INTERITUS 3. Kronika zjednoczenia - Mariusz Trynka

Kup ebooka

19.90 zł

-
Proszę czekać

Prolog

Pustka.

Nie bezmierna i obojętna pustka Wszechświata. Tę Silvia Rodriguez znała.

Pustka w jej głowie była gorsza. Próżnia, w której myśli formowały się i natychmiast rozpadały, a każda próba uchwycenia jasnego zdania rozbijała się o wyczerpanie. Nie spała od trzeciej w nocy, odkąd zadzwonił Holt. Monitory, wiadomości, liczby. Pewność, że świat, który zbudowała, pędzi ku przepaści. A ona - prezydentka Nova Gaia i zjednoczonego Marsa - nie mogła zrobić nic, tylko patrzeć.

Członkowie Rady przyszli i odeszli. Widzieli dane, przestudiowali trajektorie i zadawali pytania, na które nikt nie miał odpowiedzi. Niektórzy zbledli, inni wpadli w gniew, kilku milczało - jedna reakcja gorsza od drugiej. Potem opuścili salę, każdy z tym samym wyrazem twarzy - tych, którzy pojęli, jak niewiele to sześćdziesiąt godzin.

Teraz Silvia stała sama w centrali łączności. Tylko ona i kilka monitorów na ścianie. Odesłała wszystkich na przerwę. Musiała nadać sens tej pustce.

Po lewej obcy statek w połowie drogi między Saturnem a Marsem. Wciąż niezidentyfikowany. Technicy pracowali nad sygnałami, ale nikt dotąd nie zdołał rozszyfrować kodowania. Statek Thal-Venai, który nie opanował żadnej znanej im formy komunikacji. To nie miało sensu. Flota wyruszyła do Gliese ponad dziewięćdziesiąt lat temu. Na ojczystej planecie Thal-Venai nie było już nikogo. Skąd więc przybył?

Po prawej flota Vegi. Trzy niezachwianie precyzyjne punkty. Jeszcze czterdzieści sześć godzin. Przyspieszenie nie słabło.

Nie leci po nas. Leci po ten statek. Ale przejedzie przez nas, jeśli staniemy mu na drodze.

Myślała o babce. O Mai, która stała w tej samej centrali łączności, gdy flota Thal-Venai odlatywała. Bezsilna gubernatorka patrzyła podówczas, jak dziewiętnaście statków znikało w ciemności bez pożegnania. Silvia poprzysięgła sobie, że nigdy nie znajdzie się w takiej sytuacji. Przez trzydzieści lat walczyła o prawdę, przeżyła pucz, odbudowała demokrację.

A teraz stała tutaj. W tym samym pomieszczeniu. Przed tymi samymi monitorami. Równie bezsilna jak Maya wtedy.

Nie. Wyprostowała się. Nie "równie". Maya nie miała sojuszników na Gliese. Żadnego połączenia kwantowego, które byłoby aktywne. Żadnej prawdy po swojej stronie.

Ale Maya nie miała też floty wojennej w zasięgu.

Drzwi za nią otworzyły się. To był Holt.

- Połączenie z Gliese jest gotowe, Pani Prezydent.

Silvia zacisnęła usta. To było jedyne, co mogła teraz zrobić - ostrzec. Gliese leżało daleko, ale dzięki komunikatorowi kwantowemu sygnał potrzebował nie lat, lecz sekund. Drobna przewaga w sytuacji, która wydawała się bez wyjścia.

- A obcy statek?

- Nic nowego pod względem komunikacji, ale nasi mówią, że wyhamowuje.

- Hamuje?

- Tak, Pani Prezydent. Wygląda na to, że... chce dotrzeć tutaj, do nas.

Silvia zamknęła oczy. Nieznany statek Thal-Venai przybywał do Układu Słonecznego. Trzy okręty wojenne martwego generała pędziły na Marsa. A pomiędzy nimi milion trzysta tysięcy ludzi, którzy za kilka godzin dowiedzą się, że ich świat właśnie się zmienił.

Otworzyła oczy.

- Proszę nawiązać połączenie z Gliese.

Holt stuknął w konsolę. Wyświetlacz zamigotał. Potem, na drugim końcu Wszechświata, ukazała się twarz, ale nie ta, której się spodziewała.

Novaren. Spoglądał na nią wiedząc, że coś jest nie tak. Widać to było w jego oczach.

- Członku Rady Novarenie - powiedziała Silvia. - Mamy problem, a ściślej mówiąc, dwa.

Na zewnątrz, za pancernymi szybami, kopuły Nova Gaia lśniły w czerwonym pyle. Vega będzie tu za czterdzieści sześć godzin, a wtedy okaże się, ile Mars jest w stanie wytrzymać.

Pustka w jej głowie nie rozstępowała się. Z szumu wyłaniały się jednak myśli. Wciąż te same, które nie dawały jej spokoju od godzin.

Kim jesteście? Czego chcecie? I dlaczego akurat teraz?

Rozdział 1

Centrala łączności, Stocznia,

Dzień 21 939 od odlotu Floty NOWA NADZIEJA

Palce nad klawiaturą niemal jej już nie słuchały. Thareena wpatrywała się w wyświetlacz, w liczbę, która tam migała - jeden procent integralności kwantowej - i próbowała znaleźć słowa, które odkładała od ponad pięćdziesięciu lat.

Swoje ostatnie słowa.

Centrala łączności była cicha. Na wpół martwa, jak wszystko tutaj. Większość konsol była ciemna, wyłączona przed dniami, a niektóre nawet przed cyklami. Żeby oszczędzić ostatnie rezerwy energii na podtrzymywanie życia, mówiono, ale w rzeczywistości nikt już nie będzie potrzebował tego pomieszczenia, kiedy komunikator kwantowy przestanie działać. Tylko on jeszcze funkcjonował, to jedno migocące światło w ciemności.

Niedługo.

Gdzieś nad nią woda kapała na metal - monotonne, głuche stukanie, które rozbrzmiewało po pustej centrali jak zwolniony puls serca. Powietrze było zimne i zużyte, nasycone metalicznym posmakiem filtrów recyklingowych, które dawno powinny były zostać wymienione. Na suficie drgała listwa świetlna, nerwowe migotanie, jakby sama Stocznia wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu.

Thareena ciaśniej zaciągnęła kołnierz kurtki. Ogrzewanie w tym sektorze padło dwa dni temu. Nikt go nie naprawił. Ludzi, którzy potrafiliby to zrobić, było dość, ale nie było części zamiennych ani potrzeby.

Położyła ręce na kolanach i przyjrzała im się - należały do starej kobiety, kościste, usiane plamami starczymi. Skóra tak cienka, że żyły przebłyskiwały błękitnawo. Te ręce niegdyś obsługiwały instrumenty, pisały raporty, pomagały matce Thareeny w pracy. Teraz drżały, gdy trzymała filiżankę herbaty.

Kiedy się tak postarzałam?

Pytanie było jałowe. Wiedziała dokładnie, kiedy. Dzień po dniu, rok po roku, podczas gdy Stocznia umierała wokół niej, sektory zawodziły jeden po drugim, a liczba ocalałych malała - z dwóch milionów do miliona, do pięciuset tysięcy, do pięćdziesięciu tysięcy.

Pięćdziesiąt tysięcy. Stłoczonych w ostatnich funkcjonujących modułach, jak zwierzęta na tonącym statku.

Zamknęła oczy i pomyślała o Tamirze. O jej twarzy sprzed pięćdziesięciu pięciu lat - młodej, zdecydowanej, pełnej nadziei. Uściskały się wtedy zanim flota odleciała. Thareena poczuła bicie serca Tamiry na swojej piersi i pomyślała: Jeszcze się zobaczymy. Kiedyś, jakoś.

Ale nie zobaczą się. Wiedziała to teraz lepiej niż kiedykolwiek.

Łzy przyszły cicho, bez ostrzeżenia. Płynęły po jej policzkach, kapały na dłonie, a Thareena pozwoliła im płynąć. Nie było tu nikogo, kto mógłby ją zobaczyć. Nikt się nie ostał.

Po jakimś czasie otworzyła oczy, otarła twarz i odwróciła się do klawiatury.

Ostatnie słowa. Muszę je znaleźć.

Palce zaczęły stukać, powoli, z namysłem.

Dzień 21 939 od odlotu Floty

Tamiro,

to będzie moja ostatnia wiadomość.

Słowa stały na ekranie, ostateczne i nieodwołalne. Thareena wpatrywała się w nie, aż się rozmazały.

Systemy energetyczne Stoczni zawodziły. Musieliśmy wyłączyć większość podsystemów, żeby utrzymać podtrzymywanie życia. Jako następna zostanie wyłączona łączność.

Palce zawahały się. Co powinna napisać? Prawdę? Całą, brutalną prawdę o powolnym umieraniu, o beznadziejności, o nocach, w których leżała bezsennie i zadawała sobie pytanie, po co trwa dalej?

Czy kłamstwo? Ostatnie, miłosierne kłamstwo, które oszczędziłoby Tamirze bólu?

Nie. Żadnych kłamstw. Nie teraz, nie na końcu.

Stocznia stała się w większości niezdatna do zamieszkania. Zostało nas tylko pięćdziesiąt tysięcy. Stłoczonych w ostatnich funkcjonujących modułach. Wiemy, co nadchodzi. Widzimy to od dawna.

Słowa płynęły teraz, jakby tylko czekały, aż zostaną uwolnione.

Stałam się starą kobietą. Moje włosy są białe, skóra cienka jak papier. Przeżyłam życie, którego nigdy nie potrafiłabym sobie wyobrazić. W latającym mieście, które powoli umiera.

Zatrzymała się, przeczytała to, co napisała. Brzmiało tak ostatecznie, tak zrezygnowanie. Czy naprawdę to wszystko, co chcę powiedzieć Tamirze?

A co innego? Nadzieję, której nie mam? Obietnice, których nie mogę dotrzymać?

Ale niczego nie żałuję. Przetrwaliśmy. Istnieliśmy. Zachowaliśmy pamięć.

Pamięć. O P3, o ogrodach, zwierzętach i miastach, o niebie, które niegdyś było błękitne. O Tamirze, która biegła obok niej ulicami, śmiejąc się, beztrosko, nie przeczuwając, co nadejdzie.

Jeśli kiedykolwiek przeczytasz te wiadomości - jeśli przetrwały stulecia - to wiedz, że do końca myśleliśmy o was. O was, którzy polecieliście dalej. Którzy mieliście znaleźć nowy świat.

Thareena zamrugała. Łzy wróciły, ale pozwoliła im płynąć, stukając dalej.

Nie opłakuj nas. Mieliśmy dni i lata. Mieliśmy miłość i wspólnotę. Mieliśmy czas, który nam się nie należał.

Pomyślała o Jono Birellu. O jego dłoniach, które trzymały ją, gdy budziła się w nocy z koszmarów. O jego głosie, który ją uspokajał. O pięćdziesięciu latach małżeństwa, które były warte więcej niż całe złoto galaktyki.

A przez cały ten czas byłaś ze mną. Z każdym wspomnieniem. Z każdą myślą.

Słowa rozmazały się przed oczami. Zamrugała gwałtownie, zmuszając się do napisania ostatnich linijek.

Żegnaj, moja najdroższa przyjaciółko. Obyś znalazła niebo łaskawsze niż to, które zostawiłyśmy za sobą.

Na zawsze,

Twoja Thareena

Przeczytała list jeszcze raz, od początku do końca. Każde słowo było jak pożegnanie albo mowa pogrzebowa.

Palec zawisł nad klawiszem wysyłania. Takie proste. Jedno dotknięcie i koniec. Sześć dziesięcioleci przyjaźni zakończonych jednym naciśnięciem klawisza.

Nie zwlekała dłużej.

Wyświetlacz zamigotał.

Wskaźnik integralności danych spadał - jeden procent, pół procenta, zero.

WIADOMOŚĆ WYSŁANA. POŁĄCZENIE ZAKOŃCZONE.

Szum jednostki splątania kwantowego zamarł. Lampki na konsoli gasły, jedna po drugiej, aż pozostała tylko słaba poświata oświetlenia awaryjnego.

Cisza.

Thareena siedziała nieruchomo przed martwą konsolą. Łzy wyschły, ale pustka została - głębsza niż ciemność wokół niej.

To koniec. Wszystko się skończyło.

Pożegnała się z Tamirą. Zaakceptowała to, co nadejdzie. Śmierć, cicha i powolna, jak wszystko na tej umierającej Stoczni.

Cisza po umilknięciu konsoli była inna niż jakakolwiek dotąd. Nie cisza pauzy, nie cisza między dwoma słowami. To była cisza przerwanej nici. Ostateczna. Nieodwołalna.

Thareena siedziała bez ruchu. Ręce spoczywały na martwej klawiaturze, jakby samym dotykiem mogły przywrócić połączenie. Nasłuchiwała - kapania nad sobą, odległego, ledwie wyczuwalnego szumu podtrzymywania życia, własnego oddechu.

To były dźwięki, które zostały. Dźwięki świata, który nie starał się już żyć, a jedynie odwlekał koniec.

Myślała o pierwszych latach po odlocie floty. O nadziei, która wtedy była jeszcze namacalna - że Stocznię da się naprawić, że znajdą się nowe zasoby, że ktoś znajdzie rozwiązanie. Ktoś musi przecież znaleźć rozwiązanie.

Nikt go nie znalazł.

Myślała też o Jonie. O pierwszym wielkim zebraniu po odlocie floty, gdy Stocznia jeszcze tętniła życiem, pełna głosów. Miał wtedy trzydzieści trzy lata - świeżo upieczony główny inżynier, o ciemnych oczach i spokoju, który nie pasował do jego wieku. Stanął przed setkami ludzi i powiedział, że Tamira Sorellin była niezwykłą kobietą. Kimś, kto zrozumiał, że nadzieja nie tkwi w samej nadziei, lecz w pracy. Tego dnia po raz pierwszy naprawdę na niego spojrzała. Minęło pięć lat, zanim z tego pierwszego spojrzenia powstało małżeństwo.

W pewnym momencie - nie wiedziała, czy minęły minuty, czy godzina - wstała. Kości zaprotestowały, stawy bolały, ale zmusiła się, żeby stanąć na nogi.

Miała jeszcze obowiązki. Posiedzenie Rady, które musiała poprowadzić. Decyzje, które musiała podjąć. Ciężar gubernatorki, który dźwigała, czy tego chciała, czy nie.

Opuściła centralę łączności, nie odwracając się. Drzwi zamknęły się za nią z cichym sykiem, który brzmiał jak westchnienie.

Korytarz za nimi tonął w półmroku. Oświetlenie awaryjne rzucało czerwonawe cienie na ściany, na miejsca, gdzie kiedyś wisiały tablice informacyjne, dawno zdemontowane i przetworzone na coś innego. Kroki Thareeny dudniły po metalowej podłodze - samotne, rytmiczne stukanie, które ją wyprzedzało i wracało od ścian, jakby ktoś szedł obok.

Ale nikogo nie było.

Na końcu korytarza skręciła w główne przejście. Tu było cieplej, a powietrze niosło słaby zapach gotowanego białka i czyjejś bliskości. Za drzwiami przylegających modułów żyli Thal-Venai - spali, jedli, kłócili się, pocieszali nawzajem. Pięćdziesiąt tysięcy istot, które jeszcze nie wiedziały, że ostatnie połączenie z flotą właśnie zgasło.

Ten ciężar niosę teraz ja. Sama, do posiedzenia Rady.

Thareena wyprostowała ramiona na tyle, na ile pozwalało jej ciało, i szła dalej. Jej chód nabrał pewności i harmonii. Nie dlatego, że ból zelżał, po prostu nie mogła go okazać. Nie jako gubernatorka. Nie teraz.

Śmierć może poczekać. Ma czas.

*  *  *

Sala Rady, Sektor 4, Stocznia

Dzień 21 939

Twarze przy stole rozmazywały się przed jej oczami. Thareena zamrugała, zmuszając się do skupienia, ale słowa, które godzinę temu napisała do Tamiry, wciąż dudniły w jej głowie.

Wiemy, co nadchodzi. Widzimy to od dawna.

Zaakceptowała śmierć. Godzinę temu, w cichej centrali łączności, pogodziła się z nią. Teraz siedziała tutaj, u szczytu stołu, otoczona tymi, którzy patrzyli na nią tak, jakby dysponowała jakąkolwiek odpowiedzią.

Stół Rady zbudowano kiedyś dla dwudziestu osób. Teraz siedziało przy nim pięć, a puste krzesła wyglądały jak oskarżenie. Na ścianie za Thessanem wyświetlana była niegdyś mapa Stoczni - wszystkie czterdzieści dwa sektory, oznaczone kolorami według funkcji. Ktoś ją dezaktywował przed laty. Nikt nie chciał wpatrywać się w trzydzieści pięć martwych sektorów.

Nie miała odpowiedzi. Miała tylko liczby.

- Aktualny stan ludności... - zaczęła, a jej głos brzmiał obco w jej własnych uszach. - Czterdzieści dziewięć tysięcy osiemset czterdzieści siedem.

Nikt przy stole się nie poruszył. W liście do Tamiry zaokrągliła do pięćdziesięciu tysięcy, bo dokładna liczba nie miała już znaczenia. Tutaj, w Radzie, liczyła się jednak każda dusza.

- Sektory zdatne do zamieszkania: siedem z dawnych czterdziestu dwóch.

Thessan spuścił wzrok. Jego ręce spoczywały na stole, stare i sękate, pokryte plamami jak jej własne. W ostatnich latach stracił troje dzieci, wszystkie na choroby, które niegdyś dałoby się wyleczyć. Teraz żył dla wnuków.

- Hydroponika - kontynuowała - wykazuje krytyczne awarie w Sektorze Osiem. Pozostała wydajność: sześćdziesiąt procent zapotrzebowania.

Veris podniósł głowę.

- Jak długo?

Pytanie, którego nikt nie chciał zadać. Pytanie, na które istniała tylko jedna odpowiedź.

- Przy obecnych racjach... może dwa lata.

Thareena widziała, jak słowa wnikały w nich, dusząc ostatnie resztki nadziei. Znała ten wzrok - widziała go dość często we własnym odbiciu.

- Jest jeszcze coś - powiedziała. Słowa drapały w gardle. - Godzinę temu jednostka splątania kwantowego uległa ostatecznej awarii.

Reakcja była subtelna - wdech, opadnięcie ramion, zamknięcie oczu. Wszyscy wiedzieli, że ten dzień nadejdzie, ale wiedzieć i przeżyć to dwie różne rzeczy.

Korin odezwał się pierwszy.

- Co to oznacza?

- Oznacza, że jesteśmy zdani na siebie - powiedziała jak gubernatorka, nie jak kobieta, która godzinę temu płakała. - Żadnego połączenia ze światem zewnętrznym, łącznie z flotą.

Korin uderzył otwartą dłonią w stół.

- I to tyle? Siedzimy tu i czekamy na koniec?

- Korin... - zaczął Veris.

- Nie! - Korin zerwał się, młody i pełen gniewu, którego Thareena niemal mu zazdrościła. - Coś na pewno można zrobić, cokolwiek!

Thareena patrzyła na niego. Znała ten wzrok - sama go miała, trzydzieści lat temu, dwadzieścia, może nawet dziesięć. Zanim liczby odebrały jej nadzieję, ułamek po ułamku.

- Jeśli masz propozycję - odrzekła spokojnie - jestem gotowa jej wysłuchać.

Korin otworzył usta, po czym zamknął je bezradnie. Gniew w jego oczach zamigotał, szukając oparcia, ale nie istniało nic, co mogłoby go dostarczyć.

Wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz przepłynął odłamek poszycia zewnętrznego, wolno obracając się w promieniach słońca, które z tej odległości było niewiele więcej niż szczególnie jasną gwiazdą. Pamiętała, jak wyglądał widok z tego okna kiedyś - gwar ruchu, promy kursujące między sektorami, pulsujące światła stacji dokujących. Teraz była tylko czerń, przetykana gwiazdami tak odległymi, że równie dobrze mogły być złudzeniem.

- Będziemy musieli omówić kolejne kroki - powiedziała. - Reglamentację, podział energii, sprawy...

Urwała. Słowa brzmiały pusto, wyzbyte sensu, bo po co było mówić o racjonowaniu czegokolwiek, skoro koniec był przesądzony?

Nikt się nie odezwał. Thareena czekała - na sprzeciw, pomysł, cokolwiek, ale nic nie nadeszło. Tylko Veris skinął głową, powoli, jakby potwierdziła coś, o czym i tak był już od dawna przekonany.

- W takim razie odraczamy.

Członkowie Rady ciężkim krokiem opuszczali salę jeden po drugim ze spuszczonymi głowami.

Thareena została przy oknie.

Przetrwaliśmy. Istnieliśmy.

Ale czy to wystarczy? Czy samo istnienie wystarczy?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

*  *  *

Kwatera prywatna, Sektor 4, Stocznia

Dzień 21 939 (noc)

Jak tylko drzwi się zsunęły, Thareena oparła czoło o ich chłodną powierzchnię i zacisnęła powieki.

Była pusta. Wydrążona. Łzy, które wylała w centrali łączności, zabrały ze sobą wszystko - ból, strach, nadzieję. Została tylko ta cisza, to głuche pustkowie, które rozrastało się w niej jak szron na metalu.

- Thareena?

Gdzieś z głębi pokoju dobiegł ją zaniepokojony głos Jona. Nie otworzyła oczu.

- Zrobiłam to - wyznała. - Ostatni list. Do Tamiry. Napisałam jej wszystko. Całe pożegnanie.

- Chodź - powiedział łagodnie, zbliżywszy się do niej pewnym krokiem, i położył dłonie na jej ramionach. - Usiądź.

Pozwoliła się poprowadzić przez mały pokój, który od pięćdziesięciu lat był jej domem. Na ścianie nad biurkiem wisiało wyblakłe zdjęcie P3 - pasmo górskie pod błękitnym niebem, zrobione przed ewakuacją. Obok na wąskiej półce stała gliniana misa, którą Tamira uformowała dla niej na pożegnanie. Krawędź była nadtłuczona, glina zmatowiała, ale Thareena nigdy jej nie wyrzuciła. Pewne rzeczy zatrzymuje się nie dlatego, że są przydatne, lecz dlatego, że dowodzą, iż coś istniało.

Materac ugiął się pod jej ciężarem, znajomy, zużyty latami. Jono usiadł obok, ale już jej nie dotykał. Czekał.

- Pożegnałam się z nią - wyszeptała Thareena. Głos jej się załamał. Pustka w niej wypełniała się czymś innym - wyczerpaniem, zmęczeniem sięgającym głębiej niż kości i mięśnie. - A najgorsze jest to, że nawet nie wierzę, by kiedykolwiek to przeczytała.

Śmiech, suchy i gorzki, utknął jej w gardle.

Jono milczał. Cisza, którą zachowywał, nie była wyrazem obojętności, znała go dostatecznie dobrze, by to wiedzieć. To była cisza mężczyzny, który cierpliwie słuchał, wiedząc, że przyjdzie jego kolej na mówienie.

- Napisałam jej, że niczego nie żałuję. - Podniosła na niego wzrok i podchwyciła jego spojrzenie w słabym świetle, ciemne i ciepłe, tak znajome po pięćdziesięciu latach. - Ale to nieprawda, Jono. Żałuję. Żałuję, że nigdy nie zobaczyłam jej ponownie. Żałuję, że jestem tutaj, w tej skorupie, która każdego dnia kurczy się o kawałek, podczas gdy ona gdzieś tam być może znajdzie nowy świat. Żałuję...

Łzy przyszły same, gorące i nie do opanowania. Myślała, że nie ma ich już więcej, ale się myliła. Płynęły, a wraz z nimi tak długo tłumione ból, strach, żałoba.

Jono przyciągnął ją do siebie. Bicie jego serca przy jej uchu było miarowe, spokojne. Spowiło ją jego ciepło, aż w pewnym momencie, po minutach albo godzinach, łzy wyschły. Thareena leżała cicho w jego ramionach, wyczerpana, pusta, ale jakoś lżejsza.

- Przepraszam - wymamrotała.

- Za co?

- Że jestem taka... - Szukała właściwego słowa. - Słaba.

Jono prychnął cicho.

- Jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam. Trzymałaś tę Stocznię w całości, odkąd Maron zmarł. Utrzymałaś przy życiu pięćdziesiąt tysięcy Thal-Venai. To nie jest słabość.

Wyprostowała się, spojrzała na niego. Jego twarz była poważna, ale w oczach miał coś innego - coś, czego nie potrafiła od razu rozpoznać.

- Jono - powiedziała powoli. - Co się dzieje?

Zawahał się. Jego wzrok powędrował ku biurku, gdzie między starymi raportami i diagramami leżało coś, czego nie znała - stos odręcznych notatek, a obok datapad z wygaszonym ekranem. Potem spojrzał z powrotem na nią.

- Jest coś, co chcę ci pokazać.

- Teraz? - Wyczerpanie ciążyło na niej jak fizyczny balast. - Czy to nie może poczekać do jutra...?

Zaprzeczył krótko i stanowczo, a coś w jego tonie zatrzymało ją. Znała Jona, znała każdy niuans jego głosu, każdą zmarszczkę wokół oczu. Teraz dostrzegła w nich coś, czego nie widziała od lat.

Podniecenie. Nadzieję.

- Co? - wyszeptała.

Jono podszedł do biurka po datapad, po czym usiadł ponownie przy niej, trzymając urządzenie między nimi.

- Napisałaś Tamirze, że wiemy, co nadchodzi - powiedział cicho. - Ale co, gdybyśmy mogli to zmienić?

Thareena wpatrywała się w niego. Słowa nie miały sensu, nie po tym wszystkim, przez co właśnie przeszła, nie po pożegnalnym liście, który napisała.

- Zmienić? - powtórzyła. - Jono, nie możemy nic zmienić. Stocznia umiera. Hydroponika zawodzi. Za dwa lata...

- Za dwa lata będziemy martwi, jeśli tu zostaniemy - przerwał. - Ale co, jeśli nie zostaniemy?

Patrzyła na niego, długo, w milczeniu. Potem wstała.

- Postradałeś zmysły?

Słowa padły ostrzej niż zamierzała, ale nie mogła inaczej. Nie teraz. Nie po tym dniu.

- Dokąd mamy lecieć, Jono? Promy nie wystarczą, arki odleciały, nie mamy nic...

- Mamy Hangar Siedem.

Słowa uciszyły ją. Stała pośrodku pokoju, wpatrując się w niego ze skrzyżowanymi ramionami.

Hangar Siedem, stary transporter, którego nigdy nie naprawiono. Zapomniała o nim, przez te wszystkie lata, w tym całym chaosie. Relikt z czasów, gdy Stocznia jeszcze funkcjonowała, odstawiony w hangarze, który dawno nie był ogrzewany.

- Transporter? - zapytała z niedowierzaniem. - Nie jest zdolny do lotu. Nigdy nie został...

- Ale mógłby. - Jono włączył datapad. Pojawiły się liczby i diagramy, obliczenia, plany. - Pracowałem nad tym przez ostatnie cykle. Potajemnie, bo chciałem najpierw mieć pewność. Nie chciałem nikomu dawać złudnej nadziei.

- Złudnej nadziei. - Thareena zaśmiała się, ale nie był to wesoły śmiech. - Jono, to jest dokładnie to. Nadzieja, której nie możemy spełnić.

Odwróciła się, podeszła do zdjęcia na ścianie. Pasmo górskie P3, nieme i niezmienione za matowym szkłem. Ile razy wpatrywała się w ten obraz, pragnąc się tam znaleźć? Ile razy przekonała się, że pragnienia niczego nie zmieniają?

- Thareena. - Jono odłożył datapad i wstał, by podejść do niej, zachowując pewien dystans. - Nie jestem marzycielem, wiesz o tym. Zostałem inżynierem Stoczni w wieku trzydziestu dwóch lat. Rok przed katastrofą. Przez pięćdziesiąt sześć lat utrzymywałem systemy energetyczne tego sztucznego księżyca w ruchu. Nie liczę na nadzieję, tylko z użyciem konkretnych liczb.

Odwróciła się do niego. Jego twarz była spokojna, skupiona - twarz inżyniera, nie męża.

- Liczby mówią, że to możliwe - powiedział. - To mi wystarczy.

Thareena milczała. Patrzyła mu w oczy, szukając samookłamywania, desperacji przebranej za nadzieję. Niczego takiego nie znalazła. Tylko przekonanie. Spokojne, trzeźwe, niewzruszone.

- Nie wszyscy. To niemożliwe. Ale niektórzy tak, wystarczająco, żeby kolonia przetrwała.

Wystarczająco, żeby kolonia przetrwała.

Godzinę temu pożegnała się z Tamirą. Godzinę temu pogodziła się ze śmiercią.

A teraz Jono mówił o przetrwaniu.

Wróciła do łóżka i usiadła, pocierając oczy. Rozum walczył sam ze sobą. Ta część, która napisała list, która zaakceptowała, która odpuściła, przeciwko innej, starszej i zdeterminowanej, która odmawiała poddania się.

- Pokaż mi - powiedziała w końcu, a głos jej drżał. - Pokaż mi wszystko.

Jono usiadł obok niej, włączył datapad i zaczął wyjaśniać.

*  *  *

Biuro Birella, sekcja inżynieryjna, Stocznia

Dzień 21 939 (późna noc)

Nie zamienili ani słowa w drodze tutaj. Mijając zamknięte drzwi sektorów, Thareena szła za Jonem przez korytarze pogrążone w półmroku migoczącego oświetlenia awaryjnego, a pytanie: "Co jeśli ma rację?" z każdym krokiem nasuwało się coraz bardziej nachalnie.

Nie chciała w to wierzyć. Jeszcze nie.

Biuro Jona w sekcji inżynieryjnej było pomieszczeniem, w którym nie była od cykli. To, co zastała, zatrzymało ją w progu.

Chaos, ale wynikający nie tyle z zaniedbania, ile odzwierciedlający tryb życia kogoś, kto pracował w obsesji. Na biurku, podłodze, na jedynym krześle leżały spiętrzone jeden na drugim datapady, ściany zaś pokrywała mozaika ręcznie rysowanych diagramów, wszystkie pokryte poprawkami, niektóre przekreślone, inne zaakcentowane na czerwono. Puste kubki stały na każdej wolnej powierzchni, z brzegami przebarwionymi od wciąż tej samej syntetycznej herbaty. W kącie leżał zwinięty koc.

Tu spał. Nocami, może całymi cyklami. Podczas gdy ona leżała w kwaterze i poddawała się umieraniu, on siedział tutaj i szukał wyjścia.

Uświadomienie sobie tego uderzyło ją z siłą, której się nie spodziewała. Nie gniew - to minęło. Coś innego. Wstyd, może. Albo wdzięczność. Nie potrafiła tego rozdzielić.

- Przepraszam za bałagan - powiedział Jono i zsunął stos papierów z krzesła. - Siadaj.

- Wolę stać.

Skinął głową, jakby niczego innego się nie spodziewał, po czym włączył projektor holograficzny na biurku. Światło zamigotało, ustabilizowało się i w powietrzu przed nią zawisł statek.

Był brzydki. To była pierwsza myśl Thareeny, mimowolna i bezlitosna. Masywny, niedokończony, z ostrymi krawędziami i widocznymi spoinami, które biegły po kadłubie jak blizny. Żadna elegancka arka, żaden cud inżynierii. Wół roboczy, surowy i niewykończony, wyglądający, jakby ktoś porzucił go w połowie budowy - i pewnie tak właśnie było.

- Transporter z Hangaru Siedem - powiedział Jono. - Oryginalna pojemność dla krótkich lotów, do których został zaprojektowany, wynosiła pięciuset pasażerów, jeśli jednak zainstalujemy moduły stazowe...

Stuknął w projekcję. Wnętrze statku wypełniło się rzędami zbiorników - ustawionych ciasno obok siebie, jak trumny w zbiorowym grobie. Thareena odepchnęła tę myśl.

- ...dojdziemy do tysiąca trzystu, może tysiąca pięciuset.

Tysiąc pięćset. Z pięćdziesięciu tysięcy.

- To trzy procent - powiedziała bezbarwnie.

- Wiem.

Thareena okrążyła powoli projekcję, oglądając statek ze wszystkich stron. Z każdego kąta wyglądał tak samo - niewystarczająco. Za mały, zbyt surowy i prowizoryczny na to, co Jono proponował.

- A napęd? Transporter nie ma napędu do podróży międzygwiezdnych.

- Nie, ale Sektor Dziewiętnaście go ma - Jono odsunął projekcję i wywołał nową: rysunki techniczne, przekroje, obliczenia energetyczne. - Napęd na antymaterię do dwudziestej pierwszej arki. Ukończony w siedemdziesięciu ośmiu procentach. Brakujące komponenty możemy skanibalizować z innych systemów.

- Skanibalizować... - Poczuła smak tego słowa. - Chcesz powiedzieć, że rozbierzemy Stocznię.

- Stocznia i tak umiera. To byłaby ostatnia racja jej bytu.

Logika była okrutna, ale nie do odrzucenia. Thareena nienawidziła jej za to.

- Ile mielibyśmy czasu? - zapytała. - Do momentu, aż statek byłby zdolny do lotu?

- Dziesięć do dwunastu cykli, może więcej - Jono zawahał się. - Przy pełnej obsadzie pozostałych inżynierów.

- Czyli prawie cały pozostały czas życia Stoczni.

Thareena odwróciła się, gdy przytaknął. Pomiędzy diagramami wisiało na ścianie małe zdjęcie - ona i Jono, sprzed lat, przed jednym z okien widokowych. Nie pamiętała, kiedy zostało zrobione. Ledwo rozpoznała kobietę na fotografii, jeszcze się wtedy uśmiechała.

- W drodze tutaj wspomniałeś, że podróż potrwa trzysta dwadzieścia lat - powiedziała.

- W stazie się nie postarzejemy, nie odczujemy też upływu czasu.

- A kiedy się obudzimy?

- Będziemy już przy A3X. - Ścisnął jej dłoń. - Przy Tamirze. Być może.

Odwróciła wzrok. Ta myśl była absurdalna, niemożliwa, okrutna w tym, ile budziła nadziei. Dzisiejszego wieczoru zaakceptowała, że nigdy nie zobaczy Tamiry ponownie i się z nią pożegnała.

A teraz...

Spojrzała z powrotem na projekcję. Statek. Tysiąc pięćset miejsc.

- Będziemy musieli zdecydować, kto poleci - powiedziała znów głosem gubernatorki. - Kto przeżyje, a kto umrze... Wiesz, co opowiedziała mi kiedyś Tamira o loterii na P3?

Jono pokręcił głową.

Thareena usiadła na krześle opróżnionym z zastawiających je drobiazgów. Wspomnienie przyszło samo, nieproszone, boleśnie wyraźne.

- Napisała mi, że nigdy nie zapomniała twarzy. Twarzy tych, którzy nie zostali wybrani. Nie chodziło nawet o gniew czy rozpacz, tylko coś gorszego, zrozumienie. Zrozumieli, co to znaczy, i zaakceptowali to. Ta cicha zgoda dotknęła Tamirę bardziej niż jakikolwiek krzyk.

Spojrzała na Jona.

- A teraz ja mam to zrobić. Mam stanąć przed pięćdziesięcioma tysiącami Thal-Venai i powiedzieć: tysiąc pięćset z was może żyć. Reszta umrze tutaj.

Jono odwzajemnił jej spojrzenie i dostrzegła w nim, że już to przemyślał, zdając sobie sprawę z wagi tego, co jej proponował.

- Nie sama - powiedział. - Wspólnie z Radą.

- Rada. - Posłała mu gorzki uśmiech. - Pięcioro decyduje o losie pięćdziesięciu tysięcy. To nie jest demokracja, Jono. To wyrok śmierci.

- Ale alternatywą jest wyrok śmierci dla wszystkich.

Thareena wpatrywała się w projekcję, w statek, który może - może - mógł uratować życie tysiącu pięciuset Thal-Venai. Czterdzieści osiem i pół tysiąca umrze nieodwołalnie, rzecz w tym, czy pozostałe półtora podzieli ten los.

Takie to proste. Takie okrutne.

- Potrzebuję wszystkiego - powiedziała w końcu. - Każdego obliczenia, każdego planu, każdej zmiennej. Zanim przedstawię to Radzie, muszę być pewna. Nie na siedemdziesiąt osiem ani dziewięćdziesiąt procent, tylko pewna.

- Absolutna pewność nie istnieje, Thareena. Wiesz o tym.

- W takim razie tak blisko niej, jak to możliwe. - Wstała, odgarniając włosy z twarzy. - I ani słowa nikomu. Przynajmniej do czasu, aż będziemy wiedzieć, że to działa. Nie dam nikomu nadziei, której nie możemy spełnić.

- Zgoda - przytaknął Jono.

Thareena podeszła do drzwi, ale zatrzymała się, żeby raz jeszcze spojrzeć za siebie. Stał przed projekcją ze swoimi obliczeniami, cyklami pracy, która albo pójdzie na marne, albo zmieni wszystko.

- Jono.

- Tak?

- Dziękuję.

To jedno słowo niosło w sobie wszystko - ciężar dnia, łzy, gniew, list do Tamiry i kruchą, niebezpieczną możliwość, że może jednak czeka ich jakiś ciąg dalszy.

Jono uśmiechnął się, nie triumfalnie ani z ulgą, uśmiechem mężczyzny, który wiedział, co ich czeka, zaś Thareena opuściła biuro i ruszyła z powrotem ciemnymi korytarzami Stoczni. W głowie kręciły jej się liczby, plany, twarze.

Tysiąc pięćset.

Czterdzieści osiem i pół tysiąca.

I pytanie, które przysłaniało wszystko inne: kto ma decydować o dalszym losie wszystkich?