ROZDZIAŁ 1
Gwen
Wszystko zaczyna się tak słodko, bo w piątek przyjdą dokumenty adopcyjne.
Sam Cade, mój partner, mój kochanek, został oficjalnie ojcem dwójki moich dzieci, Lanny i Connora Proctorów. A kiedy dotrą dokumenty, usiądziemy z dziećmi, najemy się ciasta, będziemy płakać i się ściskać. Czuję w sobie tak ogromną miłość, że chyba zaraz pęknę. Zresztą cały weekend zapowiada się wspaniale, lepszy niż kiedykolwiek.
Budzę się jednak przed nastaniem świtu w poniedziałek i czuję, jak łomocze mi serce. Odnoszę wrażenie, że coś się stało. W tylnej części gardła mam słaby posmak krwi, pozostałość po koszmarze, który wślizgnął się do mojego snu.
Pamiętam ostatnie słowo z koszmaru. Gina. Moje dawne imię, nic już dla mnie nieznaczące, ponieważ Gina Royal, była żona seryjnego mordercy, jest tylko wspomnieniem, duchem. Znam ten głos ze snu wystarczająco dobrze, żeby poczuć w żyłach uderzenie adrenaliny. Melvin Royal nie żyje i gnije w ziemi. Ale mojego ciała nie obchodzi taka prosta logika. Ono reaguje na niego w sposób, którego nie potrafię kontrolować... Nawet jeśli jest tylko wytworem mojej udręczonej wyobraźni.
Wiem, dlaczego mnie nawiedza. Nie lubi, kiedy się go zastępuje w życiu jego dzieci. Ale Melvin Royal, potwór, nie zasługuje na to, by o nim pamiętać. Obyś smażył się w piekle, Melvin.
Oddycham miarowo, aż mój puls zwalnia, posmak znika, a adrenalina odpływa.
W końcu spoglądam na zegarek. Czwarta nad ranem. Obracam się lekko i czuję obok ciepło Sama. Mój kochanek jeszcze się nie obudził i cicho pochrapuje. Nic nie nawiedza jego snów. Próbuję się w niego wtulić, nasze ciała pasują do siebie jak kawałki układanki. W ten sposób powinnam odzyskać poczucie spokoju, wrócić do krainy snów.
Wciąż jednak czuję niespokojne kłucie włosków na karku. Koszmar odszedł, ale coś wciąż jest nie tak. Nauczyłam się już zwracać uwagę na pierwotne instynkty. Nieraz uratowało mi to życie.
Wstaję z łóżka, nie budząc go - tak mi się przynajmniej wydaje, dopóki nie dotykam dłonią klamki od drzwi sypialni.
- Dzieci? - pyta zupełnie przytomnym głosem.
- Nie wiem - odpowiadam. - Tylko sprawdzam. Pewnie nic. - Nie chcę mu opowiadać o śnie. Cień Melvina zawsze pada na nas i ma ku temu dobry powód. Ale sen nie ma nic wspólnego z moim obecnym uczuciem niepokoju.
- Chyba i tak mam ochotę na szklankę wody - mówi swobodnym tonem. Zdążył już usiąść i wsuwa stopy w buty. Ja też to zrobiłam - dbam o refleks, o gotowość do ucieczki. Jest już wiosna, ale wczesne poranki nadal są chłodne. Czuję zimne powietrze na nagich nogach, kiedy otwieram drzwi sypialni.
W jednej chwili ogarnia mnie dezorientacja. To nie jest mój korytarz. Jest zbyt szeroki, a dywan ma niewłaściwy kolor. Czuję się, jakbym pochodziła z innego czasu i miejsca, ale potem wszystko wokół mnie się uspokaja. Przypomniałam sobie po prostu stary dom, ten w Stillhouse Lake. Przeprowadziliśmy się. Dom nad jeziorem jest obecnie wystawiony na sprzedaż, w tej chwili wynajęty, ale mam nadzieję, że znajdziemy kupca w ciągu nadchodzących miesięcy. Teraz mieszkamy w Knoxville. Mamy nowy dom. Nowych, przyjaznych sąsiadów. Dobre szkoły. Wszystko jest w najlepszym porządku.
Z wyjątkiem dziwnego uczucia na karku, które mówi mi co innego.
Gina - szepcze Melvin gdzieś w mojej głowie. Możesz uciekać, ile tylko chcesz. Nigdy jednak nie uciekniesz wystarczająco daleko.
Ty nie żyjesz - odpowiadam mu. I jesteś wystarczająco daleko.
Korytarz jest ciemny, oświetlają go jedynie lampki biegnące wzdłuż ściany tuż nad podłogą. Pokój Connora jest pierwszy po prawej. Uchylam nieco drzwi i widzę, że mój syn nie śpi. Siedzi na łóżku i patrzy w ciemność. Odwraca się do mnie z pobladłą twarzą.
- Słyszałaś to? - pyta szeptem.
Nie jest już moim małym chłopczykiem, z wyjątkiem takich chwil jak ta. Skończył już piętnaście lat. Wciąż mam ochotę go przytulać i kołysać w ramionach, ale tego nie robię. Zaczynam sobie uświadamiać, jakie to trudne, że nawet moje najmłodsze dziecko nie jest już maleństwem i że muszę pozwolić mu dorosnąć.
- Wszystko w porządku - mówię do niego. Sam stoi za moimi plecami w korytarzu. - Panujemy nad sytuacją. Znasz plan?
Kiwa głową. Zna plan. Znają go wszyscy w tym domu.
Zamykam drzwi i słyszę, jak wstaje i przesuwa wewnętrzną zasuwę, którą zamontowałam dla bezpieczeństwa. Dobrze. Krok pierwszy: opóźnić przedostanie się intruza do pokoju. Krok drugi: jeśli w ciągu kilku minut nie rozlegnie się sygnał "jest bezpiecznie", nacisnąć przycisk cichego alarmu, który jest połączony bezpośrednio z policją w Knoxville. Krok trzeci: wydostać się przez okno w pokoju i wezwać pomoc. Nie zatrzymywać się bez względu na wszystko.
Wszyscy znamy plan, bo zawsze istnieje możliwość, że będziemy musieli z niego skorzystać.
Idę do łazienki. Jest ciemno, ale i tak sprawdzam okna. Są szczelnie zamknięte i zablokowane, a poza tym za małe, żeby mógł się przez nie prześlizgnąć jakikolwiek intruz. W końcu wchodzę do pokoju córki. Tutaj też jest ciemno. Czuję powiew świeżego, wilgotnego powietrza z zewnątrz. Okno jest zamknięte, ale było otwarte przez dłuższy czas.
Cholera.
Zapalam światło i Lanny - Atlanta, choć poza nauczycielami nikt nie zwraca się do niej w ten sposób - pojękuje i unosi głowę, żeby na mnie spojrzeć. Wciąż ma na twarzy makijaż z klubu - ciemną oprawę wokół pięknych oczu i srebrne gwiazdki na policzkach. Włosy pofarbowała na wszystkie kolory tęczy.
- Co jest? - warczy i chowa twarz w poduszkę. - Mamo!
Muszę przełknąć wielką kulę frustracji, gniewu i strachu.
- Gdzie byłaś?
- Nigdzie.
- Lanny. Widać, że właśnie przyszłaś. Znów wyłączyłaś obwód alarmowy w oknie. Zdajesz sobie sprawę, na jakie niebezpieczeństwo narażasz brata w ten sposób? - Czasami ten argument działa.
Ale nie dziś. Lanny zawija się w pościel i nakrywa głowę poduszką.
- Możesz zostawić mnie samą? To był dobry dzień, dlaczego musisz wszystko rujnować?
Moja córka ma siedemnaście lat, a zachowuje się jak trzydziestolatka i niewiele mogę na to poradzić. Wie, że na zewnątrz nie jest bezpiecznie, ale wydaje się zdeterminowana, żeby udowodnić, że poradzi sobie ze wszystkim. Przeraża mnie to. Kiedy nie umieram ze strachu o nią, cieszę się zarazem, że moje dziecko jest takie silne. Jednak nie jest jeszcze dorosła, a ja wiem, że muszę znaleźć sposób na to, żeby trzymała się zasad przez najbliższy rok, po którym będzie już mogła podejmować własne decyzje. Własne straszliwe błędy, którym nie będę mogła zapobiec, oraz konsekwencje, przed którymi jej nie uchowam. Tak właśnie wygląda piekło bycia nami: normalne potknięcia większości dziewcząt w jej wieku są zupełnie inne w przypadku dziecka Melvina Royala. Stawka jest zawsze dużo wyższa.
Mam ochotę owinąć moje dzieci folią bąbelkową i umieścić je bezpiecznie na półkach, gdzie świat nigdy nie będzie mógł ich dotknąć. Ale one nie są zrobione z porcelany i nieważne jak silne są te moje instynkty obronne, muszę z nimi walczyć. Nie mogę wzmacniać uścisku, ale muszę postarać się go rozluźnić.
Mogłabym na nią nakrzyczeć, ale już wcześniej tego próbowałam. Lanny jest uparta i ma to po mnie. Będę musiała być mądrzejsza, a nie głośniejsza. Najbardziej się boję, że moja niezależna, dzielna, mądra i czasami nierozważna córka może po prostu... odejść. Uciec. A sama pozostanie bez żadnej ochrony.
Muszę znaleźć sposób na to, żeby zatrzymać ją z nami jeszcze trochę dłużej. Wiem, że muszę się pogodzić z tym, że w końcu ją stracę, niezależnie od czyhających na zewnątrz niebezpieczeństw.
Ale jeszcze nie teraz.
- Porozmawiamy później - mówię. Lanny znów jęczy, tym razem w reakcji na ten pomysł. Zamykam drzwi i zostawiam ją samą. Kiedy się odwracam, Sam patrzy na mnie ze spokojem, ale uważnie, a kiedy wzdycham, jedynie kręci głową. On rozumie. Rozumie lepiej, niż mogłabym tego oczekiwać.
- Myślisz, że wyszła z Vee? - pyta.
- Pewnie tak - odpowiadam. Vee - Vera Crockett, dziewczyna ze zgniłego miasteczka Wolfhunter w stanie Tennessee - już dawno temu znalazła się pod naszą opieką, choć nigdy nie pozwalała nikomu sobą rządzić. Po kilku tygodniach, które spędziła z nami w Knoxville, zaczęła się starać o uzyskanie statusu samodzielnej małoletniej. Prawda jest taka, że i tak już go miała, bo nigdy nie przestrzegała niczyich zasad, a gdybym nie pomogła jej na płaszczyźnie prawnej, żyłaby całkowicie według własnych. Znów. Pomogliśmy więc i przynajmniej zapewniliśmy, że w razie problemów Samodzielna Małoletnia Vee trzyma się relatywnie blisko nas.
Vee to dziewczyna, która sporo wycierpiała, ale ja w nią wierzę. Nie dała się złamać, a przynajmniej nie w większym stopniu niż każde z nas. A to całkiem w jej stylu, że namówiła Lanny, swoją rówieśniczkę, do wyjścia do klubu wbrew ścisłym regułom domowym.
- Może powinnam opieprzyć Vee - stwierdzam. - Gdyby nie ona, Lanny nie podejmowałaby takiego ryzyka.
- Popatrz w lustro i powiedz mi, skąd ma ten gen, który ciągnie ją do tego ryzyka?
- No cóż, Vee jej to ułatwia.
- Nie twierdzę, że to, co robią, jest bezpieczne, ale wiemy przynajmniej, że Vee potrafi się bronić. Walczyłaby, jak cholera, w obronie Lanny. Dobrze o tym wiesz. Musisz w końcu pozwolić córce żyć własnym życiem.
Muszę. I to jest najgorsze.
Wystukuję kod "jest bezpiecznie" do drzwi Connora, po czym siadamy z Samem na sofie w salonie. Bardziej czuję, niż słyszę jego długie westchnienie.
- Dziewczyny - mówi. - Boże, jak ja je kocham, a jednocześnie nie mam pojęcia, co robić w takich sytuacjach. Czy to nie jest głupie?
- To normalne - odpowiadam i pozwalam mu się przytulić. - Dziewczyny w tym wieku są twarde. Żałujesz już, że podpisałeś te papiery?
- Nawet przez sekundę. - Odsuwa mi włosy z czoła. To delikatny gest, przed którym jeszcze przed kilkoma laty bym się usunęła. Teraz jednak bardzo mnie uspokaja. - Też byłaś taka twarda w ich wieku?
Śmieję się cicho. Z lekką goryczą.
- Byłam grzeczną dziewczynką, która przestrzegała wszystkich zasad, które wyznaczyli moi pobożni rodzice. Nie miałam nawet pary niebieskich dżinsów. Żadnego picia, prochów, chłopaków czy klubów.
W osiemnastkę wparowałam - a raczej to ona wparowała we mnie - jak rozpędzony autobus. W ogóle nie byłam przygotowana na umizgi ze strony starszego mężczyzny, który obrał mnie sobie za cel jak lew powolną gazelę. Melvin Royal był zdaniem moich rodziców zalotnikiem idealnym. Odegrał tę rolę wręcz perfekcyjnie, ponieważ wiedział, czego chciał: zdobycznej młodziutkiej żony, którą będzie mógł odizolować i wyszkolić według własnego uznania.
I tym właśnie się stałam. Pracowałam bardzo ciężko, by pozbyć się wszelkich pozorów tego, kim byłam, kim mogłam się stać, i w rezultacie zmieniłam się dokładnie w to, czego chciał Melvin Royal. Myślałam, że tak właśnie wygląda szczęście.
Aż pewnego dnia wszystko się rozsypało. Wtedy musiałam się dowiedzieć, kim tak naprawdę jestem i co mogę zrobić.
Sam całuje mnie w skroń, a ja odwracam ku niemu głowę, żeby nasze usta mogły się spotkać. Nie lubię rozmyślać o moim przeszłym życiu. Podszepty Melvina zawsze gdzieś tam są, zdecydowanie za blisko. Pocałunek staje się głębszy i słodszy, a ja skupiam się na nim, żeby odsunąć wspomnienia.
Sam odrywa się ode mnie z westchnieniem i opiera swoje czoło o moje.
- Potrzebuję snu - mówi. - Wybacz. Za kilka godzin mam lekcje.
- Wiem - odpowiadam. Sam pracuje obecnie jako instruktor latania, szkoląc prywatnych klientów na małym samolocie, ale uczestniczy również w kursie, którego celem jest uzyskanie ponownej certyfikacji na odrzutowce komercyjne. To zajęty człowiek, ale jest tutaj ze mną, pomimo wszelkich trudów. A ja już się nie obawiam powiedzieć mu, że go kocham.
Jak każdy w naszym domu, oboje jesteśmy po przejściach. Sam jest bratem ofiary seryjnego mordercy. Ja byłam żoną seryjnego mordercy. Nasze traumy zderzyły się ze sobą, kiedy pijany kierowca wjechał w dom, w którym mieszkałam z Melvinem Royalem, a wypadek ujawnił nie tylko ciało siostry Sama, ale również historię zbrodni trwającej wiele lat.
Ten wypadek zmienił nasze życie, choć na bardzo odmienne sposoby.
Poznaliśmy krwawy dorobek Melvina Royala z obu stron i zbudowaliśmy relację na tej mrocznej, strasznej bliźnie, która nadal czasem krwawi, a boli nieustannie.
- Wracaj do łóżka - mówię do niego i znów go całuję. Jest to gest pełen żalu, ale jednocześnie niesie ze sobą obietnicę przyszłości. Sam mnie przytula i idzie spać.
Jestem zbyt niespokojna, by teraz odpoczywać, choć to kuszące. Wiem jednak, że tylko przewracałabym się z boku na bok i przeszkadzałabym Samowi. Idę po cichu do naszego gabinetu. To kolejna korzyść płynąca z posiadania nowego domu: więcej pomieszczeń. Sam ma swoje biurko, ja mam swoje, a kiedy zamykam drzwi i zapalam światło, mam kolejne déja vu: moje stare, rozklekotane biurko, szafki na segregatory, a wokół nich czyste pomieszczenie, inne niż to.
Powiesiłam na ścianie obrazki. Na niektórych widnieją miejsca, na innych ludzie. Moje dzieci i Sam. Grupa moich najlepszych przyjaciół ze szczęśliwych czasów, kiedy Sam i ja zorganizowaliśmy grilla. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie.
Na drugi - każdy obrazek znaczy coś więcej. Wschodnia ściana jest moją ulubioną. To piękne, niezwykłe dzieło sztuki. Praca ręczna przerażonej młodej kobiety nazwiskiem Arden Miller, którą poznaliśmy, polując na mojego byłego. Teraz jest już bezpieczna i ma nową tożsamość. Kontaktuję się z nią od czasu do czasu i widzę, że jej artystyczna klasa wciąż się podnosi. Podobnie jak Sam, wyszła z mrocznego miejsca i szuka swojego światła.
Obok wisi zdjęcie przedstawiające dwie obejmujące się młode kobiety ubrane w szorty i koszulki - jak najbardziej normalny widok. Kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy, obie były zamknięte w piwnicy w Wolfhunter, załamane i przerażone. Była to tajemnica, za którą nigdy nie powinnam była się brać, ale która podsunęła mi pomysł na zostanie prywatnym detektywem poszukującym zaginionych ludzi. Kobiety wysłały mi to zdjęcie - bez żadnej notatki czy lokalizacji - ale to wystarczyło, żebym wiedziała, że są już bezpieczne.
Na tej ścianie trzymam wyłącznie dowody odniesionych przeze mnie sukcesów. Dobre wspomnienia. Nawet Vee ma swoje miejsce na końcu - obejmuje moją córkę i obie śmieją się do aparatu. Vee również jest sukcesem. Przetrwała Wolfhunter.
Nie każdemu się to udało. Na zachodniej ścianie, tej ukrytej w cieniu, wiszą inne zdjęcia. Widok Stillhouse Lake przypomina mi o ludziach, którzy zginęli tam z ręki mojego męża. Pozornie spokojne zdjęcie cmentarza przedstawia tak naprawdę tani, anonimowy nagrobek Melvina Royala w oddali. Dzięki niemu pamiętam, że mojego męża już nie ma. Muszę przypominać sobie nie tylko o moich sukcesach, ale również o porażkach. Dzięki nim uczę się myśleć o podejmowaniu ryzyka, bo nie tylko ja ryzykuję.
Wiem, że nie powinnam umieszczać tutaj tych wyników, ale to jedyny sposób na to, by o niczym nie zapomnieć.
Odruchowo pierwszym, co robię przy biurku jest sprawdzenie moich wiecznie obecnych internetowych trolli. Mam listę i prowadzę poszukiwania, żeby sprawdzić, co piszą. Ostatnio sprawy nieco przycichły. Zapewne znaleźli sobie inne skandale, na temat których mogą ujadać, innych ludzi, których mogą dręczyć, niezależnie od ich realnej winy. Ale jako była żona seryjnego mordercy Melvina Royala, nigdy nie zostanę skreślona z listy łatwych celów. Faktycznie, jeden z moich najbardziej wytrwałych trolli znów agituje, proponując ponowne śledztwo dotyczące mojego "zaangażowania" w zbrodnie Melvina.
Bycie żoną seryjnego mordercy jest w oczach wielu osób wystarczającym dowodem na to, że musi być ze mną coś nie tak. Ale temu facetowi nie chodzi o sprawiedliwość. On po prostu lubi ranić ludzi... Ale na odległość, bezpiecznie, znad klawiatury komputera. Nic nowego.
Sprawdzam służbowe maile. Mam do wykonania kilka nudnych analiz, ale one mogą zaczekać. Biuro detektywistyczne, dla którego pracuję - w większości zdalnie - często zajmuje się sprawami korporacyjnymi, prześwietlając potencjalnych kandydatów na stanowiska dyrektorskie. Wciąż mnie zaskakuje, jak wielu spośród nich ostatecznie okazuje się podłymi ludźmi. To trochę tak, jakby wspinanie się na najwyższe szczeble kariery wymagało bycia socjopatą. Kto mógłby się spodziewać? A skoro mają dość pieniędzy i władzy, rzadko stawiają czoła realnym konsekwencjom za zrujnowanie innym życia.
Nie pozostaję neutralna w tej kwestii.
Kiedy dziesięć minut później dzwoni mój telefon, tętno przyspiesza mi tak gwałtownie, że aż czuję pulsowanie w skroniach. Natychmiastowa panika, jak wcześniej, po wybudzeniu się z tego koszmaru. Odruchowo myślę o ludziach, których kocham i którzy mogą dzwonić o tej porze... i od razu zastanawiam się dlaczego.
Na ekranie widzę, że dzwoni moja najlepsza przyjaciółka ze Stillhouse Lake, Kezia Claremont. Jest policyjnym detektywem, jednym z dwóch, których zatrudnia malutkie miasteczko Norton.
- Kez? - wyrzucam z siebie, kiedy tylko przykładam telefon do ucha. - Co się dzieje? Chodzi o twojego tatę?
- Nie, nic się nie stało - odpowiada. - Przepraszam. Obudziłam cię?
Przełykam panikę i próbuję się roześmiać.
- Skądże. Jestem na nogach już od dobrej godziny. Złe sny i dzieciak, który nie wierzy w godzinę policyjną.
- Tak mi się wydawało, że nie będziesz już spała - mówi. W jej głosie nie ma uśmiechu. Chyba już od dawna nie słyszałam jej tak ponurej. - Złapałam pewną sprawę. Siedzę teraz w ciemnościach, na jakimś cholernym pustkowiu i... jest źle.
Kez rzadko okazywała mi jakąkolwiek słabość. Z niepokojem słucham drżenia w jej głosie.
- Co się dzieje? - Opieram łokcie o blat i skupiam się na rozmowie. Słyszę, jak bierze głęboki wdech.
- Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to nic takiego. Najprawdopodobniej wypadek. Ale już tak nie uważam. - Nie chce mi powiedzieć. Znów czuję, jakby ktoś pociągał mnie za włosy na karku. Tym razem towarzyszy temu zimny dreszcz.
- Prestera tam nie ma? - Detektyw Prester jest jej partnerem, dobrym, spokojnym człowiekiem o spojrzeniu gliniarza, który wszystko już widział. Jest od niej o co najmniej dwadzieścia pięć lat starszy.
- Nie. Chcę dać mu odpocząć. Nie wyglądał ostatnio zbyt dobrze. Jestem tutaj sama z koronerem. No i wyjątkowo bezużytecznym zastępcą szeryfa.
- Potrzebujesz towarzystwa?
- Nie mogę cię o to prosić.
- Nie prosiłaś - odpowiadam. - Ruszam w drogę.