Intencja - Jan Dzikowski

Reflow text when sidebars are open.
Rok 1410 OP
Żałoba, jak mówią, jest pierwszym strażnikiem śmierci. Lecz czym jest żałoba, gdy śmierć zastąpi coś znacznie gorszego?
- Z "Księgi Zapomnianych Dni", odnalezionej w ruinach Wielkiej Biblioteki Lysathan, autor nieznany.
Kapitan Elren Dravengard stał na murach Lysathan, czując, jak jego palce zaciskają się na rękojeści miecza z siłą, od której bielały mu kostki. Przed nim rozciągał się widok, który jeszcze wczoraj uznałby za niemożliwy: wielkie pola Aldarion pokrywała fala uciekinierów z południa, a za nimi nadciągała ściana czerni tak gęstej, że zdawała się pożerać samo światło.
- Wysłaliście gońców? - zapytał, a jego głos był nienaturalnie spokojny.
- Tak, panie - odpowiedział stojący obok porucznik. - Trzy godziny temu. Przy odrobinie szczęścia dotrą do Sildar przed zmrokiem i do Vharun w ciągu dwóch dni.
- Przy odrobinie szczęścia... - powtórzył jak echo Elren.
Wieści o katastrofie w Artever dotarły zaledwie kilka godzin wcześniej. Goniec z Artever przybył do Lysathan wcześnie rano, na koniu tak wyczerpanym, że zwierzę padło tuż za bramą miasta. Człowiek był w niewiele lepszym stanie, a jego oczy nadal były szeroko otwarte z przerażenia. Opowiadał o czarnej chmurze pochłaniającej Azarion, o ludziach zmieniających się w bestie i o magii, która zamiast leczyć i tworzyć, niosła śmierć i zniszczenie.
Początkowo rada królewska uznała go za szaleńca. Lysathan, duma Aldarion, z pewnością zostałaby poinformowana, gdyby sąsiedzkie państwo stanęło w obliczu takiej katastrofy. Potem jednak zaczęli napływać uchodźcy, początkowo dziesiątki, potem setki, a wreszcie - jak teraz - tysiące. Ich przerażone oczy i trzęsące się ręce mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.
A potem, jak złowieszczy zwiastun końca, na południowym horyzoncie pojawiła się ona - Chmura Skażenia.
Król Tarvel Odrion zarządził ewakuację. Wozy, przeładowane ludźmi próbującymi uciec przed koszmarem, wyjeżdżały jeden po drugim. Kapitan Dravengard miał rozkaz utrzymać południową bramę tak długo, by dać cywilom wystarczająco dużo czasu na ucieczkę. Patrząc na morze ludzi ciągnące się aż po horyzont, wiedział, że to zadanie będzie niewykonalne.
- Kapitanie! - rozległ się krzyk. Młody żołnierz, blady jak papier, wskazywał w stronę traktu. - Na południowym trakcie! Coś... coś się z nimi dzieje!
Dravengard natychmiast przyłożył lunetę do oka. Poczuł mdłości. Niektórzy ludzie w stłoczonym tłumie padali na ziemię, a ich ciała miotały się w konwulsjach. Z tej odległości nie mógł rozróżnić wszystkich szczegółów, ale dostrzegł, jak chwile później wstają przemienieni w... coś... i rzucają się na tych, z którymi jeszcze przed chwilą dzielili trudy podróży.
- Zamknąć bramę! - ryknął. - Podnieść most!
- Ale panie, tam wciąż są ludzie! - zaprotestował porucznik.
- Dla nich jest już za późno - odpowiedział cicho Dravengard, ale w jego głosie nie było cienia dyskusji.
Z ciężkim sercem obserwował, jak most powoli się unosi, odcinając tysiące ludzi od iluzorycznego bezpieczeństwa. W oddali chmura wciąż rosła, pożerając milę za milą.
Skrzypnęły drzwi baszty. Królewski mag, Rolan Aevras, wspinał się po schodach, ciężko dysząc. Jego szaty, ozdobione symbolami Kościoła Daru, łopotały na wietrze.
- Kapitanie. Jego Wysokość wzywa na naradę.
- Nie mogę opuścić stanowiska - odparł Elren.
- Nie rozumiesz - mag pokręcił głową. - Ta... rzecz. To nie jest zwykły wróg. Mury jej nie powstrzymają.
- Co sugerujesz?
- Wielką Barierę. - Oczy maga błyszczały gorączkowo. - Wszyscy magowie. Każdy kamień mocy, każdy artefakt. Wszystko.
Elren poczuł zimny dreszcz.
- Słyszałeś uciekinierów. Magia tylko to przyspiesza. Na rozkaz króla moi żołnierze pozbyli się wszystkich artefaktów i magicznych zbroi, bo stanowiły dla nich zagrożenie. A teraz ty chcesz zrobić coś takiego? To nie ma sensu.
- To nasza jedyna szansa! - krzyk maga był niemal histeryczny. - Rzemieślnicy w Sanktuariach mają pomysł, ale potrzebują czasu. Musimy go dla nich zyskać!
Kapitan spojrzał na chmurę. Była tuż-tuż.
- Nie masz pojęcia, czy to zadziała - stwierdził cicho.
- Nie mamy wyboru - odparł mag. - Jego Wysokość podjął decyzję.
Elren zacisnął szczękę. Schodząc z murów, wydawał ostatnie rozkazy z poczuciem, że właśnie skazuje własnych ludzi na śmierć.
Wielki Plac Lysathan, zazwyczaj miejsce uroczystości i świąt, teraz wypełniali magowie - od potężnych rzemieślników po adeptów ledwo po inicjacji. Stali w koncentrycznych kręgach, z królem Tarvelem w samym centrum. Na bruku placu wyryto olbrzymi, skomplikowany wzór runiczny - potężny układ ochronny, który miał skoncentrować ich połączoną moc.
Elren zajął miejsce wśród doradców królewskich, czując się dziwnie odsłonięty bez swojej zbroi i miecza.
- To szaleństwo - wyszeptał.
- Co innego mogliśmy zrobić? - wyszeptał stojący obok królewski doradca. Dravengard nie odpowiedział.
Gdy magowie rozpoczęli rytuał, pierwsze bestie pojawiły się na murach. Elren zobaczył, jak jednak z nich z nadnaturalną wręcz szybkością dopada strażnika i zrzuca go z blanków jak szmacianą lalkę. Za nią pojawiły się kolejne - wynaturzone kształty, które kiedyś były ludźmi.
Na placu król uniósł ręce, a wraz z nim setki innych. Kamienie mocy rozjarzyły się, zasilając runy. Niebo nad Lysathan rozbłysło, gdy uwolniono potęgę magii. Przez jeden krótki moment Elren pomyślał, że to może się udać - energia wystrzeliła w górę, formując nad miastem kopułę.
A potem zobaczył czarne, pulsujące żyły, pojawiające się na rękach magów. Najpierw u kilku, potem u dziesiątek, w końcu u wszystkich. Błękitne światło run sczerniało, a kamienie mocy eksplodowały odłamkami.
Król Tarvel upadł ostatni. Elren patrzył z przerażeniem, jak władca Aldarion - człowiek, któremu służył przez całe życie - powoli zmienia się w coś, co nie było już człowiekiem. Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy - i Elren zobaczył w spojrzeniu monarchy ból, szok, a na końcu nieskończoną wściekłość, gdy król Aldarion przestał być sobą.
Chmura Skażenia zalała miasto. Lysathan, duma Aldarion, upadło, pochłonięte przez dar, który stał się jego przekleństwem.