6
Fredrik wziął kluczyki do wozu, który zarezerwował, i zapisał swoje nazwisko na tablicy. Razem z Sarą poszli do garażu. Po pięciu latach istnienia przebudowanej siedziby policji korytarze i wystrój pokryły się patyną, która - przynajmniej dla Fredrika - miała w sobie coś atrakcyjnego. Wszystko było trochę sfatygowane, zużyte, ale w przyjemny sposób. Nie czuł się już, jakby pracował na wystawie sklepu meblowego.
Göran kazał mu pojechać z Sarą. Fredrik nie sądził, by rozmowa z przestraszoną rodziną z F?rö była robotą dla dwóch osób. Nie miał nic przeciwko towarzystwu Sary, wręcz przeciwnie, ale nie mógł się pozbyć wrażenia, że w zamyśle Görana zadaniem Sary było raczej mieć go na oku, niż wykonywać zwykłą policyjną robotę.
Znaleźli samochód prawie na samym końcu, przy bramie pokrytego kurzem garażu, i do niego wsiedli.
- Nie wiem, czy jest miły dla mnie, skoro cię wysyła, żebyś mnie pilnowała, czy złośliwy wobec ciebie, każąc ci siedzieć obok i czekać, aż dostanę wylewu i wjadę do rowu - odezwał się Fredrik, ustawiając lusterka.
Sara spojrzała na niego, a z jej twarzy można było odczytać, że się nad czymś zastanawia.
- Możesz mieć wylew? - zapytała.
Fredrik się roześmiał.
- Jasne, że nie. W przeciwnym razie nie siedziałbym tutaj.
Sara śledziła wzrokiem jego ruchy, gdy wkładał kluczyk do stacyjki.
- Może mimo wszystko to ja powinnam prowadzić - stwierdziła.
Wyczuł, że tym razem to żart.
- Tak właśnie wszyscy myślą? Że w każdej chwili mogę mieć wylew albo się przewrócić pod wpływem ataku padaczki?
Odwrócił się do Sary, trzymając ręce na kierownicy.
- Mnie nie pytaj - odparła. - Sam zacząłeś mówić o wylewie.
- Raczej Lennart.
- Ach ten Lennart - westchnęła Sara.
Fredrik uruchomił silnik i wrzucił wsteczny bieg.
- W każdym razie ryzyko, że mnie to spotka, gdy będę siedział za kierownicą, jest nie większe niż to, że ty będziesz miała wylew.
- Możemy już skończyć rozmowę o wylewach? To znaczy, o ile rzeczywiście jesteś zdrowy. Chyba że będziesz jak taki dziadzio emeryt, który cały czas ględzi o tym, co go boli.
Fredrik postanowił, że przestanie o tym myśleć. Göran zapewne wysłał z nim Sarę nie bez powodu. Przy odrobinie dobrej woli można było chyba uznać, że to dobry pomysł, nawet abstrahując od wypadku. Nie pracował w terenie od dwóch lat. Może potrzebował kogoś, kto go poprowadzi.
Sara założyła czarne włosy za uszy i spojrzała w kierunku szybko otwierających się drzwi garażu. Fredrik zamrugał w późnoletnim słońcu. Tym razem to wszystko nie było tylko symboliczne, jak na chodniku nieco ponad pół godziny wcześniej. Działo się naprawdę. Był funkcjonariuszem policji kryminalnej jadącym na akcję.
Dwa lata wcześniej nawet by nie przypuszczał, że nadejdzie dzień, gdy rutynowe zadanie na F?rö sprawi mu tyle radości.
Wyjechał na trasę 149, skręcił w lewo i dodawszy gazu, ruszył w kierunku północnym przez płaski teren. Ściany lasu zostały zastąpione przez pola, łąki i pojedyncze domy, które swoimi gankami niemal wchodziły na krawędź asfaltu. Po dwóch kilometrach dogonili traktor z przyczepą pełną jasnozielonych worków kiszonki. Kierowca w bordowych słuchawkach z obowiązkową anteną uprzejmie zjechał na pobocze, żeby Fredrik mógł go wyprzedzić.
Razem z przeprawą promową i chwilą oczekiwania przy promie dotarcie do Kalbjärgi na F?rö zajęło półtorej godziny. Jak na Gotlandię, była to prawdziwa wyprawa. Nic dziwnego, że Fredrik, mieszkając daleko na południu wyspy, rzadko tam jeździł. Zadawali sobie ten trud właściwie głównie wtedy, gdy on i Ninni mieli gości z kontynentu. Kiedy zaś zabierali ich na F?rö, za każdym razem trzymali się tego samego schematu. Kupowali placek malinowy w cukierni Sylvis Döttrar i kąpali się w Ekeviken.
Wiedział, że jedna z właścicielek piekarni mieszka w gospodarstwie w Kalbjärdze, ale nie mógł sobie przypomnieć, skąd to wie. Pewnie od kogoś z pracy. Komisariat był centrum informacyjno-plotkarskim i niewiele go omijało. Nigdy nie było wiadomo, jakie informacje mogą się przydać w pracy policjanta.
Dom Henrika Kjellandera i Malin Andersson był położony prawie na samym szczycie Kalbjärgahobben - małego skalistego wzniesienia, które wzniesieniem mogło być nazwane chyba tylko na Gotlandii.
Fredrik skręcił w prawo, dostrzegając gospodarstwo dokładnie na wprost, nieco ponad kilometr dalej. Dom Kjellandera i Andersson był częściowo ukryty za dużą stodołą z metalowym dachem, ale w miarę, jak Fredrik się do niego zbliżał, był coraz lepiej widoczny. Posesję ogradzała metalowa siatka o dużych oczkach rozpięta między dwoma zardzewiałymi żelaznymi słupami. Zwolnił, widząc dwa samochody przed furtką po przeciwnej stronie drogi. Były to kilkuletni czerwony mercedes i nowa czarna honda. Skręcił i zaparkował obok hondy.
Wysiedli z samochodu i przecięli drogę, która na dobrą sprawę nie była niczym więcej niż dwoma dyskretnymi śladami na wzgórzu. Fredrik otworzył przed Sarą furtkę i zamknął ją za sobą. Poszli dalej w dół zbocza w kierunku domu. Na łące kawałek dalej zaskrzeczało kilka wron. Dom był położony na otwartym terenie, ale wejście osłaniał zdziczały żywopłot z bzu, przerzedzony na dole. Fredrik wszedł po omszałych wapiennych schodach na ganek i zapukał do drzwi.
Otworzyła lekko opalona ciemnowłosa kobieta. Miała na nosie piegi, kilka też na policzkach. Włosy upięła podobnie jak Sara, ale u niej grzywka kończyła się tuż pod brwiami.
- Malin Andersson? - zapytał Fredrik.
- Tak.
Malin uśmiechnęła się ciepło, choć bez przesady, powitała ich i poprosiła, by weszli. Jak tylko stanęli w przedpokoju, usłyszeli kroki dobiegające z sąsiedniego pokoju. Zza framugi wyłonił się niski mężczyzna. Był szczupły i energiczny, a jego ciemnoblond włosy sterczały w lekkim nieładzie. Spojrzał na nich z zaciekawieniem, wyciągając rękę. Henrik Kjellander wyglądał na zadowolonego. Mimo gróźb kierowanych pod adresem rodziny. Fredrik pomyślał, że może nie były tak poważne, jak sugerowało zgłoszenie.
- Może usiądziemy? Chyba że chcecie zacząć jakoś inaczej - odezwał się Henrik i spojrzał na nich pytająco.
- Usiądźmy, oczywiście - odparł Fredrik. - Chętnie poznamy więcej szczegółów tego, co się wydarzyło.
Henrik ruszył przodem do salonu. Znajdowała się w nim wielka szara sofa z wystającą częścią po jednej stronie - jakby skrzyżowana z otomaną. Fredrik pomyślał, że to chyba jakaś moda. Gustav i Lena kupili podobną kilka lat wcześniej.
Przy niskim stoliku stały też trzy czarne fotele z dębowymi podłokietnikami przypominającymi wiosła. Na podłodze widać było ślady obecności małych dzieci. Zabawki z kolorowego plastiku. Henrik i Malin usiedli obok siebie na sofie. Fredrik i Sara zajęli fotele. Na ścianie za sofą wisiały trzy czarno-białe zdjęcia wielkie jak plakaty. Jedno z nich przedstawiało Malin na ulicy wielkiego amerykańskiego miasta. Pozostałe dwa przedstawiały dwójkę dzieci. Erik domyślał się, że to dzieci tej pary. Zdjęcia były pełne życia, zrobione w pędzie, z krzywą linią horyzontu i nieostre przez ruch. Dzięki Joakimowi Fredrik rozwinął w sobie zmysł fotografa i podłapał kilka fachowych terminów.
- Najlepiej będzie, jeśli opowiedzą państwo od początku - stwierdził. - Wrócili państwo do domu w sobotę wieczorem i wtedy odkryli zagrożenie? W postaci zdjęcia?
- Chodziło o coś więcej - odparła z powagą Malin.
Małżonkowie wymienili spojrzenia. Ten krótki, pozbawiony słów namysł zakończył się, gdy Henrik skinął głową.
- Okej - powiedziała Malin, przesunęła się nieco bardziej do przodu na sofie i kontynuowała: - Wróciliśmy do domu po urlopie. Było już ciemno. Podczas naszej nieobecności dom był wynajmowany, więc człowiek oczywiście trochę się zastanawia, co zastanie. Najpierw zwróciłam uwagę, że dom jest niewysprzątany i nie wyrzucono śmieci. Potem odkryłam, że niektórych rzeczy brakuje. Szklanek i filiżanek w szafkach. Naszych rodzinnych zdjęć w pracowni.
W głosie Malin było słychać, że nadal jest wstrząśnięta tym, czego doświadczyła. Im dłużej opowiadała, tym bardziej zmieniał jej się głos. Mówiła o szkle, które wbiło jej się w stopę. O odchodach w zabawkach dzieci. I wreszcie o zdjęciu, które wypadło z szafki na pościel. Kiedy skończyła, położyła dłonie na kolanach i na nich spojrzała.
- Chętnie zobaczylibyśmy to zdjęcie - oznajmił Fredrik.
- Pójdę po nie - odparł Henrik.
Wstał i pobiegł do pokoju z widokiem na tył domu. Wrócił ze zdjęciem w przezroczystej koszulce i podał je policjantowi. Fredrik położył je przed sobą na stole.
- Próbowałem go nie dotykać - poinformował Henrik. - Pomyślałem, że... odciski palców i tak dalej.
- Bardzo dobrze pan zrobił - przyznał Fredrik, pochylając się nad zdjęciem.
Było ładne. Malin, Henrik i dzieci siedzieli na plaży w strojach kąpielowych. Wyglądali, jakby chwilę wcześniej rozpakowali jakieś jedzenie. Najmniejsze dziecko - trzyletni chłopczyk - trzymał w ręce łopatkę i wydawał się bardziej nastawiony na kopanie w piasku niż na piknik. Wszyscy, nawet on, patrzyli prosto w obiektyw. Brakowało im jednak oczu. W grubym papierze zostały tylko dziurki. Fredrik przyjrzał się twarzom dzieci. Na ich widok zrobiło mu się naprawdę nieprzyjemnie. To uczucie go zaskoczyło, mimo woli zakaszlał, jakby chciał odwrócić od nich swoją uwagę.
Podniósł zdjęcie do okna. Światło z zewnątrz przeszyło osiem konkretnych punktów i wydało mu się, że słyszy dźwięk naostrzonego ołówka albo końcówki cyrkla przebijającej papier.
Dopiero kiedy wyczuł spojrzenia innych, uświadomił sobie, że o wiele za długo wpatrywał się w zdjęcie. Podał je Sarze.
- Nic dziwnego, że się państwo przestraszyli - powiedział.
- Nie rozumiem, kto może zrobić coś takiego - odezwała się Malin. - To przerażające.
Jej głos osłabł i pogładziła się dłonią po ramieniu, jakby było jej zimno.
- Ale nie tylko to zginęło?
- Nie tylko - potwierdził Fredrik. - Zniknęły wszystkie zdjęcia, które wisiały w pracowni. Było ich sześć. Tylko to jedno znaleźliśmy.
- A szukali państwo wszędzie?
Malin skinęła głową.
- Przeszukałam najmniejsze zakamarki.
- Ale te nadal tam były? - Fredrik wskazał zdjęcia Malin i dzieci wiszące na ścianie za sofą.
- Tak - odpowiedziała krótko Malin na to retoryczne pytanie.
Sara położyła fotografię na kolanach.
- Musimy ją zabrać.
- Tak, oczywiście.
Henrik wykonał taki gest ręką, jakby ponownie przekazywał zdjęcie.
- Jeśli chodzi o tych różnych ludzi, którzy wynajmowali od państwa dom... w jaki sposób nawiązywali państwo z nimi kontakt? - spytał Fredrik.
- Przez Gotlandzkie Podróże.
- Czyli nie mieliście osobistego kontaktu z gośćmi?
Henrik pokręcił głową.
- Nie, wszystko się odbywa przez pośredników.
- Mają może państwo ich nazwiska i adresy? - spytał Fredrik.
- Tak, mamy. Przysłali kopie umów.
Henrik poderwał się z sofy i dokądś pobiegł, a po chwili wrócił z dokumentami.
Fredrik szybko przeleciał wzrokiem trzy arkusze. Dwie osoby pochodziły z okolic Sztokholmu, a jedna z Göteborga. Ta z Göteborga była ostatnia.
- Czy po powrocie do domu próbowali się państwo skontaktować z którąś z nich?
- Zadzwoniłem do tych ludzi z Göteborga - odparł Henrik. - Tak się wściekłem, kiedy znaleźliśmy zdjęcie. Nie mogłem tego tak zostawić. Ale nikt nie odbierał - wyjaśnił i z rezygnacją wzruszył ramionami.
- Jeśli to sprawka gości, to pewnie ostatnich - stwierdził Fredrik.
- Tak - zgodził się Henrik. - Też tak pomyślałem.
- Gdybyśmy jednak pominęli gości... czy przychodzi państwu do głowy ktoś inny, kto mógłby tego dokonać? Kto chciałby was nastraszyć albo wam grozić?
- Co pan ma na myśli? - zapytała Malin.
- Nie można wykluczyć, że ktoś tu był już po tym, jak ostatni gość opuścił dom, ale przed waszym powrotem.
Zapadła cisza. Henrik przesunął się w kierunku oparcia sofy. Malin spojrzała na niego.
- Tak... - zaczął Henrik.
Nerwowo przeczesywał dłonią włosy, przesuwając ją tam i z powrotem.
- Tu na F?rö mam krewnych. Dwie siostry, z którymi w zasadzie nie utrzymuję kontaktu...
Urwał i z zawstydzonym uśmiechem spoglądał to na Fredrika, to na Sarę.
- Nie chcę nikogo pokazywać palcem...
- Co to ma być?! - wykrzyknęła Malin.
Wyprostowała się i z irytacją spojrzała na Henrika.
- Nie chodzi o to, by od razu kogoś typować - włączyła się Sara. - Proszę jedynie pomyśleć, czy istnieje ktoś, kto mógłby pragnąć zemsty na was, nawet jeśli to się wydaje nieprawdopodobne. Ustalenie, czy ta osoba ma coś wspólnego ze zdjęciem, to już nasze zadanie.
- W porządku, rozumiem - odparł Henrik.
Malin skinęła głową, zachęcając go do udzielenia odpowiedzi.
- Mam tu na F?rö dwie przyrodnie siostry - wyjaśnił Henrik. - W zasadzie nigdy ich nie spotkałem, jeśli nie liczyć pogrzebu mamy. Albo i nie "w zasadzie". Po prostu spotkałem je tylko wtedy. Od tamtego czasu utrzymywaliśmy kontakt, ale tylko listowny i telefoniczny. I zdarzyło się to zaledwie kilka razy.
Fredrik słuchał uważnie. Instynkt podpowiadał mu, że w opowieści, do której na razie usłyszał tylko wstęp, kryje się coś ważnego.
- To długa historia, ale spróbuję ją trochę skrócić - oznajmił Henrik.
- Ma pan tyle czasu, ile potrzebuje.
Henrik ledwo zauważalnie kiwał się na sofie, myśląc, jak zacząć.
- Mojego ojca praktycznie nigdy nie było. Odszedł od mamy, jeszcze zanim się urodziłem. Nie wiem nawet, czy byli w stałym związku. To znaczy... znała jego tożsamość i w ogóle, ale...
Urwał i zastygł, z jedną ręką uniesioną w niedokończonym geście.
- W każdym razie, kiedy miałem rok, mama poznała Ernsta Voglera z F?rö. Po jakimś czasie on się jej oświadczył, ale zażądał, bym został z babcią w F?rösund. Tam wtedy mieszkaliśmy, mama i ja.
Z namysłem pokiwał głową i rzucił Malin przelotne spojrzenie. Ona wciąż patrzyła na Henrika z tym samym stanowczym wyrazem twarzy, jakby chciała podkreślić każde wypowiedziane przez niego słowo.
- Najwyraźniej mama uznała to za dobry pomysł, bo tak też się stało.
Czy matka Henrika już była w ciąży z jedną z dziewczynek? - zastanawiał się Fredrik. To w każdym razie trochę ułatwiłoby tak drastyczną decyzję. Nie powinno być problemu ze sprawdzeniem.
- Prawdę mówiąc, nie bardzo się orientuję, dlaczego tak się stało. Wiem tylko tyle, ile opowiedziała moja babcia.
- Nie miał pan żadnego kontaktu z mamą? - zapytał Fredrik.
- Kiedy byłem bardzo mały, żadnego, ale odkąd poszedłem do szkoły, zachodziła czasem w odwiedziny do babci i do mnie. Nie zdarzało się to często, ale... w moje urodziny i przy podobnych okazjach.
Brzmiało to jak zgadywanie, ale czyż nie tak właśnie działała pamięć? Że wwiercały się w nią różne obrazy? Prezent na stoliku, tort, zapalone świeczki. Ktoś z aparatem w gotowości.
- Wiem, że to brzmi jak z dziewiętnastego wieku - powiedział Henrik. - Nie mam pojęcia, co tacy ludzie mają w głowach.
Tacy ludzie. Czy chodziło mu także o matkę?
- Ale do rzeczy - podjął Henrik. - Kiedy moja babcia zmarła...
Jego spojrzenie błądziło i nie wydawało się już tak pełne życia i szczęśliwe. Henrik zamknął oczy.
- Najpierw dostałeś list - podpowiedziała Malin.
- A, tak. Dostałem list od babci - powiedział i znów otworzył oczy. - Pisała, że życzyła sobie, abym odziedziczył pieniądze po sprzedaży domu. Nie całą sumę. Ja miałem dostać połowę, a mama drugą. Kiedy dwa lata później babcia zmarła, powiedziałem o tym mamie, a ona na to... coś w stylu, że skoro babcia tak chciała... Ale potem nic się nie działo, a ja nie chciałem wywierać na mamę presji. Poza tym może i się nie spodziewałem, że...
Umilkł.
- Sam już nie wiem - dodał po chwili.
Pobrzmiewała w tym rezygnacja.
- A ten list, który pan dostał... czy to był testament? - dopytywał Fredrik.
- Nie, nie testament. Zwykły list. Ale babcia napisała w nim, czego chce. Nie chodziło o wielkie sumy, a i tak miałem wrażenie...
- Viveca nie miała szans w starciu z Elisabet i Almą - oznajmiła ostrym tonem Malin.
- Raczej z panem Voglerem, jeśli chcesz znać moje zdanie - odparł Henrik.
- Z całą trójką.
- Może tak.
Henrik westchnął cicho, spojrzał na Malin i kontynuował:
- Mama zmarła już jakiś czas temu. Będzie ze dwa i pół roku. W związku z tym znów poruszyłem kwestię listu od babci. Najpierw zadzwoniłem do Elisabet, ale z nią w ogóle nie dało się rozmawiać, więc napisałem list do adwokata dysponującego oświadczeniem spadkowym, ten jednak mnie odprawił z kwitkiem, twierdząc, że list nie ma nic wspólnego z majątkiem po zmarłej.
- Cholerne draństwo - wtrąciła Malin.
Henrik westchnął przez nos, a na jego twarzy pojawił się wyraz rezygnacji.
- Napisałem nowy list, w którym zakwestionowałem jego punkt widzenia, ale trudno się przeciwstawić adwokatowi. Dostałem kolejną odpowiedź negatywną, jednak tym razem była pełna prawniczych terminów, i nic z tego nie zrozumiałem. Sam więc się skontaktowałem z prawniczką i pomogła mi napisać odpowiedź.
- I co powiedziała o pańskich szansach na otrzymanie spadku po babci? - zapytał Fredrik.
- Powiedziała, że to nie będzie łatwe, ale nie jestem bez szans. List od babci mógł pomóc, mimo że nie stanowił testamentu.
- Ale musielibyśmy być przygotowani na sądzenie się o pieniądze - wtrąciła Malin.
- Zgadza się.
Henrik osunął się na oparcie sofy, jakby mówienie go wyczerpało.
- I tak było? - zapytał Fredrik.
- Przeprowadzili podział majątku, nie przejmując się, co mamy na ten temat do powiedzenia - powiedział Henrik.
- I nic pan nie dostał?
- Tylko zachowek. Jedną trzecią połowy pieniędzy mamy. Ale miała w banku kilka tysięcy. Wszystkie nieruchomości były zapisane na Ernsta albo Elisabet, a ruchomości... nie miałem ochoty w tym wszystkim grzebać. Na pewno rozumiecie, że nie byłem mile widziany.
- Na czym w końcu stanęło? - spytał Fredrik.
- Przez jakiś czas chciałem po prostu machnąć na to wszystko ręką. Nienawidzę takich konfliktów. Człowiek może stracić więcej, niż zyskać, nawet jeśli na koniec doczeka się sprawiedliwości. To pochłania tyle energii... W końcu postanowiłem, że ich pozwę. No i tak...
Powoli uniósł rękę z rezygnacją.
- Na tym stanęło.
- Czyli sprawa jest otwarta?
- Można tak powiedzieć - odparł Henrik.
Malin nachyliła się nad stolikiem i spojrzała zdecydowanie na Fredrika i Sarę.
- Pieniądze to tylko jedna strona problemu. Henrik ma wyrzuty sumienia i nie chce, by ktokolwiek mu o nich przypominał. A teraz oni próbują nas stąd wykurzyć.
- Tego nie wiemy - odparł Henrik.
Malin sprawiała wrażenie nastawionej bojowo, ale nic nie powiedziała.
Fredrik był gotów się zgodzić z Malin. Przynajmniej w kwestii jej podejrzeń. Voglerowie z pewnością odetchnęliby z ulgą, gdyby Henrik z rodziną się stąd wyprowadził.
- Sprawdzimy to i zobaczymy, dokąd nas ten trop zaprowadzi - odparł Fredrik. - Elisabet i Alma Vogler, zgadza się?
Henrik skinął głową.
- A ojciec ma na imię Ernst - dodała Malin.
Fredrik zapisał nazwiska i adresy.
- Kiedy państwo o tym myślą, nie przychodzą państwu do głowy jeszcze inne nazwiska? - spytała Sara. - Jakiś były chłopak albo była dziewczyna? Może ktoś, z kim się pokłóciliście o pieniądze?
- Nie - odparł Henrik. - Oczywiście zastanawialiśmy się nad tym...
- Naprawdę - weszła mu w słowo Malin.
- Klienci, współpracownicy, modele... Nie, nic takiego. Byliśmy razem trzynaście lat, więc o żadnych zazdrosnych eks raczej nie może być mowy - stwierdził Henrik i szybko przejechał dłonią po kolanie Malin.
- I nie byli państwo świadkami żadnego przestępstwa? - spytała Sara. - Ani wypadku drogowego? Zdarza się, że ludzie w takich sytuacjach padają ofiarą gróźb.
- Jeśli byliśmy świadkami czegoś, to nieświadomie - powiedziała Malin.
- Mogą państwo jeszcze się zastanowić, a jeśli coś państwu przyjdzie do głowy, proszę się z nami skontaktować. My zaczniemy od sprawdzenia waszych gości i sporu o spadek z siostrami, a potem zobaczymy.
- A zdjęcie? - zapytała Malin i skinęła głową w kierunku Sary.
- Nasi technicy je zbadają - odparła Sara - ale na listach z pogróżkami rzadko są odciski palców.
- Aha - odparła Malin. Wyglądała na lekko rozczarowaną.
Odgarnęła grzywkę. Czoło, które przy tym odsłoniła, było bledsze niż reszta opalonej twarzy.
- Czujecie niepokój? - zapytał Fredrik.
Malin i Henrik szybko wymienili spojrzenia. Malin lekko przekrzywiła głowę i zmarszczyła nos.
- Oczywiście, że człowiek się martwi - powiedziała - ale nie sądzę, by tu wparował jakiś szaleniec i... sama już nie wiem.
Fredrik przesunął się na fotelu do przodu i złapał oburącz umowę wynajmu, gotów zakończyć przesłuchanie, ale Malin mówiła dalej:
- To tak osobiste, tak agresywne niszczyć nasze prywatne zdjęcia. Nie mogę przestać o tym myśleć.
- Rozumiem - odparł Fredrik. - Potraktujemy sprawę z największą powagą. Jednocześnie nie można wykluczyć, że sprawca uważa to za żart.
- W takim razie ma dziwne poczucie humoru - odparł Henrik. Wydawał się trochę dotknięty.
- Naprawdę nie chcę niczego bagatelizować - odparł Fredrik - ale mogli to przecież zrobić nastolatkowie nudzący się na wakacjach z rodzicami.
- Nie miałabym nic przeciwko - powiedziała Malin. - Poczułabym się o wiele lepiej, gdyby się okazało, że to objaw zwykłej głupoty. Ale czuję, że tu chodzi o coś innego. O wiele gorszego.