ROZDZIAŁ I
Gdy bawię się z kotem, kto wie, czy to on nie bawi się mną bardziej niż ja nim.
Michel de Montaigne
Żółty karzeł złociście oświetlał niegościnny księżyc błękitnej planety, wokół którego po okręgu, leniwie niczym ociężały olbrzym, orbitował Equlibrus 7, statek badawczy. Tuż przy nim uwijały się w pośpiechu niewielkie sondy kontrolujące prawidłową pracę systemów zewnętrznych oraz sprawdzające poszycie kadłuba.
Obiekt, całkowicie pozbawiony nierówności i uwypukleń, kształtem przypominał łzę. Ta owalna, krystaliczna struktura sprawiała wrażenie przezroczystej. Położenie pomiędzy planetą a jednym z jej dwóch księżyców ułatwiało utrzymanie stabilnej pozycji na orbicie. Wykorzystując niewielką grawitację naturalnego satelity oraz jego masę, starał się pozostać w ukryciu.
Błysk! Trwał sekundę, może krócej. Drugi obiekt pojawił się tuż obok. Niczym para złączona tańcem, dwa gwiezdne okręty orbitowały jeden obok drugiego.
– Przybyli – rozbrzmiała myśl Elipse w głowie Olarka, turrackiego dowódcy...
Kroniki Gauda, Implementacja życia w sektorze Certis AH-87N – 0Z6, Archiwa
ANOMALIE
15 czerwca 2013, Genewa
Kolejna kropla deszczu spłynęła po szybie, zatoczyła łuk na nierównym parapecie i spadła na chodnik.
– Cholerny deszcz! – zaklął Bernard, obserwując ulice przez okno.
– Ciiiszej! – odezwała się zaspanym kobiecym głosem kształtnie uwypuklona purpurowa kołdra. – Śpij, kochanie.
– Nie mogę spać, ten deszcz nie daje mi spokoju – odparł.
Monika przetarła rękoma zaspane oczy i z nadzieją spojrzała na wiszący na ścianie zegar. Jedyne, co ujrzała, to rozmyty obraz rzeczywistości. Wada wzroku, co prawda niewielka, nie zniknęła w czasie nocy.
– Która godzina? – zapytała.
Bernard usiadł na skraju łóżka i nadal wpatrywał się w rozmyte deszczem światła uśpionego miasta.
– Po trzeciej, za dwie godziny muszę wstać do pracy – odparł znużonym głosem.
– Nie sądzisz, że lepiej wykorzystać pozostały czas na spanie?
Bernard, uśmiechając się, spojrzał na swoją piękną żonę i delikatnie, z czułością położył rękę na jej kolanie.
– To przez ten nowy projekt; wyznaczy albo nie tor mojej kariery w firmie... ech – westchnął – może niepotrzebnie się przejmuję. Masz rację, śpijmy.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła go Monika. – Właź pod kołdrę.
Powierciła się chwilę i spytała:
– Martwisz się tym, co powie Steiner?
Bernard ponownie popatrzył na rozmazane światła za mokrymi szybami.
– Taaak, kiedy indziej ci wszystko wyjaśnię. Teraz nie mam do tego głowy. Kocham cię.
Monika objęła czule męża i spojrzała głęboko w jego ciemnobrązowe oczy.
– Ja ciebie też – odpowiedziała, wciągając go do łóżka.
Poranek nie należał do przyjemnych. Uderzenia kropli deszczu stawały się coraz mocniejsze, a mieszkanie wydawało się ciche, zbyt ciche. Monika, usiadłszy na łóżku, włączyła stojące na półce radio, a następnie sięgnęła po grzebień i zaczęła rozczesywać kasztanowe włosy. Mówiono jej, że są bardzo ładne i pasują do jej oczu. Splotła włosy w kucyk i wyciągnęła się ponownie na łóżku. Zaczęła wsłuchiwać się w dobiegającą z radia muzykę oraz brzmiący niczym akompaniament światowej orkiestry delikatny odgłos rozbijających się o szybę kropli deszczu.
– Zobaczmy, co my tutaj mamy – powiedziała, biorąc do ręki wczorajszą gazetę. – O proszę, piszą o mojej pracy. Naukowcy odkryli bozon Higgsa, tak zwaną boską cząstkę. Jakież to trywialne! – westchnęła, wstając z łóżka.
"Bernard już poszedł, szkoda" – pomyślała.
Zakrzątnęła się po zabałaganionej po wczorajszej imprezie kuchni. Przetarła blaty, wstawiła naczynia do zmywarki. Chwyciła za odkurzacz. Kilka minut później rozejrzała się po mieszkaniu.
– Chyba już cały ten syf sprzątnięty – powiedziała do siebie.
Wskoczyła na moment do łazienki, aż w końcu znalazła się w garderobie. Włożyła gustowny żakiet. Wreszcie wróciła do kuchni i zrobiła sobie lekkie śniadanie z dużym, półlitrowym kubkiem kawy. Zerknęła na zegarek: siódma dwadzieścia.
– Cholera! – krzyknęła. – Znowu się spóźnię!
Połknęła błyskawicznie śniadanie, zapijając gorącą kawą. Wybiegła z mieszkania w takim pośpiechu, że zapomniała pozamykać okna oraz drzwi. Na szczęście mieszkała wraz z Bernardem w ekskluzywnej, a co za tym idzie, raczej bezpiecznej okolicy. Apartament znajdował się w samym centrum Genewy, w dzielnicy Cite, na osiedlu mieszkaniowym Rive.
Monika była rodowitą Polką i prowadziła badania w CERN – Europejskim Ośrodku Badań Jądrowych. Centrum naukowo-badawcze położone było na północno-zachodnich przedmieściach Genewy, na granicy Szwajcarii i Francji, pomiędzy Jeziorem Genewskim a górskim pasmem Jury. Pracowało tutaj dwa tysiące sześciuset stałych pracowników oraz około ośmiu tysięcy naukowców i inżynierów reprezentujących ponad pięćset instytucji naukowych z całego świata.
O tej porze dnia podróż do CERN zawsze stanowiła trudne zadanie. Zatłoczone drogi sprawiały, że Monika z trudem się przedzierała z centrum na przedmieścia Genewy. Wiedząc o tym, wolała wyruszać rano, zanim ulice zapełnią się samochodami. Tym razem się nie udało.
"Na szczęście nikt mnie nie rozlicza z każdej minuty – pomyślała, ponownie spoglądając na zegarek. – Co ja takiego miałam na dzisiaj przygotować? Hmm? Raport ze zderzeń cząstek Higgsa! Cholera, zapomniałam! Mam nadzieję, że Mark nie będzie zbytnio narzekał. Ci Niemcy są tacy drobiazgowi".
Życie zawodowe w CERN nigdy się nie kończyło. Dniami i nocami laboratoria, wykorzystywane do granic możliwości, dostarczały naukowcom nowych wyzwań. Monika prowadziła badania nad możliwościami pokonania przez cząstki neutronowe prędkości światła. Odkrycie to pozwoliłoby podać w wątpliwość szczególną teorię względności. Zagadnienie kluczowe dla zaistnienia w przyszłości dalekich podróży gwiezdnych.
– Dzień dobry, doktor Eden! – wykrzyknął z zadowoleniem doktor Jarecki, potomek emigrantów z Polski wychowany w USA. – Kolejny pasjonujący dzień. Może w końcu uda nam się pokonać Einsteina!
– Cześć, Robert. Tiaaa, Einstein go home! – Monika uśmiechnęła się, manifestując potencjalne zwycięstwo i zaciskając teatralnie pięść. – Wybacz spóźnienie, ale poranne wstawanie nie należy do moich ulubionych zajęć.
– Nic się nie stało. Nie pracujesz przy taśmie w fabryce – zażartował.
– Bernard miał ciężką noc. Obudził mnie i nie mogłam usnąć.
– Ci Francuzi. Nawet spać nie potrafią.
– Cóż, mają za to inne talenty – oznajmiła z uśmieszkiem Monika.
– Każdy z nas ma jakieś talenty – rzekł nieco głośniej.
– Czy Mark już narzekał, że mnie jeszcze nie ma? – zapytała, spoglądając na zegarek.
– Nie, ale może dlatego, że sam się spóźni.
Monika przesadnie wybałuszyła oczy, okazując zdziwienie.
– To niepodobne do tego starego Niemca – odpowiedziała, nie kryjąc rozradowania.
Doktor Jarecki się zaśmiał.
– Podobno wpadł na coś genialnego – odparł.
– Mam taką nadzieję, bo badania stoją w miejscu. Czasami wydaje mi się, że nauka raczkuje niczym niemowlę.
Robert się uśmiechnął.
– Nie dziw się, Moniko, prawdziwa nauka ma nieco ponad sto lat. Porównując to do...
– Tak, wiem – przerwała mu – porównując to do Wszechświata. Można by rzec, że jesteśmy w początkującej fazie płodu.
Robert przyjacielsko poklepał ją po ramieniu.
– Po to tu jesteśmy, żeby ten płód mógł się rozwinąć – pocieszył ją.
Monika spojrzała na zegarek.
– Chodźmy, badania czekają.
– Muszę jeszcze coś załatwić. Za chwilę dołączę – odpowiedział tajemniczo i obróciwszy się na pięcie, ruszył przed siebie.
Monika szybkim krokiem skierowała się do laboratoriów badawczych. Obalenie teorii względności raczej nie należało do zadań, które można wykonać w ciągu jednej doby. Z punktu widzenia formalizmu naukowego, gdyby jednak ktoś tego dokonał, należałoby stworzyć od nowa opis wszelkich zjawisk fizycznych.
"Żyjemy w XXI wieku – dumała, mijając kolejnych naukowców przedzierających się zatłoczonymi korytarzami do swoich miejsc pracy. – Ludzkość wkroczyła w fazę przyspieszonego skoku jakościowego. Technologie pojawiające się jedna po drugiej wydłużyły czas życia przeciętnego człowieka. Miasta to wielkie, rozrastające się do niebotycznych rozmiarów metropolie. Każdy może studiować, rozwijać się naukowo, przekraczać granice poznania. Globalizacja oraz pluralizm kulturowy dostrzegany jest coraz częściej w codziennym życiu przeciętnego człowieka".
Monika pokonała kolejny zakręt korytarza, sunąc niczym zjawa i zmierzając do tylko jej znanego miejsca.
"Prawda jest taka – myśli z siłą wodospadu rozbijały niezaspokojoną od czasów dzieciństwa ciekawość – że od zakończenia projektu Manhattan cywilizacja nie poczyniła żadnych widocznych kroków naprzód. Gospodarka i codzienne życie nadal potrzebują surowców energetycznych, tak jak setki lat temu. Kiedyś palono w piecach drewnem. Dzisiaj używa się węgla i innych surowców. Rozwój w gruncie rzeczy jest znikomy. Zmieniły się środki, a nie przyczyny technologicznego postępu. Nadal podstawowy środek transportu opiera swe działanie na zasadzie wykorzystania koła. Tak jak dawniej. Różnica polega na tym, że samochody wykorzystują do tego konie mechaniczne, a kiedyś używano zwierząt. Rozpatrując to z perspektywy historii, ludzkość nie posunęła się daleko w rozwoju. Planeta jest zanieczyszczana odpadami coraz większej i stale się powiększającej populacji. Ludzie egzystują w stadach, w betonowych dżunglach zwanych miastami. Zatruwają się nawzajem. Przeludnienie, dzisiaj jeszcze nie tak widoczne, za kilkadziesiąt lat stanie się bardzo poważnym problemem. Ale ludzie nie chcą o tym wiedzieć, nie chcą o tym słuchać. Wolą żyć na kredyt, który planeta jeszcze jest w stanie im zapewnić. Dlatego jedynym rozwiązaniem wydaje się ekspansja. Kosmos. Nie da się ukryć, że mamy kilka ograniczeń – jednym z głównych jest pokonanie prędkości światła, znokautowanie teorii Einsteina. Muszę go pokonać".
– Tu jesteś – rzekł Mark, wybudzając Monikę z zadumy. – O czym tak myślisz?
– O, już jesteś? – zdziwiła się. – Takie tam filozoficzne rozważania.
Ogarnęło ją poczucie wstydu tak duże, że aż się zaczerwieniła
– Mark, nie gniewaj się na mnie – wydukała z trudem. – Ten raport, o który mnie prosiłeś... zapomniałam go przygotować. Zupełnie nie wiem, jak to się stało, no po prostu wyleciało mi z głowy.
– Rozumiem – odparł, dosłownie załamując ręce. – Mam nadzieję, że dostarczysz mi go na dniach. Tak?
Doktor Eden potwierdzająco kiwnęła głową.
– Oczywiście. Daj mi kilka dni.
– Nad czym się tak zastanawiałaś? – zapytał wyraźnie zainteresowany.
– Nad rozwojem cywilizacji.
– No proszę – uśmiechnął się. – Do jakich doszłaś wniosków?
– Czy to ważne?
Mark uniósł brwi, dając do zrozumienia, że nie odpuści.
– No dobrze – mruknęła Monika. – Czasami wydaje mi się, że nauka się zatrzymała. Gdyby bliżej się temu przyjrzeć, to de facto stoimy w miejscu – kontynuowała, zerkając na Marka.
– Hmm... ciekawa teoria – oznajmił głosem pełnym powagi, nie zapominając o charakterystycznym mlaśnięciu ustami.
"Jezu, nienawidzę, jak to robi!" – pomyślała Monika, równocześnie zdając sobie sprawę, że zaraz otrzyma życiową poradę.
– Moniko, żyjemy w okresie największego rozwoju nauki w historii ziemskiej cywilizacji. – Cmoknięcie nie pozwoliło o sobie zapomnieć. – Tobie nie muszę chyba tego tłumaczyć?
– Einstein, Tesla?
– Co Einstein, Tesla?
– Ich mniej popularne teorie. Odkrycia Tesli zostały zepchnięte na boczny tor. O wielu jego projektach zapomniano. Czemu tego nie badamy? Może tam są odpowiedzi?
Z ust Marka ponownie wydobyło się mlaśnięcie.
"Boże, oszaleję!" – Monika walczyła sama ze sobą.
– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że mamy teraz brać pod uwagę wszystkie pomysły Einsteina czy – zaśmiał się – Tesli? Na przykład podróże w czasie. To niedorzeczne – rzekł karcącym tonem. – To tak, jakbyśmy chcieli zrealizować pomysły dotyczące wytwarzania wolnej energii. To niemożliwe. Ponadto kto zapłaci za te bajdurzenia, ty?
– Nie wiem. Mimo wszystko należy zadać sobie pytanie: dlaczego nie poszukiwać innych rozwiązań, chociażby pozyskania wolnej energii? – zapytała Monika, zatrzymując się w korytarzu, i dodała w duchu: "Tylko nie mlaskaj!".
– To oczywiste, jest to z naukowego punktu widzenia niemożliwe, niewykonalne i nierealne. Nasi poprzednicy czasami za bardzo dawali się ponieść własnej wyobraźni. Lata badań potwierdzają tezę, że niektórzy naukowcy, bardzo zasłużeni dla ludzkości, po prostu się mylili – rzekł dumnie Mark, po czym spojrzał na zegarek.
"Uff, obyło się" – ucieszyła się Monika.
– Chodźmy. Szkoda naszego czasu – dodał, mlaskając.
Ruszyli korytarzem. Monika milczała, nie chcąc się wdawać w kolejną jałową dyskusję wspomaganą przez efekty dźwiękowe doktora Berlinga. Stanęli przy windzie i gdy tylko drzwi się rozsunęły, Mark wcisnął guzik szóstego piętra.
– Tak, teraz mi powiesz, że ambicja ich pokonała – rzekła ze złością Monika, nie mogąc znieść milczenia.
– Pokonała ich myśl, że są kimś więcej, niż byli w rzeczywistości.
Doktor Eden nie dawała za wygraną. Nie znosiła wiecznych sprzeczek z doktorem Berlingiem. Trudno jej było zrozumieć, dlaczego zawsze był taki zamknięty na alternatywne rozwiązania w nauce.
– Mark, ja chcę tylko powiedzieć, że stoimy w miejscu. Niedługo miną cztery lata, odkąd próbujemy zdobyć dowód na to, że można rozpędzić cząstkę powyżej prędkości światła. To byłby przełom dla nauki – oświadczyła stanowczym głosem.
– To prawda. – Uśmiechnął się tajemniczo, mlaskając wargami. – Byłoby to niewiarygodne odkrycie, ale pamiętaj, że CERN nie powstało tylko po to, aby obalać teorię względności – argumentował zajadle Mark. – Mamy też inne priorytety, dlatego porzućmy te futurystyczne wizje i zabierajmy się do pracy.
Monika odpuściła sobie dalszą sprzeczkę. Wiedziała, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Zmieniła temat.
– Gdzie jest Robert? Miał zniknąć tylko na chwilę. – Rozejrzała się, wychodząc z windy.
– Pewnie poszedł na śniadanie. Zapraszam do mojego gabinetu.
Znaleźli się w małym pomieszczeniu, które było prywatną pracownią doktora Marka Berlinga, kierownika projektu AURORA. Badania polegały na monitorowaniu cząstek podczas ich wzajemnego zderzania oraz na zapisywaniu i obserwowaniu zachodzących podczas tego procesu reakcji fizycznych.
– Podejdź tu, chcę coś ci pokazać – rzekł Mark, pochylając się nad ekranem komputera. – Może jesteśmy bliżej, niż się nam wszystkim wydaje. Moniko, tylko bardzo cię proszę, nie wpadnij w zbytnią egzaltację. Nic nie jest jeszcze potwierdzone.
– Co masz na myśli?
– Wczoraj, gdy wszyscy wyszli z pracy, postanowiłem zostać i sprawdzić obliczenia dotyczące naszego ostatniego eksperymentu.
– Masz na myśli wyniki, jakie zanotowaliśmy w LHC, rozpędzając neutrina?
– Tak. Sprawdzałem obliczenia komputera oraz sprawność urządzeń. Wszystko było w należytym porządku. Przepuściłem dane przez główny komputer i dokonałem analizy, uzyskując ten sam rezultat. Powtórzyłem obliczenia kilkakrotnie. Wynik za każdym razem był taki sam.
– Mark, do rzeczy. O co chodzi? – zapytała z przejęciem Monika.
– Wyniki wczorajszego eksperymentu wskazują, że udało się rozpędzić wiązkę neutrin mionowych do prędkości większej niż prędkość światła.
– Słucham?! Jakie wyniki uzyskano, jaką prędkość?! – krzyknęła Monika, niemalże wlepiając wzrok w monitor.
– W przybliżeniu, hmm, są to bardzo wczesne dane – zastrzegł Mark. – Prędkość była większa o prawie sześć kilometrów na sekundę, co daje nam różnicę wynoszącą około sześćdziesięciu nanosekund względem prędkości światła – odparł skrupulatnie.
Doktor Eden, nie mogąc ustać w miejscu, kręciła się po pokoju, rozmyślając. Mark bacznie się przyglądał, czekając na jakiekolwiek słowa.
– Czyżby Włosi mieli rację? – rzekła po chwili.
– Słucham? – zdziwił się Mark.
– W 2011 roku w Gran Sasso wiązki neutrin mionowych przekroczyły prędkość światła. O ile dobrze pamiętam, to właśnie CERN poprosiło o przeprowadzenie niezależnych badań w celu potwierdzenia odkrycia.
Doktor Berling milczał chwilę, w końcu westchnął.
– Tak, pamiętam – mlasnął. – To było co innego. Nie śledziłem dokładnie tamtych wydarzeń, ale z tego, co wiem, było tam więcej krzyku niż naukowego odkrycia – rzekł nieco lekceważąco.
– Co robicie?! – krzyknął Robert, wbiegając do sali z kubkiem kawy i pączkiem.
– Robert! – zawołała Monika. – Przestraszyłeś mnie. Chcesz, żebym dostała zawału?
– Sorry.
– Spójrzcie na te wyniki! – prychnął Mark, przywracając ich do porządku.
Robert podszedł do komputera.
– O rety! Znam to, eksperyment OPERA. Makaroniarze odkryli to samo dwa lata temu. Z tego, co wiem, powołano kolejną grupę naukowców w ramach nowego projektu o nazwie, yyy... – zawahał się przez chwilę – ICARUS?
Spojrzeli po sobie.
– Nie wiem – odparł Mark.
– Nieważne, sprawdzę to później. Projekt miał potwierdzić wcześniejsze wyniki – rzekł szczerze uradowany.
– Robert, może powiesz coś więcej? – zapytała Monika, wpatrując się w kolegę gryzącego pączka.
– Oficjalnie ogłoszono, że pomiary były źle wykonane – rzekł, oblizując palce usmarowane lukrem. – Projekt OPERA został zamknięty, a na jego miejsce powołano nowy zespół naukowców zaangażowanych w eksperyment, bodajże ICARUS.
– Kto kierował badaniami? – zapytał Mark.
– Jakiś "makaron", chyba profesor Alberto Guntaro. Nie pamiętam dokładnie.
Mark spojrzał na Roberta, po czym stwierdził, że nie ma sensu wdawać się w kolejną dyskusję na temat nazewnictwa innych narodowości.
– Super. Przedstawimy mu nasze wyniki i skonfrontujemy badania – dodał po chwili. – Przygotujcie zespół, sprawdzimy, czy mówimy o tym samym.
– O ile znowu nie stwierdzą – mruknął Robert – że błąd pomiaru spowodowany był luźnym osadzeniem kabla światłowodowego w gnieździe łączącym puszkę z GPS-em.
– Puszkę? – zapytała Monika.
– Komputery, mówię na nie puszki – odpowiedział, zjadając pączka.
– Czy mówiłeś komukolwiek o wynikach? – zapytała Monika Marka.
– Nie. Zanim nie będę pewny w stu procentach, nie upublicznię tego – powiedział, zamykając ekran laptopa. – Nie pozwolę, aby mnie postrzegano jako naukowca poszukującego taniej sensacji.
– Powtórzmy eksperyment. Robert sprawdzi, czy puszki są dobrze podłączone do odbiorników GPS – powiedziała Monika, wstając z krzesła. – Spotkamy się przy LHC! – krzyknęła, wybiegając z sali.
"Kod zaakceptowany" – zabrzmiał metalicznie komunikat z panelu kontrolnego, umożliwiający dotarcie do niższych poziomów. Doktor Monika Eden wsiadła do windy wypełnionej Dziewiątą symfonią Beethovena. Podróż nie trwała długo. Wielki Zderzacz Hadronów znajdował się od pięćdziesięciu do stu siedemdziesięciu pięciu metrów pod ziemią. Korzystanie z tego niewiarygodnie drogiego urządzenia było wyjątkowo ograniczone, bo jakakolwiek awaria kosztowałaby miliony euro. Skomplikowana aparatura pomiarowa, dwa duże detektory cząstek elementarnych ATLAS i CMS, dwa mniejsze ALICE i LHCb oraz trzy małe TOTEM, LHCf i MoEDA stanowiły najnowocześniejsze osiągnięcia techniki.
– Witaj, Torben – powiedziała Monika do siedzącego przy drzwiach asystenta.
– Doktor Eden – odpowiedział szczerze uradowany. – Nie mogę się doczekać kolejnych testów.
– Uwierz mi, ja też. Przygotuj urządzenie. Za chwilę pojawią się Robert z Markiem.
– Okay. Co dzisiaj będzie?
– Spróbujemy rozpędzić protony oraz wiązkę neutrin mionowych do maksymalnej prędkości – odparła Monika, siadając za panelem komputera.
– Czyli to, co zawsze. LHC będzie gotowe za chwilę.
Drzwi od windy się otworzyły. W wejściu stanęli Robert i Mark. Zdecydowanym krokiem zbliżyli się do komputerów obsługiwanych przez Torbena.
– Cześć, Torben – powiedzieli unisono, jak na zawołanie.
– Witam panów. Zaraz możemy zaczynać – odpowiedział, nie spuszczając oczu z monitora.
– Zatem do dzieła – rzekł Robert.
"Akcelerator liniowy gotowy – rozległ się komputerowy głos. – Rozpoczynam rozpędzanie protonów. Buster Synchrotonu Protonowego gotowy. Przesyłanie. Cząstki gotowe. Zwiększono energię do 26 GeV. SPS gotowy. Rozpędzam cząstki do energii 450 GeV. Protony gotowe. Rozpoczynam proces. Energia zderzenia 14 TeV. Proces w toku. Szacowany czas zakończenia: dwie godziny".
– No to się troszkę ponudzimy – powiedział Robert. – Mogłem kupić więcej pączków.
– Niekoniecznie, Robercie. Idę obserwować cząstki podczas zderzeń. Torben, wrzuć to na mój monitor. Proszę o stały zapis – rzekła poważnie Monika.
– Yes, sir! – odparł z uśmiechem asystent.
Proces rozpędzania i zderzania cząstek przebiegał nad wyraz prawidłowo. Nie dopatrzono się żadnych nieprawidłowości. Monika siedziała i wpatrywała się w monitor niczym sroka w gnat.
"Dlaczego zamknęli projekt ICARUS, skoro byli tak blisko odkrycia? – myślała. – Świat naukowy od dawna czeka na przełomowe wydarzenia z zakresu mechaniki kwantowej. Gdybyśmy chociaż mogli udowodnić, że podróż do najbliższego systemu gwiezdnego Proximy Centauri jest na wyciągnięcie ręki. Być może to odkrycie otworzyłoby mi drogę do Europejskiej Agencji Kosmicznej, a kto wie, może i do samej NASA – w głowie Moniki wirowały myśli, obijając się jedna o drugą. – Jednakże nawet jeśli odkrycie w Gran Sasso zostanie potwierdzone, to czy pomiar prędkości światła został przez nas wykonany prawidłowo? Sześćdziesiąt nanosekund to zbyt mała wartość, aby od razu obalać teorię względności. Jeśli prędkość światła ma swoje wariacje, to do przełomowego wyniku potrzeba czegoś więcej. Nanosekundy to zbyt niska wartość, nam niezbędne są sekundy".
– Robert, jak duże znaczenie w teorii względności ma geometria czasu i przestrzeni? – zapytała Monika, znając doskonale odpowiedź.
– Słucham? – zdziwił się. – Zasadniczo to podstawa tej teorii. Czyżbyś o czymś zapomniała? – wyszczerzył się sympatycznie.
– Zastanawia mnie moc naszej wiary w prawa fizyki – odpowiedziała ze spokojem.
– Wiara nie ma tutaj nic do rzeczy. Wszystko przedstawiają wzory i doświadczenia, lata badań – wtrącił się Mark, mlaskając ustami jak zawsze, gdy starał się pouczać innych.
– To oczywiste. Ty cwana bestio! – krzyknął Robert, podchodząc do komputera Moniki. – Fizyka w zasadzie nie ma dowodów na to, że siły fizyczne są rezultatem geometrii czasoprzestrzennej. No i oczywiście nie są to siły w klasycznym rozumieniu. Coś na podobieństwo zasady a priori sformułowanej przez Kanta. Tak?
– Dokładnie o to mi chodzi – odpowiedziała Monika. – Być może źle do tego wszystkiego podchodzimy. Być może pomijamy fakt istnienia innych, prawdziwych sił i cząstek, które budują materię.
– Co masz na myśli? – zapytał wyraźnie zaciekawiony Mark.
– To, że każda iteracja jest dowodem swojego dowodu. Myślenie w ten sposób jest rekurencyjne, bezsensowne – oświadczyła Monika. – To tak, jakbyś chciał rozwiązać równanie z zawiązanymi oczami. Prawda?
– Nie chcesz mi powiedzieć, że cały świat naukowy opiera wszystkie zasady fizyczne na błędnych przesłankach wyjściowych? – zapytał z niedowierzaniem Mark.
– Właśnie to chcę powiedzieć – odparła stanowczo. – Czasami świat naukowy wydaje mi się taki zamknięty, a to właśnie my powinniśmy być najbardziej otwarci na każdą niezbadaną teorię. Mimo to geometria czasoprzestrzenna została przyjęta, bo nie było innego wyjścia – odpowiedziała, wstając i przechadzając się po sali. – Wprowadzili ją do kanonu nauki tylko dlatego, aby wypełnić lukę w rozumowaniu logicznym.
– Nie widzę nic złego w konstruktywnym krytycyzmie i rozsądnym dobieraniu metod badawczych oraz sektorów w nauce. Czasami musimy coś przyjąć na zasadzie intuicji – zarzekał się Mark.
– Co nie oznacza, że może być bezsensowne – dołączył się do dyskusji Robert.
– Oczywiście, że nie! Nie mamy czasu w naszym życiu, aby teraz badać, czy wzór na obwód koła jest prawidłowy. Musimy zaufać naszym poprzednikom – burknął poirytowany Mark.
Atmosfera dyskusji zmierzała w niebezpiecznym kierunku i bardzo szybko mogła się przekształcić w ostrą sprzeczkę. Robert postanowił załagodzić klimat.
– To nie jest dyskusja na teraz – rzekł specjalnie łagodnym głosem. – Lepiej skupmy się na badaniach. Idę zapalić. Czy ktoś jeszcze się wybiera?
– Idę z tobą. Muszę coś zjeść. Torben, gdyby obliczenia i wyniki pojawiły się wcześniej, prześlij je do mnie. Potem odczytam, wrócę za godzinę – powiedziała Monika, wkładając kurtkę i wychodząc z sali.
– Jasna sprawa – rzekł Torben, rozkładając się w fotelu, jakby za chwilę miał zapaść w głęboki sen.
– Co za uparta kobieta – mruknął do siebie Mark, szczerze niepocieszony zachowaniem doktor Eden. Nie znosił, gdy na każdym kroku podważała jego autorytet.
Posiłek okazał się ostatnią rzeczą, o której w obecnej chwili myślała Monika. Wybrała się na godzinny spacer. Jej umysł ciągle zaprzątała sprawa aktualnego stanu badań. Nurtował i martwił ją fakt, że poszczególne dziedziny nauki się nie zazębiały. Wiedza powinna być całościowo dopasowana i zgrana z prawami faktycznymi realnego świata. Tymczasem tak nie było.
"W CERN naukowcy, którzy zbaczają z utartej ścieżki oficjalnej wiedzy, nie są postrzegani przychylnie – uciekła ponownie w świat własnych wyobrażeń. – Oczywiście nikt ich za to nie piętnuje ani nie zwalnia z pracy. Chodzi raczej o sposób traktowania. Nieszkodliwi marzyciele i dziwacy, którzy oglądali za dużo Star Treka. Z czego to wynika? Nikt nie wie. Po prostu tak jest" – tłumaczyła sobie.
Telefon umieszczony w kieszeni zaczął wibrować.
– O, Bernard – ucieszyła się. – Co słychać, kochanie?
– Cześć. Nie uwierzysz. Zgadnij, co się stało! – wykrzyczał podekscytowany.
– Hmm. Kosmici wylądowali na twoim miejscu parkingowym i nie możesz ich usunąć?
– Tiaaa, ale już ich na szczęście odholowali – zaśmiał się. – Moniko, zgodzili się. Jutro ma się zebrać rada nadzorcza firmy w celu przedstawienia mojego pomysłu w dziedzinie komunikacji.
– Bernard, mówiłeś mi o tym, ale ja nic z tego nie zrozumiałam.
– Moniko, mogę zostać kierownikiem badań komunikacyjnych Alpha Communication Industries!
– To wspaniale! To... – uradowała się Monika.
– Będziemy bogaci! – przerwał jej podekscytowany Bernard.
– Musimy jakoś to uczcić. Może uroczysta kolacja w Le Chate-Botte. Dzisiaj wieczorem?
– Oczywiście. O której godzinie?
– Dwudziesta?
– Wyśmienicie. Muszę kończyć – rzekł Bernard. – Mój nowy szef woła nas na zebranie. Do zobaczenia później. Kocham cię.
– Ja ciebie też.
Alpha Communication Industries zajmowała się wdrażaniem nowych technologii komunikacyjnych dla wojska oraz na rynek cywilny. To w niej opracowano urządzenia do komunikacji z promami kosmicznymi oraz astronautami pracującymi w przestrzeni zawieszonej pomiędzy termosferą a egzosferą.
"Jeśli Bernard jest tam prezesem – pomyślała Monika – to istnieje szansa, że pozna kogoś wpływowego, kogoś, kto mógłby mi pomóc w przejściu do bardziej ambitnych projektów niż badanie cząstek w CERN. Muszę z nim o tym pogadać. Pora wracać. Już prawdopodobnie skończyli obliczanie wyników".
– Najedzona? – zapytał znienacka Robert, wyłaniając się za plecami Moniki niczym duch.
– Robert! Znów mnie wystraszyłeś. Dlaczego to robisz? Jeszcze nie jadłam. Nie mam na to czasu i nie jestem głodna. Rozdrażniła mnie ta przepychanka z Markiem – powiedziała, nie kryjąc poirytowania.
Robert westchnął i dodał:
– Mark ma swoje lata. Pracuje tutaj ponad dwadzieścia lat.
Monika nerwowo starała się włożyć telefon do kieszeni.
– Może o parę lat za długo. Nawet nie wiedział, co to jest projekt OPERA.
– Jego interesują jedynie oficjalne wyniki badań. Przypuszczenia traktuje jak bajki.
Udało się. Telefon łagodnie wsunął się na dno.
– Nie jestem w stanie z nim pracować. Czuję się, jakby mnie hamował.
– Musisz się przemóc. Jakkolwiek by na to patrzeć, Moniko, to on kieruje naszym działem. Ponadto coś odkrył.
– Tak, masz rację – uspokoiła się. – Wracajmy. Zdobyłeś informację o projekcie ICARUS?
– Jak by to powiedzieć, właśnie wróciłem. Jakoś nie miałem czasu – odparł Robert, uśmiechając się.
– Faktycznie. Przepraszam. Po prostu...
– Wiem, wiem – przerwał Robert. – Mam to samo. Wielkie odkrycie na miarę historii. Jednakże historyczne odkrycia potrzebują wielkich ludzi.
– Jeśli chcesz wpędzić mnie w kompleksy, to obawiam się, że ci się nie uda. Nie boję się świata naukowego i polemiki ze współczesną fizyką.
– Ja też nie, pod warunkiem, że będziemy mieli o czym z nimi rozmawiać.
Na policzkach Moniki zarysowały się niewielkie dołki, jak zawsze, gdy się uśmiechała.
– Chodź, sprawdzimy, co tam wyszło – rzekł Robert, klepiąc ją w ramię.
Praca w laboratorium postępowała. Tabelki, wykresy i obliczenia pokryły wszystkie monitory rejestrujące pracę LHC. Mnogość i obfitość informacji narastała z każdą sekundą. Torben, siedzący przy głównym komputerze, segregował i selekcjonował najważniejsze dane, cicho sobie przy tym pogwizdując. Na twarzy Marka Berlinga kumulowało się skupienie i podekscytowanie.
– Wreszcie jesteście! Nie było was ponad dwie godziny – skarcił wchodzących naukowców.
– Przepraszamy. Rozpatrywaliśmy ciekawe teorie naukowe i jakoś tak wyszło – odparł lekceważąco Robert.
Mark pokiwał głową, nie ukrywając oburzenia.
– Czy proces się zakończył? – zapytał Robert zaciekawiony stanem sytuacji.
– Tak. Opracowujemy wyniki – odparł Mark.
– Według komputerów pomiarowych udało się nam ustalić prędkość światła oraz zestawić ją z prędkością poruszających się neutrin. Komputer wskazuje, że wiązki neutrin mionowych były szybsze od światła o sześćdziesiąt nanosekund.
– Czy to pewny wynik? – zapytała Monika.
– Powtórzyliśmy obliczanie kilkakrotnie – odpowiedział Torben. – Za każdym razem rezultat był identyczny.
– Czy to nie dziwne, że nie ma żadnej różnicy? Sześćdziesiąt nanosekund za każdym pomiarem wydaje się nieco podejrzane – rzekł Robert, spoglądając na wykresy zapisane na monitorze.
– Też miałem te obawy. Wczoraj zostałem po pracy, aby dokładnie to sprawdzić. Doszedłem do tych samych wniosków – wtrącił Mark.
Wszyscy podeszli do głównego komputera i spojrzeli na wykres. Przyglądali się uważnie, szukając potencjalnego błędu w swoim myśleniu.
– Powinniśmy przedstawić te badania innym naukowcom, może coś przeoczyliśmy – stwierdził Robert, gryząc długopis.
– Najlepszym rozwiązaniem byłoby nawiązanie współpracy z naukowcami z projektu OPERA – zaproponowała Monika.
– To prawda – rzekł z zadumą Mark – lecz problem polega na tym, że tamten projekt został zamknięty.
– Na pewno pracują nad nowym zagadnieniem. Wydaje mi się, że znajdą czas na spotkanie w CERN – zaproponował Robert.
– Nie pozostaje nam nic innego, tylko się z nimi skontaktować – rzekła radośnie Monika.
– Zajmę się tym. Profesor Guntaro wydaje się ciekawą osobistością – stwierdził stanowczo doktor Jarecki.
– Torben, zapisz obliczenia. Wrócimy do badań na dniach – rzekł Mark.
– Czyli na dzisiaj koniec pracy? – zapytał uradowany Torben.
– Tak. Obliczenia mówią same za siebie. Dopóki nie porównamy badań naukowców z Gran Sasso, nic tu po nas – zaproponował Mark, spoglądając na wszystkich.
– Jestem za – odparła Monika.
– Robert, skontaktuj się z profesorem Guntaro i jak najszybciej daj mi znać, co ustaliłeś – poinstruował Mark, mlaskając.
Robert zaśmiał się, widząc zdegustowaną minę Moniki.
– Co cię tak śmieszny? – zapytał Mark.
– Aaaa, nic takiego – odparł Robert, wkładając kurtkę. – Zadzwonię i dam znać. Do zobaczenia.
– W takim razie do jutra – powiedziała Monika, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
– Cześć, cześć – odpowiedzieli razem, rozchodząc się każdy w swoją stronę.
Monika sięgnęła po telefon. Wybrała numer Bernarda. "Odbierz – pomyślała. – Nic. Pewnie ma spotkanie. Teraz naprawdę jestem głodna". Spakowała swoje rzeczy i opuściła CERN. Nie miała żadnego pomysłu na to, jak spędzić resztę dnia. Odgłos dzwoniącego telefonu przykleił uśmiech do jej twarzy.
– Dzwoniłaś? – W słuchawce rozbrzmiał głos Bernarda.
– Tak. Możemy przesunąć kolację na dziewiętnastą? Wcześniej skończyłam i nie mam pomysłu na resztę dnia.
– Oczywiście. Zawsze możesz przyjechać do domu. Wiesz, tak sobie pomyślałem, że możemy ugotować coś razem... – Bernard zawiesił głos.
– Przy świecach? – zaśmiała się.
– Pewnie. Jak za dawnych lat. Mam nadzieję, że tym razem nie przypalisz sobie włosów.
– Proszę, miałeś mi o tym nie przypominać. Myślałam, że się wtedy spalę ze wstydu.
– No cóż, było blisko spalenia, ale niekoniecznie ze wstydu.
– Bernard! Doskonale wiem, jak to wyglądało – powiedziała z powagą.
– Jasne. Nie ma tematu.
– Zrobię zakupy. Widzimy się w domu – rzekła Monika, wsiadając do samochodu.
– Wygląda na to, że mamy plan na cały dzisiejszy wieczór.
– Tak. Potrzebujesz czegoś, kupić ci coś?
– Nie, dzięki. Trzymaj się. Pa!
– Pa – odpowiedziała i wrzuciła telefon do torebki.
Silnik samochodu cicho zamruczał. Płace w Polsce nie dawały naukowcom możliwości życia na godnym poziomie. Z tego powodu najzdolniejsi uciekali na Zachód w poszukiwaniu lepszego jutra. Do tej grupy należała doktor Monika Eden. Po obronie doktoratu na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego otworzyły się przed nią możliwości dalszego naukowego rozwoju. Habilitacja na paryskiej Sorbonie pomogła w otrzymaniu pracy w CERN. Doktor Eden marzyła o locie w kosmos, jednakże wykryta wada serca pokrzyżowała te ambitne plany. Tak oto, zamiast być astronautką, została kosmologiem i fizykiem kwantowym.
Zakupy okazały się nudniejsze, niż sądziła, zresztą nigdy nie lubiła ich robić. Wolała poświęcać czas nauce, wpatrywaniu się w gwiazdy, wymyślaniu teorii na temat budowy Wszechświata. Niestety, życie składa się ze spraw zarówno wielkich, jak i małych. W zdecydowanej większości ludzie egzystują monotonnie, jednak istnieje nieliczna garstka wybrańców losu, która może sobie powiedzieć: byłem i widziałem. Stałem na krawędzi, gdzie poznanie i niewiedza krzyżowały swe drogi. Do takich osób zdecydowanie należało zaliczyć doktor Monikę Eden.
– Wróciłem! – krzyknął Bernard, wchodząc do domu.
– Super. Zaraz przyjdę – odpowiedziała Monika z kuchni.
Mieszkanie, do którego wprowadzili się rok wcześniej, nie należało do największych, ale za to było pięknie urządzone. Przez przeszklony sufit przenikało mnóstwo światła, które w połączeniu ze stonowanymi kolorami wnętrz dawało wrażenie przestrzeni. "Tak jak kosmos" – mówiła Monika. Taki jej się wydawał: pusty i zarazem głęboki, pobudzający wyobraźnię.
– Jak ci minął dzień? – zapytała, krojąc marchewkę.
– Rewelacyjnie. Zarząd zaakceptował moją kandydaturę. Jutro to DZIEŃ mojego życia – odpowiedział podekscytowany, siadając do stołu.
– Świetnie. Spełniło się twoje marzenie. Odkąd cię znam, mówiłeś, że chcesz mieć wpływ na badanie kosmosu. Nowe projekty i wytyczanie przyszłych standardów w rozwoju komunikacji.
– Tak, ale ten projekt to coś jeszcze bardziej przyszłościowego.
– Rozumiem. Nie pytam, żeby nie zapeszyć. Kupiłam szampana oraz czerwone wino – powiedziała Monika, podając Bernardowi pusty kieliszek. Zasiedli do stołu.
– Za co wypijemy? – zapytał uśmiechnięty.
– Za twoją karierę i moje badania.
– Za możliwość lotu do Proximy Centauri!
– Za wszystko, o czym marzymy! Za przyszłość!
Bernard niespodziewanie i ku pełnemu zaskoczeniu Moniki położył na stole niewielką kasetkę.
– Co to? – zapytała zmieszana. – Chcesz mi się ponownie oświadczyć?
– Nie. Jeden raz wystarczy. Otwórz.
W środku znajdował się niewielki naszyjnik w kształcie wydłużonego koła.
– Nasze zdjęcie z czasu studiów – zaśmiał się Bernard. – Jest niewielkie, ale przypomina mi o naszej determinacji i pasji. Proszę, nigdy się z nim nie rozstawaj, to dla mnie bardzo ważne – dodał nieco tajemniczo.
– Zaraz się rozpłaczę – zaczerwieniła się Monika. – Od kiedy jesteś taki sentymentalny?
– Za nas. – Bernard uśmiechnął się szeroko.
Kieliszki wypełniły się czerwienią. Szkło zadźwięczało, pieczętując rytuał dobrych życzeń.
– Mmm, pyszne wino – pochwalił Bernard.
– Tak. Nie patrz tak na mnie, to nie ja wybierałam. Doradzili mi – zaśmiała się.
– Nigdy bym na to nie wpadł. – Jego poważnemu tonowi przeczył szeroki uśmiech. – Wiesz, przeglądałem projekty na najbliższe pół roku. W przyszłym tygodniu mam spotkanie z kierownikiem projektu JUICE. Eeee, nie pamiętam nazwiska.
– JUICE? Soczek? – zainteresowała się Monika.
Roześmiali się.
– Nie. Tak naprawdę to skrót nazwy: Jupiter Icy Moon Explorer, misji, która ma wystartować w celu zbadania księżyców Jowisza. Nasza firma ma opracować system komunikacyjny. Pomyślałem sobie, że zarekomenduję panią doktor Monikę Eden do wzięcia udziału w projekcie. Co ty na to?
– Panie Eden! To doskonały pomysł. Gdyby się udało, byłoby wspaniale. Mogłabym się wreszcie zająć spełnianiem swoich marzeń. Jest na to jakakolwiek szansa?
– Wydaje mi się, że tak. Masz doskonałe CV. Projekt rusza dopiero w 2022 roku, ale już teraz potrzebują specjalistów do przygotowania misji typu L1.
– L1, misje o najważniejszym priorytecie. Brzmi nieźle – odparła Monika, zbliżając się do Bernarda.
– Nie chwal dnia przed zachodem słońca – odpowiedział. – JUICE to przepustka do udziału w wielkim projekcie – uśmiechnął się.
Monika błyskawicznie zerwała się na nogi.
– Jedzenie! – krzyknęła. – Zaraz się przypali! Bernard, nakrywaj do stołu! Przygotuj sztućce.
– Robi się.
Zaterkotał telefon.
– Nie teraz – powiedziała Monika, patrząc w stronę natrętnego przedmiotu.
– Pomóc ci w czymś? – Bernard raptem wcielił się w ideał kulturalnego faceta.
– Przypilnuj makaronu. Zaraz przyjdę. Pewnie dzwoni Robert. Pracujemy nad czymś bardzo ważnym i muszę z nim zamienić słówko.
– Dobra!
– Słucham – powiedziała Monika.
– Mam ciekawe informacje! – wykrzyczał podekscytowany Robert. – Otóż próbowałem się skontaktować z naukowcami z projektu OPERA. Panowie wespół w zespół zwolnili się z pracy i nikt nie wie, gdzie są teraz zatrudnieni. Próbowałem zdobyć numery do ich rodzin, ale też bez rezultatu. Dziwne to. Spróbuję jeszcze z moim dawnym kolegą ze studiów, Terrym Whitemanem. Podobno także pracował jakiś czas przy tym projekcie.
– Byłoby super. Swoją drogą mnie to nie dziwi. Też bym złożyła wypowiedzenie, gdyby zamknęli mi projekt. Najlepiej byłoby się skontaktować z kierownikiem badań.
– Dzwoniłem do niego – rzekł Robert. – Nie wyraża zainteresowania spotkaniem.
– Co? Dlaczego? – zapytała ze zdumieniem.
– Profesor Guntaro stwierdził, że projekt został zamknięty, ponieważ były ku temu rozsądne przesłanki. Urządzenia podłączone do głównych komputerów wykazały awarię. Cały raport z badań dostępny jest w Gran Sasso.
– To niemożliwe. Nasze wyniki potwierdzają ich wyliczenia.
– Powiedziałem mu to, a wtedy stwierdził, że powinniśmy w takim przypadku sprawdzić aparaturę pomiarową. Z chęcią by nam pomógł, ale jest zaangażowany w nowe badania.
– Nie mogę w to uwierzyć! Jaki naukowiec, który od lat stara się rozwinąć teorię względności, odrzuca możliwość zbadania faktów, które dostarczą mu solidnych argumentów do stworzenia podwaliny pod nową fizykę? – zapytała, nie kryjąc irytacji.
– Moniko, wiem. To wydaje się dziwne. Dlatego sprawdziłem coś jeszcze. Kto stworzył podwaliny pod mechanikę kwantową?
– Max Planck. Co to ma wspólnego z projektem OPERA?
– Bardzo dużo. Nie chodzi jednak o Maxa Plancka. Jednym z naukowców pracujących przy projekcie OPERA była Alicja Born, córka Maxa Borna. Wiesz doskonale, że złota trójca: Pascual Jordan, Max Born oraz Werner Heisenberg – to główni twórcy mechaniki kwantowej.
– Co w tym dziwnego? Robert, do rzeczy.
– Okazało się, że Alicja Born badała zastosowanie zasady Pascuala Jordana, która głosiła, że stałe fizyczne, na których opiera się opisywanie świata, także ulegają zmianom. Wraz z upływem czasu jej badania utajniono.
– Kto utajnił? – zapytała Monika.
– Wojsko.
– Co to ma wspólnego z naszymi badaniami?
– Jeśli cząstki z biegiem czasu zmieniają właściwości i zachowują się jak żywy organizm, to taka wiedza rzuca nowe światło nie tylko na teorię względności, lecz także na całą fizykę. Naziści nad tym pracowali podczas drugiej wojny światowej. Naukowcy w projekcie OPERA powoływali się na badania Pascuala.
– Robert, to, co mówisz, przypomina opowieści z kryminałów i filmów szpiegowskich. Uważaj jutro, jak będziesz odpalał samochód. Może wybuchnąć – ironizowała Monika.
– Tak, wiem, ale jeśli w badanie projektu OPERA zaangażowało się wojsko, to zapewniam cię, że nikt nam nie pomoże. Prace są tajne.
– Może profesor nie chce nic powiedzieć przez telefon. Gdybyśmy tak spotkali się z nim osobiście? Nadal nie mogę połączyć badań nad prędkością światła z projektami nazistowskich naukowców.
– Nie chodzi o nazistowskie badania.
– Nie? A to mi ulżyło – zakpiła Monika.
– Cokolwiek odkryli w Gran Sasso, zostało zatuszowane przez rząd. Możliwe, że projekt został zamknięty na papierze, a w rzeczywistości nadal trwa.
– Tym bardziej powinniśmy porozmawiać z profesorem.
– Moniko, stygnie! – krzyknął Bernard z jadalni.
– Przeszkadzam? – Robert miał widocznie bardzo dobry słuch.
– Nie, ale teraz muszę kończyć. Porozmawiajmy o tym jutro. Znajdź adres profesora. Może złożymy mu wizytę?
– Jasne. Powiadomię Marka.
– Nic mu na razie nie mów! Pomyśli, że oszaleliśmy. Do jutra! – rzekła Monika, odkładając telefon.
– Monika! – krzyknął Bernard. – Gdzie są talerze?
– Już idę. Bernard, przepraszam cię. Mamy kryzysowy moment w badaniach. Dzwonił Robert – powiedziała, podając talerze i siadając przy drewnianym stole ozdobionym zapalonymi świecami.
– Coś poważnego? – zapytał.
– Prawdopodobnie odkryliśmy coś niezwykłego.
Bernard nałożył makaron na talerze, a następnie polał go sosem.
– To ciekawe. Opowiedz – rzekł wyraźnie zainteresowany.
– Doktor Berling podczas badań nad zderzaniem neutrin odkrył, że poruszają się o sześćdziesiąt nanosekund szybciej, niż wynosi prędkość światła.
– To niewielka różnica. Może pomiar był błędny albo urządzenia zawiodły?
– Też tak myśleliśmy, ale przeprowadziliśmy masę testów i za każdym razem wynik był taki sam – odpowiedziała, nabierając makaron na widelec.
– Czy ktoś jeszcze zajmował się tego typu badaniami? Poproście o pomoc. Może coś przeoczyliście – zasugerował Bernard.
– Próbujemy właśnie to zrobić. Jutro się okaże, a wtedy mogę wyjechać na kilka dni.
– Poważna sprawa. Dokąd jedziesz?
– Do Włoch.
– Na długo?
– Nie wiem. Musimy się spotkać z profesorem Guntaro, który prowadził podobne badania.
– Jasne, tylko chcę wiedzieć, kiedy się ciebie spodziewać z powrotem w domu.
– Zadzwonię.
– Ja w tym czasie porozmawiam o możliwości twojego przeniesienia do projektu JUICE.
– Byłoby wspaniale.
– Wiem. Widywalibyśmy się częściej. Do tego wspólna praca.
Bernard nalał wina do kieliszków.
– Co u rodziców? Chcą przyjechać do Szwajcarii? – zapytał.
– Tak. Na święta. Nie masz nic przeciwko?
– Nie, oczywiście, że nie. Lubię rozmowy z twoim ojcem.
– Tak, wiem – rzekła z udawaną powagą Monika. – Szczególnie te o UFO. Wiesz, jaki on jest...
– Ciekawy – dokończył Bernard, łapiąc Monikę czule za rękę. – Nie lubię się z nim spierać. Jednak jego teorie spiskowe często wywodzą się z braku wiedzy lub zerowego doświadczenia w pracy w instytucjach typu NASA.
– Dlatego nie kłóć się z nim. Idź na ustępstwa. On ma swoje lata.
– Wiem. Ostatnio, jak przytakiwałem, wyszło na to, że Księżyc jest sztucznym satelitą przywiezionym tutaj przez obcych.
– Kontrowersyjna teoria – rzekła Monika. – Trudno cokolwiek stwierdzić. Nie mamy dowodów, że tak nie było.
– Oczywiście. To jednak nie powód, żeby od razu traktować takie teorie niczym naukowe – oburzył się Bernard, kończąc swoją porcję.
– Nauka powinna być otwarta na wszystko. Po prostu nie kłóć się z nim. Dobrze? Bardzo cię proszę.
Monika odłożyła sztućce. Równiutko, starannie. Znowu poczuła się dziwnie. Już od jakiegoś czasu miewała silne ataki migreny. Chciała, aby ten wieczór był wyjątkowy, lecz teraz nie była w stanie na niczym się skupić. Nagle wszystko zaczęło ją irytować: zapach, światło, dźwięki.
– Oczywiście. Coś się stało? Boli cię głowa? – zapytał Bernard.
– Muszę się położyć. Może dotrzymasz mi towarzystwa? – Wstała od stołu.
– Nie jesteś głodna? Prawie nic nie zjadłaś – zapytał, wskazując widelcem.
– Nie mam teraz apetytu. Pyszne to wszystko, ale jestem zmęczona. Te badania... aż mnie głowa rozbolała.
– Posprzątam i zaraz przyjdę – odpowiedział Bernard.
– Zostaw. – Pocałowała go w policzek. – Jutro to zrobię. Czekam na ciebie – powiedziała, znikając w drzwiach sypialni.
"Jutro to jedziesz do Włoch" – pomyślał Bernard.
Monika wpatrywała się w zapadającą nad Genewą noc, która utulała miasto do snu. Światła latarni, stojących karnie w szeregu, rozjaśniały niezliczone skrzyżowania, a bezchmurne niebo w całej okazałości prezentowało swój gwieździsty bezmiar. Kosmos, jak każdego dnia, był na wyciągnięcie ręki dla zmęczonej i przepracowanej ludzkości. Wydawało się, że wszystko jest tak blisko. Tuż nad naszymi głowami. "Kiedyś tam polecę" – pomyślała, dotykając palcem gwiazd.
FALLING SKY
20 czerwca 2013, Calvi, Korsyka
Sztab wojskowy drugiego regimentu Legii Cudzoziemskiej tętnił życiem. Interwencja w Mali przeprowadzona została zgodnie z założeniami: symetryczne działania wojenne zakończyły się całkowitym sukcesem. Należało przejść do kolejnej fazy operacji. Brakowało tylko jednostki specjalnego przeznaczenia, która miała wykonać nietypowe zadanie. Nie chodziło o rutynową operację specjalną, lecz o działanie wywiadowczo-rozpoznawcze głęboko na tyłach i jeśli zajdzie taka potrzeba – w strukturach przeciwnika. Należało dobrać właściwych ludzi do specjalnej grupy bojowej. Dowództwo operacji Serwal, czyli francuskiej operacji reagowania kryzysowego, jednoznacznie stwierdziło, że najlepiej, aby byli to sami cudzoziemcy.
– Panie pułkowniku, porucznik Gaël Lescout melduje się – rzekł spokojnym głosem dobrze zbudowany oficer.
Chociaż z twarzy wyglądał na dużo starszego, to w rzeczywistości miał około trzydziestu lat; kilkudniowy zarost, niewielki, starannie ukryty z boku szyi tatuaż prezentujący rozwinięte orle skrzydło, ciemne, bujne włosy oraz bystre, taksujące spojrzenie – wszystko to sprawiało, że mało kto odgadłby, iż jest żołnierzem.
– Spocznij, poruczniku – powiedział basowym głosem mężczyzna w polowym mundurze siedzący za dębowym stołem. – Gratuluję ukończenia kursu podstawowego.
– Dziękuję.
– Jak zapewne wiesz, operacja Serwal jeszcze się na dobre nie zakończyła, a Ministerstwo Obrony pod presją opinii publicznej już myśli o ogłaszaniu pełnego zwycięstwa. Nie możemy im na to pozwolić, przynajmniej dopóki nie będziemy pewni wygranej. Nie pozwolę, aby cały ten burdel w Mali zakończył się drugim Afganistanem. Ci idioci nie zdają sobie sprawy, że dopiero teraz rozpocznie się jatka.
– Rozumiem – przytaknął Gaël.
– Minister obrony czeka na raport, mamy mu dostarczyć danych wywiadowczych. Twój zespół się tym zajmie.
– Co dokładnie mamy zrobić?
Pułkownik wstał zza biurka i podszedł do mapy prezentującej cały świat.
– Szczegółów dowiesz się później. Najważniejsze jest jednak to, że nie będziecie działać w standardowy sposób. Krótko mówiąc, będziecie wspierać agentów CIA podczas ich zadań w Mali. Rozkazy otrzymacie od nich.
Pułkownik spojrzał uważnie na porucznika, jakby czekając na jego reakcję.
– Amerykanie w Mali? Wywiad? Nie jestem...
– Nie chcę słyszeć żadnego narzekania – przerwał mu stanowczo pułkownik.
– Tak jest.
– Amerykanie nie chcą się oficjalnie mieszać w konflikt, ale z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że w kopalniach soli w Taoudenni odkryto prawdopodobnie skład z bronią chemiczną dostarczoną rebeliantom. Wywiad twierdzi, że stoją za tym Rosjanie. O szczegółach, jak już wcześniej powiedziałem, dowiesz się od Amerykanów.
– Kiedy wylatujemy?
– Masz dwa dni na dobranie najlepszych ludzi. Jeszcze dzisiaj spotkasz się z agentami CIA.
– O której odprawa?
– O osiemnastej w sali 127. – Pułkownik zasiadł za biurkiem i wyjął kasetkę z cygarami. – Zapalisz?
– Nie, dziękuję.
– Słuchaj, Gaël, tak między nami, nie podoba mi się całe to zamieszanie. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, wiem, że nie jedziecie tam walczyć. Przygotujcie się do działań dywersyjno-rozpoznawczych. Dobierz ludzi urodzonych w Mali, oczywiście o ile jest to możliwe.
– Czy to nadal jest nasza operacja wojskowa, pułkowniku?
Ten podszedł do niego na tyle blisko, że Gaël poczuł jego oddech na policzku.
– Tak i nie – szepnął. – Będziecie oddelegowani pod dowództwo USA. Jednak raporty składasz mnie oraz stronie amerykańskiej. Pozostanie to między nami, jasne?
– Oczywiście.
– W razie pytań wiesz, gdzie można mnie znaleźć.
– Tak jest.
– To wszystko.
Gaël szybkim krokiem wyszedł ze sztabu. Należał do specjalnej grupy komandosów spadochroniarzy, liczącej trzydziestu żołnierzy. Często powierzano im zadania specjalne: wsparcie lub dywersję na dalekich tyłach wroga. Jednakże nigdy nie byli przekazywani pod dowodzenie obcego wywiadu. Do porucznika podbiegł niski, dobrze zbudowany, łysy mężczyzna.
– Jakie zadania? – zapytał.
– Zbierz ludzi. Najlepiej rdzennych mieszkańców Mali. Muszą dobrze znać teren operacji, język, kulturę, itp. Wylatujemy za dwa dni.
– Teren działania, rozkazy?
– Afryka, podobno wsparcie wywiadowcze dla Amerykanów.
– Co, kurwa? – zdziwił się.
– Nie znam jeszcze szczegółów. Dzisiaj mamy spotkanie z Amerykańcami. Wieczorem zrobimy odprawę – rozmawiali, maszerując wzdłuż wojskowych baraków.
– Czas do wyjazdu?
– Czterdzieści osiem godzin. Teraz to pewnie czterdzieści siedem godzin i trzydzieści minut. – Spojrzał na zegarek. – Bądźmy gotowi jeszcze dzisiaj. Lepiej dmuchać na zimne. Zapakujcie wszystko, co będzie nam potrzebne do działania w nocy, w warunkach pustynnych, w mieście oraz pod ziemią.
Minęli wojskową kantynę oraz grupę młodych żołnierzy zamiatających chodnik.
– Jasne. Coś jeszcze?
– Pchła, słuchaj, nie wiem, co jeszcze. – Zatrzymali się i popatrzyli sobie w oczy. – Wieczorem będę wiedział. Idź zebrać ludzi.
– Wszystkich?
– Tak. Jak będziecie gotowi, czekajcie na mnie w hangarze.
– Robi się.
Żołnierz, na którego wszyscy mówili "Pchła", zrobił regulaminowy w tył zwrot i odszedł szybkim krokiem. Gaëla nurtowała myśl:
"Czego takiego CIA szuka w Mali? W kraju, gdzie oprócz piasków Sahary, wiecznej suszy i pyłu w ustach nie ma nic. Żadnych surowców naturalnych. Na pewno nie jedziemy tam szerzyć demokracji. Z tego, co mi wiadomo, ona już tam jest, przynajmniej na papierze. Pieniądze tworzą wygranych, a ludzie to tylko ozdoba dla całej maskarady".
Gaël świetnie zdawał sobie z tego sprawę, ale jako żołnierz udawał, że bawi się w ten cały patriotyzm oraz szanuje bezpieczeństwo narodowe. Tak na wszelki wypadek.
– Gaël – krzyknął żołnierz, podbiegając do niego – szukałem cię!
– Co się stało, Tusambe? – Wyciągnął rękę i przywitał się z wysokim, proporcjonalnie zbudowanym Afrykańczykiem.
– Masz się stawić u dowódcy. Podobno pilne.
– Byłem u niego przed chwilą.
– Tak, wiem, ale kazał mi ciebie zawrócić. Nie patrz tak na mnie, nie wiem, o co chodzi.
– O, kurwa! – zaklął pod nosem Gaël.
– To podobno pilne.
– Jasne... – odparł Gaël, po czym skierował się truchtem do dowództwa.
Wbiegł na pierwsze piętro, mijając innych żołnierzy. Pod drzwiami gabinetu pułkownika Blancharda stało dwóch ubranych po cywilnemu, wysokich mężczyzn wyglądających na czterdzieści lat. Jeden był zarośnięty, z wyeksponowanym brzuchem, drugi – elegancko przystrzyżony, uważnie rozglądał się wokół.
– Cześć – przywitał się Gaël. – Czekacie na spotkanie z pułkownikiem Blanchardem?
– Mhm – mruknął grubszy. Drugi nic nie odpowiedział.
– Uhum, ależ jesteście rozmowni – odparł Gaël, uśmiechając się.
Mężczyźni stali jak głazy, a ich usta nawet nie drgnęły, najwyraźniej nie udzielił im się wesoły nastrój porucznika. Prawdopodobnie poczucie humoru nie było ich mocnym punktem.
– Zapraszam! – usłyszeli stłumiony głos zza drzwi gabinetu.
Mężczyźni weszli do środka.
– Porucznik Lescout również!
Pułkownik siedział za biurkiem, gestem ręki wskazał im miejsca.
– Proszę się rozgościć – rzekł spokojnym głosem. – Poruczniku, oto agenci CIA: panowie David Fox – wskazał dłonią na osobnika z wydętym brzuchem – oraz Terry Golioza. Panowie, oto porucznik Gaël Lescout, dowódca specjalnej grupy bojowej.
– Pułkowniku – zasalutował Gaël.
– Panowie, proszę o przedstawienie sytuacji – zwrócił się Blanchard do agentów, równocześnie dając znać porucznikowi, aby spoczął.
– Nie będziemy się rozwodzić. Nastąpiła zmiana planów, dzisiaj wylatujemy. Operacja nosi kryptonim Falling Sky. Nasze satelity wykryły niebezpieczne promieniowanie na pustyni w okolicach Taoudenni. Zdjęcia nie wyodrębniły żadnych struktur na powierzchni. Podejrzewamy, że promieniowanie pochodzi z szybu kopalni. Jak wiadomo, w Taoudenni wydobywano sól. Aktualnie większość mieszkańców opuściła wioskę, a ci, którzy tego nie zrobili, umarli z powodu choroby popromiennej. Niczego nie dowiecie się od miejscowych, gdyż rząd malijski stara się wyciszyć sprawę, a miejscowi przypisują wymarcie wioski duchom Mantidane.
– Mantidane? – wtrącił Gaël.
– Nie wnikałem w szczegóły. To jakieś miejscowe zabobony – odparł z wyczuwalną ironią w głosie Fox.
– Rozumiem, że wioska została opuszczona.
– Nie do końca. Możecie napotkać szabrowników lub przemytników, jednak większość kopalni jest już nieczynna, co czyni je wyśmienitym miejscem do ukrywania zapasów broni, amunicji lub substancji niebezpiecznych. Waszym zadaniem będzie rozpoznanie obiektu, zabezpieczenie oraz sprawdzenie, co dokładnie wykryły satelity.
– Rozumiem, że to typowa misja wojskowa – rzekł porucznik, przyglądając się uważnie agentom CIA.
– Tak i nie. Żadnych rozpoznawalnych mundurów, nazwisk, emblematów. To cicha operacja, panie poruczniku – rzekł Fox prawie szeptem. – Bez raportów, akt, rozgłosu. Ta misja nie istnieje. To ważne dla bezpieczeństwa międzynarodowego, szczególnie dla operacji NATO w Libii i w Mali.
Gaël spojrzał na pułkownika, jakby czekając na potwierdzenie tych słów.
– Oficjalnie, poruczniku Lescout – rzekł wolno pułkownik – jedziecie jako szkoleniowcy pomagać armii malijskiej. Chociaż nie wiemy, czy i ta wersja nie ulegnie zmianie.
– Rządy francuski i amerykański wymagają od nas pełnej dyskrecji – dodał Fox. – Tuaregowie mogą zareagować nieprzychylnie na wieść o tym, że USA angażuje się w konflikt. Z kolei nasza opinia publiczna ma już dość wojen. Nie chcemy narażać obywateli francuskich i amerykańskich przebywających w krajach islamskich na zemstę bojówek terrorystycznych. Musimy to ukryć. Dyskrecja i zaskoczenie w tym przypadku to podstawa. Jasne?
– Oczywiście – odparł porucznik.
"Kolejne farmazony w stylu bezpieczeństwa narodowego – pomyślał w duchu. – Łamiemy prawo w imię wyższych racji. Cudownie!".
– Wylatujemy o godzinie 19.00 – wtrącił szybko Golioza. – Ponieważ nie chcemy zwracać na siebie zbytniej uwagi, proszę o zabranie nie więcej niż sześciu ludzi.
– Moja sekcja bojowa liczy dziesięciu, a cała grupa trzydziestu – rzekł stanowczym tonem porucznik Lescout.
– Teraz to nieistotne. Proszę zabrać maksymalnie sześciu. Im mniej, tym lepiej dla tej misji – wtrącił się do rozmowy pułkownik.
– Rozumiem. Czy coś jeszcze? – zapytał Gaël, czując, że jego protest na niewiele się zda.
– Dodatkowe niezbędne informacje zostaną wam przedstawione w samolocie. Zostaje pan, zgodnie z ustaleniami, oddelegowany pod dowództwo CIA. Od tej chwili jestem pana przełożonym – powiedział Fox, wyciągając papierosa.
Gaël dyskretnie zerknął na pułkownika, dostrzegając na jego twarzy zarysowujące się zmartwienie.
– Zgadza się – wtrącił pułkownik.
– Dobrze. Przygotuję ludzi – odparł Gaël.
– To wszystko, poruczniku. Proszę nas zostawić samych – oznajmił pułkownik.
– Do zobaczenia na lotnisku – powiedział Fox, wstając z krzesła i podchodząc do okna z zapalonym papierosem.
– Panowie! – Gaël zasalutował, po czym wyszedł.
W imponującym hangarze swobodnie zmieściłyby się dwa samoloty transportowe typu Herkules. Żołnierze przygotowywali się do wyjazdu, pakując plecaki, sprawdzając broń i licząc amunicję. Słońce wysoko na niebie przypiekało metalowy dach w nadziei, że uda się go roztopić.
– Zbierać się, zbierać! – ponaglił wszystkich Gaël, wchodząc do środka.
– Jest i dowódca! – krzyknął Pchła.
– Startujemy o 19.00. Żadnych mundurów, same cywilne szmaty. Jedzie sześciu.
Żołnierze przerwali pracę i spojrzeli zaciekawieni.
– Jak to? Od kiedy dzielimy sekcję? – zapytał Juri, wysoki blondyn o niebieskich oczach. Młody, ale doświadczony wojownik. Rosjanin.
– Od teraz. To nie mój pomysł. Lecą Pchła, Juri, Tusambe, Kolbert i Albeme. Kończcie się pakować, reszta pomóc im – zaordynował.
– Co z resztą? – zapytał Pchła.
– Będzie czekać w rezerwie. Macie być przygotowani do wylotu w każdej chwili.
– Misja? – spytał Tusambe.
Porucznik usiadł na krześle, spoglądając na wszystkich. W jego oczach malowała się niepewność, którą skrzętnie próbował ukryć.
– Oficjalnie lecimy jako instruktorzy na misję szkoleniową do Mali. Będziemy wspierać lokalsów.
– Pierdolenie. A tak poważnie? – zdenerwował się Pchła.
– Tak poważnie to i ja nie wiem, o co chodzi. Przygotujcie sprzęt do działań w jaskiniach. Prawdopodobne skażenie, broń chemiczna i takie tam.
– Czyli wszystko jasne – rzekł Tusambe, marszcząc brwi.
– Co jasne? – zapytał Pchła.
– Skoro nic nie wiadomo, to pewne, że misja jest nieoficjalna. Tak jak w Libii – burknął Tusambe wyraźnie niezadowolony.
Do grupy żołnierzy podszedł wysoki Murzyn. Rzucił swój duży, dokładnie spakowany plecak na ziemię.
– Jestem gotów – rzekł.
– Wychowaliście się w Algierii – rzekł Gaël, spoglądając na Tusambe i Albeme. – Jak dobrze znacie Tuaregów?
– Dość dobrze. Co prawda razem z bracholem – Tusambe spojrzał na Albeme – należeliśmy do plemienia Dogonów, rdzennej kultury afrykańskiej, ale mieliśmy styczność z Tuaregami. To głównie muzułmanie. Koczownicy. Jeśli się nie mylę, to do chwili obecnej starają się wskrzesić swoje państwo Azawad.
– Są bardzo waleczni, fanatyczni, ale słabo uzbrojeni. Byli wykorzystywani do walki po stronie "rewolucjonistów" w Libii – dokończył Albeme.
– Mówcie dalej – poprosił Gaël, opierając się o ścianę hangaru i bujając się na krześle.
– Jesteś naszym dowódcą od miesiąca – odparł Albeme spokojnym głosem – dlatego nie ogarniasz wszystkiego. Kiedy wysłano nas do Libii, naszym zadaniem było wesprzeć wiedzą Tuaregów, aby walczyli z Kadafim. Wyszkoliliśmy ich, daliśmy im broń. Rząd francuski oraz Amerykanie i Brytyjczycy. Z tego, co mi wiadomo, wojna w Libii się skończyła, a Tuaregowie chcą również czegoś dla siebie.
– Czemu Azawad? – zapytał porucznik.
– To nazwa regionu w północnym Mali, obejmuje tereny saharyjskie, leżące na północ od Timbuktu – wtrącił Tusambe.
– W języku Tuaregów oznacza krainę transhumancji, czyli miejsca wypasania bydła. Tuarescy rebelianci z Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu przyjęli to jako nazwę dla nowego państwa – dodał Albeme.
– Czy to ważne? Jedziemy tam, robimy swoje i wracamy – przerwał im Pchła.
– Tylko nikt nie wie, co – dopowiedział Juri, który przysłuchiwał się uważnie rozmowie.
– Niedługo się dowiecie. Szczegóły misji podadzą nam w samolocie – uspokoił ich Gaël. – Zbiórka o godzinie 18.30 w hangarze. O 19.00 wylatujemy. Jeszcze raz wszystko sprawdźcie. Teraz was zostawiam, mam parę spraw do załatwienia. Jakby było coś pilnego, łapać mnie na komórkę. Wszystko jasne?
– Tak – odpowiedzieli zgodnie żołnierze.
– Trzymajcie się – rzekł Gaël, wychodząc z hangaru.
-
Kawiarnia Bar Du Port w centrum Calvi słynie z tego, że w godzinach popołudniowych trudno o wolne miejsce. Słynne wypieki, ciasta oraz polewy cukrowe wraz z lodami są atrakcją turystyczną tego niewielkiego miasteczka. Mnogość smaków i potraw urozmaica przepiękny widok na Morze Śródziemne. Nieopodal znajduje się wiecznie zapchany port dla łodzi motorowych. To idealne miejsce na leniwe rozmowy, odprężenie po pracowitym dniu lub po prostu posmakowanie czegoś zupełnie nowego.
Gaël podszedł do małego stolika na zewnątrz kawiarni i usiadł. Przed nim rozpościerał się widok na zatłoczony port. On tymczasem niecierpliwie rozglądał się wokół, uderzając palcami o drewniany blat.
– Dzień dobry. Co pan sobie życzy? – Uprzejma ciemnowłosa kelnerka uśmiechała się do niego zalotnie.
– Poproszę ciastko. Szarlotkę z lodami, do tego woda z cytryną – odpowiedział.
– Woda gazowana?
– Tak.
– To wszystko?
– Na razie tak. Dziękuję.
– Za chwilę podam – odparła kelnerka, z gracją odchodząc od stolika.
Ludzie, w większości turyści, przewijali się przez kawiarnię z regularnością produktów przesuwających się na fabrycznej taśmie. Gwar rozmów, śmiechy oraz brzęk szkła wypełniały powietrze i niosły się z lekkim wiatrem poruszającym palmy. Było słonecznie i ciepło, ale nie za gorąco.
– Wybacz spóźnienie – rzekł starszy człowiek w hawajskiej koszuli i wysłużonym kapeluszu. Na nosie miał okrągłe okulary przeciwsłoneczne, a w ręku trzymał teczkę z dokumentami. Wyglądał nieco komicznie.
– Jasne. Ważne, że jesteś, Xavier – odpowiedział Gaël, uśmiechając się.
Zasiedli razem przy stoliku. Xavier wziął do ręki kartę dań, a następnie spojrzał na Gaëla.
– Sprawdziłem to, o co mnie prosiłeś. Niezły burdel swoją drogą – powiedział.
– Opowiadaj.
– Lubisz narkotyki? Zapalisz trawkę albo w żyłkę zapodasz? – zapytał ironicznie.
– Słucham? Wiesz, że nie łykam tego gówna.
– To może zaczniesz, łatwiej ci będzie rozpoznać – uśmiechnął się Xavier, wyciągając papierosa.
– Do rzeczy – ponaglił go Gaël.
– Obawiam się, panie poruczniku, że twoi przełożeni to kłamczuszki. Co prawda, nie mam pojęcia, po co tam lecicie, ale na pewno nie po to, aby wspierać demokrację i cały ten burdel.
– Xavier, ja pierdolę demokrację – prychnął Gaël lekko poirytowany. – No mówże, o co chodzi!
Mężczyzna odłożył kartę dań i nachylił się do niego.
– O narkotyki – szepnął. – Duuuży biznes. Cała ta zadyma w Mali to po prostu ochrona interesów. Okazało się, że lokalni watażkowie, których, jak zapewne wiesz, Amerykanie wyszkolili do walki z Kadafim, też chcą mieć swój udział w zyskach. Przez Mali wiedzie szlak handlu koką i amfetaminą. Do tego dochodzą jeszcze źródła i możliwość wydobycia uranu, złota oraz ropy.
– O czym ty mówisz? – zapytał z niedowierzaniem. Był przekonany, że Mali to jedynie pustkowie zamieszkane przez dzikusów.
– O czarny budżet na czarne operacje. To samo, co w Wietnamie. Wiem to stąd, że kilku wysoko postawionych agentów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa zaczęło sypać. Teraz to już niewiele powiedzą – zaśmiał się Xavier. – Pułkownik Edward Coel miał nieszczęśliwy wypadek zakończony śmiercią. Wydarzyło się to podczas ćwiczeń wojskowych w Anglii, po tym jak wraz z kilkoma kolegami oskarżyli CIA oraz Pentagon o handel narkotykami. Tak się bawią chłopcy z wywiadu.
– Chcesz mi powiedzieć, że jedziemy tam zabezpieczyć towar? Po co by angażowali do tego francuskie wojsko? Mają swoich ludzi. To bez sensu.
– Mali to nadal teren wpływów Francji – odrzekł spokojnie Xavier. – Muszą się z nimi liczyć. Każdy z tego coś ma. Wy się nawet nie dowiecie, o co chodzi. Zareagują w stylu: no proszę, handel narkotykami, trzeba to zabezpieczyć i zniszczyć. Gówno będziesz wiedział, co się z tym potem stanie.
– To wszystko staje się niedorzeczne.
– Pracowałem w agencji wywiadu czterdzieści lat. Nie takie rzeczy się robiło. Chciałeś wiedzieć, po co CIA angażuje się w konflikt w Mali. Masz odpowiedź. Nie mam twardych dowodów. Popytałem. Miałem na to, hmm, pomyślmy, dwie godziny. Chyba tyle czasu minęło od momentu, gdy do mnie dzwoniłeś?
– Tia – westchnął Gaël. – Mam to gdzieś, co oni tam robią. Ważne jest tylko to, że będzie w miarę bezpiecznie. Przemytnicy narkotyków nie należą do elity wojskowej. Jeśli masz rację, to wiem, czego się spodziewać.
– Nie ufasz swoim przełożonym?
– Niewiele mi mówią. Jestem nowy, ale mimo to dziwne to wszystko.
– Nie wiedzą, czy mogą ci ufać. Ponadto nikt nie rozpowiada wszystkim uczestnikom operacji: "hej, jedziemy przeprowadzać nielegalne działania dla CIA, tylko nikomu nic nie mówcie". To byłoby niedorzeczne. Żołnierze wykonują rozkazy. Wy nie jesteście od myślenia – zaśmiał się.
– Masz rację. Myślący żołnierz stanowi problem. Znam to z doświadczenia. Całkowici idioci również nie wróżą nic dobrego.
– W tym rzecz. Nie wiesz, za kogo oni was uważają. – Xavier wybuchnął śmiechem.
– Mimo wszystko dzięki.
Zgrabna kelnerka postawiła zamówienie na stoliku. Rozmówcy umilkli.
– Czy mogę przyjąć od pana zamówienie? – zapytała Xaviera.
– Poproszę to samo, co ten młodzik. – Wskazał palcem na porucznika.
Kelnerka się uśmiechnęła.
– To wszystko?
– Tak, dziękuję, młoda damo – rzekł, wdzięcząc się, Xavier.
Odpowiedziała uśmieszkiem i odeszła.
– Jeszcze pięć minut, a zostałaby twoją żoną – zaśmiał się Gaël.
Xavier poprawił ubranie i rozsiadł się wygodnie.
– Martwisz się, że stanie się to samo, co z twoim ojcem – powiedział łagodnie. – Znikniesz bez śladu?
– To przeszłość. Nie wracajmy do tego. Pracowaliście w CIA. Wiedział, na co się pisze – odburknął niesympatycznie.
– To nie była moja wina – odrzekł Xavier, czerwieniejąc. – Wiesz, że traktowałem go jak brata.
– Przepraszam – odparł łagodniej Gaël. – Nie chciałem cię zdenerwować. Kiedy o nim myślę, to czuję się tak, jakby to wszystko działo się wczoraj. Minęło tyle lat, a ja nadal, może to dziwne, ale za nim tęsknię. Mama za nim tęskni. – Gaël, przecierając oczy, starał się zamaskować napływające łzy.
– Wiem, tamta sprawa ciągle leży nam na sercu, dlatego uważaj na siebie – rzekł Xavier, udając, że niczego nie zauważył.
– Xavier – wykrztusił Gaël – gdybym nie wrócił lub wydarzyło się coś dziwnego, to zaopiekujesz się matką? Dobra?
– Przestań dramatyzować. Jednak jeśli coś poszłoby nie tak, to zaopiekowałbym się nawet twoim kotem.
– Nie mam kota – odparł z krzywym uśmiechem Gaël.
– Wiem – zarechotał Xavier, po czym spoważniał. – Obiecałem twojemu ojcu, że zajmę się tobą i Simone – powiedział, nachylając się do Gaëla. – Mimo to miej oczy szeroko otwarte.
– Będę czujny.
– Dałeś znać matce, że wylatujesz?
– Dzwoniłem do niej, ale nie odbierała.
– Nie martw się tym, poinformuję ją, gdybyś nie miał okazji. Pewnie wolałaby usłyszeć to od ciebie, ale nie zawsze mamy taką możliwość, prawda?
– Tiaa.
Milczeli, pozwalając, aby morska bryza targała ich za włosy. Ozłoceni rumieniącym się na wschodzie słońcem, napawali się pięknym widokiem tańczących na wietrze palm.
– Jak się czuje? – odezwał się Xavier.
– Nie wiem, ale lekarze się obawiają, że to nowotwór złośliwy.
– Hmm, paskudna sprawa – zamruczał Xavier niczym niedźwiedź. – Dowiem się, co i jak, i zadzwonię.
– Dzięki – odparł Gaël, zerkając na zegarek. – Muszę się zbierać. Za kilka godzin ruszam, a nawet się nie spakowałem. Dzięki za pamięć o Simone.
– Nie ma za co. Trzymaj się – rzekł Xavier, wstając z krzesła i podając rękę.
– Do usłyszenia, stary druhu – odpowiedział Gaël, wychodząc z kawiarni.
– No tak, a zapłacić to zapomniał – mruknął Xavier, kładąc na stół kilka euro.
Gaël szybkim krokiem skierował się w stronę motocykla. Miał mało czasu na przygotowania. Oddalił się z bazy bez powiadomienia przełożonych. Wiedział, że współpraca z CIA nie wróżyła nic dobrego. Jego ojciec do dzisiaj nie został odnaleziony po jednej z licznych operacji. Matka załamała się po tym wydarzeniu. Byli z sobą bardzo związani. Gaël miał wtedy dwanaście lat. Za namową i z pomocą Xaviera dostał się do szkoły oficerskiej. Jednak jego mentalność nie pasowała do wojskowego drylu. Zawsze starał się wykraczać poza standardowe rozumienie rzeczywistości, zadawał pytania, kwestionował autorytety. Mimo że doktryna wojskowa dążyła do ideału nowoczesnego, inteligentnego żołnierza, to rzeczywistość weryfikowała te pomysły. Po kilku latach służby, przeniesieniu do Legii Cudzoziemskiej zrozumiał jedno – inteligentny żołnierz to problem dla dowódcy.
Gaël bardzo dobrze wiedział, że wyjazd do Afryki zmartwi jego matkę. Został jej tylko on, a służba wojskowa oddzieliła ich od siebie. Ale nie mógł zostać niańką swojej rodzicielki – pomagał jej tyle, ile mógł. Mieszkała w Paryżu, więc rzadko kiedy znajdował czas na to, aby ją odwiedzić.
Zapiął kask, włożył rękawice i odpalił silnik. Manetka z gazem pociągnięta do siebie sprawiła, że silnik głośno zawył, dając znak gotowości do szaleńczej jazdy. Motor ruszył z piskiem opon. Gaël wynajął mieszkanie niedaleko portu, bo lubił szum fal i krzyki mew. To go uspokajało. Szybko mijał korki uliczne i błyskawicznie pokonywał labirynt ulic, zostawiając po sobie tylko głośny warkot silnika i dymek spalin. Dotarcie do mieszkania zajęło mu kilkanaście minut.
– Cholera – rzekł Gaël, spoglądając na telefon – pięć nieodebranych.
Oddzwonił.
– Szukają cię. Jakiś David Fox. Nie wiem, co mu powiedzieć – rzekł Pchła.
– Powiedz mu, że zaraz będę. Czego chce?
– Raportu z przygotowań. Wylatujemy za niecałe trzy godziny. Jakaś zmiana planów. Nie wiem, o co chodzi.
– Kurwa! Powiedz mu, że wszystko będzie na czas. Niech nie zawraca mi dupy. Na razie.
– Jasne.
"Życie na smyczy" – pomyślał, wchodząc do niewielkiego, dwupokojowego mieszkania. Jak zawsze, panował tu duży nieład. Rzadko kiedy bywał w domu i nie chciało mu się tracić czasu na sprzątanie. Wszedł do sypialni, zabrał niezbędne przybory toaletowe oraz kilka drobiazgów, które mogły się przydać poza domem. Spakował to wszystko do niewielkiego wojskowego plecaka. W trakcie przetrząsania zakamarków na podłogę wypadło zdjęcie Vanessy, byłej dziewczyny. Uśmiechnął się pod nosem. Wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. Rozstali się kilka miesięcy temu, ponieważ wojsko, jak twierdziła, przysłoniło mu cały świat. Pragnęła, aby wyjechał z nią do USA i pomógł w prowadzeniu firmy: agencji reklamowej. Wciąż nie był pewien, czy dobrze postąpił. Schował fotografię do szuflady. Postanowił ten rozdział prywatnego życia pozostawić daleko za sobą.
Wyjął telefon i wybrał numer do matki. Kilkanaście wolnych sygnałów, nie odbierała. "Mam nadzieję – pomyślał – że Xavier załatwi to za mnie".
Żołnierze spakowali ekwipunek najszybciej, jak mogli. Gotowi do wyruszenia czekali na przyjazd swego dowódcy. Niektórzy kręcili się zniecierpliwieni, inni się nudzili, leżąc na bagażach, a część z nich bawiła się telefonami.
– Ciekawe, jaki z niego twardziel? Francuzi mianują dowódcami tylko swoich rodaków. Widzieliście, aby kiedykolwiek dowodził nami chociażby Rosjanin? – pytał Pchła kumpli zgromadzonych przy bagażach.
– Jakkolwiek by patrzeć, należymy do francuskiej armii, to i co w tym dziwnego? – skwitował Juri.
– Wy, Rosjanie, macie takie chujowe podejście, podporządkowanie władzy – rzekł Kolbert.
– Dzięki temu Rosja do dnia dzisiejszego jest wielka – zachwalał Juri.
– Skoro tam jest tak dobrze, to czemu służysz Francji? – zapytał Tusambe.
– Moja sprawa. Poza tym lepiej płacą – odburknął.
– A vive la France? Nic z tych rzeczy? – drążył temat Pchła.
– Oczywiście. Zdjęcie Hollanda noszę w portfelu. W ogóle to odpierdolcie się ode mnie – warknął Juri na kolegów.
– Ja tam lubię takie operacje specjalne, robota ciekawa, adrenalina i takie tam. W domu nie mogę wysiedzieć. – Pchle zebrało się na zwierzenia.
– Zobaczymy, co to za misja – rzekł Tusambe, układając się na plecaku.
– Przyjedzie wódz, to wszystko powie – skwitował całą sytuację Kolbert.
– Albeme, a ty co tak cicho siedzisz? – zapytał Juri.
– Gadacie od rzeczy – odpowiedział.
– Cicho. Porucznik przyjechał – ostrzegł Pchła, podrywając się na nogi.
Gaël wszedł do hangaru, lustrując wszystkich wzrokiem. Rzucił swój plecak na ziemię przy reszcie bagaży.
– Gotowi? – zapytał.
– Tak. Do wylotu została niecała godzina. Szukał cię ten Amerykanin, Fox. Powiedziałem mu, że wszystko gra – poinformował Pchła.
Gaël podszedł do swojej szafki z ekwipunkiem wojskowym. Zaczął pakować sprzęt taktyczny do dużego transportowego plecaka. Wiedział, że kazali mu niczego nie zabierać, ale lepiej dmuchać na zimne.
"Własny sprzęt to jednak własny sprzęt" – pomyślał, wrzucając pistolet SIG Sauera P226 do plecaka.
– Odczepił się? – zapytał.
– Tak.
– Gdzie macie magazynki?
– Tam – odparł Kolbert, wskazując ręką dużą skrzynię.
– Biorę pięć. Potem oddam – powiedział porucznik, podchodząc do metalowego pojemnika.
– No to zapowiada się na szturm – zaśmiał się Tusambe.
– Na wszelki wypadek – oznajmił Gaël, spoglądając na wszystkich żołnierzy.
– Poruczniku – do hangaru wszedł młody żołnierz – to dla pana, rozkazy.
– Rozkazy? – zdziwił się. – Dzięki – odpowiedział, po czym odebrał kopertę.
W środku znajdowała się niemalże pusta pojedyncza kartka formatu A4.
– Dziwny ten rozkaz.
– Zatem co to jest? – zapytał Pchła
Żołnierze podeszli do porucznika i z zainteresowaniem spojrzeli na kartkę. Wyglądała jak prosta instrukcja. Porucznik przeczytał treść notatki: "Godzina 23.00, lotnisko w Ajaccio. Żadnych rzeczy. Terminal numer 5. Czekajcie na znak od Otello".
– To chyba jakiś żart – powiedział Pchła, biorąc kartkę do ręki.
– Otello? Dzwonię do tego naszego nowego dowódcy – rzekł Gaël. – Cholera! Nie mam nawet jego numeru. Pchła, dzwonił do ciebie ten Fox?
– Nie. Dyżurna służba operacyjna mi przekazała, że mam się z nim skontaktować. Potem przyszedł na chwilę do hangaru, abym zdał mu raport.
– Ja też nie mam, mieliśmy się spotkać na odprawie. Wiem, co zrobimy.
Porucznik bez zastanowienia chwycił za telefon, po czym zadzwonił do starego dowódcy.
– Pułkownik Blanchard, słucham – zabrzmiał głos w telefonie.
– Panie pułkowniku, porucznik Lescout. Otrzymaliśmy kartkę z dziwnym rozkazem. Proszę o potwierdzenie.
– Gaël, nie jestem już twoim dowódcą, więcej do mnie nie dzwoń. Waszym nowym przełożonym jest David Fox – rzekł Blanchard i się rozłączył.
– Przyjemny ten wasz pułkownik – mruknął Gaël.
"Czego się tak wystraszył?" – pomyślał.
– To stary trep – stwierdził Pchła, spluwając na ziemię.
– Rozkaz jest jasny – dodał Gaël.
– Jedziemy wszyscy czy wybrana szóstka? – zapytał Kolbert.
– Sześciu i po cywilnemu. Zostawcie cały sprzęt. Kurwa! To nas załatwili, cywilny samolot z Ajaccio! – zdenerwował się Gaël. – Jeśli nie macie pytań, to widzimy się o 22.00 na lotnisku.
– Pierwszy raz w życiu uczestniczę w takiej pojebanej operacji – wtrącił Albeme, wyraźnie niezadowolony z takiego przebiegu sprawy.
– Ja też, a jestem w służbach specjalnych osiem lat – dodał Kolbert.
– Nie dyskutujmy o tym. Dowiemy się wszystkiego za jakiś czas. Mam dla was dzisiejszy rozkaz, gdyby ktoś chciał się z nim zapoznać – rzekł Gaël, wyjmując z plecaka dokumenty.
– Czytałeś go? – zapytał Pchła.
– Jeszcze nie miałem czasu – odparł porucznik. – Major kazał wam go przekazać. To kopia.
– Pokaż mi – rzekł Juri. – Za ostatnią misję wiszą mi kasę i wolne dni. Ciekawe, czy to ujęli.
– Juri, przeczytaj na głos, będzie szybciej – ponaglił Pchła.
– Chwilka. Dni wolne – rzekł Juri, szukając palcem odpowiedniego punktu w rozkazie. – Kurwa! Nie uwierzycie! – krzyknął.
– Co takiego? – zapytali prawie zgodnym chórem.
– Od dzisiaj jesteśmy na urlopie.
– Co ty bredzisz?! – krzyknął Pchła, wyrywając mu rozkaz. – Faktycznie.
Gaël podszedł do żołnierzy.
– Pokażcie mi to.
– Tutaj – wskazał palcem Pchła.
– Zgadza się. Co tu się, kurwa, dzieje? – mruknął.
– Też chciałbym wiedzieć, robi się coraz ciekawiej – westchnął Tusambe.
– Pieprzyć to – warknął pod nosem Gaël, otwierając metalową szafkę. – Jedziemy na wakacje – dodał, spoglądając na wszystkich, a następnie wyjął z plecaka spluwę z magazynkami i wrzucił do schowka.
– Może to jakiś test? – Juri postanowił zabawić się w detektywa.
– Teraz to i tak nieistotne – odparł Gaël. – Przepakujcie się. Widzimy się o 22.00 na lotnisku. Musimy się pospieszyć. Jest godzina 18.57, a do Ajaccio jest około stu kilometrów.
– Spierdalamy! – podsumował wszystko Pchła.
– Może zabierzemy się wszyscy razem? – zapytał Tusambe.
– Jadę motorem. Organizujcie się sami. Powodzenia! Aha, i nie zapomnijcie kąpielówek – dodał Gaël, zarzucając plecak na ramię, a następnie opuścił hangar.
Droga do Ajaccio prowadziła przez kręte drogi korsykańskiej wyspy. A ta, ze względu na swoje położenie, odkąd świat sięga pamięcią, stanowiła ważną bazę dla sił zbrojnych. W swojej ziemi, przesiąkniętej krwią poległych, skrywa pamięć licznych brutalnych bojów pomiędzy włoskimi państewkami a Francją. Do dnia dzisiejszego marzenia ojców i dzieci dawnych rewolucjonistów nie zostały zapomniane. Dążenia są do tego stopnia poważne, że na wyspie wykształciły się dwa ruchy separatystyczne: Armata Corsa oraz Front Narodowego Wyzwolenia Korsyki. Wolność, równość, niepodległość – hasła Rewolucji Francuskiej – wdarły się gwałtem do serc korsykańskich obywateli i nie miały zamiaru ich opuścić.
Po prawej stronie jadącego na motorze Gaëla pysznił się czerwieniami zachód słońca. Jemu jednak nie było teraz w głowie napawanie się pięknymi widokami. Cała ta sytuacja nie dawała mu spokoju. Dla niego była to maskarada podobna do tych, jakie urządzano w Wenecji. Czuł się trochę jak bohater powieści Aleksandra Dumasa – niczym Edmund Dantes pędził w nieznane na spotkanie przygody. Nowa misja zarazem ciekawiła go i napawała niepokojem.
"Ciche operacje mają to do siebie, że w razie kłopotów nikt się za żołnierzami nie wstawi. Działania CIA są tak tajemnicze, że nawet pułkownik nie wiedział, o co dokładnie chodzi. Amerykanie całkowicie przejęli dowodzenie. Przełożonym jest niejaki David Fox. Zapewne niezły z niego skurwysyn. Spadająca gwiazda – pomyślał Gaël, widząc na nieboskłonie białą poświatę z charakterystycznym ogonem. – Nie – rzekł do siebie – to tylko moje wyobrażenie".
Motor zjechał na pobocze. Gaël zdjął kask i sięgnął po telefon. W słuchawce rozbrzmiał głos Xaviera:
– Słucham.
– Cześć. Kontaktowałeś się z mamą?
– Tak. Gaël, posłuchaj, Simone leży w szpitalu na obserwacji. Jej stan jest stabilny, ale doktor Pinette zalecił dużo snu. Odebrali jej telefon.
– Co? Xavier, przestań pierdolić! O co chodzi?
– Spokojnie, przyjacielu. Zajmę się tym. Skup się na zadaniu.
Najczarniejsze myśli przetoczyły się przez umysł Gaëla, doprowadzając go do szaleństwa i burząc panujący w nim spokój.
– Jutro się z nią skontaktuję – ponownie uspokoił go Xavier.
– Xavier, przestań! Powinienem być przy niej!
– Wiem, ale nie zawsze mamy taką możliwość. Nie dramatyzuj, to rutynowa kontrola. Doktor Pinette to jeden z najlepszych specjalistów. Okay?
– Okay. – Gaël starał się uwierzyć w słowa Xaviera, ale nie przychodziło mu to łatwo.
– Nie powinieneś być w samolocie? – Xavier zmienił temat rozmowy.
– Zmieniły się plany. Lecimy z portu w Ajaccio.
Xavier przez chwilę milczał, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili rzekł:
– Dziwne to wszystko. Przypominają mi się moje młode lata. Dam ci jedną radę. Praca twojego formatu ma to do siebie, że jest nieprzewidywalna. Terroryści, zdaje się, są coraz bardziej przebiegli. To zapewne wymogi bezpieczeństwa, jednak to nie rozmowa na telefon.
Gaël się zamyślił. Od dawna się zastanawiał, o co chodzi w tej całej wojnie z terroryzmem. Czy nie jest to walka podobna do tej, jaką toczył Don Kichot z "niebezpiecznymi" wiatrakami?
– Wiem – odparł po chwili. – Zaopiekuj się nią! Powiedz jej, że niedługo wrócę! Będę zobowiązany.
– Oczywiście!
– Jak wyjdziesz na balkon, może zobaczysz spadające gwiazdy. Dużo ich na niebie dzisiejszej nocy.
– Popatrzę. Dzięki.
– Pozdrów Simone oraz Polę.
– Nic mi nie mów o Poli. Cały czas robi mi awantury, ale przekażę. Na pewno się ucieszy.
– Czterdzieści lat wysłuchiwała twoich wykrętów i opowieści, znosiła częste rozłąki. Musisz być wyrozumiały. Cud, że wytrzymała z tobą tyle czasu – zganił go Gaël.
– Tak, wiem. Niewielu się to udało.
– Trzymaj się, Xavier.
– Ty też. Powodzenia.
-
Mały huragan wzniecony ruchem łopat wirnika spowodował, że czekający na przylot śmigłowca mężczyzna złapał za nakrycie głowy i przysłonił oczy. Dudniący wiatr wdzierał się każdą możliwą szczeliną. Ogromne lądowisko usytuowane na szczycie wieżowca migało kolorowymi światłami, ułatwiającymi podejście do lądowania. Pogoda nie sprzyjała takim manewrom, silne podmuchy i gęsta siąpanina rozmywały obraz i pogarszały pole widzenia. Mimo to pilot wykazał się dużymi umiejętnościami, sadzając delikatnie helikopter na lądowisku.
Drzwi maszyny się rozsunęły – wysiadło dwóch mężczyzn w długich przeciwdeszczowych płaszczach.
– Dzień dobry. Pan Martin Casbolt czeka na panów. Proszę za mną! – wrzasnął mężczyzna, starając się przekrzyczeć odgłos wyjącego wiatru oraz dudnienia silnika. Ubrany był w elegancki garnitur przysłonięty przeciwdeszczową peleryną.
Mężczyźni bez słowa skierowali się do wnętrza budynku, podążając za przewodnikiem. Na korytarzu, wijącym się niczym wstążka, nie było żadnych drzwi. Weszli po kilku schodach, wreszcie dotarli do windy. Mężczyzna wybrał najniższą kondygnację – podziemie. Z umieszczonych obok wyraźnie wyeksponowanej kamery głośników dobiegała cicha, spokojna muzyka. Jazda trwała może dwie minuty, wreszcie winda stanęła.
– Jesteśmy – wyjaśnił mężczyzna. – Proszę pójść korytarzem prosto.
Szybkim krokiem udali się we wskazanym kierunku. Jeden z nich trzymał w ręku czarną skórzaną teczkę. Za załomem na samym końcu korytarza stał potężny, łysy ochroniarz z wykrywaczem metalu w ręce.
– Żadnych telefonów, odtwarzaczy mp3 i innych urządzeń elektronicznych. Wszystko należy zdeponować tutaj – poinformował z profesjonalnym chłodem.
Mężczyźni zastosowali się do polecenia. Ochroniarz dodatkowo przesunął wzdłuż ich płaszczy wykrywacz metalu – w końcu jego zadaniem było upewnienie się, że wszystko jest tak, jak zalecają procedury. Na ścianie, na żółtym tle czernił się napis: Strefa Bezpieczeństwa. Sektor III.
– Proszę wejść – rzekł łysy, wskazując wykrywaczem drzwi.
Poza stołem z oświetlającą blat lampką oraz trzema krzesłami pomieszczenie było pogrążone w mroku i pustce. Wyraźnie wyczuwalny dym papierosów wżerał się w oczy, niemalże powodując łzawienie. Słabe światło pozwalało dostrzec tylko niewyraźny zarys sylwetki Martina Casbolta.
– Spocznij – rzekł Casbolt, siedząc w cieniu.– Dokumenty połóżcie na blacie – dodał beznamiętnym głosem. Czerwony ognik papierosa co jakiś czas tlił się w ciemności, a on zaciągał się dymem z wyraźną rozkoszą nałogowca.
Mężczyźni usiedli. Jeden z nich wyjął z teczki dokumenty i położył je na stoliku. Casbolt szybkim ruchem ręki przyciągnął je do siebie. Otworzył, a następnie zaczął przeglądać.
– Jesteśmy pewni tych ludzi? Pasują do wzoru? – zapytał spokojnie.
– Tak. Zostali sprawdzeni. Wszystko jest w aktach – rzekł jeden z nich.
– No to słucham – mruknął Casbolt.
– Eduardo Piccola pseudonim Pchła – jeden z mężczyzn recytował z pamięci. – Z pochodzenia Hiszpan. Urodzony w Madrycie. Ojciec przedawkował narkotyki, matka się rozpiła. Wiek trzydzieści lat. Kawaler. W wieku szesnastu lat wstępuje do jednego z licznych gangów w Madrycie. Zajmuje się wymuszeniami i haraczami. Zostaje ranny podczas ulicznej strzelaniny. Po rehabilitacji wyjeżdża do Francji. W wieku dziewiętnastu lat wstępuje do Legii Cudzoziemskiej. Pierwszy kontrakt spędza w Nowej Gujanie Francuskiej, walcząc z przemytnikami narkotyków. Przeniesiony do drugiego regimentu spadochroniarzy na Korsyce. Po dwóch latach dostaje się do grupy specjalnej. Bierze udział w operacjach w Iraku, Afganistanie, Libii, Syrii. Odznaczony Orderem Zasługi. Stopień wojskowy – sierżant. Odważny, silny i zdeterminowany. Lubi się dobrze zabawić i nie stroni od alkoholu oraz lekkich narkotyków. Bez perspektyw na życie poza wojskiem. Może być podatny na włamania.
– O to się nie martwcie. Czy coś na niego mamy, w razie gdyby były problemy? – zapytał Casbolt.
– Tak. Akta spraw i dokumentację jego życia z okresu gangsterki. Dowództwo Legii Cudzoziemskiej nie wie wszystkiego o jego bujnej przeszłości. Oto aktualny wygląd. Zrobione dzisiaj rano – rzekł mężczyzna, wskazując na zdjęcie w aktach.
– Związany z kimś? – spytał Casbolt.
– Nie. Całe jego życie to armia.
– Doskonale, następny – rzekł, gasząc papierosa.
– Jurij Iwanowicz Popow, pseudonim Juri. Rosjanin – rozpoczął drugi mężczyzna. – Urodzony w Murmańsku. Rodzice nadal tam mieszkają. Matka nauczycielka, ojciec spawacz. Wiek dwadzieścia osiem lat. Rozwiedziony. Próbował swoich sił w zawodzie ojca. Znacznie lepiej szły mu uliczne bójki. Walczył amatorsko za pieniądze. W wieku dziewiętnastu lat poślubił Karinę Gorodin. Zaszła z nim w ciążę. Po urodzeniu dziecka zdradziła go na imprezie z przypadkowym mężczyzną. Juri był wtedy pijany. Z zemsty skatował chłopaka oraz swoją kobietę. Groziło mu więzienie. Rozwiedli się tak szybko, jak się pobrali. Jego córka do dzisiaj mieszka z Kariną Gorodin. Płaci alimenty.
– Kocha córkę?
– Sprawdziliśmy przelewy bankowe. Wysyła trzykrotnie większą sumę, niż nakazał sąd. W tytule przelewu jest zawsze napisane: dla najukochańszej Anieli.
– Czy interesuje się tematami niestandardowymi? Polityczne myślenie. Dochodzenie prawdy. Filozofia w głowie? – zapytał Casbolt, sięgając po kolejne akta.
– Nie. Prosty, ale jak na żołnierza nie jest głupi.
– Kto dobierał ludzi? – Casbolt drążył temat, odkładając akta do teczki. – Możecie zabrać.
– Porucznik Gaël Lescout – powiedział jeden z mężczyzn, chowając papiery.
Casbolt zamilkł. Wyjął kolejnego papierosa i czym prędzej odpalił.
– Co o nim wiemy? – mruknął po chwili.
– Jego ojciec należał do wywiadu. Zginął podczas jednej z akcji. Był zdyscyplinowany. Dowództwo go chwaliło. Syn wstąpił do armii.
Casbolt wstał. Przechadzał się po pokoju.
– Inteligentny?
– Tak. Myślenie nieszablonowe. Doszukuje się skutków i przyczyn w działaniach. Lubi wiedzieć, co i jak. Kręgosłup moralny na poziomie przeciętnym. Gotowy do weryfikacji.
– Czy ta jego inteligencja nie będzie dla nas problemem? Były przypadki, że ludzie zdawali relacje mediom. Nie chcemy tych błędów powtarzać – upewnił się Casbolt, ponownie siadając na krześle.
– Jest gotowy. To jego pierwsza misja. Będzie obserwowany. Zaszczepimy mu idee.
– Ręczycie za niego? Nie każdy potrafi sobie poradzić z TYMI SPRAWAMI – zaakcentował ostatnie dwa słowa. – Wielu wariuje.
– Był obserwowany przez cztery lata. Wywiad psychologiczny i środowiskowy potwierdza jego oddanie sprawie. Potrafi milczeć.
– Jak coś pójdzie nie tak, to wy za to odpowiecie.
– Wszystko jest przygotowane. Dzisiaj o godzinie 23.00 będą na lotnisku. Monitorujemy ich. Wykonują polecenia zawarte w instrukcji. Przejmiemy ich, jak tylko odnajdą obiekt. Staruszek wystawi ich nam na tacy.
– Macie zdjęcie Lescouta? – zmienił temat Casbolt.
– Tak – odparł jeden z mężczyzn, kładąc je na stół.
– Czekam na raport po wykonaniu zadania – podsumował rozmowę, chowając zdjęcie do szuflady. – Nie spierdolcie tego. Góra przyspiesza z planem. Naciskają mnie, a jak za mocno nacisną, to i wam się oberwie. Chyba to rozumiecie? – Wstał i wyszedł drzwiami znajdującymi się za jego plecami.
-
Lotnisko imienia Napoleona Bonaparte przepełnione było ludźmi. Co jakiś czas rozbrzmiewał zgiełk i szum walizek na małych kółeczkach. Podróżni przemieszczali się leniwie w poszukiwaniu odpowiedniego terminalu. Tępe, niewyraźne spojrzenia świadczące o duchowej nieobecności. Każdy zabiegany wokół swoich małych i dużych spraw.
Gaël stanął przy terminalu numer pięć. Na wyświetlaczu widniała informacja: Paryż – odlot – godzina 00.45. Kolejka podróżnych wydłużała się z każdą minutą. Nigdzie nie było widać kolegów z wojska. Minęła godzina. Spojrzał na zegarek, który wskazywał 21.57. "Mają jeszcze czas" – pomyślał.
– Przepraszam. Zgubił pan książkę i chyba dokumenty – powiedział jakiś mężczyzna, chwytając go za ramię. Był przeciętnej budowy ciała i średniego wzrostu, ubrany w dżinsowe spodnie oraz szarą cywilną kurtkę. Niewielki zarost przykrywał szpecące twarz blizny.
– Słucham? To nie moje... – odparł Gaël, spoglądając na trzymaną przez nieznajomego książkę zatytułowaną Otello, William Szekspir.
– Jest pan pewien?
– Przepraszam, faktycznie. Musiała mi wypaść z plecaka – zmienił po chwili zdanie. – Bardzo dziękuję.
– Musi pan uważać. Książka to jedno, ale zgubił pan również paszport.
Gaël wziął do ręki dokument i otworzywszy go na ostatniej stronie, rozpoznał siebie. Dane osobowe jednak się różniły.
– Panie Puchote, czy leci pan do Paryża?
Gaël kiwnął głową.
– To jeszcze ponad dwie godziny – kontynuował nieznajomy. – Zapraszam na kawę.
– Dziękuję za pomoc. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym zgubił ten paszport – rzekł Gaël, bawiąc się w maskaradę.
– Cała przyjemność po mojej stronie – stwierdził mężczyzna, prowadząc go w nieznane.
Gaël szedł za nim spokojnie. Szybko się zorientował, że przekroczyli właśnie strefę cywilną i są na terenie dostępnym jedynie dla pracowników lotniska. Przewodnik otworzył kolejne drzwi. Weszli do niewielkiego pomieszczenia. W środku stali już ludzie Gaëla. Wyglądało to tak, jakby tylko na niego jeszcze czekano.
– Witam panów. Cieszę się, że wszyscy dotarli na czas – powiedział David Fox. – Wybaczcie nam te środki ostrożności. To standardowa procedura. Otrzymaliście dokumenty. Nie gubcie ich na przyszłość – dodał ironicznie. – Oto wasze nowe życiorysy, w razie gdyby ktoś was pytał.
Jeden z agentów CIA wręczył każdemu z żołnierzy po teczce.
– Czy dowiemy się, o co chodzi? – zapytał Gaël.
– Tak. Na miejscu. Teraz wykonujcie tylko to, co wam powiem. Okay? – Fox popatrzył po żołnierzach.
Kiwnęli głowami.
– Poproszę o wasze telefony komórkowe – rzekł stanowczo.
– Co? Na co wam one? – zaprotestował Gaël.
– Względy bezpieczeństwa. Raz, dwa, oddawajcie. Otrzymacie je po powrocie. Na czas zadania dostajecie nasze telefony. Zaszyfrowane. Nie próbujcie dzwonić do rodzin. To linia awaryjna. Kontaktują się z wami tylko nasi ludzie, jasne?
– Jak, kurwa, słońce – wychrypiał Juri.
– Kurwa! – zaklął pod nosem Gaël, wrzucając telefon do małego drewnianego pudełka.
– Posłuchajcie! Macie nowe papiery. W teczkach są bilety lotnicze do Bamako, stolicy Mali. Macie przesiadkę w Paryżu. W Bamako odbierze was nasz człowiek. Tam otrzymacie dalsze instrukcje. Cały niezbędny sprzęt został już zabrany.
– Jak mamy wykonać operację, nie wiedząc, co i jak? – zapytał Pchła.
– Nie mam czasu teraz wam tego tłumaczyć – zbył go Fox. – Samolot wam ucieknie. Zachowujcie się jak cywile na urlopie. Wasze zadania nie odbiegają znacząco od tego, co już zapewne przedstawił wam Roche Puchote.
Żołnierze ze zdziwieniem popatrzyli na porucznika.
– Puchote? – zapytał Juri.
– To ja – odpowiedział Gaël.
– Jesteście na urlopie. Operacja nie istnieje w aktach waszej jednostki. Nastąpiła zmiana planów. Macie wykonać zadanie specjalne o wyjątkowo wysokim poziomie ryzyka. Operacja wywiadowczo-wojskowa. Informacje na miejscu – instruował ich Fox, wkładając kurtkę i zbierając się do wyjścia. – Pospieszcie się, samolot czeka. Bilety są w środku. Do zobaczenia na miejscu.
Gaël milczał do momentu, aż zostali sami.
– Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale grajmy na razie według ich reguł – powiedział niemalże szeptem, uważnie spoglądając na żołnierzy.
Popatrzyli po sobie i skinęli głowami.
– Jasne. Ty dowodzisz – odparł Pchła, po czym wyszedł z pokoju.
Gaël stanął w kolejce do terminalu. Zegary na lotnisku wskazywały godzinę 22.40. Rozpoczęła się odprawa bagażowa. Kolejka posuwała się szybko i sprawnie. Jego koledzy rozlokowali się po lotnisku, starając się nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania. Dla Gaëla cała ta maskarada wydawała się kuriozalna. Nie wiedział dokładnie, kto jest przeciwnikiem i przed kim stosowane są te środki bezpieczeństwa. Nie był szkolony w postępowaniu wywiadowczym, zatem postanowił zagrać w grę Foxa i zaufać jego doświadczeniu.
– Dobry wieczór. Bilety proszę – odezwał się bardzo miły głos zza biurka terminalu.
– Dobry wieczór. – Gaël podał paszport z włożonym do środka biletem.
– Dziękuję. Życzę miłego lotu, panie Puchote.
"Niebo nocą jest przepiękne, szczególnie gdy ogląda się gwiazdy ponad chmurami – pomyślał Gaël. – Ciekawe, czy zobaczę spadające meteoryty". W samolocie prawie wszyscy spali, jednak on nie mógł zmrużyć oka. W końcu zdrzemnął się i nic mu się nie śniło.
Pobyt w Paryżu trwał niemal cały dzień. Nocny lot do Bamako przebiegał bez problemów. "To dobry moment – pomyślał – aby się zapoznać ze swoją nową osobowością".
"Roche Puchote urodzony w Paryżu w 1983 roku. Żonaty z Izabelą Puchote. Dwójka dzieci: Marion i Filip. Zajmuje się szkoleniami z zarządzania kadrami i zasobami ludzkimi. Właściciel firmy Pro Solutions. – Gaël szybko przekartkował wszystkie dokumenty. – Jest tego ponad dwadzieścia stron. To będzie długi lot".
– Roche, masz chwilkę? – zapytał Pchła, szepcząc do ucha.
– Co się stało?
– Musimy pogadać. Chodź, coś ci pokażę.
Gaël wstał z fotela i ruszył korytarzem za kolegą. Stanęli obok toalet. Stewardesy i pasażerowie nie zwracali na nich uwagi.
– Wiem, że raczej nie powinniśmy na ten temat rozmawiać, ale... – szepnął Pchła.
– O co chodzi? – spytał Gaël.
– Brałem udział w wielu wyjazdach służbowych. Miałem różnych szefów – ironizował Pchła. – Nigdy jednak nie było takiej sytuacji, żeby w trakcie operacji nikt nie wiedział, co ma robić. Ludzie są zdenerwowani.
– Co ja mam ci powiedzieć? Nie mam pojęcia, co nas czeka. Blanchard odciął się od nas.
– Chodzi mi o to, że musimy bardzo sobie ufać. Pierwszy raz ze sobą pracujemy i wiem, że musimy polegać tylko na sobie. Rozumiesz to, Roche? – szeptał Pchła, zerkając na boki, czy nikt nie podsłuchuje.
– Rozumiem. Nie martw się. To rutynowe działanie. Zdajmy się na profesjonalizm naszych przełożonych. – Gaël klepnął go w ramię. – Teraz wybacz, muszę się odlać. Chyba, że chcesz mi pomóc?
– Poradzisz sobie.
Turbulencje obudziły pasażerów. Lekkie wstrząsy nie pozwalały na spanie. Gaël patrzył przez okno. Gwiazdy prezentowały się w całej swej okazałości. Już jako dzieciak uwielbiał spoglądać ponad głowami, wysoko nad horyzont. Razem z ojcem potrafili godzinami wypatrywać dziwnych obiektów mknących po niebie. Właściwie nie bardzo wiedział, dlaczego wstąpił do armii. Może to był wpływ ojca, a może marzenia o byciu jednym z tych herosów, jak w licznych baśniach i opowieściach. Niestety, rzeczywistość znacznie się od baśni różniła. Wszystko było bardziej szare, szorstkie i płytkie, bez polotu i wyobraźni. Gdyby raz jeszcze podczas testów psychologicznych zadano mu pytanie, czy wybrałby tę samą ścieżkę życiową, jeśli miałby szansę urodzić się na nowo, to odpowiedziałby, że zdecydowanie nie. Patrząc w gwiazdy, doszedł do wniosku, że może postarałby się zostać astronautą. Chwilę później zasnął.
– Witam państwa. Mówi kapitan. Do lądowania zostało trzydzieści minut – obudził ich mocny głos dobiegający z głośników. – Zapowiada się piękny, słoneczny dzień. Proszę o zapięcie pasów. Podczas lądowania mogą wystąpić lekkie turbulencje. Nie należy się tym niepokoić. W razie potrzeby załoga udzieli państwu wszelkich informacji. Dziękuję.
Gaël zapiął pasy. Spojrzał przez okno. Na widnokręgu pojawiło się nagle wschodzące słońce. Samolot lekko dotknął kołami pasa startowego, w końcu przyziemił całkowicie. Kapitan zrobił to z wyczuciem i zegarmistrzowską wręcz precyzją.
– Dziękuję za wspólny lot. Jest godzina 6.32 czasu lokalnego. Temperatura na zewnątrz wynosi siedemnaście stopni. Witamy w Afryce. Życzę miłego pobytu w Mali.