Lydia Davis Chodzi o historię
Opowiadania Lucii Berlin są niczym impuls elektryczny, iskrzące i trzaskające przewody pod napięciem, kiedy się stykają. W odpowiedzi również umysł czytelnika, złapany w sieć i oczarowany, budzi się do życia, aż strzelają synapsy. Tak lubimy się czuć, kiedy czytamy - pracuje nasz mózg, bije serce.
Energia prozy Berlin rodzi się między innymi z rytmu - czasami płynnego i spokojnego, zrównoważonego, swobodnego i relaksującego, kiedy indziej urywanego, pospiesznego, skrótowego. Rodzi się również ze specyficznego sposobu nazywania rzeczy: Piggly Wiggly (supermarket), Beenie-Weenie Wonder (dziwny twór kulinarny), olbrzymkowe rajstopy (by pokazać, jak postawna jest narratorka). Tkwi w dialogu. Jak brzmiało to wykrzyknienie? "I Jezus zapłakał". "A do licha!" W sposobie charakteryzowania: szefowa telefonistek twierdzi, że z zachowania Thelmy potrafi wyczytać, kiedy zbliża się fajrant: "Peruka ci się przekrzywia i zaczynasz gadać świństwa".
No i sam język, słowo po słowie. Lucia Berlin nieustannie nastawia ucha, nasłuchuje. Jej wrażliwość na dźwięki języka jest zawsze obecna, dzięki czemu my również smakujemy rytm sylab i idealną zgodność dźwięku i sensu. Wściekła telefonistka chodzi, "okropnie się tłukąc i trzaskając". W innym opowiadaniu Berlin przywołuje wrzaski "niezdarnych skrzekliwych kruków". W liście, który w 2000 roku napisała do mnie z Kolorado, "Gałęzie ciężkie od śniegu tarabanią i tłuką w dach, wiatr trzęsie ścianami. Ale jest przytulnie, jak na solidnej łodzi, krypie czy barce".
Jej opowiadania pełne są niespodzianek: nieoczekiwanych zestawień słów, trafnych spostrzeżeń, zwrotów akcji, humoru, jak w Na razie, którego narratorka mieszka w Meksyku, mówi głównie po hiszpańsku i z pewnym smutkiem stwierdza: "Oczywiście, że mam tu jakąś siebie, nową rodzinę, nowe koty, nowe żarty. Ale próbuję pamiętać, kim byłam po angielsku".
W Panteón de Dolores narratorka, dziecko, zmaga się z trudną matką - jak dzieje się zresztą w kilku innych opowiadaniach:
Pewnego wieczoru, kiedy już poszedł do domu, mama przyszła do sypialni, w której razem spałyśmy. Wciąż piła i płakała i bazgrała, dosłownie bazgrała w swoim pamiętniku.
- Wszystko okej? - zapytałam w końcu, a ona uderzyła mnie w twarz.
W Droga Conchi narratorką jest ironiczna, inteligentna studentka:
Moja współlokatorka Ella [...]. Szkoda, że nie dogadujemy się lepiej. Matka co miesiąc przysyła jej z Oklahomy podpaski. Ella studiuje aktorstwo. Rany, jak ma kiedyś zagrać lady Makbet, skoro tak jej przeszkadza odrobina krwi?
Niespodzianka może się też zrodzić z porównania - a tych w opowiadaniach Berlin nie brakuje. W Instrukcji dla pań sprzątających autorka pisze: "Kiedyś powiedział, że mnie kocha, bo przypominam mu San Pablo Avenue". I od razu przechodzi do następnego, jeszcze bardziej zaskakującego zestawienia: "On za to przypominał wysypisko w Berkeley".
Wysypisko (czy to w Berkeley, czy w Chile) opisuje w sposób równie liryczny jak pole dzikich kwiatów:
Szkoda, że nie ma autobusu na wysypisko. Pojechaliśmy tam, kiedy zatęskniliśmy za Nowym Meksykiem. Jest tam surowo, wietrznie, mewy krążą niczym lelczyki na pustyni. Widzisz niebo wszędzie dokoła i nad sobą. Śmieciarki dudnią na drogach skłębionych od kurzu. Szare dinozaury.
Osadzanie opowiadań w fizycznym świecie pozwala na właśnie takie konkretne, fizyczne obrazowanie: ciężarówki "dudnią", drogi są "skłębione od kurzu". Czasami to obrazowanie jest piękne, kiedy indziej jest nie piękne, ale prawdziwie namacalne: doświadczamy każdego opowiadania nie tylko umysłem i sercem, ale również zmysłami. Zapach nauczycielki historii, jej potu i stęchłej odzieży w Dobrej i złej. A w innym opowiadaniu "miękki, zapadający się asfalt, [...] zapach kurzu i szałwii". Żurawie wzlatujące "z dźwiękiem tasowanych kart". Caliche i oleander. Dzikie słoneczniki i fioletowe chwasty w kolejnym opowiadaniu i skupiska amerykańskich topoli, które - zasadzone dawno temu, w lepszych czasach - pięknie przyjęły się w slumsach.
Berlin zawsze obserwowała, choćby tylko przez okno (kiedy miała już trudności z poruszaniem się) - w tym samym liście do mnie z 2000 roku sroki "nurkowały" po jabłkową pulpę jak "turkusowoczarne błyskawice na śniegu".
Opis może zacząć się romantycznie - "parroquia w Veracruz, palmy, latarnie w świetle księżyca" - ale ten romantyzm, podobnie jak w prawdziwym życiu, zostaje unicestwiony przez realistyczny, flaubertowski szczegół, tak celnie przez Berlin uchwycony: "psy i koty między wyglansowanymi butami tancerzy". Najlepiej widać tę umiejętność obserwacji świata, kiedy pisarka łączy zwyczajne z niezwykłym, banalne lub brzydkie z pięknym.
Berlin, czy też jedna z jej narratorek, zawdzięcza ten dar matce:
Przypominałyśmy sobie twoje żarty i to, jak patrzyłaś, wszystko widząc. To nam dałaś. Patrzenie.
Ale nie słuchanie. Miałyśmy zwykle może z pięć minut, by ci o czymś opowiedzieć, a potem mówiłaś "Dosyć".
Matka siedziała w swoim pokoju i piła. Dziadek pił u siebie. Z ganku, na którym dziewczynka spała, słyszała, jak z gulgotem opróżniają butelki. W opowiadaniu, a może również w rzeczywistości - niewykluczone też, że opowiadanie jest wyolbrzymieniem rzeczywistości, tak wnikliwie obserwowanej, tak zabawnej, że choć czujemy, jak jest bolesna, czerpiemy paradoksalną przyjemność ze sposobu, w jaki zostaje opowiedziana, i ta przyjemność jest większa niż ból.
Wiele opowiadań Lucia Berlin oparła na wydarzeniach z własnego życia. Jeden z jej synów powiedział po jej śmierci: "Ma pisała prawdziwe historie, niekoniecznie autobiograficzne, ale niewiele brakowało".
Choć o gatunku znanym we Francji jako auto-fiction mówi się, jakby był czymś nowym, narrację o własnym życiu - czy też jej odmianę - wziętą w niemal niezmienionej formie z rzeczywistości, wyselekcjonowanej i opowiedzianej w sposób wyważony i artystyczny - Lucia Berlin uprawiała od zawsze, od początku, jeszcze w latach sześćdziesiątych. Jej syn mówił: "Opowieści i wspomnienia naszej rodziny stopniowo zmieniały kształty, były upiększane i redagowane do takiego stopnia, że nie jestem pewien, co się tak naprawdę wydarzyło. Lucia mówiła, że to nie ma znaczenia: chodzi o historię".
Oczywiście dla zachowania równowagi czy kolorytu zmieniała w historii to, co musiała - szczegóły wydarzeń i opisy, chronologię. Przyznawała, że wyolbrzymia. Jedna z jej narratorek mówi: "Często przesadzam i mieszam fikcję z rzeczywistością, ale tak naprawdę nigdy nie kłamię".
Z pewnością wymyślała. Na przykład Alastair Johnston, jeden z pierwszych wydawców Berlin, przypominał sobie pewną rozmowę: "Bardzo podoba mi się opis twojej ciotki na lotnisku, tego, jak zapadłaś się w jej wielkie ciało jak w kanapę" - powiedział. Odparła: "Tyle że właściwie... nikt po mnie wtedy nie przyjechał. Pewnego dnia pisałam to opowiadanie i przyszedł mi do głowy obraz, który do niego pasował". Tak naprawdę niektóre opowiadania Berlin są całkowicie zmyślone, o czym mówiła w jednym z wywiadów. Nie można myśleć, że się ją poznało, tylko dlatego, że przeczytało się jej opowiadania.
Berlin miała życie bogate i obfitujące w wydarzenia, a materiał, który czerpała z niego do swoich opowiadań, był barwny, pełen dramatyzmu i bardzo różnorodny. Miejsca, w których mieszkała z rodziną w dzieciństwie i młodości, wiązały się z ojcem - z tym, gdzie pracował, gdy Lucia była mała, potem z faktem, że wyjechał walczyć w II wojnie światowej, i z tym, co robił po powrocie. Berlin urodziła się na Alasce i dorastała w osadach górniczych na zachodzie Stanów Zjednoczonych; potem, pod nieobecność ojca, mieszkała z rodziną matki w El Paso. Następnie przeprowadzka na południe, do zupełnie innego życia w Chile, życia dostatniego i uprzywilejowanego, które w opowiadaniach pojawia się w historii o nastolatce z Santiago, o katolickiej szkole, zamieszkach politycznych, klubach jachtowych, krawcowych, slumsach, rewolucji. Dorosła Berlin wciąż prowadziła geograficznie niespokojne życie - mieszkała w Meksyku, Arizonie, Nowym Meksyku, Nowym Jorku; jeden z jej synów wspominał, że gdy był dzieckiem, przeprowadzali się mniej więcej co dziewięć miesięcy. W późniejszym okresie swojego życia wykładała w Boulder w Kolorado, a pod koniec przeniosła się bliżej synów, do Los Angeles.
Pisze o swoich synach (miała czterech) i pracach, których się imała, by ich utrzymać, często samodzielnie. Czy raczej - powinniśmy powiedzieć - pisze o kobiecie, która ma czterech synów i obejmuje posady podobne do tych Berlin: sprzątaczki, pielęgniarki na ostrym dyżurze, rejestratorki medycznej, telefonistki w szpitalu, nauczycielki.
Mieszkała w tak wielu miejscach, doświadczyła tak wiele, że mogłoby to wypełnić niejedno życie. Większość z nas zna przynajmniej niektóre z tych doświadczeń: dzieci w tarapatach, molestowanie w dzieciństwie, namiętny romans, walka z nałogiem, ciężka choroba lub niepełnosprawność, nieoczekiwana więź z rodzeństwem, nużąca praca, trudni współpracownicy, wymagający szef, nielojalny przyjaciel, nie mówiąc już o zachwycie nad światem: krowach stojących po kolana w czerwonej castillei, polu łubinu, różowym wieczorniku rosnącym w zaułku za szpitalem. A ponieważ doświadczyliśmy tego samego, przynajmniej w części, możemy świadomie podążać za Berlin tam, dokąd nas zabiera.
W jej opowiadaniach rzeczy naprawdę się dzieją - komuś zostają wyrwane wszystkie zęby naraz, małą dziewczynkę wyrzuca się ze szkoły za uderzenie zakonnicy, stary człowiek umiera w domku na szczycie góry, a w łóżku są z nim pies i kozy, nauczycielka historii w zatęchłym swetrze zostaje zwolniona za to, że jest komunistką: "Ale to wystarczyło. Dwa słowa wypowiedziane do mojego ojca. Zwolnili ją jakoś w weekend i nigdy więcej jej nie zobaczyliśmy".
Czy właśnie dlatego nie potrafisz oderwać się od opowiadania Lucii Berlin, kiedy już zaczniesz czytać? Dlatego że wciąż coś się dzieje? Czy chodzi również o głos opowiadającego, tak wciągający, niekrępujący? Do tego oszczędność słów, rytm, obrazowanie, jasność? Te opowiadania sprawiają, że zapominasz o tym, co robisz, gdzie jesteś, a nawet kim jesteś.
"Moment - rozpoczyna się jedno z nich. - Pozwólcie, że wyjaśnię..." To głos bliski głosowi Lucii, choć nie do końca z nim tożsamy. Jej inteligencja i ironia płyną przez opowiadania i wypełniają listy: "Ona bierze leki - napisała do mnie w 2002 roku o pewnej znajomej - i to naprawdę jest ogromna różnica! Co robili ludzie przed prozakiem? Pewnie zaganiali konie".
Zaganiali konie. Skąd się to wzięło? Być może przeszłość w jej umyśle była równie żywa jak inne kultury, inne języki, polityka, ludzkie słabostki; zasób słów Lucia ma tak szeroki, a nawet egzotyczny, że telefonistki pochylają się nad centralkami jak mleczarki wtulające się w krowy, a przyjaciółka wychodzi na ganek z czarnymi włosami podpiętymi wysoko na wałkach, jak peruka z teatru kabuki.
Przeszłość - ten fragment Na razie czytałam kilkakrotnie, z przyjemnością, z podziwem, zanim zrozumiałam, co robi Berlin:
Pewnej nocy było bardzo zimno, Ben i Keith spali ze mną, ubrani w kombinezony. Okiennice łopotały na wietrze, okiennice tak stare jak Herman Melville. Była niedziela, więc auta nie jeździły. Na dole żaglomistrz jechał ulicą wozem zaprzężonym w konia. Stuk-stuk. Zadymka z sykiem uderzała o okna i zadzwonił Max. Cześć, powiedział. Jestem na rogu, w budce telefonicznej.
Przyniósł róże, butelkę brandy i cztery bilety do Acapulco. Obudziłam chłopców i pojechaliśmy.
Mieszkali na Dolnym Manhattanie w czasach, kiedy w loftach pod koniec dnia roboczego wyłączano ogrzewanie. Być może okiennice naprawdę były tak stare jak Herman Melville, bo w niektórych częściach Manhattanu stały budynki jeszcze z lat sześćdziesiątych XIX wieku, nieliczne wciąż zresztą stoją. Choć być może Berlin znowu przesadza - jeśli tak, to piękna przesada, piękny ozdobnik. Pisze: "Była niedziela, więc auta nie jeździły". To również brzmi realistycznie, więc dałam się zwieść żaglomistrzowi i wózkowi ciągnionemu przez konia, które pojawiły się potem - uwierzyłam i przyjęłam za pewnik, a dopiero po kolejnej lekturze zdałam sobie sprawę, że Berlin znów niezauważalnie cofnęła się do czasów Melville'a. "Stuk-stuk" - to również lubi robić: nie marnować słów, dodać szczegół w formie dźwięku. Sycząca zadymka przeniosła mnie właśnie tam, między te ściany, a potem akcja przyspieszyła i nagle znaleźliśmy się w drodze do Acapulco.
To porywający sposób pisania.
Inne opowiadanie rozpoczyna się typowym dla Berlin bezpośrednim oznajmującym zdaniem, które - łatwo mi w to uwierzyć - odnosi się wprost do życia autorki:
Od wielu lat pracuję w szpitalach i jeśli czegoś się w tym czasie nauczyłam, to tego, że im bardziej chory pacjent, tym mniej hałasuje. Dlatego ignoruję wezwania przez interkom.
Czytając te słowa, przypominam sobie opowiadania Williama Carlosa Williamsa, kiedy pisał jako lekarz rodzinny, którym był - jego bezpośredniość, szczere i fachowe szczegóły chorób i leczenia, obiektywne raportowanie. Berlin bardziej niż Williamsa za wzór do naśladowania i za nauczyciela uważała Czechowa (również lekarza). W liście do Stephena Emersona napisała nawet, że to właśnie dystans lekarza połączony ze współczuciem daje życie twórczości tych dwóch pisarzy. Dalej wspomina sposób, w jaki wykorzystywali oni wybrany szczegół, oraz oszczędność środków - "Nie ma słów, które nie są niezbędne". Dystans, współczucie, szczegół i oszczędność - to elementy pozwalające określić to, co najważniejsze w dobrej literaturze. Ale zawsze pozostaje coś jeszcze.
Jak ona to robi? Czytelnik nie wie do końca, co się zaraz wydarzy. Niczego nie można przewidzieć. A jednak wszystko dzieje się naturalnie, jest prawdziwe, zgodne z tym, czego oczekujemy, jeśli chodzi o psychologię i emocje.
Pod koniec opowiadania Dr H. A. Moynihan matka narratorki wydaje się nieco łagodnieć wobec swojego pijanego, wrednego starego ojca bigota: "Dobrze się spisał - powiedziała matka". To już koniec opowiadania, myślimy więc - bo tego nauczyły nas lata czytania opowiadań - że matka ustąpi, członkowie trudnej rodziny się pogodzą, przynajmniej na jakiś czas. Jednak kiedy córka pyta: "Już go nie nienawidzisz, mamo, prawda?", odpowiedź jest brutalnie szczera i w pewnym sensie satysfakcjonująca: "Ależ tak. Nienawidzę".
Berlin jest bezkompromisowa, wali prosto z mostu, a jednak brutalność życia jest zawsze złagodzona współczuciem, jakie okazuje ludzkiej słabości, inteligencją i mądrością narratorki oraz jej łagodnym humorem.
W opowiadaniu Cisza mówi: "Nie waham się opowiadać okropności, jeśli uda mi się sprawić, że są zabawne". (Choć niektóre, jak dodaje, po prostu takie nie były).
Czasami ten żart jest gruby, jak w Seksapilu, w którym piękna kuzynka Bella Lynn leci samolotem ku - jak ma nadzieję - hollywoodzkiej karierze, z biustem powiększonym nadmuchiwanym stanikiem, a kiedy samolot osiąga wysokość przelotową, biustonosz eksploduje.
Zwykle jednak humor jest mniej oczywisty, stanowi naturalną część narracji - na przykład o trudnościach z kupieniem alkoholu w Boulder: "Sklepy monopolowe to gigantyczne koszmary wielkości hipermarketów. Próbując znaleźć alejkę z whisky, można zejść na delirium". Dalej Berlin informuje, że "najlepsze jest Albuquerque, w którym sklepy monopolowe mają okienka drive-thru, więc nie musisz nawet wyskakiwać z piżamy".
Tak jak w życiu, komizm pojawia się czasem w środku tragedii: młodsza siostra umierająca na raka szlocha: "Już nigdy nie zobaczę osiołków!", i obie siostry w końcu śmieją się i śmieją, ale ten przejmujący wykrzyknik brzmi nam w uszach. Śmierć staje się ostateczna - nie ma już osiołków, nie ma tylu rzeczy.
Czy Berlin nauczyła się tak fantastycznie snuć historie od opowiadaczy, z którymi dorastała? Czy też ich szukała, bo zawsze ją pociągali i chciała się od nich uczyć? Bez wątpienia jedno i drugie. Miała też naturalne wyczucie formy, struktury. Naturalne? Mam na myśli to, że jej opowiadanie zawsze ma zrównoważoną, mocną strukturę, a jednocześnie przechodzi ze złudną naturalnością od jednego tematu do drugiego, a w niektórych tekstach od teraźniejszości do przeszłości, nawet wewnątrz jednego zdania, na przykład tutaj:
Mechanicznie wykonywałam kolejne czynności, odbierałam telefony, dzwoniłam po tlen i laborantów, odpływając na ciepłych falach bazi, pachnącego groszku i pstrągowych stawów. Kopalniane wyciągi i świdry nocą, po pierwszym śniegu. Kwitnąca dzika marchew na tle gwiaździstego nieba.
Jeśli chodzi o to, jak rozwija się opowiadanie Berlin, Alastair Johnston zauważył:
Jej sposób pisania jest katartyczny, ale zamiast dążyć do epifanii, Berlin osiąga punkt kulminacyjny bardziej powściągliwie, pozwala czytelnikowi go wyczuć.
Jak pisała Gloria Frym w "American Book Review", Berlin "nie zdradza wszystkiego, dochodzi do tej chwili i pozwala, by sama się odkryła".
No i jej zakończenia. W tak wielu opowiadaniach koniec przychodzi nagle - jednocześnie zaskakujący i nieuchronny, naturalnie wynikający z materii opowieści. W Mamie młodsza siostra w końcu znajduje sposób, by porozumieć się z trudną matką, ale ostatnich kilka słów starszej siostry, narratorki, która mówi albo do siebie, albo do nas, zaskakuje czytelnika: "Ja... Ja nie mam litości".
Jak rodziło się opowiadanie Lucii Berlin? Johnston być może zna odpowiedź: "Zaczynała od czegoś tak prostego jak linia szczęki lub żółta mimoza". Sama Berlin mówiła: "Jednak obraz musi łączyć się z jakimś konkretnym, intensywnym doświadczeniem". W liście do Augusta Kleinzahlera zdradziła, co było dalej: "Zaczynam, a potem jest tak, jakbym pisała do ciebie, tylko bardziej czytelnie...". Jednocześnie jakaś część jej umysłu zawsze kontrolowała kształt i sekwencje wydarzeń w opowiadaniu oraz jego zakończenie.
Mówiła, że historia musi być prawdziwa - cokolwiek to dla niej znaczyło. Wydaje mi się, że oznaczało: niewymuszona, nieprzypadkowa, niebezcelowa; trzeba ją głęboko odczuwać, musi być emocjonalnie ważna. Jednemu ze swoich uczniów powiedziała, że opowiadanie, które napisał, jest zbyt mądre - nie próbuj być mądry, dodała. Własne opowiadanie wypisała w gorącym metalu na maszynie linotypowej, a po trzech dniach wrzuciła je z powrotem do tygla, bo jak twierdziła, historia była "fałszywa".
A co z trudnością (prawdziwego) materiału?
Milczenie to narracja o prawdziwych wydarzeniach, o których wspomina również Kleinzahlerowi w smutnym skrócie: "Walka z Hope druzgocąca". W opowiadaniu wuj narratorki, John, alkoholik, po pijaku wiezie samochodem małą siostrzenicę. Potrąca chłopca i psa, których rani, psa mocno, ale się nie zatrzymuje. O tym wypadku Lucia Berlin pisze do Kleinzahlera: "Rozczarowanie, kiedy uderzył w tego dzieciaka i psa, było dla mnie okropne". W fikcyjnej wersji tej historii pojawiają się to samo wydarzenie i ten sam ból, ale również rodzaj rozwiązania. Narratorka zna wuja Johna w późniejszych latach jego życia, kiedy szczęśliwie żonaty jest łagodnym, dobrym i niepijącym człowiekiem. Jej ostatnie słowa w opowiadaniu brzmią: "Wtedy rozumiałam już, dlaczego się nie zatrzymał, bo sama byłam alkoholiczką".
O radzeniu sobie z trudnym materiałem Berlin mówiła:
W jakiś sposób musi pojawić się niemal niezauważalna zmiana rzeczywistości. Przeobrażenie, nie przeinaczenie prawdy. Sama historia staje się prawdą, nie tylko dla autora, ale również dla czytelnika. W każdej dobrej prozie ekscytujące jest nie identyfikowanie się z sytuacją, ale świadomość prawdy.
Przeobrażenie, nie przeinaczenie prawdy.
Znam prozę Lucii Berlin od ponad trzydziestu lat - od chwili, kiedy kupiłam cienki beżowy tom w miękkiej okładce wydany w roku 1981 przez fundację Turtle Island, zatytułowany Angel's Laundromat. Kiedy ukazał się trzeci zbiór, poznałam już autorkę osobiście, na odległość, choć nie pamiętam, jak do tego doszło. Na skrzydełku pięknego Safe & Sound (Poltroon Press, 1988) mam jej wpis. Nigdy jednak nie spotkałyśmy się twarzą w twarz.
Publikacje Berlin w końcu wyszły poza świat mniejszych wydawnictw do tych średnich, takich jak Black Sparrow, a później Godine. Jeden ze zbiorów zdobył American Book Award. Jednak mimo tej nagrody autorka nie znalazła nawet wówczas tak szerokiego grona czytelników, jakie mieć powinna.
Zawsze myślałam, że w jednym z jej opowiadań pojawiają się matka i jej dzieci, które wczesną wiosną zbierają pierwsze dzikie szparagi, ale jak dotąd znalazłam ten motyw jedynie w kolejnym liście, który napisała do mnie w 2000 roku. Wcześniej wysłałam jej opis szparagów autorstwa Prousta. Odpowiedziała:
Jedyne, jakie kiedykolwiek widziałam, to te cienkie, dzikie, zielone jak kredka. W Nowym Meksyku, gdzie mieszkaliśmy, pod Albuquerque, nad rzeką. Któregoś dnia wiosną wyrastają pod topolami. Długie na jakieś piętnaście centymetrów, w sam raz, by je ułamać. Z moimi czterema synami zbieraliśmy całe tuziny, w dole rzeki była Babcia Price i jej chłopcy, a w górze rzeki wszyscy Waggonerowie. Kiedy miały dwa czy pięć centymetrów, nikt ich nie zauważał, musiały mieć idealną wysokość. Jeden z chłopców biegł i krzyczał "Szparagi!", a u Price'ów i Waggonerów ktoś robił dokładnie to samo.
Zawsze wierzyłam, że najlepsi pisarze, jak śmietanka, prędzej czy później wyjdą na wierzch i staną się tak znani, jak być powinni - ich dzieła będą dyskutowane, cytowane, wykonywane, filmowane, adaptowane na utwory muzyczne, umieszczane w antologiach, będzie się o nich nauczało. Może dzięki temu zbiorowi Lucia Berlin zacznie zdobywać uwagę, na jaką zasługuje.
Dla przyjemności i do zastanowienia się mogłabym zacytować niemal dowolne zdanie z opowiadań Lucii Berlin, ale na koniec jedno z moich ulubionych:
Czym w ogóle jest małżeństwo? Nigdy tego nie pojęłam. A teraz to śmierci nie rozumiem.