Instaporadnia. Ciało, emocje i seks - Magdalena Chorzewska, Przemysław Pilarski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Cześć!

Magda: To chyba ten moment, kiedy musimy ci wyja­śnić, skąd wzięła się ta książka i dla­czego wła­śnie ją napi­sa­li­śmy. Histo­ria jej powsta­nia zaczyna się w 2019 roku - a więc moja Insta­po­rad­nia jesz­cze nie ist­nieje. Pod­czas pracy przy pro­gra­mie Love Island spo­ty­kam Prze­mka Pilar­skiego, dosłow­nie spo­ty­kam go na lot­ni­sku w Mala­dze, skąd jedziemy jed­nym autem do hotelu, gdzie będziemy miesz­kać kolejne dwa mie­siące. Zaprzy­jaź­niamy się. Prze­mek jest już wtedy współ­au­to­rem best­sel­lera Sztuka obsługi penisa. Pod koniec naszego pobytu, po wielu prze­ga­da­nych godzi­nach, Prze­mek pro­po­nuje mi wspólne napi­sa­nie książki psy­cho­lo­gicz­nej. Jestem zachwy­cona tym pomy­słem, bo jeśli pisa­nie książki, to tylko z Prze­mkiem. Ma otwarty umysł, jest bystry, a dodat­kowo bar­dzo go lubię. Wra­cam do Pol­ski, odkła­dam pomysł na półkę aż do momentu, kiedy w 2021 roku wra­camy do tematu.

Tym­cza­sem wybu­cha pan­de­mia COVID-19, mamy lock­down, ja zaczy­nam pracę online i z potrzeby serca oraz miło­ści do mojego zawodu i pacjen­tów zaczy­nam udzie­lać się na Insta­gra­mie. Otwie­ram kilka razy w tygo­dniu Insta­po­rad­nię, gdzie odpo­wia­dam na wasze pyta­nia. Insta­po­rad­nia roz­ra­sta się (dziś mam tam pra­wie 80 tysięcy obser­wa­to­rów), zakła­dam konto na Tik­Toku i... oka­zuje się, że po wie­dzę psy­cho­lo­giczną się­gają rów­nież mło­dzi ludzie z Tik­Toka! Obser­wuje mnie ponad 445 tysięcy osób, mam ponad 12,5 mln polu­bień moich postów1.

Codzien­nie otrzy­muję pyta­nia na DM. Posta­na­wiam na naj­częst­sze z nich odpo­wie­dzieć rów­nież tu, na łamach książki, którą macie przed sobą. Mam nadzieję, że nasze wspólne dzieło pomoże wam roz­wią­zać pro­blemy lub wskaże drogę do ich roz­wią­za­nia.

Prze­mek: Wszystko się zga­dza. Pozna­li­śmy się w Mala­dze :) . Pomysł na wspólne dzieło powstał szybko, ale doj­rze­wał i doj­rze­wał, wresz­cie doj­rzał - wraz z abso­lut­nie nie­sa­mo­witą Insta­po­rad­nią Magdy. W pew­nym sen­sie jest tak, że bar­dzo chcie­li­śmy razem napi­sać książkę, no bo faj­nie (i długo) nam się w tej Hisz­pa­nii roz­ma­wiało, ale dopiero Insta­po­rad­nia pod­po­wie­działa, o czym ta książka ma być. A nawet nie Insta­po­rad­nia, tylko wy - zgła­sza­jący się do Magdy ze swo­imi pro­ble­mami. Ja te wasze pyta­nia tutaj Mag­dzie zadaję, sta­ra­jąc się jak naj­do­kład­niej drą­żyć każdy temat.

Na końcu książki znaj­dują się dwa roz­działy dla rodzi­ców. Daj­cie im prze­czy­tać, niech też się cze­goś dowie­dzą.

#hasz­tagi: są po to, żeby na pierw­szy rzut oka łatwo było roze­znać się w zwar­to­ści roz­działu; jak wia­domo, każdy "duży" temat zaha­cza o roz­ma­ite "mniej­sze"; na końcu książki został zamiesz­czony indeks, książkę można zatem czy­tać nie tylko od strony pierw­szej do ostat­niej, ale też kie­ru­jąc się hasz­ta­gami.

Pokochać siebie

Temat miło­ści do sie­bie prze­wija się w Insta­po­radni nie­mal codzien­nie. Więk­szość z was sły­szała zapewne hasło "poko­chaj sie­bie, a inni też cie­bie poko­chają". W tym roz­dziale posta­ramy się poka­zać wam, jak to zro­bić.

Podobno naj­trud­niej jest poko­chać sie­bie, tak naprawdę. Z dru­giej strony - wszę­dzie krzy­czą, że trzeba to zro­bić.

Zga­dzam się z tymi, któ­rzy krzy­czą, że należy poko­chać sie­bie, mimo że może wyda­wać się to chwi­lową modą.

No ale jak to zro­bić?

Ludzie myślą, że to jakaś wielka tajem­nica albo rzecz nie do osią­gnię­cia. A tak naprawdę cho­dzi o to, żebyś dbał o sie­bie i trak­to­wał sie­bie jako naj­waż­niej­szą osobę w swoim życiu.

Ego­izm?

Zdrowy, jeśli już. Ale ja bym wolała zostać przy sło­wie "tro­ska". Miłość do sie­bie nie powinna koja­rzyć się nega­tyw­nie.

Więc jak zatrosz­czyć się o sie­bie?

Jak ktoś sie­bie nie kocha, to prze­ja­wia auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia, gło­dzi się albo prze­kar­mia, sięga po używki, popada w roz­ma­ite nałogi, tnie się, wcho­dzi w "tok­syczne" rela­cje. Dbaj więc o to, co jesz, o to, jak się ubie­rasz, jak spę­dzasz czas, czy nie robisz sobie krzywdy, wikła­jąc się w związki, w któ­rych cier­pisz, albo zaży­wa­jąc nar­ko­tyki, impre­zu­jąc do upa­dłego, nisz­cząc swoje zdro­wie. Idź przez życie, sta­wia­jąc sobie cele, wyzwa­nia. W miło­ści do sie­bie cho­dzi prze­cież o to, by popra­wiać swój byt i się roz­wi­jać, ale też, co ważne, zwra­cać uwagę na swoje emo­cje, mieć świa­do­mość swo­ich potrzeb.

Idąc przed sie­bie, musisz poko­ny­wać prze­szkody. Nie­kiedy w postaci innych.

Tak, bo miłość do sie­bie to też aser­tyw­ność. Cza­sem trzeba się komuś posta­wić.

Ale miłość do sie­bie to także altru­izm. Gdy kochasz sie­bie, jesteś otwarty(-a) na cudze potrzeby.

Zacie­ka­wiło mnie to, co powie­dzia­łaś o impre­zo­wa­niu...

W impre­zo­wa­niu nie ma nic złego, jed­nak we wszyst­kim trzeba znać umiar.

Umiar to jedno. Lecz impre­zo­wi­cze koja­rzą się głów­nie z oso­bami, które bar­dzo dbają o sie­bie. Prze­cież nie­ustan­nie dostar­czają sobie przy­jem­no­ści. Tym­cza­sem może się oka­zać, że to nie miłość, a zagłu­sza­nie jakichś swo­ich pro­ble­mów czy nie­do­stat­ków.

Ludzie w różny spo­sób robią sobie krzywdę, kiedy sie­bie samych nie kochają.

Wystar­czy prze­śle­dzić bio­gra­fie człon­ków Klubu 272.

Mam pacjenta, który był bar­dzo dobrze zapo­wia­da­ją­cym się czło­wie­kiem, takim zło­tym chłop­cem. Wszy­scy wró­żyli mu wielki suk­ces. W wieku mło­dzień­czym wyróż­niał się ogrom­nym poten­cja­łem inte­lek­tu­al­nym, miał świetne wyniki w nauce, wygry­wał olim­piady. Miał też bar­dzo wielu zna­jo­mych.

Domy­ślam się, że będzie jakieś "ale".

Będzie. Ale gdy poszedł na stu­dia, odkrył, że kie­ru­nek, który wybrali mu rodzice, jest dla niego mało inte­re­su­jący. Zaczęły się więc kon­flikty z rodzi­cami. Stało się wtedy oczy­wi­ste, że ich miłość jest warun­kowa.

Albo będzie tak, jak oni chcą, albo wyj­dzie na nie­wdzięcz­nika, który nie zasłu­guje na uczu­cie?

Tak wła­śnie było. Chło­pak nie pora­dził sobie z odrzu­ce­niem, ale przede wszyst­kim - zaczął sie­bie nie­na­wi­dzić i ucie­kać w imprezy, alko­hol i używki. Dziś jest od alko­holu uza­leż­niony, nie udało mu się stwo­rzyć żad­nych dłu­go­trwa­łych rela­cji, a z rodzi­cami nie ma kon­taktu. Jest na szczę­ście szansa dla niego, bo się­gnął po pomoc.

Jak odróż­nić miłość od nie­mi­ło­ści? Bo zakła­dam, że warun­kowa miłość rodzi­ców two­jego pacjenta była nie­mi­ło­ścią wła­śnie.

Czym jest ta miłość wła­ści­wie? Trzeba wyjść od takiego pyta­nia. Jeśli kogoś kocham, to dopy­tuję, jak się czuje, dbam o niego, chcę się przy­tu­lać, cze­kam, aż wróci z pracy, ze szkoły, cie­szę się każdą chwilą z tą osobą. Chcę dla niej jak naj­le­piej. A co z miło­ścią do sie­bie? Po czym poznam, że sie­bie kocham? Jeśli nie wiesz, jak odpo­wie­dzieć, pod­staw kogoś innego w miej­sce sie­bie.

To zna­czy?

Jest taka fajna tech­nika: wyobraź sobie osobę, którą kochasz naj­moc­niej na świe­cie. Zapisz po kolei, co w niej kochasz, na przy­kład: "Kocham twój głos, poczu­cie humoru, piegi, lojal­ność" i tym podobne.

Kiedy skoń­czysz, zamień "twój" na "mój" i zaznacz te zda­nia, które są dla cie­bie na­dal praw­dziwe.

Cho­dzi o to, żeby zadać sobie pyta­nia na przy­kład o to, czy cie­szę się każdą chwilą, jaką ze sobą spę­dzam?

Tak. Oraz by zasta­no­wić się, co dla sie­bie robisz. Czy zauwa­żasz, kiedy ci dobrze, kiedy źle? W jakich sytu­acjach czu­jesz się dobrze, a w jakich źle? Co jest w tobie faj­nego, za co sie­bie lubisz, za co możesz sie­bie pochwa­lić? Szu­kaj, bo to na pewno jest!

Nie­któ­rym może być trudno to zna­leźć.

Może być trudno, bo osoby, które sie­bie nie kochają, zauwa­żają zazwy­czaj wady i to wywo­łuje w nich bar­dzo dużo nega­tyw­nych emo­cji. Tu może oka­zać się pomocne kolejne ćwi­cze­nie. Pomyśl przez chwilę, co dobrego ostat­nio dla sie­bie zro­bi­łeś. Zapisz to na kartce i sprawdź, czy jesteś usa­tys­fak­cjo­no­wany, czy nie było tego za mało. Wsłu­chuj się w sie­bie, w swoje potrzeby, i rób sobie dobrze, dba­jąc o sie­bie. To wła­śnie jest miłość. Kiedy kogoś kochasz, nie wyrzą­dzasz tej oso­bie krzywdy. Pil­nuj więc, by nie krzyw­dzić sie­bie.

Kocham sie­bie za samo to, że jestem.

Tak. A nie­któ­rzy mają poczu­cie, że trzeba zasłu­gi­wać na miłość. Wynika to zazwy­czaj z tego, czego o miło­ści nauczyli się w domu rodzin­nym. Jeśli na przy­kład mama lub tata chwa­lili cię i oka­zy­wali ci miłość wyłącz­nie w chwi­lach zwią­za­nych z suk­ce­sem, a nie wspie­rali i nie oka­zy­wali ci miło­ści, gdy mie­wa­łeś pro­blemy, to nie zacho­wy­wali się wobec cie­bie w porządku. Chcę tu wyraź­nie powie­dzieć: KAŻDY ZASŁU­GUJE NA MIŁOŚĆ! Ty rów­nież!

Co jeśli ktoś tak jed­nak nie myśli?

Zasta­nów się, czy nie jesteś dla sie­bie zbyt surowy i zbyt kry­tyczny. A następ­nie poszu­kaj źró­dła tego samo­kry­ty­cy­zmu. Zasta­nów się, czy to, co o sobie myślisz, aby na pewno jest praw­dziwe. Poszu­kaj rze­czy, które w sobie lubisz, które ci się w sobie podo­bają, z któ­rych możesz być dumny.

Tak, dumny od razu.

Jestem abso­lut­nie prze­ko­nana, że każdy znaj­dzie w swoim życiu coś, z czego może odczu­wać dumę. Każdy zdał jakiś egza­min, skoń­czył jakąś szkołę albo dostał się do jakiejś szkoły, zna­lazł pracę. To nie­moż­liwe, by na świe­cie była choć jedna osoba, któ­rej życie byłoby jed­nym wiel­kim pasmem pora­żek. Ni­gdy w to nie uwie­rzę.

Ja też nie.

Nikt nie jest do końca zły, tak jak nikt nie jest do końca dobry. Każdy może być z cze­goś dumny. A porażki? Trzeba je akcep­to­wać i iść dalej.

Brzmi nie­źle, ale dużo osób sku­pia się wła­śnie na poraż­kach.

Wielu moich pacjen­tów uza­leż­nia poczu­cie wła­snej war­to­ści i miłość do sie­bie od czyn­ni­ków zewnętrz­nych. Jeden z nich mówi tak: jak mi coś wyj­dzie w szkole, jak dostanę piątkę, to jestem super, to się uwiel­biam. Ale jak zawalę jakąś kla­sówkę, to jestem bez­na­dziejny. A powinno być tak, i to jest celem tera­pii, by on pomimo popeł­nio­nego błędu, tego, że coś mu nie wyszło, na­dal uwa­żał, że jest w porządku. Jesteś w porządku, tylko po pro­stu popeł­ni­łeś błąd.

A ty ile razy uwa­ża­łeś(-aś) się za bez­na­dziejną osobę? Wyko­naj ćwi­cze­nia, które pomogą ci spoj­rzeć na sie­bie łaskaw­szym okiem.

Ćwi­cze­nie nr 1

Bar­dzo dobrym ćwi­cze­niem na miłość do sie­bie jest wyobra­że­nie sobie spo­tka­nia z małym sobą. Wyobraź sobie, że idziesz na bar­dzo ważne spo­tka­nie. Ubie­rasz się naj­le­piej, jak potra­fisz, wybie­rasz miej­sce, w któ­rym czu­jesz się dobrze. Docie­rasz tam i widzisz cze­ka­jące na cie­bie pię­cio­let­nie dziecko. To ty, kiedy byłeś mały. Popatrz na sie­bie małego. Posłu­chaj, czego mały ty potrze­buje, przy­tul go i powiedz, że jest wspa­nia­łym, kocha­nym małym... (tu wstaw imię). Że jest mądry i zdolny. Że zasłu­guje na wszystko, co naj­lep­sze.

Przy­tul go mocno i zapa­mię­taj moment, w któ­rym on czy ona mówi, czego tak naprawdę chce.

Zapisz sobie na kartce to, co mały ty tobie powie­dział, i posta­raj się każ­dego dnia speł­niać prośbę małego cie­bie.

Ćwi­cze­nie nr 2 (alter­na­tyw­nie)

Wyobraź sobie, że wygra­łeś(-aś) dzień z twoim ido­lem; kimś, kto jest dla cie­bie bar­dzo, bar­dzo ważny. Masz przy­go­to­wać swój pokój czy miesz­ka­nie na wizytę gościa. Masz zro­bić pyszne śnia­da­nie lub obiad, masz ubrać się pięk­nie, tak żebyś czuł(-a) się wyjąt­kowo.

Pomyśl o tym, co zro­bisz, co przy­go­tu­jesz, w co się ubie­rzesz, jak będzie wyglą­dał twój dzień z tą ważną osobą. Czy dokądś pój­dzie­cie? Co będzie­cie robić? Opra­cuj i zapisz plan.

A teraz uwaga: ta ważna osoba, z którą się spo­tkasz, to ty :)

Koniecz­nie zrób choć jedną rzecz z planu, który przy­go­to­wa­łeś(-aś).

Powta­rzasz czę­sto: poko­chasz kogoś dopiero wtedy, gdy poko­chasz sie­bie.

Bo kiedy uwa­żasz, że jesteś bez­na­dziejny, wręcz nie­na­wi­dzisz sie­bie, no to jak możesz wykrze­sać z sie­bie miłość do kogoś? Będziesz tylko brał. Z dru­giej strony, jeśli nie kochasz sie­bie, to nawet jeśli ktoś obda­rzy cię miło­ścią, możesz ją odrzu­cić.

Albo będziesz szu­kał miło­ści pod błęd­nym adre­sem.

Zga­dza się. Kiedy ktoś ma dużo defi­cy­tów: nie wie­rzy w sie­bie, myśli o sobie jak naj­go­rzej, nie dba o wygląd zewnętrzny lub dba o niego prze­sad­nie, nie roz­wija się, nie radzi sobie na stu­diach, w szkole... to taki czło­wiek, u któ­rego gene­ral­nie wszystko leży, szuka dru­giej osoby po to, żeby dała wszystko to, czego on nie ma. Taki zwią­zek będzie ska­zany na porażkę, bo nie roz­wi­nie się tam part­ner­stwo, tylko rela­cja dawca-biorca.

A powinna być rów­no­waga.

W takim związku powstaje pro­blem, bo osoba, która jest biorcą, staje się zależna. Bez dawcy sobie nie pora­dzi, roz­sy­pie się. My po to mamy kochać sie­bie, by w ramach tej miło­ści zaspo­ka­jać wszyst­kie swoje ważne potrzeby. W rela­cji zaś zaspo­ka­jamy potrzeby swoje i potrzeby dru­giej osoby.

Być może jesteś w związku albo marzysz o tym, żeby w nim być. Myśla­łeś(-aś) kie­dyś dla­czego? Wła­śnie po to, żeby coś otrzy­mać - miłość, wspar­cie, tro­skę, uwagę, czas i tym podobne. Ale w zamian podzie­lić się czymś z tą drugą osobą.

Co to są "potrzeby w rela­cji" i czym róż­nią się od innych potrzeb?

Każdy czło­wiek ma swoje oso­bi­ste potrzeby, potrzeby pod­sta­wowe, fizjo­lo­giczne: jedze­nie, spa­nie, oddy­cha­nie... i potrzeby wyż­szego rzędu, takie jak miłość, akcep­ta­cja, samo­re­ali­za­cja i tak dalej. Nie każdy jed­nak jest ich świa­domy. Ponadto, wcho­dząc w związki, mamy wiele dodat­ko­wych potrzeb.

No wła­śnie: jakich?

Sam powi­nie­neś umieć je nazwać. Jeśli nie potra­fimy nazwać tego, czego chcemy, bar­dzo trudno będzie dru­giej oso­bie odpo­wie­dzieć na nasze potrzeby. A chcemy być ważni, wysłu­chani, kochani, waż­niejsi od gier, kole­gów czy kole­ża­nek. Pra­gniemy czu­ło­ści, cza­sem kwia­tów i upo­min­ków, czasu spę­dza­nego razem... i wielu innych rze­czy. Naj­czę­ściej poja­wia­jącą się potrzebą w związ­kach moich pacjen­tów jest potrzeba bycia kimś naj­waż­niej­szym dla wybranka czy wybranki. Pew­nie brzmi zna­jomo.

Oj tak... Ale idąc w ślad za tym, co mówisz, zga­duję, że taką potrzebę zgła­szają jasno przede wszyst­kim ci, któ­rzy są ważni dla samych sie­bie, bo sami sie­bie kochają.

Ci, któ­rzy sie­bie nie kochają, też mają taką potrzebę, ale komu­ni­kują ją w nie­zdrowy spo­sób.

Czyli jaki?

Mam taką nasto­latkę w tera­pii. Co jakiś czas szuka chło­paka i zazwy­czaj, gdy już kogoś pozna, staje się od niego bar­dzo zależna emo­cjo­nal­nie. Uważa, że bez niego świat się skoń­czy, a ona będzie nikim. O sobie myśli zaś, że jest bez­na­dziejna. Zja­dają ją kom­pleksy i niska samo­ocena. Jej wybran­kami są za to popu­larni chłopcy, odno­szący suk­cesy w spo­rcie, w nauce. Ona jest o te suk­cesy potwor­nie zazdro­sna. Za każ­dym razem, kiedy oni robią krok do przodu, ona zamyka się w sobie i trzeba się nią zaj­mo­wać. Te związki szybko się przez to koń­czą.

Nie dzi­wię się tym chło­pa­kom, że dzię­kują jej za współ­pracę.

Gdyby była part­nerką, która kocha sie­bie i jego, toby cie­szyła się szczę­ściem swo­jego chło­paka. Ale nie, sabo­tuje go - ponie­waż nie chce, żeby on szedł do przodu.

W sumie dla­czego?

Boi się, że ją zostawi. Pró­buje go stłam­sić, byle jej się nie wywi­nął gdzieś, nie spo­tkał kogoś cie­kaw­szego. Czuje prze­cież, że nie jest dla niego cie­kawa. A dla­czego nie jest cie­kawa? Bo nie roz­wija się, nie inwe­stuje w sie­bie. Karmi się złym zda­niem o sobie oraz oba­wami. To są objawy braku miło­ści do sie­bie. I to jest tok­syczne.

Jesz­cze sobie wyobra­zi­łem, że osoba, która sie­bie nie kocha, by potwier­dzić to swoje "bycie nikim", znaj­dzie kogoś, kto będzie nią pomia­tał.

Taki sce­na­riusz też jest moż­liwy. Tu mamy do czy­nie­nia z potwier­dze­niem sche­matu: jestem bez­na­dziejna, nie zasłu­guję na miłość. Wybie­ram part­nera, który będzie mnie trak­to­wał tak, że nie będę miała wąt­pli­wo­ści, że to, w co wie­rzę, jest prawdą.

Ale można też przy odro­bi­nie szczę­ścia tra­fić na kogoś, kto pomoże nam sie­bie poko­chać.

Tak, w dobrej rela­cji można nauczyć się miło­ści do sie­bie. I od razu roz­po­znać, jak to u nas jest z miło­ścią wła­sną. Ktoś ci oka­zuje mnó­stwo cie­pła, a ty myślisz: ale ja prze­cież nie zasłu­guję...

Tu powinna zapa­lić się czer­wona lampka.

Przy­cho­dzą do mnie tacy pacjenci. "Niby jest super, ale czuję, że coś jest nie tak. On(-a) cią­gle powta­rza, że mnie kocha. Tak bez powodu? Na pewno cze­goś ode mnie chce!" To podej­rze­nie wypływa z braku miło­ści do sie­bie. Są osoby sabo­tu­jące rela­cje, w któ­rych dostają cie­pło, i z upo­rem maniaka szu­kają cze­goś zna­jo­mego dla sie­bie, ale nie­ma­ją­cego wiele wspól­nego ze zdro­wym związ­kiem. Warto mieć tego świa­do­mość i przy­glą­dać się swoim wybo­rom.

Jako osob­nik z tatu­ażami nasłu­cha­łem się o dys­mor­fo­fo­bii, czyli nie­ak­cep­to­wa­niu swo­jego ciała. To też może być efekt braku miło­ści do sie­bie, prawda?

Twoje tatu­aże - twoja sprawa. Ale fak­tem jest, że z braku miło­ści do sie­bie ludzie czę­sto nad­mier­nie o sie­bie dbają. Myślą, że jesz­cze muszą coś zro­bić, żeby zasłu­żyć na miłość. Że ich ciało nie jest samo w sobie dość dobre. Efek­tem tego jest nie­ustanne upięk­sza­nie się, eks­tre­mal­nie dużo tatu­aży, pier­cingu, botoksu i tak dalej.

Albo jesz­cze jedno osią­gnię­cie, jesz­cze jedna naj­lep­sza ocena. Bo i tak można. Aż do zupeł­nego wyczer­pa­nia bate­rii.

Pamię­tam pacjentkę, która jako dziecko była odtrą­cana przez rodzi­ców. Czuła się naj­mniej ważna z trójki rodzeń­stwa. Przy oka­zji była też takim typo­wym "brzyd­kim kacząt­kiem". Nie­zau­wa­żona, zawsze w cie­niu ład­niej­szych kole­ża­nek. Obie­cała sobie, że jak doro­śnie, będzie miała wszystko - żeby udo­wod­nić ludziom, że jest war­to­ściowa. Wpa­dła przez to w wir ope­ra­cji pla­stycz­nych, wie­rząc, że gdy będzie ide­al­nie piękna, nikt jej nie odrzuci.

Jak to, w wir? Robiła jedną ope­ra­cję za drugą?

Tak. I za każ­dym razem obie­cy­wała sobie, że to już ostatni raz. Bała się jed­nak, że kiedy prze­sta­nie, jej part­ner znaj­dzie kogoś lep­szego, kole­żanki prze­staną się z nią spo­ty­kać, straci klien­tów w pracy... Takie prze­ko­na­nia i myśle­nie nakrę­cały spi­ralę lęku, póź­niej zło­ści, a na sam koniec, żeby te emo­cje roz­ła­do­wać, szu­kała kolej­nego spo­sobu na "upięk­sze­nie", licząc, że tym razem pomoże już osta­tecz­nie.

Matko, to już nałóg. Wróćmy jed­nak do źró­dła tych wszyst­kich pro­ble­mów. Skąd bie­rze się brak miło­ści do sie­bie? Wspo­mnia­łaś przed chwilą o odtrą­ce­niu przez rodzi­ców...

Nie każdy ma cie­pły dom, tro­skli­wych rodzi­ców. W rodzi­nach dzieją się różne rze­czy.

Ze strony rodzi­ców pada dużo słów kry­tyki, wyra­żane są nie­re­ali­styczne ocze­ki­wa­nia, nastę­puje porów­ny­wa­nie do innych dzieci w szkole. Wtedy rodzi się w dzie­ciach prze­ko­na­nie, że trzeba zasłu­gi­wać na miłość. Brak miło­ści do sie­bie wynika też z prze­mocy rodzi­ców wobec dziecka. Ono zaczyna myśleć: "Jestem nikim i zawsze zasłu­guję na karę" lub: "Jak można mnie w ogóle kochać? Jeśli moi rodzice mnie biją, to ozna­cza, że jestem naj­gor­szy".

To smutne.

Ale i mniej dra­styczne sytu­acje mogą zosta­wić swoje piętno.

Czę­sto jest rywa­li­za­cja w rodzeń­stwie o to, kogo rodzice poko­chają bar­dziej. To rów­nież odbija się na miło­ści do sie­bie tego, które taką rywa­li­za­cję "prze­grywa".

Bywa, że rodzice uza­leż­niają od postę­po­wa­nia dzieci swój nastrój. "O, przez cie­bie mamu­sia będzie smutna" lub jesz­cze gor­sze: "Do grobu mnie wpę­dzisz".

To zostaje, ale nie w rodzi­nie, tylko w naszej psy­chice.

No wła­śnie, o to cho­dzi, że wszystko zostaje! "Mamu­sia jest przeze mnie smutna. Jestem złym czło­wie­kiem". W gło­wie pozo­staje tak zwany kry­tyczny rodzic lub wadliwe dziecko. I uprzy­krzają nam życie.

Albo "nie zjesz, to mamu­sia będzie pła­kać". To też chore.

Tak. Albo "ja się zabiję przez cie­bie". "Ty mnie do grobu wpę­dzisz". Ty jako nasto­la­tek słu­chasz tego i chło­niesz jak gąbka. Rodzice nie powinni tak mówić.

To są sytu­acje może nie dla wszyst­kich oczy­wi­ste, ale kiedy mowa o prze­mocy: fizycz­nej, sek­su­al­nej, psy­chicz­nej, to chyba nikt nie ma wąt­pli­wo­ści co do jej szko­dli­wego wpływu.

Gdy jako młoda osoba doświad­czasz prze­mocy, myślisz, że to ty jesteś winny. I prze­sta­jesz się kochać, bo uwa­żasz, że coś z tobą jest nie tak. Stąd bie­rze się choćby samo­oka­le­cza­nie w okre­sie nasto­let­nim.

Rów­nież ze strony star­szego rodzeń­stwa docho­dzi do aktów prze­mocy czy nawet do mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego.

Mia­łam pacjenta, któ­rego sio­stra zimą zamy­kała na bal­ko­nie, kiedy rodzice byli w pracy. On stał tam w kap­ciach i pła­kał. Był dużo młod­szy od niej, a ona się nad nim znę­cała. Mam też pacjentkę, która była noto­rycz­nie mole­sto­wana przez swo­jego star­szego brata. Nikt tego nie zauwa­żył, a ona bała się pro­sić o pomoc. Nie można po takim doświad­cze­niu odczu­wać miło­ści do sie­bie, trzeba przejść psy­cho­te­ra­pię, żeby prze­pra­co­wać traumę.

Prze­moc psy­chiczna to także wyko­rzy­sty­wa­nie dzieci w kon­flik­tach mię­dzy rodzi­cami.

Wie­lo­krot­nie tra­fiają do mnie na tera­pię osoby, które w dzie­ciń­stwie były lub są obar­czane pro­ble­mami doro­słych. Rodzice wcią­gają dzieci w swoje spory. Two­rzą pseu­do­związki prze­ciwko dru­giemu part­ne­rowi, bar­dzo czę­sto na przy­kład matka z synem prze­ciwko "złemu ojcu". Zda­rzają się także pacjenci, któ­rzy stali pomię­dzy rodzi­cami a dziad­kami.

Ojciec może jest zły, ale ta sym­bioza też jest zła.

Zła, szko­dliwa, tok­syczna. Gdy jesteś młody(-a) i doświad­czasz takiej sytu­acji, nie roz­wi­jasz się pra­wi­dłowo. Obar­czony nad­mia­rem ocze­ki­wań, masz nie­ustanne poczu­cie, że jesteś nie dość dobry, nie dość silny, nie zasłu­gu­jesz na miłość. Do tego docho­dzi jesz­cze jedna sprawa: w jaki spo­sób masz zaspo­koić potrzeby matki, ojca czy innej osoby, jeśli sam masz swoje potrzeby do speł­nie­nia? Czę­sto takie dzie­ciaki rezy­gnują z zaspo­ka­ja­nia swo­ich potrzeb wła­śnie dla rodzi­ców. Czę­sto są obroń­cami jed­nego z rodzi­ców w jego kon­flik­cie z dru­gim. Płacą za to depre­sją, zabu­rze­niami lęko­wymi... bo jest im za ciężko z taką odpo­wie­dzial­no­ścią. Bo nie powinno ich to spo­ty­kać! Pamię­taj: masz prawo do swo­ich potrzeb, a swoje kon­flikty rodzice powinni roz­wią­zy­wać sami.

Śro­do­wi­sko, w jakim dora­stamy, też może wpły­nąć na naszą samo­ocenę. Mam tu na myśli nie tylko rodzinę, ale i kole­gów z podwórka czy szkoły.

Oczy­wi­ście. Mia­łam pacjenta, któ­rego rówie­śnicy wyzy­wali "Kupa". Był odtrą­cany, wyśmie­wany, bity. Rodzice mówili: obroń się, nie bądź pipą. I on dora­stał w prze­ko­na­niu, że zasłu­guje na to, co go spo­tyka, bo nie potrafi się obro­nić. Tym­cza­sem rodzice są od tego, żeby chro­nić cię i dać ci odpo­wied­nie wspar­cie, a nie jesz­cze ci dokła­dać za to, że nie radzisz sobie z prze­mocą rówie­śni­czą. Masz prawo doma­gać się od nich pomocy.

A co z hej­tem inter­ne­to­wym?

To zmora naszych cza­sów. Hejt wiąże się z sze­re­giem poważ­nych nega­tyw­nych skut­ków, to zna­czy: depre­sją, wyco­fa­niem, zabu­rze­niami lęko­wymi, niską samo­oceną... Jeśli jesteś ofiarą hejtu, koniecz­nie zgłoś to oso­bie doro­słej (mamie, tacie, cioci, wuj­kowi, babci, dziad­kowi, nauczy­cielce, psy­cho­lo­gowi). Jeśli doświad­czasz hejtu, a nikt ci w tym nie pomoże, w przy­szło­ści możesz czuć się gor­szy od innych. Pamię­taj, że hejt jest ści­ga­nym praw­nie prze­stęp­stwem.

Wróćmy do tych, któ­rzy uwa­żają, że trzeba zasłu­żyć na miłość. Rodzice wtła­czają w nich na siłę ambi­cje. Musisz być naj­lep­szy w spo­rcie. Musisz iść na medy­cynę. Dziecko posłali do klasy biol-chem z powodu medy­cyny i ono tłu­cze tę bio­lo­gię, choć tego nie­na­wi­dzi, ale wydaje mu się, że dzięki temu zdo­bę­dzie miłość rodzi­ców.

Miłość rodzi­ców, jak zresztą każda miłość, powinna być bez­wa­run­kowa. Nie da się na nią zasłu­żyć. Rodzice powinni cię przede wszyst­kim kochać i akcep­to­wać. Powinni cię uczyć i poka­zy­wać ci wspa­niały świat. Oczy­wi­ście też sta­wiać gra­nice, ale z sza­cun­kiem do cie­bie.

Jak wiele zależy od tych rodzi­ców, na któ­rych wybór nie mamy wpływu...

Jeżeli rodzice ota­czają cię cie­płem, miło­ścią, sta­wiają zdrowe gra­nice, ale jed­no­cze­śnie dają ci dużo pozy­tyw­nego feed­backu, akcep­tują i oka­zują to, prze­ja­wia­jąc także tro­skę i zain­te­re­so­wa­nie, no to pomimo róż­nych zawi­ro­wań w życiu będziesz wie­rzył w sie­bie. Wia­domo, bywa róż­nie, ale dzięki takiej posta­wie rodzi­ców wykształ­cisz w sobie mecha­ni­zmy dzia­ła­nia w róż­nych sytu­acjach i nie będziesz się obrzu­cał bło­tem, kiedy coś ci nie wyj­dzie. Będziesz ota­czał się przy­ja­ciółmi, któ­rych sam sobie wybie­rzesz i któ­rzy będą cię sza­no­wać i wspie­rać.

A jeśli rodzice nie ota­czają cie­płem albo dzieją się inne złe rze­czy, o któ­rych wspo­mi­na­łaś? Czy są jakieś mecha­ni­zmy obronne do zasto­so­wa­nia "tu i teraz", zamiast dopiero po latach, nie kocha­jąc sie­bie, zacząć cho­dzić na tera­pię i pró­bo­wać to wszystko wypro­sto­wać? Mam dopiero sie­dem­na­ście lat i już teraz chcę dobrze żyć, a nie za lat dzie­sięć.

Wróćmy do tych pod­sta­wo­wych pytań: czy lubię sie­bie? Czy sie­bie sza­nuję? Czy trak­tuję sie­bie jak ważną dla sie­bie osobę? Czy robię rze­czy, które mi służą, które mi sprzy­jają? Następ­nie trzeba zasta­no­wić się: jakich emo­cji doświad­czam? Bo jeśli ktoś sie­bie nie lubi, towa­rzy­szą mu nega­tywne emo­cje. Warto mieć świa­do­mość tych emo­cji i pomy­śleć, skąd się one biorą. Więc czy to, co o sobie myślę, jest na pewno praw­dziwe? Skąd mam pew­ność, że jestem bez­na­dziejny? Może ktoś mi to usi­łuje wmó­wić?

Tok­syczni rodzice, tok­syczni rówie­śnicy, tok­syczni nauczy­ciele.

Wła­śnie. Tak jak już powie­dzie­li­śmy, brak miło­ści do sie­bie bie­rze się z nega­tyw­nego myśle­nia na swój temat. A ono ma gdzieś swoje zatrute źró­dło. Ktoś kie­dyś mądrze powie­dział, że każde dziecko powinno mieć przy­naj­mniej jed­nego doro­słego po swo­jej stro­nie.

Wbrew pozo­rom może być nie­kiedy o to trudno...

Trzeba rozej­rzeć się po śro­do­wi­sku, w jakim funk­cjo­nu­jemy. I uświa­do­mić sobie, że nie jest ono dane raz na zawsze, zwłasz­cza w mło­dym wieku. Szkoła się skoń­czy. Wypro­wa­dzimy się z domu rodzin­nego. Zresztą nawet w tym okre­sie, w któ­rym jeste­śmy "ska­zani" na rodzinę, mamy wpływ na to, z kim spę­dzamy czas poza domem. To ty decy­du­jesz o tym, kogo dopusz­czasz do sie­bie. Zawsze mówię o tym moim nasto­let­nim pacjen­tom, że żaden okres w życiu tak się nie dłuży, jak ten mię­dzy dwu­na­stym a osiem­na­stym rokiem życia. Ale on minie, a o czę­ści pro­ble­mów zapo­mnisz. Inne możesz roz­wią­zy­wać jako już doro­sły czło­wiek.

Stra­te­gia na prze­cze­ka­nie?

Tro­chę tak. Bo nic nie trwa wiecz­nie, na szczę­ście i na nieszczę­ście. To moje ulu­bione powie­dze­nie. Cza­sem trzeba coś prze­trwać, prze­cze­kać po pro­stu. Nie­kiedy ktoś mnie pyta w Insta­po­radni: "Co mam zro­bić, moi rodzice są tok­syczni?".

I co odpo­wia­dasz?

No dziś się nie wypro­wa­dzisz, bo nie jesteś doro­sły i nie zara­biasz pie­nię­dzy. Ale możesz się uczyć, roz­wi­jać, marzyć, pla­no­wać swoją przy­szłość. To jest twoja droga do wol­no­ści.

Droga przez wyobraź­nię.

A żebyś wie­dział. Mam pacjentkę, która wycho­wy­wała się w pato­lo­gicz­nej rodzi­nie i kiedy było źle, prze­no­siła się w świat fan­ta­zji. Wyobra­żała sobie różne rze­czy. I rze­czywiście, teraz, w doro­słym życiu, wiele z tych fan­ta­zji jej się speł­niło, ponie­waż dążyła do ich reali­za­cji.

Czyli co się speł­niło?

Teraz pisze książki.

WOW. Super­mo­ty­wu­jąca histo­ria. Zresztą w bio­gra­fiach zna­nych ludzi czę­sto można zna­leźć wątek dora­sta­nia w trud­nych oko­licz­no­ściach.

To nie jest tak, że co pomy­ślisz, to się sta­nie, ale jeśli masz deter­mi­na­cję i jakiś cel i wie­rzysz w coś, to rób jak naj­wię­cej w tym kie­runku, żeby to zre­ali­zo­wać. A czy ty masz jakiś cel? W co wie­rzysz? Zasta­nów się nad tym.

To wymaga siły.

Dużej.

Ale ina­czej nie da rady. Kiedy jesteś chory(-a), ledwo trzy­masz się na nogach, i tak musisz się zdo­być na siły, żeby iść do leka­rza. To jest w twoim inte­re­sie. Szu­kaj alter­na­tyw i myśl o przy­szło­ści.

Dobrze jest też mieć sojusz­ni­ków. Czło­wiek w poje­dynkę jest słab­szy.

Ten wątek poja­wia się w Sex Edu­ca­tion, do któ­rego to serialu wie­lo­krot­nie będę tutaj nawią­zy­wał i bar­dzo go wszyst­kim pole­cam. Miesz­ka­jącą w przy­cze­pie i cie­szącą się nie­zbyt dobrą sławą Maeve cią­gnie za uszy nauczy­cielka, która dostrzega jej nie­po­spo­litą inte­li­gen­cję.

Taka jest rola nauczy­cieli, tre­ne­rów, ale też dużej pra­co­wi­to­ści takiego dziecka. Ktoś jed­nak musi naj­pierw zaszcze­pić w tobie wiarę w sie­bie, poka­zać, że inne życie jest w ogóle moż­liwe.

Jeśli nie widzimy wspar­cia bli­sko, warto poszu­kać dalej. W szkole nie znaj­duję zro­zu­mie­nia? Ale w domu kul­tury orga­ni­zują różne warsz­taty, może tam poznam faj­nych ludzi. Wielu ludzi czer­pie siłę z ksią­żek, fil­mów, seriali, zata­pia­jąc się w świat fan­ta­zji lub bio­rąc przy­kład z ludzi, któ­rzy jako dzieci prze­cho­dzili podobne trud­no­ści.

Albo cho­dząc na jakiś tre­ning czy kurs tańca.

Na przy­kład. Trzeba do tego podejść w otwarty spo­sób. Mam taką nasto­let­nią pacjentkę, która pocho­dzi z nie­zbyt dobrego domu, ale zna­la­zła wspar­cie wśród ludzi z grupy tanecz­nej i ci ludzie dają jej siłę.

Pod­su­mo­wu­jąc: mogę iść po szkole do kole­żanki, zamiast wra­cać na to nie­szczę­sne podwórko, gdzie mnie prze­śla­dują. Potem popro­sić matkę czy ojca, żeby mnie zabrali samo­cho­dem, jak będą wra­cać z pracy, i w ich towa­rzy­stwie poje­chać do domu. A jeżeli mam rodzi­ców, z któ­rymi się nie doga­duję albo któ­rzy sto­sują wobec mnie prze­moc, mogę spró­bo­wać nawią­zać bliż­szą więź z ciotką albo z kimś innym doro­słym.

Jedna z moich pacjen­tek, kiedy miała szes­na­ście lat, prze­pro­wa­dziła się do dziad­ków, bo uznała, że nie wytrzyma w domu. Jej rodzice żyli w nie­ustan­nym kon­flik­cie. Ojciec pił. Dziad­ko­wie zaś dali jej dużo cie­pła i miło­ści. Więc ona w ten spo­sób zadbała o sie­bie.

Inna z kolei w wieku czter­na­stu lat sama zgło­siła się do domu dziecka, bo matka ją biła. Spa­ko­wała się, przy­je­chała i powie­działa, że nie ruszy się stam­tąd oraz że nie ma mowy o powro­cie do domu. Ojciec był po roz­wo­dzie z matką, nie miał z córką kon­taktu, ale jakoś tak szczę­śli­wie się uło­żyło, że ją po jakimś cza­sie z tego domu dziecka zabrał i zamiesz­kali razem.

Bar­dzo doj­rzale zacho­wały się te dziew­czyny.

Kiedy cier­pisz, szu­kaj pomocy u doro­słej osoby, choćby w szkole: u wycho­wawcy, psy­cho­loga szkol­nego, peda­goga, ulu­bio­nego nauczy­ciela. U kogoś, przed kim łatwo ci będzie się otwo­rzyć. Na szczę­ście, z tego, co obser­wuję, mło­dzi ludzie coraz czę­ściej znają swoje prawa i coraz czę­ściej wie­dzą, gdzie poszu­ki­wać pomocy.

Wyj­ście jest, trzeba go poszu­kać.

Znam mnó­stwo osób, które wycho­dząc z pato­lo­gicz­nych sytu­acji, osią­gnęły dużo wła­śnie dla­tego, że nie chciały cier­pieć i chciały mieć w życiu lepiej.

I te osoby kochają sie­bie?

Tak, ale naj­pierw musiały zwe­ry­fi­ko­wać swoje prze­ko­na­nia, myśle­nie o sobie.

Czy jestem toksyczny(-a)? Czy jestem zaburzony(-a)?

Przy­cho­dzi taki moment w życiu więk­szo­ści z nas, kiedy zaczy­namy zada­wać sobie pyta­nie, kim jeste­śmy i jak nas odbie­rają inni. Patrzymy na sie­bie w rela­cjach, gdy prze­ży­wamy w nich trud­no­ści, i zada­jemy sobie pyta­nie, czy wszystko z nami okej. To dobrze, jeśli ty rów­nież się nad tym zasta­na­wiasz. Można z takiej auto­re­flek­sji wycią­gnąć ogromną naukę na swój temat, a także sko­ry­go­wać roz­ma­ite zacho­wa­nia, które nie sprzy­jają budo­wa­niu dobrych rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Jeśli jesteś w związku czy w przy­jaźni i widzisz, że reagu­jesz nie­ade­kwat­nie, wyka­zu­jąc nad­mierną zazdrość, kon­trolę, albo że mani­pu­lu­jesz bli­ską osobą, zostań z nami. (Uwaga! To jeden z dwóch roz­dzia­łów na temat tok­sycz­no­ści!)

Gdy ludzie myślą, że coś jest z nimi albo z kimś innym nie tak, uży­wają czę­sto przy­miot­nika "tok­syczny".

To słowo ozna­cza wszystko i nic - przez to, że bywa obec­nie nad­uży­wane.

A gdy­byś jed­nak spró­bo­wała podać jakąś jego defi­ni­cję? Ci, któ­rzy uwa­żają, że ktoś jest tok­syczny, zazwy­czaj sądzą tak na jakiejś pod­sta­wie.

Bycie tok­sycz­nym to bycie zabu­rzo­nym w rela­cji. To ocze­ki­wa­nia nie­współ­mierne do sytu­acji, nad­mierna zazdrość, kon­tro­lo­wa­nie, mani­pu­la­cja, celowe wpę­dza­nie w poczu­cie winy, wyma­ga­nie jakiejś bez­względ­nej, wyide­ali­zo­wa­nej miło­ści, to jest też czę­sto ogromny kry­ty­cyzm w sto­sunku do part­nera czy part­nerki i brak zauwa­ża­nia nie­po­praw­nych, nie­ade­kwat­nych reak­cji u sie­bie. Taka osoba zawsze obar­cza winą drugą osobę.

Bycie tok­sycz­nym to umniej­sza­nie part­nera, znę­ca­nie się nad nim psy­chiczne, fizyczne, sek­su­alne, to prze­moc eko­no­miczna, mani­pu­la­cje, zastra­sza­nie, wymu­sza­nie, obni­ża­nie czy­je­goś poczu­cia wła­snej war­to­ści. Przy oso­bie "tok­sycz­nej" możesz się czuć dosłow­nie pozba­wiony ener­gii.

Jak przy wam­pi­rze.

Zga­dza się. Bycie tok­sycz­nym to wresz­cie cały zestaw róż­nych zacho­wań mani­pu­la­cyj­nych, na czele z pró­bami samo­bój­czymi na pokaz lub sto­so­wa­niem szan­tażu, że się samo­bój­stwo popełni. To są wszyst­kie te sytu­acje, kiedy ktoś pró­buje zakoń­czyć rela­cję, a druga osoba zatrzy­muje go za wszelką cenę, gro­żąc, że sobie zrobi krzywdę.

"Jak mnie zosta­wisz, to się zabiję".

Wła­śnie o tym mówię. Mia­łam pacjentkę, która żeby zatrzy­mać przy sobie chło­paka, poje­chała do szpi­tala, poło­żyła się na łóżku i wysłała mu zdję­cie z infor­ma­cją, że jest ciężko chora. Inna uda­wała, że ma nowo­twór, tylko po to, żeby chło­pak się nią opie­ko­wał.

To są jaskrawe przy­kłady, ale też chyba czę­sto nie widzi się, że jest się z taką tok­syczną osobą. Tak na co dzień. Olśnie­nie przy­cho­dzi dopiero po jakimś cza­sie.

Czę­sto się tego nie widzi, bo mamy w gło­wach wyide­ali­zo­wany obraz związku, w któ­rym jest miej­sce na wielką miłość, a więc i wielką zazdrość. Ludzie odczy­tują takie zacho­wa­nia jako oznakę tego, że komuś zależy.

Jakie zacho­wa­nia? Szan­taże, próby samo­bój­cze? Prze­cież tu od razu powi­nien włą­czyć się sygnał do ewa­ku­acji.

Wyobraź sobie, że szan­taże i próby samo­bój­cze też bywają przez nie­któ­rych inter­pre­to­wane jako dowód dużego zaan­ga­żo­wa­nia. Skupmy się jed­nak na zacho­wa­niach mniej­szego kali­bru, czyli na sce­nach zazdro­ści, wydzwa­nia­niu, wiecz­nej kon­troli ("gdzie jesteś?"), jeż­dże­niu za kimś po mie­ście, nie­ustan­nych pre­ten­sjach i pła­czach. Jeśli przy­po­mina ci ten opis rela­cję, w któ­rej obec­nie jesteś, wiedz, że zdrowy zwią­zek tak nie wygląda. Nawet jeśli ludzie się pokłócą, co się zda­rza, dają sobie czas na ochło­nię­cie, na zro­zu­mie­nie tego, co się stało, i na roz­wią­za­nie pro­blemu. A potem żyją długo i szczę­śli­wie, bez cią­głego wywo­ły­wa­nia kon­flik­tów i szu­ka­nia dziury w całym.

Jest też coś takiego jak zdrowa zazdrość.

To jest nor­malne, kiedy ci na kimś zależy. To jest mecha­nizm ewo­lu­cyjny (pil­nu­jesz w końcu tego, co twoje). Ale to nie zna­czy, że masz kon­tro­lo­wać, śle­dzić, spraw­dzać, insta­lo­wać komuś po kry­jomu loka­li­za­tor albo pod­słuch. Związki budu­jemy, opie­ra­jąc się na zaufa­niu. Dopiero kiedy ktoś go nad­użyje, możemy włą­czyć podejrz­li­wość i mecha­nizmy kon­troli, oczy­wi­ście w gra­ni­cach zdro­wego roz­sądku.

Odno­szę wra­że­nie, że osoby nasto­let­nie podej­rze­wają tok­sycz­ność u sie­bie lub innych na pod­sta­wie zacho­wań, które nie są aż tak dra­styczne. Tak jak powie­dzia­łaś, bycie tok­sycz­nym ozna­cza wszystko i nic. Jest to bar­dzo łatwo przy­pi­nana łatka. Zazwy­czaj innym, nie­kiedy też sobie. Pew­nie bar­dzo czę­sto zupeł­nie bez pokry­cia z rze­czy­wi­sto­ścią.

Ludzie zaczy­nają sie­bie o to podej­rze­wać naj­czę­ściej wtedy, kiedy mają feed­back. Sam z sie­bie raczej nie wiesz. Ale kiedy w kolej­nym związku ktoś ci mówi, że jakiś jesteś, to trzeba się zasta­no­wić, na bazie jakich zacho­wań on(-a) cie­bie tak oce­nia. I gdy te "tok­syczne" zacho­wa­nia dostrze­żesz u sie­bie, no, to już jest pora, żeby zacząć nad sobą pracę.

Naj­trud­niej jest dostrzec coś nega­tyw­nego u sie­bie.

No to słu­chaj feed­backu. Jeśli kolejny part­ner ci mówi, że jesteś cho­ro­bli­wie zazdro­sny(-a), zasta­nów się, czy nie ma w tym racji. Bo to prze­cież nie może być przy­pa­dek. Raczej się prze­ciwko tobie nie zmó­wili.

To fakt. Czyli nad­mierna zabor­czość i zazdrość to bez­sporne oznaki tok­sycz­no­ści.

Zabor­czość, przy­własz­cza­nie sobie dru­giej osoby, decy­do­wa­nie o niej, mani­pu­la­cja, pogry­wa­nie. Wszystko to, co nie jest part­ner­ską rela­cją, z czego nie prze­bija sza­cu­nek dla dru­giej osoby i jej wol­no­ści.

Mam młodą pacjentkę, któ­rej chło­pak codzien­nie rano każe wysłać zdję­cie w ubra­niu, w jakim ona zamie­rza wyjść do szkoły. I oczy­wi­ście mówi jej: nie, tak nie wyj­dziesz, to zbyt wyzy­wa­jące.

I ona się na to godzi?

Zdrowa osoba nie wej­dzie w zwią­zek z nikim zabu­rzo­nym, bo nie chce nikogo leczyć. Ci, któ­rzy decy­dują się na rela­cje z tok­sycz­nymi, czę­sto sami potrze­bują tera­pii. Zabor­czy czło­wiek potrze­buje ule­głego - po to, aby reali­zo­wać swoją wizję sie­bie, związku, życia. Ule­gły czę­sto uważa, że nie ma racji, nie ma siły prze­bi­cia, nie zasłu­guje na miłość, sym­pa­tię... i z lęku przed utratą godzi się na złe trak­to­wa­nie.

Załóżmy więc, że usły­sza­łem kilka razy od róż­nych osób, że prze­sa­dzam z podejrz­li­wo­ścią, a to obu­dziło we mnie - nomen omen - podej­rze­nie, że mogę być osobą tok­syczną. Mówisz: pra­co­wać nad sobą. Jak?

Jeśli już wiesz, że prze­ja­wiasz zacho­wa­nia, które mogą być trudne dla innych, to jest połowa suk­cesu. Dalej jest potrzebna tera­pia. Bo to wcale nie są żarty. Kiedy jesteś osobą nasto­let­nią, która reaguje czę­sto nie­ade­kwat­nie, nie radzi sobie z emo­cjami, krzyw­dzi innych i tak dalej, może to być dowód na to, że kształ­tują się w tobie zabu­rze­nia oso­bo­wo­ści. Te wpraw­dzie dia­gno­zuje się z całą pew­no­ścią dopiero po dwu­dzie­stym, dwu­dzie­stym pią­tym roku życia, gdyż do tego czasu oso­bo­wość się kształ­tuje, ale wła­śnie dzięki temu, że ona się teraz kształ­tuje, możemy spró­bo­wać mieć na nią wpływ.

To jak z cho­robą - nie igno­rujmy pierw­szych obja­wów, bo może to się źle dla nas skoń­czyć.

Brak reak­cji, brak pod­ję­cia tera­pii zaowo­cuje tym, że będziesz wiecz­nie popeł­niał(-a) te same błędy, a one będą wpły­wać na twoje funk­cjo­no­wa­nie w rela­cjach z ludźmi i w związ­kach, ale przede wszyst­kim będą rzu­to­wały na to, jak się będziesz czuł.

Nie każ­dego nasto­latka stać na tera­pię. Zresztą rodzice mogą się nie zgo­dzić albo ich samych może nie stać.

Naj­waż­niej­sze jest obser­wo­wa­nie sie­bie, słu­cha­nie tego, co mają nam do powie­dze­nia inni, wycią­ga­nie wnio­sków, chęć zmiany i praca nad zmianą. Sprawdź, w jakie bli­skie rela­cje wcho­dzisz. Czy jesteś kon­flik­towy? Czy masz skłon­no­ści do agre­sji, ryzyka? Czy cza­sem ryzy­ku­jesz, czy prze­strze­gasz zasad, norm? Jak trak­tu­jesz innych ludzi? Jak o nich myślisz? Jak myślisz o sobie? Warto też sobie spi­sać swoje prze­ko­na­nia na temat związku. Co ktoś powi­nien, co ja powin­nam, powi­nienem. Czę­sto ludzie już na pozio­mie prze­ko­nań mają jakieś znie­kształ­ce­nia, a cała reszta jest tego kon­se­kwen­cją. Na przy­kład jeżeli jedna osoba jest z domu, w któ­rym ojciec zdra­dza matkę albo matka ojca, może wejść w życie związ­kowe z myśle­niem, że kobiety są nie­wierne lub że męż­czy­znom nie należy ufać.

Może nawet nie wie­dzieć, że ma się jakieś prze­ko­na­nie, ale to się ujawni w zacho­wa­niu.

Zga­dza się. Tok­sycz­ność to są wszyst­kie zacho­wa­nia, które w jakiś spo­sób ude­rzają w kogoś albo w cie­bie. Doświad­cza­jąc ich albo przy­spa­rza­jąc ich komuś, warto się zasta­no­wić, co się za nimi kryje.

I nagle: nie­spo­dzianka! Oka­zuje się, że kie­rują tobą prze­ko­na­nia, o któ­rych nie mia­łeś(-aś) poję­cia.

Kiedy odkry­wasz takie prze­ko­na­nia w sobie, warto zapy­tać osobę, z którą jesteś w rela­cji: czy robię coś, co cie­bie rani? A jeśli tak, to co to jest? To pozwoli nam wię­cej zro­zu­mieć. Tylko trzeba mieć odwagę, żeby słu­chać.

A przede wszyst­kim odwagę, by zapy­tać.

Masz rację, to klu­czowe. A póź­niej przy­cho­dzi czas na zapy­ta­nie samego sie­bie: dla­czego tak robię? Dla­czego na przy­kład, kiedy moja dziew­czyna nie odbie­rała tele­fonu, a ja do niej wydzwa­nia­łem kil­ka­na­ście razy, to kiedy wresz­cie ode­brała, powie­dzia­łem "pier­dol się"? Czy to była słuszna reak­cja? I dla­czego tak ostro? Może dla­tego, że poczu­łem się odrzu­cony? A prze­cież ona mogła być u den­ty­sty, u pedi­kiu­rzystki, w łazience. Mogła mieć wyci­szony ten tele­fon.

Mogła wresz­cie nie mieć ochoty na roz­mowy.

Pew­nie. To prawo każ­dego. Trzeba pamię­tać: inni ludzie mają swoje prawa. Ktoś może po pro­stu nie lubić roz­ma­wiać przez tele­fon.

A teraz zasta­nów się, jakie prawa w twoim związku ma twoja part­nerka czy twój part­ner według cie­bie. Możesz to nawet sobie spi­sać. A potem zapy­taj ją/jego o to. Czy zga­dza­cie się we wszyst­kich punk­tach? Jeśli nie, macie o czym dys­ku­to­wać.

Skupmy się na tej sytu­acji z tele­fo­nem. Co zro­bić, by do niej powtór­nie nie doszło? Trzeba cze­kać, aż w toku tera­pii zmie­nią się nam prze­ko­na­nia?

Następ­nym razem, gdy ona znów nie będzie odbie­rać, możesz spró­bo­wać odro­czyć dzia­ła­nie i zasta­no­wić się nad tym, co czu­jesz - to po pierw­sze, co myślisz - to po dru­gie, a po trze­cie - poszu­kaj dowo­dów na praw­dzi­wość two­ich myśli. Jeśli ich nie znaj­dziesz, zasta­nów się, czy te myśli są słuszne. Podam ci przy­kład. Dzwo­nisz, ona nie odbiera. Myślisz: "Olewa mnie, nie liczy się ze mną, powinna zawsze odbie­rać tele­fon ode mnie". Takie myśli mogą wywo­łać złość, smu­tek, poczu­cie bycia nie­waż­nym. Jaka będzie twoja reak­cja? Może się obra­zisz, może następ­nym razem, w odwe­cie, sam nie odbie­rzesz, gdy zadzwoni. A co by było, gdy­byś pomy­ślał: "Nie odbiera, bo pew­nie jest zajęta, ale na pewno oddzwoni lub napi­sze, kiedy zoba­czy, że dzwo­ni­łem"? Co możesz po tym poczuć? Spo­kój. Jaka może być twoja reak­cja, gdy wresz­cie usły­szysz uko­chaną? "Faj­nie, że oddzwa­niasz. Co cie­ka­wego robi­łaś?"

Mogę się powstrzy­mać jeden, drugi raz, ale za trze­cim razem się nie powstrzy­mam. Bo prze­cież te prze­ko­na­nia pew­nie są sil­niej­sze ode mnie.

Jak się nie powstrzy­masz, trudno. Zali­czasz upa­dek, a potem dalej wal­czysz. Roz­mowa z wła­snymi myślami to świetna stra­te­gia na pano­wa­nie nad emo­cjami i na ade­kwatne reago­wa­nie. To cenna umie­jęt­ność, jedna z pod­sta­wo­wych tech­nik tera­pii poznaw­czo-beha­wio­ral­nej.

No tak. Ale wydaje mi się, że w tej sytu­acji praca jest do wyko­na­nia po obu stro­nach. Mam na myśli part­nerkę, part­nera. Musi wyka­zać się cier­pli­wo­ścią i wyro­zu­mia­ło­ścią, kiedy widzi, że ta druga osoba jed­nak pró­buje.

Z jed­nej strony: tak. Ale trzeba jasno powie­dzieć, że praca jest do wyko­na­nia przede wszyst­kim po stro­nie tej osoby, która "nawala". Nie jest to nie­moż­liwe. Ile razy sły­szymy od kogoś: "No i on mi powie­dział coś tam. Ja się powstrzy­ma­łam, ale mia­łam ochotę mu nawrzu­cać". Miała ochotę mu nawrzu­cać, ale się powstrzy­mała! Wska­zówką może być odro­cze­nie roz­mowy w chwili, kiedy czu­jesz silną złość. Pocze­kaj, aż emo­cje opadną, i dopiero wtedy wyja­śniaj.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki