ROZDZIAŁ 2
Następnego dnia, gdy Julian jeszcze spał, a Sophie już dawno wyszła, mnie wciąż męczyły domysły. Czarna koperta leżała na lekko zakurzonym stoliku do kawy i bezszelestnie rujnowała moją psychikę. Zwykły kawałek papieru rozstroił mnie tylko dlatego, że nie wiedziałam, kto go wysłał i co może oznaczać. Ani do czego prowadzi.
Przekonywałam samą siebie, że Jules ma rację i za tym tajemniczym cyrkiem stoi pacjent, który naoglądał się zbyt wielu filmów. Ale mimo to w mojej głowie nieuchronnie zaczęły pojawiać się dawno niewidziane twarze. Duchy Kingston. Te, które być może jakimś cudem sobie o mnie przypomniały.
Tylko po co?
Ale przecież nie miałam nawet Facebooka, a na ledwo używanym Instagramie widniałam pod jakąś przypadkową nazwą i zdjęciem Daisy, więc odnalezienie mnie w sieci graniczyło z cudem. Moi rodzice też nie opowiadali, gdzie mieszkam, a tym bardziej nie podawali nikomu adresu Sophie. Dla własnego spokoju.
Nie wiedziałam więc, kim może być DA. Jedyną osobą o takich inicjałach, którą kiedykolwiek znałam, był dzieciak z liceum. Genialny i równie zarozumiały Daniel Anderson z kółka biologicznego Kingston High, na które chodziłam. Wybierał się na Princeton i zaznaczał to przy każdej możliwej okazji. Ale on trzy razy próbował wyrzucić mnie z kółka, więc za żadne skarby świata by mnie nigdy nigdzie nie zaprosił. No chyba że potrzebowałby złożyć kogoś w ofierze na ołtarzu nauki. To było pocieszające. Mimo to coraz bardziej stresowałam się możliwością spotkania w tym mieście kogokolwiek sprzed lat. Z innego życia, które dawno zakopałam i do którego nie było powrotu.
- Która godzina? - zapytał zaspany Julian, wyłaniając się ze swojej sypialni, kiedy kończyłam gotować nam na najbliższe trzy dni.
Jedną dłonią przetarł twarz, a drugą przeczesywał swoje sterczące złote loki, przez które wyglądał jak aniołek. Dorosły aniołek.
- Szesnasta.
- Uchh... - jęknął. - Wczoraj zabalowałem z Eduardem - przyznał się od razu.
- Nie wiem, jak to robisz, że po dyżurze masz jeszcze siłę na imprezy. - Uśmiechnęłam się lekko.
- To jego praca, a i tak mamy dla siebie mało czasu, więc chodzę z nim na te wszystkie jego eventy firmowe. Bo czego się nie robi dla miłości? - jęknął dramatycznie.
- A wyspałeś się chociaż czy na to też ci miłość nie pozwoliła?
- Przy Eduardzie nigdy się nie wyśpię, jeśli wiesz, co mam na myśli... - wymamrotał, zerkając na mnie wymownie. - Ej, a dlaczego ty gotujesz? - Potrząsnął głową.
- Dziś przecież moja kolej - odparłam. - Kurczak teriyaki, specjalnie dla ciebie.
To był element naszej umowy z Sophie. Przygarnęła nas, bo to do niej należało mieszkanie w Williamsburgu, na którego wynajem na wolnym rynku w życiu nie byłoby stać ani mnie, ani Juliana. Dopiero zaczęliśmy drugi rok rezydentury, która nie przynosiła ładnych zarobków, a nad głowami wisiały nam obojgu kredyty zaciągnięte na studia medyczne i ich comiesięczne spłaty. Jej propozycja była zbawieniem i ogromnym ułatwieniem życia. Czynsz i rachunki dzieliliśmy więc na troje, a do tego ja i Julian gotowaliśmy na zmianę obiady, bo Soph nie potrafiła zrobić w kuchni nic poza herbatą, tostem z awokado i babeczkami w jednym smaku.
Wiedzieliśmy, że ta idylla nie będzie trwać wiecznie. Że pewnego dnia Sophie pozna kogoś, kto zajmie nasze miejsce w tym komfortowym mieszkaniu z oknami wychodzącymi na wąską uliczkę i pochylony dąb. Ale w tej chwili się tym nie martwiliśmy. Teraz było dobrze, a dzięki jej wsparciu i ja, i Julian byliśmy w stanie bez trudu opłacać swoje zobowiązania.
Bo szkoła medyczna i specjalizacja poza medycyną uczą też ekstremalnej oszczędności. Jeśli oczywiście nie masz majętnej rodziny, która sfinansuje ci studia i ich przetrwanie.
Oraz inne rzeczy.
- Ale ty powinnaś się szykować, a nie gotować! - zawył Julian, rozkładając ręce. - Za kilka godzin masz to tajemnicze wyjście, zapomniałaś?
Zapomnienie nie wchodzi w grę, bo od wczorajszego wieczora z przestrachem krążę wokół czarnej koperty.
- Przecież już mówiłam, że nie pójdę. Nawet nie wiem, o co w tym chodzi - mruknęłam obronnie.
- Dlatego właśnie powinnaś iść. Żeby się dowiedzieć - odbił, jakby to była oczywista kolej rzeczy.
- Nie ma szans. Nie mam siły na wychodzenie, poza tym na szóstą rano mam dyżur.
- Posłuchaj. - Podszedł do mnie szybkim krokiem i ścisnął moje ramiona. - Czasem życie rzuca pod nasze nogi coś, czego się kompletnie nie spodziewamy. I to coś może być okazją. - Uśmiechnął się czarująco. - Może poznasz jakichś ludzi? Może... się zwyczajnie dobrze pobawisz? Kto wie. W każdym razie z jakiegoś powodu dostałaś to zaproszenie, kochanie. Byłoby głupotą nie sprawdzić, o co chodzi i dlaczego akurat ty. A nie na przykład ja, skoro jestem bardziej zajebisty. - Uniósł kącik pełnych warg w samozachwycie.
W milczeniu wpatrywałam się w zielone, bezlitośnie przekonujące oczy Juliana i gryzłam dolną wargę. Za dobrze zdawał sobie sprawę, że w środku zjadają mnie pytania i sama chcę się dowiedzieć, co lub raczej kto stoi za tym zaproszeniem. Nie wiedział tylko, dlaczego mnie to interesuje.
Tak, byłam świadoma, że lepiej tam pójść i upewnić się, że to nic innego jak puste domysły. A Jules jedynie przypieczętował to argumentami wypowiedzianymi na głos.
- Przestań tak gryźć tę wargę, bo kiedyś doprowadzisz tym jakiegoś hetero faceta do szaleństwa. Zamiast tego idź teraz do szafy Sophie i znajdź tę jej czarną kieckę z cekinami, którą kupiła na sylwestra. - Obdarzył mnie spokojnym uśmiechem pewności. - Będziesz w niej wyglądać jak rakieta.
- Ale ja nie chcę wyglądać jak rakieta, Jules - zajęczałam, uciekając od niego wzrokiem.
- Nie oszukuj i chodź. Ktokolwiek cię tam zaprosił, musi paść na twój widok, a twoje żakieciki i spódnice pensjonarki nie wywołają tego efektu.
- Co masz do moich spódnic!? - obruszyłam się popychana przez niego do sypialni Sophie. - Są eleganckie i schludne.
- I grzeczne do porzygu - odbił.
Drobne czarne cekiny odbijały światełka Manhattanu. Wysiadłam z taksówki z nieodpartym wrażeniem powrotu do przeszłości, jak Marty McFly. Czułam się, jakbym znowu miała siedemnaście lat. Bo ostatnio to właśnie wtedy stroiłam się w tak krzykliwe ubrania. Każdego dnia rano spędzałam godzinę przed lustrem, podkreślając wielkie oczy, malując usta i dobierając do tego modne ciuchy, którymi wymieniałam się z Ally i Morgan. Kiedyś to uwielbiałam, ale dziś czułam się w takim stroju jak w groteskowym przebraniu. Krótka, mieniąca się czernią sukienka opinała moje uda, gdy stałam naprzeciw wejścia do wysokiego luksusowego apartamentowca, a chłodny wiatr owiewał moje odkryte plecy.
Jezu, co ja robię?
Uświadomiłam sobie, że to totalna głupota, która dziś już mi nawet nie przystoi. Ale i niestety jedyna szansa na rozwianie moich wątpliwości bądź utwierdzenie się w nich. Pocieszało mnie tylko to, że Julian i Eduardo pojechali ze mną dla bezpieczeństwa. Postanowili poczekać na dole na wiadomość ode mnie lub telefon, kiedy dowiem się już, o co w tym wszystkim chodzi. Albo mnie w razie czego ratować. W końcu nie wiedziałam, dokąd idę, po co i do kogo.
- To fatalny pomysł. Wracajmy do domu, Jules. - Skrzywiłam się, patrząc na niego błagalnie.
- Chyba żartujesz. Nie możesz zmarnować tego, jak dobrze wyglądasz - prychnął z oburzeniem Eduardo i odgarnął z twarzy czarny lok.
- Skoro już wyszłaś z domu, to chociaż tam wejdź i zapytaj, o co chodzi. - Julian poprawił zagubiony kosmyk moich ciemnych włosów i zatknął mi go za ucho. - Kiedy się dowiesz, o co ten cyrk, możesz wrócić na dół i pojedziemy - dodał uspokajająco.
- Chodź ze mną - zaproponowałam, gdy Eduardo odszedł na bok, by opieprzać jakiegoś podwykonawcę na FaceTimie.
- Nie jestem zaproszony. A co, jeśli to jakaś kameralna kolacja dla rekrutów iluminatów? Nie będę się wpychać na krzywy ryj. Poczekam na własne zaproszenie - odparł zarozumiale Julian.
- Mam za mało kasy na iluminatkę, Jules... Będę beznadziejna - wymamrotałam i zacisnęłam zęby.
Stres przewracał mi wszystko w brzuchu, ale pytania i niepewność były nieubłagane. Zmusiłam się więc, by ruszyć przed siebie ku szklanym przesuwnym drzwiom, które otworzyły przede mną kilkukondygnacyjny nowoczesny hol błyszczący metalem, kamieniem i szkłem. Rozejrzałam się nieśmiało. Na wprost znajdował się szeroki marmurowy blat, za którym stał konsjerż. Nie chcąc sterczeć tam dalej jak słup, podeszłam do niego, choć byłam przekonana, że co najwyżej zapyta, czy się tu nie zgubiłam. Przecież wyraźnie nie pasowałam do tego miejsca.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc? - Zaczął z zachowawczym uśmiechem.
- Dobry wieczór - odpowiedziałam, wyciągając z kopertówki zaproszenie.
Kiedy tylko jego wzrok spoczął na kopercie w mojej dłoni, kiwnął głową. Nie prosił mnie o wyjaśnienia.
- Zapraszam. - Uniósł ramię, wskazując szeroką wnękę po prawej stronie, gdzie znajdowały się windy.
To zdziwiło mnie jeszcze bardziej. Ale z przylepionym do ust uśmiechem podążyłam za nim. Moje szpilki zatopiły się w granatowej wykładzinie windy, gdy on przyłożył kartę do czytnika i jednocześnie wcisnął przycisk z numerem dwadzieścia osiem.
- Miłego wieczoru. - Odwrócił się do mnie, ukłonił i zaraz zniknął.
Szkoda, że nie mam pojęcia, co to w ogóle za wieczór.
Krótki dźwięk sygnalizujący dotarcie na wybrane piętro lekko mną potrząsnął. Nie wiedziałam, co zobaczę, gdy drzwi się otworzą. I nie byłam przekonana, czy w ogóle chcę się tego dowiedzieć. Przełknęłam ślinę i wyprostowałam się, jakbym się gotowała na walkę o życie lub na szybką ucieczkę.
Metal przede mną się rozsunął i pierwszym, co do mnie dotarło, była głośna muzyka. Ostra, z agresywną gitarą i mocnym wokalem. Nie miałam pojęcia, jaki to dokładnie rodzaj, bo niczego podobnego nie słuchałam. Istniały dla mnie tylko Celine Dion i mainstreamowe radio. To, co w nim aktualnie popularne, jak Taylor czy Harry. A ta muzyka była inna. Gwałtowna i podstępem wdzierająca się w niewinny organizm słuchacza. Stawiałam na jakiś rodzaj rocka. I zupełnie nie był on tym, co spodziewałam się usłyszeć w luksusowym penthousie.
Kiedy zrobiłam dwa kroki i znalazłam się na odgrodzonym od wnętrza korytarzu, dotarł do mnie kolejny element układanki. Głosy wielu osób. Śmiech, rozmowy, gwar. To brzmiało jak...
Impreza.
Nie kolacja, nie koktajl. Bardzo huczna impreza.
Niepewnie ruszyłam szerokim korytarzem ku źródłu chaosu, a stukot moich szpilek o bielone deski podłogi był całkowicie zagłuszony basami. Po chwili stałam już na skraju wielkiego salonu zalanego ludźmi. Szorstki marmur spotykał się tu z chromowaną stalą, czekoladową tkaniną i ciepłym dębowym drewnem. Przydymione lampy zawieszone na wysokim suficie ledwo oświetlały dziesiątki dobrze ubranych i świetnie bawiących się osób. A za nimi rozciągał się panoramiczny widok na migoczący nocą Manhattan. To było coś, za co najbogatsi tego świata płacili obrzydliwe pieniądze. Byle tylko mieć kawałeczek tego błysku na własność.
Oszołomiona przesunęłam wzrokiem po najbliższych postaciach, ale nikogo nie rozpoznałam. Była to istna mieszanka strojów i stylów, jednak przeważała wśród nich czerń. Niektórzy ruszali się rytmicznie przy oknach, inni stali w grupkach i sącząc drinki, świecili uśmiechami, tonąc w rozmowach. Przysięgłabym, że gdzieś mignęła mi kobieta łudząco podobna do Lady Gagi.
I znów uderzyło mnie, że naprawdę musiałam zostać tu zaproszona przez kompletną pomyłkę. Nie istniało inne sensowne wyjaśnienie.
Tuż obok mnie przechodziły właśnie dwie dziewczyny, więc bez zastanowienia zaczepiłam tę niższą.
- Hej - zaczęłam. - Czy możesz mi powiedzieć, co to za impreza? - Wyszczerzyłam się krzywo.
- No... promocyjna - odpowiedziała mi z uśmiechem zdziwienia. Obie jej wargi były przekłute.
- A. Aha...
- Co ona, nie wie, gdzie przyszła i po co? - Usłyszałam głos tej drugiej, gdy ruszyły dalej.
Nie, a teraz jeszcze bardziej nie wiem. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego dostałam zaproszenie na imprezę promocyjną.
Chciałam się cofnąć, wrócić do windy, bo przecież nie miałam tu czego szukać. Właścicielowi tego apartamentu najpewniej chodziło o jakąś inną Lavender Dawson, ale pomylił adres przy wysyłce zaproszenia. On albo jego asystent, czy kogo tam zatrudniają ludzie, których stać na penthouse w sercu Nowego Jorku.
Ale wtedy gwar w centrum salonu stał się jeszcze bardziej chaotyczny. Zza bocznej ściany wyszedł długowłosy młody mężczyzna ubrany w czarny T-shirt i przylegające skórzane spodnie. Niósł w dłoniach po dwie butelki Dom Pérignon, a gdy inni to zobaczyli, zaczęli gwizdać i klaskać. Nie miałam pojęcia, czego jestem świadkiem. Nawet nie zauważyłam, że automatycznie zbliżyłam się do tego epicentrum. Długowłosy mężczyzna, mniej więcej w moim wieku, postawił szampana na szklanym blacie umocowanym na oszlifowanym konarze drzewa i śmiejąc się, popatrzył dookoła.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na mnie, a on cały zastygł. Przytrzymał moje spojrzenie jakby siłą, dziwnie marszcząc ciemne grube brwi, obok których dostrzegłam tatuaż na skroni. Poczułam, jak serce przyspiesza mi w klatce. Dotarło do mnie, że najpewniej to on jest właścicielem tego przybytku i właśnie zauważył, że w jego domu znalazł się nieproszony gość. Zupełnie jakby odczytał moje myśli, nachylił się do stojącego obok mężczyzny. Szepnął mu coś na ucho, nie spuszczając ze mnie wzroku. Ten drugi - krótko ścięty blondyn - spojrzał na mnie i na sekundę się zawiesił. Po czym odszedł.
Świetnie, czyli ochrona zaraz wyciągnie mnie stąd za włosy.
- Cholera... - zaklęłam pod nosem, wysuwając z torebki kopertę, tak by domniemany gospodarz ją widział.
Ale on już spuścił ze mnie to paraliżujące spojrzenie i po prostu wrócił do zabawiania znajomych.
Zrobiło mi się słabo i głupio. Duszno, zbyt ciepło. Rozejrzałam się nerwowo. Kilkanaście metrów na prawo zauważyłam szerokie szklane drzwi prowadzące na okalający apartament taras. Choć i tam było sporo ludzi, samo wydostanie się na powietrze nagle wydało mi się wręcz niezbędne do przetrwania. Musiałam ochłonąć, a nie robiło mi różnicy, czy to w salonie poproszą mnie o opuszczenie tego penthouse'u, czy na tarasie.
Na zewnątrz chłodniejsze powietrze otuliło moje gołe nogi, obsypując je gęsią skórką. Odetchnęłam z ulgą. Rozejrzałam się, wypatrując kogoś, kto mógłby dostarczyć mi jakichś odpowiedzi, ale wszyscy zatopieni byli w rozmowach, śmiechu i alkoholu. Niedaleko stała mniejsza, cichsza grupka osób, więc oparłam się o balustradę w pobliżu. Szukałam w sobie odwagi, by wciąć się w ich rozmowę, ale nie byłam w czymś takim dobra. Już nie.
Po co ja tu przyszłam...
Czułam się idiotycznie. Wieczór ponownie wydał mi się niezręczną abstrakcją. Zerknęłam na czas w telefonie. Za dziesięć godzin musiałam być na pełnych obrotach na oddziale, a zamiast tego właśnie zawalałam konieczny odpoczynek dla kuriozalnego dochodzenia, którego wynikiem najpewniej okaże się bardzo niekomfortowa pomyłka.
Na szczęście.
iPhone zawibrował mi w dłoni.
Julian: I co się tam dzieje?
Ja: To jakaś ogromna impreza.
Ale dalej nie mam pojęcia, o co chodzi z zaproszeniem.
Julian: Spróbuj się jakoś dowiedzieć.
Oczekuję raportu za 10 min.
Ja: OK.
Wypuściłam powietrze z płuc, by wrócić do siebie. Z boku usłyszałam szmer i wyprostowałam się, zerkając tam. Jakieś trzy metry dalej wysoki mężczyzna oparł się właśnie o balustradę. Blask księżyca konturował jego profil, gdy palił papierosa zapatrzony przed siebie, w ciemność wieczoru. Odruchowo przeciągnęłam wzrokiem po ręce nieznajomego, która była wytatuowana od palców dłoni w górę wijącymi się wokół bicepsa kształtami. Te wzory przypominały sztukę sakralną i sięgały aż do ostro zarysowanej kości żuchwy, znacząc całą szyję.
Ten mężczyzna był sam, tak jak ja. To była moja szansa. Okazja, żeby się czegoś dowiedzieć.
- Hej - wyrzuciłam z siebie, po czym odbiłam się dłońmi od balustrady.
On lekko się uśmiechnął. Pewnie i niespiesznie. Jakby przewidział, że ta samotna, zagubiona laska się do niego odezwie, jakby wręcz na to czekał i był do tego przyzwyczajony. Ale spojrzał na mnie dopiero po kilku długich sekundach, strzepując popiół z papierosa na deski tarasu.
- Hej - rzucił niskim, zachrypniętym głosem, gdy stanęłam przed nim.
Dwa ciemne pasma włosów opadły mu na czoło, gdy odrobinę się nade mną pochylił. Wymusił to mój wzrost, bo niestety Bóg obdarzył mnie tylko metrem sześćdziesiąt, a jemu ofiarował o trzydzieści centymetrów więcej.
- Wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale... - zaczęłam, zapowietrzając się. - Czy wiesz, do kogo należy ten apartament? - Skrzywiłam się, słysząc własne słowa.
- Wygląda na wynajęty - odparł po chwili. Spokojnie i dziwnie.
- No tak, jasne. - Spuściłam wzrok i nerwowo zatknęłam kosmyk włosów za ucho. - Mogłam się domyślić.
- Czyli... nikogo tu nie kojarzysz? - zapytał i odrobinę zmarszczył brwi.
- Nie. - Uniosłam spojrzenie.
- Ciekawe - odpowiedział, przechylając głowę na bok.
Prawie czarne, równo ścięte do ucha włosy nieznajomego tym razem zasypały mu oczy. Odgarnął je leniwie, ukazując mały srebrny kolczyk w uchu. To wyglądało wręcz filmowo: ruch jego dłoni ozdobionej pierścionkami i sygnetami, szyja pomazana gęstymi wzorami. On cały prezentował się w jakimś sensie abstrakcyjnie.
- Ja nawet nie wiem, co tu robię - dodałam cicho z grymasem zdenerwowania i objęłam własne ramiona.
- Nie wyglądasz, jakbyś znalazła się w tym miejscu przypadkiem. Na pewno jesteś tutaj z jakiegoś powodu? - Odbił pytająco, z cieniem uśmiechu.
Zdziwiły mnie te słowa, na moment się zawiesiłam.
- Też tak myślałam, ale chyba jednak nie - odpowiedziałam.
Na szczęście.
On milczał. Za długo, aby było to komfortowe.
- Wiesz, że to koszmarnie niezdrowe? - Wzrokiem wskazałam jego papierosa.
- Co mnie nie zabije... - zaczął nonszalancko, ale nie skończył.
- To zmarnuje ci zdrowie i wyśle cię na oddział torakochirurgii - dokończyłam sucho za niego.
Nieznajomy nie odpowiedział, ale wciąż mi się bacznie przyglądał. Może ciekawiło go to emanujące ze mnie zagubienie. Albo coś innego? Ściągnęłam brwi, również mu się przyglądając. Przynajmniej na twarzy nie był wytatuowany jak tamten w salonie. Prezentował się bardzo agresywnie, ale w jego ciemnych przenikliwych oczach dostrzegłam coś... spokojnego. Sprzecznego z zewnętrznym obrazem.
- Czemu... tak na mnie patrzysz? - wymsknęło mi się, zanim zdążyłam się pohamować.
- Ty zaczęłaś - odparł natychmiast, a kącik jego ust odrobinę się uniósł.
Miał rację.
To ja pierwsza na niego spojrzałam.
- Winna - mruknęłam.
Na dźwięk tego słowa kącik jego ust zadrżał. Zmarszczyłam brwi. On odchrząknął.
- Patrzę, bo widok jest ciekawy - odpowiedział i przygryzł dolną wargę w przytłumionym, ledwo widocznym uśmiechu. - Trudno oderwać wzrok.
I chyba nie chodziło mu o Manhattan. Poczułam nagłe ciepło na policzkach.
Ten koleś ze mną flirtuje.
Uświadomiłam sobie, że mógł odebrać moje osobliwe pytania sprzed chwili jako próbę nawiązania rozmowy, która miałaby doprowadzić do czegoś więcej. Owszem, miałam oczy, był atrakcyjny. Bardziej niż trochę. Ale nie zadawałam się z takim typem mężczyzn. Od dawna w sumie nie zadawałam się z żadnym typem. Nie wspominając, że nie zwykłam się bawić w przygody na jedną noc. Nie miałam na nie miejsca w życiu. I odwagi.
- Tak. Nowy Jork nocą jest wyjątkowy - odpowiedziałam wymijająco i wbiłam wzrok w nocny krajobraz miasta.
- Och, nie zauważyłem. - Kącik jego ust uniósł się wyżej.
Uderzyła mnie sekundowa fala gorąca. Tak, on zdecydowanie flirtował.
- Ja... muszę już lecieć. Na dole czekają na mnie znajomi - wymamrotałam trochę osłupiała.
- Czemu nie zaprosisz ich na górę? - Uniósł ciemną brew.
- Bo sama nawet nie wiem, kto zaprosił tu mnie. - Wzruszyłam ramionami.
- Zakładam, że ktoś, kto chciał cię zobaczyć - mruknął, spuszczając wzrok.
Zaczynałam czuć jakieś napięcie. Między nami, w sobie. Ale dotarło do mnie, że najpewniej mój enigmatyczny rozmówca jest po prostu wstawiony i dlatego zachowuje się tak dziwacznie. Dlatego tak ze mną rozmawia.
A ja jestem zielona, bo totalnie wyszłam z wprawy w kontaktach damsko-męskich.
- Sądzę raczej, że za chwilę przyjdzie po mnie ochrona, bo chyba nie powinno mnie tu w ogóle być - dodałam z zażenowaniem.
- Nic takiego ci tutaj nie grozi. - Pokręcił leniwie głową.
Obrzuciłam go pytającym spojrzeniem, ale on wciąż tylko na mnie patrzył i w dalszym ciągu nie kwapił się do powiedzenia czegokolwiek ponad absolutne minimum.
- Skąd możesz to wie... - zaczęłam, gdy nagle z boku pojawiło się dwóch mężczyzn.
- No ładnie, stary. - Jeden z nich klepnął mojego nieznajomego w plecy, a zaraz drugi uścisnął mu dłoń, gdy ten skinął mu szybko.
Wycofałam się automatycznie o kilka kroków, robiąc im miejsce. Nie miałam pojęcia, kim są ci wszyscy ludzie, o czym rozmawiają i ponownie - dlaczego się tu znalazłam. Mój telefon znowu zawibrował.
Julian: Minął kwadrans, jeszcze pięć minut
i wchodzimy tam, żeby Cię odbić.
Ja: Nie musicie, już schodzę.
Spojrzałam na mojego eksrozmówcę. Górował wzrostem nad kolegami, których z sekundy na sekundę przybywało, aż powstała grupka. Spotkałam jego wzrok, a on lekko rozchylił usta. Zupełnie jakby chciał coś do mnie powiedzieć. Ale ja tylko pomachałam mu dłonią i ruszyłam do windy, zostawiając go znajomym.
Szłam szybkim krokiem ze wzrokiem wbitym w podłogę. Aż poczułam uderzenie. W drzwiach tarasu potrąciła mnie młoda kobieta. Straciłam równowagę i wpadłam plecami na framugę, a dziewczyna się prawie wywróciła.
- Ej, co... - zaczęłam, oglądając się za nią, ale ona zbyt szybko zmierzała chwiejnym krokiem za róg, na tę opustoszałą część tarasu.
Podążyłam za nią wzrokiem. Była kompletnie pijana. Kilka osób się za nią obejrzało, ale nikt nie zareagował. W końcu zniknęła za wysokimi tujami posadzonymi w metalowych donicach.
- Kurna... - mruknęłam pod nosem z rezygnacją, przez moment bijąc się z myślami.
Odwróciłam się, bo jej stan mnie zaniepokoił. A pomaganie ludziom nie było dla mnie tylko pracą. Było moją parszywą słabością, misją i odruchem. Szybko minęłam grupkę otaczającą mojego byłego rozmówcę i skręciłam za róg penthouse'u. Ujrzałam drobną wytatuowaną blondynkę na samym końcu tarasu. Opierała się o balustradę, wstrząsały nią konwulsje i ledwo trzymała pion. I właśnie zaczęła wychylać się za barierkę.
Natychmiast rzuciłam się w jej kierunku.
- Ej! - Chwyciłam ją za ramiona. - Za dużo wypiłaś. Odsuń się od barierki, to niebezpieczne - mówiłam stanowczo, kiedy ona próbowała zwymiotować za balustradę.
- Boszeee... - zajęczała, a z jej oczu popłynęły łzy, rozmazując ciemny makijaż. Dłonie zaciskała na metalowej poręczy, wciąż pochylając się do przodu. - Mam helikopter...
- Odejdź od barierki, rozumiesz? - Złapałam ją za ramiona mocniej.
- Zostaw! - Zaczęła mi się nieudolnie wyrywać i ryzykownie przechylać. - Muszę tylko... powietrza.
Nie miałam wyboru. Ostro szarpnęłam ją za ramiona do tyłu, próbując ją jakoś zaasekurować. Opadła na mnie, ale jakimś cudem udało mi się nie wywrócić pod jej ciężarem. Zaczęła bełkotać i machać rękami.
- Spokojnie, wszystko jest w porządku! - Osłaniałam się ramieniem, żeby nie dostać w twarz od lamentującej kobiety, która rano nawet nie będzie tego pamiętać. - Chodź... tam jest leżanka, musisz odpocząć. - Drugą ręką mocno chwyciłam ją w pasie i odwróciłam nas obie w stronę penthouse'u.
Wprost na nieznajomego, z którym dopiero rozmawiałam. Stał kilka metrów dalej prawie całkowicie osłonięty cieniem ściany budynku. Przed chwilą go tam nie było.
- Co robisz? - zapytał zimno i zmarszczył brwi.
- Ona... przesadziła z alkoholem. - Przeniosłam wzrok na moją podopieczną, która w końcu zamilkła i spoglądała nieprzytomnie na mężczyznę. - Pokładała się na balustradzie, musiałam ją odciągnąć. - Zaczęłam przepychać kobietę w stronę metalowej leżanki stojącej przy ścianie. - Przydałyby się jej elektrolity, glukoza... coś słodkiego do picia. - Ponownie na niego popatrzyłam, licząc, że może mnie trochę wesprze.
Przez chwilę gapił się na mnie tak, jakby nie rozumiał, co wyprawiam. Jakbym zrobiła coś kuriozalnego lub irracjonalnego. W końcu jednak kiwnął głową, odwrócił się i zniknął. Nie wiedziałam, czy poszedł po napój, czy po prostu olał tę dziewczynę jak wszyscy inni dookoła. Moja tymczasowa podopieczna zaczęła wymiotować. Telefon zawibrował mi w kopertówce. Nie zdążyłam po niego sięgnąć, bo stanęło przede mną dwóch rosłych łysych mężczyzn w czarnych T-shirtach i równie czarnych spodniach.
Ochrona?
Po chwili za ich plecami pojawił się trzeci. Szczupły, w okularach i garniturze, z AirPodem w uchu i dwiema butelkami oshee w dłoniach. Jego wielcy koledzy ominęli mnie i zaczęli podnosić ledwo przytomną dziewczynę.
- Dobry wieczór - przywitał się szybko, przeskakując wzrokiem między mną, pijaną kobietą i ochroniarzami. - Bardzo dziękujemy za zwrócenie uwagi na tę niefortunną sytuację i za interwencję. Jesteśmy pani zobowiązani - powiedział i skinął mi sztywno głową.
Wypowiadał się jak ktoś, kto może wiedzieć, co to za impreza. Albo nawet mieć pojęcie, co na niej robię i dlaczego dostałam zaproszenie. Był moją szansą na zdobycie jakiejkolwiek informacji.
- Przepraszam, a czy... - zaczęłam.
- Amanda, Boże! - prychnął głośno, nawet nie rejestrując mojego głosu, gdy ochroniarze podnieśli pijaną dziewczynę do pionu. - Do jasnej cholery, co ty wyprawiasz... - Zaczął machać rękami wyraźnie wściekły i zestresowany. W tej samej chwili blondynka zwymiotowała pod swoje nogi. Odskoczyłam, facet w garniturze też. - Jezu! Marcus, Arnie, bierzcie ją i idziemy, natychmiast. Tak żeby ludzie jak najmniej widzieli. Kurwa, co za wstyd! - Poderwał się z miejsca i zawinął wraz z pozostałymi w ciągu sekundy.
Mój telefon znowu zaczął wibrować w kopertówce - i nie przestawał. Przecież już dawno miałam być na dole. Ruszyłam przed siebie, licząc, że zdołam jeszcze złapać faceta w garniturze i zadać mu kluczowe dla mnie pytanie.
Po chwili przemierzałam wysoki hol, unikając wpadania na pijących, rozgadanych i tańczących ludzi. Zatrzymałam się w jego połowie i rozejrzałam na wszystkie strony. Ale nigdzie nie było śladu gościa od garnituru ani jego kolegów. Moja szansa przepadła. Julian mówił, że to zaproszenie może być jakąś okazją. Tak, okazją na stracenie cennych godzin relaksu na kanapie z Sophie i Daisy. Ciężka, rytmiczna muzyka mnie ogłuszała, kiedy dotarłam do windy i wcisnęłam przycisk.
Czekałam zaledwie minutę. Windy w luksusowych apartamentowcach to zupełnie inna liga niż te znajdujące się w starych kamienicach dzielnic otaczających Manhattan. W środku odwróciłam się, by przycisnąć przycisk parteru, a napięcie opuściło moje ramiona, pozwalając im opaść niżej. Gdy drzwi zaczęły się zamykać, po drugiej stronie stanął nagle wytatuowany nieznajomy.
- Do zobaczenia... - Machnął ręką, a po wewnętrznej stronie dłoni zauważyłam opatrunek. - ...Lavender - dodał z delikatnym uśmiechem.
I już go nie widziałam.
Zaraz, co...?
Przecież mu się nie przedstawiłam.
Jakim cudem zna moje imię?!
Rzuciłam się szybko do panelu windy i zaczęłam wciskać przycisk z numerem piętra, ale przecież w trakcie jazdy winda nie zmieniłaby nagle kierunku.
Nie. Stop. To jakiś creep!
Mógł być przecież stalkerem. Seryjnym mordercą. Mieć zaburzenia obsesyjne.
Nie wiedziałam, jakim cudem mnie znał. Bo ja nie znałam takich ludzi. Wysokich, wyglądających jak definicja buntu, z tatuażami po łuk szczęki. Ale do głowy nagle przyszła mi historia Juliana.
Może kiedyś faktycznie przyjmowałam tego faceta na przykład na izbie przyjęć?
Na dwudziestoczterogodzinnym dyżurze łatwo jest zapomnieć twarze, nie mówiąc o imionach. W nocy podczas rotacji na izbie nie ma czasu na myślenie, wszystko dzieje się szybko. Pacjentów jest wielu, przechodzą od jednego lekarza do drugiego i tyle ich znałeś. Tym bardziej coraz odważniej rozważałam opcję, że już kiedyś się spotkaliśmy i tego nie zanotowałam.
Ale nie zapamiętałabym tych wymyślnych tatuaży?
Wciąż widziałam w wyobraźni ciemne wąskie oczy nieznajomego i coś w ich głębi nie dawało mi spokoju.
Tak, to mógł być były pacjent, który mnie odszukał. I zaprosił na imprezę, na której też będzie lub którą organizuje.
To uświadomienie było równoznaczne z oczywistą oczywistością - nie powinnam wracać na górę. To nie był serial Juliana, tylko jakaś niepokojąca ustawka zaaranżowana przez kompletnie obcego człowieka, który być może roił sobie w głowie na mój temat jakieś fantazje. A ja nie miałam zamiaru brać w nich udziału. Ale mogłam też tam wrócić i poinformować go, że ma dać sobie spokój. Wyłożyć kawę na ławę, nie dając mu przesunąć żadnej kolejnej granicy mojej prywatności.
Drzwi windy otworzyły się na parterze, a ja kilkanaście razy wcisnęłam przycisk z numerem dwadzieścia osiem. Ale one się nie zamykały. Ani drgnęły.
No tak, potrzebna jest karta konsjerża.
Szybkim krokiem ruszyłam do marmurowej recepcji.
- Przepraszam, właśnie wyszłam z imprezy na dwudziestym ósmym, ale okazało się, że czegoś zapomniałam. Czy może pan wysłać mnie windą na górę jeszcze raz? - wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu.
- Ma pani zaproszenie, prawda? - zapytał.
- No... tak. Przed chwilą tam byłam i...
- Niestety dostałem dyspozycję, aby nie wpuszczać nikogo z zaproszeniem na górę po raz drugi - odparł mężczyzna z powściągliwym uśmiechem.
- C-co...? Ale jak to? Przecież byłam tam trzy minuty temu.
- Bardzo mi przykro. Nie ja o tym decyduję.
Zapatrzyłam się na palce swoich stóp pomalowane karmazynowym lakierem. Próbowałam wyciągnąć jakikolwiek sens z całego tego wieczoru. I nagle mnie olśniło.
- Czy ktoś poza mną dostał takie zaproszenie? - zapytałam stanowczym głosem, patrząc w szare oczy konsjerża.
- Dziś widziałem na razie tylko jedno takie zaproszenie, proszę pani.
Co...?
Zastygłam. Ten tajemniczy typ ewidentnie wciągnął mnie w jakąś grę. Tylko mnie, co właśnie stało się jasne. I wciąż brakowało mi przekonania, że jest tylko pacjentem.