Pokochać siebie
Temat miłości do siebie przewija się w Instaporadni niemal codziennie.
Większość z was słyszała zapewne hasło "pokochaj siebie, a inni też
ciebie pokochają". W tym rozdziale postaramy się pokazać wam, jak to
zrobić.
Podobno najtrudniej jest pokochać siebie, tak naprawdę. Z drugiej strony
- wszędzie krzyczą, że trzeba to zrobić.
Zgadzam się z tymi, którzy krzyczą, że należy pokochać siebie, mimo że
może wydawać się to chwilową modą.
No ale jak to zrobić?
Ludzie myślą, że to jakaś wielka tajemnica albo rzecz nie do
osiągnięcia. A tak naprawdę chodzi o to, żebyś dbał o siebie i traktował
siebie jako najważniejszą osobę w swoim życiu.
Egoizm?
Zdrowy, jeśli już. Ale ja bym wolała zostać przy słowie "troska". Miłość
do siebie nie powinna kojarzyć się negatywnie.
Więc jak zatroszczyć się o siebie?
Jak ktoś siebie nie kocha, to przejawia
autodestrukcyjne zachowania, głodzi się albo przekarmia, sięga po
używki, popada w rozmaite nałogi, tnie się, wchodzi w "toksyczne"
relacje. Dbaj więc o to, co jesz, o to, jak się ubierasz, jak
spędzasz czas, czy nie robisz sobie krzywdy, wikłając się w związki, w których cierpisz, albo zażywając narkotyki, imprezując do upadłego,
niszcząc swoje zdrowie. Idź przez życie, stawiając sobie cele, wyzwania.
W miłości do siebie chodzi przecież o to, by poprawiać swój byt i się
rozwijać, ale też, co ważne, zwracać uwagę na swoje emocje, mieć
świadomość swoich potrzeb.
Idąc przed siebie, musisz pokonywać przeszkody. Niekiedy w postaci
innych.
Tak, bo miłość do siebie to też asertywność. Czasem trzeba się komuś
postawić.
Ale miłość do siebie to także altruizm. Gdy kochasz
siebie, jesteś otwarty(-a) na cudze potrzeby.
Zaciekawiło mnie to, co powiedziałaś o imprezowaniu...
W imprezowaniu nie ma nic złego, jednak we wszystkim trzeba znać umiar.
Umiar to jedno. Lecz imprezowicze kojarzą się głównie z osobami, które
bardzo dbają o siebie. Przecież nieustannie dostarczają sobie
przyjemności. Tymczasem może się okazać, że to nie miłość, a zagłuszanie
jakichś swoich problemów czy niedostatków.
Ludzie w różny sposób robią sobie krzywdę, kiedy siebie samych nie
kochają.
Wystarczy prześledzić biografie członków Klubu 272.
Mam pacjenta, który był bardzo dobrze zapowiadającym się człowiekiem,
takim złotym chłopcem. Wszyscy wróżyli mu wielki sukces. W wieku
młodzieńczym wyróżniał się ogromnym potencjałem intelektualnym, miał
świetne wyniki w nauce, wygrywał olimpiady. Miał też bardzo wielu
znajomych.
Domyślam się, że będzie jakieś "ale".
Będzie. Ale gdy poszedł na studia, odkrył, że kierunek, który wybrali mu
rodzice, jest dla niego mało interesujący. Zaczęły się więc konflikty z rodzicami. Stało się wtedy oczywiste, że ich miłość jest warunkowa.
Albo będzie tak, jak oni chcą, albo wyjdzie na niewdzięcznika, który nie
zasługuje na uczucie?
Tak właśnie było. Chłopak nie poradził sobie z odrzuceniem, ale przede
wszystkim - zaczął siebie nienawidzić i uciekać w imprezy, alkohol i używki. Dziś jest od alkoholu uzależniony, nie udało mu się stworzyć
żadnych długotrwałych relacji, a z rodzicami nie ma kontaktu. Jest na
szczęście szansa dla niego, bo sięgnął po pomoc.
Jak odróżnić miłość od niemiłości? Bo zakładam, że warunkowa miłość
rodziców twojego pacjenta była niemiłością właśnie.
Czym jest ta miłość właściwie? Trzeba wyjść od takiego pytania. Jeśli
kogoś kocham, to dopytuję, jak się czuje, dbam o niego, chcę się
przytulać, czekam, aż wróci z pracy, ze szkoły, cieszę się każdą chwilą
z tą osobą. Chcę dla niej jak najlepiej. A co z miłością do siebie? Po
czym poznam, że siebie kocham? Jeśli nie wiesz, jak odpowiedzieć,
podstaw kogoś innego w miejsce siebie.
To znaczy?
Jest taka fajna technika: wyobraź sobie osobę, którą kochasz najmocniej
na świecie. Zapisz po kolei, co w niej kochasz, na przykład: "Kocham
twój głos, poczucie humoru, piegi, lojalność" i tym podobne.
Kiedy skończysz, zamień "twój" na "mój" i zaznacz te zdania, które są
dla ciebie nadal prawdziwe.
Chodzi o to, żeby zadać sobie pytania na przykład o to, czy cieszę się
każdą chwilą, jaką ze sobą spędzam?
Tak. Oraz by zastanowić się, co dla siebie robisz. Czy zauważasz, kiedy
ci dobrze, kiedy źle? W jakich sytuacjach czujesz się dobrze, a w jakich
źle? Co jest w tobie fajnego, za co siebie lubisz, za co możesz siebie
pochwalić? Szukaj, bo to na pewno jest!
Niektórym może być trudno to znaleźć.
Może być trudno, bo osoby, które siebie nie kochają, zauważają zazwyczaj
wady i to wywołuje w nich bardzo dużo negatywnych emocji. Tu może okazać
się pomocne kolejne ćwiczenie. Pomyśl przez chwilę, co dobrego ostatnio
dla siebie zrobiłeś. Zapisz to na kartce i sprawdź, czy jesteś
usatysfakcjonowany, czy nie było tego za mało. Wsłuchuj się w siebie, w swoje potrzeby, i rób sobie
dobrze, dbając o siebie. To właśnie jest
miłość. Kiedy kogoś kochasz, nie wyrządzasz tej osobie krzywdy. Pilnuj
więc, by nie krzywdzić siebie.
Kocham siebie za samo to, że jestem.
Tak. A niektórzy mają poczucie, że trzeba zasługiwać na miłość. Wynika
to zazwyczaj z tego, czego o miłości nauczyli się w domu rodzinnym.
Jeśli na przykład mama lub tata chwalili cię i okazywali ci miłość wyłącznie w chwilach związanych z sukcesem, a nie
wspierali i nie okazywali ci miłości, gdy miewałeś problemy, to nie
zachowywali się wobec ciebie w porządku. Chcę tu wyraźnie powiedzieć:
KAŻDY ZASŁUGUJE NA MIŁOŚĆ! Ty również!
Co jeśli ktoś tak jednak nie myśli?
Zastanów się, czy nie jesteś dla siebie zbyt surowy i zbyt krytyczny. A następnie poszukaj źródła tego samokrytycyzmu. Zastanów się, czy to, co
o sobie myślisz, aby na pewno jest prawdziwe. Poszukaj rzeczy, które w sobie lubisz, które ci się w sobie podobają, z których możesz być dumny.
Tak, dumny od razu.
Jestem absolutnie przekonana, że każdy znajdzie w swoim życiu coś, z czego może odczuwać dumę. Każdy zdał jakiś egzamin, skończył jakąś
szkołę albo dostał się do jakiejś szkoły, znalazł pracę. To niemożliwe,
by na świecie była choć jedna osoba, której życie byłoby jednym wielkim
pasmem porażek. Nigdy w to nie uwierzę.
Ja też nie.
Nikt nie jest do końca zły, tak jak nikt nie jest do końca dobry. Każdy
może być z czegoś dumny. A porażki? Trzeba je
akceptować i iść dalej.
Brzmi nieźle, ale dużo osób skupia się właśnie na porażkach.
Wielu moich pacjentów uzależnia poczucie własnej wartości i miłość do
siebie od czynników zewnętrznych. Jeden z nich mówi tak: jak mi coś
wyjdzie w szkole, jak dostanę piątkę, to jestem super, to się uwielbiam.
Ale jak zawalę jakąś klasówkę, to jestem beznadziejny. A powinno być
tak, i to jest celem terapii, by on pomimo popełnionego błędu, tego, że
coś mu nie wyszło, nadal uważał, że jest w porządku. Jesteś w porządku, tylko po prostu popełniłeś błąd.
A ty ile razy uważałeś(-aś) się za beznadziejną osobę? Wykonaj
ćwiczenia, które pomogą ci spojrzeć na siebie łaskawszym okiem.
Ćwiczenie nr 1
Bardzo dobrym ćwiczeniem na miłość do siebie jest wyobrażenie sobie
spotkania z małym sobą. Wyobraź sobie, że idziesz na bardzo ważne
spotkanie. Ubierasz się najlepiej, jak potrafisz, wybierasz miejsce, w którym czujesz się dobrze. Docierasz tam i widzisz czekające na ciebie
pięcioletnie dziecko. To ty, kiedy byłeś mały. Popatrz na siebie małego.
Posłuchaj, czego mały ty potrzebuje, przytul go i powiedz, że jest
wspaniałym, kochanym małym... (tu wstaw imię). Że jest mądry i zdolny. Że
zasługuje na wszystko, co najlepsze.
Przytul go mocno i zapamiętaj moment, w którym on czy ona mówi, czego
tak naprawdę chce.
Zapisz sobie na kartce to, co mały ty tobie powiedział, i postaraj się
każdego dnia spełniać prośbę małego ciebie.
Ćwiczenie nr 2 (alternatywnie)
Wyobraź sobie, że wygrałeś(-aś) dzień z twoim idolem; kimś, kto jest
dla ciebie bardzo, bardzo ważny. Masz przygotować swój pokój czy
mieszkanie na wizytę gościa. Masz zrobić pyszne śniadanie lub obiad,
masz ubrać się pięknie, tak żebyś czuł(-a) się wyjątkowo.
Pomyśl o tym, co zrobisz, co przygotujesz, w co się ubierzesz, jak
będzie wyglądał twój dzień z tą ważną osobą. Czy dokądś pójdziecie? Co
będziecie robić? Opracuj i zapisz plan.
A teraz uwaga: ta ważna osoba, z którą się spotkasz, to ty :)
Koniecznie zrób choć jedną rzecz z planu, który przygotowałeś(-aś).
Powtarzasz często: pokochasz kogoś dopiero wtedy, gdy
pokochasz siebie.
Bo kiedy uważasz, że jesteś beznadziejny, wręcz nienawidzisz siebie, no
to jak możesz wykrzesać z siebie miłość do kogoś? Będziesz tylko brał. Z drugiej strony, jeśli nie kochasz siebie, to nawet jeśli ktoś obdarzy
cię miłością, możesz ją odrzucić.
Albo będziesz szukał miłości pod błędnym adresem.
Zgadza się. Kiedy ktoś ma dużo deficytów: nie wierzy w siebie, myśli o sobie jak najgorzej, nie dba o wygląd zewnętrzny lub dba o niego
przesadnie, nie rozwija się, nie radzi sobie na studiach, w szkole... to
taki człowiek, u którego generalnie wszystko leży, szuka drugiej osoby
po to, żeby dała wszystko to, czego on nie ma. Taki związek będzie
skazany na porażkę, bo nie rozwinie się tam partnerstwo, tylko relacja
dawca-biorca.
A powinna być równowaga.
W takim związku powstaje problem, bo osoba, która jest biorcą, staje się
zależna. Bez dawcy sobie nie poradzi, rozsypie się. My po to mamy kochać siebie, by w ramach tej miłości
zaspokajać wszystkie swoje ważne potrzeby. W relacji zaś zaspokajamy
potrzeby swoje i potrzeby drugiej osoby.
Być może jesteś w związku albo marzysz o tym, żeby w nim być.
Myślałeś(-aś) kiedyś dlaczego? Właśnie po to, żeby coś otrzymać -
miłość, wsparcie, troskę, uwagę, czas i tym podobne. Ale w zamian
podzielić się czymś z tą drugą osobą.
Co to są "potrzeby w relacji" i czym różnią się od innych potrzeb?
Każdy człowiek ma swoje osobiste potrzeby, potrzeby podstawowe,
fizjologiczne: jedzenie, spanie, oddychanie... i potrzeby wyższego
rzędu, takie jak miłość, akceptacja, samorealizacja i tak dalej. Nie
każdy jednak jest ich świadomy. Ponadto, wchodząc w związki, mamy wiele
dodatkowych potrzeb.
No właśnie: jakich?
Sam powinieneś umieć je nazwać. Jeśli nie potrafimy
nazwać tego, czego chcemy, bardzo trudno będzie drugiej osobie
odpowiedzieć na nasze potrzeby. A chcemy być ważni, wysłuchani,
kochani, ważniejsi od gier, kolegów czy koleżanek. Pragniemy czułości,
czasem kwiatów i upominków, czasu spędzanego razem... i wielu innych
rzeczy. Najczęściej pojawiającą się potrzebą w związkach moich pacjentów
jest potrzeba bycia kimś najważniejszym dla wybranka czy wybranki.
Pewnie brzmi znajomo.
Oj tak... Ale idąc w ślad za tym, co mówisz, zgaduję, że taką potrzebę
zgłaszają jasno przede wszystkim ci, którzy są ważni dla samych siebie,
bo sami siebie kochają.
Ci, którzy siebie nie kochają, też mają taką potrzebę, ale komunikują ją
w niezdrowy sposób.
Czyli jaki?
Mam taką nastolatkę w terapii. Co jakiś czas szuka chłopaka i zazwyczaj,
gdy już kogoś pozna, staje się od niego bardzo zależna emocjonalnie.
Uważa, że bez niego świat się skończy, a ona będzie nikim. O sobie myśli
zaś, że jest beznadziejna. Zjadają ją kompleksy i niska samoocena. Jej
wybrankami są za to popularni chłopcy, odnoszący sukcesy w sporcie, w nauce. Ona jest o te sukcesy potwornie zazdrosna. Za każdym razem, kiedy
oni robią krok do przodu, ona zamyka się w sobie i trzeba się nią
zajmować. Te związki szybko się przez to kończą.
Nie dziwię się tym chłopakom, że dziękują jej za współpracę.
Gdyby była partnerką, która kocha siebie i jego, toby cieszyła się
szczęściem swojego chłopaka. Ale nie, sabotuje go - ponieważ nie chce,
żeby on szedł do przodu.
W sumie dlaczego?
Boi się, że ją zostawi. Próbuje go stłamsić, byle jej się nie wywinął
gdzieś, nie spotkał kogoś ciekawszego. Czuje przecież, że nie jest dla
niego ciekawa. A dlaczego nie jest ciekawa? Bo nie rozwija się, nie
inwestuje w siebie. Karmi się złym zdaniem o sobie oraz obawami. To są
objawy braku miłości do siebie. I to jest toksyczne.
Jeszcze sobie wyobraziłem, że osoba, która siebie nie kocha, by
potwierdzić to swoje "bycie nikim", znajdzie kogoś, kto będzie nią
pomiatał.
Taki scenariusz też jest możliwy. Tu mamy do czynienia z potwierdzeniem
schematu: jestem beznadziejna, nie zasługuję na miłość. Wybieram
partnera, który będzie mnie traktował tak, że nie będę miała
wątpliwości, że to, w co wierzę, jest prawdą.
Ale można też przy odrobinie szczęścia trafić na kogoś, kto pomoże nam
siebie pokochać.
Tak, w dobrej relacji można nauczyć się miłości do siebie. I od razu
rozpoznać, jak to u nas jest z miłością własną. Ktoś ci okazuje mnóstwo
ciepła, a ty myślisz: ale ja przecież nie zasługuję...
Tu powinna zapalić się czerwona lampka.
Przychodzą do mnie tacy pacjenci. "Niby jest super, ale czuję, że coś
jest nie tak. On(-a) ciągle powtarza, że mnie kocha. Tak bez powodu? Na
pewno czegoś ode mnie chce!" To podejrzenie wypływa z braku miłości do
siebie. Są osoby sabotujące relacje, w których dostają ciepło, i z uporem maniaka szukają czegoś znajomego dla siebie, ale niemającego
wiele wspólnego ze zdrowym związkiem. Warto mieć tego świadomość i przyglądać się swoim wyborom.
Jako osobnik z tatuażami nasłuchałem się o dysmorfofobii, czyli
nieakceptowaniu swojego ciała. To też może być efekt braku miłości do
siebie, prawda?
Twoje tatuaże - twoja sprawa. Ale faktem jest, że z braku miłości do
siebie ludzie często nadmiernie o siebie dbają. Myślą, że jeszcze muszą
coś zrobić, żeby zasłużyć na miłość. Że ich ciało nie jest samo w sobie
dość dobre. Efektem tego jest nieustanne upiększanie się, ekstremalnie
dużo tatuaży, piercingu, botoksu i tak dalej.
Albo jeszcze jedno osiągnięcie, jeszcze jedna najlepsza ocena. Bo i tak
można. Aż do zupełnego wyczerpania baterii.
Pamiętam pacjentkę, która jako dziecko była odtrącana przez rodziców.
Czuła się najmniej ważna z trójki rodzeństwa. Przy okazji była też takim
typowym "brzydkim kaczątkiem". Niezauważona, zawsze w cieniu
ładniejszych koleżanek. Obiecała sobie, że jak dorośnie, będzie miała
wszystko - żeby udowodnić ludziom, że jest wartościowa. Wpadła przez to
w wir operacji plastycznych, wierząc, że gdy będzie idealnie piękna,
nikt jej nie odrzuci.
Jak to, w wir? Robiła jedną operację za drugą?
Tak. I za każdym razem obiecywała sobie, że to już ostatni raz. Bała się
jednak, że kiedy przestanie, jej partner znajdzie kogoś lepszego,
koleżanki przestaną się z nią spotykać, straci klientów w pracy... Takie
przekonania i myślenie nakręcały spiralę lęku, później złości, a na sam
koniec, żeby te emocje rozładować, szukała kolejnego sposobu na
"upiększenie", licząc, że tym razem pomoże już ostatecznie.
Matko, to już nałóg. Wróćmy jednak do źródła tych wszystkich problemów.
Skąd bierze się brak miłości do siebie? Wspomniałaś przed chwilą o odtrąceniu przez rodziców...
Nie każdy ma ciepły dom, troskliwych rodziców. W rodzinach dzieją się
różne rzeczy.
Ze strony rodziców pada dużo słów krytyki, wyrażane są nierealistyczne
oczekiwania, następuje porównywanie do innych dzieci w szkole. Wtedy
rodzi się w dzieciach przekonanie, że trzeba zasługiwać na miłość. Brak
miłości do siebie wynika też z przemocy rodziców wobec dziecka. Ono
zaczyna myśleć: "Jestem nikim i zawsze zasługuję na karę" lub: "Jak
można mnie w ogóle kochać? Jeśli moi rodzice mnie biją, to oznacza, że
jestem najgorszy".
To smutne.
Ale i mniej drastyczne sytuacje mogą zostawić swoje piętno.
Często jest rywalizacja w rodzeństwie o to, kogo rodzice pokochają
bardziej. To również odbija się na miłości do siebie tego, które taką
rywalizację "przegrywa".
Bywa, że rodzice uzależniają od postępowania dzieci swój nastrój. "O,
przez ciebie mamusia będzie smutna" lub jeszcze gorsze: "Do grobu mnie
wpędzisz".
To zostaje, ale nie w rodzinie, tylko w naszej psychice.
No właśnie, o to chodzi, że wszystko zostaje! "Mamusia jest przeze mnie
smutna. Jestem złym człowiekiem". W głowie pozostaje tak zwany krytyczny
rodzic lub wadliwe dziecko. I uprzykrzają nam życie.
Albo "nie zjesz, to mamusia będzie płakać". To też chore.
Tak. Albo "ja się zabiję przez ciebie". "Ty mnie do grobu wpędzisz". Ty
jako nastolatek słuchasz tego i chłoniesz jak gąbka. Rodzice nie powinni
tak mówić.
To są sytuacje może nie dla wszystkich oczywiste, ale kiedy mowa o przemocy: fizycznej, seksualnej, psychicznej, to chyba nikt nie ma
wątpliwości co do jej szkodliwego wpływu.
Gdy jako młoda osoba doświadczasz przemocy, myślisz, że to ty jesteś
winny. I przestajesz się kochać, bo uważasz, że coś z tobą jest nie tak.
Stąd bierze się choćby samookaleczanie w okresie nastoletnim.
Również ze strony starszego rodzeństwa dochodzi do aktów przemocy czy
nawet do molestowania seksualnego.
Miałam pacjenta, którego siostra zimą zamykała na balkonie, kiedy
rodzice byli w pracy. On stał tam w kapciach i płakał. Był dużo młodszy
od niej, a ona się nad nim znęcała. Mam też pacjentkę, która była
notorycznie molestowana przez swojego starszego brata. Nikt tego nie
zauważył, a ona bała się prosić o pomoc. Nie można po takim
doświadczeniu odczuwać miłości do siebie, trzeba przejść psychoterapię,
żeby przepracować traumę.
Przemoc psychiczna to także wykorzystywanie dzieci w konfliktach między
rodzicami.
Wielokrotnie trafiają do mnie na terapię osoby, które w dzieciństwie
były lub są obarczane problemami dorosłych. Rodzice wciągają dzieci w swoje spory. Tworzą pseudozwiązki przeciwko drugiemu partnerowi, bardzo
często na przykład matka z synem przeciwko "złemu ojcu". Zdarzają się
także pacjenci, którzy stali pomiędzy rodzicami a dziadkami.
Ojciec może jest zły, ale ta symbioza też jest zła.
Zła, szkodliwa, toksyczna. Gdy jesteś młody(-a) i doświadczasz takiej
sytuacji, nie rozwijasz się prawidłowo. Obarczony nadmiarem oczekiwań,
masz nieustanne poczucie, że jesteś nie dość dobry, nie dość silny, nie
zasługujesz na miłość. Do tego dochodzi jeszcze jedna sprawa: w jaki
sposób masz zaspokoić potrzeby matki, ojca czy innej osoby, jeśli sam
masz swoje potrzeby do spełnienia? Często takie dzieciaki rezygnują z zaspokajania swoich potrzeb właśnie dla rodziców. Często są obrońcami
jednego z rodziców w jego konflikcie z drugim. Płacą za to depresją,
zaburzeniami lękowymi... bo jest im za ciężko z taką odpowiedzialnością.
Bo nie powinno ich to spotykać! Pamiętaj: masz prawo do swoich potrzeb,
a swoje konflikty rodzice powinni rozwiązywać
sami.
Środowisko, w jakim dorastamy, też może wpłynąć na naszą samoocenę. Mam
tu na myśli nie tylko rodzinę, ale i kolegów z podwórka czy szkoły.
Oczywiście. Miałam pacjenta, którego rówieśnicy wyzywali "Kupa". Był
odtrącany, wyśmiewany, bity. Rodzice mówili: obroń się, nie bądź pipą. I on dorastał w przekonaniu, że zasługuje na to, co go spotyka, bo nie
potrafi się obronić. Tymczasem rodzice są od tego,
żeby chronić cię i dać ci odpowiednie wsparcie, a nie jeszcze ci
dokładać za to, że nie radzisz sobie z przemocą rówieśniczą. Masz prawo
domagać się od nich pomocy.
A co z hejtem internetowym?
To zmora naszych czasów. Hejt wiąże się z szeregiem poważnych
negatywnych skutków, to znaczy: depresją, wycofaniem, zaburzeniami
lękowymi, niską samooceną... Jeśli jesteś ofiarą hejtu, koniecznie zgłoś
to osobie dorosłej (mamie, tacie, cioci, wujkowi, babci, dziadkowi,
nauczycielce, psychologowi). Jeśli doświadczasz hejtu, a nikt ci w tym
nie pomoże, w przyszłości możesz czuć się gorszy od innych. Pamiętaj, że
hejt jest ściganym prawnie przestępstwem.
Wróćmy do tych, którzy uważają, że trzeba zasłużyć na miłość. Rodzice
wtłaczają w nich na siłę ambicje. Musisz być najlepszy w sporcie. Musisz
iść na medycynę. Dziecko posłali do klasy biol-chem z powodu medycyny i ono tłucze tę biologię, choć tego nienawidzi, ale wydaje mu się, że
dzięki temu zdobędzie miłość rodziców.
Miłość rodziców, jak zresztą każda miłość, powinna
być bezwarunkowa. Nie da się na nią zasłużyć. Rodzice powinni cię przede
wszystkim kochać i akceptować. Powinni cię uczyć i pokazywać ci
wspaniały świat. Oczywiście też stawiać granice, ale z szacunkiem do
ciebie.
Jak wiele zależy od tych rodziców, na których wybór nie mamy wpływu...
Jeżeli rodzice otaczają cię ciepłem, miłością, stawiają zdrowe granice,
ale jednocześnie dają ci dużo pozytywnego feedbacku, akceptują i okazują
to, przejawiając także troskę i zainteresowanie, no to pomimo różnych
zawirowań w życiu będziesz wierzył w siebie. Wiadomo, bywa różnie, ale
dzięki takiej postawie rodziców wykształcisz w sobie mechanizmy
działania w różnych sytuacjach i nie będziesz się obrzucał błotem, kiedy
coś ci nie wyjdzie. Będziesz otaczał się przyjaciółmi, których sam sobie
wybierzesz i którzy będą cię szanować i wspierać.
A jeśli rodzice nie otaczają ciepłem albo dzieją się inne złe rzeczy, o których wspominałaś? Czy są jakieś mechanizmy obronne do zastosowania
"tu i teraz", zamiast dopiero po latach, nie kochając siebie, zacząć
chodzić na terapię i próbować to wszystko wyprostować? Mam dopiero
siedemnaście lat i już teraz chcę dobrze żyć, a nie za lat dziesięć.
Wróćmy do tych podstawowych pytań: czy lubię siebie?
Czy siebie szanuję? Czy traktuję siebie jak ważną dla siebie osobę? Czy
robię rzeczy, które mi służą, które mi sprzyjają? Następnie
trzeba zastanowić się: jakich emocji doświadczam? Bo jeśli ktoś siebie
nie lubi, towarzyszą mu negatywne emocje. Warto mieć świadomość tych
emocji i pomyśleć, skąd się one biorą. Więc czy to, co o sobie myślę,
jest na pewno prawdziwe? Skąd mam pewność, że jestem beznadziejny? Może
ktoś mi to usiłuje wmówić?
Toksyczni rodzice, toksyczni rówieśnicy, toksyczni nauczyciele.
Właśnie. Tak jak już powiedzieliśmy, brak miłości do
siebie bierze się z negatywnego myślenia na swój temat. A ono ma
gdzieś swoje zatrute źródło. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że każde
dziecko powinno mieć przynajmniej jednego dorosłego po swojej stronie.
Wbrew pozorom może być niekiedy o to trudno...
Trzeba rozejrzeć się po środowisku, w jakim funkcjonujemy. I uświadomić
sobie, że nie jest ono dane raz na zawsze, zwłaszcza w młodym wieku.
Szkoła się skończy. Wyprowadzimy się z domu rodzinnego. Zresztą nawet w tym okresie, w którym jesteśmy "skazani" na rodzinę, mamy wpływ na to, z kim spędzamy czas poza domem. To ty decydujesz o tym, kogo dopuszczasz
do siebie. Zawsze mówię o tym moim nastoletnim pacjentom, że żaden okres
w życiu tak się nie dłuży, jak ten między dwunastym a osiemnastym rokiem
życia. Ale on minie, a o części problemów zapomnisz. Inne możesz
rozwiązywać jako już dorosły człowiek.
Strategia na przeczekanie?
Trochę tak. Bo nic nie trwa wiecznie, na szczęście i na nieszczęście. To
moje ulubione powiedzenie. Czasem trzeba coś przetrwać, przeczekać po
prostu. Niekiedy ktoś mnie pyta w Instaporadni: "Co mam zrobić, moi
rodzice są toksyczni?".
I co odpowiadasz?
No dziś się nie wyprowadzisz, bo nie jesteś dorosły i nie zarabiasz
pieniędzy. Ale możesz się uczyć, rozwijać, marzyć, planować swoją
przyszłość. To jest twoja droga do wolności.
Droga przez wyobraźnię.
A żebyś wiedział. Mam pacjentkę, która wychowywała się w patologicznej
rodzinie i kiedy było źle, przenosiła się w świat fantazji. Wyobrażała
sobie różne rzeczy. I rzeczywiście, teraz, w dorosłym życiu, wiele z tych fantazji jej się spełniło, ponieważ dążyła do ich realizacji.
Czyli co się spełniło?
Teraz pisze książki.
WOW. Supermotywująca historia. Zresztą w biografiach znanych ludzi
często można znaleźć wątek dorastania w trudnych okolicznościach.
To nie jest tak, że co pomyślisz, to się stanie, ale jeśli masz
determinację i jakiś cel i wierzysz w coś, to rób jak najwięcej w tym
kierunku, żeby to zrealizować. A czy ty masz jakiś
cel? W co wierzysz? Zastanów się nad tym.
To wymaga siły.
Dużej.
Ale inaczej nie da rady. Kiedy jesteś chory(-a), ledwo trzymasz się na
nogach, i tak musisz się zdobyć na siły, żeby iść do lekarza. To jest w twoim interesie. Szukaj alternatyw i myśl o przyszłości.
Dobrze jest też mieć sojuszników. Człowiek w pojedynkę jest słabszy.
Ten wątek pojawia się w Sex Education, do którego to serialu
wielokrotnie będę tutaj nawiązywał i bardzo go wszystkim polecam.
Mieszkającą w przyczepie i cieszącą się niezbyt dobrą sławą Maeve
ciągnie za uszy nauczycielka, która dostrzega jej niepospolitą
inteligencję.
Taka jest rola nauczycieli, trenerów, ale też dużej pracowitości takiego
dziecka. Ktoś jednak musi najpierw zaszczepić w tobie wiarę w siebie,
pokazać, że inne życie jest w ogóle możliwe.
Jeśli nie widzimy wsparcia blisko, warto poszukać dalej. W szkole nie
znajduję zrozumienia? Ale w domu kultury organizują różne warsztaty,
może tam poznam fajnych ludzi. Wielu ludzi czerpie siłę z książek,
filmów, seriali, zatapiając się w świat fantazji lub biorąc przykład z ludzi, którzy jako dzieci przechodzili podobne trudności.
Albo chodząc na jakiś trening czy kurs tańca.
Na przykład. Trzeba do tego podejść w otwarty sposób. Mam taką
nastoletnią pacjentkę, która pochodzi z niezbyt dobrego domu, ale
znalazła wsparcie wśród ludzi z grupy tanecznej i ci ludzie dają jej
siłę.
Podsumowując: mogę iść po szkole do koleżanki, zamiast wracać na to
nieszczęsne podwórko, gdzie mnie prześladują. Potem poprosić matkę czy
ojca, żeby mnie zabrali samochodem, jak będą wracać z pracy, i w ich
towarzystwie pojechać do domu. A jeżeli mam rodziców, z którymi się nie
dogaduję albo którzy stosują wobec mnie przemoc, mogę spróbować nawiązać
bliższą więź z ciotką albo z kimś innym dorosłym.
Jedna z moich pacjentek, kiedy miała szesnaście lat, przeprowadziła się
do dziadków, bo uznała, że nie wytrzyma w domu. Jej rodzice żyli w nieustannym konflikcie. Ojciec pił. Dziadkowie zaś dali jej dużo ciepła
i miłości. Więc ona w ten sposób zadbała o siebie.
Inna z kolei w wieku czternastu lat sama zgłosiła się do domu dziecka,
bo matka ją biła. Spakowała się, przyjechała i powiedziała, że nie ruszy
się stamtąd oraz że nie ma mowy o powrocie do domu. Ojciec był po
rozwodzie z matką, nie miał z córką kontaktu, ale jakoś tak szczęśliwie
się ułożyło, że ją po jakimś czasie z tego domu dziecka zabrał i zamieszkali razem.
Bardzo dojrzale zachowały się te dziewczyny.
Kiedy cierpisz, szukaj pomocy u dorosłej osoby, choćby w szkole: u wychowawcy, psychologa szkolnego, pedagoga, ulubionego nauczyciela. U kogoś, przed kim łatwo ci będzie się otworzyć. Na szczęście, z tego, co
obserwuję, młodzi ludzie coraz częściej znają swoje prawa i coraz
częściej wiedzą, gdzie poszukiwać pomocy.
Wyjście jest, trzeba go poszukać.
Znam mnóstwo osób, które wychodząc z patologicznych sytuacji, osiągnęły
dużo właśnie dlatego, że nie chciały cierpieć i chciały mieć w życiu
lepiej.
I te osoby kochają siebie?
Tak, ale najpierw musiały zweryfikować swoje przekonania, myślenie o sobie.
Czy jestem toksyczny(-a)? Czy jestem zaburzony(-a)?
Przychodzi taki moment w życiu większości z nas, kiedy zaczynamy
zadawać sobie pytanie, kim jesteśmy i jak nas odbierają inni. Patrzymy
na siebie w relacjach, gdy przeżywamy w nich trudności, i zadajemy sobie
pytanie, czy wszystko z nami okej. To dobrze, jeśli ty również się nad
tym zastanawiasz. Można z takiej autorefleksji wyciągnąć ogromną naukę
na swój temat, a także skorygować rozmaite zachowania, które nie
sprzyjają budowaniu dobrych relacji międzyludzkich. Jeśli jesteś w związku czy w przyjaźni i widzisz, że reagujesz nieadekwatnie, wykazując
nadmierną zazdrość, kontrolę, albo że manipulujesz bliską osobą, zostań
z nami. (Uwaga! To jeden z dwóch rozdziałów na temat toksyczności!)
Gdy ludzie myślą, że coś jest z nimi albo z kimś innym nie tak, używają
często przymiotnika "toksyczny".
To słowo oznacza wszystko i nic - przez to, że bywa obecnie nadużywane.
A gdybyś jednak spróbowała podać jakąś jego definicję? Ci, którzy
uważają, że ktoś jest toksyczny, zazwyczaj sądzą tak na jakiejś
podstawie.
Bycie toksycznym to bycie zaburzonym w relacji. To oczekiwania niewspółmierne do sytuacji, nadmierna
zazdrość, kontrolowanie, manipulacja, celowe wpędzanie w poczucie winy,
wymaganie jakiejś bezwzględnej, wyidealizowanej miłości, to jest też
często ogromny krytycyzm w stosunku do partnera czy partnerki i brak
zauważania niepoprawnych, nieadekwatnych reakcji u siebie. Taka osoba
zawsze obarcza winą drugą osobę.
Bycie toksycznym to umniejszanie partnera, znęcanie
się nad nim psychiczne, fizyczne, seksualne, to przemoc ekonomiczna,
manipulacje, zastraszanie, wymuszanie, obniżanie czyjegoś poczucia
własnej wartości. Przy osobie "toksycznej" możesz się czuć dosłownie
pozbawiony energii.
Jak przy wampirze.
Zgadza się. Bycie toksycznym to wreszcie cały zestaw różnych zachowań
manipulacyjnych, na czele z próbami samobójczymi na pokaz lub
stosowaniem szantażu, że się samobójstwo popełni. To są wszystkie te
sytuacje, kiedy ktoś próbuje zakończyć relację, a druga osoba zatrzymuje
go za wszelką cenę, grożąc, że sobie zrobi krzywdę.
"Jak mnie zostawisz, to się zabiję".
Właśnie o tym mówię. Miałam pacjentkę, która żeby zatrzymać przy sobie
chłopaka, pojechała do szpitala, położyła się na łóżku i wysłała mu
zdjęcie z informacją, że jest ciężko chora. Inna udawała, że ma
nowotwór, tylko po to, żeby chłopak się nią opiekował.
To są jaskrawe przykłady, ale też chyba często nie widzi się, że jest
się z taką toksyczną osobą. Tak na co dzień. Olśnienie przychodzi
dopiero po jakimś czasie.
Często się tego nie widzi, bo mamy w głowach wyidealizowany obraz
związku, w którym jest miejsce na wielką miłość, a więc i wielką
zazdrość. Ludzie odczytują takie zachowania jako oznakę tego, że komuś
zależy.
Jakie zachowania? Szantaże, próby samobójcze? Przecież tu od razu
powinien włączyć się sygnał do ewakuacji.
Wyobraź sobie, że szantaże i próby samobójcze też bywają przez
niektórych interpretowane jako dowód dużego zaangażowania. Skupmy się
jednak na zachowaniach mniejszego kalibru, czyli na scenach zazdrości,
wydzwanianiu, wiecznej kontroli ("gdzie jesteś?"), jeżdżeniu za kimś po
mieście, nieustannych pretensjach i płaczach. Jeśli przypomina ci ten
opis relację, w której obecnie jesteś, wiedz, że zdrowy związek tak nie
wygląda. Nawet jeśli ludzie się pokłócą, co się zdarza, dają sobie czas
na ochłonięcie, na zrozumienie tego, co się stało, i na rozwiązanie
problemu. A potem żyją długo i szczęśliwie, bez ciągłego wywoływania
konfliktów i szukania dziury w całym.
Jest też coś takiego jak zdrowa zazdrość.
To jest normalne, kiedy ci na kimś zależy. To jest mechanizm ewolucyjny
(pilnujesz w końcu tego, co twoje). Ale to nie znaczy, że masz
kontrolować, śledzić, sprawdzać, instalować komuś po kryjomu lokalizator
albo podsłuch. Związki budujemy, opierając się na zaufaniu. Dopiero
kiedy ktoś go nadużyje, możemy włączyć podejrzliwość i mechanizmy
kontroli, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.
Odnoszę wrażenie, że osoby nastoletnie podejrzewają toksyczność u siebie
lub innych na podstawie zachowań, które nie są aż tak drastyczne. Tak
jak powiedziałaś, bycie toksycznym oznacza wszystko i nic. Jest to
bardzo łatwo przypinana łatka. Zazwyczaj innym, niekiedy też sobie.
Pewnie bardzo często zupełnie bez pokrycia z rzeczywistością.
Ludzie zaczynają siebie o to podejrzewać najczęściej wtedy, kiedy mają
feedback. Sam z siebie raczej nie wiesz. Ale kiedy w kolejnym związku
ktoś ci mówi, że jakiś jesteś, to trzeba się zastanowić, na bazie jakich
zachowań on(-a) ciebie tak ocenia. I gdy te "toksyczne" zachowania
dostrzeżesz u siebie, no, to już jest pora, żeby zacząć nad sobą pracę.
Najtrudniej jest dostrzec coś negatywnego u siebie.
No to słuchaj feedbacku. Jeśli kolejny partner
ci mówi, że jesteś chorobliwie zazdrosny(-a), zastanów się, czy nie ma w tym racji. Bo to przecież nie może być przypadek. Raczej się przeciwko
tobie nie zmówili.
To fakt. Czyli nadmierna zaborczość i zazdrość to bezsporne oznaki
toksyczności.
Zaborczość, przywłaszczanie sobie drugiej osoby, decydowanie o niej,
manipulacja, pogrywanie. Wszystko to, co nie jest partnerską relacją, z czego nie przebija szacunek dla drugiej osoby i jej wolności.
Mam młodą pacjentkę, której chłopak codziennie rano każe wysłać zdjęcie
w ubraniu, w jakim ona zamierza wyjść do szkoły. I oczywiście mówi jej:
nie, tak nie wyjdziesz, to zbyt wyzywające.
I ona się na to godzi?
Zdrowa osoba nie wejdzie w związek z nikim zaburzonym, bo nie chce
nikogo leczyć. Ci, którzy decydują się na relacje z toksycznymi, często
sami potrzebują terapii. Zaborczy człowiek potrzebuje uległego - po to,
aby realizować swoją wizję siebie, związku, życia. Uległy często uważa,
że nie ma racji, nie ma siły przebicia, nie zasługuje na miłość,
sympatię... i z lęku przed utratą godzi się na złe traktowanie.
Załóżmy więc, że usłyszałem kilka razy od różnych osób, że przesadzam z podejrzliwością, a to obudziło we mnie - nomen omen - podejrzenie, że
mogę być osobą toksyczną. Mówisz: pracować nad sobą. Jak?
Jeśli już wiesz, że przejawiasz zachowania, które mogą być trudne dla
innych, to jest połowa sukcesu. Dalej jest potrzebna terapia. Bo to
wcale nie są żarty. Kiedy jesteś osobą nastoletnią,
która reaguje często nieadekwatnie, nie radzi sobie z emocjami, krzywdzi
innych i tak dalej, może to być dowód na to, że kształtują się w tobie
zaburzenia osobowości. Te wprawdzie diagnozuje się z całą
pewnością dopiero po dwudziestym, dwudziestym piątym roku życia, gdyż do
tego czasu osobowość się kształtuje, ale właśnie dzięki temu, że ona się
teraz kształtuje, możemy spróbować mieć na nią wpływ.
To jak z chorobą - nie ignorujmy pierwszych objawów, bo może to się źle
dla nas skończyć.
Brak reakcji, brak podjęcia terapii zaowocuje tym, że będziesz wiecznie
popełniał(-a) te same błędy, a one będą wpływać na twoje funkcjonowanie
w relacjach z ludźmi i w związkach, ale przede wszystkim będą rzutowały
na to, jak się będziesz czuł.
Nie każdego nastolatka stać na terapię. Zresztą rodzice mogą się nie
zgodzić albo ich samych może nie stać.
Najważniejsze jest obserwowanie siebie, słuchanie
tego, co mają nam do powiedzenia inni, wyciąganie wniosków, chęć zmiany
i praca nad zmianą. Sprawdź, w jakie bliskie relacje wchodzisz.
Czy jesteś konfliktowy? Czy masz skłonności do agresji, ryzyka? Czy
czasem ryzykujesz, czy przestrzegasz zasad, norm? Jak traktujesz innych
ludzi? Jak o nich myślisz? Jak myślisz o sobie? Warto też sobie spisać
swoje przekonania na temat związku. Co ktoś powinien, co ja powinnam,
powinienem. Często ludzie już na poziomie przekonań mają jakieś
zniekształcenia, a cała reszta jest tego konsekwencją. Na przykład
jeżeli jedna osoba jest z domu, w którym ojciec zdradza matkę albo matka
ojca, może wejść w życie związkowe z myśleniem, że kobiety są niewierne
lub że mężczyznom nie należy ufać.
Może nawet nie wiedzieć, że ma się jakieś przekonanie, ale to się ujawni
w zachowaniu.
Zgadza się. Toksyczność to są wszystkie zachowania, które w jakiś sposób
uderzają w kogoś albo w ciebie. Doświadczając ich albo przysparzając ich
komuś, warto się zastanowić, co się za nimi kryje.
I nagle: niespodzianka! Okazuje się, że kierują tobą przekonania, o których nie miałeś(-aś) pojęcia.
Kiedy odkrywasz takie przekonania w sobie, warto zapytać osobę, z którą
jesteś w relacji: czy robię coś, co ciebie rani? A jeśli tak, to co to
jest? To pozwoli nam więcej zrozumieć. Tylko trzeba
mieć odwagę, żeby słuchać.
A przede wszystkim odwagę, by zapytać.
Masz rację, to kluczowe. A później przychodzi czas na zapytanie samego
siebie: dlaczego tak robię? Dlaczego na przykład, kiedy moja dziewczyna
nie odbierała telefonu, a ja do niej wydzwaniałem kilkanaście razy, to
kiedy wreszcie odebrała, powiedziałem "pierdol się"? Czy to była słuszna
reakcja? I dlaczego tak ostro? Może dlatego, że poczułem się odrzucony?
A przecież ona mogła być u dentysty, u pedikiurzystki, w łazience. Mogła
mieć wyciszony ten telefon.
Mogła wreszcie nie mieć ochoty na rozmowy.
Pewnie. To prawo każdego. Trzeba pamiętać: inni ludzie mają swoje prawa.
Ktoś może po prostu nie lubić rozmawiać przez telefon.
A teraz zastanów się, jakie prawa w twoim związku ma
twoja partnerka czy twój partner według ciebie. Możesz to nawet sobie
spisać. A potem zapytaj ją/jego o to. Czy zgadzacie się we wszystkich
punktach? Jeśli nie, macie o czym dyskutować.
Skupmy się na tej sytuacji z telefonem. Co zrobić, by do niej powtórnie
nie doszło? Trzeba czekać, aż w toku terapii zmienią się nam
przekonania?
Następnym razem, gdy ona znów nie będzie odbierać, możesz spróbować
odroczyć działanie i zastanowić się nad tym, co czujesz - to po
pierwsze, co myślisz - to po drugie, a po trzecie - poszukaj dowodów na
prawdziwość twoich myśli. Jeśli ich nie znajdziesz, zastanów się, czy te
myśli są słuszne. Podam ci przykład. Dzwonisz, ona nie odbiera. Myślisz:
"Olewa mnie, nie liczy się ze mną, powinna zawsze odbierać telefon ode
mnie". Takie myśli mogą wywołać złość, smutek, poczucie bycia nieważnym.
Jaka będzie twoja reakcja? Może się obrazisz, może następnym razem, w odwecie, sam nie odbierzesz, gdy zadzwoni. A co by było, gdybyś
pomyślał: "Nie odbiera, bo pewnie jest zajęta, ale na pewno oddzwoni lub
napisze, kiedy zobaczy, że dzwoniłem"? Co możesz po tym poczuć? Spokój.
Jaka może być twoja reakcja, gdy wreszcie usłyszysz ukochaną? "Fajnie,
że oddzwaniasz. Co ciekawego robiłaś?"
Mogę się powstrzymać jeden, drugi raz, ale za trzecim razem się nie
powstrzymam. Bo przecież te przekonania pewnie są silniejsze ode mnie.
Jak się nie powstrzymasz, trudno. Zaliczasz upadek, a potem dalej
walczysz. Rozmowa z własnymi myślami to świetna strategia na panowanie
nad emocjami i na adekwatne reagowanie. To cenna umiejętność, jedna z podstawowych technik terapii poznawczo-behawioralnej.
No tak. Ale wydaje mi się, że w tej sytuacji praca jest do wykonania po
obu stronach. Mam na myśli partnerkę, partnera. Musi wykazać się
cierpliwością i wyrozumiałością, kiedy widzi, że ta druga osoba jednak
próbuje.
Z jednej strony: tak. Ale trzeba jasno powiedzieć, że praca jest do wykonania przede wszystkim po stronie tej
osoby, która "nawala". Nie jest to niemożliwe. Ile razy słyszymy
od kogoś: "No i on mi powiedział coś tam. Ja się powstrzymałam, ale
miałam ochotę mu nawrzucać". Miała ochotę mu nawrzucać, ale się
powstrzymała! Wskazówką może być odroczenie rozmowy w chwili, kiedy
czujesz silną złość. Poczekaj, aż emocje opadną, i dopiero wtedy
wyjaśniaj.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki