta­remu.

To było jak ostrze­że­nie, które tylko ona była w sta­nie usły­szeć.

Nie chciała cze­kać, alarm na­le­żało pod­łą­czyć jesz­cze tego sa­mego dnia. Miała na­dzieję, że będą mo­gli zro­bić to sami. Je­śli ko­nieczna była wi­zyta mon­tera z Visby, z pew­no­ścią zaj­mie to kilka dni, może na­wet ty­dzień. W in­ter­ne­cie wy­czy­tała, że nie­które alarmy są pro­ste w mon­tażu, ale nie było pewne, czy ślu­sarz, do któ­rego za­mie­rzali się udać, sprze­daje aku­rat ta­kie.

- Byle tylko nie trzeba było cze­kać też na do­stawę - po­wie­działa - bo wtedy bę­dzie to trwało w nie­skoń­czo­ność.

- Może nie po­win­ni­śmy się na­sta­wiać, że będą mieli coś na miej­scu - po­wie­dział Hen­rik, pa­trząc na Öster­cen­trum, które miał przed sobą.

- Mu­sisz być tak ne­ga­tyw­nie na­sta­wiony?

Do­dała gazu.

Mó­wił jak jej oj­ciec.

- Nie je­stem ne­ga­tyw­nie na­sta­wiony. Chcę tylko po­wie­dzieć, że mogą nie mieć tego to­waru w ma­ga­zy­nie.

- Dla­czego? Sprze­dawca te­le­wi­zo­rów ma ich w ma­ga­zy­nie całe mnó­stwo. No to chyba ślu­sarz może mieć w ma­ga­zy­nie alarmy?

- No tak, oczy­wi­ście.

- Je­śli nie będą nic mieli na miej­scu, za­mó­wimy przez in­ter­net. Wów­czas do­sta­niemy do­kład­nie to, czego bę­dziemy chcieli, i to pew­nie już po dwóch, trzech dniach. Tu­taj pró­bu­jemy tylko dla­tego, że może uda się ku­pić na­tych­miast.

- Może nie wszystko na­raz - po­wie­dział Hen­rik.

- Co ta­kiego?

- Chcę po­wie­dzieć, aby­śmy naj­pierw zo­ba­czyli, co mają w ofer­cie, a do­piero póź­niej zde­cy­do­wali o wy­bo­rze.

- Chyba nie ma nic złego w uło­że­niu so­bie planu B? - od­parła zde­ner­wo­wana.

- No ja­sne, że nie.

Hen­rik od­wró­cił wzrok. Ma­lin uświa­do­miła so­bie, że je­dzie z pręd­ko­ścią sie­dem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę na dro­dze z ogra­ni­cze­niem do pięć­dzie­się­ciu. Zdjęła nogę z gazu.

Nie miała cier­pli­wo­ści, gdy w Hen­rika wstę­po­wał taki roz­tro­pek. Jak ja­kaś cho­lerna ko­twica, która tylko spo­wal­nia. Naj­bar­dziej jej do­skwie­rało, że to na­wet nie było w jego stylu. Ni­gdy tak się nie za­cho­wy­wał przy klien­tach lub swo­ich przy­ja­cio­łach. Przy jej przy­ja­cio­łach zresztą też nie. Jakby sama to w nim bu­dziła. Kiedy na­bie­rała ener­gii i en­tu­zja­zmu, uru­cha­miało to w nim ha­mu­lec. Cza­sami może było i do­bre, że oboje nie za­pa­lali się na sto pro­cent, ale tego dnia bu­dziło to jej wście­kłość.

Skrę­ciła w lewo, prze­je­chała w po­przek drogi i za­par­ko­wała nie­równo przed skle­pem Go­tlandz­kie Zamki i Szkło. Na du­żym as­fal­to­wym placu było wy­star­cza­jąco dużo miej­sca.

Kiedy wy­szli z sa­mo­chodu, przy­glą­dała się wi­try­nie. Grube łań­cu­chy do przy­pi­na­nia ro­we­rów i mo­to­ro­we­rów są­sia­do­wały tam z sej­fem i szyl­dem re­kla­mo­wym do mon­to­wa­nia na ogro­dze­niu.

Fał­szywe na­zwi­sko. To brzmiało tak pa­skud­nie. I po­waż­nie. Ktoś na­prawdę za­dał so­bie trud, by do­stać się do ich domu bez po­zo­sta­wia­nia śla­dów. Żeby ich wy­stra­szyć, roz­draż­nić, żeby się ze­mścić? Ma­lin była pewna, że za wszyst­kim stoi któ­raś z sióstr Hen­rika, je­den z ich mę­żów lub ja­kiś krewny. Ale te­raz... Oczy­wi­ście sio­stra Hen­rika mo­gła wy­na­jąć dom na na­zwi­sko Kvarn­bäck, ale Fre­drik Bro­man przed­sta­wił to tak, jakby w ogóle nie były po­dej­rzane. Albo w nie­wiel­kim stop­niu. Kto więc za tym stał? Nie­zna­jomy świ­rus z Göte­borga, który wy­brał ich so­bie z Bóg wie ja­kiego po­wodu? Nie, to się wy­da­wało zbyt sza­lone.

Nie wspo­mniała o ko­bie­cie, która stała przed szkołą i się na nią ga­piła. Nie po­wie­działa nic o szep­cie, który usły­szała w Ny­ströms. Na­dal nie po­tra­fiła z prze­ko­na­niem stwier­dzić, czy był to szept, czy tylko dźwięk drzwi.

Czy po­winna po­in­for­mo­wać o tym po­li­cję? Tak. W każ­dym ra­zie o ko­bie­cie przed szkołą. Jak tylko będą z po­wro­tem w domu z alar­mem, za­dzwoni do Fre­drika Bro­mana. A je­śli to wszystko jej sprawka?

Tylko po co mia­łaby to ro­bić?

18

El­len była do­bra w znaj­do­wa­niu drogi. Tak mó­wiła mama. Ja­sne, że wie­działa, gdzie jest przy­stań pro­mowa. Bar­dzo bli­sko. Wy­star­czyło je­chać pro­sto ze szkoły, po­tem sze­roką drogą obok sklepu Ica, jesz­cze ka­wa­łek i już się było na miej­scu.

Mimo wszystko pani w sa­mo­cho­dzie nie ro­zu­miała, kiedy El­len tłu­ma­czyła jej, jak tam tra­fić. Może była "do­bra w znaj­do­wa­niu", ale w tłu­ma­cze­niu już nie. Albo pani z sa­mo­chodu "nie była za do­bra w ro­zu­mie­niu".

Gdy wy­tłu­ma­czyła to po raz trzeci, pani za­py­tała, czy El­len mo­głaby wsiąść z nią do sa­mo­chodu i po­ka­zać, jak trzeba je­chać. Wtedy na pewno trafi.

El­len nie wie­działa, czy zdąży przed koń­cem prze­rwy obia­do­wej. Ro­zej­rzała się za Lisą, która jesz­cze przed chwilą z nią była. Ni­g­dzie jej nie wi­działa.

- To chyba nie­da­leko? - ode­zwała się pani.

Uśmiech­nęła się sze­roko i od­gar­nęła dło­nią dłu­gie ja­sne włosy, które opa­dły jej na twarz.

- Nie, to bar­dzo bli­sko - od­parła El­len.

- W ta­kim ra­zie mo­żesz po­je­chać ze mną i mi po­ka­zać. Po­tem od­wiozę cię z po­wro­tem.

El­len nie wie­działa, czy tego chce. Obej­rzała się na bu­dy­nek szkoły.

- Nie mogę pły­nąć pro­mem - wy­ja­śniła. - Za­raz za­czy­namy.

- Nie, nie mu­sisz. Od razu cię od­wiozę. Tylko po­każ mi drogę, a na prom wjadę już póź­niej sama.

El­len się za­sta­no­wiła. W ta­kim ra­zie mo­głaby to zro­bić, na­prawdę, ale mimo wszystko nie była prze­ko­nana, czy chce.

- Za­mie­rzam ku­pić ma­łego kotka - wy­ja­śniła pani - ale cał­kiem za­błą­dzi­łam. Tro­chę się mar­twię, że przy­jadę za późno i zo­sta­nie sprze­dany ko­muś in­nemu. Czy pro­mem długo się tam pły­nie?

- Nie, nie tak długo - od­po­wie­działa El­len. - Prom pły­nie wolno, ale to nie­da­leko.

- W ta­kim ra­zie czy mo­gła­byś mi po­ka­zać przy­stań? - za­py­tała pani i otwo­rzyła przed nią drzwiczki.

El­len uznała w końcu, że może to zro­bić. Wszystko pój­dzie szybko i zo­sta­nie od­wie­ziona z po­wro­tem. Po­my­ślała o kotku. By­łaby wielka szkoda, gdyby zo­stał sprze­dany, za­nim ta pani do­trze na miej­sce. Poza tym chyba jej się wy­da­wało, że El­len już się zgo­dziła, więc dziw­nie by­łoby te­raz po­wie­dzieć "nie".

Wsia­dła do sa­mo­chodu.

- Nie za­po­mnij za­piąć pasa - po­wie­działa pani.

- Tak, tak - od­parła El­len i się­gnęła po pas bez­pie­czeń­stwa.

- Po­móc ci?

- Nie, umiem sama.

Pani ru­szyła, za­nim pas klik­nął. Mama ni­gdy tak nie ro­biła.

Kiedy sa­mo­chód od­da­lał się od szkoły, El­len zer­kała na pa­nią. Miała piękne dłu­gie włosy, w któ­rych lśniło słońce. Wy­glą­dała bar­dziej jak duża dziew­czynka niż doj­rzała ko­bieta. Te nie za czę­sto mają ta­kie piękne dłu­gie włosy. Poza tym to nie­zbyt po­ważne imię. El­len, miała na imię tak samo jak ona. To było dziwne, ale też tro­chę fajne. Kiedy ko­bieta za­trzy­mała sa­mo­chód i po­pro­siła dziew­czynkę o wska­za­nie drogi na prom, za­py­tała ją o imię. Kiedy El­len się przed­sta­wiła, pani zro­biła wiel­kie oczy i po­wie­działa: "Na­prawdę? Ja też mam tak na imię". El­len się ro­ze­śmiała, a wtedy ko­bieta w sa­mo­cho­dzie też za­częła się śmiać.

- Je­steś głodna? - za­py­tała duża El­len.

- Nie - od­parła El­len.

- No to może chcesz gumę do żu­cia?

Wło­żyła rękę do kie­szeni kurtki, wy­jęła z niej mały pla­sti­kowy sło­iczek i jej go pod­su­nęła. El­len spoj­rzała na sło­iczek i po chwili zro­zu­miała, że pew­nie jest w nim guma do żu­cia. Otwo­rzyła go, ale po chwili coś jej przy­szło do głowy:

- Wolno mi jeść sło­dy­cze tylko w so­boty.

- Ale to bez cu­kru. Nie li­czy się jako sło­dy­cze. Jest bez­pieczne dla zę­bów.

Duża El­len sama wzięła dwie i wło­żyła do ust. Po­dała sło­iczek dziew­czynce. Ta wło­żyła do środka pa­lec i też wy­cią­gnęła dwie. Tro­chę chru­pały, kiedy za­częła żuć. Miały inny smak. Nie ohydny, ale tro­chę bar­dziej ni­jaki niż zwy­kłe gumy.

Duża El­len uśmiech­nęła się do ma­łej. Miała ładne białe zęby. Może dla­tego, że żuła taką gumę.

- Do­brze, do­kąd mamy te­raz je­chać?

El­len po­pa­trzyła na drogę. Dziwne, ale nie wie­dzieć czemu w ogóle jej nie po­zna­wała. Prze­cież jeź­dziły tędy w każdy szkolny dzień, naj­pierw pro­sto, po­tem w prawo sze­roką drogą obok sklepu Ica i w końcu do­cie­rały do promu. El­len wie­działa, gdzie jest prawo, a gdzie lewo. Nie mu­siała so­bie przy­po­mi­nać, którą rękę po­daje się na po­wi­ta­nie i którą trzyma dłu­go­pis. Ale te­raz w ogóle nie po­zna­wała oko­licy. Czyżby przez wa­ka­cje za­po­mniała trasę? To chyba nie było moż­liwe. Nie ro­zu­miała, co się dzieje, i nie wie­działa, co od­po­wie­dzieć na py­ta­nie.

Spoj­rzała na dużą El­len. Na pa­nią. Już jej się nie po­do­bało, że wy­glą­dała jak duża dziew­czynka.

- No do­bra, ko­le­żanko, do­kąd mamy je­chać? Ostat­nia szansa.

El­len spu­ściła wzrok. Czuła się pu­sta w środku i głodna, choć jesz­cze chwilę wcze­śniej ja­dła. Poza tym czuła pustkę w gło­wie. Nie miała po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć. Słońce nie od­bi­jało się już od wło­sów ko­biety, a na jej po­liczku łusz­czyła się skóra. Nie była już taka słodka. El­len po­cią­gnęła no­sem.

- Jaka "ostat­nia szansa"? - za­pisz­czała.

- Nie, nie, prze­pra­szam, nie o to mi cho­dziło - od­po­wie­działa pani. - To z ta­kiej gry, w którą gra­łam, kiedy by­łam mała. Na kom­pu­te­rze. O ma­łym trollu, który pro­wa­dził po­ciąg. On tak mó­wił. Prze­pra­szam. Na pewno znaj­dziesz drogę do promu. Masz tyle prób, ile chcesz.

El­len po­cią­gnęła no­sem i wy­tarła łzę. Tro­chę jej ulżyło, ale wciąż nie czuła się zbyt do­brze. Chciała po­je­chać z po­wro­tem do szkoły, ale nie miała od­wagi tego za­pro­po­no­wać. Prze­cież obie­cała, że po­każe trasę do promu.

- Jak my­ślisz? Po­win­ny­śmy tu skrę­cić?

Duża El­len za­trzy­mała sa­mo­chód przy dro­dze w prawo. El­len nie wie­działa, gdzie się znaj­dują, ale przy­naj­mniej był to skręt w prawo. Dwa razy kiw­nęła głową bez słowa.

- No to skrę­camy.

Duża El­len po­je­chała w prawo.

- Gra­łaś kie­dyś w tę grę z trol­lem? - za­py­tała.

- Nie - od­parła ci­cho El­len.

- Może już jej nie ma - po­wie­działa duża El­len. - Szkoda, była fajna.

El­len pró­bo­wała so­bie wy­obra­zić trolla pro­wa­dzą­cego po­ciąg. Brzmiało cie­ka­wie. Duża El­len wy­je­chała sa­mo­cho­dem na inną drogę. Tym ra­zem nie py­tała o zda­nie, ale El­len nie po­zna­wała rów­nież tej oko­licy, więc nie miało to dla niej zna­cze­nia.

- W schowku jest DS - oznaj­miła.

El­len nie od­po­wie­działa. Nie wie­działa, o jaki scho­wek cho­dzi.

- Otwórz tamtą skrytkę - wy­ja­śniła i wska­zała mały uchwyt na­prze­ciwko dziew­czynki. Kiedy El­len się nie po­ru­szyła, ko­bieta sama otwo­rzyła scho­wek. Wy­jęła białą kon­solę Nin­tendo DS i po­dała ją El­len.

- Po­my­śla­łam, że może bę­dziesz chciała po­grać.

El­len wzięła przed­miot do ręki, ale na­wet nie pró­bo­wała uru­cho­mić. Nie było sensu za­czy­nać gry, skoro prom był już tak bli­sko. Poza tym miała prze­cież wska­zy­wać drogę. Jak mia­łaby to ro­bić, gra­jąc? Choć już i tak się zgu­biła. Nie miała po­ję­cia, jak tra­fić do promu z miej­sca, w któ­rym były te­raz.

- My­śli pani, że już sprze­dają tego kotka? - za­py­tała.

- Mam na­dzieję, że nie. Ale nie są­dzę. Wszystko się ułoży.

W jej gło­sie nie było już ta­kiego nie­po­koju. Pra­wie jakby już się nie przej­mo­wała ko­tem. El­len znów po­czuła się pu­sta w środku i głodna. Wszystko cią­gle się zmie­niało. Ko­bieta naj­pierw chciała do­trzeć na prom, a po­tem jakby wcale jej nie za­le­żało, czy tra­fią. Po­dob­nie było z kot­kiem. Za­py­tała o drogę, chciała, by El­len po­mo­gła jej tra­fić, ale po­tem ka­zała jej żuć gumę bez cu­kru i grać na kon­soli. Dziew­czynka uświa­do­miła so­bie, że po­peł­niła błąd. Wszyst­kie moż­liwe błędy. Prze­cież nie­raz sły­szała od mamy i taty, żeby nie wsia­dać do sa­mo­chodu z nie­zna­jo­mymi. Nie przyj­mo­wać sło­dy­czy od nie­zna­jo­mych. Ko­bieta co prawda mó­wiła, że to nie są sło­dy­cze, ale może ją oszu­kała.

El­len ob­ra­cała w pal­cach kon­solę. Duża El­len się uśmie­chała. Wy­je­chały z cie­nia, słońce pa­dło na jej włosy i znów wy­glą­dała jak duża dziew­czynka. El­len włą­czyła kon­solę. Uczu­cie pustki tro­chę przy­ga­sło, gdy usły­szała zna­jomą me­lo­dię. Uru­cho­miła się jedna z jej ulu­bio­nych gier. Nin­ten­dogs. Wy­brała chi­hu­ahuę i za­częła grać. Wie­działa, że je­śli bę­dzie grać, nie znaj­dzie drogi na prom, ale po­my­ślała, że mimo wszystko tak jest naj­le­piej. Że o to cho­dzi. Czuła, że je­śli za­cznie grać, ko­bieta bę­dzie za­do­wo­lona.

2

Ma­lin za­glą­dała do ple­cio­nego ko­sza z za­baw­kami, lewą ręką od­cią­ga­jąc El­len.

- Mo­gło to zro­bić ja­kieś zwie­rzę? - za­sta­na­wiał się Hen­rik. - Kot, który się za­kradł do domu?

- To gówno nie wy­gląda mi na ko­cie - stwier­dziła Ma­lin.

Po­czuła lek­kie mdło­ści, tro­chę przy­po­mi­na­jące po­czątki grypy żo­łąd­ko­wej. Pod za­baw­kami le­żał ukryty wielki czarny ba­las. Było to tak obrzy­dliwe, że nie do końca wie­działa, co zro­bić.

- Może pies? - pod­su­nął Hen­rik.

- Chyba ja­kiś chory po­jeb ze­srał się do ko­szyka z za­baw­kami dzieci - po­wie­działa po an­giel­sku, od­su­wa­jąc El­len jesz­cze o kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od ko­sza.

- Co ta­kiego, mamo? Co po­wie­dzia­łaś?

Nie po­tra­fiła wy­ja­śnić, dla­czego prze­szła na an­giel­ski. Tylko jesz­cze bar­dziej za­cie­ka­wiła tym El­len.

- Daj spo­kój, mu­siało się tu do­stać ja­kieś zwie­rzę.

- Je­dy­nym zna­nym mi zwie­rzę­ciem, które za­krada się do do­mów i sra do po­jem­ni­ków, jest kot, ale to nie ko­cia kupa. Poza tym koty, kiedy koń­czą, nie kładą na wierz­chu me­tra sze­ścien­nego za­ba­wek.

- Nie mógł tego zro­bić któ­ryś z go­ści?

Spoj­rzała na Hen­rika. Co miał na my­śli?

- Może nie za­uwa­żyli - uści­ślił - a kiedy mieli po­sprzą­tać...

- Prze­cież mu­siało śmier­dzieć - we­szła mu w słowo.

Hen­rik krótko się za­sta­no­wił, a po­tem wzru­szył ra­mio­nami i pod­niósł kosz.

- Za­biorę to na dół do pralni i spró­buję ja­koś wy­czy­ścić.

- Wszyst­kie za­bawki też trzeba umyć.

- Tak, ro­zu­miem - wark­nął i ru­szył z ko­szem.

- Nie chcia­łam cię wku­rzyć - krzyk­nęła za nim.

Wes­tchnęła. Boże ko­chany. Prze­cież nie było po­wodu, by się o to kłó­cić.

- Chodź - zwró­ciła się do El­len i po­czła­pała z nią do to­a­lety.

Kiedy El­len sa­mo­dziel­nie umyła ręce, Ma­lin opłu­kała jej twarz i ją ro­ze­brała. Wło­żyła dziew­czynce szla­frok, prze­wią­zała i od­pro­wa­dziła z po­wro­tem do sy­pialni, a tam po­sa­dziła na łóżku.

- Po­siedź tu­taj, a ja przy­niosę worki. Ni­czego nie do­ty­kaj. Mu­simy wszystko wy­prać.

- Ale kró­lik... - za­częła pro­te­sto­wać El­len.

- Jego też trzeba wy­prać. Nie ru­szaj ni­czego, ro­zu­miesz? Siedź spo­koj­nie, do­póki nie wrócę.

El­len ski­nęła głową.

Scho­dząc po scho­dach, a w za­sa­dzie ska­cząc na jed­nej no­dze, na­gle po­czuła, że po­peł­niła błąd, zo­sta­wia­jąc El­len na gó­rze. To uczu­cie z każ­dym kro­kiem było sil­niej­sze. Jakby ktoś obcy zo­sta­wił tam swój trwały ślad. Oczy­wi­ście, tak było, ale cho­dziło rów­nież o coś nie­wi­docz­nego. Może po­winna zejść ra­zem z El­len? Wtedy jed­nak Axel zo­stałby na gó­rze sam.

A je­śli w domu ktoś był? Ta myśl rzu­ciła się na nią bez ostrze­że­nia, przy­pra­wia­jąc o przy­spie­szony od­dech. Pró­bo­wała ją stłu­mić siłą. Dla­czego w domu miałby ktoś być?

Na­tar­czywe my­śli. Zwy­kle ta­kich nie mie­wała. Tym ra­zem jed­nak nie za­mie­rzała się kłaść, do­póki Hen­rik nie prze­szuka ca­łego domu. Wy­su­nęła naj­niż­szą szu­fladę w kuchni i szybko ode­rwała jak naj­wię­cej fo­lio­wych wor­ków. Naj­chęt­niej po pro­stu wy­rzu­ci­łaby wszyst­kie za­bawki, które miały choćby naj­mniej­szy kon­takt z od­cho­dami, ale oczy­wi­ście nie mo­gła tego zro­bić.

- Ja się tym zajmę! - za­wo­łał Hen­rik z ła­zienki. - Nie prze­cią­żaj stopy.

- Ża­den pro­blem! - od­krzyk­nęła. - Dam radę.

Wró­ciła na górę. Wcho­dzić było ła­twiej, niż scho­dzić. Za­częła pa­ko­wać wszyst­kie rze­czy, które El­len zdą­żyła wy­cią­gnąć, i do­szła do wnio­sku, że wzięła sta­now­czo za dużo wor­ków. Wy­star­czy­łyby trzy. Dwa do pa­ko­wa­nia i je­den do na­ło­że­nia so­bie na rękę, żeby nie mu­sieć do­ty­kać tego świń­stwa. Ze­szła z El­len do kuchni. Wpa­dło jej do głowy, że po­winna mieć kap­cie, na wy­pa­dek gdyby ka­wał­ków szkła było wię­cej. Po­sa­dziła El­len w krze­sełku i po­szła po jej białe kap­cie kró­liczki. Kiedy z dwoma wor­kami po­ja­wiła się w pralni, Hen­rik stał przy zle­wie i szo­ro­wał po­jem­nik na za­bawki. Gwał­tow­nie uniósł wzrok.

- Może ktoś wkła­dał też fiutka do fi­li­ża­nek - rzu­cił Hen­rik z krzy­wym uśmie­chem.

- Mu­sisz być taki obrzy­dliwy? To chyba ostat­nie, co mia­ła­bym ochotę usły­szeć.

- Ale...

Opa­dła na krze­sło w kuchni i sie­działa sztywna, jakby po­łknęła kij. Nie chciała sko­rzy­stać z opar­cia, nie chciała dać ręki na stół i mu­siała się po­wstrzy­mać przed zwró­ce­niem uwagi El­len, która po­ło­żyła głowę na bla­cie.

Bę­dzie mu­siała wy­sprzą­tać cały dom od pod­łogi po su­fit, za­nim znów po­czuje się w nim kom­for­towo. Stłu­miła wes­tchnie­nie i wy­cią­gnęła dłoń do El­len.

- Chodź, idziemy się po­ło­żyć.

Ma­lin po­słała łóżko El­len i uło­żyła w nim małą. Otwo­rzyła okno, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że rześ­kie po­wie­trze póź­no­let­niej nocy oczy­ści po­miesz­cze­nie po ob­cych, któ­rzy cho­dzili po ich po­ko­jach, brali so­bie ich rze­czy, roz­ma­wiali, śmiali się i prze­kli­nali w tych czte­rech ścia­nach.

Ona i Hen­rik po­trze­bo­wali pie­nię­dzy i wy­na­ję­cie domu wy­da­wało się bar­dzo pro­stym roz­wią­za­niem. Po tym wszyst­kim jed­nak nie mie­ściło jej się w gło­wie, jak mo­gli wpaść na tak sza­lony po­mysł.

Otwo­rzyła oba okna w ich wspól­nej sy­pialni i wy­cią­gnęła czy­stą po­ściel. Za­nim za­częła słać łóżko, wy­trze­pała koł­dry za oknem. Ro­biła, co mo­gła, by zdu­sić myśl, że trzeba je spa­lić ra­zem z ma­te­ra­cami i łóż­kami i że tej nocy nie bę­dzie mo­gła za­snąć, je­śli nie przy­niosą dwóch no­wych łó­żek z bu­dynku dla go­ści.

Odło­żyła koł­dry i chwy­ciła po­duszki, żeby je także prze­wie­trzyć. Za­wa­hała się, sły­sząc, że Hen­rik krzy­czy coś z dołu.

- Co? Nie sły­szę! - od­krzyk­nęła.

Sama zdała so­bie sprawę, że w jej gło­sie sły­chać złość, ale nic na to nie po­tra­fiła po­ra­dzić.

Za­miast krzy­czeć jesz­cze gło­śniej, Hen­rik wszedł na górę. Za­trzy­mał się w drzwiach.

- Cho­wa­łaś zdję­cia z pra­cowni?

- Ja­kie zdję­cia?

- Na­sze. Z pra­cowni. Scho­wa­łaś je przed wy­jaz­dem?

- Nie.

- Na pewno?

Ma­lin przez kilka se­kund się za­sta­na­wiała. Nie mu­siała, ale Hen­rik za­py­tał tak po­waż­nym to­nem, że już sama nie była pewna. Przed wy­na­ję­ciem domu scho­wała sporo przed­mio­tów i za­mknęła w bu­dynku dla go­ści. Nie zdej­mo­wała jed­nak por­tre­tów ro­dzin­nych ze ścian pra­cowni.

Po­ki­wała głową.

Su­ge­ru­jąca zmar­twie­nie bruzda wró­ciła mię­dzy brwi Hen­rika.

- A o co cho­dzi? - za­py­tała.

- Nie ma ich.

- Nie ma?

- Tak. A w każ­dym ra­zie nie wi­szą już na ścia­nie.

- Co?

Spoj­rzała na niego z po­wąt­pie­wa­niem.

- Ktoś mu­siał je zdjąć. Nic z tego nie ro­zu­miem.

Ma­lin rzu­ciła po­duszkę na łóżko.

- Co za cho­lerne pa­jace tu były? Gówno, szkło i... kto robi ta­kie rze­czy? A je­śli na tym nie ko­niec? Kto wie, co jesz­cze wy­my­ślili.

Prze­szył ją zimny, mroczny dreszcz. Kra­dzież ich ro­dzin­nych por­tre­tów. To było ta­kie oso­bi­ste, tak agre­sywne.

Hen­rik wes­tchnął głę­boko.

- Ju­tro z sa­mego rana za­dzwo­nię do po­śred­ni­ków. Prze­szu­kam też szafki na dole. Może, skoro mają małe dzieci, scho­wali zdję­cia i za­po­mnieli po­wie­sić z po­wro­tem.

- Wąt­pię, czy...

Ma­lin urwała, zda­jąc so­bie sprawę, że mówi o wiele za gło­śno. Pra­wie krzy­czy. Ści­szyła głos.

- Wąt­pię, czy lu­dzie, któ­rzy srają w za­baw­kach in­nych, mie­liby tyle taktu.

Hen­rik zro­bił minę su­ge­ru­jącą, że pew­nie ma ra­cję. Mimo wszystko zszedł na po­szu­ki­wa­nia, a Ma­lin za­częła słać łóżko.

Kiedy chciała wy­cią­gnąć po­szewki, z szafki na bie­li­znę wy­pa­dła ja­kaś kartka. Ma­lin ją od­wró­ciła i na­tych­miast spo­strze­gła, że to jedno ze zdjęć z pra­cowni. Przed­sta­wiało całą ro­dzinę ra­zem na plaży Nor­sta Au­ren. Zro­bił je ko­lega Hen­rika z daw­nych lat, gdy ich od­wie­dził la­tem ubie­głego roku. Tam jed­nak, gdzie wcze­śniej były ich pa­trzące w obiek­tyw oczy, znaj­do­wały się te­raz cztery pary dziur. Świa­tło noc­nej lampki prze­szy­wało je na wy­lot.

Tym ra­zem Ma­lin nic so­bie nie ro­biła z wła­snego krzyku.

19

Pły­nęli Bo­dillą przez cie­śninę, a na tyl­nym sie­dze­niu le­żały czę­ści do alarmu za sześć ty­sięcy pięć­set ko­ron. Był bez­prze­wo­dowy i rze­komo ła­two go było za­in­sta­lo­wać sa­mo­dziel­nie. Ślu­sarz po­ka­zał im bro­szurę z in­struk­cją i po­wie­dział, że je­śli cze­goś nie będą ro­zu­mieli, wy­star­czy za­dzwo­nić i za­py­tać.

Ma­lin opu­ściła szybę i wy­sta­wiła rękę. Spoj­rzała pod słońce. Do­stała to, czego chciała, a obawy Hen­rika oka­zały się bez­pod­stawne. Bo­dilla kop­ciła nie­mi­ło­sier­nie, a jej żółta bla­cha lśniła w słońcu. Ma­lin po­czuła ulgę i praw­dziwą sa­tys­fak­cję. Czło­wiek, który za tym wszyst­kim stoi, prze­kona się, że po­tra­fią pod­jąć rę­ka­wicę. Tak ła­two nie prze­pę­dzi ich z wy­spy. A je­śli ten sza­le­niec spró­buje cze­goś jesz­cze, będą go mieli na twar­dym dysku sys­temu alar­mo­wego.

Sys­tem pil­no­wał, by drzwi były za­mknięte na klucz, a czuj­niki ru­chu uru­cho­mi­łyby alarm, gdyby ktoś do­stał się do domu w inny spo­sób niż przez drzwi. Ma­lin na­szki­co­wała plan bu­dynku, a ślu­sarz do­szedł do wnio­sku, że po­winny wy­star­czyć cztery czuj­niki. Gdyby po­trze­bo­wali ich wię­cej, ła­two bę­dzie uzu­peł­nić in­sta­la­cję. Do­ku­pili rów­nież sys­tem mo­ni­to­ringu z trzema ka­me­rami, rów­nież ste­ro­wa­nymi przez czuj­niki ru­chu. Po uru­cho­mie­niu ka­mery wy­sy­łały zdję­cia na twardy dysk sys­temu alar­mo­wego i na te­le­fon wła­ści­cieli. Nu­mery pro­gra­mo­wało się sa­memu w cen­trali, którą na­le­żało scho­wać w sza­fie lub w szafce, naj­le­piej na pię­trze. Ślu­sarz za­de­mon­stro­wał to w skle­pie. Po­cząt­kowo wy­glą­dało jak tech­no­lo­gia z fil­mów science fic­tion, ale oka­zało się rów­nie ła­twe jak zmiana ka­nału w te­le­wi­zo­rze.

Ma­lin po­ło­żyła prawą dłoń na udzie Hen­rika i po­gła­dziła pal­cami we­wnętrzne szwy dżin­sów. Po­czuła za­pach druku z ga­zet, które Hen­rik przy oka­zji ku­pił. Le­żały na gru­bym sto­sie obok re­kla­mó­wek z czę­ściami do alarmu.

Męż­czy­zna się na­chy­lił i lekko ugryzł ją w kark, a jed­no­cze­śnie prze­lot­nie do­tknął jej piersi. Po­czuła go­rącą bły­ska­wicę, która wy­strze­liła z prze­pony do miej­sca mię­dzy no­gami. Po raz pierw­szy od po­wrotu do domu z wa­ka­cji była na­prawdę na­pa­lona.

Naj­pierw alarm, po­my­ślała. Hen­rik prze­su­nął pal­cem po bro­dawce jej sutka. Za­dzwo­nił te­le­fon. Się­gnęła do tyłu po torbę, a Hen­rik po­woli opadł z po­wro­tem na swój fo­tel i lekko wes­tchnął.

- Tu Ma­lin - po­wie­działa.

Dzwo­niła wy­cho­waw­czyni klasy El­len, Anita Frisk. Za­częła się wi­kłać w roz­wle­kłe hi­sto­rie o tym, co dzieci ro­biły w cza­sie prze­rwy obia­do­wej, a na końcu za­py­tała:

- Nie ode­brali pań­stwo El­len wcze­śniej?

Ma­lin miała kło­pot ze zro­zu­mie­niem, o co do­kład­nie ko­bie­cie cho­dzi.

- Nie, nie ode­bra­li­śmy jej - od­po­wie­działa i się skrzy­wiła. - Dla­czego pani pyta?

Do­piero kiedy unio­sła wzrok na Hen­rika i zo­ba­czyła jego zmar­twioną minę, do­tarło do niej, co ozna­czało pierw­sze py­ta­nie wy­cho­waw­czyni. A ra­czej: co mo­gło ozna­czać.

- O co cho­dzi? - szep­nął Hen­rik.

- Jak to? El­len tam nie ma? - do­py­ty­wała Ma­lin.

- Po prze­rwie obia­do­wej nie po­ja­wiła się na lek­cjach.

Wy­da­wało się, że głos Anity Frisk drży, ale mo­gła to być kwe­stia złego za­sięgu.

- Nie po­ja­wiła się? Jak to?

Ma­lin sku­piła wzrok na oczach Hen­rika. Sie­dział sztywno w fo­telu obok.

- Wy­szli­śmy i roz­glą­da­li­śmy się po dzie­dzińcu, ale jej tam nie było. Ani ni­g­dzie w szkole. Więc po­my­śle­li­śmy, że...

- Boże ko­chany, która jest te­raz go­dzina?

Ma­lin spoj­rzała na de­skę roz­dziel­czą. Była dwu­na­sta trzy­dzie­ści.

- Kiedy się skoń­czyła prze­rwa obia­dowa?

- Dzie­sięć po dwu­na­stej - od­parła wy­cho­waw­czyni.

- Dzie­sięć po dwu­na­stej. To prze­cież dwa­dzie­ścia mi­nut temu. Dwa­dzie­ścia mi­nut. Dla­czego nie da­li­ście znać?

Mó­wiła pi­skli­wym gło­sem i była bli­ska pła­czu.

- Dla­czego, do cho­lery, nie za­dzwo­ni­li­ście wcze­śniej?

- Szu­ka­li­śmy dzieci, które były z nią pod­czas prze­rwy...

- Prze­cież to chore. Moja córka za­gi­nęła, a wy dzwo­ni­cie do mnie do­piero po dwu­dzie­stu mi­nu­tach. Nie zda­je­cie so­bie sprawy z po­wagi sy­tu­acji?

Ma­lin sie­działa po­chy­lona, na­prę­ża­jąc pas. Pa­trzyła przez boczną szybę na błę­kitne niebo, ale przed oczami miała tylko ro­dzinny por­tret, na któ­rym oczy El­len zo­stały za­stą­pione przez dwie dziury. Zro­biło jej się nie­do­brze.

- Co się dzieje? - wy­ce­dził sie­dzący obok Hen­rik.

- Pani Ma­lin, chęt­nie po­roz­ma­wiam o tym, co po­win­ni­śmy byli zro­bić i kiedy - od­parła wy­cho­waw­czyni - ale te­raz le­piej się skon­cen­trujmy na po­szu­ki­wa­niu El­len.

Ma­lin czuła się jak spa­ra­li­żo­wana pie­kącą falą wście­kło­ści, która ją ogar­nęła. Miała ochotę krzy­czeć i ko­pać, ale nie mo­gła się po­ru­szyć. Pie­przona idiotka. Pie­przona Anita Frisk. W końcu pa­ra­liż od­pu­ścił.

- Dzwo­ni­li­ście na po­li­cję?

- Nie, naj­pierw skon­tak­to­wa­łam się z pań­stwem. My­śle­li­śmy, że El­len jest z wami.

- Dzwo­nię na po­li­cję. Wy pójdź­cie do przed­szkola i sprawdź­cie, czy jest tam Axel. W ostat­nim cza­sie otrzy­my­wa­li­śmy groźby. Nie wspo­mi­na­łam o tym, ale na­prawdę nam gro­żono i to może...

Nie była w sta­nie do­koń­czyć.

- Już tam by­li­śmy - od­parła Anita Frisk. - Po­my­śle­li­śmy, że El­len mo­gła do niego pójść, ale oka­zało się, że nie.

- Dzwo­nię na po­li­cję - po­wtó­rzyła Ma­lin. - Już je­dziemy. Je­ste­śmy te­raz na pro­mie, tyle że pły­nie w prze­ciwną stronę. Do­trzemy na miej­sce tak szybko, jak to moż­liwe. Pro­szę za­dzwo­nić, je­śli bę­dzie pani mieć nowe in­for­ma­cje.

Po tych sło­wach roz­łą­czyła się bez po­że­gna­nia.

- O co cho­dzi? - spy­tał Hen­rik, pa­trząc na nią z nie­po­ko­jem.

- El­len znik­nęła. Nie wró­ciła do szkoły po prze­rwie obia­do­wej.

Ma­lin pod­nio­sła te­le­fon i pró­bo­wała wy­brać 112.

- Coś się stało? Jak to "znik­nęła"?

- Nie wiem. Nie wia­domo, co się stało. Nikt nic nie wie. Po pro­stu jej nie ma. Dzwo­nię na po­li­cję.

Hen­rik mil­czał, gdy Ma­lin na­ci­skała zie­loną słu­chawkę.

- Co po­wie­dzieli o Axelu? - za­py­tał w końcu.

- Jest na miej­scu. Byli w przed­szkolu i szu­kali El­len. Mu­simy tam po­je­chać.

Od­wró­ciła się i unio­sła wzrok na mo­stek promu znaj­du­jący się na pod­wyż­sze­niu nad po­kła­dem sa­mo­cho­do­wym.

- Mu­simy im ka­zać za­wró­cić.

- Już do­pły­nę­li­śmy - od­parł Hen­rik.

Prom się za­chy­bo­tał, bo wła­śnie do­bili do brzegu. Ma­lin wy­pu­ściła z ręki te­le­fon, który wy­lą­do­wał pod pe­da­łami. Zgięta wpół pró­bo­wała go do­się­gnąć, ale blo­ko­wał ją pas.

- Kurwa, kurwa mać! - za­częła krzy­czeć przez łzy.

Po chwili się uwol­niła - naj­wy­raź­niej Hen­rik roz­piął za nią pas - i mo­gła pod­nieść te­le­fon. Po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane. Po­now­nie wy­brała nu­mer, na­ci­snęła zie­loną słu­chawkę, przy­ło­żyła ko­mórkę do ucha.

Bramka otwo­rzyła się z brzę­kiem i roz­bły­sło zie­lone świa­tło dla ich pasa. Prze­ło­żyła te­le­fon do le­wej dłoni i pró­bo­wała prze­krę­cić klu­czyk w sta­cyjce, ale sil­nik nie wy­dał żad­nego dźwięku. Sa­mo­chód ani drgnął.

- Co, do cho­lery... - jęk­nęła.

Hen­rik wy­cią­gnął rękę. Chciał prze­jąć roz­mowę. Ma­lin go ode­pchnęła i maj­stro­wała klu­czy­kiem, do­póki nie spo­strze­gła, że dźwi­gnia jest usta­wiona w po­zy­cji do jazdy. Naj­wy­raź­niej bez­myśl­nie ją prze­rzu­ciła.

Roz­legł się klak­son sa­mo­chodu za nimi. Miała ochotę wy­biec i krzyk­nąć do tych lu­dzi, że jej córka za­gi­nęła, a po­tem za­cząć ko­pać bla­chę i ka­zać im spier­da­lać z ta­kimi zmar­twie­niami jak to, że zjadą z promu kilka se­kund póź­niej.

Wszystko ru­nęło, a ona przez cały czas wi­działa przed sobą cztery pary oczu. Choć tak na­prawdę wpa­try­wały się w nią nie oczy, lecz dziury wy­kłute w zdję­ciu.

20

W sa­mo­cho­dzie pa­no­wała ci­sza. Gu­stav pro­wa­dził, Sara sie­działa obok, a Fre­drik z tyłu. Pa­trzył na prze­su­wa­jący się za szybą ską­pany w słońcu kra­jo­braz. Tę samą trasę on i Sara prze­byli trzy dni wcze­śniej, je­śli nie li­czyć ostat­niego od­cinka na F?rö. Wtedy cho­dziło o coś drob­nego, bła­hostkę. Tym ra­zem sprawa była tak ważna, że mo­gła się oka­zać naj­gor­szym kosz­ma­rem.

Czyżby zbyt lekko po­trak­to­wali groźby pod ad­re­sem ro­dziny? Fre­drik chciałby od­po­wie­dzieć, że zro­bili wszystko, na co tylko po­zwa­lały im in­for­ma­cje prze­ka­zane przez Ma­lin An­ders­son i Hen­rika Kjel­lan­dera. Prze­słu­chali przy­rod­nie sio­stry Hen­rika na F?rö. Spraw­dzili go­ści. Nie za­nie­dbali sprawy. Mimo to nie po­tra­fił się nie za­sta­na­wiać, co jesz­cze mo­gli zro­bić.

- Mi­nęło prze­cież tak nie­wiele czasu - prze­rwała ci­szę Sara. - To może być wszystko. Dziew­czynka mo­gła się po­kłó­cić z ko­le­żan­kami i wy­biec.

Fre­drik mruk­nął coś w od­po­wie­dzi. Sie­dzący za kie­row­nicą Gu­stav mil­czał. Oczy­wi­ście, mo­gła mieć ra­cję, ale Fre­drik był pewny, że wszy­scy w mil­cze­niu oswa­jają się z my­ślą, że zmie­rzają ku ka­ta­stro­fie. Nie po­znał El­len, wi­dział tylko jej zdję­cie, i to po­zba­wione oczu. Mimo to z ła­two­ścią mógł ją so­bie wy­obra­zić. Ba­wiła się w pia­sku na Nor­sta Au­ren. Wy­obraź­nia do­ło­żyła jej na­wet pełne ra­do­ści ży­cia oczy. Pró­bo­wał się uchwy­cić tych my­śli. Rów­nie do­brze mo­gły na­dal krą­żyć wo­kół siel­skiej plaży i nie ucie­kać do cze­goś in­nego, prze­ra­ża­ją­cego.

Zro­biło mu się tak nie­przy­jem­nie, że aż po­czuł ciarki. Miał ego­istyczną na­dzieję, że zo­sta­nie mu to oszczę­dzone. Że to nie on bę­dzie mu­siał sta­nąć przed mar­twą sied­mio­latką gdzieś na le­śnej po­la­nie, gdyby cała sprawa mimo wszystko miała nie­szczę­śliwy fi­nał. Że nie bę­dzie mu­siał sie­dzieć przy zdru­zgo­ta­nych ro­dzi­cach, w nie­ludz­kiej sy­tu­acji pró­bu­jąc wy­cią­gnąć z nich ja­kieś in­for­ma­cje.

Wie­dział jed­nak, że to by­łoby nie­unik­nione. Taką miał pracę. Po­le­gała na zaj­mo­wa­niu się po­dob­nymi spra­wami. Wy­trzy­my­wa­niu.

Pró­bo­wał się sku­pić na wi­do­kach, tro­chę jak cier­piący na cho­robę lo­ko­mo­cyjną pa­sa­żer wpa­tru­jący się w ho­ry­zont.

Nie­przy­jemne my­śli zwy­kle nie ści­gały go w taki spo­sób. Przy­naj­mniej w dro­dze na miej­sce zbrodni. Z re­guły po­tra­fił się kon­cen­tro­wać na za­da­niu, za­cho­wy­wać chłodny umysł, a uczu­cia zo­sta­wiać na póź­niej. Tym ra­zem jed­nak naj­wy­raź­niej było ina­czej. A może po pro­stu to on stał się in­nym czło­wie­kiem?

Gu­stav sie­dział za kie­row­nicą z za­ciętą miną. Czy jego my­śli bie­gły po­dob­nymi to­rami?

Sara spoj­rzała na ze­ga­rek, wy­jęła z kie­szeni ko­mórkę i przez chwilę coś na niej ro­biła, ale po­tem znów ją scho­wała.

- Czy Micke przy­je­dzie na week­end? - za­py­tał Fre­drik.

- Tak - od­parła i się od­wró­ciła.

Fre­drik do­my­ślił się tego, wi­dząc jej za­do­wo­lony uśmiech. Gdy cho­dziło o ży­cie oso­bi­ste, Sara była ta­jem­ni­cza. W ubie­głe Boże Na­ro­dze­nie po­znała w Sztok­hol­mie pew­nego chło­paka. Wła­ści­wie nie wie­dział nic wię­cej.

- Za­sta­na­wia­łam się, czy za­dzwo­nić, ale to chyba tro­chę za wcze­śnie.

- Po­cze­kaj z tym - po­wie­dział Fre­drik. - Jesz­cze nie do­tarł na miej­sce?

- Nie, przy­pły­nie stat­kiem o dwu­na­stej dwa­dzie­ścia.

- No wi­dzisz, w ta­kim ra­zie wszystko w po­rządku.

Tyle że oczy­wi­ście tak nie było. Je­śli wy­da­rzyło się naj­gor­sze. Je­śli dziew­czynka nie żyła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

3

Pa­sek z pałką te­le­sko­pową szu­rał o tylną stronę drzwi­czek, gdy Fre­drik Bro­man otwie­rał swoją szafkę w piw­nicy ko­mi­sa­riatu. Prze­bie­ral­nia wy­glą­dała z grub­sza jak po­dobne po­miesz­cze­nie w po­rząd­nej si­łowni, z wy­ło­żoną klin­kie­ro­wymi płyt­kami po­sadzką i rzę­dami sza­fek z okle­iny brzo­zo­wej. W szafce Fre­drika na sta­ran­nie po­wie­szo­nym mun­du­rze bły­snął herb. W prze­gródce po­wy­żej znaj­do­wała się po­li­cyjna czapka z dasz­kiem, a po pra­wej - kurtki na każdą po­godę.

Tych stro­jów i sprzętu pra­wie ni­gdy nie uży­wał. Ostat­nim ra­zem sko­rzy­stał z nich, gdy jego ubra­nie było za­krwa­wione i nie miał w co się prze­brać. Ochla­pała go krew męż­czy­zny, który pró­bo­wał ode­brać so­bie ży­cie piłą ręczną, kiedy Fre­drik i Gu­stav Wal­lin pró­bo­wali go za­trzy­mać.

Ode­pchnął od sie­bie nie­przy­jemne wspo­mnie­nie, chwy­cił ka­burę i ją za­ło­żył. Za­mknął szafkę na klucz, po­szedł do po­miesz­cze­nia z bro­nią i z bia­łej szafki z nu­me­rem sześć­dzie­siąt trzy na drzwicz­kach wy­jął swój służ­bowy pi­sto­let. Spraw­dził go, wci­snął ma­ga­zy­nek i wło­żył do fu­te­rału. Od­by­wał ćwi­cze­nia na strzel­nicy, ale poza nimi od po­wrotu ze zwol­nie­nia le­kar­skiego nie miał po­wodu no­sić spluwy.

Pro­sto z po­miesz­cze­nia z bro­nią wy­szedł na we­wnętrzny dzie­dzi­niec za bu­dyn­kiem ko­mi­sa­riatu. Słońce świe­ciło mu w twarz. W ko­ro­nie du­żego wiązu sze­le­ściły zmę­czone póź­nym la­tem wę­drowne ptaki, po­lu­jąc na owady.

Mi­nął dwa ra­dio­wozy za­par­ko­wane w cie­niu drzewa, wy­szedł przez furtkę i sta­nął na chod­niku po pra­wej stro­nie wjazdu. Z całą pew­no­ścią znaj­do­wał się już poza te­re­nem po­li­cji. Stał w miej­scu pu­blicz­nym z pi­sto­le­tem w ka­bu­rze. Gdyby ktoś był tym za­in­te­re­so­wany, Fre­drik mógł po­wie­dzieć, że jest pra­cow­ni­kiem po­li­cji w Visby i wła­śnie pełni swoją służbę, aku­rat tu­taj, na Ava­ga­tan, w cen­trum Visby, rzut ka­mie­niem od cen­trum han­dlo­wego w Öster­cen­trum i ko­lejny od śre­dnio­wiecz­nej sta­rówki. Co prawda nie wy­ko­ny­wał żad­nego za­da­nia ani nikt go nie pro­sił, by stał na Ava­ga­tan i się ga­pił, ale był na służ­bie. W te­re­nie.

Chwy­cił się pod boki i wziął kilka głę­bo­kich wde­chów. Znów był po­li­cjan­tem.

Ulżyło mu, był w do­brym na­stroju, może nieco no­stal­gicz­nym. Wręcz od­czu­wał pewną dumę. Nie wy­klu­czał, że jego mały ry­tuał mógłby roz­ba­wić po­stron­nego ob­ser­wa­tora, ale dla niego był ważny. Jesz­cze dzień wcze­śniej nie mógł ro­bić tego wszyst­kiego. A dziś, w po­nie­dzia­łek, na­le­żało to do jego co­dzien­no­ści. Po raz pierw­szy od pra­wie dwóch lat był po­li­cjan­tem, na sto pro­cent.

Wra­że­nie opu­ściło go po pięt­na­stu se­kun­dach, ale był prze­ko­nany, że ni­gdy nie za­po­mni tej krót­kiej chwili. Wró­cił do bu­dynku. Po dro­dze do swo­jego ga­bi­netu spo­tkał na scho­dach dwóch ko­le­gów. Szybko się przy­wi­tali, a na­stęp­nie kon­ty­nu­owali roz­mowę. Po­czuł lek­kie roz­cza­ro­wa­nie i aż się do sie­bie uśmiech­nął. Czego ocze­ki­wał? Że wszy­scy, bi­jąc brawo i wi­wa­tu­jąc, będą stali pod wiel­kim trans­pa­ren­tem z na­pi­sem "Wi­taj z po­wro­tem, Fre­drik"? Ko­le­dzy na scho­dach pew­nie na­wet nie wie­dzieli, że to jego pierw­szy po prze­rwie dzień służby poza biu­rem. Od jego po­wrotu do pracy mi­nęło pół roku. To oczy­wi­ste, że nie śle­dzili jego po­czy­nań dzień po dniu.

Wszedł do dłu­giego ko­ry­ta­rza wy­działu kry­mi­nal­nego. Zo­ba­czył białe ściany, so­snowe drzwi i nudną wy­kła­dzinę PCV. Za­miast po­dą­żać w prawo do swo­jego ga­bi­netu, skrę­cił w lewo. Uznał, że rów­nie do­brze może zaj­rzeć do Görana Eidego i przy­po­mnieć mu, że wró­cił do służby w te­re­nie. Na wszelki wy­pa­dek.

Po dro­dze przy­sta­nął przy otwar­tych drzwiach ga­bi­netu Gu­stava Wal­lina. Gu­stav w ja­snym dys­kret­nym gar­ni­tu­rze w kratę księ­cia Wa­lii i w błę­kit­nej ko­szuli stał po­chy­lony nad biur­kiem i wer­to­wał gruby plik pa­pie­rów. Nie za­uwa­żył go­ścia. Fre­drik zro­bił kilka kro­ków do przodu i się przy­wi­tał.

Gu­stav pod­niósł wzrok znad biurka. Wą­ski pa­sek za­ro­stu bie­gnący wzdłuż li­nii brody miał wy­mo­de­lo­wany z naj­wyż­szą pre­cy­zją.

- Cześć - po­wie­dział Gu­stav nie­obec­nym gło­sem.

Wciąż ści­skał pa­piery mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym.

Fre­drik za­mie­nił z nim kilka słów, są­dząc, że ko­lega sko­men­tuje pi­sto­let, ale nie dał po so­bie po­znać, że go w ogóle za­uwa­żył. No pew­nie, prze­cież ota­czali ich lu­dzie, któ­rzy całe dnie no­sili przy so­bie broń. Dla­czego Gu­stav miałby coś mó­wić? Dla jego ko­le­gów był to po pro­stu zwy­kły dzień w pracy. Na­wet dla naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków.

Znów w jego my­śli wkra­dło się roz­cza­ro­wa­nie i mu­siał je zwal­czyć. Skąd mo­gli wie­dzieć, że czuł się pra­wie jak w dniu ukoń­cze­nia szkoły po­li­cyj­nej. Do­znał ulgi, był dumny, tro­chę zde­ner­wo­wany i jakby na coś cze­kał, choć nie miał kon­kret­nego celu.

Od pra­wie dwóch lat każ­dego dnia roz­my­ślał, czy wszystko wróci do normy, czy też już ni­gdy nie bę­dzie pra­co­wał jako po­li­cjant.

Dziś otrzy­mał od­po­wiedź.

Zo­sta­wił Gu­stava z pa­pie­rami i ru­szył do ga­bi­netu Görana. Za­pu­kał i po­cze­kał, aż po dru­giej stro­nie roz­legł się głu­chy po­mruk. Do­piero wtedy otwo­rzył.

Göran Eide, szef wy­działu kry­mi­nal­nego go­tlandz­kiej po­li­cji, na wi­dok Fre­drika po­spiesz­nie wstał. Do­bie­gał sześć­dzie­siątki i zo­stała mu już tylko resztka szpa­ko­wa­tych wło­sów po bo­kach głowy. Tro­chę ni­żej na jego no­sie tkwiły ta­nie oku­lary do czy­ta­nia.

Göran okrą­żył biurko i wy­cią­gnął rękę.

- Wi­taj z po­wro­tem - po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem i uro­czy­ście się skło­nił.

Fre­drik po­dzię­ko­wał. Szef wska­zał nie­bie­ski fo­tel po dru­giej stro­nie biurka.

- Sia­daj.

Göran wró­cił na swoje miej­sce. Jego wy­godny fo­tel biu­rowy miał wy­jąt­kowo wy­so­kie opar­cie i mały re­gu­lo­wany za­głó­wek. W ja­kiś spo­sób na­le­żało za­zna­czyć, że tu rzą­dzi.

Zdjął oku­lary i spoj­rzał na Fre­drika.

- Wszystko do­bre, co się do­brze koń­czy. Prawda? - ode­zwał się z uśmie­chem.

- Tak. Mie­wa­łem gor­sze dni - od­parł Fre­drik.

Göran się ro­ze­śmiał, ale po­tem spo­waż­niał.

- Dwa­dzie­ścia trzy mie­siące temu nie wy­glą­dało to tak obie­cu­jąco.

- To prawda - od­parł Fre­drik i przy­su­nął fo­tel nieco bli­żej biurka.

W końcu ktoś ro­zu­miał, jak ważny był dla niego ten dzień. Jed­no­cze­śnie Fre­drik miał na­dzieję, że nie przy­stąpi do wy­gła­sza­nia zbyt dłu­giej i sen­ty­men­tal­nej prze­mowy. Jego re­la­cje z sze­fem nie miały ta­kiego cha­rak­teru.

Dziwna sprawa z tą uwagą, po­my­ślał. Naj­pierw czuł roz­cza­ro­wa­nie, że nikt mu jej nie po­święca. Kiedy sy­tu­acja się od­wró­ciła, chciał mieć to jak naj­szyb­ciej z głowy.

- Je­śli mam być zu­peł­nie szczery - pod­jął Göran - nie po­my­ślał­bym, że bę­dziesz tu jesz­cze kie­dyś sie­dział. A przy­naj­mniej kiedy po raz pierw­szy od­wie­dzi­łem cię w szpi­talu.

Z na­my­słem po­krę­cił głową i przez chwilę pa­trzył w blat.

- Bez urazy - do­dał z bły­skiem w oku.

- Nic nie szko­dzi - od­parł Fre­drik. - Sam chyba też nie są­dzi­łem, że jesz­cze kie­dyś będę w sta­nie usiąść. A je­śli i ja mogę so­bie po­zwo­lić na szcze­rość, na­wet nie za­uwa­ży­łem, że mnie od­wie­dza­łeś.

Göran się uśmiech­nął.

- Ale te­raz tu sie­dzisz - po­wie­dział.

- To prawda.

- Bar­dzo się cie­szę, że mam cię z po­wro­tem w dru­ży­nie. I z tego, że to wszystko tak do­brze za­dzia­łało. Cała ma­china z le­ka­rzami, psy­cho­lo­gami, związ­kiem za­wo­do­wym, sze­fo­stwem i... sam wiesz. Ale przede wszyst­kim czuję ra­dość ze względu na cie­bie. Wiem, że wła­śnie tego od po­czątku pra­gną­łeś.

Fre­drik po­prze­stał na ski­nie­niu - po­wol­nym, lecz sta­now­czym - bo­jąc się, że je­śli bę­dzie chciał coś po­wie­dzieć, z emo­cji za­drży mu głos.

- Przy­pusz­czam, że nie mo­żesz się do­cze­kać, aż za­czniemy. - Göran zmie­nił ton głosu. - Żeby wresz­cie stąd wyjść.

- Zga­dza się - wy­krztu­sił Fre­drik. Udało mu się za­pa­no­wać nad gło­sem.

- Do­brze. Ale mam do cie­bie jesz­cze jedną sprawę.

Wła­śnie w taki spo­sób Fre­drik chciał wró­cić. Od pierw­szej chwili czuć, że ma pełne za­ufa­nie. Żad­nego mięk­kiego roz­ru­chu ani owi­ja­nia w ba­wełnę. Miękki roz­ruch miał od pół roku. Wy­star­czyło aż nadto.

- Na F?rö jest pewna ro­dzina, która...

Göran prze­rwał, a Fre­drik się wzdry­gnął, bo usły­szał syk, a za ple­cami zo­ba­czył dziwne świa­tło. Wy­stra­szony okrę­cił się w fo­telu.

Dwa kroki za drzwiami stał Gu­stav, trzy­ma­jąc pa­pie­rowy ta­lerz z wście­kle nie­bie­skim okrą­głym tor­tem. Ze środka wy­sta­wały trza­ska­jące i mio­ta­jące iskry zimne ognie. Mimo za­sko­cze­nia zwró­cił uwagę, że roz­ża­rzone dro­biny spa­dają na wy­kła­dzinę ga­bi­netu Görana.

Za ple­cami Gu­stava usta­wili się w sze­regu naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy Fre­drika. Sara Oskars­son, rów­nie czar­no­włosa jak Gu­stav, dziś ubrana w dżin­sową ko­szulę i czarne spodnie, obej­mo­wała stos ku­becz­ków do kawy i pa­pie­ro­wych ta­le­rzy. Ove Gahn­ström, spo­glą­da­jący na niego zza pi­lo­tek, przy­ci­skał do wy­dat­nego brzu­cha ter­mos z pompką. Do­łą­czył do nich na­wet Len­nart Svens­son, mimo że mie­siąc wcze­śniej prze­szedł na eme­ry­turę. Czarne loki były tro­chę bar­dziej nie­sforne niż zwy­kle, a ubiór nieco swo­bod­niej­szy. Fre­drik na­prawdę po­czuł wzru­sze­nie na jego wi­dok, co z całą pew­no­ścią nie zda­rzało się czę­sto.

Kiedy zimne ognie już zga­sły, ze­brani za­częli pod­cho­dzić po­je­dyn­czo, żeby gra­tu­lo­wać, ści­skać go i kle­pać po ple­cach. Za­czął się tro­chę nie­po­koić o tort, gdy Gu­stav nim ba­lan­so­wał, trzy­ma­jąc ta­lerz w jed­nej ręce, a drugą go obej­mu­jąc.

Fre­drik po­pa­trzył na wszyst­kich i wy­ją­kał po­dzię­ko­wa­nie. Trudno mu było zna­leźć słowa.

- Jak tam? - ode­zwał się Len­nart. - Mam na­dzieję, że nie do­sta­łeś wy­lewu od tych fa­jer­wer­ków.

- Len­nart... - upo­mniała go Sara ze zmę­czoną miną.

- Wszystko w po­rządku - od­parł Fre­drik. - Był­bym głę­boko roz­cza­ro­wany, gdyby na­gle za­czął ostroż­nie do­bie­rać słowa.

Tak na­prawdę za nim tę­sk­nił. Choć ni­gdy by nie przy­pusz­czał, że tak bę­dzie. Za­sta­na­wiał się, czy po tym, jak Len­nart za­koń­czył pracę, nie jest mniej we­soło. Do­piero czu­jąc pustkę po jego kiep­skich żar­tach, ma­łych pro­wo­ka­cjach i nie­po­praw­nych po­li­tycz­nie żar­tach, Fre­drik zro­zu­miał, że może jed­nak były ważne dla grupy. Wpro­wa­dzały ja­kiś fer­ment. Od­wra­cały uwagę, w po­zy­tyw­nym sen­sie. Utrzy­my­wały ich w sta­nie czuj­no­ści.

Gu­stav po­sta­wił tort na okrą­głym sto­liku przy­nie­sio­nym przez od­wie­dza­ją­cych. Za­uwa­żył, że spoj­rze­nie Fre­drika pa­dło na wście­kle nie­bie­ską war­stwę.

- Nie zdą­żyli jesz­cze zro­bić tego zie­lo­nego - wy­ja­śnił. - By­łem w Ba­garns za­raz po otwar­ciu.

- Nie­bie­ski wy­gląda git - od­parł Fre­drik, krzy­wiąc się w du­chu na dźwięk wła­snych słów.

Wciąż nie przy­cho­dziło mu do głowy nic sen­sow­nego, co mógłby po­wie­dzieć.

- Trzy­maj - po­wie­dział Ove, wrę­cza­jąc mu ło­patkę do cia­sta. - Ty za­cznij.

Wkrótce każdy miał swój ka­wa­łek tortu i ku­bek kawy. W po­koju były tylko cztery krze­sła i Sara za­pro­po­no­wała Fre­dri­kowi jedno z nich, uży­wa­jąc ar­gu­mentu, że prze­cież to on świę­tuje.

- Nie, no co ty, sia­daj - od­po­wie­dział.

Fre­drik i Ove wstali, a ra­czej ostroż­nie oparli się o me­ble.

- Ale mnie na­bra­li­ście - po­wie­dział Fre­drik. - Na­prawdę za­czy­na­łem być tro­chę...

- Szkoda, że nie wi­dzia­łeś swo­jej miny, gdy pra­wie się z tobą nie przy­wi­ta­łem - po­wie­dział ze śmie­chem Gu­stav, wska­zu­jąc go łyżką.

- Na­prawdę ni­czego nie prze­czu­wa­łem - przy­znał. - Wy­da­wa­łeś się kom­plet­nie po­chło­nięty tymi pa­pie­rami. Wy­glą­dało to naj­zu­peł­niej na­tu­ral­nie.

- Hol­ly­wood czeka - od­parł Len­nart z krzy­wym uśmie­chem.

- No to jesz­cze tro­chę po­czeka - od­parł Göran. - Nie mogę my­śleć o in­nej ka­rie­rze, do­póki nie wy­peł­nię luki po Len­nar­cie.

- To nie może być bar­dzo trudne - rzu­cił Fre­drik i spoj­rzał na Len­narta z czymś, co, miał na­dzieję, przy­po­mi­nało błysk w oku.

- Cze­kaj, no - ode­zwał się na­tych­miast Len­nart. - Jak to było? Ude­rzy­łeś się w głowę, prawda?

Po­miesz­cze­nie wy­peł­niła dzi­waczna mie­szanka śmie­chu i za­wsty­dzo­nych po­mru­ków. Fre­drik szybko za­brał głos, żeby zdą­żyć, za­nim za­że­no­wa­nie weź­mie górę.

- Słu­chaj­cie, mu­szę po­wie­dzieć, że na­prawdę do­ce­niam to wszystko. Dzi­siej­szy dzień bar­dzo wiele dla mnie zna­czy. Można chyba po­wie­dzieć, że to je­dyne, o czym my­śla­łem... Nie, nie je­dyne - po­pra­wił się - my­śla­łem o nim i o niego wal­czy­łem każ­dego dnia przez pra­wie dwa lata. Cie­szę się, że o tym po­my­śle­li­ście! I że zro­bi­li­ście to wszystko.

Spoj­rzeli na niego z po­wagą. Ove ski­nął głową. Sara uśmiech­nęła się nie­pew­nie.

- Mimo że tort był nie­bie­ski - do­dał.

Za­śmiali się z ulgą i nieco prze­sad­nie z tego kiep­skiego żartu, który po­zwo­lił roz­luź­nić po­ważną at­mos­ferę. Roz­mowa znów na­brała tempa, Len­nart zjadł po­łowę ka­wałka tortu Sary, a kilka mi­nut póź­niej Göran pod­szedł do Fre­drika i od­cią­gnął go na bok.

- A wra­ca­jąc do tego, co chcia­łem po­wie­dzieć wcze­śniej... - za­czął, od­sta­wia­jąc ta­le­rzyk. - Cho­dzi o ro­dzinę z F?rö. Ma­lin An­ders­son i Hen­rika Kjel­lan­dera z Kal­bjärgi. Gro­żono im.

4

Göran Eide wziął ku­bek po ka­wie zo­sta­wiony przez ko­goś na półce za biur­kiem. Od­czu­wał lek­kie mdło­ści po zje­dze­niu tortu. Do­szedł do wnio­sku, że po­wi­nien był pójść za przy­kła­dem Sary i zo­sta­wić po­łowę. Kiedy jed­nak czło­wiek nie chce się za­cho­wy­wać jak baba, przez cały dzień zbiera mu się po­tem na rzy­ga­nie, po­my­ślał.

Mimo mdło­ści cie­szył się z nad­cho­dzą­cego dnia. Na­prawdę nie są­dził, że Fre­drik wróci. Czy to jako po­li­cjant, czy w ogóle. Wy­pa­dek był strasz­liwy i Bro­man na­prawdę wy­glą­dał nie­cie­ka­wie, gdy le­żał w szpi­tal­nym łóżku w ban­da­żach jak spa­ra­li­żo­wany.

Fre­drik nie pa­mię­tał wiele z wy­padku, ale Sara Oskars­son stała za­le­d­wie dzie­sięć me­trów da­lej i wi­działa, jak spada ze skały. Czy­ta­jąc jej ra­port, nie można było się oprzeć wra­że­niu, że przy­naj­mniej w czę­ści sam się do niego przy­czy­nił. Nie mu­siał go­nić za­trzy­ma­nego, który pró­bo­wał zbiec. O ile "próba ucieczki" może być sy­no­ni­mem "rzu­ce­nia się w ra­miona śmierci". Gdyby Fre­drik po­zo­stał w bez­piecz­nej od­le­gło­ści i po­zwo­lił męż­czyź­nie rzu­cić się ze skały, nikt nie miałby do niego pre­ten­sji.

Po­li­cjant jed­nak po­biegł za nim, do­go­nił go na skraju urwi­ska i pró­bo­wał za­trzy­mać. Ucie­ki­nier, ce­lowo lub nie, unie­ru­cho­mił Fre­dri­kowi rękę i po­cią­gnął go za sobą. Nie spo­sób było stwier­dzić, czy chwilę póź­niej do­pi­sało mu szczę­ście, czy po pro­stu wy­ko­rzy­stał tych kilka se­kund na zna­le­zie­nie się na gó­rze. W każ­dym ra­zie wy­lą­do­wał na męż­czyź­nie, a tam­ten po­niósł śmierć na miej­scu.

Dla Fre­drika upa­dek ze skały skoń­czył się sil­nym wstrzą­śnie­niem mó­zgu i roz­le­głym krwia­kiem pod­twar­dów­ko­wym. Sama tkanka mó­zgu nie zo­stała uszko­dzona w wy­niku wy­padku, ale ci­śnie­nie krwi zro­biło swoje. Gdyby do krwo­toku do­szło w opo­nach mó­zgo­wych, pew­nie na­wet nie prze­żyłby trans­portu z Öster­garn­sholm do szpi­tala.

Stłu­mił bek­nię­cie i w my­ślach za­czął prze­kli­nać tort. Co za cho­lerny wy­mysł. Czy Gu­stav nie mógł za­mó­wić to­ski albo zwy­kłego dłu­giego da­ni­sza? Od mdło­ści pra­wie za­krę­ciło mu się w gło­wie. Wy­su­nął górną szu­fladę kre­densu i za­czął szpe­rać w spi­na­czach, wi­zy­tów­kach i dłu­go­pi­sach. Zna­lazł dwie ta­bletki na zgagę, wy­ci­snął jedną z listka na rękę i po­łknął.

5

Po­dmu­chy wia­tru wpa­da­ją­cego przez opusz­czoną szybę nio­sły za­pa­chy spa­lin i mo­rza. Ma­lin sie­działa w sa­mo­cho­dzie na po­kła­dzie Bo­dilli, a dzieci były przy­pięte pa­sami na tyl­nym sie­dze­niu. Na pół­nocy przy­lądki Hau rävlar i Lan­sa­holm się­gały ku so­bie, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie wą­ską cie­śninę. Z ko­lei na po­łu­dniu otwie­rał się wi­dok na Bał­tyk. Kiedy zry­wał się wiatr, po­ły­sku­jąca w słońcu ta­fla wody ga­sła, zmie­nia­jąc się w mrocz­niej­szą i ma­tową.

Ma­lin oba­wiała się, że z uszko­dzoną stopą trudno bę­dzie pro­wa­dzić sa­mo­chód, ale nie miała z tym pro­blemu. Więk­szy ból od­czu­wała przy cho­dze­niu, na­wet opie­ra­jąc cię­żar ciała na pal­cach pra­wej stopy.

- Mamo, czy mogę się dzi­siaj po­ba­wić z Lisą? - za­py­tała El­len z tyl­nego sie­dze­nia.

Ma­lin się od­wró­ciła i z uśmie­chem wyj­rzała spo­mię­dzy za­głów­ków. Axel sie­dział z no­sem przy szy­bie, wpa­trzony w dużą mewę z żół­tym dzio­bem, która pły­nęła za pro­mem.

- Za­dzwo­nię do jej mamy i zo­ba­czymy.

Dziew­czynka wy­dała okrzyk ra­do­ści i po­cią­gnęła za pas bez­pie­czeń­stwa.

- El­len, to nie­bez­pieczne. Po­wie­dzia­łam, że zo­ba­czymy.

Wi­dy­wa­nie się z przy­ja­ciół­kami z F?rösund, gdy się miesz­kało na F?rö, przy­spa­rzało kło­po­tów. Je­śli El­len chciała od­wie­dzić któ­rąś z nich w domu po lek­cjach, mu­siało to w miarę pa­so­wać do har­mo­no­gramu Axela. W prze­ciw­nym ra­zie Ma­lin spę­dzała więk­szość dnia za kie­row­nicą i na pro­mie, jeż­dżąc tam i z po­wro­tem mię­dzy F?rösund a Kal­bjärgą.

Kiedy się prze­nie­śli na F?rö, gminne przed­szkole było aku­rat li­kwi­do­wane, a nowy sa­mo­rząd ro­dzi­ców ist­niał tylko na pa­pie­rze. Zde­cy­do­wali się więc na pla­cówkę w F?rösund. Po pierw­sze dla­tego, że Hen­rik nie chciał być w sa­mo­rzą­dzie z Eli­sa­bet i Almą, a po dru­gie - bo wszystko wy­da­wało się ta­kie nie­pewne. Gdyby Ma­lin bar­dziej wie­rzyła w nowe przed­szkole, może uda­łoby jej się go prze­ko­nać. Ze względu jed­nak na to, co się działo póź­niej ze spad­kiem, i na ogólną at­mos­ferę, wy­szło chyba le­piej. Sły­szeli cza­sem ką­śliwe ko­men­ta­rze in­nych ro­dzi­ców z F?rö, któ­rzy trak­to­wali wy­bór przed­szkola w F?rösund jak zdradę. Ci lu­dzie nie mieli jed­nak peł­nego ob­razu sy­tu­acji. Nie ro­zu­mieli ich sy­tu­acji.

Oczy­wi­ście, z przed­szko­lem na F?rö by­łoby wy­god­niej. Za­osz­czę­dzi­liby wiele czasu. Jed­no­cze­śnie, gdy za­spali na au­to­bus szkolny, jak dziś, mo­gli się po­cie­szać, że i tak mu­szą je­chać do F?rösund.

I po­my­śleć, że tu tra­fili. Ma­lin była w za­sa­dzie bar­dziej zdzi­wiona, że Hen­rik tego chciał, niż że sama się na to zgo­dziła. Kiedy po­znała Hen­rika, na­dal był na­sta­wiony na wy­jazd do Los An­ge­les. Za­mie­rzał zwie­dzać wielki świat, już pra­wie tam był, tylko jesz­cze do końca się nie wy­pro­wa­dził. Po tym wszyst­kim zo­stało już tylko okropne zdję­cie, które zro­bił mu Da­vid La­Cha­pelle. Z dumą po­wie­sił je w pra­cowni. Dla­czego go­ście nie ukra­dli tego? Hen­rik w Las Ve­gas, szcze­rzący zęby, z jed­nej strony był ob­jęty przez pra­wie nagą fo­to­mo­delkę, przy­naj­mniej o głowę wyż­szą od niego, a z dru­giej przez pod­sta­rza­łego so­bo­wtóra Elvisa z nad­wagą.

Ma­lin oczy­wi­ście zda­wała so­bie sprawę, że zdję­cie jest okropne. Ale ro­zu­miała, na czym po­lega jego ge­niusz i dla­czego Hen­rik po­wie­sił je na wi­doku. Cho­ciażby po to, by za­im­po­no­wać klien­tom. Było też oczy­wi­ście na jego stro­nie in­ter­ne­to­wej. W jaki spo­sób prze­szedł od tego zdję­cia do Kal­bjärgi na F?rö? Co się wy­da­rzyło? Nie po­tra­fiła tego po­jąć.

Ma­lin po­pra­wiła się w fo­telu i spoj­rzała na przy­stań pro­mową, która ro­sła z każdą chwilą. W por­cie ry­bac­kim cu­mo­wała mała błę­kitna łódka. Czarne cho­rą­giewki na pły­wa­kach trze­po­tały na wie­trze. Z tyłu do­strze­gła łódź pi­lo­tową wy­glą­da­jącą jak ja­skra­wo­po­ma­rań­czowa plama.

Zło­żyli za­wia­do­mie­nie na po­li­cji. Przed po­łu­dniem miał się u nich po­ja­wić funk­cjo­na­riusz z wy­działu kry­mi­nal­nego, po­roz­ma­wiać i spoj­rzeć na zdję­cie. Ma­lin nie mo­gła za­po­mnieć o por­tre­cie z dziu­rami w miej­scu oczu. Przez krót­kie chwile uda­wało jej się my­śleć o czymś in­nym, ale tam­ten ob­raz za­wsze po­wra­cał. Wciąż czuła do­kucz­liwy dys­kom­fort. Miała kło­poty z za­śnię­ciem. Po pierw­szej nocy wy­mie­nili łóżka na te z je­dy­nego go­to­wego po­koju w bu­dynku dla go­ści. Nie mo­gła się zmu­sić do le­że­nia w tym sa­mym łóżku, w któ­rym był któ­ryś z tych sza­leń­ców. Tych srajd­ków. Mi­ło­śni­ków szkła. Wy­dłu­by­wa­czy oczu.

Wy­sprzą­tała cały dom, wy­szo­ro­wała pod­łogi, umyła na mo­kro szafki i drew­niane zdo­bie­nia, nie omi­ja­jąc żad­nego za­ka­marka, a z wanny pra­wie zdra­pała ema­lię.

Wresz­cie była usa­tys­fak­cjo­no­wana. Znów czuła się jak u sie­bie w domu. Nie­mal. Nie było już lep­kiego pa­skudz­twa spo­wi­ja­ją­cego każdą po­wierzch­nię, ale nie­przy­jemne uczu­cie po­zo­stało.

Bo­dilla wpły­nęła mię­dzy Kajsę-Stinę a stary piec do wy­pa­la­nia wapna, któ­rego za­okrą­glony kształt wzno­sił się ku niebu. Ma­lin zje­chała z promu, na­tych­miast skrę­ciła w lewo w Stran­dvägen i po­dą­żała da­lej w kie­runku szkoły. Pa­trząc na sto­jące tuż przy ulicy wiel­kie ka­mienne bu­dynki na przed­mie­ściach, za­wsze czuła się bez­piecz­nie. Praw­do­po­dob­nie wy­bu­do­wano je w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych albo wręcz pod ko­niec sie­dem­dzie­sią­tych. Rów­nie do­brze mo­głyby stać na Söder­mal­mie albo Sta­rym Mie­ście w Sztok­hol­mie. Po­śród za­bu­do­wań miej­skich czuła się jak u sie­bie. Po­dej­rze­wała, że od­wrot­nie niż więk­szość lu­dzi wo­kół. W mie­ście nie czuli się pew­nie, a na wsi od­zy­ski­wali po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Za pierw­szymi dziel­ni­cami za­czy­nały się bar­dziej no­wo­cze­sne apar­ta­men­towce i wille. Na fa­lach przy brzegu pod­ska­ki­wały więk­sze i mniej­sze łódki. Mi­nęli prze­cho­dzą­cych chod­ni­kiem kilku ko­le­gów z klasy El­len. Dziew­czynka go­rącz­kowo ma­chała do nich przez tylną szybę.

Ma­lin za­trzy­mała sa­mo­chód na ulicy przed po­ma­lo­wa­nym na ko­lor czer­wieni z Fa­lun i przy­po­mi­na­ją­cym ba­rak bu­dyn­kiem, w któ­rym mie­ściło się przed­szkole Axela. El­len szybko ją przy­tu­liła i po­pę­dziła do znaj­du­ją­cego się sto me­trów da­lej bia­łego bu­dynku szkoły.

- Nie iść z tobą?! - za­wo­łała za nią Ma­lin.

- Nie trzeba! - od­krzyk­nęła El­len.

- Za­dzwo­nię do mamy Lisy.

El­len po­ma­chała jej i znik­nęła za po­kaź­nym bu­dyn­kiem szkoły.

- Ale ze mną pój­dziesz - oznaj­mił Axel, pa­trząc na nią nie­spo­koj­nie.

- Oczy­wi­ście, że pójdę - od­parła.

Chwy­ciła go za rękę i ru­szyła do drzwi przed­szkola.

- Od­bierz mnie wcze­śniej.

Axel wy­pchnął dolną wargę cen­ty­metr do przodu, ale wie­działa, że nie jest smutny tak na­prawdę. Choć był jesz­cze taki mały, na­uczył się grać na jej emo­cjach.

- Na pewno? Nie chcesz po­być z ko­le­gami w przed­szkolu? Prze­cież nie wi­dzia­łeś ich od bar­dzo dawna.

Oczy Axela błą­dziły pod zmarsz­czo­nymi brwiami. Wy­raź­nie nad czymś się za­sta­na­wiał.

- Nie, przyjdź po mnie wcze­śniej - po­wie­dział po ja­kimś cza­sie.

- Do­brze, tak zro­bię.

W cza­sie krót­kiego spa­ceru słońce grzało przy­jem­nie. Był ostatni ty­dzień sierp­nia. Zdą­żyła już się na­uczyć, że wrze­sień jest na Go­tlan­dii jed­nym z naj­lep­szych mie­sięcy. Wciąż trwa lato, jest sło­necz­nie, można się ką­pać i nie ma tu­ry­stów. Przy odro­bi­nie szczę­ścia paź­dzier­nik nie jest o wiele gor­szy. Dwa dłu­gie mie­siące do mę­czarni z kom­bi­ne­zo­nami i spodniami z or­ta­lionu.

Szkoła wła­ści­wie za­częła się już w czwar­tek. El­len do­stała kilka do­dat­ko­wych dni wol­nego. W prze­ciw­nym ra­zie nie zdą­ży­liby ze swo­imi ob­jaz­dami po kon­ty­nen­cie. Ale też nie mo­gliby wy­naj­mo­wać domu w ciągu ostat­niego ty­go­dnia. Gdyby tego nie zro­bili... sza­le­niec, który tam prze­by­wał...

Po­wstrzy­mała te my­śli. To nie mógł być je­dy­nie przy­pa­dek. Nie chciało jej się wie­rzyć, że to wszystko by się nie zda­rzyło, gdyby tylko nie wy­na­jęli domu. A może się my­liła? Od tego wszyst­kiego miała tylko co­raz więk­szy mę­tlik w gło­wie.

We­szli do przed­szkola. Ma­lin chwilę po­roz­ma­wiała z Jenny, jedną z opie­ku­nek, a po­tem zo­sta­wiła na półce Axela rze­czy, które na lato za­brali do domu. Ubra­nia prze­ciw­desz­czowe, przy­tu­lanki do przed­szkola, al­bum ze zdję­ciami bliż­szej i dal­szej ro­dziny. Z jej strony. Hen­rik miał ro­dzinę tylko na pa­pie­rze. Po­tem nad­szedł czas na ry­tuał ma­cha­nia w oknie. Ma­lin czuła nie­po­kój, że po­trwa to zbyt długo i nie obę­dzie się bez łez, ale po­szło za­ska­ku­jąco do­brze. Nie mu­siała od­cho­dzić z po­czu­ciem, że jest złą matką. Ta myśl była jak nóż wbity w plecy.

Miała sześć go­dzin do czasu, aż bę­dzie mu­siała wró­cić po Axela. Po od­ję­ciu do­jazdu i obiadu zo­staną jej cztery i pół. Mu­siała za­pla­no­wać ty­go­dniowe menu na bloga, ale po­dej­rze­wała, że przed przy­by­ciem po­li­cjan­tów trudno jej się bę­dzie skon­cen­tro­wać.

Ma­li­nowe Menu za­ło­żyła tuż po ich prze­pro­wadzce na F?rö. Głów­nie po to, by zwal­czyć tę­sk­notę za Cia­chem - ka­wiar­nią przy Borg­mästar­ga­tan w Sztok­hol­mie, którą pro­wa­dziła. I żeby nie stra­cić kon­taktu z przy­ja­ciół­kami na kon­ty­nen­cie.

Jej dłu­go­ter­mi­nowy plan za­kła­dał otwar­cie w le­cie ma­łej re­stau­ra­cyjki, uzu­peł­nia­ją­cej dzia­łal­ność zwią­zaną z wy­naj­mem po­koi. Wie­działa jed­nak, że to musi po­trwać. Kiedy za­częła mieć kło­poty fi­nan­sowe, na­sta­wiła się na pracę w czy­jejś ka­wiarni albo re­stau­ra­cji. Nie zna­czyło to jed­nak, że praca na pewno by się zna­la­zła. Zi­mowy czas kur­czył knaj­piano-ka­wiar­niane ży­cie na Go­tlan­dii do roz­mia­rów ma­leń­kiego pło­myka, je­śli po­rów­na­łoby się je z ogni­stym, nie­kiedy sza­lo­nym noc­nym ży­ciem w mie­sią­cach let­nich.

Po­tem jed­nak za­ło­żyła bloga. My­ślała, że w naj­lep­szym ra­zie zdo­bę­dzie kil­ku­set czy­tel­ni­ków, w tym zna­jo­mych i daw­nych klien­tów ka­wiarni, ale fama szybko się ro­ze­szła i już po kilku mie­sią­cach Ma­lin miała ty­siące czy­tel­ni­ków każ­dego dnia. Jesz­cze więk­szą uwagę zwró­ciła, gdy otrzy­mała na­grodę za blog, a wkrótce po­tem za­dzwo­nił do niej przed­sta­wi­ciel sieci skle­pów spo­żyw­czych Coop z in­for­ma­cją, że chcie­liby ją mieć na swo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej. Nie było nad czym się za­sta­na­wiać. Coop pła­cił wię­cej za pro­wa­dze­nie bloga o je­dze­niu na ich stro­nie, niż za­ro­bi­łaby w ka­wiarni w Visby. Poza tym nie mu­siała do­jeż­dżać do pracy.

Ma­lin po raz ostatni spoj­rzała w stronę przed­szkola, żeby się upew­nić, że Axel już do niej nie ma­cha, ale w oknie ni­kogo nie było. Od­blo­ko­wała mer­ce­desa i we­szła lewą nogą na sto­pień, gdy na­gle znie­ru­cho­miała, czu­jąc, że ktoś ją ob­ser­wuje. Spoj­rzała przez ra­mię. Ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów da­lej stała ja­sno­włosa ko­bieta, wpa­tru­jąc się w nią. A może w coś in­nego? Ma­lin po raz ko­lejny spoj­rzała w stronę przed­szkola, żeby się upew­nić, że nie ma tam ni­kogo ani ni­czego, co mo­głoby tak za­cie­ka­wić nie­zna­jomą.

Na ulicy nie było ży­wej du­szy, z okien też nikt nie wy­glą­dał.

Ma­lin za­częła uda­wać, że szuka w kie­szeni kurtki klu­czyka do sa­mo­chodu, ale tak na­prawdę ob­ser­wo­wała ko­bietę w bocz­nym lu­sterku. Blon­dynka miała na so­bie dżinsy i krótką kurtkę w ko­lo­rze woj­sko­wej zie­leni. Czę­ściowo za­sła­niał ją przy­ku­rzony, mały, biały sa­mo­chód. Słońce wy­do­by­wało z jej wło­sów ru­dawy po­łysk. Ko­bieta upo­rczy­wie pa­trzyła w jej stronę. Ma­lin dłuż­szą chwilę ob­ser­wo­wała ją w lu­sterku. Blon­dynka na­wet nie kiw­nęła pal­cem.

Ma­lin się od­wró­ciła, spoj­rzała na ko­bietę, a po­tem spo­koj­nym, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła w jej kie­runku. Ko­bieta za­re­ago­wała do­piero po pię­ciu, sze­ściu kro­kach. Ma­lin za­uwa­żyła, że wy­raz jej twa­rzy się zmie­nia, ale była zbyt da­leko, by roz­po­znać kon­kretne emo­cje.

Kiedy zbli­żyła się jesz­cze tro­chę - na tyle, by stwier­dzić, że blon­dynka jest w jej wieku - tamta gwał­tow­nie się od­wró­ciła, pod­bie­gła do sa­mo­chodu od strony kie­rowcy, otwo­rzyła drzwi i wśli­zgnęła się do środka. Se­kundę póź­niej uru­cho­miła sil­nik i sa­mo­chód ru­szył. Ma­lin mo­gła tylko pa­trzeć, jak od­jeż­dża. Za kie­row­nicą wi­działa je­dy­nie ciemną syl­wetkę ko­biety.

Mimo sło­necz­nej po­gody po­czuła, że robi jej się zimno, a pole wi­dze­nia się zwęża, jakby była w tu­nelu. Za­mknęła oczy i po­czuła, że wło­ski na rę­kach stają dęba. W ustach po­ja­wił się me­ta­liczny po­smak. Za­częła się za­sta­na­wiać, czy za chwilę nie ze­mdleje.

Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów.

Ktoś się na nią ga­pił na ulicy w F?rösund. No i co z tego? Może lu­dzie byli cie­kawi ko­goś ob­cego. A może to czy­tel­niczka jej bloga? Może była fanką?

Ale mimo wszystko, wsia­da­jąc do sa­mo­chodu i za­my­ka­jąc drzwi, za­cho­dziła w głowę, kto to taki. Ni­gdy wcze­śniej jej nie wi­działa. Nie mo­gła to być matka któ­re­goś z uczniów. W szkole nie po­ja­wiło się żadne nowe dziecko, któ­rego by nie znała. No i skąd ta na­gła ucieczka? Na cie­kaw­skie pa­trze­nie można by ewen­tu­al­nie mach­nąć ręką, ale naj­dziw­niej­sze było to, że ko­bieta czmych­nęła, gdy tylko obiekt jej ob­ser­wa­cji za­czął szu­kać z nią kon­taktu.

Po­winna była za­pi­sać nu­mer re­je­stra­cyjny. Na­wet nie przy­szło jej jed­nak do głowy spoj­rzeć na ta­blice.

6

Fre­drik wziął klu­czyki do wozu, który za­re­zer­wo­wał, i za­pi­sał swoje na­zwi­sko na ta­blicy. Ra­zem z Sarą po­szli do ga­rażu. Po pię­ciu la­tach ist­nie­nia prze­bu­do­wa­nej sie­dziby po­li­cji ko­ry­ta­rze i wy­strój po­kryły się pa­tyną, która - przy­naj­mniej dla Fre­drika - miała w so­bie coś atrak­cyj­nego. Wszystko było tro­chę sfa­ty­go­wane, zu­żyte, ale w przy­jemny spo­sób. Nie czuł się już, jakby pra­co­wał na wy­sta­wie sklepu me­blo­wego.

Göran ka­zał mu po­je­chać z Sarą. Fre­drik nie są­dził, by roz­mowa z prze­stra­szoną ro­dziną z F?rö była ro­botą dla dwóch osób. Nie miał nic prze­ciwko to­wa­rzy­stwu Sary, wręcz prze­ciw­nie, ale nie mógł się po­zbyć wra­że­nia, że w za­my­śle Görana za­da­niem Sary było ra­czej mieć go na oku, niż wy­ko­ny­wać zwy­kłą po­li­cyjną ro­botę.

Zna­leźli sa­mo­chód pra­wie na sa­mym końcu, przy bra­mie po­kry­tego ku­rzem ga­rażu, i do niego wsie­dli.

- Nie wiem, czy jest miły dla mnie, skoro cię wy­syła, że­byś mnie pil­no­wała, czy zło­śliwy wo­bec cie­bie, ka­żąc ci sie­dzieć obok i cze­kać, aż do­stanę wy­lewu i wjadę do rowu - ode­zwał się Fre­drik, usta­wia­jąc lu­sterka.

Sara spoj­rzała na niego, a z jej twa­rzy można było od­czy­tać, że się nad czymś za­sta­na­wia.

- Mo­żesz mieć wy­lew? - za­py­tała.

Fre­drik się ro­ze­śmiał.

- Ja­sne, że nie. W prze­ciw­nym ra­zie nie sie­dział­bym tu­taj.

Sara śle­dziła wzro­kiem jego ru­chy, gdy wkła­dał klu­czyk do sta­cyjki.

- Może mimo wszystko to ja po­win­nam pro­wa­dzić - stwier­dziła.

Wy­czuł, że tym ra­zem to żart.

- Tak wła­śnie wszy­scy my­ślą? Że w każ­dej chwili mogę mieć wy­lew albo się prze­wró­cić pod wpły­wem ataku pa­daczki?

Od­wró­cił się do Sary, trzy­ma­jąc ręce na kie­row­nicy.

- Mnie nie py­taj - od­parła. - Sam za­czą­łeś mó­wić o wy­le­wie.

- Ra­czej Len­nart.

- Ach ten Len­nart - wes­tchnęła Sara.

Fre­drik uru­cho­mił sil­nik i wrzu­cił wsteczny bieg.

- W każ­dym ra­zie ry­zyko, że mnie to spo­tka, gdy będę sie­dział za kie­row­nicą, jest nie więk­sze niż to, że ty bę­dziesz miała wy­lew.

- Mo­żemy już skoń­czyć roz­mowę o wy­le­wach? To zna­czy, o ile rze­czy­wi­ście je­steś zdrowy. Chyba że bę­dziesz jak taki dzia­dzio eme­ryt, który cały czas glę­dzi o tym, co go boli.

Fre­drik po­sta­no­wił, że prze­sta­nie o tym my­śleć. Göran za­pewne wy­słał z nim Sarę nie bez po­wodu. Przy odro­bi­nie do­brej woli można było chyba uznać, że to do­bry po­mysł, na­wet abs­tra­hu­jąc od wy­padku. Nie pra­co­wał w te­re­nie od dwóch lat. Może po­trze­bo­wał ko­goś, kto go po­pro­wa­dzi.

Sara za­ło­żyła czarne włosy za uszy i spoj­rzała w kie­runku szybko otwie­ra­ją­cych się drzwi ga­rażu. Fre­drik za­mru­gał w póź­no­let­nim słońcu. Tym ra­zem to wszystko nie było tylko sym­bo­liczne, jak na chod­niku nieco po­nad pół go­dziny wcze­śniej. Działo się na­prawdę. Był funk­cjo­na­riu­szem po­li­cji kry­mi­nal­nej ja­dą­cym na ak­cję.

Dwa lata wcze­śniej na­wet by nie przy­pusz­czał, że na­dej­dzie dzień, gdy ru­ty­nowe za­da­nie na F?rö sprawi mu tyle ra­do­ści.

Wy­je­chał na trasę 149, skrę­cił w lewo i do­daw­szy gazu, ru­szył w kie­runku pół­noc­nym przez pła­ski te­ren. Ściany lasu zo­stały za­stą­pione przez pola, łąki i po­je­dyn­cze domy, które swo­imi gan­kami nie­mal wcho­dziły na kra­wędź as­faltu. Po dwóch ki­lo­me­trach do­go­nili trak­tor z przy­czepą pełną ja­sno­zie­lo­nych wor­ków ki­szonki. Kie­rowca w bor­do­wych słu­chaw­kach z obo­wiąz­kową an­teną uprzej­mie zje­chał na po­bo­cze, żeby Fre­drik mógł go wy­prze­dzić.

Ra­zem z prze­prawą pro­mową i chwilą ocze­ki­wa­nia przy pro­mie do­tar­cie do Kal­bjärgi na F?rö za­jęło pół­to­rej go­dziny. Jak na Go­tlan­dię, była to praw­dziwa wy­prawa. Nic dziw­nego, że Fre­drik, miesz­ka­jąc da­leko na po­łu­dniu wy­spy, rzadko tam jeź­dził. Za­da­wali so­bie ten trud wła­ści­wie głów­nie wtedy, gdy on i Ninni mieli go­ści z kon­ty­nentu. Kiedy zaś za­bie­rali ich na F?rö, za każ­dym ra­zem trzy­mali się tego sa­mego sche­matu. Ku­po­wali pla­cek ma­li­nowy w cu­kierni Sy­lvis Döt­trar i ką­pali się w Eke­vi­ken.

Wie­dział, że jedna z wła­ści­cie­lek pie­karni mieszka w go­spo­dar­stwie w Kal­bjär­dze, ale nie mógł so­bie przy­po­mnieć, skąd to wie. Pew­nie od ko­goś z pracy. Ko­mi­sa­riat był cen­trum in­for­ma­cyjno-plot­kar­skim i nie­wiele go omi­jało. Ni­gdy nie było wia­domo, ja­kie in­for­ma­cje mogą się przy­dać w pracy po­li­cjanta.

Dom Hen­rika Kjel­lan­dera i Ma­lin An­ders­son był po­ło­żony pra­wie na sa­mym szczy­cie Kal­bjär­ga­hob­ben - ma­łego ska­li­stego wznie­sie­nia, które wznie­sie­niem mo­gło być na­zwane chyba tylko na Go­tlan­dii.

Fre­drik skrę­cił w prawo, do­strze­ga­jąc go­spo­dar­stwo do­kład­nie na wprost, nieco po­nad ki­lo­metr da­lej. Dom Kjel­lan­dera i An­ders­son był czę­ściowo ukryty za dużą sto­dołą z me­ta­lo­wym da­chem, ale w miarę, jak Fre­drik się do niego zbli­żał, był co­raz le­piej wi­doczny. Po­se­sję ogra­dzała me­ta­lowa siatka o du­żych oczkach roz­pięta mię­dzy dwoma za­rdze­wia­łymi że­la­znymi słu­pami. Zwol­nił, wi­dząc dwa sa­mo­chody przed furtką po prze­ciw­nej stro­nie drogi. Były to kil­ku­letni czer­wony mer­ce­des i nowa czarna honda. Skrę­cił i za­par­ko­wał obok hondy.

Wy­sie­dli z sa­mo­chodu i prze­cięli drogę, która na do­brą sprawę nie była ni­czym wię­cej niż dwoma dys­kret­nymi śla­dami na wzgó­rzu. Fre­drik otwo­rzył przed Sarą furtkę i za­mknął ją za sobą. Po­szli da­lej w dół zbo­cza w kie­runku domu. Na łące ka­wa­łek da­lej za­skrze­czało kilka wron. Dom był po­ło­żony na otwar­tym te­re­nie, ale wej­ście osła­niał zdzi­czały ży­wo­płot z bzu, prze­rze­dzony na dole. Fre­drik wszedł po omsza­łych wa­pien­nych scho­dach na ga­nek i za­pu­kał do drzwi.

Otwo­rzyła lekko opa­lona ciem­no­włosa ko­bieta. Miała na no­sie piegi, kilka też na po­licz­kach. Włosy upięła po­dob­nie jak Sara, ale u niej grzywka koń­czyła się tuż pod brwiami.

- Ma­lin An­ders­son? - za­py­tał Fre­drik.

- Tak.

Ma­lin uśmiech­nęła się cie­pło, choć bez prze­sady, po­wi­tała ich i po­pro­siła, by we­szli. Jak tylko sta­nęli w przed­po­koju, usły­szeli kroki do­bie­ga­jące z są­sied­niego po­koju. Zza fra­mugi wy­ło­nił się ni­ski męż­czy­zna. Był szczu­pły i ener­giczny, a jego ciem­no­blond włosy ster­czały w lek­kim nie­ła­dzie. Spoj­rzał na nich z za­cie­ka­wie­niem, wy­cią­ga­jąc rękę. Hen­rik Kjel­lan­der wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego. Mimo gróźb kie­ro­wa­nych pod ad­re­sem ro­dziny. Fre­drik po­my­ślał, że może nie były tak po­ważne, jak su­ge­ro­wało zgło­sze­nie.

- Może usią­dziemy? Chyba że chce­cie za­cząć ja­koś ina­czej - ode­zwał się Hen­rik i spoj­rzał na nich py­ta­jąco.

- Usiądźmy, oczy­wi­ście - od­parł Fre­drik. - Chęt­nie po­znamy wię­cej szcze­gó­łów tego, co się wy­da­rzyło.

Hen­rik ru­szył przo­dem do sa­lonu. Znaj­do­wała się w nim wielka szara sofa z wy­sta­jącą czę­ścią po jed­nej stro­nie - jakby skrzy­żo­wana z oto­maną. Fre­drik po­my­ślał, że to chyba ja­kaś moda. Gu­stav i Lena ku­pili po­dobną kilka lat wcze­śniej.

Przy ni­skim sto­liku stały też trzy czarne fo­tele z dę­bo­wymi pod­ło­kiet­ni­kami przy­po­mi­na­ją­cymi wio­sła. Na pod­ło­dze wi­dać było ślady obec­no­ści ma­łych dzieci. Za­bawki z ko­lo­ro­wego pla­stiku. Hen­rik i Ma­lin usie­dli obok sie­bie na so­fie. Fre­drik i Sara za­jęli fo­tele. Na ścia­nie za sofą wi­siały trzy czarno-białe zdję­cia wiel­kie jak pla­katy. Jedno z nich przed­sta­wiało Ma­lin na ulicy wiel­kiego ame­ry­kań­skiego mia­sta. Po­zo­stałe dwa przed­sta­wiały dwójkę dzieci. Erik do­my­ślał się, że to dzieci tej pary. Zdję­cia były pełne ży­cia, zro­bione w pę­dzie, z krzywą li­nią ho­ry­zontu i nie­ostre przez ruch. Dzięki Jo­aki­mowi Fre­drik roz­wi­nął w so­bie zmysł fo­to­grafa i pod­ła­pał kilka fa­cho­wych ter­mi­nów.

- Naj­le­piej bę­dzie, je­śli opo­wie­dzą pań­stwo od po­czątku - stwier­dził. - Wró­cili pań­stwo do domu w so­botę wie­czo­rem i wtedy od­kryli za­gro­że­nie? W po­staci zdję­cia?

- Cho­dziło o coś wię­cej - od­parła z po­wagą Ma­lin.

Mał­żon­ko­wie wy­mie­nili spoj­rze­nia. Ten krótki, po­zba­wiony słów na­mysł za­koń­czył się, gdy Hen­rik ski­nął głową.

- Okej - po­wie­działa Ma­lin, prze­su­nęła się nieco bar­dziej do przodu na so­fie i kon­ty­nu­owała: - Wró­ci­li­śmy do domu po urlo­pie. Było już ciemno. Pod­czas na­szej nie­obec­no­ści dom był wy­naj­mo­wany, więc czło­wiek oczy­wi­ście tro­chę się za­sta­na­wia, co za­sta­nie. Naj­pierw zwró­ci­łam uwagę, że dom jest nie­wy­sprzą­tany i nie wy­rzu­cono śmieci. Po­tem od­kry­łam, że nie­któ­rych rze­czy bra­kuje. Szkla­nek i fi­li­ża­nek w szaf­kach. Na­szych ro­dzin­nych zdjęć w pra­cowni.

W gło­sie Ma­lin było sły­chać, że na­dal jest wstrzą­śnięta tym, czego do­świad­czyła. Im dłu­żej opo­wia­dała, tym bar­dziej zmie­niał jej się głos. Mó­wiła o szkle, które wbiło jej się w stopę. O od­cho­dach w za­baw­kach dzieci. I wresz­cie o zdję­ciu, które wy­pa­dło z szafki na po­ściel. Kiedy skoń­czyła, po­ło­żyła dło­nie na ko­la­nach i na nich spoj­rzała.

- Chęt­nie zo­ba­czy­li­by­śmy to zdję­cie - oznaj­mił Fre­drik.

- Pójdę po nie - od­parł Hen­rik.

Wstał i po­biegł do po­koju z wi­do­kiem na tył domu. Wró­cił ze zdję­ciem w prze­zro­czy­stej ko­szulce i po­dał je po­li­cjan­towi. Fre­drik po­ło­żył je przed sobą na stole.

- Pró­bo­wa­łem go nie do­ty­kać - po­in­for­mo­wał Hen­rik. - Po­my­śla­łem, że... od­ci­ski pal­ców i tak da­lej.

- Bar­dzo do­brze pan zro­bił - przy­znał Fre­drik, po­chy­la­jąc się nad zdję­ciem.

Było ładne. Ma­lin, Hen­rik i dzieci sie­dzieli na plaży w stro­jach ką­pie­lo­wych. Wy­glą­dali, jakby chwilę wcze­śniej roz­pa­ko­wali ja­kieś je­dze­nie. Naj­mniej­sze dziecko - trzy­letni chłop­czyk - trzy­mał w ręce ło­patkę i wy­da­wał się bar­dziej na­sta­wiony na ko­pa­nie w pia­sku niż na pik­nik. Wszy­scy, na­wet on, pa­trzyli pro­sto w obiek­tyw. Bra­ko­wało im jed­nak oczu. W gru­bym pa­pie­rze zo­stały tylko dziurki. Fre­drik przyj­rzał się twa­rzom dzieci. Na ich wi­dok zro­biło mu się na­prawdę nie­przy­jem­nie. To uczu­cie go za­sko­czyło, mimo woli za­kasz­lał, jakby chciał od­wró­cić od nich swoją uwagę.

Pod­niósł zdję­cie do okna. Świa­tło z ze­wnątrz prze­szyło osiem kon­kret­nych punk­tów i wy­dało mu się, że sły­szy dźwięk na­ostrzo­nego ołówka albo koń­cówki cyr­kla prze­bi­ja­ją­cej pa­pier.

Do­piero kiedy wy­czuł spoj­rze­nia in­nych, uświa­do­mił so­bie, że o wiele za długo wpa­try­wał się w zdję­cie. Po­dał je Sa­rze.

- Nic dziw­nego, że się pań­stwo prze­stra­szyli - po­wie­dział.

- Nie ro­zu­miem, kto może zro­bić coś ta­kiego - ode­zwała się Ma­lin. - To prze­ra­ża­jące.

Jej głos osłabł i po­gła­dziła się dło­nią po ra­mie­niu, jakby było jej zimno.

- Ale nie tylko to zgi­nęło?

- Nie tylko - po­twier­dził Fre­drik. - Znik­nęły wszyst­kie zdję­cia, które wi­siały w pra­cowni. Było ich sześć. Tylko to jedno zna­leź­li­śmy.

- A szu­kali pań­stwo wszę­dzie?

Ma­lin ski­nęła głową.

- Prze­szu­ka­łam naj­mniej­sze za­ka­marki.

- Ale te na­dal tam były? - Fre­drik wska­zał zdję­cia Ma­lin i dzieci wi­szące na ścia­nie za sofą.

- Tak - od­po­wie­działa krótko Ma­lin na to re­to­ryczne py­ta­nie.

Sara po­ło­żyła fo­to­gra­fię na ko­la­nach.

- Mu­simy ją za­brać.

- Tak, oczy­wi­ście.

Hen­rik wy­ko­nał taki gest ręką, jakby po­now­nie prze­ka­zy­wał zdję­cie.

- Je­śli cho­dzi o tych róż­nych lu­dzi, któ­rzy wy­naj­mo­wali od pań­stwa dom... w jaki spo­sób na­wią­zy­wali pań­stwo z nimi kon­takt? - spy­tał Fre­drik.

- Przez Go­tlandz­kie Po­dróże.

- Czyli nie mie­li­ście oso­bi­stego kon­taktu z go­śćmi?

Hen­rik po­krę­cił głową.

- Nie, wszystko się od­bywa przez po­śred­ni­ków.

- Mają może pań­stwo ich na­zwi­ska i ad­resy? - spy­tał Fre­drik.

- Tak, mamy. Przy­słali ko­pie umów.

Hen­rik po­de­rwał się z sofy i do­kądś po­biegł, a po chwili wró­cił z do­ku­men­tami.

Fre­drik szybko prze­le­ciał wzro­kiem trzy ar­ku­sze. Dwie osoby po­cho­dziły z oko­lic Sztok­holmu, a jedna z Göte­borga. Ta z Göte­borga była ostat­nia.

- Czy po po­wro­cie do domu pró­bo­wali się pań­stwo skon­tak­to­wać z któ­rąś z nich?

- Za­dzwo­ni­łem do tych lu­dzi z Göte­borga - od­parł Hen­rik. - Tak się wście­kłem, kiedy zna­leź­li­śmy zdję­cie. Nie mo­głem tego tak zo­sta­wić. Ale nikt nie od­bie­rał - wy­ja­śnił i z re­zy­gna­cją wzru­szył ra­mio­nami.

- Je­śli to sprawka go­ści, to pew­nie ostat­nich - stwier­dził Fre­drik.

- Tak - zgo­dził się Hen­rik. - Też tak po­my­śla­łem.

- Gdy­by­śmy jed­nak po­mi­nęli go­ści... czy przy­cho­dzi pań­stwu do głowy ktoś inny, kto mógłby tego do­ko­nać? Kto chciałby was na­stra­szyć albo wam gro­zić?

- Co pan ma na my­śli? - za­py­tała Ma­lin.

- Nie można wy­klu­czyć, że ktoś tu był już po tym, jak ostatni gość opu­ścił dom, ale przed wa­szym po­wro­tem.

Za­pa­dła ci­sza. Hen­rik prze­su­nął się w kie­runku opar­cia sofy. Ma­lin spoj­rzała na niego.

- Tak... - za­czął Hen­rik.

Ner­wowo prze­cze­sy­wał dło­nią włosy, prze­su­wa­jąc ją tam i z po­wro­tem.

- Tu na F?rö mam krew­nych. Dwie sio­stry, z któ­rymi w za­sa­dzie nie utrzy­muję kon­taktu...

Urwał i z za­wsty­dzo­nym uśmie­chem spo­glą­dał to na Fre­drika, to na Sarę.

- Nie chcę ni­kogo po­ka­zy­wać pal­cem...

- Co to ma być?! - wy­krzyk­nęła Ma­lin.

Wy­pro­sto­wała się i z iry­ta­cją spoj­rzała na Hen­rika.

- Nie cho­dzi o to, by od razu ko­goś ty­po­wać - włą­czyła się Sara. - Pro­szę je­dy­nie po­my­śleć, czy ist­nieje ktoś, kto mógłby pra­gnąć ze­msty na was, na­wet je­śli to się wy­daje nie­praw­do­po­dobne. Usta­le­nie, czy ta osoba ma coś wspól­nego ze zdję­ciem, to już na­sze za­da­nie.

- W po­rządku, ro­zu­miem - od­parł Hen­rik.

Ma­lin ski­nęła głową, za­chę­ca­jąc go do udzie­le­nia od­po­wie­dzi.

- Mam tu na F?rö dwie przy­rod­nie sio­stry - wy­ja­śnił Hen­rik. - W za­sa­dzie ni­gdy ich nie spo­tka­łem, je­śli nie li­czyć po­grzebu mamy. Albo i nie "w za­sa­dzie". Po pro­stu spo­tka­łem je tylko wtedy. Od tam­tego czasu utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt, ale tylko li­stowny i te­le­fo­niczny. I zda­rzyło się to za­le­d­wie kilka razy.

Fre­drik słu­chał uważ­nie. In­stynkt pod­po­wia­dał mu, że w opo­wie­ści, do któ­rej na ra­zie usły­szał tylko wstęp, kryje się coś waż­nego.

- To długa hi­sto­ria, ale spró­buję ją tro­chę skró­cić - oznaj­mił Hen­rik.

- Ma pan tyle czasu, ile po­trze­buje.

Hen­rik le­dwo za­uwa­żal­nie ki­wał się na so­fie, my­śląc, jak za­cząć.

- Mo­jego ojca prak­tycz­nie ni­gdy nie było. Od­szedł od mamy, jesz­cze za­nim się uro­dzi­łem. Nie wiem na­wet, czy byli w sta­łym związku. To zna­czy... znała jego toż­sa­mość i w ogóle, ale...

Urwał i za­stygł, z jedną ręką unie­sioną w nie­do­koń­czo­nym ge­ście.

- W każ­dym ra­zie, kiedy mia­łem rok, mama po­znała Ern­sta Vo­glera z F?rö. Po ja­kimś cza­sie on się jej oświad­czył, ale za­żą­dał, bym zo­stał z bab­cią w F?rösund. Tam wtedy miesz­ka­li­śmy, mama i ja.

Z na­my­słem po­ki­wał głową i rzu­cił Ma­lin prze­lotne spoj­rze­nie. Ona wciąż pa­trzyła na Hen­rika z tym sa­mym sta­now­czym wy­ra­zem twa­rzy, jakby chciała pod­kre­ślić każde wy­po­wie­dziane przez niego słowo.

- Naj­wy­raź­niej mama uznała to za do­bry po­mysł, bo tak też się stało.

Czy matka Hen­rika już była w ciąży z jedną z dziew­czy­nek? - za­sta­na­wiał się Fre­drik. To w każ­dym ra­zie tro­chę uła­twi­łoby tak dra­styczną de­cy­zję. Nie po­winno być pro­blemu ze spraw­dze­niem.

- Prawdę mó­wiąc, nie bar­dzo się orien­tuję, dla­czego tak się stało. Wiem tylko tyle, ile opo­wie­działa moja bab­cia.

- Nie miał pan żad­nego kon­taktu z mamą? - za­py­tał Fre­drik.

- Kiedy by­łem bar­dzo mały, żad­nego, ale od­kąd po­sze­dłem do szkoły, za­cho­dziła cza­sem w od­wie­dziny do babci i do mnie. Nie zda­rzało się to czę­sto, ale... w moje uro­dziny i przy po­dob­nych oka­zjach.

Brzmiało to jak zga­dy­wa­nie, ale czyż nie tak wła­śnie dzia­łała pa­mięć? Że wwier­cały się w nią różne ob­razy? Pre­zent na sto­liku, tort, za­pa­lone świeczki. Ktoś z apa­ra­tem w go­to­wo­ści.

- Wiem, że to brzmi jak z dzie­więt­na­stego wieku - po­wie­dział Hen­rik. - Nie mam po­ję­cia, co tacy lu­dzie mają w gło­wach.

Tacy lu­dzie. Czy cho­dziło mu także o matkę?

- Ale do rze­czy - pod­jął Hen­rik. - Kiedy moja bab­cia zmarła...

Jego spoj­rze­nie błą­dziło i nie wy­da­wało się już tak pełne ży­cia i szczę­śliwe. Hen­rik za­mknął oczy.

- Naj­pierw do­sta­łeś list - pod­po­wie­działa Ma­lin.

- A, tak. Do­sta­łem list od babci - po­wie­dział i znów otwo­rzył oczy. - Pi­sała, że ży­czyła so­bie, abym odzie­dzi­czył pie­nią­dze po sprze­daży domu. Nie całą sumę. Ja mia­łem do­stać po­łowę, a mama drugą. Kiedy dwa lata póź­niej bab­cia zmarła, po­wie­dzia­łem o tym ma­mie, a ona na to... coś w stylu, że skoro bab­cia tak chciała... Ale po­tem nic się nie działo, a ja nie chcia­łem wy­wie­rać na mamę pre­sji. Poza tym może i się nie spo­dzie­wa­łem, że...

Umilkł.

- Sam już nie wiem - do­dał po chwili.

Po­brzmie­wała w tym re­zy­gna­cja.

- A ten list, który pan do­stał... czy to był te­sta­ment? - do­py­ty­wał Fre­drik.

- Nie, nie te­sta­ment. Zwy­kły list. Ale bab­cia na­pi­sała w nim, czego chce. Nie cho­dziło o wiel­kie sumy, a i tak mia­łem wra­że­nie...

- Vi­veca nie miała szans w star­ciu z Eli­sa­bet i Almą - oznaj­miła ostrym to­nem Ma­lin.

- Ra­czej z pa­nem Vo­gle­rem, je­śli chcesz znać moje zda­nie - od­parł Hen­rik.

- Z całą trójką.

- Może tak.

Hen­rik wes­tchnął ci­cho, spoj­rzał na Ma­lin i kon­ty­nu­ował:

- Mama zmarła już ja­kiś czas temu. Bę­dzie ze dwa i pół roku. W związku z tym znów po­ru­szy­łem kwe­stię li­stu od babci. Naj­pierw za­dzwo­ni­łem do Eli­sa­bet, ale z nią w ogóle nie dało się roz­ma­wiać, więc na­pi­sa­łem list do ad­wo­kata dys­po­nu­ją­cego oświad­cze­niem spad­ko­wym, ten jed­nak mnie od­pra­wił z kwit­kiem, twier­dząc, że list nie ma nic wspól­nego z ma­jąt­kiem po zmar­łej.

- Cho­lerne drań­stwo - wtrą­ciła Ma­lin.

Hen­rik wes­tchnął przez nos, a na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz re­zy­gna­cji.

- Na­pi­sa­łem nowy list, w któ­rym za­kwe­stio­no­wa­łem jego punkt wi­dze­nia, ale trudno się prze­ciw­sta­wić ad­wo­ka­towi. Do­sta­łem ko­lejną od­po­wiedź ne­ga­tywną, jed­nak tym ra­zem była pełna praw­ni­czych ter­mi­nów, i nic z tego nie zro­zu­mia­łem. Sam więc się skon­tak­to­wa­łem z praw­niczką i po­mo­gła mi na­pi­sać od­po­wiedź.

- I co po­wie­działa o pań­skich szan­sach na otrzy­ma­nie spadku po babci? - za­py­tał Fre­drik.

- Po­wie­działa, że to nie bę­dzie ła­twe, ale nie je­stem bez szans. List od babci mógł po­móc, mimo że nie sta­no­wił te­sta­mentu.

- Ale mu­sie­li­by­śmy być przy­go­to­wani na są­dze­nie się o pie­nią­dze - wtrą­ciła Ma­lin.

- Zga­dza się.

Hen­rik osu­nął się na opar­cie sofy, jakby mó­wie­nie go wy­czer­pało.

- I tak było? - za­py­tał Fre­drik.

- Prze­pro­wa­dzili po­dział ma­jątku, nie przej­mu­jąc się, co mamy na ten te­mat do po­wie­dze­nia - po­wie­dział Hen­rik.

- I nic pan nie do­stał?

- Tylko za­cho­wek. Jedną trze­cią po­łowy pie­nię­dzy mamy. Ale miała w banku kilka ty­sięcy. Wszyst­kie nie­ru­cho­mo­ści były za­pi­sane na Ern­sta albo Eli­sa­bet, a ru­cho­mo­ści... nie mia­łem ochoty w tym wszyst­kim grze­bać. Na pewno ro­zu­mie­cie, że nie by­łem mile wi­dziany.

- Na czym w końcu sta­nęło? - spy­tał Fre­drik.

- Przez ja­kiś czas chcia­łem po pro­stu mach­nąć na to wszystko ręką. Nie­na­wi­dzę ta­kich kon­flik­tów. Czło­wiek może stra­cić wię­cej, niż zy­skać, na­wet je­śli na ko­niec do­czeka się spra­wie­dli­wo­ści. To po­chła­nia tyle ener­gii... W końcu po­sta­no­wi­łem, że ich po­zwę. No i tak...

Po­woli uniósł rękę z re­zy­gna­cją.

- Na tym sta­nęło.

- Czyli sprawa jest otwarta?

- Można tak po­wie­dzieć - od­parł Hen­rik.

Ma­lin na­chy­liła się nad sto­li­kiem i spoj­rzała zde­cy­do­wa­nie na Fre­drika i Sarę.

- Pie­nią­dze to tylko jedna strona pro­blemu. Hen­rik ma wy­rzuty su­mie­nia i nie chce, by kto­kol­wiek mu o nich przy­po­mi­nał. A te­raz oni pró­bują nas stąd wy­ku­rzyć.

- Tego nie wiemy - od­parł Hen­rik.

Ma­lin spra­wiała wra­że­nie na­sta­wio­nej bo­jowo, ale nic nie po­wie­działa.

Fre­drik był go­tów się zgo­dzić z Ma­lin. Przy­naj­mniej w kwe­stii jej po­dej­rzeń. Vo­gle­ro­wie z pew­no­ścią ode­tchnę­liby z ulgą, gdyby Hen­rik z ro­dziną się stąd wy­pro­wa­dził.

- Spraw­dzimy to i zo­ba­czymy, do­kąd nas ten trop za­pro­wa­dzi - od­parł Fre­drik. - Eli­sa­bet i Alma Vo­gler, zga­dza się?

Hen­rik ski­nął głową.

- A oj­ciec ma na imię Ernst - do­dała Ma­lin.

Fre­drik za­pi­sał na­zwi­ska i ad­resy.

- Kiedy pań­stwo o tym my­ślą, nie przy­cho­dzą pań­stwu do głowy jesz­cze inne na­zwi­ska? - spy­tała Sara. - Ja­kiś były chło­pak albo była dziew­czyna? Może ktoś, z kim się po­kłó­ci­li­ście o pie­nią­dze?

- Nie - od­parł Hen­rik. - Oczy­wi­ście za­sta­na­wia­li­śmy się nad tym...

- Na­prawdę - we­szła mu w słowo Ma­lin.

- Klienci, współ­pra­cow­nicy, mo­dele... Nie, nic ta­kiego. By­li­śmy ra­zem trzy­na­ście lat, więc o żad­nych za­zdro­snych eks ra­czej nie może być mowy - stwier­dził Hen­rik i szybko prze­je­chał dło­nią po ko­la­nie Ma­lin.

- I nie byli pań­stwo świad­kami żad­nego prze­stęp­stwa? - spy­tała Sara. - Ani wy­padku dro­go­wego? Zda­rza się, że lu­dzie w ta­kich sy­tu­acjach pa­dają ofiarą gróźb.

- Je­śli by­li­śmy świad­kami cze­goś, to nie­świa­do­mie - po­wie­działa Ma­lin.

- Mogą pań­stwo jesz­cze się za­sta­no­wić, a je­śli coś pań­stwu przyj­dzie do głowy, pro­szę się z nami skon­tak­to­wać. My za­czniemy od spraw­dze­nia wa­szych go­ści i sporu o spa­dek z sio­strami, a po­tem zo­ba­czymy.

- A zdję­cie? - za­py­tała Ma­lin i ski­nęła głową w kie­runku Sary.

- Nasi tech­nicy je zba­dają - od­parła Sara - ale na li­stach z po­gróż­kami rzadko są od­ci­ski pal­ców.

- Aha - od­parła Ma­lin. Wy­glą­dała na lekko roz­cza­ro­waną.

Od­gar­nęła grzywkę. Czoło, które przy tym od­sło­niła, było bled­sze niż reszta opa­lo­nej twa­rzy.

- Czu­je­cie nie­po­kój? - za­py­tał Fre­drik.

Ma­lin i Hen­rik szybko wy­mie­nili spoj­rze­nia. Ma­lin lekko prze­krzy­wiła głowę i zmarsz­czyła nos.

- Oczy­wi­ście, że czło­wiek się mar­twi - po­wie­działa - ale nie są­dzę, by tu wpa­ro­wał ja­kiś sza­le­niec i... sama już nie wiem.

Fre­drik prze­su­nął się na fo­telu do przodu i zła­pał obu­rącz umowę wy­najmu, go­tów za­koń­czyć prze­słu­cha­nie, ale Ma­lin mó­wiła da­lej:

- To tak oso­bi­ste, tak agre­sywne nisz­czyć na­sze pry­watne zdję­cia. Nie mogę prze­stać o tym my­śleć.

- Ro­zu­miem - od­parł Fre­drik. - Po­trak­tu­jemy sprawę z naj­więk­szą po­wagą. Jed­no­cze­śnie nie można wy­klu­czyć, że sprawca uważa to za żart.

- W ta­kim ra­zie ma dziwne po­czu­cie hu­moru - od­parł Hen­rik. Wy­da­wał się tro­chę do­tknięty.

- Na­prawdę nie chcę ni­czego ba­ga­te­li­zo­wać - od­parł Fre­drik - ale mo­gli to prze­cież zro­bić na­sto­lat­ko­wie nu­dzący się na wa­ka­cjach z ro­dzi­cami.

- Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko - po­wie­działa Ma­lin. - Po­czu­ła­bym się o wiele le­piej, gdyby się oka­zało, że to ob­jaw zwy­kłej głu­poty. Ale czuję, że tu cho­dzi o coś in­nego. O wiele gor­szego.

7

Przez okno w kuchni Ma­lin wi­działa, jak dwoje po­li­cjan­tów idzie pod górę do sa­mo­chodu. Po­czuła się śmieszna. Czy to wszystko mo­gło być po pro­stu per­wer­syj­nym żar­tem? Skut­kiem dzia­ła­nia kilku mło­dych lu­dzi, któ­rzy pod­pusz­czali się na­wza­jem, by prze­kra­czać gra­nice?

Nie, uznała po chwili. To była groźba. Ro­dzina wró­ciła do domu po czte­ro­ty­go­dnio­wych wa­ka­cjach i zna­la­zła ro­dzinny por­tret z dziu­rami w miej­scu oczu. Nikt nie mógł mieć jej za złe, że ro­biła wszystko, co się dało, by usta­lić toż­sa­mość sprawcy. Miesz­kali na od­lu­dziu, nie mieli żad­nej ochrony. Od cy­wi­li­za­cji dzie­lił ich po­wolny, ha­ła­śliwy prom.

Ła­twiej by­łoby wzru­szyć ra­mio­nami i zrzu­cić wszystko na bez­myślną mło­dzież, gdyby na­dal miesz­kali w Sztok­hol­mie. W domu peł­nym są­sia­dów, któ­rzy wszystko wi­dzieli i sły­szeli. Kilka mi­nut drogi od sie­dziby po­li­cji.

Po­czuła, że za jej ple­cami stoi Hen­rik. Po­ło­żył jej dło­nie na ra­mio­nach i po­cią­gnął do tyłu. Po­zwo­liła so­bie wpaść w ostrożne ra­miona męża, a w jej gło­wie po­ja­wił się inny ob­raz, inny por­tret ro­dzinny. Ona i Hen­rik sto­jący z dumą przed no­wym stu­diem. W ka­drze, dla pod­kre­śle­nia te­matu, było wi­dać lampę bły­skową na sta­ty­wie.

- My­ślisz, że to może mieć coś wspól­nego z ar­ty­ku­łem?

- To tu­taj?

- Tak.

Dzien­ni­karz z "Go­tlands Al­le­handa" na po­czątku lata prze­pro­wa­dził wy­wiad z nimi jako przed­się­bior­cami z F?rö, któ­rzy za­mie­rzali przy­cią­gnąć fo­to­gra­fów i mo­deli z ca­łego świata. Oprócz zdję­cia zro­bio­nego przed stu­diem ilu­stra­cję tek­stu sta­no­wiło też to przed­sta­wia­jące Hen­rika w to­wa­rzy­stwie fo­to­mo­delki i so­bo­wtóra Elvisa.

- To mo­gło ko­goś spro­wo­ko­wać - stwier­dziła. - Ktoś zo­ba­czył w gło­wie ob­raz grze­chu i na­gich fo­to­mo­de­lek.

Hen­rik zro­bił minę su­ge­ru­jącą, że błą­dzi po omacku.

- Nie, po­waż­nie - po­wie­działa Ma­lin ostrym to­nem. - Przy­po­mnij so­bie tych lu­dzi, któ­rzy wy­sta­wili Mak­beta na wa­pien­nych ska­łach w Lju­garn. Je­den wa­riat pod­czas pre­miery prze­ciął im ka­bel sie­kierą. W tle była hi­sto­ria o ja­kimś fil­mie porno na­gry­wa­nym na tych sa­mych ska­łach wieki temu.

Hen­rik znów się ro­ze­śmiał.

- Co ta­kiego? Ni­gdy o tym nie sły­sza­łem.

- To prawda. Znam na­wet ko­goś, kto brał w tym udział.

- I ude­rzył sie­kierą?

- Prze­za­bawne - od­parła, czu­jąc na­ra­sta­jące zde­ner­wo­wa­nie.

- Okej. - Hen­rik spo­waż­niał. - Mimo wszystko jest róż­nica mię­dzy bie­ga­niem po re­zer­wa­cie ochrony przy­rody a pro­wa­dze­niem dzia­łal­no­ści na swo­jej po­se­sji.

- Tak, ale jest też róż­nica mię­dzy fil­mem porno a Szek­spi­rem. Kto wie, co się lu­dziom roi w gło­wach, kiedy czy­tają, że mają tu przy­je­chać fo­to­mo­delki.

Hen­rik wes­tchnął.

- No co? - za­py­tała Ma­lin.

- Nie mam po­ję­cia - od­parł.

- Ja w każ­dym ra­zie za­mie­rzam po­wie­dzieć o tym po­li­cjan­tom. Masz coś prze­ciwko?

- Nie, na­prawdę. Uwa­żam, że po­win­naś po­wie­dzieć.

- Za­dzwo­nię do nich - od­parła, wi­dząc, że już od­je­chali.

Dło­nie Hen­rika zsu­nęły się na jej piersi. Uczu­cie cie­pła szybko ro­ze­szło się po jej ciele.

- Mu­szę je­chać służ­bowo do Bar­ce­lony - oznaj­mił Hen­rik, wsu­wa­jąc dłoń pod jej swe­ter.

- Co? Na jak długo?

- Dwie go­dziny pracy plus po­dróż, więc nie bę­dzie mnie trzy noce.

Cie­pło, które ją wy­peł­niło, gwał­tow­nie osty­gło.

- Kiedy?

Pró­bo­wała uda­wać nie­wzru­szoną. Wy­szło jej cał­kiem nie­źle, choć czuła się kom­plet­nie pu­sta i opusz­czona.

- Trzy­dzie­stego - od­po­wie­dział.

- Trzy­dzie­stego? To prze­cież nie­dziela.

Hen­rik żar­to­bli­wie opu­ścił dłoń na kra­wędź dżin­sów Ma­lin. Po­żą­da­nie jed­nak już ją opu­ściło. Była w sta­nie my­śleć tylko o tym, że spę­dzi sama trzy noce. Ostroż­nie się wy­wi­nęła z jego ob­jęć.

- Po­trze­bu­jemy pie­nię­dzy - po­wie­dział. - A temu klien­towi nie mogę od­mó­wić.

- Wiem.

Nie mu­siał do­da­wać. Wie­działa, jak to jest z du­żymi sta­łymi klien­tami. Je­śli od­mówi się raz, może już wię­cej nie za­dzwo­nią.

Hen­rik wy­cią­gnął rękę i pró­bo­wał zła­pać Ma­lin, ale zro­biła unik.

Nie od­wra­ca­jąc się, ru­szyła do pra­cowni. Za ple­cami usły­szała wes­tchnie­nie.

8

Fre­drik i Sara tra­fili do domu naj­bliż­szego, a za­ra­zem je­dy­nego są­siada - je­śli nie li­czyć go­spo­dar­stwa od­da­lo­nego od nich o dwa ki­lo­me­try. Dom był po­ło­żony za sta­ran­nie uło­żo­nym ka­mien­nym wa­łem, za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od domu Ma­lin i Hen­rika.

- My­ślisz, że Hen­rik Kjel­lan­der ma ja­kieś szanse z tym po­zwem? - za­py­tała Sara, kiedy wy­sie­dli z sa­mo­chodu.

Fre­drik za­trza­snął drzwiczki i wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie mam bla­dego po­ję­cia. Ta cała sprawa z li­stem wy­daje się na­cią­gana, ale na­prawdę nie wiem.

- Mu­simy po­roz­ma­wiać z Klin­tem.

Wolno po­de­szli do wej­ścia w ka­mien­nym wale.

- Ale może, jak mó­wiła Ma­lin, kon­flikt jest znacz­nie więk­szy niż spa­dek - stwier­dził Fre­drik. - I po­zew był tylko kro­plą, która prze­lała czarę.

- I spra­wił, że krewni za­częli im srać do za­ba­wek?

Sara z całą pew­no­ścią nie wy­glą­dała na prze­ko­naną.

- Ale jaka to hi­sto­ria - do­dała po chwili.

- Coś ta­kiego tylko na Go­tlan­dii - skwi­to­wał Fre­drik.

Sara za­częła się śmiać, ale ogar­nięta po­czu­ciem winy za­kryła usta dło­nią.

- Ale czy to nie tro­chę dziwne, że po tym wszyst­kim chciał tu wró­cić? Wy­gląda to wręcz tak, jakby za­le­żało mu na kon­fron­ta­cji, nie uwa­żasz?

- Kto wie - od­parł Fre­drik. - Lu­dzie ro­bią dziwne rze­czy po śmierci ro­dzi­ców.

Ru­szyli da­lej pod górę wy­bru­ko­waną ścieżką do domu, a Sara za­dzwo­niła do drzwi.

Ko­bieta, która je otwo­rzyła, na­zy­wała się Ann-Ka­trin We­din. Miała około pięć­dzie­się­ciu lat, była wy­soka i chuda, a na plecy opa­dał jej kru­czo­czarny war­kocz. Far­bo­wany, po­my­ślał Fre­drik. Miesz­kała w tym domu ra­zem z Beng­tem We­di­nem, który aku­rat był w pracy.

Ann-Ka­trin We­din wie­działa, że wła­ści­ciele są­sied­niego domu wy­naj­mują go na lato. Dość długo się za­sta­na­wiała nad da­tami i w końcu do­szła do wnio­sku, że jako pierw­sza go­ściła w nim ro­dzina z chłop­cem i dziew­czynką, któ­rzy wy­glą­dali, jakby cho­dzili do młod­szych klas pod­sta­wówki. Ro­dzina trzy­mała przed do­mem czar­nego je­epa, tro­chę po­dob­nego do hondy Ma­lin. Na­stępna była grupa pię­ciu, sze­ściu osób około trzy­dziestki. Ann-Ka­trin nie za­uwa­żyła, by to­wa­rzy­szyły im dzieci. Kilka razy jej dom mi­nęła szczu­pła blon­dynka idąca w kie­runku Täl­le­viki. Pew­nie chciała się wy­ką­pać. Po­zo­sta­łych nie miała oka­zji zo­ba­czyć z bli­ska. W ostat­nim ty­go­dniu nie wi­działa ni­kogo. Być może dla­tego, że skoń­czył się wów­czas jej urlop i całe dnie spę­dzała poza do­mem.

Sara wy­py­ty­wała ją szcze­gól­nie o ob­ser­wa­cje z so­boty, ale wtedy rów­nież ni­kogo nie za­uwa­żyła. Moż­liwe, że sły­szała sa­mo­chód, ale nie była do końca pewna, czy aku­rat w so­botę.

- Zaj­mu­jemy się sio­strami? - spy­tała Sara, kiedy z po­wro­tem wsie­dli do sa­mo­chodu.

- Tak, a przy­naj­mniej zaj­rzyjmy do nich - od­parł Fre­drik.

Po­woli ru­szyli tą samą drogą w prze­ciw­nym kie­runku, mi­nęli dom Hen­rika i Ma­lin i wy­je­chali na lep­szy, ale nie­wiele szer­szy żwi­rowy trakt pro­wa­dzący do głów­nej trasy. Fre­drik przy­spie­szył i prze­je­chał po pierw­szej prze­szko­dzie dla by­dła.

- Co są­dzisz? - za­py­tała Sara.

- Bar­dziej sta­wiam na sio­stry niż go­ści. Je­żeli chce się ko­muś za­gro­zić, można to zro­bić w prost­szy spo­sób niż wy­naj­mo­wa­nie domu za osiem ty­sięcy. Czy w ogóle kto­kol­wiek chciałby za­pła­cić osiem ty­sięcy oso­bie, któ­rej tak bar­dzo nie lubi?

- Masz ra­cję, ale je­śli sprawca chce ukryć swoją toż­sa­mość, może się opłaca?

Fre­drik zwol­nił i sta­nął. Na środku drogi le­żało kil­ka­na­ście owiec. Za­czął na nie trą­bić, ale bez re­zul­tatu.

- To zwy­kle nie skut­kuje - po­wie­działa Sara.

Fre­drik opu­ścił szybę.

- Zwy­kle? - po­wtó­rzył. - Czę­sto ci się coś ta­kiego przy­tra­fia?

Wy­sta­wił głowę na ze­wnątrz i wrza­snął na owce.

- Już nie. Ale kiedy by­łam mała, mie­li­śmy do­mek let­ni­skowy w Häl­sin­gland. Tam było dużo owiec.

Sara od­pięła pas bez­pie­czeń­stwa.

- Za­ła­twię to - po­wie­działa i wy­sia­dła z sa­mo­chodu.

Nie zdą­żyła zro­bić wielu kro­ków, za­nim zwie­rzęta ze­rwały się na nogi i ze­szły na bok. Sara wró­ciła i wsia­dła do auta.

- Czyli nie są­dzisz, że zro­bił to ktoś z go­ści? - za­py­tała, gdy znów ru­szyli.

- Je­śli to na­prawdę była groźba, ra­czej nie. Być może sprawcą jest któ­reś z dzieci.

- Tak - przy­znała Sara. - Może rze­czy­wi­ście to ro­bota dzie­cia­ków.

Po­je­chali na wschod­nią część wy­spy, gdzie miesz­kała Eli­sa­bet Vo­gler. Pro­wa­dziła ra­zem z mę­żem go­spo­dar­stwo rolne, mieli więc na­dzieję za­stać ją na miej­scu. Z ko­lei jej sio­stra Alma pra­co­wała na uni­wer­sy­te­cie w Visby jako spe­cja­listka od IT. Za­mie­rzali ją prze­słu­chać po po­wro­cie do mia­sta.

Po pięt­na­stu, dwu­dzie­stu mi­nu­tach skrę­cili w prawo i za­trzy­mali się przed du­żym, bia­łym ka­mien­nym do­mem z ce­ra­micz­nymi da­chów­kami i na­ro­żami po­ma­lo­wa­nymi na ró­żowo. Było to ty­powo go­tlandz­kie go­spo­dar­stwo z ni­skim par­te­rem i znacz­nie bar­dziej prze­stron­nym pię­trem, do­bu­do­wa­nym o wiele póź­niej. Fre­drik nie byłby zdzi­wiony, gdyby się oka­zało, że ja­kiś Vo­gler przy­tasz­czył tam ka­mień wę­gielny jesz­cze w szes­na­stym wieku.

Do­kład­nie na gra­nicy mię­dzy po­dwó­rzem a ogro­dem ro­sły dwa wy­so­kie klony. Za do­mem był gę­sty las, a po pra­wej stro­nie mniej­szy bu­dy­nek boczny w ko­lo­rze ochry. Po le­wej, bar­dziej w głębi, stała duża sto­doła. Przed oboma bu­dyn­kami otwie­rała się sze­roko łąka, na któ­rej dwa ko­nie stały w słońcu, nie­ru­chomo ni­czym po­sągi z brązu.

Główny bu­dy­nek nie miał przy­bu­dówki z tyłu i wy­da­wało się, że nie ma rów­nież wej­ścia od kuchni, więc Fre­drik i Sara po­de­szli do głów­nych drzwi i za­pu­kali. Na żwir przy scho­dach ktoś rzu­cił czer­wone ka­lo­sze w dzie­cię­cym roz­mia­rze.

Za jedną z fi­ra­nek było wi­dać ja­kiś ruch, a wkrótce po­tem drzwi się otwo­rzyły i sta­nął w nich męż­czy­zna około trzy­dziestki, w sza­rych spodniach ro­bo­czych i zie­lo­nej ko­szulce. Praw­do­po­dob­nie mąż Eli­sa­bet Vo­gler. Był niż­szy od Fre­drika, sze­roki w ra­mio­nach i przy­sa­dzi­sty jak za­pa­śnik. Rów­nież twarz pod wy­bla­kłymi od słońca wło­sami była sze­roka i kwa­dra­towa. Fre­drik za­py­tał o Eli­sa­bet, ma­jąc na­dzieję, że nie bę­dzie mu­siał się tłu­ma­czyć bar­dziej szcze­gó­łowo, ale oczy­wi­ście było to na­iwne. Męż­czy­zna spoj­rzał na niego po­dejrz­li­wie.

- O co cho­dzi?

- O jej przy­rod­niego brata, Hen­rika Kjel­lan­dera - wy­ja­śnił Fre­drik.

Męż­czy­zna mil­czał i pa­trzył na po­li­cjanta nieco dłu­żej, niż było trzeba.

- Chwi­leczkę, spraw­dzę - mruk­nął i za­mknął Fre­dri­kowi drzwi przed no­sem.

To, że zo­ba­czą pa­nią Vo­gler, wcale nie wy­da­wało się oczy­wi­ste. Fre­drik zszedł z du­żego bloku wa­pie­nia, który słu­żył jako scho­dek na ga­nek, i omiótł wzro­kiem za­dbany dzie­dzi­niec. Ka­wa­łek za sto­dołą znaj­do­wała się hala na sprzęt. Drzwi były otwarte i można było przez nie do­strzec kon­tury trak­tora.

Go­spo­dar­stwo było za duże jak na F?rö. Więk­szość na wy­spie sta­no­wiły małe go­spo­dar­stwa pro­wa­dzone w nie­peł­nym wy­mia­rze go­dzin.

Po po­nad mi­nu­cie drzwi się otwo­rzyły i z domu wy­szła Eli­sa­bet Vo­gler w to­wa­rzy­stwie męż­czy­zny. Ani tro­chę nie przy­po­mi­nała Hen­rika. Miała włosy ko­loru blond i była od niego sporo wyż­sza. Miała piękne, choć zimne oczy i wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe.

Eli­sa­bet ze­szła ze schodka i zbli­żyła się o dwa kroki do Fre­drika i Sary. Męż­czy­zna zo­stał w tym sa­mym miej­scu, tuż przy drzwiach. Fre­drik usły­szał za ple­cami ja­kiś dźwięk i zer­k­nął przez ra­mię. Z bu­dynku w ko­lo­rze ochry wy­szedł star­szy męż­czy­zna i zo­sta­wił za sobą uchy­lone drzwi. Stał i na nich pa­trzył, ale nie pró­bo­wał po­dejść bli­żej. Fre­drik za­ło­żył, że to Ernst Vo­gler. Oj­ciec i córka miesz­kali w osob­nych do­mach w tym sa­mym go­spo­dar­stwie.

- Tak? - od­po­wie­działa Eli­sa­bet, kiedy Fre­drik i Sara się przed­sta­wili.

Skrzy­żo­wała ręce na piersi. Wy­glą­dała na na­je­żoną.

- Mu­simy za­dać kilka py­tań, po­nie­waż pro­wa­dzimy śledz­two, które do­ty­czy pani przy­rod­niego brata Hen­rika Kjel­lan­dera - wy­ja­śnił Fre­drik.

Eli­sa­bet Vo­gler spoj­rzała na niego bez słowa. Uznał, że to zna­czy, że pi­łeczka jest po jego stro­nie.

- Co pani ro­biła w ubie­głą so­botę?

Ko­bieta zro­biła zdzi­wioną minę i rzu­ciła spoj­rze­nie w kie­runku star­szego męż­czy­zny przed dru­gim bu­dyn­kiem.

- Co ro­bi­łam? Mam opo­wie­dzieć?

- Po­krótce - od­parł przy­ja­znym to­nem Fre­drik.

- W ja­kim celu? - za­py­tała i wy­bu­chła śmie­chem. Wy­da­wał się szy­der­czy, a może ner­wowy.

- Nie­stety, nie mogę te­raz zdra­dzić szcze­gó­łów.

- Aha.

Le­dwo za­uwa­żal­nie po­krę­ciła głową, ale wresz­cie od­po­wie­działa:

- Przed po­łu­dniem pra­co­wa­łam. Całą trójką zje­dli­śmy lunch. Po po­łu­dniu by­łam w domu z dziećmi.

- A wie­czo­rem?

- Wie­czo­rem też. Oglą­da­li­śmy z dziećmi te­le­wi­zję.

- A czy przed po­łu­dniem, w cza­sie pracy, opusz­czała pani te­ren go­spo­dar­stwa? - za­py­tał Fre­drik.

- Nie, przez cały czas by­łam tu­taj.

Młod­szy i star­szy męż­czy­zna sto­jący na schod­kach przed swo­imi do­mami ski­nęli na znak po­par­cia, ale się nie ode­zwali.

- Hen­rik Kjel­lan­der wpro­wa­dził się na wy­spę dwa lata temu - kon­ty­nu­ował Fre­drik.

- Tak, wiem o tym - od­parła Eli­sa­bet Vo­gler.

- Ja­kie miała pani zda­nie na te­mat tego, że się tu osie­dlił z ro­dziną.

Eli­sa­bet spoj­rzała na Fre­drika i za­ci­snęła usta.

- Nie wiem, co miałby tu ro­bić, nie po­do­bało mi się to. Ale nie mie­szam się w jego sprawy. Je­ste­śmy wol­nymi ludźmi.

Fre­drik no­to­wał. Eli­sa­bet nie­cier­pli­wie ob­ser­wo­wała ru­chy dłu­go­pisu na pa­pie­rze.

- Wa­sza matka zmarła dwa lata temu - po­wie­dział. - Je­śli do­brze ro­zu­miem, jest kilka zna­ków za­py­ta­nia zwią­za­nych ze spad­kiem.

Eli­sa­bet sta­now­czo po­krę­ciła głową.

- Nie, nie ma żad­nych zna­ków za­py­ta­nia. Wszystko już dawno zo­stało ure­gu­lo­wane. Spi­sano in­ter­cyzę.

- Ale czy nie było tak, że Hen­rik za­kwe­stio­no­wał po­dział ma­jątku?

- Miał pewne wąt­pli­wo­ści, do czego każdy ma prawo, ale wszystko od dawna jest za­ła­twione. Je­śli chce pan wie­dzieć, w jaki spo­sób, naj­le­piej bę­dzie, je­śli sam pan po­czyta.

- Czyli nie nie­po­koi pani, że Hen­rik zło­żył po­zew są­dowy?

Sły­sząc o po­zwie, ko­bieta przy­mru­żyła oczy.

- Nie, ani tro­chę. Mnie nie prze­stra­szy. Je­śli chce o to wal­czyć, to pro­szę bar­dzo. Prawo jest po mo­jej stro­nie.

Jej wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe stały się jesz­cze bar­dziej wi­doczne, bo za­ci­snęła zęby. Mocno i z wście­kło­ścią.